MAGDALENA MIECZNICKA, CEZARY MICHALSKI: Witamy w Polsce. Podobno nie jest to pana pierwsza wizyta w naszym kraju?
MICHEL HOUELLEBECQ: Rzeczywiście, byłem tu już kiedyś przez trzy tygodnie. Dawno. W 1975 lub 1976 roku. Studiowałem wtedy rolnictwo i w Polsce miałem sprawdzić, jak funkcjonują upaństwowione gospodarstwa rolne.
I jak funkcjonowały?
Fatalnie. Ludzie nie widzieli tam żadnego powodu, żeby pracować. I trudno im się dziwić. Ja sam lubię prostą kuchnię, nie przeszkadzają mi ziemniaki, ale bez przesady. A już zupełnie nie przepadam za burakami. Ale to nie było moje jedyne spotkanie z Polakami. Kilka miesięcy później koordynowałem podróż studentów z Polski, którzy przyjechali na wymianę do Francji. To było bardzo ciekawe doświadczenie, bo po pierwsze musiałem się nimi zająć, a po drugie sam byłem z prowincji i w ogóle nie znałem Paryża. Uderzyło mnie na przykład, że interesowała ich dzielnica Marais w Paryżu, o której sam nigdy nie słyszałem. Zresztą podczas ich pobytu wydarzyła się jedna z najniezwyklejszych rzeczy, jakich byłem świadkiem w całym swoim życiu. Znajdował się wśród nich pewien mężczyzna około sześćdziesiątki zakochany w kulturze francuskiej. Kiedy autobus wjechał do Paryża, zaczął płakać. Płakał z powodu wrażeń estetycznych. Płacz wywołany literaturą, muzyką, malarstwem – to się zdarza od czasu do czasu. Ale pierwszy raz w życiu widziałem, że ktoś płacze z powodu architektury. Pamiętam też inne swoje wrażenie: przez cały czas bałem się, że Polacy zechcą zostać, a ja będę miał z tego powodu problemy. Bo przecież byłem odpowiedzialny za ich pobyt. Jak państwo widzą, zawsze byłem raczej po stronie władzy.
A co pan jeszcze pamięta z własnej podróży do Polski?
Najdziwniejsze wspomnienie, jakie mam, jest takie: w naszej grupie był pewien chłopak, bardzo liberalny i nastawiony antykomunistycznie, który podczas naszych spacerów po Warszawie cały czas się bał, że jesteśmy śledzeni przez tajne służby. Do samego końca był przekonany, że musimy się ukrywać.
I tak było?
Nie. Jeśli chodzi o skuteczność dyktatury, byłem nieco zawiedziony tą wizytą. Natomiast program mojego pobytu w Polsce przewidywał głównie słuchanie oficjalnych wystąpień na temat sukcesów polskiej gospodarki. Ale szczerze mówiąc, zawsze z trudem mi przychodziło, żeby nie zasnąć przy tego rodzaju wystąpieniach.
Jakie były wtedy pańskie poglądy polityczne?
Żadne. Owszem, interesowało mnie, jak wygląda świat za żelazną kurtyną, ale nie miałem żadnych poglądów. Po pobycie w Polsce wyrobiłem sobie dość negatywną opinię o komunizmie. Ale wiązało się to raczej z zaopatrzeniem sklepów oraz stołówek, w których jadaliśmy, niż z represjami. Pomyślałem wtedy, że Polacy z pewnością nie przesadzali, narzekając na zaopatrzenie, ale przesadzali, narzekając na dyktaturę. Byli wśród nich ludzie, którzy ciągle narzekali i nic im się z tego powodu nie działo. Nie czułem, żeby bali się władzy. To mnie doprowadziło do wniosku, że ludzie zbuntowali się przeciw brakowi towarów, a nie z powodu braku wolności.
Nie sądzi pan, że skoro potem niektórzy Polacy płakali, widząc po raz pierwszy Paryż, to można by jednak rozszerzyć to ich niezadowolenie z konsumpcji na inne sprawy, ideowe, estetyczne?...
Och, nie sądzę.
Mówi pan, że wyrobił sobie negatywną opinię na temat komunizmu, ale pańscy bohaterowie często czują za nim nostalgię. Dlaczego?
