piątek, 30 stycznia 2009

Jan Englert: Poczułem adrenalinę

Jacek Cieślak 30-01-2009, ostatnia aktualizacja 30-01-2009 07:14

Rozmowa z Janem Englertem. Aktor i szef narodowej sceny wyjaśnia, dlaczego zdecydował się zagrać u dyrektora innego teatru. Premiera spektaklu w reżyserii Grzegorza Jarzyny w TR w niedzielę.

Jan Englert: – Nie lubię sztucznych podziałów, grup, ideologii. Lubię dobry teatr. Jestem praktykiem
autor zdjęcia: Marcin Łobaczewski
źródło: Fotorzepa
Jan Englert: – Nie lubię sztucznych podziałów, grup, ideologii. Lubię dobry teatr. Jestem praktykiem

Rz: „T.E.O.R.E.M.A.T.” według Passoliniego opowiada historię włoskiego przemysłowca Paola, rozprzężenia i rozpadu jego rodziny pod wpływem wizyty tajemniczego Innego. Przemysłowca gra pan – artysta spełniony, dyrektor Narodowego, były rektor Akademii Teatralnej. Jak rozumieć taką decyzję obsadową Grzegorza Jarzyny?

Jan Englert: Niedawno Danusia Szaflarska, odpowiadając na pytanie, czemu zawdzięcza fantastyczną karierę w ostatnich latach, powiedziała, że jej koleżanki powymierały. Nagle zacząłem grać. U Wajdy, u Jarzyny. Dlaczego? Bo mi koledzy powymierali!

Ironizuje pan.

Nie mam wątpliwości, że Grzegorz Jarzyna świadomie wybrał do roli Paola człowieka, który ma w środowisku opinię poukładanego, z sukcesem. Jeżeli kojarzę mu się z czymś poważnym, zorganizowanym i jestem jeszcze dla niego atrakcyjny artystycznie – czuję się usatysfakcjonowany.

Tylko że w spektaklu Jarzyny ktoś taki jak pan traci grunt pod nogami, a jego rodzina się rozpada.

Rozpada, ale można też powiedzieć, że buduje na nowo. Być może uwalnia od czegoś, co nie było autentyczne. Diabli wiedzą, to nie jest jednoznaczne. Na pewno postać Innego nie da się sprowadzić tylko do seksualności, bo to spłaszcza zagadnienie. Inny jest kimś pomiędzy Diabłem i Chrystusem. Problemem mojego bohatera nie jest seks, lecz rozczarowanie własnym stosunkiem do świata. Jego porządek legł w gruzach.

Ale Paolo zachowuje pana dystans. Krzyczy do Innego: nie wrobisz mnie w skandal!

Inaczej. Pyta, co Inny proponuje zamiast moralności, bo przecież nie daje żadnej recepty, tylko niepewność. Nie jestem pewien, ale to może być również pytanie, jakie zadaje sobie Grzegorz Jarzyna, jeszcze niedawno młody teatralny rewolucjonista, którego napędem był bunt. Dziś jest dojrzałym mężczyzną, ma wątpliwości i próbuje rozliczyć się z samym sobą. Każdy z nas przeżywa taki moment, kiedy spoglądamy w przeszłość i pytamy, czy to wszystko, co robiliśmy, miało sens. Czy iść dalej tą samą drogą, czy ją zmienić. Warto podkreślić, że „T.E.O.R.E.M.A.T.” jest pierwszym od wielu lat przedstawieniem Jarzyny w Warszawie na macierzystej scenie Rozmaitości.

I po odejściu aktorskich gwiazd z Krzysztofem Warlikowskim. Wygląda na to, że „T.E.O.R.E.M.A.T.” odbuduje pozycję TR Warszawa i umocni Jarzynę.

Jest twórcą, który na to zasługuje, a ja mogę po megalomańsku powiedzieć, że mu pomagam, bo to jest również w interesie Narodowego. Im więcej dobrych teatrów – tym lepiej.

