sobota, 14 czerwca 2008

Leo Beenhakker: Z jakichś względów, coś się nie udaje

Rozmawiali w Bad Waltersdorf Robert Błoński i Michał Pol
2008-06-13, ostatnia aktualizacja 2008-06-14 10:03
Zobacz powiększenie
Fot. Kuba Atys / AG

Gdybyśmy przegrali 0:3, wziąłbym to na siebie. Mógłbym z tym żyć, bo oni strzelili trzy gole, my żadnego. Gdybyśmy wykorzystali sytuację po przerwie, nie gadalibyśmy o tym pieprzonym karnym. A tak? Sędzia popełnił błąd. I z tym ciężko się pogodzić

Zobacz powiekszenie
SERWISY
Smolarek: Sędzia zrobił, co kazała mu UEFA

Lewandowski: To jest k... skandal

Robert Błoński i Michał Pol: Wierzy pan jeszcze w awans do ćwierćfinału? Musimy wygrać z Chorwacją, a Austria pokonać Niemców, i to jeszcze strzelając o gola mniej niż my Chorwatom.

Leo Beenhakker: - Nie wiem. To zależy, z jaką Chorwacją będziemy grali. Ta z drugiej połowy meczu z Austrią nie grała najlepiej. A przeciwko Niemcom fantastycznie. Ale Chorwacja mnie nie interesuje. Nie zadzwonię przecież do mojego przyjaciela Slavena Bilicia i nie poproszę, żeby wstawił do ataku teściową. Mogę tylko pochylić się nad swoją drużyną. Muszę ją przygotować na najcięższy mecz i niech grają swój futbol. Więcej nie zrobię.

Ale z Austrią graliśmy z drużyną z naszego poziomu, a nawet gorszego.

- Mówimy o międzynarodowej piłce, przyjacielu. Rok temu Malta wygrała z Węgrami, a niedawno Węgrzy wygrali z mistrzami Europy, Grekami. Jak mi to wytłumaczysz? W piłce już nie ma różnic ani żadnych gwarancji.

Austriacy, gdyby nie organizowali Euro, nigdy by pewnie na nim nie zagrali. A my awansowaliśmy, wygrywając grupę. Z Austrią zremisowaliśmy, a karny w ostatniej minucie nie miałby znaczenia, gdybyśmy po kwadransie przegrywali 0:3. Zasługiwaliśmy na to.

- I ja tego nie podważam! Tylko wiecie co? Jak zasuwasz przez miesiąc, robisz wszystko, co w twojej mocy, i w taki sposób tracisz szansę na awans, to boli. To ku...sko bolesne, że tak się potoczyło. Niesprawiedliwe. Gdybyśmy przegrali 0:3, wziąłbym to na siebie. Mógłbym z tym żyć, bo oni strzelili trzy gole, a my żadnego. Jasne też, że gdybyśmy wykorzystali sytuacje po przerwie, nie gadalibyśmy o tym pieprzonym karnym. A tak? Sędzia popełnił błąd. I z tym ciężko mi się pogodzić.

Przed mistrzostwami mówił pan, że możemy zagrać z Niemcami i Chorwacją na tym samym poziomie.

- Mówiłem coś innego. Że możemy z nimi powalczyć o dobry wynik. Z Niemcami na dziesięć meczów przegramy sześć, dwa zremisujemy i być może dwa razy ich zaskoczymy. Z Portugalią np. przegramy sześć, trzy zremisujemy i może jeden wygramy. A to jest różnica. Powiedziałem, że nie jest pewne, czy zawsze przegramy z lepszymi od nas.

Dlaczego zawodzą na Euro 2008 ci, bez których nie byłoby awansu, czyli Ebi Smolarek i Jacek Krzynówek. Dlaczego nie wygrywają pojedynków biegowych, przegrywają dryblingi?

- Wierzcie, że robili wszystko, żeby wypaść tu jak najlepiej. Prowadzili się porządnie, harowali na treningach. Ale z jakichś względów, wbrew nim samym, coś się nie udaje. Czasami tak się dzieje w futbolu. Obserwowałem grę Michaela Ballacka w ostatnich meczach Chelsea. Był fantastyczny. Ale na Euro gra poniżej swojego normalnego poziomu. To się przydarza wszystkim ludziom, wam dziennikarzom też. Szkoda, że naszym piłkarzom przydarzyło się akurat na najważniejszym turnieju ich życia. Ale to już po prostu pech, tak niestety bywa.

Czasami o formie decydują niuanse. Będziecie się śmiać, ale Roger jest w tak dobrej formie też dlatego, że mamy lato. Tak, tak. Mam doświadczenie z brazylijskimi piłkarzami z Holandii i Hiszpanii. Zimą ich forma znacznie spada. Ale niech tylko przyjdzie lepsza pogoda, cieplejszy dzień, niech tylko poczują wiosnę. U..., od razu grają lepiej. Brazylijczycy to mają we krwi.

Nie zgadzam się z oceną, że przygotowanie fizyczne piłkarzy było złe. Wszyscy wiedzą, że najlepsi fizycznie są zawsze Niemcy, a nasza kadra w meczu z nimi przebiegła w sumie tyle samo kilometrów, co oni - 108. Z Austrią te statystyki wyglądały identycznie. Więc to nie jest kwestia złego przygotowania, ale tego, że zawodnicy nie są w formie z meczów z Portugalią w eliminacjach.

Tuż po meczu na stadionie w Wiedniu stwierdził pan, że nie wierzy w awans do ćwierćfinału...

- Miałem na myśli tylko to, że awans nie zależy już od nas, ale od rywali. A to najgorsza rzecz, jaka może się przydarzyć w sporcie. Oczywiście, nie poddajemy się i zrobimy wszystko, żeby pokonać Chorwację.

UEFA: Karny jak najbardziej zsłużony

Ojciec kapucyn nauczy cię superorgazmu

Dobre rady zakonnika

Kiedy uprawiać seks, jak pieścić partnera i którędy prowadzi droga do orgazmu doskonałego

Kiedy uprawiać seks, jak pieścić partnera i którędy prowadzi droga do orgazmu doskonałego - o tym wszystkim uczy i opowiada... ojciec Ksawery Knotz ze Zgromadzenia Braci Mniejszych Kapucynów. Prowadzi nawet stronę internetową o seksie i zaprasza na seksualne rekolekcje - zauważa "Polska".

czytaj dalej...
REKLAMA

Zakonnik nie boi się żadnego tematu, przekonując, że akt płciowy to nie tylko spotkanie dwojga ludzi - koniecznie małżonków - ale i symbol więzi z Bogiem.

"Mąż powinien się starać, aby w czasie aktu seksualnego kobieta przeżywała przyjemność seksualną" - czytamy na stronie internetowej prowadzonej przez ojca Knotza. "W wielu wypadkach może to nastąpić tylko wtedy, gdy aktowi seksualnemu towarzyszą dodatkowe zabiegi ze strony męża - poczynając od stworzenia bezpiecznego klimatu współżycia seksualnego, poprzez pieszczoty jej ulubionych miejsc erogennych, a kończąc na stymulacji łechtaczki. Są to ważne elementy ars amandi katolickich mężów".

Zobacz stronę internetową duchownego >>>

To nie żart. Franciszkanin Ojciec Ksawery Knotz z benedyktyńską dokładnością opisuje, w jaki sposób małżonkowie powinni ustrzegać się przed niechcianą ciążą, z jakich korzystać afrodyzjaków i co robić w łóżku, by osiągnąć orgazm. Zakonnik tłumaczy, że okazywanie miłości poprzez ciało jest dobre, bo umacnia małżeńskie więzi.

Ale seks, to nie tylko zbliżenie małżonków i cielesna przyjemność. Zdaniem kapucyna, akt płciowy ukazuje zarazem więź między ludźmi a Bogiem. Duszpasterz rozpocznie za tydzień nietypowe rekolekcje, na których uczestnicy będą między innymi poznawać wartość ciała i dowiedzą się, jak osiągnąć superorgazm.

"Małżonkowie mogą okazywać sobie miłość w każdy sposób, mogą obdarzać się nawet najbardziej wyszukiwanymi pieszczotami. Mogą stosować stymulację oralną i manualną" - czytamy na witrynie kapucyna mniejszego.

Dobre rady ojca Knotza ostro krytykuje seksuolog profesor Zbigniew Lew-Starowicz. "Zakonnik ma prowadzić wykłady dotyczące seksu? To nienormalne. Jaką wiedzę o seksie może mieć ojciec żyjący w celibacie? To trochę tak, jakbym ja miał nauczać o prawdach wiary. To całkowite nieporozumienie" - oburza się w rozmowie z "Polską".

