środa, 14 listopada 2007

Zmarł wrocławski satyryk Jan Kaczmarek

ado, b, as
2007-11-14, ostatnia aktualizacja 2007-11-14 19:43

Zobacz powiększenie

Dziś po południu zmarł wybitny wrocławski satyryk, współtwórca kabaretu Elita i Studia 202, autor wielu piosenek, niezapomniany pacjent Młodej Lekarki .W czerwcu skończył 62 lata

Zobacz powiekszenie
Fot. Grzegorz Kwolek/AG
Jan Kaczmarek
Zobacz powiekszenie
Fot. Mieczysław Michalak/ AG
Jeden z jubileuszy Studia 202 - Jan Kaczmarek drugi od prawej
Zobacz powiekszenie
Archiwum Jerzego Skoczylasa
Jan Kaczmarek
Zobacz powiekszenie
Archiwum Jerzego Skoczylasa
Jan Kaczmarek z kabaretem Elita
ZOBACZ TAKŻE
Od dawna już nie występował na scenie i nie nagrywał audycji słynnego wrocławskiego Studia 202 - radiowego przedłużenia kabaretu Elita. To właśnie Kaczmarek przez długie lat był pacjentem Młodej Lekarki w cyklu skeczy Ewy Szumańskiej. Lekarzom nie udało się mu pomóc: cierpiał na chorobę Parkinsona, która pod koniec życia przykuła go do łóżka. Choć z najwyższym trudem porozumiewający się z bliskimi, ciągle starał się pisać na podarowanym przez przyjaciół laptopie.

W 1971 r. w Opolu Kaczmarek - absolwent elektroniki na Politechnice Wrocławskiej, obdarzony fizjonomią i głosem cokolwiek nieestradowymi - w kaszkiecie na głowie i z odrapaną gitarą w ręku zaśpiewał, z męskim chórkiem za plecami, piosenkę z chwytliwym refrenem "A mnie się marzy kurna chata...". Zdobył nagrodę, "Kurną chatę" nuciła cała Polska.

Kilka lat wcześniej student Kaczmarek, urodzony w Lwówku Wielkopolskim, 60 kilometrów od Poznania, weekendy spędzał na rajdach w Karkonoszach. Przy jednym z ognisk postanowił nauczyć się grać na gitarze. Skutki tej decyzji okazały się istotne: w 1968 r. koledzy namówili go do występu na organizowanym przez ZSP Środowiskowym Przeglądzie Piosenki Studenckiej. Kaczmarek napisał słowa i muzykę "Ballady o Wandzie, co nie chciała Niemca", a po koncercie Tadeusz Drozda zaproponował mu założenie kabaretu. Tak powstała Elita.

Po opolskim sukcesie "Kurnej chaty" wrocławska grupa autorów i aktorów współtworzyła kabaretową polską pierwszą ligę. A konkurencję mieli silną: w 1971 zadebiutował Tey Zenona Laskowika, rozkwitał kabaret Dudek Edwarda Dziewońskiego, w 1976 r. Jan Pietrzak wystartował z kabaretem Pod Egidą.

W latach 70. i 80. Kaczmarek i Elita nieustannie koncertowali i nagrywali (audycje Studia 202 dla Polskiego Radia Wrocław i radiowej Trójki), występowali dla Polonii w USA, Kanadzie, Australii, RPA. Zespół istnieje do dziś, choć już bez zmarłego w 1992 r. Andrzeja Waligórskiego oraz pianisty i kompozytora Włodzimierza Plaskoty, który zmarł dwa lata temu. Dla wielu to właśnie Kaczmarek pozostał najwybitniejszym z "elitarnych" autorów. Na pewno zaś tym, który od zjadliwej satyry wolał poezję. "Kurna chata", "Czego się boisz głupia", "Do serca przytul psa", "Los Andes Cordilliera", "Ballada o mleczarzu"... Te piosenki znają wszyscy.

Oficjalna strona Jana Kaczmarka

O Kaczmarku mówi Stanisław Szelc z Kabaretu Elita:

Janek od dłuższego czasu ciężko chorował i choć powinniśmy być przygotowani na jego odejście, to jego śmierć jest ciosem.

Umarł fantastyczny artysta, który mieścił się w piątce najwybitniejszych twórców piosenki poetyckiej młodszego pokolenia. Tak, właśnie młodszego, po Tuwimie, Gałczyńskim to on wraz z Koftą, Grechutą, Młynarskim i Osiecką stworzyli nową jakość poezji śpiewanej.

Janek był błyskotliwy, nieustannie zaskakiwał skojarzeniami. Miał niezwykłe zdolności wokalne, był wielkiej muzykalności. Choć skończył politechnikę, był humanistą najwyższej próby, niezwykle wykształconym i wrażliwym. Jestem najmłodszy stażem w Elicie, znałem go najkrócej, ale to dla mnie wielka strata.



O Kaczmarku mówi Wojciech Młynarski:

To bardzo smutna wiadomość. Bardzo nam będzie brakowało humoru Janka, jego zdrowego rozsądku, jego pięknej i mądrej satyry.



Kaczmarka wspomina Jerzy Skoczylas z kabaretu Elita :

Wiadomość o śmierci Janka, choć smutna, nie jest dla nas wstrząsem, bo od lat był w bardzo złym stanie. Odszedł artysta wybitny, który choć od lat nie istniał na rynku, nie pokazywały go kolorowe pisma, ani też nie występował w telewizji, to swoją twórczością był ciągle obecny. Jego piosenki słychać z anteny, nieustannie żyją. Są ponadczasowe, a to właśnie jest domeną wielkich twórców.

Komunikat prasowy Naczelnej Prokuratury Wojskowej

2007-11-14

W nawiązaniu do przekazanego w dniu wczorajszym komunikatu prasowego dotyczącego prowadzonego w Wydziale II Oddziału do Spraw Przestępczości Zorganizowanej Naczelnej Prokuratury Wojskowej z siedzibą w Poznaniu śledztwa w toku którego w dniu 13 listopada 2007 roku zatrzymanych zostało 7 żołnierzy z I zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w ramach Misji Międzynarodowych Sił Wspierania Bezpieczeństwa ( ISAF ) w Islamskiej Republice Afganistanu - informuję, iż prowadzone w przedmiotowej sprawie postępowanie przygotowawcze dotyczy zdarzeń jakie miały miejsce w dniu 16 sierpnia 2007 roku na terenie miejscowości NANGAR KHEL w Islamskiej Republice Afganistanu.