Spektakl obnaża też współczesną, mieszczańską Europę, która wyrzekła się Boga, a w jego miejsce uwielbiła bożka dobrobytu.

To cytat z Pasoliniego. Myślę, że Grzegorz Jarzyna czuje podobnie i dlatego sięgnął do twórczości Włocha. Wolę jednak mówić za siebie. Owszem, wszystkich nas uwiera gonitwa za dobrobytem, internetowe przyspieszenie i powierzchowność. Widzę u siebie w teatrze, że publiczność oczekuje tego, co jest uporządkowane. Tęskni do wartości. Trwa odwrót od anarchii, chaosu i fałszywie pojętej wolności. Polska mieszczańska publiczność, bo taka nam się już wykształciła, szuka granicy między sacrum i profanum, którą próbowano zatrzeć.

Chodziło raczej o odrzucenie hipokryzji i poruszenie tematów, które były tabu. W nowym spektaklu Jarzyny też o to chodzi. Oglądamy próbę wyrzeczenia się bogactwa i powrotu do chrześcijaństwa w duchu świętego Antoniego.

Tak jak mówiłem, daje o sobie znać potrzeba świętości. Trzeba iść na pustynię przemyśleć sprawy, zrobić porządek z życiem duchowym.

A w polskim teatrze dokonać symbolicznego pojednania między Rozmaitościami a Narodowym, bo była wojna?

Nie ja ją wymyśliłem. Kiedy Maja Kleczewska zrobiła „Fedrę” w Narodowym, została ochrzaniona, że zdradziła. Wtedy uwierzyłem że są jacyś „my” i „wy”, „oni”. Ja się do nich nie zaliczam. Nie lubię sztucznych podziałów, grup, ideologii. Lubię dobry teatr. Jestem praktykiem.

A co pan czuł, przekraczając próg TR Warszawa?

Adrenalinę.

Podniecenie czy obawę?

A czego miałem się bać? Wchodziłem do tej głębokiej teatralnej wody powoli. Sam ze sobą uzgodniłem, że jeżeli poczuję się manipulowany, natychmiast się wycofam. Nie miałem cienia powodu. Starałem się logicznie rozwiązać wszystkie zadania aktorskie. Kiedy było trzeba – improwizowałem. Może za dużo gadałem. Jarzyna nie mówił wiele. Nie jest typem reżysera, który się dzieli wrażeniami. Ale twardo egzekwuje to, czego chce. To spotkanie było dla mnie szalenie ciekawe. Tak jak z Dejmkiem czy Grzegorzewskim. Mam nadzieję, że nie tylko dla mnie.

A czy pana znakomity „Iwanow” jest ukłonem w stronę Grzegorzewskiego?

Kiedy graliśmy „Iwanowa” w Sankt Petersburgu, został przyjęty więcej niż dobrze. Spotkanie po spektaklu z publicznością dało nam niezwykłą satysfakcję. Podkreślano, że jest to spektakl, w którym wreszcie bohaterami są autentyczni inteligenci, że są „czechowowscy”. A ukłon w stronę Grzegorzewskiego, jeśli jest – to przypadkowy. Pewnie zdarzyła mi się nieuświadomiona pożyczka, jaką każdy zaciąga u swoich wielkich poprzedników. To się, proszę pana, nazywa inspiracja.

Zasypywanie artystycznych podziałów

Niedzielna premiera najnowszego spektaklu Grzegorza Jarzyny w TR Warszawa, zainspirowanego filmami Piera Paolo Pasoliniego, to ważne wydarzenie dla teatru. Jarzyna od dawna bowiem nie reżyserował na tej scenie, którą kieruje od 1998 r. Zaprezentuje pierwsze przedstawienie po odejściu z zespołu TR reżysera Krzysztofa Warlikowskiego z kilkoma aktorskimi gwiazdami. Do współpracy zaprosił Jana Englerta, dyrektora Teatru Narodowego, co przez lata wydawało się niemożliwe ze względu na podziały artystyczne, pokoleniowe i towarzyskie.