Skandal na koncercie Superpremier

Grzegorz Cholewa, Grzegorz Staszak
2008-06-14, ostatnia aktualizacja 2008-06-14 10:11

Fatalną pomyłką organizatorów opolskiego festiwalu i upokorzeniem Katarzyny Cerekwickiej zakończył się piątkowy koncert Premier. - Totalne dno - mówiła Cerekwicka. - Żenada - dodawał Turnau.

Zobacz powiekszenie
Fot. Rafał Mielnik / AG
Upokorzona Katarzyna Cerekwicka
Zobacz powiekszenie
Fot. Rafał Mielnik / AG
Zakopower odbiera nagrodę
Okazało się, że telewizja nie potrafi podliczyć głosów oddanych na artystów i na oczach milionów telewidzów wręczono nagrodę Superpremiery innemu, niż wynikało to z głosowania, wykonawcy.

Katarzyna Cerekwicka została upokorzona na oczach milionów telewidzów. Suma głosów publiczności oraz jurorów miała wyłonić zwycięzcę konkursu Premier. Według tych obliczeń nagrodę powinien dostać zespół Zakopower, któremu jurorzy dali pierwsze miejsce, a publiczność trzecie. W głosowaniu telewidzów wygrały Leszcze. Tabelę z punktami w kulisach widzieli artyści, a na ekranach telewizorów widzowie. W całej Polsce zapanowało wielkie zdziwienie, gdy prezydent Opola wręczył jednak nagrodę Kasi Cerekwickiej! Sama artystka była mocno zaskoczona i także próbowała się dowiedzieć, za co przyznano jej nagrodę. W głosowaniu zarówno jurorów, jak i publiczności Kasia Cerekwicka zajęła bowiem dość odległe miejsca.

Tuż po przerwie naprawiono sytuację i na wizji nagrodę przekazano grupie Sebastiana Karpiela Bułecki. Ten nie krył zażenowania całą sytuacją i zadeklarował od razu, że nagrodę i tak przekaże najbardziej pokrzywdzonej w tej całej sytuacji Kasi Cerekwickiej.

Sebastian Karpiel Bułecka: przepraszam Kasię

W kuluarach Cerekwicka nagrody od Bułecki nie przyjęła rozpłakała się i powiedziała dziennikarzom:

- Mam nadzieję, że ktoś mnie za tę całą sytuację chociaż przeprosi, bo to jest totalne dno. Swój występ uważam za świetny, szkoda, że się nie spodobał, trudno, spróbuję za rok!

- My z Andrzejem Sikorowskim powtórzyliśmy tylko werdykt, który nam przekazano - mówił w trakcie całego zamieszania Grzegorz Turnau. - To była żenująca pomyłka i przykro mi, że brałem w tym udział. Ale nie miałem na to wpływu.

Indolencja organizatorów i reżyserów telewizyjnych sięgnęła zenitu, trudno tu bowiem mówić nawet o pomyłce komputerów czy systemów liczących. W kuluarach wrzało, dyrektor festiwalu Piotr Klatt pogrążał się tylko, mówiąc dziennikarzom, że przeprasza za zamieszanie, ale programy na żywo rządzą się własnymi prawami.

Tegoroczne Premiery raczej do chlubnej historii festiwalu nie przejdą. I to nie tylko z powodu skandalicznej wpadki TVP. Tegoroczny zestaw piosenek - umówmy się - miał średni poziom. Oprócz zwycięskiego w końcu po całym zamieszaniu zespołu Zakopower, niewiele było propozycji ciekawych i naprawdę przebojowych. Warta uwagi była może jeszcze tylko piosenka Tatiany Okupnik. Nieźle wypadła Ania Szarmach. Ale to wszystko.

Gwiazdy opolskiego festiwalu

Po tegorocznych Premierach zamiast przeboju pozostaje wielki niesmak. Być może czas już najwyższy wrócić do pomysłu zmiany stacji telewizyjnej organizującej festiwal w Opolu. Świetne festiwale produkuje TVN, o czym będziemy mogli przekonać się już niebawem w Sopocie.

Źródło: Gazeta Wyborcza Opole

Houellebecq: Rozkosz dla wszystkich

Znany pisarz dla DZIENNIKA

Z Michelem Houellebecqiem spotkaliśmy się zaraz po jego przyjeździe do Polski. Restauracja obok jego hotelu na warszawskiej Starówce. Marzyliśmy o tym spotkaniu od dawna. A jednocześnie trochę się go obawialiśmy. Bo za bardzo polubiliśmy jego książki i potrafiliśmy świetnie dogadywać się z ich narratorem. Spotkanie z żywym autorem mogło to wszystko zepsuć. Ale mogło też wyjaśnić wiele tajemnic jego twórczości. Postanowiliśmy zaryzykować. Okazało się, że było warto.

MAGDALENA MIECZNICKA, CEZARY MICHALSKI: Witamy w Polsce. Podobno nie jest to pana pierwsza wizyta w naszym kraju?

MICHEL HOUELLEBECQ: Rzeczywiście, byłem tu już kiedyś przez trzy tygodnie. Dawno. W 1975 lub 1976 roku. Studiowałem wtedy rolnictwo i w Polsce miałem sprawdzić, jak funkcjonują upaństwowione gospodarstwa rolne.

I jak funkcjonowały?
Fatalnie. Ludzie nie widzieli tam żadnego powodu, żeby pracować. I trudno im się dziwić. Ja sam lubię prostą kuchnię, nie przeszkadzają mi ziemniaki, ale bez przesady. A już zupełnie nie przepadam za burakami. Ale to nie było moje jedyne spotkanie z Polakami. Kilka miesięcy później koordynowałem podróż studentów z Polski, którzy przyjechali na wymianę do Francji. To było bardzo ciekawe doświadczenie, bo po pierwsze musiałem się nimi zająć, a po drugie sam byłem z prowincji i w ogóle nie znałem Paryża. Uderzyło mnie na przykład, że interesowała ich dzielnica Marais w Paryżu, o której sam nigdy nie słyszałem. Zresztą podczas ich pobytu wydarzyła się jedna z najniezwyklejszych rzeczy, jakich byłem świadkiem w całym swoim życiu. Znajdował się wśród nich pewien mężczyzna około sześćdziesiątki zakochany w kulturze francuskiej. Kiedy autobus wjechał do Paryża, zaczął płakać. Płakał z powodu wrażeń estetycznych. Płacz wywołany literaturą, muzyką, malarstwem – to się zdarza od czasu do czasu. Ale pierwszy raz w życiu widziałem, że ktoś płacze z powodu architektury. Pamiętam też inne swoje wrażenie: przez cały czas bałem się, że Polacy zechcą zostać, a ja będę miał z tego powodu problemy. Bo przecież byłem odpowiedzialny za ich pobyt. Jak państwo widzą, zawsze byłem raczej po stronie władzy.

A co pan jeszcze pamięta z własnej podróży do Polski?
Najdziwniejsze wspomnienie, jakie mam, jest takie: w naszej grupie był pewien chłopak, bardzo liberalny i nastawiony antykomunistycznie, który podczas naszych spacerów po Warszawie cały czas się bał, że jesteśmy śledzeni przez tajne służby. Do samego końca był przekonany, że musimy się ukrywać.

I tak było?
Nie. Jeśli chodzi o skuteczność dyktatury, byłem nieco zawiedziony tą wizytą. Natomiast program mojego pobytu w Polsce przewidywał głównie słuchanie oficjalnych wystąpień na temat sukcesów polskiej gospodarki. Ale szczerze mówiąc, zawsze z trudem mi przychodziło, żeby nie zasnąć przy tego rodzaju wystąpieniach.

Jakie były wtedy pańskie poglądy polityczne?
Żadne. Owszem, interesowało mnie, jak wygląda świat za żelazną kurtyną, ale nie miałem żadnych poglądów. Po pobycie w Polsce wyrobiłem sobie dość negatywną opinię o komunizmie. Ale wiązało się to raczej z zaopatrzeniem sklepów oraz stołówek, w których jadaliśmy, niż z represjami. Pomyślałem wtedy, że Polacy z pewnością nie przesadzali, narzekając na zaopatrzenie, ale przesadzali, narzekając na dyktaturę. Byli wśród nich ludzie, którzy ciągle narzekali i nic im się z tego powodu nie działo. Nie czułem, żeby bali się władzy. To mnie doprowadziło do wniosku, że ludzie zbuntowali się przeciw brakowi towarów, a nie z powodu braku wolności.