Cóż, pisarz nie musi być zawsze spójny. Nawet lepiej, jeśli nie jest. A dlaczego zdarza się tam nostalgia za komunizmem? Pewnie dlatego, że zostałem wychowany przez ludzi, których kochałem i którzy głosowali na partię komunistyczną. Ale to nie miało żadnego wymiaru ideologicznego. To było tak zwane głosowanie klasowe. Wszyscy robotnicy, proletariat głosowali wtedy we Francji na komunistów. Nigdy w życiu nie czytali żadnego tekstu komunistycznego, nie znali Marksa, to ich nie obchodziło. Może dlatego ta moja nostalgia jest dość głęboka, to nostalgia za pewnym stylem życia. Notabene, francuska partia komunistyczna zachowała się bardzo mądrze w maju 1968 roku, nie popierając idiotycznych młodzieżowych ruchów trockistowskich, które chciały przeprowadzić rewolucję we Francji. Mogę jeszcze dodać, że są dwie kategorie krajów komunistycznych: te, które stały się komunistyczne na skutek własnej rewolucji, jak Związek Sowiecki i Kuba, i te, którym komunizm narzucono. Jedynym krajem, w którym dotąd czuje się nostalgię za komunizmem, jest Kuba. Reżim Castro nigdy nie był aż tak straszny jak reżim Stalina, rewolucję popierała znacznie większa część społeczeństwa niż w ZSRR.
To ciekawe, że nostalgię za komunizmem widać w kraju, który formalnie pozostaje jednym z ostatnich z komunistycznym systemem rządów. Także pan, w „Platformie”, próbuje wyjaśnić ten paradoks.
Tak, bo dzisiejsza kubańska codzienność to prawdziwa katastrofa. Ale po pierwsze powtórzę: można być niespójnym, a po drugie można zmieniać zdanie zależnie od sytuacji. Dzisiaj jest jasne, że kapitalizm wygrał na całym świecie. Rewolucja kapitalistyczna to jedyna rewolucja, która się udała i która zresztą trwa nadal. Opieranie się jej może prowadzić tylko do cierpienia.
A co minimalizuje cierpienie?
Poddanie się kapitalizmowi, to pewne.
Co by pan radził Polakom? Bo my na pańskiej mapie globalizacji jesteśmy w bardzo specyficznej pozycji. Z jednej strony weszliśmy do zachodniego, kapitalistycznego świata, co sprawia, że część naszych elit czuje się jak Francuzi częścią centrum. Co prawda, pan opisuje Francję jako upokorzone peryferia amerykańskiego modelu kapitalizmu i globalizacji. Ale z drugiej strony Polska to jeszcze głębsze peryferia, także wobec Francji. Trochę jak Tajlandia jako miejsce turystyki seksualnej ludzi Zachodu.
Tajlandia to jednak zupełnie co innego. To ostatecznie jeden z krajów bardziej od nas ambitnych, tak jak Chiny czy Japonia. Ich ambicją jest rozgnieść ekonomię zachodnią, a może nawet doprowadzić do jej zniknięcia. Te kraje produkują lepiej i taniej niż Zachód. W Tajlandii produkuje się równie precyzyjnie jak w Japonii. Co prawda, nie jest to kraj zbyt wynalazczy. W każdym razie ekspansja tego regionu to nowa jakość. I nową jakością jest sposób, w jaki ta ekspansja się odbywa. Tajlandia, Chiny itp. tym się różnią od Ameryki i Francji, że nie próbują eksportować ideologii. Francja eksportowała rewolucję i prawa człowieka, USA przyjęły na siebie misję eksportowania demokracji. Chiny nie mają ambicji tego rodzaju.
Nawet ambicji politycznej na skalę regionu?
Myślę, że chodzi im wyłącznie o dominację ekonomiczną. Nie bez racji uważają, że w dzisiejszym świecie dominacja gospodarcza załatwi sprawę. To jest postawa bardziej cyniczna, ale również bardziej kapitalistyczna. Problem polega na tym, że są dzisiaj lepszymi i skuteczniejszymi kapitalistami niż Ameryka – proszą spojrzeć, kto od kogo pożycza pieniądze. A moja rada dla Polski? Nie próbujcie się opierać. Trzeba poczekać, aż kapitalizm zdominuje cały świat. Na razie ciągle jeszcze jesteśmy w fazie ekspansji kapitalizmu. Zostało jeszcze kilka krajów niepodbitych.
