niedziela, 13 września 2009

Ekstraklasa: Franciszek Smuda już czyni cuda

pb, ASinfo /15:50Wyrównaj z obu stron
Franciszek Smuda PAP/Bartłomiej Zborowski
PAP
W spotkaniu 6. kolejki Ekstraklasy Polonia Warszawa uległa na własnym stadionie KGHM Zagłębiu Lubin 0:1 (0:1). W zespole gości na ławce trenerskiej "zadebiutował" Franciszek Smuda.
Przed rozpoczęciem meczu fani uczcili minutą ciszy pamięć zmarłego 4 września Marka Ruszkiewicza, wieloletniego działacza warszawskiego klubu, pracującego w Polonii do 2006 roku.

Wydarzeniem spotkania był przyjazd na Konwiktorską Franciszka Smudy - najbardziej popularnego ostatnio w mediach polskiego trenera. Najpierw za sprawą pogłosek o jego przyjściu do Polonii (ostatecznie trafił do Zagłębia), a ostatnio z powodu spekulacji na temat ewentualnego objęcia posady po zdymisjonowanym Leo Beenhakkerze. To właśnie Smuda jest faworytem kibiców, zresztą on sam nie ukrywa, że bardzo zależy mu na posadzie selekcjonera.

Na razie jednak popularny Franz podjął się zadania wyciągnięcia z ogromnego kryzysu Zagłębia, które w poprzednich pięciu meczach nie zdobyło nawet punktu, tracąc aż 15 bramek. O ile jednak w defensywie wyraźnie poprawiło grę, o tyle siła ofensywna lubinian wciąż pozostawia sporo do życzenia. Najlepszym dowodem jest fakt, że w pierwszej połowie goście nie stworzyli żadnej dogodnej okazji. Obrońcy Polonii skutecznie odcięli od podań napastnika Zagłębia Mouhamadou Traore (ściągniętego do Zagłębia na życzenia Smudy). Zastępujący w bramce pauzującego za czerwoną kartkę Sebastiana Przyrowskiego Radosław Majdan nudził się niemiłosiernie.

Inna sprawa, że poloniści też nie pokazali nic specjalnego. Bliscy zdobycia gola byli tylko w 31. minucie, gdy strzał z bliska Jacka Kosmalskiego znakomicie obronił Aleksander Ptak.

Po przerwie piłkarze Zagłębia zrozumieli, że na Konwiktorskiej można pokusić się o zwycięstwo. Sporo ożywienia wniosło wprowadzenie do gry Łukasza Hanzela, ale prawdziwym strzałem w dziesiątkę okazało się postawienie na Dariusza Jackiewicza. Doświadczony pomocnik pojawił się na boisku w 76. minucie i kilkadziesiąt sekund później zdobył gola (po błędzie Radka Mynara i świetnej akcji Traore). Zadowoleni z wyniku goście cofnęli się do obrony i skutecznie wybijali z uderzenia słabo grającą Polonię. Kibice gospodarzy poderwali się dopiero w doliczonym czasie, gdy groźny strzał Marcelo Sarvasa obronił Ptak.

"Polonia nigdy nie spadnie" - skandowali ironicznie fani Czarnych koszul, którzy już powoli zapominają, że przed sezonem ich drużynę wymieniano wśród kandydatów do miejsc na podium.

Powiedzieli po meczu:

Franciszek Smuda, trener Zagłębia: Przyznaję, że nie była to oszałamiająca gra, ale na razie nie chodzi o styl. Gdy drużyna znajduje się na samym dnie, nie ma nic do stracenia. Dlatego nie broniliśmy się za wszelką cenę. Zawsze tłumaczę zawodnikom, że jeśli się gra o zwycięstwo, to w najgorszym razie jest remis. W ciągu dziesięciu dni, jakie miałem na przygotowanie drużyny, najwięcej można było zmienić w taktyce. Jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne - potrzebujemy jeszcze dwóch, trzech tygodni. Pojawianie się mojego nazwiska w kontekście następcy Leo Beenhakkera nie przeszkadzało mi w przygotowaniach do meczu z Polonią. To nawet przyjemne, ale podkreślam - jestem kandydatem, nikim więcej.