Nie sądzi pan, że skoro potem niektórzy Polacy płakali, widząc po raz pierwszy Paryż, to można by jednak rozszerzyć to ich niezadowolenie z konsumpcji na inne sprawy, ideowe, estetyczne?...
Och, nie sądzę.

Mówi pan, że wyrobił sobie negatywną opinię na temat komunizmu, ale pańscy bohaterowie często czują za nim nostalgię. Dlaczego?
Cóż, pisarz nie musi być zawsze spójny. Nawet lepiej, jeśli nie jest. A dlaczego zdarza się tam nostalgia za komunizmem? Pewnie dlatego, że zostałem wychowany przez ludzi, których kochałem i którzy głosowali na partię komunistyczną. Ale to nie miało żadnego wymiaru ideologicznego. To było tak zwane głosowanie klasowe. Wszyscy robotnicy, proletariat głosowali wtedy we Francji na komunistów. Nigdy w życiu nie czytali żadnego tekstu komunistycznego, nie znali Marksa, to ich nie obchodziło. Może dlatego ta moja nostalgia jest dość głęboka, to nostalgia za pewnym stylem życia. Notabene, francuska partia komunistyczna zachowała się bardzo mądrze w maju 1968 roku, nie popierając idiotycznych młodzieżowych ruchów trockistowskich, które chciały przeprowadzić rewolucję we Francji. Mogę jeszcze dodać, że są dwie kategorie krajów komunistycznych: te, które stały się komunistyczne na skutek własnej rewolucji, jak Związek Sowiecki i Kuba, i te, którym komunizm narzucono. Jedynym krajem, w którym dotąd czuje się nostalgię za komunizmem, jest Kuba. Reżim Castro nigdy nie był aż tak straszny jak reżim Stalina, rewolucję popierała znacznie większa część społeczeństwa niż w ZSRR.

To ciekawe, że nostalgię za komunizmem widać w kraju, który formalnie pozostaje jednym z ostatnich z komunistycznym systemem rządów. Także pan, w „Platformie”, próbuje wyjaśnić ten paradoks.
Tak, bo dzisiejsza kubańska codzienność to prawdziwa katastrofa. Ale po pierwsze powtórzę: można być niespójnym, a po drugie można zmieniać zdanie zależnie od sytuacji. Dzisiaj jest jasne, że kapitalizm wygrał na całym świecie. Rewolucja kapitalistyczna to jedyna rewolucja, która się udała i która zresztą trwa nadal. Opieranie się jej może prowadzić tylko do cierpienia.

A co minimalizuje cierpienie?
Poddanie się kapitalizmowi, to pewne.

Co by pan radził Polakom? Bo my na pańskiej mapie globalizacji jesteśmy w bardzo specyficznej pozycji. Z jednej strony weszliśmy do zachodniego, kapitalistycznego świata, co sprawia, że część naszych elit czuje się jak Francuzi częścią centrum. Co prawda, pan opisuje Francję jako upokorzone peryferia amerykańskiego modelu kapitalizmu i globalizacji. Ale z drugiej strony Polska to jeszcze głębsze peryferia, także wobec Francji. Trochę jak Tajlandia jako miejsce turystyki seksualnej ludzi Zachodu.
Tajlandia to jednak zupełnie co innego. To ostatecznie jeden z krajów bardziej od nas ambitnych, tak jak Chiny czy Japonia. Ich ambicją jest rozgnieść ekonomię zachodnią, a może nawet doprowadzić do jej zniknięcia. Te kraje produkują lepiej i taniej niż Zachód. W Tajlandii produkuje się równie precyzyjnie jak w Japonii. Co prawda, nie jest to kraj zbyt wynalazczy. W każdym razie ekspansja tego regionu to nowa jakość. I nową jakością jest sposób, w jaki ta ekspansja się odbywa. Tajlandia, Chiny itp. tym się różnią od Ameryki i Francji, że nie próbują eksportować ideologii. Francja eksportowała rewolucję i prawa człowieka, USA przyjęły na siebie misję eksportowania demokracji. Chiny nie mają ambicji tego rodzaju.

Nawet ambicji politycznej na skalę regionu?
Myślę, że chodzi im wyłącznie o dominację ekonomiczną. Nie bez racji uważają, że w dzisiejszym świecie dominacja gospodarcza załatwi sprawę. To jest postawa bardziej cyniczna, ale również bardziej kapitalistyczna. Problem polega na tym, że są dzisiaj lepszymi i skuteczniejszymi kapitalistami niż Ameryka – proszą spojrzeć, kto od kogo pożycza pieniądze. A moja rada dla Polski? Nie próbujcie się opierać. Trzeba poczekać, aż kapitalizm zdominuje cały świat. Na razie ciągle jeszcze jesteśmy w fazie ekspansji kapitalizmu. Zostało jeszcze kilka krajów niepodbitych.

Są jednak kraje i środowiska, które opierają się kapitalizmowi: cały nowy polityczny i fundamentalistyczny islam…
Tak, są różne głupie sposoby opierania się kapitalizmowi. Nazizm był rodzajem socjalizmu, czyli także oporu wobec kapitalizmu. I też nie wiązałbym z nim nadmiernych nadziei.

A katolickie formy oporu? Jeden z pana bohaterów, Bruno z „Cząstek elementarnych”, fascynuje się postacią Jana Pawła II.
Wielu Francuzów uwielbiało Jana Pawła II. To jest zresztą zrozumiałe, bo Francuzi lubią Polaków. A lubią ich, bo sami często są Polakami. Do Francji trafiło bardzo wielu imigrantów z Polski. Prawie tylu, co z Włoch. To zdaje się druga największa imigracja. Zresztą, to właśnie Polska ostatecznie pogrzebała partię komunistyczną we Francji. Owszem, najpierw była Praga, był „Archipelag Gułag”, ale to robiło wrażenie wyłącznie na intelektualistach, którzy i tak nie stanowili społecznej bazy francuskiego komunizmu. To, co przeważyło, to bunt polskich robotników. Francuscy robotnicy zobaczyli faceta z wąsami, podobnego do nich, który nawet nie umiałby niczego udawać. I to sprawiło, że od Francuskiej Partii Komunistycznej odpłynęła cała jej baza. A co do katolicyzmu: jest to wyznanie bardzo atrakcyjne dla kogoś, kto, jak Bruno, ma poczucie własnego brudu i grzechu. To religia, która kładzie nacisk na grzech.

Ale katolicyzm mu nie wystarcza. Popęd seksualny okazuje się silniejszy od papieskiego wezwania do wstrzemięźliwości.
Cóż, popęd seksualny to coś bardzo silnego. Co do katolicyzmu... Przeczytałem Pascala, kiedy miałem 15 lat, i nigdy się z niego nie otrząsnąłem. Dowiedziałem się z tej lektury, że kiedyś umrę i że to jest straszne. Chciałem uwierzyć w Boga, ale nie mogłem. Próbowałem, chodziłem na msze, ale nie mogłem.

Jest pan pewien, że Pascal wierzył? Że to nie było na zimno, nawet ten jego „ogień”?
Myślę, że jednak ostatecznie uwierzył, że to nawrócenie się dokonało. Dlatego, że jego teksty pozytywne mają taką samą siłę, jak jego teksty negatywne. Zresztą nawrócenia to wielki temat literatury francuskiej. To samo przydarzyło się Charles’owi Peguy. Nigdy jednak nie przydarzyło się nikomu, kto nie miał podstaw katolickich. A ja nie miałem. Nie jestem nawet ochrzczony.

Zna pan tezy Woltera, który próbował rozpocząć krucjatę przeciwko dominacji Pascalowskiej mizantropii we francuskiej kulturze. Potępiał Pascala za jego brak akceptacji dla natury i człowieka. Pan jest do Pascala podobny, co pozwala powiedzieć, że Wolter swoją batalię przegrał.
Tak. Wolter musiał uznać istnienie Pascala, który był jednym z największych pisarzy francuskich. Ale to prawda, że Pascal miał ograniczony szacunek dla istot ludzkich. Ja podobnie. „Możliwość wyspy” może być czytana jak długa parafraza słynnego zdania Pascala, że nieszczęście człowieka polega na tym, iż nie może spędzić życia zamknięty sam w pokoju. Zdania Pascala bywają bardzo mocne. Daniel 25 zamyka się w swoim pokoju, ale ostatecznie to także nie daje mu szczęścia.