Tego dnia w godzinach porannych w pobliżu wskazanej powyżej miejscowości doszło do eksplozji min IED ( improwizowanych ładunków wybuchowych ) podłożonych przez bojowników talibańskich. W następstwie tego zdarzenia uszkodzeniu uległy dwa wojskowe pojazdy samochodowe ISAF.
W związku z zaistniałą sytuacją w miejsce zdarzenia wysłane zostały polskie patrole wojskowe, w tym także 1 pluton szturmowy Zespołu Bojowego „C” PKW w Afganistanie, w którym to zespole służbę pełnili obecnie zatrzymani żołnierze.
Z zebranego materiału dowodowego wynika jednoznacznie, iż wyjazd patrolu w skład którego wchodzili zatrzymani żołnierze nastąpił w dniu 16 sierpnia 2007 roku w godzinach popołudniowych, po upływie kliku godzin od ataku z wykorzystaniem IED.
Po przybyciu w pobliże miejscowości Nangar Khel i zajęciu pozycji, zgodnie z obowiązującymi procedurami wojskowymi, żołnierze nie stwierdzili na terenie wskazanej miejscowości, jak też w jej pobliżu żadnych bojowników talibańskich.
Dotychczasowe ustalenia dowodowe śledztwa dokonane przez prokuratora wojskowego Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Islamskiej Republice Afganistanu ( który śledztwo w przedmiotowej sprawie wszczął już następnego dnia po zdarzenia, a następnie na miejscu jego zaistnienia wspólnie z żołnierzami ŻW realizował czynności śledcze), uzupełnione czynnościami dowodowymi wykonanymi w kraju przez prokuratorów Wydzialu II Oddziału do Spraw Przestępczości Zorganizowanej Naczelnej Prokuratury Wojskowej z siedzibą w Poznaniu – pozwalają na stanowcze stwierdzenie, iż w wyniku rozkazu oficera dowodzącego zespołem wioska Nangar Khel została ostrzelana przez żołnierzy polskich z wielkokalibrowego karabinu maszynowego, a następnie granatami moździerzowymi kalibru 60 mm. Szczególnego pokreślenia wymaga fakt, iż zebrany materiał dowodowy jednoznacznie świadczy o tym, że opisane zachowanie żołnierzy nie było związane z jakimkolwiek równoczesnym, bezpośrednim, realnym aktem agresji ze strony ludności miejscowej, czy też zachowaniem zagrażającym życiu, zdrowiu i bezpieczeństwu tak żołnierzy polskich, jak i żołnierzy innych państw pełniących służbę w ISAF.
W wyniku ostrzału wioski Nangar Khel śmierć poniosło sześciu obywateli Islamskiej Republiki Afganistanu, którzy doznali rozległych obrażeń tułowia i kończyn dolnych i górnych, w następstwie czego wystąpił u nich wstrząs urazowy lub krwotoczny i w konsekwencji doprowadziło to do ich zgonu. Równocześnie trzy obywatelki Islamskiej Republiki Afganistanu doznały ciężkiego uszczerbku na zdrowiu w postaci obrażeń tułowia oraz kończyn dolnych, które w konsekwencji doprowadziły do amputacji kończyn i spowodowały trwałe kalectwo, długotrwałą chorobę realnie zagrażającą życiu w rozumieniu art. 156 par. 1 pkt 2 k.k.
Wśród zabitych i rannych były kobiety i dzieci.
Dokonując oceny prawnej zachowań żołnierzy uznać należy, iż naruszyli oni przepisy prawa międzynarodowego chroniące ludność cywilną i miejscowości niebronione w trakcie działań zbrojnych w postaci: art. 23 pkt „b” i art. 25 „Regulaminu dotyczącego praw i zwyczajów wojny lądowej”, stanowiącego integralną cześć Konwencji Haskiej podpisanej w dniu 18 października 1907 roku dotyczącej praw i zwyczajów wojny lądowej (Dz. U. z 1927 roku, nr 21, poz. 161), art. 3 pkt 1 lit. „a” Czwartej Konwencji genewskiej z 12.08.1949 r. „o ochronie osób cywilnych podczas wojny” (Dz. U. z 1956 r., Nr 38, poz. 171), art. 4 ust. 2 pkt „a” i art. 13 ust. 1 i 2 II Protokołu dodatkowego do Konwencji Genewskich z 12 sierpnia 1949 roku dotyczący ochrony ofiar niemiędzynarodowych konfliktów zbrojnych (Dz.U. z 1992 roku, nr 41, poz. 175),
W oparciu o powyższe ustalenia 6 zatrzymanym żołnierzom przedstawiono zarzuty popełnienia przestępstw z art. 123 § 1 pkt 4 k.k. w zb. z art. 123 § 2 k.k. w zb. z art. 122 § 1 k.k. – to jest czynów zagrożonych karą pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 12, karą 25 lat pozbawienia wolności albo karą dożywotniego pozbawienia wolności, zaś jednemu zarzut popełnienia przestępstwa określonego w art. 122 §1 k.k. – to jest czynu zagrożonego karą pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 5 albo karą 25 lat pozbawienia wolności.
Przesłuchani w charakterze podejrzanych zatrzymani żołnierze potwierdzili fakt ostrzelania wioski Nangar Khel, równocześnie zaprzeczyli, aby przed ostrzelaniem wioski doszło do wymiany ognia z bojownikami talibańskimi.
Ponadto wyjaśnili, iż podawana przez nich uprzednio, wkrótce po zdarzeniu, wersja wydarzeń wskazująca na fakt, że do ostrzału doszło w następstwie wymiany ognia - była przygotowaną przez nich oficjalną, nie polegającą na prawdzie wersją, uzgodnioną dla potrzeb prowadzonego postępowania służbowego i karnego.
Po wykonaniu czynności procesowych z udziałem podejrzanych w dniu dzisiejszym skierowano do Wojskowego Sądu Garnizonowego w Poznaniu wobec wszystkich 7 żołnierzy wnioski o zastosowanie w stosunku do nich środków zapobiegawczych w postaci tymczasowego aresztowania na okres trzech miesięcy.



SZEF
WYDZIAŁU II ODDZIAŁU DO SPRAW
PRZESTĘPCZOŚCI ZORGANIZOWANEJ
NACZELNEJ PROKURATURY WOJSKOWEJ
Z SIEDZIBĄ W POZNANIU

Karol Frankowski

Zarzuty zabójstwa ludności cywilnej dla polskich żołnierzy ws. akcji w Afganistanie

jg, PAP
2007-11-14, ostatnia aktualizacja 2007-11-14 16:13

Prokuratura wojskowa postawiła zarzuty zabójstwa ludności cywilnej sześciu żołnierzom biorącym udział w akcji w Afganistanie w trakcie której zginęło 6 cywili. Zarzuty dotyczą m.in. zakazanych sposobów i środków walki. Siódmy żołnierz usłyszał zarzut ataku na nie broniony obiekt cywilny. Prokuratura wystąpi też do sądu o areszt dla wszystkich z nich.

Zobacz powiekszenie
Fot. Damian Kramski / AG
Polscy żołnierze z bazy Isaf Wazi Kwah
Zarzuty wobec sześciu żołnierzy z różnych paragrafów są zagrożone karą więzienia nie krótszą niż 12 lat, karą 25 lat lub dożywotniego więzienia. Siódmemu żołnierzowi grozi kara nie krótsza niż 5 lat więzienia albo 25 lat.

Jak wyjaśniał prokurator w wyniku rozkazu oficera dowodzącego wioska została ostrzelana z karabinu, a potem granatami moździerzowymi. - Ostrzelanie afgańskiej wioski nie było związane z "jakimkolwiek równoczesnym, bezpośrednim, realnym aktem agresji ze strony ludności miejscowej, czy też zachowaniem zagrażającym życiu, zdrowiu i bezpieczeństwu tak żołnierzy polskich, jak i żołnierzy innych państw pełniących służbę w ISAF" - mówił szef Naczelnej Prokuratury Wojskowej z Poznania Karol Frankowski.

Wyjazd patrolu w skład którego wchodzili zatrzymani żołnierze nastąpił po upływie kilku godzin od ataku na polski patrol, w wyniku którego uszkodzono dwa pojazdy.

Wioska Nangar Khel została ostrzelana przez żołnierzy polskich z wielkokalibrowego karabinu maszynowego, a następnie granatami moździerzowymi kalibru 60 mm.

Zdaniem prokuratury żołnierze naruszyli przepisy prawa międzynarodowego chroniące ludność cywilną i miejscowości nie bronione w trakcie działań zbrojnych m.in. konwencję haską i genewską.

Wobec wszystkich siedmiu zatrzymanych w związku z akcją w Afganistanie żołnierzy skierowano do Wojskowego Sądu Garnizonowego w Poznaniu wnioski o areszt na trzy miesiące - poinformował Frankowski. Jak podał, żołnierze w czasie przesłuchań potwierdzili fakt ostrzelania wioski Nangar Khel i przyznali, że przed tym zajściem nie doszło do wymiany ognia z bojownikami talibańskimi.