Duszan Radolsky, trener Polonii: Gratuluję rywalowi zwycięstwa. Nas czeka jeszcze mnóstwo pracy. Jesteśmy w takiej sytuacji jak Zagłębie, drużyna również przeżywa kryzys, z którego musimy jak najszybciej wyjść. Nie jesteśmy źle przygotowani fizycznie. Po porażkach często tak się mówi. Powodów jest wiele. Żałuję na przykład, że w czasie przygotowań do meczu z Zagłębiem nie mogłem skorzystać z moich kadrowiczów. Musimy również poprawić skuteczność. Teraz jest czas, żeby szybko wyciągnąć wnioski z błędów.

Polonia Warszawa - KGHM Zagłębie 0:1 (0:0)
Bramka - Dariusz Jackiewicz (76)
Sędzia: Hubert Siejewicz.
Widzów 2 500.

Polonia: Radosław Majdan - Marek Sokołowski, Radek Mynar, Piotr Dziewicki, Błażej Telichowski - Adrian Mierzejewski, Igor Kozioł (10. Łukasz Trałka), Marcelo Sarvas, Jarosław Lato - Filip Ivanovski (75. Michał Chałbiński), Jacek Kosmalski (63. Daniel Mąka).

KGHM Zagłębie: Aleksander Ptak - Szymon Kapias, Michał Stasiak (87. Łukasz Jasiński), Michał Łabędzki, Costa Nhamoinesu - Szymon Pawłowski (61. Łukasz Hanzel), Martins Ekwueme, Piotr Świerczewski, Mateusz Bartczak - Dawid Plizga (76. Dariusz Jackiewicz), Mouhamadou Traore.

Ujawniono zapiski, które Jackson sporządził tuż przed śmiercią

News of the World, JG/10:44

Michael Jackson

Michael Jackson tuż przed śmiercią sporządzał krótkie notki, które potem przyklejał do lustra w łazience. Wyłania się z nich obraz stanu psychiki króla popu. O sprawie pisze brytyjski "News of the World".
Napisy były sporządzone na samoprzylepnych karteczkach. Ich treść wskazuje na to, że gwiazdor dzięki nim chciał sobie pomóc w powrocie na scenę w Londynie.

Pogrzeb króla popu - zobacz zdjęcia z ceremonii

- Te notatki pokazują, że Michael był do końca pozytywnie nastawiony, ale też i bałagan, jaki miał w umyśle, gdy walczył, aby utrzymać to wszystko do końca - powiedział dla "News of the World" jeden z przyjaciół tragicznie zmarłego gwiazdora.

Przeistoczył się z czarnoskórego chłopca w nienaturalnie białego mężczyznę - przeczytaj koniecznie (tylko w Onet.pl)

Wielki muzyk czy wielki ekscentryk?

Pierwsza z notek głosi: "Jestem bardzo wdzięczny, że jestem magnesem dla cudów". To sformułowanie - jak sądzą bliscy - może wskazywać na fakt, iż Michael Jackson zaczynał szukać pomocy dla siebie, aby wydobyć się z uzależnienia od leków przeciwbólowych.

Dodatkowo słowa "magnes dla cudów" są w terapii używane przez osoby leczące się z alkoholizmu, mają one też na celu podniesienie samooceny. Frazę tę ukuła dr Joan Hangarter, autorka "The Miracle Makers Club" (Klub Twórców Cudów), która wskazuje, że im częściej ktoś sobie mówi te słowa, tym większe ma szanse na wyleczenie.

Kolejny zapisek głosi: "Miłość, nigdy więcej przemocy!". Na karteczce znajduje się też dopisek: "Pamiętaj o obietnicy pięknego jutra".

Także w łazience znajdowała się wizytówka doktora Tohme Tohme, menadżera Jacksona. Miała ona mu przypominać nr telefonu do niego.