Dlaczego pan tak bardzo nie akceptuje ludzi jako gatunku?
Po pierwsze nie bardzo lubię małpy, które są pierwszym gatunkiem zwierząt, u których pojawia się intensywne podobieństwo do ludzi. Proszę iść do zoo i poobserwować małpy. Już u nich można zobaczyć złe tendencje. Proszę popatrzeć na relacje społeczne między nimi, są obrzydliwe. Psy lubię znacznie bardziej. Pies jest zresztą zwierzęciem bardzo ciekawym. Komunizm chciał stworzyć nowego człowieka, ale mu się to nie udało. Hodowcom udało się natomiast stworzyć nowe rasy psów. Kiedy czytam opisy ras psów, wydaje mi się niezwykłe, że ich charakter jest zależny od rasy.

Humaniści przeważnie mówią, że to właśnie dlatego ludzie są lepsi od zwierząt: że nie da się ich hodować. Tylko Sloterdijk mówi co innego, ale on chyba nie jest humanistą w tym samym stopniu, co na przykład Habermas.
Cóż, ten spór ma oczywiście głębsze podstawy. Już argumentacja Spinozy przeciw wolności jest nie do odparcia.

Krytycy, pisząc o pana twórczości, często zadają sobie pytanie: czy pan tak naprawdę myśli? Kiedy narrator mówi: „w dniu samobójstwa mojego syna zrobiłem sobie jajecznicę z pomidorami”, co pan myśli? Dystansuje się pan się od tego czy nie?
Krytycy, zwłaszcza francuscy, zadają takie pytania, bo sami nigdy nie pisali książek. Pisanie książki to tworzenie w głowie postaci, które zaczynają żyć swym własnym życiem i robić to, co chcą. Pisarz jest tak samo odpowiedzialny za swoje wytwory, jak ziemia, która rodzi.

Jak pan ocenia moralnie to zdanie i tę postać?
Niczego nie oceniam moralnie. Ale to prawda, że pisanie książki jest bardzo zaraźliwe. Trudno nie lubić swoich postaci choć trochę. I trudno, żeby nie zaczynały mieć na ciebie wpływu.

A więc nie utożsamia się pan ze swymi postaciami? Wszyscy podejrzewają, że Michel, Bruno, Daniel to są pana alter ego. A pan sam ich do tego prowokuje, grając w powieściach swoją biografią.
Cóż, odpowiem tak jak Schopenhauer, że zaledwie trochę lepiej pamięta się swoje życie niż książkę, którą się kiedyś czytało. I dodam, że co do książek, które się napisało, to pamięta się je znacznie lepiej niż swoje życie. Taki jest mój przypadek. Trzeba też zrozumieć, że autobiografia to gatunek bardzo szanowany we Francji. Rousseau od samego początku był jego klasykiem. I pisarz, który postanawia pisać w sposób autobiograficzny, wkracza we Francji w bardzo silny nurt literackiej tradycji. Ja zresztą też przez pewien czas chciałem uprawiać tego rodzaju pisarstwo, ale skończyło się na kilku tekstach opublikowanych w internecie. Okazało się, że chociaż pod pewnymi względami Rousseau jest mi bliski, nie mam w sobie tyle pasji dla samego siebie.

Dlaczego atakuje pan pewne osoby z imienia i nazwiska? Bernarda Kouchnera, różnych dziennikarzy…
Z troski o realizm mojej opowieści. Pewni dziennikarze, także na przykład Bernard Kouchner, są bardzo dobrze znani przez Francuzów. A co ja tam właściwie piszę o Kouchnerze? Jestem wobec niego bardzo złośliwy?

Owszem.
Kouchner, podobnie jak Brigitte Bardot czy Madonna, jest elementem rzeczywistości, która nas otacza, ikoną popkultury. Nie rozumiem, dlaczego jako pisarz miałbym być ponad rzeczywistością. Czasem spotykam czytelników, którzy mi mówią: wielki pisarz, taki jak pan, powinien być ponad to. Otóż ja nie wiem, dlaczego miałbym być ponad to. Jestem normalnym człowiekiem. Ktoś policzył, że Brigitte Bardot jest postacią najczęściej cytowaną w moich powieściach. Potem Mick Jagger, Michael Jackson, Jacques Chirac. To są ikony. Zresztą, ja też stałem się już postacią kultury masowej i zdaję sobie z tego sprawę. Bywam bohaterem powieści...

W Polsce jest to jeszcze bardziej prowokacyjne niż we Francji, bo tradycja silnie oddziela literaturę wysoką od niskiej. Nawet dzisiaj mamy klasycyzujące wysokie „Zeszyty Literackie” i mało szanowaną, lecz ciekawą polską SF, a między nimi otchłań wzajemnego niezrozumienia i pogardy. Szkodzi to obu stronom. Pan jest romantykiem i od początku miesza te dwa rejestry. Nie debiutował pan esejem o Tomaszu Mannie, ale o Lovecrafcie, ojcu założycielu amerykańskiej fantastyki. Na swojej stronie internetowej pisze pan, że ludzie, których pan najbardziej podziwia, to Kant, Comte i Ellis, autor „American Psycho”, powieści, którą w Polsce żaden klasycyzujący krytyk nie pobrudziłby sobie rąk.
Dostojewski umieszczał, a nawet atakował w swoich powieściach konkretne osoby ze swojej epoki i dzięki temu wpisywał te powieści w rzeczywistość. Na tym polega specyfika powieści: że można pisać o rzeczywistości pewnej epoki i pewnego miejsca. Ale myślę, że naprawdę prowokatorem jestem wtedy, kiedy zaczynam chwalić Agatę Christie, bo to jest łamanie jakiegoś kodeksu literackiego. Mówienie o Brigitte Bardot i Micku Jaggerze to jak mówienie o renault twingo. To są rzeczy, które są częścią stylu życia ludzi.

Cytuje pan Schopenhauera, mówiąc, że styl to kwestia nie formy, ale tematu. Że warunkiem dobrego stylu jest mieć coś do powiedzenia.
Bo tajemnicą dobrej literatury jest siła, pasja. Jeśli postać jest słaba, nigdy nie zaistnieje.

Z czego pochodzi ta siła?
Nie wiem. To jest jedyna prawdziwa zagadka literatury.

Alain Besancon, który bardzo pana lubi, uważa pana za nowego realistę, pierwszego we Francji od czasów Balzaca, Stendhala czy Flauberta. Ale przecież pana wycieczki przeciw realizmowi też są bardzo sugestywne.
Zdanie Schopenhauera o przewadze tematu nad formą znaczy tyle, że jeśli ma się coś do powiedzenia, wciela się to coś w postać i znajduje najprostszy sposób, żeby to wyrazić. Przeciwieństwem dobrego stylu jest to wszystko, co się nazywa formalizmem. Forma, która zastępuje zawartość. Jest wielu formalistów. Po pierwsze Celine.

Którego pan nie lubi?
Nie.

Ale przecież to pisarz ostro atakowany, jak pan. Zresztą często się pana do niego porównuje…
Tak. Ale Celine naprawdę był kolaborantem i antysemitą, podczas gdy ja nic złego nie zrobiłem.

A więc słusznie atakowano Celine’a i go ukarano?
Cóż, poszedł do więzienia na rozsądny czas. Byłoby przesadą skazywać na śmierć małego kolaboranta, który tylko pisał. A przecież we Francji po wojnie takie rzeczy z pisarzami też robiono. Te kilka miesięcy więzienia dla Celine’a były akurat zasłużone.

Opisał to jako męczeństwo.
Cóż, nikt nie lubi więzienia.

„Żandarmeria jest humanizmem”, że pozwolimy sobie pana zacytować. Celine to samo pisał o Sartrze, który w czasie okupacji zgłaszał swoje sztuki do „egzaminów aryjskości”, żeby mogły być grane w Niemczech, bo to mu dawało pieniądze i pozycję. Ale kiedy Amerykanie lądowali w Normandii, postanowił być partyzantem i po wojnie rozliczył Celine’a za kolaborację.
Co do Jeana-Paula Sartre’a, nie jestem aż tak dobrze zorientowany w szczegółach historycznych.