W spektaklu „T.E.O.R.E.M.A.T.” grają również Jadwiga Jankowska-Cieślak, Danuta Stenka, Katarzyna Warnke, Jan Dravnel, Jan Englert, Rafał Maćkowiak, Sebastian Pawlak. Scenografia i kostiumy – Magdalena Maciejewska, muzyka – Jacek Grudzień, Piotr Domiński.

Rzeczpospolita

Mur nie do przebicia

Krzysztof Rawa , Tomasz Lorek 30-01-2009, ostatnia aktualizacja 30-01-2009 09:48

Australian Open. Finał debla jednak nie dla Łukasza Kubota. Mahesh Bhupati i Mark Knowles wygrali 6:3, 6:1

Serena Williams jest blisko czwartego zwycięstwa w Melbourne
źródło: Reuters
Serena Williams jest blisko czwartego zwycięstwa w Melbourne

Wynik mówi wszystko o przewadze zwycięzców. Kubot i jego austriacki partner deblowy Oliver Marach przyznali, że przegrali zasłużenie.

Rod Laver Arena, 11 czasu australijskiego, dach zasunięty z powodu skwaru. Kubot i Marach po raz pierwszy grali na najważniejszym obiekcie turnieju. Olbrzymie trybuny świeciły pustkami, z 15 tysięcy miejsc zajęte były może dwa tysiące. Widzowie bawili się grą, polskiego dopingu niemal nie było, Indusi byli głośniejsi. Polak i Austriak mieli się czym speszyć.

Zaczęli odważnie, spróbowali zaatakować, zdobyć pierwszego gema przy serwisie Bhupathiego. Nie wyszło. Po chwili przegrywali 0:3, bo sami stracili gema przy podaniu Austriaka.

Bhupathi bezskutecznie walczy o tytuł w Australii od dziesięciu lat. To jedyne trofeum, jakiego mu brakuje w deblowej karierze. Finał z braćmi Bryanami powinien być naprawdę dobry i jak pokazał półfinał, wcale nie jest przesądzone, że najsłynniejsi bliźniacy tenisa wygrają.

Todd Woodbridge, legenda gry podwójnej, komentator australijskiej stacji Channel 7, mówił: – Bhupathi i Knowles stworzyli mur przy siatce, a Kubot z Marachem nie mogą wyjąć ani jednej cegły.

Znakomita gra przy siatce, świetny bekhend Bhupathiego i błyskotliwe returny Knowlesa okazały się zbyt dobre dla pary polsko-austriackiej. Marach tłumaczył się bólem głowy, miał kłopoty z oddychaniem.

Pozostała bolesna lekcja na pożegnanie z Wielkim Szlemem i nowa umiejętność Kubota: po raz pierwszy w karierze miał okazję sprawdzić działanie „Jastrzębiego oka”, systemu weryfikującego pracę sędziów. Zareklamował jedną ich decyzję i okazało się, że miał rację. Cieszył się z tego, jakby wygrał mecz.

Polskie emocje jednak się w Melbourne nie skończyły, bo juniorka Sandra Zaniewska też awansowała do półfinału debla i dziś w nocy grała dalej.

Kobiece półfinały singlowe były zacięte, ale nie tak, by pisać o równej grze. Dinara Safina wygrała z Wierą Zwonariową dzięki chwilom koncentracji. Jelena Dementiewa skończyła serię tegorocznych zwycięstw na liczbie 15. Rosjanka dalej czeka na pierwszy sukces wielkoszlemowy. Serena Williams zagrała z nią najlepszy mecz w turnieju, co nie znaczy, że perfekcyjny. – Mogę być jeszcze lepsza – mówiła. Kobiecy finał rozstrzygnie, kto zabierze Jelenie Janković rankingowy numer 1.

Roger Federer awansował do finału pierwszy, wygrał bez straty seta z Andym Roddickiem. Szwajcar jest mocny i, jak chcieli jego kibice, będzie gonił rekord 14 wielkoszlemowych zwycięstw Pete’a Samprasa. Na razie ma 13. Rywala poznał dziś rano, gdy grali Rafael Nadal i Fernando Verdasco.