Jak mówi źródło gazety, "przecież Michael miał numer do dr. Tohme w swoim telefonie". - Więc po co mu była potrzebna wizytówka?". - To niepokojące, że musiał zapisywać sobie przypomnienia o rzeczach tak oczywistych jak te, kiedy przygotowywał się do trasy koncertowej - mówi źródło tabloidu. Jak wskazuje, "narkotyki, które zażywał, miały oczywiście ogromny wpływ na jego umysł i pamięć".

Dalej - komentując te słowa o przyszłości - przyjaciel Jacko mówi, że pokazują one jak "słodką naturę" miał król popu, gdyż dostrzegał w ludziach dobro.

Jak dodaje źródło "NotW", słowa te są wyjątkowo smutne, bo pokazują, że Jacko do swoich ostatnich dni miał ogromną nadzieję na sukces koncertów i szczęśliwe życie.

Obdarowany talentem, dręczony chorobami - czytaj więcej

Więcej o królu popu w specjalnym serwisie Muzyki

Kolejny zapisek to "Do We Are The World in show" - to bezpośrednie nawiązanie do tytułu piosenki nagranej wraz z Lionelem Ritchie w roku 1985. Singiel ten był hymnem nawołującym do pomocy i nie ustawania w działaniach charytatywnych. Jackosn przypomina sobie zatem, że ma ten utwór wykonać podczas koncertu.

Inna karta zawiera dwa słowa: "Zadzwoń do Tempertona". Rod Temperton jest 62-letnim przyjacielem Michaela Jacksona i współautorem jego największych hitów, np. "Thriller" i "Rock With You".

Wpisz się do Księgi Kondolencyjnej

Dołącz do klubu fanów króla popu

Michael Jackson zmarł 25 czerwca w Los Angeles prawdopodobnie w rezultacie zastrzyku śmiertelnej dawki propofolu - silnego leku znieczulającego. W centrum śledztwa znalazł się ostatni lekarz gwiazdora, Conrad Murray. Ciało Jacksona pochowano na cmentarzu Forest Lawn, w Glendale na przedmieściach Los Angeles.

W uroczystości uczestniczyło ok. 200 wybranych gości, w tym 77-letnia aktorka Elizabeth Taylor oraz piosenkarki Aretha Franklin i Diana Ross czy aktorka Brooke Shields. Nie zabrakło też obojga rodziców, rodzeństwa oraz trojga dzieci króla muzyki pop: 12-letniego Prince'a Michaela, 10-letniej Paris Michael i siedmioletniego Prince'a Michaela II, znanego jako Blanket. Nie wyjaśniono powodu opóźnienia.

Wspomnienia blogerów Onet.pl o królu popu

US Open: Clijsters i Woźniacki w finale

mk, PAP
2009-09-13, ostatnia aktualizacja 2009-09-13 11:22

Powracająca do tenisa Kim Clijsters pokonała obrończynię tytułu, Serenę Williams i awansowała do finału US Open. Mecz zakończył się po tym, jak niezadowolona z decyzji arbitra Amerykanka obraziła sędziego, który odebrał jej za to decydujący punkt. - Klnę się na boga że wezmę tę piłkę i wepchnę ci ją do gardła, słyszysz? - miała powiedzieć tenisistka.

Serena Williams krzyczy na sędziego
Fot. ANDREW SCHWARTZ REUTERS
Serena Williams krzyczy na sędziego
Serena Williams krzyczy na sędziego
Fot. ANDREW SCHWARTZ REUTERS
Serena Williams krzyczy na sędziego
SERWISY
Belgijka Kim Clijsters pokonała obrończynię tytułu Serenę Williams 6:4, 7:5 i awansowała do finału wielkoszlemowego turnieju tenisowego US Open (z pulą nagród 21,6 mln dolarów). Rywalką zwyciężczyni nowojorskiej imprezy z 2005 roku będzie 19-letnia Dunka Carolina Wozniacki, która pokonała Belgijkę Yaninę Wickmayer 6:3, 6:3.