Istnieje głośny pamflet Daniela Lindenberga na pana, Beigbedera, Danteca... Nazwano was tam nowymi reakcjonistami, ludźmi niebezpiecznymi. Co pan o tym sądzi?
Idiotyzmem jest nazywać mnie reakcjonistą, bo reakcjonista to ktoś, kto wierzy, że można wrócić w przeszłość, że powinno się tego spróbować, i kto na dodatek robi coś w tym kierunku. Tymczasem każdy, kto czytał moje powieści, wie, że nie ma powrotu w przeszłość. Można ewentualnie nad nią płakać, ale nie ma do niej powrotu. W moich książkach, kiedy przyjaźń się kończy, to się kończy. Kiedy miłość się kończy, to się kończy. Reakcjonista to bojownik. Jestem przeciwieństwem reakcjonisty. Natomiast bardzo świadomie jestem konserwatystą. Konserwatysta to ktoś, kto się boi, że zniknie coś jemu bliskiego, podczas gdy on nie chce, żeby to zniknęło. Kiedy coś działa, niech działa dalej. Myślę, że za Ludwika byłbym przeciw rewolucji. W czasach Stalina byłbym stalinowcem.

A za czasów Petaina?
Na pewno nic bym nie robił przeciw reżimowi. Ale też nie rzuciłbym się w antysemityzm, jestem przeciwko antysemityzmowi. Mam najwspanialsze wspomnienia właśnie z Izraela. Kobiety są tam piękne, a ludzie najchętniej uprawiają miłość. Może dlatego, że są stale w obliczu śmierci. Ale wracając do Petaina, boję się, że nawet nie chcąc aktywnie przeciwstawiać się władzy, i tak miałbym z nią kłopoty. Tak jak z islamem: powiedziałem, że to najgłupsza z religii, ot tak, nie bardzo się nad tym zastanawiając. Jestem raczej zwolennikiem władzy, ale nie mogę się powstrzymać przed mówieniem rzeczy, które przyjdą mi do głowy. A islam, który już tęskni do władzy absolutnej, zaczął mnie od razu tropić.

Jako konserwatysta woli pan Stalina od Trockiego?
O tak, Trocki to by była katastrofa. Bo Trocki miał na swój sposób rację, twierdząc, że rewolucja przetrwa wyłącznie wtedy, kiedy zostanie eksportowana na cały świat. Gdyby Trocki doszedł do władzy, zaczęłaby się wojna totalna. Stalin był rozsądniejszy, rozszerzył komunizm tylko na parę krajów i tylko dlatego, że Hitler dał mu okazję, niszcząc je i pozostawiając bezpańskie. Gdyby nie Hitler, komunizm zostałby w Rosji.

A w III Rzeszy co by pan robił?
Myślę, że bym uciekł. Bo nazizm był jednak szczególny.

Dlaczego? Jeśli chodzi o eksterminację przeciwników, liczbę ofiar, w niczym nie różnił się od komunizmu.
Tak, ale ten ich projekt zdrowia, higieny, siły... Jasne jest, że źle bym się z tym czuł. I ta ich autentyczna nienawiść do książek, rzecz zupełnie groteskowa... Z pewnością byłoby to dla mnie trudne.

Jaka jest dla pana różnica między projektem pańskiego bohatera Michela Dzierżyńskiego a nazistowską eugeniką?
Rozszyfrowanie kodu genetycznego i konsekwencje, których już dzisiaj nie potrafimy uniknąć, a puryfikacja to dwie zupełnie różne rzeczy. Także Gułag nie budzi mojego zachwytu. Jestem za władzą, rozumiem jej konieczną brutalność, ale są pewne granice. Rzeczywiście, jestem autorem relatywnie politycznym i stąd moje problemy. Z powodu moich wypowiedzi o islamie miałem nawet proces. Ale mnie uniewinniono.

Zaskarżyli pana wspólnie francuscy lewicowcy i islamiści.
Tak, dziwna jest ta łączność ludzi skrajnej lewicy z islamizmem, która wydaje mi się przerażająca.

Może wynika z antyamerykanizmu?
Tak, ale też z ich ogromnego antysemityzmu, który dzisiaj mogą już prawie swobodnie wyrażać. Od czasu tamtego mojego procesu sytuacja we Francji jeszcze się pogorszyła. Obserwuję coraz większą bliskość skrajnej lewicy z islamizmem.

Co pan myśli o śmierci Pima Fortuyna i Theo van Gogha?
Co mogę o tym myśleć? To były zbrodnie. W dodatku ostatecznie islamiści wygrali, we Francji też. Ludzie boją się mówić, wychodzi na to, że przemoc się opłaca. Ale chciałem dodać jeszcze coś na temat swojego konserwatyzmu. Otóż on wychodzi daleko poza politykę. Lovecraft był prawdziwym konserwatystą. Konserwatysta to ktoś, kto na przykład długo się nie rozwiedzie. Bo nawet jeśli coś nie działa zbyt dobrze, woli to zachować niż rzucać się w nową inicjatywę. A jeśli nawet sam się rozwiedzie, to nie będzie za wszelką cenę politycznie promował nowej formy związków. To ktoś, komu zajmie dużo czasu, zanim zacznie używać nowych technologii, zanim kupi sobie telefon komórkowy. Mnie bardzo dużo czasu zajęło, zanim kupiłem sobie telefon komórkowy. To ktoś, kto w gruncie rzeczy boi się życia. Jeśli trochę boimy się życia, trochę go nie lubimy, najlepiej nie podejmować zbyt dużo inicjatywy w zmienianiu go...

Mówi pan o zmieniających nasz gatunek „mutacjach metafizycznych”, z których pierwszą znaną było chrześcijaństwo. W „Możliwości wyspy” nowa religia zostaje zbudowana na kłamstwie założycielskim, a nie na Objawieniu. Jak było pana zdaniem z chrześcijaństwem?
Prawdziwe mutacje metafizyczne są bardzo rzadkie. Mutację z „Możliwości wyspy” sam wymyśliłem, ale chrześcijaństwo było prawdziwą zmianą. Potrafiło wykreować silne wspólnotowe emocje. Zrobił to Święty Paweł. Ale druga mutacja metafizyczna dokonała się inaczej, nie dzięki religii, ale dzięki Newtonowi i jego matematycznym, naukowym oczywistościom, do których nas przekonał.

Nadal pan uważa, że islam jest najgłupszą z religii?
Tak, bo jest bardzo monoteistyczny.

A katolicyzm nie?...
Nie. To jest religia bogata, i to mi się podoba. Jest w nim silny element żeński, katolicyzm umożliwia też lekturę symboliczną. Jedyna rzecz, która mi się naprawdę w nim nie podoba, to pomysł, że Bóg stworzył świat. Wiadomo, że to nieprawda, i tyle. Bo to jest przeciw nauce. Nikt nie stworzył świata, a idea stwórcy wszechmocnego i dobrego przeczy całemu mojemu doświadczeniu. To oczywiście wymysł Żydów, ale nawet w dzisiejszym Izraelu, choć wielu ludzi jest przywiązanych do tradycji judaizmu, to nie wierzą oni w dobrego i wszechmogącego Boga. Bo tego nie da się w żaden sposób obronić.

Pytanie towarzyskie. Dlaczego mieszka pan w Irlandii?
Z wielu powodów. Na początku chodziło głównie o to, by zmniejszyć podatki i nauczyć się angielskiego, po to, by rozmawiać z moimi przyjaciółmi na całym świecie. Z francuskim to już niemożliwe. Cóż, ja naprawdę chciałbym być kochany. Chciałbym być narodową gwiazdą, tak jak gwiazdy futbolu. Im bardziej się starzeję, tym bardziej mam dość tego, że jestem kontrowersyjny i krytykowany.

No właśnie, z czego wynika ta niechęć do pana, poza tym, że miewa pan niewyparzony język czy też pióro?
Także z tego, że ludzie, a konkretnie lewica, uważają dzisiaj, że istnieje wyłącznie kultura, że nic w człowieku nie pochodzi z natury. Wręcz nie wolno mówić, że cokolwiek jest biologiczne. Wszystko to tylko konstrukcja społeczna. A ja piszę o człowieku jako zdeterminowanym przez biologię. Nauka jest dla mnie ważna. Dodam na marginesie, że kocham język naukowy, jego brzmienie to dla mnie prawdziwa poezja. Dlatego tak często wstawiam w moich powieściach fragmenty naukowe, starając się zresztą, by były w miarę wiarygodne dla człowieka, który się na tym zna. A co do lewicy: cóż, kiedyś, w XIX wieku, lewica nie obrażała się na naukę, przeciwnie. To się zmieniło, sam nie wiem dlaczego. Dzisiejsze podejście lewicy to w gruncie rzeczy obskurantyzm. Dlatego nie lubię psychoanalizy, bo to bajki. Te problemy znacznie lepiej rozwiązuje chemia.

Są też tacy, którzy zarzucali panu pornografię. Po co panu te dosadne sceny seksu?
Bo to jest część życia, to wszystko.