Frankowski dodał, że podawana przez żołnierzy wkrótce po zdarzeniu wersja wydarzeń, wskazująca na fakt, iż do ostrzału wioski doszło w następstwie wymiany ognia, była "przygotowaną przez nich, oficjalną, nie polegającą na prawdzie wersją, uzgodnioną dla potrzeb prowadzonego postępowania służbowego i karnego".

Chodzi o wydarzenia z 16 sierpnia, gdy Amerykanie wezwali na pomoc patrol z Wazi-Kwa, polskiej bazy w Afganistanie. W drodze jeden z transporterów wjechał na minę, Polacy zostali ostrzelani. Rzucili się w pościg i dali wciągnąć do jednej z osad. Talibowie nadal się ostrzeliwali. Polacy użyli moździerza. Gdy padły strzały, talibowie uciekli, a Polacy znaleźli ciała pięciorga cywilów.

Zalewski nie będzie szefem komisji spraw zagranicznych

strem
2007-11-14, ostatnia aktualizacja 42 minuty temu

- Rezygnuję z ubiegania się o stanowisko szefa komisji spraw zagranicznych - oświadczył w Sejmie Paweł Zalewski (PiS). Zalewski odrzucił w ten sposób propozycję PO, która chciała widzieć go w tej roli. - Zalewski jest zbyt doświadczonym politykiem, aby nabrać się na działania destrukcyjne, jakie wobec naszej partii prowadzi PO - skomentował sekretarz generalny PiS.

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
Paweł Zalewski


Najlepszym forum budowania konsensusu wokół polityki zagranicznej jest komisja spraw zagranicznych. Kiedy okazało się, że przedstawiciel PiS ma szanse ubiegać się o stanowisko szefa tej komisji, podjąłem decyzje o kandydowaniu. Okazało się jednak, że moja kandydatura wywołuje kontrowersje w mojej partii. Dlatego rezygnuję z ubiegania się o tę funkcję. - powiedział w Sejmie Zalewski.

- Posłowi, który obejmie to stanowisko życzę, żeby miał zaufanie wszystkich partii - dodał polityk PiS.

Sekretarz generalny PiS Joachim Brudziński z zadowoleniem przyjął decyzję Zalewskiego. - Cieszę się z tej deklaracji. Okazało się, że Paweł Zalewski jest zbyt doświadczonym politykiem, aby nabrać się na działania destrukcyjne, jakie wobec naszej partii prowadzi Platforma Obywatelska - zaznaczył. - Z przykrością jednak odnotowuję sam fakt, iż taki problem powstał, a także to, iż Zalewski dał się wmanewrować w tego typu działania PO - dodał.

Brudziński ubolewał też nad tym, iż dyskusja na temat kandydatury Zalewskiego na szefa komisji toczyła się głównie w mediach. - Martwi mnie komunikacja pomiędzy poszczególnymi członkami PiS. Miejsce na tego typu dyskusje jest na posiedzeniu klubu, gdzie możemy rozmawiać o tym, kto jaką funkcję będzie pełnił w poszczególnych komisjach - wyjaśnił.

- Plan korupcji politycznej uknuty przez PO spalił na panewce. Chcemy poważnie traktować naszych partnerów w Sejmie, ale najwidoczniej Platforma robi wszystko, aby zmarginalizować naszą partię - podkreślił na zakończenie Brudziński.

Szef klubu PO Zbigniew Chlebowski poinformował, że po rezygnacji Pawła Zalewskiego (PiS) z ubiegania się o funkcję szefa komisji spraw zagranicznych, Platforma wskaże kandydata na jej przewodniczącego. Jak dodał, PO rozważa dwie-trzy kandydatury. - Być może będzie to poseł Krzysztof Lisek - powiedział Chlebowski.

Premier odwołał kontrowersyjnego ministra Kryże

met
2007-11-14, ostatnia aktualizacja 2007-11-14 14:37

Andrzeja Kryże nie będzie odwoływał premier Tusk, bo odwołał go premier Kaczyński. Od piątego listopada były sędzia Andrzej Kryże nie jest już wiceministrem sprawiedliwości. Premier odwołał zastępcę Zbigniewa Ziobry z tą datą, ale komunikat na stronie Kancelarii Premiera nosi datę wczorajszą.

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
Zbigniew Ziobro i Andrzej Kryże
Premier podpisał pismo o odwołaniu Andrzeja Kryże trzeciego listopada. Była w nim formułka, że odwołuje go z dniem piątego listopada. Komunikat o odwołaniu ukazał się jednak ponad tydzień później.

Takie opóźnienia się zdarzają - usłyszeliśmy w Centrum Informacyjnym Rządu. Z komunikatem czekamy zawsze do czasu aż odwoływana osoba podpisze swoją dymisję. Zdarzały się pomyłki i dlatego czekamy z komunikatami.

Powody wcześniejszego odejścia Kryżego z ministerstwa są nieznane.

Prędzej czy później na Śląsku powstanie metro

Rozmawiał Tomasz Głogowski
2007-11-13, ostatnia aktualizacja 2007-11-13 20:45

Plany wybudowania śląskiego metra istnieją już od co najmniej 15 lat. To realny pomysł - mówi prof. Kazimierz Kłosek z Politechniki Śląskiej.

Zobacz powiekszenie
Fot. Grzegorz Celejewski / AG
Prof. Kazimierz Kłosek, kierownik katedry dróg i mostów Politechniki Śląskiej
Przeczytaj: Ruhra: masz bilet, jeździsz do upadłego

Tomasz Głogowski: Zagłębie Ruhry miało takie same problemy jak my: szkody górnicze, fedrujące kopalnie i zdegradowany przemysł. A mimo to wybudowano tam metro, dziś jeden z najwygodniejszych środków transportu. Czy podziemna kolej mogłaby powstać na Śląsku?

Prof. Kazimierz Kłosek, kierownik katedry dróg i mostów Politechniki Śląskiej: Ależ plany wybudowania śląskiego metra już były! Jakieś 15 lat temu pojawił się pomysł stworzenia Śląskiej Kolei Regionalnej, łączącej najważniejsze miasta aglomeracji. Część linii miała biec pod ziemią, w specjalnych tunelach. Zrobiliśmy na politechnice szczegółowe obliczenia, jak zabezpieczyć tunele przed szkodami górniczymi. Okazało się, że nie byłoby to zbyt skomplikowane technicznie. Ale ostatecznie pomysł upadł, bo kolej znalazła się w finansowych tarapatach.

Może warto dziś wrócić do tej koncepcji?

- Jestem przekonany, że prędzej czy później metro na Śląsku powstanie. Nie będziemy mieli zresztą innego wyjścia, bo dla transportu publicznego nie ma już innej alternatywy. Musi zejść pod ziemię, ponieważ na powierzchni zaczyna brakować miejsca. Jeżdżę po międzynarodowych konferencjach i wszędzie jest ten sam problem. Nie ma gdzie parkować, nie ma gdzie budować nowych domów, każda wolna przestrzeń jest koszmarnie droga. Nawet Rzym zastanawia się nad połączeniem wszystkich tamtejszych zabytków za pomocą podziemnej kolei. I nikt nie boi się, że antyczne budowle zostaną zniszczone. W Madrycie budują tunel o średnicy aż 15,5 metra. Na jednym poziomie jezdnia dla samochodów, na drugim metro, na trzecim droga dla karetek pogotowia czy straży pożarnej.

Jeżeli nie metro, to trzeba budować estakady, ale one nie zawsze się sprawdzają. Wystarczy popatrzeć na tę w Chorzowie...

Jednak w sytuacji, gdy po Śląsku jeżdżą stare autobusy i zdezelowane tramwaje, mówienie o metrze jest trochę śmieszne.