Zakończenie spotkania miało sensacyjny przebieg. Przy stanie 15:30 i 5:6 w drugim secie Williams popełniła błąd przy pierwszym serwisie. Chwilę później sędziowie orzekli, że przekroczyła linię przy drugiej próbie i Clijsters stanęła przed dwoma piłkami meczowymi. Wtedy zdenerwowana Amerykanka obraziła arbitra liniowego. W efekcie sędzia główny odebrał jej punkt i tym samym zakończył mecz.

- Klnę się na boga że wezmę tę piłkę i wepchnę ci ją do gardła, słyszysz? Klnę się na boga - miała powiedzieć Williams.

Po tym, jak arbiter liniowy zgłosił incydent, Amerykanka dodała: - Nigdy nie powiedziałam, że cię zabiję, żartujesz sobie?

Już wcześniej Williams otrzymała ostrzeżenie za niesportowe zachowanie, gdy połamała rakietę po przegranym pierwszym secie. Po ogłoszeniu decyzji sędziego Amerykanka podeszła do wyraźnie zaskoczonej Belgijki i pogratulowała jej zwycięstwa.

Jak powiedziała finalistka, mimo wszystko żałuje, że mecz, w którym grała tak dobrze, musiał zakończyć się w ten kontrowersyjny sposób.

Dla Clijsters występ w US Open to dopiero trzeci turniej od czasu przerwania sportowej emerytury w 2007 roku. Dzięki wygranej z trzykrotną triumfatorką tych zawodów Belgijka została pierwszą matką, która dotarła do finału wielkoszlemowego turnieju od czasu gdy Australijka Evonne Goolagong uczyniła to na Wimbledonie w 1980 roku.

Clijsters po raz drugi w karierze pokonała w jednym turnieju obie siostry Williams. W 2009 roku pokonała starszą Venus w czwartej rundzie. Poprzednio sztuka ta udała jej się w 2002 roku podczas mistrzostw WTA (Venus skreczowała w półfinale, a Serena przegrała w finale).

Rywalką zwyciężczyni US Open z 2005 roku będzie 19-letnia Dunka Carolina Wozniacki, która pokonała Belgijkę Yaninę Wickmayer 6:3, 6:3. Dla młodej zawodniczki polskiego pochodzenia będzie to pierwszy finał wielkoszlemowy w karierze.

- Awans do finału wielkiego szlema to spełnienie moich marzeń. Teraz nie mam nic do stracenia - powiedziała zawodniczka, której ojciec był piłkarzem Miedzi Legnica i Zagłębia Lubin, a matka grała w reprezentacji Polski siatkarek.

Oba spotkania zostały rozegrane kilka godzin później niż planowano z powodu opadów deszczu w Nowym Jorku. Mecze odbyły się w tym samym czasie i z tego powodu starcie Wozniacki-Wickmayer obejrzało zaledwie kilkuset widzów (kort może pomieścić 10 tysięcy).

Wyniki półfinałów:

Kim Clijsters (Belgia) - Serena Williams (USA, 2) 6:4, 7:5

Carolina Wozniacki (Dania, 9) - Yanina Wickmayer (Belgia) 6:3, 6:3.

Polsko-francuska bitwa o złoto

Agnieszka Kazimierczuk 12-09-2009, ostatnia aktualizacja 13-09-2009 00:30

Chyba nikt się nie spodziewał tak łatwego zwycięstwa. Po fantastycznym meczu polscy siatkarze gładko pokonali Bułgarów 3:0 i jutro zagrają z Francją, która odniosła sensacyjne zwycięstwo nad Rosją - 3:2.

Marcin Możdżonek i Piotr Gruszka
źródło: AFP
Marcin Możdżonek i Piotr Gruszka
źródło: AFP
źródło: AFP

Zobacz galerię zdjęć z meczu

Początek pierwszego seta to wyrównana walka obydwu zespołów, z lekką przewagą Polaków. Ten stan utrzymał się do pierwszej przerwy technicznej, na której prowadziliśmy 8:6.