A jaki jest pana stosunek do Sade’a i literatury libertyńskiej? Pańskie fragmenty dotyczące seksu często z tym porównywano.
Muszę uznać istnienie Sade’a jako jedynego prawdziwego autora libertyńskiego, ale nie znoszę go. Pod względem języka pozostał całkowicie więźniem swojej epoki, te wszystkie powtórzenia, nuda. Pod względem idei nie cierpię go jeszcze bardziej. Jestem manichejczykiem i biorę stronę dobra przeciw złu. A Sade rozkoszuje się złem, dąży do rozkoszy własnej, ale jest całkowicie niezdolny do tego, żeby uznać rozkosz drugiej osoby. Ja jestem zwolennikiem rozkoszy dla wszystkich. I największym zagrożeniem dla Zachodu jest moim zdaniem zanik miłości. Zanik uczuć. Obserwuję wychładzanie się ludzkich relacji. Tak, wydaje mi się, że świat do tego zmierza.

Rozwody umilą w Katowicach sądowe ogrody

Tomasz Malkowski
2008-06-13, ostatnia aktualizacja 2008-06-13 21:06

Monumentalna bryła Sądu Okręgowego przy ul. Francuskiej jest już prawie gotowa. W środku trwają ostatnie prace wykończeniowe. Budynek mimo surowych elewacji skrywa przyjazne wnętrza, jego dziedzińce powoli zamieniają się w zielone oazy

Zobacz powiekszenie
Fot. Grzegorz Celejewski / AG
Autorzy projektu Tomasz Studniarek i Małgorzata Pilinkiewicz
SERWISY
Budowa olbrzymiego Sądu Okręgowego zbliża się po trzech latach prac do finiszu. Dziś już można stwierdzić jaki to gigant. Budynek to prostopadłościan szeroki na prawie 40 metrów i długi na 115 metrów, dłuższy więc niż pełnowymiarowe boisko piłkarskie. Obiekt powstał pomiędzy ulicami Francuską, a Damrota. Od tej pierwszej ma 6 kondygnacji, od Damrota widać już tylko pięć, bo najniższa zagłębia się w wyższym tam terenie. Podziemna część pomieści archiwa i parkingi dla pracowników.

Gotowe są już elewacje. Architekci z katowickiej pracowni Archistudio Studniarek+Pilinkiewicz zaprojektowali je jako gładkie płaszczyzny z betonu we frontach i z szarej cegły klinkierowej na dłuższych bokach.

Katowicki sąd będzie miał dwa wejścia, petenci będą wchodzić od ul. Francuskiej. Tutaj front ma kształt wysokiego na 25 metrów portalu. Szklana elewacja jest wycofana, flankują ją wystające skrzydła budynku z betonu architektonicznego. Wchodzący znajdą się w przestronnym holu, który biegnie przez całą długość budynku, aż do wejścia dla pracowników od strony ul. Damrota.

W holu znajdzie się szatnia, kawiarnia oraz punkty przyjmowania dokumentów. Hol umiejscowiony jest w środku dziedzińca budynku, ale nie styka się z jego elewacjami. To raczej niezależny, wstawiony pawilon o szklanych ścianach i konstrukcji z drewna klejonego. Dzięki takiemu rozwiązaniu pomiędzy ścianami holu, a właściwego budynku powstały wąskie ogrody. Z holu wystrzeliwują 3 wieże klatek schodowych, znów ze szklanymi ścianami ujętymi w drewnianą konstrukcję. Kiedy wchodzi się na piętro ukazuje się dach holu, który również zamieni się w ogród. Właśnie trwa nasadzanie roślin.

Dziedziniec ma elewacje podobne do tych zewnętrznych, z tej samej szarej cegły i z równym rytmem bardzo wysmukłych okien. Pojawia się też okładzina z drewna cedrowego na pionach windowych. - Staraliśmy się ograniczyć gamę kolorów do dwóch podstawowych. Z jednej strony to szarość ścian z betonu, cegieł i posadzek przemysłowych, z drugiej ocieplają je drewno konstrukcji, cedrowe okładziny i drewniane wyposażenie budynku. To takie zderzenie surowości z przyjaznością. Zieleń dziedzińców doda budynkowi oddechu i umili przebywanie w budynku - tłumaczy architekt Tomasz Studniarek, który wraz z Małgorzatą Pilinkiewicz jest autorem projektu. Ten kontrast materiałowy niejako odwzorowuje pracę sądu, który musi działać zgodnie ze sztywnymi paragrafami, ale zarazem nie może zapomnieć o człowieku.

Budynek ma bardzo funkcjonalne rozwiązania. Rozdzielono korytarze dla pracowników sądu od tych, z których będą korzystać petenci. Sędziowie mają pokoje na ostatnim piętrze i oddzielnymi klatkami schodowymi schodzą prosto do sal sądowych. Otwarte klatki schodowe dla petentów, duży hol - ułatwią orientację w budynku, który ma około 15 tys. metrów kwadratowych powierzchni.

Dotychczas Sąd Okręgowy zajmował kilka budynków porozrzucanych po Katowicach. Teraz wszystkie wydziały z wyjątkiem karnych zostaną przeniesione do nowego gmachu. - Wydział karny pozostanie w zabytkowym budynku przy Andrzeja, będzie miał teraz znacznie więcej miejsca, bo obecnie panuje tam straszliwa ciasnota. Zostaje na miejscu, bo obok jest budynek aresztu. Natomiast do naszego starego budynku przy ul. Francuskiej przeprowadzi się Sąd Rejonowy Katowice-Wschód - tłumaczy Krzysztof Zawała, rzecznik prasowy SO w Katowicach. Do nowego budynku przeprowadzi się w sumie kilkanaście wydziałów, w tym cywilny, gospodarczy, rodzinny, ubezpieczeń.

- Nie możemy się już doczekać, bo w końcu otrzymamy lepsze warunki pracy. Przeprowadzkę planujemy zrobić na początku 2009 roku. Oznacza ona także korzyść dla mieszkańców. Większa liczba sal rozpraw znacznie przyspieszy prace sądu - zapewnia Zawała.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice

Gosiewski do Tuska: Co zrobił rząd ws. zbrodni katyńskiej

ulast, PAP
2008-06-12, ostatnia aktualizacja 2008-06-12 12:29

PiS chce, by premier Donald Tusk przedstawił informacje na temat działań rządu w związku z "niepokojącymi" decyzjami rosyjskiego wymiaru sprawiedliwości w kwestii zbrodni katyńskiej. List w tej sprawie skierował do Tuska szef klubu PiS Przemysław Gosiewski.

ZOBACZ TAKŻE
W liście do Tuska Gosiewski ocenił, że "ostatnie liczne wydarzenia związane ze sprawą katyńską pozostają w rozbieżności z zapowiadanym polepszeniem relacji polsko-rosyjskich, właściwie we wszystkich aspektach sprawy".

Rosyjska Główna Prokuratura Wojskowa konsekwentnie odmawia rehabilitacji ofiar zbrodni katyńskiej, twierdząc, że dokumenty dotyczące mordu na polskich oficerach nie zachowały się, więc nie może ona rozpatrzyć wniosków o ich rehabilitację.

W maju moskiewski sąd rejonowy oddalił skargę krewnych ofiar zbrodni katyńskiej na postępowanie Głównej Prokuratury Wojskowej Rosji, która odmówiła zrehabilitowania pomordowanych. Sąd orzekł wówczas, że na drogę sądową mogą występować tylko osoby, których prawa zostały złamane, czyli pomordowani.

W ostatni wtorek moskiewski Sąd Miejski anulował decyzję sądu rejonowego i skierował skargę rodzin ofiar mordu NKWD na polskich oficerach w 1940 roku do ponownego rozpatrzenia.

Gosiewski ocenił w liście do Tuska, że "ostatnie wydarzenia" związane ze sprawą katyńską "wskazują, iż intencją administracji rosyjskiej jest marginalizacja odpowiedzialności za ten mord".

"Obserwujemy, iż w ostatnich miesiącach mamy do czynienia z wyraźnym wzmożeniem się działań poszczególnych instytucji wymiaru sprawiedliwości Federacji Rosyjskiej, a także wypowiedziami osób i publikacjami w środkach masowego przekazu, które uznać należy za bardzo niepokojące" - podkreślił Gosiewski w liście do premiera.

W związku z tym PiS chce, by szef rządu przedstawił swoje stanowisko w sprawie ostatnich działań rosyjskiego wymiaru sprawiedliwości i "niepokojących" publikacji w tamtejszych mediach.