Są jednak kraje i środowiska, które opierają się kapitalizmowi: cały nowy polityczny i fundamentalistyczny islam…
Tak, są różne głupie sposoby opierania się kapitalizmowi. Nazizm był rodzajem socjalizmu, czyli także oporu wobec kapitalizmu. I też nie wiązałbym z nim nadmiernych nadziei.
A katolickie formy oporu? Jeden z pana bohaterów, Bruno z „Cząstek elementarnych”, fascynuje się postacią Jana Pawła II.
Wielu Francuzów uwielbiało Jana Pawła II. To jest zresztą zrozumiałe, bo Francuzi lubią Polaków. A lubią ich, bo sami często są Polakami. Do Francji trafiło bardzo wielu imigrantów z Polski. Prawie tylu, co z Włoch. To zdaje się druga największa imigracja. Zresztą, to właśnie Polska ostatecznie pogrzebała partię komunistyczną we Francji. Owszem, najpierw była Praga, był „Archipelag Gułag”, ale to robiło wrażenie wyłącznie na intelektualistach, którzy i tak nie stanowili społecznej bazy francuskiego komunizmu. To, co przeważyło, to bunt polskich robotników. Francuscy robotnicy zobaczyli faceta z wąsami, podobnego do nich, który nawet nie umiałby niczego udawać. I to sprawiło, że od Francuskiej Partii Komunistycznej odpłynęła cała jej baza. A co do katolicyzmu: jest to wyznanie bardzo atrakcyjne dla kogoś, kto, jak Bruno, ma poczucie własnego brudu i grzechu. To religia, która kładzie nacisk na grzech.
Ale katolicyzm mu nie wystarcza. Popęd seksualny okazuje się silniejszy od papieskiego wezwania do wstrzemięźliwości.
Cóż, popęd seksualny to coś bardzo silnego. Co do katolicyzmu... Przeczytałem Pascala, kiedy miałem 15 lat, i nigdy się z niego nie otrząsnąłem. Dowiedziałem się z tej lektury, że kiedyś umrę i że to jest straszne. Chciałem uwierzyć w Boga, ale nie mogłem. Próbowałem, chodziłem na msze, ale nie mogłem.
Jest pan pewien, że Pascal wierzył? Że to nie było na zimno, nawet ten jego „ogień”?
Myślę, że jednak ostatecznie uwierzył, że to nawrócenie się dokonało. Dlatego, że jego teksty pozytywne mają taką samą siłę, jak jego teksty negatywne. Zresztą nawrócenia to wielki temat literatury francuskiej. To samo przydarzyło się Charles’owi Peguy. Nigdy jednak nie przydarzyło się nikomu, kto nie miał podstaw katolickich. A ja nie miałem. Nie jestem nawet ochrzczony.
Zna pan tezy Woltera, który próbował rozpocząć krucjatę przeciwko dominacji Pascalowskiej mizantropii we francuskiej kulturze. Potępiał Pascala za jego brak akceptacji dla natury i człowieka. Pan jest do Pascala podobny, co pozwala powiedzieć, że Wolter swoją batalię przegrał.
Tak. Wolter musiał uznać istnienie Pascala, który był jednym z największych pisarzy francuskich. Ale to prawda, że Pascal miał ograniczony szacunek dla istot ludzkich. Ja podobnie. „Możliwość wyspy” może być czytana jak długa parafraza słynnego zdania Pascala, że nieszczęście człowieka polega na tym, iż nie może spędzić życia zamknięty sam w pokoju. Zdania Pascala bywają bardzo mocne. Daniel 25 zamyka się w swoim pokoju, ale ostatecznie to także nie daje mu szczęścia.
Dlaczego pan tak bardzo nie akceptuje ludzi jako gatunku?
Po pierwsze nie bardzo lubię małpy, które są pierwszym gatunkiem zwierząt, u których pojawia się intensywne podobieństwo do ludzi. Proszę iść do zoo i poobserwować małpy. Już u nich można zobaczyć złe tendencje. Proszę popatrzeć na relacje społeczne między nimi, są obrzydliwe. Psy lubię znacznie bardziej. Pies jest zresztą zwierzęciem bardzo ciekawym. Komunizm chciał stworzyć nowego człowieka, ale mu się to nie udało. Hodowcom udało się natomiast stworzyć nowe rasy psów. Kiedy czytam opisy ras psów, wydaje mi się niezwykłe, że ich charakter jest zależny od rasy.