Słabo serwujący Piotr Gruszka rehabilitował się atakami nie do odebrania.

Bułgarzy zlikwidowali dwupunktową przewagę dopiero przy stanie po 11, ale plas Możdżonka i atak Bąkiewicza znów zwiększyły przewagę Polaków do 2 punktów.

Po błędzie gwiazdora bułgarskiej drużyny Kazijskiego trener naszych rywali poprosił o czas. Rozmowa nie zdyscyplinowała jednak zawodników i na drugą przerwę schodziliśmy prowadząc 16:12.

Pierwszy punkt po przerwie to as serwisowy Bąkiewicza, drugi - kapitalny atak Kurka. Trzeci - jak wyżej. Trener Bułgarów poprosił o kolejny czas.

Piekielny serwis Kazijskiego tylko raz okazał się za trudny dla Polaków. Przy stanie 21:16 dla naszych sędzia nie uznał asa serwisowego dla Bułgarów. Polacy popełniali niewiele błędów i ostatecznie pierwsza partia zakończyła się ich wygraną 25:19.

W drugiej partii Polacy początkowo prowadzili, ale Bułgarzy zmobilizowali się i na pierwszą przerwę techniczną schodzili prowadząc 8:5. Pierwszy punkt po przerwie to skuteczny atak Kurka. Świetnie serwujący Bąkiewicz zdecydowanie przyczynił się do wyrównania po 9, ale każdy popełnia błędy. Jego błąd serwisowy doprowadził do wyrównania po 10. Dalsza część seta to walka punkt za punkt, ale na drugą przerwę to Bułgarzy schodzili w lepszych humorach, prowadząc jednym punktem.

Dalej aż do stanu po 25 trwała twarda, wyrównana, choć dość nerwowa walka. Przy stanie 26:25 Bułgarzy mieli pierwszą piłkę setową w wykonaniu Kazijskiego, ale Piotr Gruszka przełamał blok naszych rywali.

Przy stanie po 27 Kurek zaatakował w aut. Następny jego atak był już celny. To również Kurek zablokował atak drugiej gwiazdy Bułgarów, Nikołowa. Długą wymianę wygrali Polacy, wygrywając drugiego seta 30:28.

W trzecim secie Bułgarzy pokazali, że nie zamierzają odpuścić. Walka wciąż była wyrównana, ale to Polacy zeszli na pierwszą przerwę z dwupunktową przewagą. Po przerwie przewaga wzrosła do 3 punktów, co zmusiło trenera Bułgarów do wzięcia czasu.

Reprymenda pomogła i Bułgarzy nadrobili straty, ale kapitalna, precyzyjna gra Polaków doprowadziła do stanu 16:11.

Po drugiej przerwie technicznej nastąpiła demonstracja siły naszych zawodników. Przewaga wzrosła aż do stanu 19:12. Bułgarzy pogubili się wyraźnie, ale chwilowe odpuszczenie Polaków natychmiast zaowocowało punktem zdobytym przez Kazijskiego. Polacy grali jednak spokojnie, wygrywając aż siedmioma punktami.

W końcówce seta Polacy dostali skrzydeł, ale i Bułgarzy zerwali się do gry. Udało im się zmniejszyć przewagę do 4 punktów i trener Castellani wziął czas, by wytrącić ich z rytmu. Udało się, pierwszy punkt po przerwie zdobył nasz zespół, ale następny punkt piękną kiwką zdobył rozgrywający Bułgarów.

Przy stanie 24: 19 Polacy mieli pierwszą piłkę meczową. Bułgarzy obronili tylko jedną. Następna była nasza.

Jutro zagramy o złoty medal z Francją, która stoczyła zażarty mecz z Rosją. Francuzi wygrywali już w setach 2:0, ale w trzecim i czwartym secie posypali się zupełnie. W tie-breaku nasi jutrzejsi rywale przegrywali już 1:5 i na prawdziwy cud wygląda ich wygrana w piątym secie. Nie poddali się i walczyli do końca. Jutro okaże się, kto zostanie mistrzem.