>Mężczyźni – 1/2 finału: R. Federer (Szwajcaria, 2) – A. Roddick (USA, 7) 6:2, 7:5, 7:5. Debel – 1/2 finału: M. Bhupathi, M. Knowles (Indie, Bahamy, 3) – Ł. Kubot, O. Marach (Polska, Austria) 6:3, 6:1; B. Bryan, M. Bryan (USA, 2) – L. Dlouhy, L. Paes (Czechy, Indie, 4) 6:3, 6:3.

>Kobiety – 1/2 finału: S. Williams (USA, 2) – J. Dementiewa (Rosja, 4) 6:3, 6:4; D. Safina (Rosja, 3) – W. Zwonariowa (Rosja, 7) 6:3, 7:6 (7-4). Debel – 1/2 finału: S. Williams, V. Williams (USA, 10) – C. Dellacqua, F. Schiavone (Australia, Włochy, 12) 6:0, 6:2; D. Hantuchova, A. Sugiyama (Słowacja, Japonia, 9) – N. Dechy, M. Santangelo (Francja, Włochy) 6:4, 6:3.

>Debel juniorek – 1/4 finału: A. Krunić, S. Zaniewska (Serbia, Polska) – W. Kamieńska, K. Pimkina (Rosja) 6:4, 6:7 (6-8), 10-8.

Rzeczpospolita

Do Strasburga za Katyń

Justyna Prus 30-01-2009, ostatnia aktualizacja 30-01-2009 09:56

Przegrana przed sądem w Moskwie. – Sprawie katyńskiej szkodzi polityka – mówi „Rz” adwokat krewnych ofiar zbrodni NKWD.

Pamięć o Katyniu jest częścią polskiej tożsamości historycznej (na zdjęciu: Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej na warszawskich Powązkach, kwiecień 2008 r.)
autor zdjęcia: Jerzy Dudek
źródło: Fotorzepa
Pamięć o Katyniu jest częścią polskiej tożsamości historycznej (na zdjęciu: Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej na warszawskich Powązkach, kwiecień 2008 r.)

Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego Rosji oddaliło wczoraj zażalenia rosyjskich prawników reprezentujących rodziny dziesięciu ofiar mordu NKWD na polskich oficerach w Katyniu w 1940 roku.

Rosyjscy adwokaci Anna Stawicka i Roman Karpiński – reprezentujący krewnych ofiar zbrodni – domagali się uchylenia postanowienia Głównej Prokuratury Wojskowej Rosji z 21 września 2004 roku o umorzeniu śledztwa. Chcieli także, by umożliwiono ich klientom zapoznanie się z dokumentem, co wymagałoby odtajnienia śledztwa. Adwokaci żądali formalnego uznania rodzin pomordowanych za poszkodowanych. Sąd, utrzymując w mocy wyrok Moskiewskiego Sądu Wojskowego, wnioski odrzucił.

– Zamierzamy skierować skargę do Międzynarodowego Trybunału w Strasburgu – powiedział „Rz” mecenas Ireneusz Kamiński, pełnomocnik Rodzin Katyńskich. Oprócz wczorajszej decyzji sądu ma też zostać zaskarżona listopadowa odmowa rehabilitacji polskich ofiar Katynia. – Skarga jest w zasadzie gotowa, ale przed jej ostatecznym zredagowaniem musimy się zapoznać z pisemnym uzasadnieniem wczorajszej decyzji – tłumaczy Kamiński.

Czwartkowe posiedzenie toczyło się przy drzwiach zamkniętych, a dziennikarze zostali wyproszeni z sali sądowej. Rozprawa trwała niespełna 40 minut. Kolegium uznało, że sprawę należy rozpatrywać na podstawie sowieckiego kodeksu karnego obowiązującego w chwili popełnienia przestępstwa w 1940 roku. Zgodnie z nim przestępstwa pospolite, za jakie uznano tę zbrodnię, ulegają przedawnieniu po dziesięciu latach. Wyjątek stanowią „przestępstwa kontrrewolucyjne”, a – jak tłumaczył sędzia – zbrodnia katyńska takim nie była. W związku z tym wznowienie śledztwa byłoby niezgodne z prawem. Nasi rozmówcy, obecni na sali sądowej, określili panującą tam atmosferę jako groteskową.