Humaniści przeważnie mówią, że to właśnie dlatego ludzie są lepsi od zwierząt: że nie da się ich hodować. Tylko Sloterdijk mówi co innego, ale on chyba nie jest humanistą w tym samym stopniu, co na przykład Habermas.
Cóż, ten spór ma oczywiście głębsze podstawy. Już argumentacja Spinozy przeciw wolności jest nie do odparcia.
Krytycy, pisząc o pana twórczości, często zadają sobie pytanie: czy pan tak naprawdę myśli? Kiedy narrator mówi: „w dniu samobójstwa mojego syna zrobiłem sobie jajecznicę z pomidorami”, co pan myśli? Dystansuje się pan się od tego czy nie?
Krytycy, zwłaszcza francuscy, zadają takie pytania, bo sami nigdy nie pisali książek. Pisanie książki to tworzenie w głowie postaci, które zaczynają żyć swym własnym życiem i robić to, co chcą. Pisarz jest tak samo odpowiedzialny za swoje wytwory, jak ziemia, która rodzi.
Jak pan ocenia moralnie to zdanie i tę postać?
Niczego nie oceniam moralnie. Ale to prawda, że pisanie książki jest bardzo zaraźliwe. Trudno nie lubić swoich postaci choć trochę. I trudno, żeby nie zaczynały mieć na ciebie wpływu.
A więc nie utożsamia się pan ze swymi postaciami? Wszyscy podejrzewają, że Michel, Bruno, Daniel to są pana alter ego. A pan sam ich do tego prowokuje, grając w powieściach swoją biografią.
Cóż, odpowiem tak jak Schopenhauer, że zaledwie trochę lepiej pamięta się swoje życie niż książkę, którą się kiedyś czytało. I dodam, że co do książek, które się napisało, to pamięta się je znacznie lepiej niż swoje życie. Taki jest mój przypadek. Trzeba też zrozumieć, że autobiografia to gatunek bardzo szanowany we Francji. Rousseau od samego początku był jego klasykiem. I pisarz, który postanawia pisać w sposób autobiograficzny, wkracza we Francji w bardzo silny nurt literackiej tradycji. Ja zresztą też przez pewien czas chciałem uprawiać tego rodzaju pisarstwo, ale skończyło się na kilku tekstach opublikowanych w internecie. Okazało się, że chociaż pod pewnymi względami Rousseau jest mi bliski, nie mam w sobie tyle pasji dla samego siebie.
Dlaczego atakuje pan pewne osoby z imienia i nazwiska? Bernarda Kouchnera, różnych dziennikarzy…
Z troski o realizm mojej opowieści. Pewni dziennikarze, także na przykład Bernard Kouchner, są bardzo dobrze znani przez Francuzów. A co ja tam właściwie piszę o Kouchnerze? Jestem wobec niego bardzo złośliwy?
Owszem.
Kouchner, podobnie jak Brigitte Bardot czy Madonna, jest elementem rzeczywistości, która nas otacza, ikoną popkultury. Nie rozumiem, dlaczego jako pisarz miałbym być ponad rzeczywistością. Czasem spotykam czytelników, którzy mi mówią: wielki pisarz, taki jak pan, powinien być ponad to. Otóż ja nie wiem, dlaczego miałbym być ponad to. Jestem normalnym człowiekiem. Ktoś policzył, że Brigitte Bardot jest postacią najczęściej cytowaną w moich powieściach. Potem Mick Jagger, Michael Jackson, Jacques Chirac. To są ikony. Zresztą, ja też stałem się już postacią kultury masowej i zdaję sobie z tego sprawę. Bywam bohaterem powieści...
W Polsce jest to jeszcze bardziej prowokacyjne niż we Francji, bo tradycja silnie oddziela literaturę wysoką od niskiej. Nawet dzisiaj mamy klasycyzujące wysokie „Zeszyty Literackie” i mało szanowaną, lecz ciekawą polską SF, a między nimi otchłań wzajemnego niezrozumienia i pogardy. Szkodzi to obu stronom. Pan jest romantykiem i od początku miesza te dwa rejestry. Nie debiutował pan esejem o Tomaszu Mannie, ale o Lovecrafcie, ojcu założycielu amerykańskiej fantastyki. Na swojej stronie internetowej pisze pan, że ludzie, których pan najbardziej podziwia, to Kant, Comte i Ellis, autor „American Psycho”, powieści, którą w Polsce żaden klasycyzujący krytyk nie pobrudziłby sobie rąk.