Mecz finałowy kibice będą mogli oglądać na telebimach, które zostaną wystawione w miastach, w których odbędą się Mistrzostwa Europy siatkarek - w Warszawie (Plac Defilad od strony Al. Jerozolimskich), Krakowie (Rynek Główny), we Wrocławiu (Rynek Główny) oraz w Poznaniu (Rynek Główny). Początek imprezy zaplanowano na godzinę 16.00, kiedy to rozegrany zostanie mecz o trzecie miejsce Mistrzostw Europy. O godzinie 19.30 rozpocznie się transmisja z walki Polaków o złoto.

W poniedziałek na Placu Defilad - bez względu na wynik jutrzejszego meczu - odbędzie się też feta na cześć siatkarzy, którzy wylądują w Warszawie ok. 12.40. Kibice mile widziani :)

W turnieju w Turcji zespół Daniela Castellaniego odniósł siódme zwycięstwo. Biało-czerwonym jeszcze nigdy nie udało się zdobyć mistrzostwa Europy.

Po raz ostatni Polacy wywalczyli medal ME 26 lat temu w Niemczech - srebrny. W finale przegrali z zespołem ZSRR. Był to piąty z rzędu finał ME z udziałem tych dwóch drużyn i za każdym razem triumfowali siatkarze Związku Radzieckiego.

Pierwszy medal ME - brązowy, reprezentacja Polski zdobyła w 1967 roku w ...Turcji.

PAP

Składy: Polska: Paweł Zagumny, Michał Bąkiewicz, Daniel Pliński, Piotr Gruszka, Bartosz Kurek, Marcin Możdżonek, Piotr Gacek (libero)

Bułgaria: Andrej Żekow, Christo Cwetanow, Walentin Bratojew, Władymir Nikołow, Wiktor Josifow, Matej Kazijski, Teodor Salparow (libero)

"Rz" Online

Matej Kazijski: Jeszcze nie przegraliśmy

dzisiaj, 11:19
Bułgaria

Bułgarzy nie mogą zdjąć z siebie „zaklęcia". W ostatnich latach tylko raz wygrali

z biało-czerwonymi w ME w Moskwie w 2007 roku. Nie udało się odczarować w Izmirze. Zestresowani rywale pozwolili rozhulać się naszym już w pierwszej partii.

W którym momencie poczuliście że sukces wam ucieka?

Matej Kazijski: Nie było takiego momentu. Jeszcze nie przegraliśmy. Będziemy grać

teraz o brąz. To i tak będzie dla nas dobry wynik. Przed tym turniejem
nikt nie wierzył, że możemy awansować do półfinałów. Ale jesteśmy i to nas cieszy. Będzie ciężko z kimkolwiek się zmierzymy.

To wy zagraliście za słabo czy biało-czerwoni byli za silni?

- Polacy grali bardzo dobrze. W każdym elemencie byli od nas lepsi. Nie udało nam się pokazać swojej gry

. Nie zagroziliśmy im w zagrywce, nie obijaliśmy ich bloku jak zwykle to robimy.

A może zaskoczyli was nowi zawodnicy w naszej kadrze?

- Nie. Wiedzieliśmy, że zagrają i dobrze się do tego przygotowaliśmy. Mimo to nie zagraliśmy wystarczająco dobrze.

Zawiodły głowy?

- Może byliśmy zbyt zdenerwowani w pierwszym secie. Ale potem to polska drużyna była po prostu lepsza.

* Autor: Marta Gula
* więcej na plusliga.pl


ME siatkarzy. Francja - łatwiejszego rywala nie mogliśmy sobie wymarzyć?

mk, PAP
2009-09-13, ostatnia aktualizacja 2009-09-13 11:31
Polska - Bułgaria
Polska - Bułgaria
Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Nie dość, że Francuzi przyjechali do Turcji bez dwóch podstawowych rozgrywających, to jeszcze w półfinale rozegrali wyczerpujące, pięciosetowe spotkania z Rosją. Czy mogliśmy sobie wymarzyć lepszego przeciwnika? Relacja Z czuba i na żywo z finału ME w siatkówce na portalu Sport.pl od godz. 19.