Gosiewski domaga się też "szczegółowej informacji" na temat działań, jakie zamierza podejmować rząd, "w tym szczególnie ministerstwo spraw zagranicznych, polsko-rosyjska grupa ds. trudnych z prof. Adamem Rotfeldem na czele (...), a także Ministerstwo Sprawiedliwości".

PiS przypomina też w liście, że lutowa wizyta premiera Tuska w Moskwie "przyniosła wiele zapowiedzi przedstawicieli rządu dotyczących poprawy relacji polsko-rosyjskich oraz zapowiedzi ich ocieplenia także w sferze polityki historycznej, w tym szczególnie sprawy mordu polskich oficerów w Katyniu w 1940 roku".

"Niestety do opinii publicznej dociera szereg sygnałów nie tylko nie wskazujących na poprawę sytuacji w tym względzie, ale przeciwnie, wskazujących, iż intencją administracji rosyjskiej jest marginalizacja odpowiedzialności za ten mord" - podkreślił Gosiewski w liście do premiera.

PiS ocenia też, że w ostatnim czasie "nie zmieniło się nic, jeżeli chodzi o dostęp (polskich) badaczy do rosyjskich archiwów, gdyż pozostają one praktycznie niedostępne dla historyków zamierzających prowadzić badania nad historią zbrodni katyńskiej".

W liście do Tuska Gosiewski napisał, że "utrzymywanie przyjaznych i bliskich relacji z Federacją Rosyjską powinno być ważnym celem polskiej polityki zagranicznej". Ale - jak podkreślił - "takie relacje możemy zbudować jednak wyłącznie na szacunku do prawdy, możliwości jej badania oraz respektowania zasad praworządności i sprawiedliwości wobec ofiar i ich rodzin".

Euro 2008: Co dzień sędziowska katastrofa!

Marek Kuprowski
2008-06-14, ostatnia aktualizacja 2008-06-14 00:38
Zobacz powiększenie
Mariusz Lewandowski na kolanach. Howard Webb, z zawodu policjant, kradnie zwycięstwo Polsce na oczach świata
Fot. Frank Augstein AP

Jeszcze w poniedziałek pisaliśmy, że jesteśmy pod wrażeniem sędziowania na Euro 2008. Z dnia na dzień jest jednak coraz gorzej. Wydarzenia tylko dwóch ostatnich dni sprawiły, że premier Polski chciał zabijać, Leo Beenhakker wyrażał się w sposób niedyplomatyczny a prezes włoskiej federacji piłkarskiej domagał się oficjalnych przeprosin UEFA. Strach pomyśleć, co będzie dalej. A wszystko przez panów z gwizdkami.

Sędziowie - jak na razie - sprawiedliwi »

Pierwszy raz analizowaliśmy, jak radzą sobie sędziowie, dokładnie cztery dni temu, po kontrowersyjnym golu zdobytym przez van Nistelrooya w meczu z Włochami. Wypchnięty przez Buffona Panucci znalazł się poza boiskiem, ale "zwolnił" w ten sposób ze spalonego van Nistelrooya, który w momencie podania miał przed sobą tylko włoskiego bramkarza. Okazało się wtedy, że sędzia doskonale zinterpretował przepisy, z których istnienia wielu nawet nie zdawało sobie sprawy. Joachim Loew otwarcie przyznał, że cała jego ekipa była przekonana, że gol nie powinien się liczyć.

Niemcy nie znają przepisów »

Sędzia międzynarodowy Rafał Rostkowski wyrażał się o arbitrach w samych superlatywach. Wszyscy byli przekonani, że czeka nas być może pierwszy w historii turniej, kiedy to piłkarze będą w pełni decydować o wyniku, a sędziowie nie będą im w tym przeszkadzać. Co prawda zdarzały się drobne błędy - np. Pieter Vink nie znalazł w sobie wystarczająco dużo odwagi, aby wyrzucić z boiska Austriaka Emmanula Pogatetza w meczu z Chorwacją, ale sprawa przecież dotyczyła gospodarzy, a sędzia już w 3 min. spotkania podyktował rzut karny dla drużyny przeciwnej. Nic nie zapowiadało jednak nadchodzącej zmiany. Liczba drobnych błędów systematycznie się zwiększała i zaczęła nabierać efektu kuli śniegowej.

Howard Webb zakpił z futbolu

W czwartek reprezentacja Polski rozgrywała mecz o wszystko z Austrią. Sędzia oszukał cały piłkarski świat już w 30. minucie. Roger Guerreiro zdobył bramkę z pozycji spalonej, czego nie zauważył angielski sędzia Howard Webb. Była to szokująca pomyłka, bo krzywdziła przecież gospodarzy turnieju. Okazało się jednak, że to dopiero początek cudów.

W drugiej połowie Polska przeważała. Gdy jeden z Austriaków padł jak rażony piorunem w polu karnym Polski, próbując wymusić "jedenastkę", nie zobaczył za to nawet żółtej kartki. Dziwne, bo piłkarze z wielu krajów podkreślali, że przed turniejem zostali dokładnie przeszkoleni przez UEFA, która miała zwracać uwagę m.in. na to, że każda taka próba karana będzie kartonikiem.

W doliczonym czasie gry nastąpiła kolejna kontrowersja. Sędzia nagrodził Austriaków rzutem karnym za nieprzepisowe zagranie Lewandowskiego. Decyzji sędziego broni UEFA i niektórzy komentatorzy (np. brytyjscy). W Polsce jednak Webb stał się praktycznie natychmiast synonimem "drukarza".

Tym bardziej, że arbiter nie zwrócił za to uwagi na Jacka Bąka, który chwilę wcześniej w iście bokserskim stylu, próbował rozprawić się z jednym z rywali. W tym, co wydarzyło się w polu karnym Polaków, niektórzy dopatrują się nawet teorii spiskowych.

Smolarek: Sędzia podyktował karnego na rozkaz UEFA »

Nawet święty by nie wytrzymał

Leo Beenhakker, znany z tego, że zawsze zachowuje stoicki spokój i nie używa nieeleganckiego języka, stwierdził po meczu, że "sędzia najwyraźniej chciał pokazać, że ma jaja i jest w stanie zrobić coś takiego" oraz że "chyba chciał pokazać, kto tu rządzi". Niepodobne do niego było też twierdzenie, że "komuś zależało na wyeliminowaniu Polski". Teraz trenerowi grozi za to postępowanie dyscyplinarne ze strony UEFA.



Nawet premier Polski Donald Tusk nie zdołał się powstrzymać i powiedział: - Jako premier polskiego rządu, muszę wypowiadać się w sposób wyważony, ale wczoraj... chciałem zabić.

Howard Webb oddał zatem gospodarzom to, co zabrał im w pierwszej połowie i stał się z miejsca wrogiem publicznym numer jeden w Polsce.

Policja nie lekceważy pogróżek wobec Webba »

Włochy - Rumunia czyli cyrku ciąg dalszy

Nikt nie spodziewał się jednak, że piątek przyniesie kontynuację popisów arbitrów. Nikt nie mógł też przewidzieć, że ofiarami arbitra padną Włosi. Zazwyczaj to faworyci dostają przecież prezenty. Najpierw w doliczonym czasie pierwszej połowy sędzia odgwizdał spalonego, odbierając Luce Toniemu prawidłowo zdobytego gola, a w 80. minucie podyktował niezwykle kontrowersyjnego karnego dla Rumunów. Buffon jednak fenomenalnie obronił. Chwilę później Toni w ordynarny sposób "nurkował" w polu karnym rywali, ale również nie zobaczył za to żółtej kartki.

Po meczu prezes Włoskiego Związku Piłki Nożnej, Giancarlo Abete, zaapelował do UEFA: - Prosimy o stwierdzenie, że gol Toniego był zdobyty zgodnie z przepisami. Stwierdził, że UEFA nie ma innego wyjścia i musi uderzyć się w pierś.

Jeżeli pomyłki sędziowskie narastać będą w dotychczasowym tempie, strach pomyśleć, jak będzie wyglądał finał.