Dostojewski umieszczał, a nawet atakował w swoich powieściach konkretne osoby ze swojej epoki i dzięki temu wpisywał te powieści w rzeczywistość. Na tym polega specyfika powieści: że można pisać o rzeczywistości pewnej epoki i pewnego miejsca. Ale myślę, że naprawdę prowokatorem jestem wtedy, kiedy zaczynam chwalić Agatę Christie, bo to jest łamanie jakiegoś kodeksu literackiego. Mówienie o Brigitte Bardot i Micku Jaggerze to jak mówienie o renault twingo. To są rzeczy, które są częścią stylu życia ludzi.
Cytuje pan Schopenhauera, mówiąc, że styl to kwestia nie formy, ale tematu. Że warunkiem dobrego stylu jest mieć coś do powiedzenia.
Bo tajemnicą dobrej literatury jest siła, pasja. Jeśli postać jest słaba, nigdy nie zaistnieje.
Z czego pochodzi ta siła?
Nie wiem. To jest jedyna prawdziwa zagadka literatury.
Alain Besancon, który bardzo pana lubi, uważa pana za nowego realistę, pierwszego we Francji od czasów Balzaca, Stendhala czy Flauberta. Ale przecież pana wycieczki przeciw realizmowi też są bardzo sugestywne.
Zdanie Schopenhauera o przewadze tematu nad formą znaczy tyle, że jeśli ma się coś do powiedzenia, wciela się to coś w postać i znajduje najprostszy sposób, żeby to wyrazić. Przeciwieństwem dobrego stylu jest to wszystko, co się nazywa formalizmem. Forma, która zastępuje zawartość. Jest wielu formalistów. Po pierwsze Celine.
Którego pan nie lubi?
Nie.
Ale przecież to pisarz ostro atakowany, jak pan. Zresztą często się pana do niego porównuje…
Tak. Ale Celine naprawdę był kolaborantem i antysemitą, podczas gdy ja nic złego nie zrobiłem.
A więc słusznie atakowano Celine’a i go ukarano?
Cóż, poszedł do więzienia na rozsądny czas. Byłoby przesadą skazywać na śmierć małego kolaboranta, który tylko pisał. A przecież we Francji po wojnie takie rzeczy z pisarzami też robiono. Te kilka miesięcy więzienia dla Celine’a były akurat zasłużone.
Opisał to jako męczeństwo.
Cóż, nikt nie lubi więzienia.
„Żandarmeria jest humanizmem”, że pozwolimy sobie pana zacytować. Celine to samo pisał o Sartrze, który w czasie okupacji zgłaszał swoje sztuki do „egzaminów aryjskości”, żeby mogły być grane w Niemczech, bo to mu dawało pieniądze i pozycję. Ale kiedy Amerykanie lądowali w Normandii, postanowił być partyzantem i po wojnie rozliczył Celine’a za kolaborację.
Co do Jeana-Paula Sartre’a, nie jestem aż tak dobrze zorientowany w szczegółach historycznych.
Istnieje głośny pamflet Daniela Lindenberga na pana, Beigbedera, Danteca... Nazwano was tam nowymi reakcjonistami, ludźmi niebezpiecznymi. Co pan o tym sądzi?
Idiotyzmem jest nazywać mnie reakcjonistą, bo reakcjonista to ktoś, kto wierzy, że można wrócić w przeszłość, że powinno się tego spróbować, i kto na dodatek robi coś w tym kierunku. Tymczasem każdy, kto czytał moje powieści, wie, że nie ma powrotu w przeszłość. Można ewentualnie nad nią płakać, ale nie ma do niej powrotu. W moich książkach, kiedy przyjaźń się kończy, to się kończy. Kiedy miłość się kończy, to się kończy. Reakcjonista to bojownik. Jestem przeciwieństwem reakcjonisty. Natomiast bardzo świadomie jestem konserwatystą. Konserwatysta to ktoś, kto się boi, że zniknie coś jemu bliskiego, podczas gdy on nie chce, żeby to zniknęło. Kiedy coś działa, niech działa dalej. Myślę, że za Ludwika byłbym przeciw rewolucji. W czasach Stalina byłbym stalinowcem.
A za czasów Petaina?