- Już chyba Einstein powiedział, że od wiedzy ważniejsza jest wyobraźnia. Ja z łatwością mogę sobie takie metro wyobrazić, tym bardziej że zmieniły się niektóre realia. Jesteśmy w Unii, która daje pieniądze na sensowne projekty komunikacyjne. Przecież nie musimy od razu budować takiego metra jak w Nowym Jorku czy Moskwie. Mówimy o połączeniu 15 najważniejszych miasta Śląska za pomocą kilku podziemnych linii kolejowych, z których w miarę często odjeżdżałyby pociągi.

Jak głębokie musiałoby być śląskie metro?

- Wystarczyłoby 10-15 metrów, by zejść poniżej fundamentów lub piwnic. W niektórych miejscach, tam, gdzie nie kolidowałoby to z tradycyjnymi drogami, linia mogłaby wychodzić na powierzchnię. Takie połączenie metra z tradycyjną koleją.

A co z kopalniami, które fedrują na Śląsku?

- W większości przypadków ich działalność nie byłaby żadnym problemem dla budowy metra. Istnieją przecież bardzo skuteczne zabezpieczenia przed szkodami górniczymi, poza tym górnictwo będzie musiało w przyszłości pomyśleć o nowoczesnych metodach eksploatacji. Na przykład zgazowaniu węgla i wydobywaniu go na powierzchnię w płynnej postaci. Wiele problemów związanych z tradycyjną eksploatacją zniknie.

PiS przegrał głosowanie i zbojkotował speckomisję

ulast, Mikołaj Tocki
2007-11-14, ostatnia aktualizacja 29 minut temu
Zobacz powiększenie
Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG

Potwierdziły się informacje portalu Gazeta.pl - PiS zdecydował, że w ramach bojkotu nie wystawi swojego przedstawiciela do speckomisji. Wcześniej Sejm zdecydował, że komisja ds. służb specjalnych będzie liczyła pięciu członków. Wniosek został przegłosowany po bardzo burzliwej dyskusji, w której zmniejszeniu liczby członków speckomisji stanowczo sprzeciwiał się PiS, zarzucając Platformie "chęć odwetu" i "łamanie zasad demokracji". Stąd bojkot speckomisji.

POSŁUCHAJ
SONDAŻ
Czy to dobrze, że będzie pięciu członków komisji ds. służb specjalnych?

Nie, PiS powinien być liczniej reprezentowany
Tak, taki podział będzie sprawiedliwy
Trudno powiedzieć



Za wnioskiem 279 głosowało posłów, przeciw było 154 , nikt się nie wstrzymał od głosu. Wcześniej odrzucono poprawkę zgłoszoną przez PiS, żeby w komisji zasiadało siedmiu członków. Zwolennikami zmniejszenia liczby osób zasiadających w speckomisji były wszystkie pozostałe kluby.

W komisji ds. służb specjalnych zasiądzie dwóch członków z PO i po jednym z LiD i PSL. Prawo i Sprawiedliwość chciało, aby komisja składała się z siedmiu członków - trzech z PO, dwóch z PiS i po jednym z LiD i PSL. Dlatego - w ramach bojkotu - PiS nie zgłosi swojego przedstawiciela speckomisji. Posłowie PiS tłumaczyli, że największa partia opozycyjna licząca 166 posłów nie powinna mieć w komisji tylko jednego przedstawiciela, podobnie jak 31-osobowy klub PSL.

Kaczyński: Komisja będzie badać nadużycia poprzedniego okresu

- To jest oczywiste nadużycie, złamanie standardów, praktyki także uprzedniej kadencji, to posunięcie wskazujące, że w komisji mają się dziać rzeczy niedobre, że komisja zamiast kontrolować służby, teraz w trakcie prac tego rządu będzie zajmowała się rzekomymi nadużyciami z poprzedniego okresu. Będzie po prostu wykorzystywana politycznie - mówił dziennikarzom w Sejmie premier Kaczyński.

Z kolei posłowie PiS na środowej konferencji prasowej w Sejmie mówili, że zostały złamane "podstawowe zasady demokracji", a ograniczenie składu komisji określili jako "igranie z bezpieczeństwem" Jarosław Kaczyński ocenił, że w tym Sejmie są dwa rodzaje opozycji: "PiS jest opozycją wobec rządu, a SLD - wobec PiS".

Sadurska (PiS): Nie będzie parytetu nie - będzie naszych reprezentantów

Posłanka PiS Małgorzata Sadurska mówiła, że PiS wycofuje swoich posłów, bo "nie może się zgodzić, by manipulowano komisją ds. służb specjalnych, by ją upolityczniano".- Dopóki nie będzie zachowany parytet, my nie będziemy w tej komisji mieć swoich reprezentantów - podkreśliła. W ocenie Sadurskiej, w Sejmie zawiązała się "wielka koalicja" - PO, LiD i PSL, która "pozbawiła PiS szansy na to, by mogło być reprezentowane w tak ważnej komisji w sposób pełny". - Zostaliśmy zepchnięci do poziomu najmniejszego klubu parlamentarnego. Klub PiS liczy 166 posłów, a będzie miał jednego reprezentanta, tak samo jak PSL, które ma 31 posłów - mówiła Sadurska.

Podkreśliła, że w poprzedniej kadencji, gdy PiS tworzył koalicję, parytet w komisji ds. służb specjalnych "był przestrzegany i respektowany". Sadurska przypomniała, że wówczas komisja liczyła 9 członków; PiS miał 3 reprezentantów, PO - 2, pozostałe kluby po jednym.

Wassermann (PiS): To igranie z bezpieczeństwem

Koordynator ds. służb specjalnych w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, Zbigniew Wassermann podkreślał, że ograniczenie składu komisji to "igranie z bezpieczeństwem w sytuacji, gdy mamy pięć rodzajów służb, gdy mamy do czynienia z bardzo poważnymi zagrożeniami związanymi z terroryzmem, zagrożeniami bezpieczeństwa energetycznego".

Wassermann podkreślił, że w Polsce jest jeden "zewnętrzny organ kontroli" nad służbami i jest nim właśnie komisja ds. służb specjalnych. Wyliczał, że komisja zajmuje się opiniowaniem aktów prawnych i rozporządzeń, kandydatów na stanowiska szefów, kierunków działań służb, opiniowaniem międzynarodowej współpracy.- To wszystko będzie musiało skontrolować pięć osób w komisji, która była jedną z najczęściej zbierających się w poprzedniej kadencji - powiedział Wassermann. Jak dodał, ograniczenie liczby członków speckomisji do pięciu to "ogromne ryzyko zamiany jakości na bezwład".

Według Wassermanna, 5-osobowa komisja "to może być wygodna sytuacja dla rządzących, bo nie będzie mogła dostatecznie głęboko, dostatecznie rzetelnie sprawować swojej podstawowej funkcji kontrolnej".

Jego zdaniem, komisja, w której nie będzie przedstawiciela PiS, będzie "kadłubowa" i za parę tygodni okaże się, że jest "kompletnie niewydolna". Wówczas - przekonywał - Sejm będzie musiał wrócić do koncepcji komisji 7-osobowej".

Graś: PiS chce siedmiu osób, żeby upchnąć Wassermanna i Macierewicza

Poseł Paweł Graś z PO zarzucił PiS, że upieranie się przy 7-osobowym składzie speckomisji wynika ze spraw personalnych. Według niego PiS chciałoby, żeby w komisji znalazł się zarówno Zbigniew Wasserman, jak i Antoni Marcierewicz.

Marszałek Komorowski podkreślał, że 5-osobowy skład komisji gwarantuje obecność w niej przedstawicieli wszystkich klubów parlamentarnych, a rotacyjność przywództwa w komisji zapewnia opozycji istotny wpływ na to, co się w niej będzie działo.