PiS o tajnym funduszu: To brednie

Przecieki ze sprawy byłego ministra sportu

Newsweek: Były minister sportu chciał wyprowadzić 100 milionów złotych na tajny fundusz PiS

Brednie - tak Joachim Brudziński z PiS komentuje doniesienia "Newsweeka", że jego partia chciała finansować kampanię wyborczą z pieniędzy na Euro. Według tygodnika, tak zeznał współpracownik oskarżonego o korupcję byłego ministra sportu Tomasza Lipca. Pomysłodawcy wyprowadzenia na tajny fundusz 100 mln zł, przeznaczonych na inwestycje związane z Euro 2012, mieli powoływać się na europosła PiS Adama Bielana.

czytaj dalej...
REKLAMA

"Czekam na to, jak kolejni dziennikarze ujawnią, że nasz tajny fundusz mamy u Kim Dzong-Ila" - mówi dziennikowi.pl Brudziński.

A według "Newsweeka", o tym, że plan wyprowadzenia pieniędzy powstał jeszcze zanim zaczęły się inwestycje w stadiony i infrastrukturę na Euro 2012, zeznał w prokuraturze Tadeusz M., wicedyrektor Centralnego Ośrodka Sportu. Zatrzymano go w czerwcu zeszłego roku po tym, jak przyjął kontrolowaną łapówkę od podstawionych agentów CBA.

Zatrzymanie Tomasza Lipca przez CBA
Jak dodaje "Newsweek", według Tadeusza M., pieniądze miały one trafić na fundusz, z którego byłyby opłacane wyborcze wydatki polityków PiS. Organizatorzy tego procederu mieli się ponoć powoływać na europosła Adama Bielana, jednego ze strategów kampanii wyborczych PiS.

Ale prokuratura wciąż nie wyjaśniła, czy to prawda. A sam europoseł odrzuca wszelkie oskarżenia.

Jak wyznał Tadeusz M., plan był prosty: pieniądze miały być wyprowadzone pod pretekstem różnego rodzaju usług, m.in. ubezpieczania inwestycji, ochrony oraz wydatków na reklamę i marketing. "To zostało ustawione na etapie przygotowywania przetargów" - tłumaczył prokuratorom M.

Z informacji "Newsweeka" wynika, że w ręce śledczych wpadł schemat tego przedsięwzięcia, który Tadeusz M. przechowywał w swoim laptopie. Obecnie, jako dowód rzeczowy, znajduje się on w Centralnym Biurze Antykorupcyjnym.

Tadeusz M. jako jedna z pierwszych osób załamał się w śledztwie i złożył obszerne wyjaśnienia. To m.in. właśnie dzięki niemu prokuraturze udało się oskarżyć o korupcję byłego ministra Tomasza Lipca. Akt oskarżenia przeciwko niemu wczoraj został przesłany do sądu.

"Wyjaśnienia M. w pozostałych sprawach zostały ocenione jako wiarygodne" - mówi osoba znająca akta sprawy. "Ale wątek dotyczący 100 milionów jest wciąż wyjaśniany i na razie trudno powiedzieć, czy uda się potwierdzić jego słowa" - dodaje.

Ale wyjaśnienie słów Tomasza M. znalazła już Elżbieta Jakubiak, następczyni Lipca w fotelu ministra sportu. "To desperacka próba obrony oskarżonego" - mówi dziennikowi.pl Jakubiak. Według niej, Centralny Ośrodek Sportu w ogóle nie był brany pod uwagę przy organizacji Euro 2012.

Joachim Brudziński, szef zarządu głównego PiS też ma swoją ripostę na doniesienia "Newsweeka". "To bardzo fajne informacje. Czekam tylko na to, jak kolejni dziennikarze ujawnią, że nasz tajny fundusz mamy u Kim Dzong-Ila a wspierają nas w tym wszystkim indyjscy milionerzy" - kpi Brudziński. "To brednie, brednie i jeszcze raz brednie. Partia jest finansowana z budżetu, tak jak wszystkie inne partie. Przedstawiamy sprawozdania a każda złotówka jest rozliczana" - dodaje już zupełnie poważnie w rozmowie z dziennikiem.pl.

Akta sprawy, w tym także zeznania M., trafiły niedawno do sejmowej komisji śledczej ds. nacisków na służby specjalne. Komisja bada, dlaczego prokuratura zdecydowała o zatrzymaniu Lipca dopiero po wyborach. Oczywiste jest bowiem, że rządzącym wówczas politykom PiS było nie na rękę zatrzymanie członka rządu przed przyśpieszonymi wyborami parlamentarnymi.

"Newsweek" ujawnił, że za wstrzymaniem wykonania decyzji o zatrzymaniu stała ówczesna prokurator okręgowa w Warszawie, Elżbieta Janicka. Tuż po publikacji straciła stanowisko. W jej sprawie toczy się obecnie postępowanie dyscyplinarne.

Sprawa Lipca była niewygodna dla polityków PiS jeszcze z jednego powodu. Po zatrzymaniu minister ujawnił, że miał wgląd w tajne stenogramy z podsłuchów. Miał mu je przekazać wiceszef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Grzegorz Ocieczek. Także ten wątek wciąż wyjaśnia prokuratura - pisze "Neweek".

Sędzia Webb ma na koncie wiele grzechów

Historia arbitra, kóry skrzywdził Polaków

Kim jest sierżant Webb?

On powinien gwizdać, ale na skrzyżowaniu, nie na boisku. Howard Webb, angielski sędzia i policjant z zawodu, który odebrał nam zwycięstwo w meczu z Austrią, skrzywdził też innych. "Mało tego, jak twierdzi wielu piłkarzy i trenerów, ten człowiek jest rasistą. Webb czuje się bezkarny, bo szefowie piłkarskich centrali w ogóle nie reagują na jego wybryki" - oburza się "Fakt".

czytaj dalej...
REKLAMA

Bulwarówka nie ma wątpliwości, że Webb, gdzie może, "poluje" na czarnoskórych piłkarzy. Pod byle pretekstem sięga po czerwone kartki - żalą się zawodnicy.

W lutym ubiegłego roku, w meczu finałowym Pucharu Anglii, wyrzucił z boiska trzech czarnoskórych graczy, Nigeryjczyka Johna Obiego Mikela z Chelsea oraz reprezentantów Wybrzeża Kości Słoniowej Kolo Toure i Togo Emmanuela Adebayora z Arsenalu. Tego ostatniego, rozwścieczonego decyzją Webba, musieli uspokajać koledzy z drużyny i członkowie sztabu Kanonierów - przypomina "Fakt".

Kilka miesięcy później trener reprezentacji Nigerii do lat 20, Ladan Bosso, wprost oskarżył Webba o rasizm. "Niech za słowami pójdą czyny, bo FIFA deklaruje, że walczy z rasizmem, a nasz mecz właśnie sędziował rasista. Przy nim nie mogliśmy wygrać" - grzmiał Bosso po porażce z Chile (0:4) w ćwierćfinale młodzieżowego mundialu. Kapitan przegranych Ezekiel Bala wtórował Bosso: "Czujemy się oszukani i bezsilni. Liczyliśmy się z tym, że coś takiego może nastąpić".

Spotkanie miało dramatyczny przebieg - wszystkie bramki padły w dogrywce, a Nigeryjczycy wpadli w furię, bo sporne sytuacje Webb rozstrzygnął na korzyść Chilijczyków - pisze "Fakt". Tak było z pierwszym i czwartym golem, które zdaniem graczy z Afriki padły ze spalonych. Webb pokazał 8 żółtych kartek, w tym aż 6 Nigeryjczykom, a jednego z nich usunął z boiska.

W obronie policjanta stanęła wtedy FIFA. Bosso musiał przeprosić za swe słowa, zapłacić 9 tysięcy dolarów kary, ale i tak został zawieszony na 4 miesiące.

"Moi asystenci nie dopatrzyli się spalonych w naprawdę trudnych do oceny sytuacjach, podyktowałem też karnego i wyrzuciłem z boiska jednego zawodnika, ale komitet sędziowski całkowicie przyznał mi rację" - tłumaczył Webb.

My zapamiętamy go jako tego, który w doliczonym czasie gry odarł Polaków z marzeń o ćwierćfinale ME - nie ma wątpliwości "Fakt". Na Webba pomstują nie tylko piłkarze z Polski i Afryki. Dość ma go także słynny trener Manchesteru United Alex Ferguson.

"Webb sprzyjał drużynie Arsenalu w meczu z moim zespołem. Widział tylko nasze faule, fauli rywali w ogóle nie dostrzegał" - żalił się Ferguson, który raczej zawsze waży słowa.

Policjant Webb, uchodzący za wzorowego ojca rodziny, wziął 5-letni urlop, by oddać się pasji sędziowania na piłkarskich boiskach. "Chcę poświęcić się mistrzostwom i sędziowaniu. Bo to uwielbiam" - mówił w wywiadzie dla brytyjskiej gazety "The Star".