Francuzi od początku mieli spore problemy. Do Izmiru przyjechali bez dwóch podstawowych rozgrywających. Urazu nabawił się Pierre Pujol, a Loic Le Marrec w ogóle zdecydował o zakończeniu przygody z kadrą.

W drodze do finału mistrzostw Europy siatkarzy w Turcji przegrali tylko jedno spotkanie - z Polską w fazie grupowej (1:3). Był to mecz otwarcia. Biało-czerwoni są niepokonani od osiemnastu gier, ale mimo wszystko do niedzielnego rywala podchodzą z dużym szacunkiem.

- Trójkolorowi to nie jest łatwy przeciwnik. Na początku turnieju im nie szło, ale z upływem czasu ich gra wyglądała coraz lepiej. Widać, że z każdym dniem współpraca z nowym rozgrywającym Yannickiem Bazinem układa się pozytywnie. Nie będzie wcale łatwo - przestrzega atakujący reprezentacji Piotr Gruszka.

Najgroźniejsi w ekipie Philippe Blaine'a są dobrze znani polskim kibicom z krajowych parkietów - przyjmujący Stephane Antiga z PGE Skra Bełchatów oraz Guillaume Samica, który w zeszłym sezonie grał w barwach Jastrzębskiego Węgla, a obecnie jest zawodnikiem Panathinaikosu Ateny.

Dobrze grający zawodnicy mogą jednak nie zdać się na nic, ponieważ Polacy mają nad przeciwnikami również przewagę, jeśli chodzi o stopień zmęczenia. Podczas gdy biało-czerwoni gładko rozprawili się z Bułgarią 3:0, Francuzi zmuszeni byli rozegrać w sobotę pięć wyczerpujących setów z Rosją.

Zaczęło się od niespodziewanej dominacji Francji i wygranej w pierwszych dwóch setach. Świetnie grali Antiga i Samica. W trzecim secie było już 17:13, ale Rosjanie zdołali odrobić straty, po czym rozbili zdenerwowanych rywali w kolejnym secie.

W tie-breaku Rosja cały czas miała kilkupunktową przewagę, prowadziła już 13:10 i chyba za szybko uwierzyła w sukces. Decydujący set skończył się zwycięstwem Francji 17:15.

W fazie grupowej Francuzi prawie wszystkie swoje mecze wygrali tracąc przy okazji jednego seta. Inaczej było tylko w przypadku spotkania z Turcją, który wygrali do zera oraz we wspomnianym wcześniej pojedynku z Polską, w którym to Francuzi zdołali ugrać tylko jednego seta. Polska w rundzie grupowej też pokonała Turcję do zera, ale wcześniej aż dwa razy musiała grać tie-breaka (z Hiszpanią i Słowacją).

Ani Polska, ani Francja jeszcze nigdy nie stanęły na najwyższym stopniu podium mistrzostw Europy. Biało-czerwoni po raz ostatni po medal sięgnęli w 1983 roku. Wtedy w finale przegrali z reprezentacją ZSRR. Trójkolorowi srebro odbierali sześć lat temu; lepsi od nich okazali się tylko Włosi.

Mimo tego, ostatnie lata świadczą na korzyść Polaków. Na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie biało-czerwoni odpadli w ćwierćfinale po niezwykle zaciętym, pięciosetowym pojedynku z Włochami. Francuzi w ogóle nie zakwalifikowali się do udziału w turnieju.

W ostatnim, lipcowym rankingu FIVB, reprezentacja Polski wciąż zajmuje 7. miejscu. Swojej pozycji nie zmieniła też ekipa narodowa Francji, która uplasowała się na pozycji 17.

Finał mistrzostw Europy rozpocznie się o godz. 19.30 czasu polskiego. Trzy godziny wcześniej o brąz powalczą Rosjanie z Bułgarami.