Mariusz Kamiński (PiS): PO zamyka usta opozycji

Przemysław Gosiewski uzasadniał, że drugi co do wielkości klub w Sejmie i jedyna - według niego - prawdziwa opozycja w tej kadencji powinna mieć dwóch członków w komisji ds. służb specjalnych. PiS nie zgadza się z tym, żeby ich klub miał tylko jednego przedstawiciela - podobnie jak klub 30-osobowy. Ostrych słów użył młody poseł PiS, zasiadający w Sejmie po raz pierwszy, Mariusz Kamiński, mówiąc, że to, co widzi, rozmija się z tym, czego uczono go na wykładach na studiach prawniczych, i jest to fikcja parlamentarna. Skrytykował PO za "pałanie żądzą odwetu i próby zamykania ust opozycji".

Poseł Graś z PO powiedział, że zmniejszenie liczby członków komisji pozwoli na bardziej merytoryczną pracę. Postulował też zwiększenie uprawnień komisji.



Zdrojewski (PO): Musielibyśmy kroić posłów

Gdybyśmy mieli się w tej komisji tak precyzyjnie posługiwać parytetami, to musielibyśmy kroić ludzi. Pół Wassermanna, cały Macierewicz, z posłów PSL-u musiałaby być na przykład tylko głowa. Takie są proporcje.- powiedział w TVN24 Bogdan Zdrojewski. Według niego tradycja polskiego parlamentu jest taka, że speckomisja ze względu na tajność powinna być jak najmniejsza.

Olejniczak do PiS: Będziecie na obradach komisji, bo będziecie przed nią wzywani

W imieniu LiD 5-osobowy skład komisji poparł Wojciech Olejniczak. Zwracając się do posłów PiS, powiedział: - Będziecie obecni na obradach komisji, bo będziecie często przed tę komisję wzywani. Jego słowa spotkały się ze sprzeciwem prowadzącego obrady marszałka Komorowskiego.

Poseł Jan Bury, opowiadając się za zmniejszeniem liczby członków komisji, podkreślił, że w poprzedniej kadencji Sejmu komisja liczyła dziewięciu członków, ponieważ w Sejmie były dwa kluby parlamentarne więcej i tę liczbę wymuszały parytety. W obecnej kadencji uczciwe będzie, jeśli w speckomisji zasiądzie pięciu członków.

Mieszkań będzie więcej i nie będą droższe?

Marek Wielgo
2007-11-13, ostatnia aktualizacja 2007-11-14 08:51

Wygląda na to, że już nie warto się spieszyć z zakupem nowego mieszkania. Ryzyko, że wzrosną ceny, jest niewielkie. Bardzo duże jest za to prawdopodobieństwo, że w najbliższych dwóch latach będzie można przebierać w ofertach firm deweloperskich

Zobacz powiekszenie
Fot. Aleksander Prugar / AG
Bez kompromisu w sprawie obniżonego VAT największe mieszkania podrożeją
ILE MIESZKAŃ BUDUJĄ DEWELOPERZY
ILE MIESZKAŃ BUDUJĄ DEWELOPERZY
Chcesz kupić mieszkanie lub dom? Przeszukaj nasze oferty

Chcesz sprzedać mieszkanie? Dodaj ogłoszenie w naszym serwisie



Bardzo duże jest za to prawdopodobieństwo, że w najbliższych dwóch latach będzie można przebierać w ofertach firm deweloperskich. Potwierdza się to, o czym informujemy od początku roku - deweloperzy dwoją się i troją, aby zaspokoić popyt na nowe mieszkania. Do tej pory widać to było po dużym wzroście liczby pozwoleń na ich budowę. Teraz mamy pewność, że na tych pozwoleniach się nie skończyło.

W Warszawie, na którą przypada jedna czwarta wszystkich nowych mieszkań budowanych w Polsce, powstanie ich w tym roku ok. 16,1 tys., a w przyszłym - ponad 17,5 tys. - ocenia firma Reas, która rejestruje każdą rozpoczynaną i kończoną inwestycję w największych aglomeracjach. Byłby to wynik o blisko 28 proc. lepszy od ubiegłorocznego. Szybko rośnie podaż mieszkań nie tylko w stolicy, ale także w Krakowie, Trójmieście, Poznaniu, Łodzi i we Wrocławiu.

Ale uwaga! Według analityków Reasa najpewniej nawet przez dwa lata chętnych na nie będzie mniej niż do tej pory, bo - jak czytamy w ich raporcie - "ceny osiągnęły tak wysoki pułap, że pomimo agresywnej promocji kredytów hipotecznych i wzrostu płac, realne możliwości zakupu mieszkań zaczęły się kurczyć". - Ponadto spadło zainteresowanie zakupem mieszkań w celach inwestycyjnych i spekulacyjnych - dodaje Katarzyna Kuniewicz z Reasa.

Według analityków tej firmy doradczej w Warszawie, Krakowie, Trójmieście i we Wrocławiu zbliża się okres... nadpodaży mieszkań. A to oznacza, że deweloperzy nie będą w stanie ich sprzedać jeszcze przed wbiciem w ziemię pierwszej łopaty, co miało miejsce jeszcze rok temu. Mało tego, najprawdopodobniej będzie można kupować gotowe mieszkania. - Ale to nie jest żaden kryzys - zastrzega Kuniewicz. Według niej, jeśli sytuacja gospodarcza kraju się nie pogorszy, popyt na mieszkania już niebawem znów może zacząć przewyższać podaż.

A co z cenami? W Reasie mówią, że mieszkania wprowadzane na rynek w III kwartale były droższe, np. w Krakowie i we Wrocławiu średnio aż o 10 proc. To skutek pojawienia się w ofercie firm deweloperskich bardzo drogich apartamentów. Najbliższe miesiące mają jednak przynieść stabilizację cen, a w przyszłym roku analitycy nie wykluczają nawet ich korekty. Dodajmy, że podawane przez analityków średnie ceny mieszkań zależą od struktury ich podaży w poszczególnych miastach. Im więcej jest na rynku drogich apartamentów, tym wyższa jest średnia cena. Np. jej ubiegłoroczny skok w Łodzi analitycy Reasa nazywają "efektem Scheiblera". Chodzi o to, że na rynek trafiły dość drogie jak na to miasto tzw. lofty, czyli mieszkania w budynku dawnej przędzalni Karola Scheiblera. Z kolei w Poznaniu, w którym powstanie w tym roku ok. 3,6 tys. mieszkań, średnią wywindował apartamentowiec firmy Wechta - ponad 200 mieszkań po 15-16 tys. zł za m kw. Paweł Sztejter z Reasa przyznaje, że wzrost średniej ceny był często pretekstem dla innych deweloperów do podnoszenia cen.

Polski generał nie otrzymał kluczowego stanowiska w NATO

man, PAP, IAR, jg, mar, Reuters
2007-11-14, ostatnia aktualizacja 58 minut temu
Zobacz powiększenie
Pomimo udziału Polaków w licznych misjach NATO - nasz przedstawiciel nie został szefem Komitetu Wojskowego NATO.
Fot. Musadeq Sadeq AP

Szef polskiego Sztabu Generalnego gen. Franciszek Gągor nie został szefem Komitetu Wojskowego Sojuszu Północnoatlantyckiego. - Polacy byli całkiem pewni siebie: oni uważali swojego kandydata za bardzo dobrego - mówi agencji Reuters proszący o anonimowość dyplomata z kręgów NATO. - Wyobrażali sobie nawet, że to lider w wyścigu o to stanowisko - dodaje.

Polski generał był jednym z trzech kandydatów na stanowisko szefa Komitetu Wojskowego NATO i zarazem faworytem na objęcie tego stanowiska. Jego kandydaturę miały popierać Stany Zjednoczone. Szefem Komitetu został jednak Włoch Giampaolo Di Paola.