Na pewno nic bym nie robił przeciw reżimowi. Ale też nie rzuciłbym się w antysemityzm, jestem przeciwko antysemityzmowi. Mam najwspanialsze wspomnienia właśnie z Izraela. Kobiety są tam piękne, a ludzie najchętniej uprawiają miłość. Może dlatego, że są stale w obliczu śmierci. Ale wracając do Petaina, boję się, że nawet nie chcąc aktywnie przeciwstawiać się władzy, i tak miałbym z nią kłopoty. Tak jak z islamem: powiedziałem, że to najgłupsza z religii, ot tak, nie bardzo się nad tym zastanawiając. Jestem raczej zwolennikiem władzy, ale nie mogę się powstrzymać przed mówieniem rzeczy, które przyjdą mi do głowy. A islam, który już tęskni do władzy absolutnej, zaczął mnie od razu tropić.
Jako konserwatysta woli pan Stalina od Trockiego?
O tak, Trocki to by była katastrofa. Bo Trocki miał na swój sposób rację, twierdząc, że rewolucja przetrwa wyłącznie wtedy, kiedy zostanie eksportowana na cały świat. Gdyby Trocki doszedł do władzy, zaczęłaby się wojna totalna. Stalin był rozsądniejszy, rozszerzył komunizm tylko na parę krajów i tylko dlatego, że Hitler dał mu okazję, niszcząc je i pozostawiając bezpańskie. Gdyby nie Hitler, komunizm zostałby w Rosji.
A w III Rzeszy co by pan robił?
Myślę, że bym uciekł. Bo nazizm był jednak szczególny.
Dlaczego? Jeśli chodzi o eksterminację przeciwników, liczbę ofiar, w niczym nie różnił się od komunizmu.
Tak, ale ten ich projekt zdrowia, higieny, siły... Jasne jest, że źle bym się z tym czuł. I ta ich autentyczna nienawiść do książek, rzecz zupełnie groteskowa... Z pewnością byłoby to dla mnie trudne.
Jaka jest dla pana różnica między projektem pańskiego bohatera Michela Dzierżyńskiego a nazistowską eugeniką?
Rozszyfrowanie kodu genetycznego i konsekwencje, których już dzisiaj nie potrafimy uniknąć, a puryfikacja to dwie zupełnie różne rzeczy. Także Gułag nie budzi mojego zachwytu. Jestem za władzą, rozumiem jej konieczną brutalność, ale są pewne granice. Rzeczywiście, jestem autorem relatywnie politycznym i stąd moje problemy. Z powodu moich wypowiedzi o islamie miałem nawet proces. Ale mnie uniewinniono.
Zaskarżyli pana wspólnie francuscy lewicowcy i islamiści.
Tak, dziwna jest ta łączność ludzi skrajnej lewicy z islamizmem, która wydaje mi się przerażająca.
Może wynika z antyamerykanizmu?
Tak, ale też z ich ogromnego antysemityzmu, który dzisiaj mogą już prawie swobodnie wyrażać. Od czasu tamtego mojego procesu sytuacja we Francji jeszcze się pogorszyła. Obserwuję coraz większą bliskość skrajnej lewicy z islamizmem.
Co pan myśli o śmierci Pima Fortuyna i Theo van Gogha?
Co mogę o tym myśleć? To były zbrodnie. W dodatku ostatecznie islamiści wygrali, we Francji też. Ludzie boją się mówić, wychodzi na to, że przemoc się opłaca. Ale chciałem dodać jeszcze coś na temat swojego konserwatyzmu. Otóż on wychodzi daleko poza politykę. Lovecraft był prawdziwym konserwatystą. Konserwatysta to ktoś, kto na przykład długo się nie rozwiedzie. Bo nawet jeśli coś nie działa zbyt dobrze, woli to zachować niż rzucać się w nową inicjatywę. A jeśli nawet sam się rozwiedzie, to nie będzie za wszelką cenę politycznie promował nowej formy związków. To ktoś, komu zajmie dużo czasu, zanim zacznie używać nowych technologii, zanim kupi sobie telefon komórkowy. Mnie bardzo dużo czasu zajęło, zanim kupiłem sobie telefon komórkowy. To ktoś, kto w gruncie rzeczy boi się życia. Jeśli trochę boimy się życia, trochę go nie lubimy, najlepiej nie podejmować zbyt dużo inicjatywy w zmienianiu go...