Skład kadry Polski:

przyjmujący: Piotr Gruszka, Bartosz Kurek, Michał Ruciak, Michał Bąkiewicz, Zbigniew Bartman

środkowi: Piotr Nowakowski, Daniel Pliński, Marcin Możdżonek

atakujący: Marcel Gromadowski, Jakub Jarosz

libero: Piotr Gacek, Krzysztof Ignaczak

rozgrywający: Paweł Zagumny, Paweł Woicki

Skład kadry Francji:

przyjmujący: Stephane Antiga, Edouard Rowlandson, Guillaume Samica, Samuele Tuia

środkowi: Oliver Kieffer, Jean-Philippe Sol, Jean-Stephane Tolar, Romain Vadeleux

atakujący: Baptiste Geiler, Anthonin Rouzier

libero: Hubert Henno, Jean-Francois Exiga

rozgrywający: Yannick Bazin, Toafa Takaniko

Leszczyński: Porażka to nie wina Beenhakkera

Leszczyński: Porażka to nie wina Beenhakkera

Po meczu polskiej reprezentacji ze Słowenią Leo Beenhakker pożegnał się ze swoją dotychczasową pracą. Ma jednak pretensje do prezesa PZPN Wyrównaj z obu stronGrzegorza Lato, że ten ogłosił nowinę w telewizji, a nie podczas rozmowy w cztery oczy. Czy to był na pewno dobry sposób? "Trener wiedział o tym, że po tym meczu będzie musiał pożegnać się z reprezentacją" - mówi DZIENNIKOWI dziennikarz Robert Leszczyński.

>>>Lato zwolnił Beenhakkera. Na boisku

Nie jestem fanem prezesa Laty, natomiast uważam, że istnieje coś takiego jak wrażliwośc telewidzów, kibiców, którzy dzięki jego wypowiedzi przed kamerami mogli się dowiedzieć o pożegnaniu się trenera Beenhakkera z reprezentacją. Dlatego uważam, że zarzuty selekcjonera są w tym przypadku niesłuszne. Gdyby Lato po meczu powiedział, że podejmiemy decyzję za jakiś czas, ludzie mogliby poczuć, że po prostu się miga. Nie było dobrego rozwiązania tej sytuacji.

Trener wiedział o tym, że po tym meczu będzie musiał pożegnać się z reprezentacją. To nie było zwolnienie zaskakujące. Chodziło tylko i wyłącznie o czyste formy. Fajnie, że pojawiła się informacja, że prezes PZPN podejmuje natychmiastową decyzję. Nie jest to może zręczna forma, ale w tej sytuacji była OK, dlatego że ludzie oczekiwali tego typu komunikatu ze strony władz związku.

To było do przewidzenia, że trener zostanie w końcu zwolniony. W Polsce żywot selekcjonera trwa nie dłużej niż 2-3 lata i zawsze dochodzi do zmiany. To tak samo oczywiste jak to, że po lecie przychodzi jesień, a potem zima.

W porażce reprezentacji nie widzę wielkiej winy selekcjonera. Polska reprezentacja gradokładnie tak samo jak polskie kluby. Nie przypominam sobie, żeby jacyś polscy zawodnicygrali zbyt często w topowych drużynach. Grali, a nie siedzieli na ławce rezerwowych.

Nie oczekujmy, że Beenhakker z całym swoim doświadczeniem, uczyni dobry zespół ze złych piłkarzy. Piłka nożna w Polsce jest obiektem naszej narodowej mitomanii, a mowienie, że drużyna przegrała przez selekcjonera jest po prostu bzdurą.

Nieobecność naszych piłkarzy na Mistrzostwach Świata sprawi, że nie nabiorą doświadczenia turniejowego, które przydałoby się dwa lata później podczas EURO 2012. Poza tym, nie będą brali udziału w żadnych eliminacjach. Wszystko zależy teraz od PZPN. Wstrząs po tych przegranych meczach może okazać się pożyteczny, choć nie sądzę, żeby spowodowało to jakieś oczyszczenie w polskiej piłce.