- Zastanowiłbym się nad tym, czy kwestionowanie dotychczasowej aktywności wojskowej Polski, szczególnie na misjach, opowiadanie o wycofaniu wojsk z Iraku, o zmianie charakteru misji w Afganistanie, która ma decydować o przyszłości NATO, nie miało wpływu na wynik głosowania - tak przegraną Gągora skomentował minister obrony narodowej Aleksander Szczygło.

- Umniejszanie znaczenia polskiej polityki bezpieczeństwa na pewno nie wpływa pozytywnie na to, by traktować Polskę jako kraj, z którym należy się liczyć. Opowiadanie o tym, że będziemy bardziej "unijni" niż "amerykańscy", także mogło tworzyć atmosferę pewnej niepewności. To ostrzeżenie dla wszystkich, którzy traktują tę sferę jako element rozgrywek politycznych - dodał szef MON.

Podkreślił, że nie rozpatruje przegranej szefa Sztabu, który jest świetnie przygotowany do pełnienia takiej funkcji, jako osobistej porażki generała.

Według źródeł w Sojuszu, o zwycięstwie włoskiego admirała zadecydowało poparcie udzielone przez Stany Zjednoczone. Wcześniej nieoficjalnie źródła w NATO twierdziły, że rząd amerykański popiera gen. Gągora. - Głosowanie było tajne, trudno spekulować o tym jak głosowały poszczególne kraje - powiedział Szczygło.

Fotyga: Przed głosowaniem Gągor nie miał dużych szans

Minister spraw zagranicznych Anna Fotyga wyraziła ubolewanie, że generał Gągor przegrał walkę o stanowisko szefa Komitetu Wojskowego. Szefowa MSZ podkreśliła, że polska dyplomacja, MON i inne instytucje władzy w naszym kraju były bardzo zaangażowane w lobbowanie na rzecz tej kandydatury.

Fotyga przyznała, że już przed głosowaniem wydawało się, iż generał Gągor nie miał dużych szans. Dodała jednak, że i tak - dzięki wielkiej akcji dyplomatycznej - udało się wypracować bardzo dobry efekt. Szefowa MSZ zwróciła uwagę na to, że generał Gągor przeszedł do ostatniej fazy głosowań i zdobył w niej znaczące poparcie.

Analizując przyczyny porażki, minister spraw zagranicznych wyraziła przypuszczenie, że być może zabrakło stosownego zainteresowania medialnego tą kandydaturą, choć - jak przyznała - cieszyła się ona sympatią. Anna Fotyga dodała, że nienajlepszym sygnałem było kwestionowanie polskiej polityki w zakresie obecności naszych misji stabilizacyjncyh w rejonach konfliktów. Wyraziła przekonanie, że w ostatnim czasie wizerunek Polski jako stabilnego sojusznika został w oczach naszych sojuszników nieco osłabiony.

Ambasador: Było zaszczytem promować gen. Gągora

- Jest mi smutno, ale oczywiście nie obrażamy się. Było zaszczytem promować pana generała Gągora - powiedział polski ambasador przy NATO Bogusław Winid na kilka minut po wyborze nowego szefa Komitetu. - Niestety przegraliśmy, ale możemy schodzić z boiska z podniesioną głową. Czasem nawet jak się rozegra bardzo dobry mecz, to się przegra. To urok głosowania. Robiliśmy wszystko, żeby te wybory zakończyły się dobrze" - dodał.

W ramach misji NATO w Afganistanie Włochy wysłały 2,2 tys. żołnierzy, Polska zaś - 1,2 tys. Winid protestował jednak przeciwko wiązaniu zaangażowania w Afganistanie ze środowym głosowaniem. - Nie łączyłbym wyborów z naszą misją. Realizujemy tam nasze zadania w ramach struktury sojuszu, to misja bezpośrednio związana z bezpieczeństwem Polski. To nie ma bezpośredniego przełożenia - powiedział ambasador.

Wygrał Włoch przed Polakiem i Hiszpanem

63-letni admirał Giampaolo Di Paola jest szefem włoskiego sztabu. Oprócz Włocha i Polaka o stanowisko przewodniczącego Komitetu ubiegał się też 62-letni szef hiszpańskiego sztabu - generał Felix Sanz Roldan. Generał Gągor podkreślał, że jeśli zostanie wybrany na wspomniane stanowisko "będzie to wyrazem uznania dla Polski i wszystkich nowych członków NATO za ich sojusznicze wysiłki na rzecz wzmacniania pokoju i stabilności na świecie - przed wejściem do NATO i po wejściu do Sojuszu". Komitet Wojskowy NATO to naczelny organ wojskowy Organizacji. Zadanie jego polega na wydawaniu zaleceń oraz udzielaniu opinii w sprawach wojskowych, które potem przedstawia Radzie NATO. Wydaje również dyrektywy ogólne podległym organom. Podlega bezpośrednio Radzie Paktu - Komitetowi Planowania Obrony. Kieruje pracą dowództw regionalnych NATO.

W skład Komitetu wchodzą szefowie sztabów generalnych państw członkowskich. Komitetem kieruje zawsze generał europejski lub kanadyjski, a dowódcą NATO na Europę jest zawsze Amerykanin. Do tej pory na czele Komitetu Wojskowego NATO stał kanadyjski generał Ray Henault.

Gen. Gągor - sylwetka

Gen. Gągor ukończył Wyższą Szkołę Oficerską Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu. Jest także absolwentem filologii angielskiej Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Ukończył studia w Akademii Obrony NATO w Rzymie oraz Podyplomowe Studia Strategiczno-Operacyjne na Uniwersytecie Obrony w Waszyngtonie. Był m.in. dowódcą misji UNIKOM w Iraku, asystentem Sekretarza Generalnego ONZ, dowódcą misji UNDOF na Wzgórzach Golan i Polskim Przedstawicielem Wojskowym przy Komitetach Wojskowych NATO i UE w Brukseli.

Ma 56 lat, biegle posługuje się językiem angielskim; zna język rosyjski i francuski. Jest żonaty, ma dwoje dzieci. Interesuje się historią, literaturą angielską, problematyką operacji kryzysowych oraz sportem - tenisem ziemnym, siatkówką, narciarstwem.

Dożywotni sędzia grodzki mógłby zastąpić asesora

Marek Domagalski 06-11-2007, ostatnia aktualizacja 06-11-2007 10:38

Tydzień temu Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że asesorzy nie mogą zastępować sędziów. Pojawiły się dwa pomysły wyjścia z tego pata: zmiana konstytucji lub ustanowienie dodatkowego szczebla w sądownictwie

Trybunał orzekł, że powierzanie asesorom czynności sędziowskich jest niekonstytucyjne, gdyż są oni powoływani na czas określony, czekają na sędziowską nominację – dlatego nie są w pełni niezawiśli. Aby nie doprowadzić do zapaści w sądach, TK odroczył wejście w życie orzeczenia na półtora roku (szerzej: „Asesorzy już nie będą orzekać w sądach”, „Rz” z 25 października 2007 r.).

Co dalej z asesorami?

Najprostsza wydaje się zmiana konstytucji. Zamiary są zresztą takie, aby nowy Sejm jak najszybciej rozpoczął nad nią prace (odpowiedni projekt był już w Sejmie, ale zmian nie uchwalono). W myśl prezydenckich propozycji, pierwsza nominacja dla sędziego następowałaby na czas oznaczony od dwóch do czterech lat. Byłby to więc tzw. sędzia na próbę. Kolejna nominacja, po pozytywnej ocenie lat próby, byłaby już na czas nieoznaczony.