Mówi pan o zmieniających nasz gatunek „mutacjach metafizycznych”, z których pierwszą znaną było chrześcijaństwo. W „Możliwości wyspy” nowa religia zostaje zbudowana na kłamstwie założycielskim, a nie na Objawieniu. Jak było pana zdaniem z chrześcijaństwem?
Prawdziwe mutacje metafizyczne są bardzo rzadkie. Mutację z „Możliwości wyspy” sam wymyśliłem, ale chrześcijaństwo było prawdziwą zmianą. Potrafiło wykreować silne wspólnotowe emocje. Zrobił to Święty Paweł. Ale druga mutacja metafizyczna dokonała się inaczej, nie dzięki religii, ale dzięki Newtonowi i jego matematycznym, naukowym oczywistościom, do których nas przekonał.
Nadal pan uważa, że islam jest najgłupszą z religii?
Tak, bo jest bardzo monoteistyczny.
A katolicyzm nie?...
Nie. To jest religia bogata, i to mi się podoba. Jest w nim silny element żeński, katolicyzm umożliwia też lekturę symboliczną. Jedyna rzecz, która mi się naprawdę w nim nie podoba, to pomysł, że Bóg stworzył świat. Wiadomo, że to nieprawda, i tyle. Bo to jest przeciw nauce. Nikt nie stworzył świata, a idea stwórcy wszechmocnego i dobrego przeczy całemu mojemu doświadczeniu. To oczywiście wymysł Żydów, ale nawet w dzisiejszym Izraelu, choć wielu ludzi jest przywiązanych do tradycji judaizmu, to nie wierzą oni w dobrego i wszechmogącego Boga. Bo tego nie da się w żaden sposób obronić.
Pytanie towarzyskie. Dlaczego mieszka pan w Irlandii?
Z wielu powodów. Na początku chodziło głównie o to, by zmniejszyć podatki i nauczyć się angielskiego, po to, by rozmawiać z moimi przyjaciółmi na całym świecie. Z francuskim to już niemożliwe. Cóż, ja naprawdę chciałbym być kochany. Chciałbym być narodową gwiazdą, tak jak gwiazdy futbolu. Im bardziej się starzeję, tym bardziej mam dość tego, że jestem kontrowersyjny i krytykowany.
No właśnie, z czego wynika ta niechęć do pana, poza tym, że miewa pan niewyparzony język czy też pióro?
Także z tego, że ludzie, a konkretnie lewica, uważają dzisiaj, że istnieje wyłącznie kultura, że nic w człowieku nie pochodzi z natury. Wręcz nie wolno mówić, że cokolwiek jest biologiczne. Wszystko to tylko konstrukcja społeczna. A ja piszę o człowieku jako zdeterminowanym przez biologię. Nauka jest dla mnie ważna. Dodam na marginesie, że kocham język naukowy, jego brzmienie to dla mnie prawdziwa poezja. Dlatego tak często wstawiam w moich powieściach fragmenty naukowe, starając się zresztą, by były w miarę wiarygodne dla człowieka, który się na tym zna. A co do lewicy: cóż, kiedyś, w XIX wieku, lewica nie obrażała się na naukę, przeciwnie. To się zmieniło, sam nie wiem dlaczego. Dzisiejsze podejście lewicy to w gruncie rzeczy obskurantyzm. Dlatego nie lubię psychoanalizy, bo to bajki. Te problemy znacznie lepiej rozwiązuje chemia.
Są też tacy, którzy zarzucali panu pornografię. Po co panu te dosadne sceny seksu?
Bo to jest część życia, to wszystko.
A jaki jest pana stosunek do Sade’a i literatury libertyńskiej? Pańskie fragmenty dotyczące seksu często z tym porównywano.
Muszę uznać istnienie Sade’a jako jedynego prawdziwego autora libertyńskiego, ale nie znoszę go. Pod względem języka pozostał całkowicie więźniem swojej epoki, te wszystkie powtórzenia, nuda. Pod względem idei nie cierpię go jeszcze bardziej. Jestem manichejczykiem i biorę stronę dobra przeciw złu. A Sade rozkoszuje się złem, dąży do rozkoszy własnej, ale jest całkowicie niezdolny do tego, żeby uznać rozkosz drugiej osoby. Ja jestem zwolennikiem rozkoszy dla wszystkich. I największym zagrożeniem dla Zachodu jest moim zdaniem zanik miłości. Zanik uczuć. Obserwuję wychładzanie się ludzkich relacji. Tak, wydaje mi się, że świat do tego zmierza.