Nie wszyscy są jednak zwolennikami zmian w konstytucji. Krajowa Rada Sądownictwa uważa, że wystarczy znowelizowanie prawa o ustroju sądów powszechnych.

– Nasz pomysł polega na powołaniu dodatkowego, czwartego szczebla w sądownictwie: sędziego grodzkiego, może sędziego pokoju – powiedział „Rz” sędzia Marek Celej z KRS.

Sędzia grodzki czy pokoju (kwestia nazewnictwa jest drugorzędna) orzekałby w najdrobniejszych sprawach cywilnych, karnych i wykroczeniowych. Od sędziego na próbę różniłby się jednak tym, że byłby powoływany na czas nieoznaczony. Mógłby oczywiście z tego szczebla awansować, ale równie dobrze piastować swoje stanowisko przez lata, aż do emerytury. Łatwiejszy dostęp do takiego stanowiska trwale mógłby rozwiązać problem braku sędziów.

Kręcenie się w koło

– Czym ma się różnić instytucja sędziego na próbę od sędziego, który orzeka, starając się o nominację, poza formalną zgodnością z konstytucją? – pyta adwokat Jerzy Naumann. – I jeden, i drugi zabiega przecież o to samo. Problem leży gdzie indziej – w poziomie etycznym i właściwym doborze kadry sędziowskiej.

– Musimy przestać kręcić się w kółko wokół pomysłów w rodzaju sędziego na próbę. Czas na odważny krok. Poprzez zwiększenie wynagrodzeń sędziów oraz jednorazowe zwiększenie liczby etatów sędziowskich trzeba zaprosić do orzekania doświadczonych prawników z innych zawodów – uważa z kolei adwokat Andrzej Michałowski, członek władz Naczelnej Rady Adwokackiej. – Nabór doświadczonych adwokatów, radców i prokuratorów, na wzór dokonanego bezpośrednio po 1989 r., zmieniłby na trwałe oblicze sądów. Można to zrobić szybko, w ciągu owych 18 miesięcy. W II Rzeczypospolitej stworzenie całego sądownictwa zajęło znacznie mniej czasu.

Prawnika łatwo przyuczyć

– Sędzia nie powinien uczyć się dopiero za stołem sędziowskim, zdobywając doświadczenie na konkretnych sprawach. Powinien przystępować do nich w pełni przygotowany do zawodu – powiedziała „Rz” sędzia Elżbieta Z. z jednego z sądów na Mazowszu. – To, że do tego zawodu przyjmuje się wciąż niewielu prawników z innych profesji, wynika także z oporu środowiska sędziowskiego.

30 procent kadry orzekającej w sądach rejonowych stanowią asesorzy

Tymczasem adwokata czy radcę można szybko przyuczyć do pracy na stanowisku sędziego, każdy z nich ma zresztą jakąś praktykę w sądzie. Poza tym to zwykle inteligentni ludzie – uważa sędzia.Według Krzysztofa Józefowicza, prezesa poznańskiego Sądu Okręgowego (wcześniej wiceministra sprawiedliwości), kandydaci na sędziów mogą zdobywać doświadczenie także jako referendarze (orzekają m.in. w sprawach rejestrowych, wieczystoksięgowych i w postępowaniach uproszczonych) oraz asystenci sędziego – ci pomagają doświadczonym sędziom w pracy. Z obu tych profesji droga do stanowiska sędziego już teraz jest otwarta. Zdaniem sędziego Józefowicza najlepszym rozwiązaniem jest zmiana konstytucji i sędzia na próbę.

Zdaniem niektórych specjalistów obecna „górka” asesorska jest wynikiem ogólnego zwiększania zatrudnienia w sądach. Z czasem będzie jednak maleć.

Wiemy już, skąd brać doświadczonych prawników, by zastąpili asesorów, ale co z samymi asesorami i aplikantami sędziowskimi (po egzaminie sędziowskim)? Aplikacja nie wystarczy bowiem do wpisu na listę adwokatów czy radców. Pojawia się tu znów kwestia ułatwień w przepływie między różnymi profesjami prawniczymi i samego dostępu do aplikacji.

Zamiast asesora sędzia grodzki powoływany przez prezydenta

Jerzy M. Żuralski 14-11-2007, ostatnia aktualizacja 14-11-2007 12:55

Nie trzeba zmian w konstytucji, by rozwiązać problem asesorów sądowych – uważa sędzia Jerzy M. Żuralski, prezes Sądu Rejonowego w Wąbrzeźnie, były podsekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości

Specyfiką naszego sądownictwa jest to, że wymiar sprawiedliwości sprawują – poza sędziami powołanymi na urząd przez prezydenta RP – liczni początkujący asesorzy sądowi, czyli osoby, które po uniwersyteckich studiach prawniczych odbyły aplikację sadową (obecnie przeważnie pozaetatową), zdały egzamin sędziowski i zostały mianowane przez ministra sprawiedliwości, a więc przedstawiciela władzy wykonawczej, do pełnienia czynności sędziowskich na czas określony. Ten stan rzeczy od lat budził sprzeciw licznych teoretyków i praktyków prawa mających wątpliwości, czy urzędnicy wykonujący obowiązki sędziowskie, których przyszła kariera jest uzależniona od decyzji organu powołującego, w pełni dają gwarancję niezawisłości, bezstronności i niezależności.

Trochę o zaszłościach

Świadomość tę mieli również członkowie zespołu ds. reformy struktury organizacyjnej sądownictwa, którzy w opracowanym w 1997 r. projekcie utworzenia wyodrębnionych jednostek organizacyjnych sądów zdolnych do szybkiego i sprawnego rozpoznawania drobnych spraw cywilnych i karnych – sądów grodzkich przewidywali, że będą w nich orzekać głównie początkujący sędziowie: sędziowie grodzcy.

Prace nad reformą sądownictwa były kontynuowane w latach następnych. W ich efekcie 1 stycznia 2000 r. rozpoczęły działalność wydziały cywilno-karne, które 17 października 2001 r. zaczęły również rozpoznawać sprawy o wykroczenia, przekształcone następnie 1 stycznia 2002 r. w wydziały grodzkie na mocy przepisów ustawy z 27 lipca 2001 r. – Prawo o ustroju sądów powszechnych (usp).

W ustawie tej jednak odstąpiono od zawartych w projekcie z 10 czerwca 1999 r. przepisów o likwidacji instytucji asesorów sądowych i wprowadzenia innej drogi dochodzenia do urzędu sędziego. Według nich istniejący stan rzeczy miał na zasadzie wyjątku trwać do 31 grudnia 2010 r., natomiast zasadą miało być powoływanie na urząd sędziego osoby, która poza spełnianiem warunków formalnych ukończyła 35 lat i bezpośrednio przed powołaniem była profesorem lub doktorem habilitowanym nauk prawnych, sprawowała urząd sędziego sądu wojskowego albo przez cztery lata wykonywała zawód adwokata, radcy prawnego lub notariusza, przez dwa lata prokuratora powszechnych lub wojskowych jednostek organizacyjnych prokuratury lub przez dziesięć lat asystenta sędziego.

Dzisiaj można jedynie podziwiać dalekowzroczność autorów tego projektu, a jednocześnie żałować, że nie stał się obowiązującym prawem. Zaoszczędziłoby to konieczności podejmowania pod presją czasu zmian legislacyjnych, niezbędnych do zadośćuczynienia treści orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego z 24 października 2007 r., w myśl którego przepisy uprawniające ministra sprawiedliwości do powierzenia asesorom sądowym prawa pełnienia czynności sędziowskich są niezgodne z ustawą zasadniczą.

Według dyskutantów

W ostatnich miesiącach rozgorzała dyskusja na temat, co dalej z asesorami sądowymi. Jest to problem istotny, bo stanowią oni jedną trzecią kadry orzeczniczej sądów rejonowych i liczba ich rośnie, gdyż już po orzeczeniu TK minister sprawiedliwości podpisał ponad 100 nowych nominacji asesorskich.

Jedną z dróg wyjścia zasugerował prezydent RP: powoływanie sędziów na czas określony. Jednak Sejm minionej kadencji nie uchwalił stosownej ustawy.

Profesor Andrzej Zoll uważa natomiast („Rz” z 25 października), że początkujący sędzia powinien najpierw orzekać wyłącznie w wydziałach odwoławczych sądów okręgowych w składzie z dwoma doświadczonymi sędziami. Oni byliby nauczycielami wskazującymi błędy popełniane przez sądy pierwszej instancji. Ich opinia decydowałaby o dalszych jego losach, a więc o tym, czy będzie sędzią, czy też odejdzie do innej pracy. Podobnie widzi drogę do zawodu sędziego prof. Zbigniew Ćwiąkalski („Rz” z 8 listopada): naukę zawodu należy zacząć właśnie od orzekania na próbę w składach trzyosobowych, ale nie samodzielnie. Również za wprowadzeniem sędziów na próbę opowiada się były wiceminister sprawiedliwości Krzysztof Józefowicz („Rz” z 6 listopada).

Inni hołdują koncepcji, by zawód sędziego był ukoronowaniem zawodów prawniczych. Prof. Zbigniew Hołda opowiada się („Polityka” z 20 października) za modelem kariery prawniczej autorstwa prezesa TK Jerzego Stępnia, według której magister prawa mógłby odbywać aplikację dwuetapową – wstępną ogólną i specjalistyczną, np. w zawodzie prokuratora, notariusza, adwokata czy radcy prawnego, które byłyby przedzielone pracą w sądzie, prokuraturze lub kancelarii prawniczej. Następnie wykonywanie jednego z zawodów prawniczych przez odpowiedni okres dawałoby podstawę do ubiegania się o powołanie na urząd sędziego. Niezależnie od tego byłby on dostępny dla profesorów i doktorów habilitowanych nauk prawnych. Także poseł Cezary Grabarczyk, adwokat z zawodu, jest za szerszym dostępem praktyków do zawodu sędziego („Rz” z 5 listopada)

Czwarty szczebel

Najbardziej kompleksową propozycję rozwiązania problemu asesorów sądowych wyraża stanowisko Krajowej Rady Sądownictwa z 1 czerwca 2007 r. omówione przez sędziego Marka Celeja („Rz” z 16 października i 6 listopada). Pokrótce sprowadza się do tego, by bez zmiany konstytucji wprowadzić do usp czwarty, najniższy szczebel zawodowy: sędziego grodzkiego (sędziego pokoju) powoływanego tak jak inni sędziowie przez prezydenta na wniosek KRS na czas nieokreślony. Zdaniem rady powołanie sędziego na czas nieoznaczony przewidziane w art. 179 ustawy zasadniczej przedstawia istotną wartość konstytucyjną. Stanowi mianowicie ważny element zespołu gwarancji niezawisłości sędziowskiej – to po pierwsze. A po drugie – jest dopełnieniem gwarantowanego w art. 45 konstytucji prawa do sądu.

Propozycja ta jest niezwykle trafna i w świetle zapadłego orzeczenia TK z 24 października 2007 r. powinna stanowić punkt wyjścia do prac legislacyjnych, w efekcie których za 18 miesięcy bez zmiany konstytucji sądy powszechne będą należycie zorganizowane i orzekać w nich będzie odpowiednia liczba niezawisłych i niezależnych od władzy wykonawczej sędziów. Aby to osiągnąć, należałoby wzbogacić ją o pewne sugestie wskazanych autorytetów i stworzyć zasady dochodzenia do urzędu sędziego grodzkiego oraz mechanizm jego powoływania.

Należy więc wrócić do projektu reformy sądownictwa powstałego przed dziesięciu laty i połączyć urząd sędziego grodzkiego z istniejącymi już wydziałami grodzkimi sądów rejonowych. Nowo powołany szczebel stanowisk sędziowskich – sędziego grodzkiego, powinien być ściśle związany z orzekaniem w tych wydziałach, natomiast po określonym czasie, np. roku czy dwóch latach, mogliby oni być delegowani na zasadach ogólnych do rozpoznawania innych spraw w sądzie rejonowym lub okręgowym. Awans na stanowisko sędziego rejonowego mógłby natomiast nastąpić najszybciej po czterech latach orzekania.

Wydziały grodzkie istnieją w przeważającej liczbie sądów rejonowych, a w sądach największych działa ich po kilka. Z kilkuletniej obserwacji ich pracy oraz analizy szybkości postępowania i uzyskiwanych przez nie wyników należy wnioskować, że tworząc je, osiągnięto nie tylko cele dostosowujące organizację sądownictwa do wymogów konstytucji, ale również poprawę w szybkości postępowania. Fakt ich istnienia oraz wyspecjalizowanie się sędziów w nich orzekających do szybkiego rozpoznawania drobnych spraw przyczyniło się w znaczący sposób do sukcesu wprowadzonych wiosną 2007 r. kontrowersyjnych sądów 24-godzinnych. Stworzony jednakże model wydziału (sądu) grodzkiego nie jest dziełem skończonym, powinien ulegać stałej ewolucji i być dostosowywany do bieżących potrzeb. Liczba tych wydziałów powinna rosnąć, nie zaś maleć, jak to zapisano w projekcie rozporządzenia ministra sprawiedliwości z lipca 2007 r. Nadto, by sprostać obecnym i przyszłym potrzebom, należy maksymalnie uprościć i odformalizować istniejące procedury lub też stworzyć nowe specjalne procedury do rozpoznawania drobnych spraw cywilnych, karnych i wykroczeń, uwzględniające specyfikę tych spraw.

Na czas nieokreślony

Sędziów grodzkich powinien powoływać prezydent RP na wniosek KRS na czas nieokreślony spośród osób, które po ukończeniu uniwersyteckich studiów prawniczych odbyły aplikację sadową – etatową (aktualnie lansowany system aplikacji pozaetatowej jest nieefektywny) ewentualnie pozaetatową połączoną z pracą w charakterze asystenta sędziego, zdały egzamin sędziowski i następnie przez minimum rok pracowały w charakterze asystenta sędziego zarówno w sądzie rejonowym, jak i okręgowym. Zdobyta w ten sposób wiedza oraz przejęte doświadczenie od sędziów patronów dawałyby gwarancje odpowiedniego przygotowania do rozpoznawania spraw należących do kognicji wydziałów grodzkich. Natomiast opinie tych sędziów byłyby dla KRS wystarczającym materiałem do oceny, czy kandydat zasługuje na złożenie wniosku do prezydenta o powołanie na pierwszy szczebel w hierarchii stanowisk sędziowskich.

Nie ma natomiast potrzeby tworzenia unormowań prawnych umożliwiających dochodzenie do urzędu sędziego przedstawicieli innych zawodów prawniczych, bo obowiązujące przepisy usp przewidują taką ewentualność. Jednakże przedstawiciele korporacji adwokatów, radców prawnych i notariuszy niezwykle rzadko starają się o zmianę koloru togi. Z opinii sędziego Stanisława Dąbrowskiego, przewodniczącego KRS („Rz” z 24 października), wynika, że stanowią oni mniej niż 1 proc. ubiegających się o urząd sędziego, a powód tego jest prozaiczny, dochody osiągane przez nich z prowadzonej działalności znacznie przewyższają uposażenie sędziego sądu rejonowego. Oznacza to, że do czasu, gdy uposażenia sędziów nie wzrosną i będą proporcjonalne do ich wynagrodzeń, przedstawiciele tych korporacji nie będą się ubiegać o ukoronowanie swojej kariery.