W grudniu kolegium dwukrotnie odraczało rozpatrzenie zażalenia prawników, bo prokuratura „potrzebowała więcej czasu na zapoznanie się z uzupełnieniem do skargi kasacyjnej”.

– W końcu wykoncypowali, że nie zrobią ani kroku wstecz. Wydali nam twardą decyzję na „niet” – mówi Karpiński.

Prawnicy nie są zaskoczeni.

– Nie mieliśmy wielkich nadziei. Byliśmy na 90 procent przekonani, że właśnie tak to się skończy – mówi „Rz” mecenas Anna Stawicka. Ale skierowanie sprawy do Trybunału w Strasburgu wymagało wyczerpania drogi sądowej w Rosji. – Przeszliśmy przez wszystkie instancje. Teraz mamy otwartą drogę do Trybunału – dodaje.

Zdaniem Stawickiej starania Polaków nie dają skutku z powodów politycznych.

– Gdyby w Rosji liczyło się prawo, ta sprawa dawno by się już skończyła i byśmy wygrali. Ale w przypadku Katynia zawsze górę bierze polityka – mówi adwokat.

Zbrodnia katyńska przed rosyjskimi sądami

Rehabilitacja

∑ Ośrodek Memoriał skierował do sądu pierwszej instancji wnioski w sprawie rehabilitacji 17 rozstrzelanych oficerów. siedem wniosków już rozpatrzono odmownie, kolejne będą rozpatrywane 6 lutego.

∑ Adwokaci Anna Stawicka i Roman Karpiński reprezentują krewnych dziesięciu ofiar. Po odmowie w dwóch instancjach sprawa zostanie skierowana do Trybunału w Strasburgu.

Odtajnienie i uchylenie decyzji o umorzeniu Śledztwa

∑ Po odmowach sądów dwóch instancji Memoriał skierował sprawę do sądu trzeciej instancji i jednocześnie do Trybunału w Strasburgu.

∑ Po wczorajszej odmowie Sądu Najwyższego adwokaci Stawicka i Karpiński przygotowują wraz z innymi prawnikami skargę do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

Opinia dla „Rz”

prof. Paweł Wieczorkiewicz, historyk, sowietolog

Tu nie ma mowy o przypadku. Sądy w Rosji – szczególnie gdy orzekają o takich sprawach – nie są niezawisłe. Takie decyzje są przygotowywane w gabinetach politycznych Kremla. Znowu mamy więc sytuację, w której Rosja oficjalnie zapewnia o chęci współpracy i ułożenia dobrosąsiedzkich stosunków z Polską, a jednocześnie robi coś takiego. Bo Katyń to największa zadra w stosunkach polsko-rosyjskich. Trup w szafie, który zatruwa te relacje. Bez pełnego przyznania się i wyjaśnienia masakry naszych oficerów Rosjanie nie mają co marzyć o pojednaniu z Polską. Putin doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Polska nie jest jednak dla niego partnerem, ale potencjalnym przeciwnikiem, państwem, które stoi na drodze Rosji do Europy. Dlatego chce nas przedstawić jako pieniaczy i awanturników.

Nie powinniśmy się tym jednak przejmować. Nasi politycy powinni zdać sobie sprawę, że są momenty, w których trzeba powiedzieć non posummus. Że nadszedł czas na obronę priorytetów. Musimy zjednoczyć nasze siły z Ukraińcami, Bałtami i innymi narodami doświadczonymi przez Związek Sowiecki i Rosję i głośno mówić o naturze Rosjan. Niestety, ten naród ceni u przeciwników tylko siłę i zdecydowanie. Okazanie słabości wobec Rosji może się skończyć tragicznie. Damy palec i zaraz wezmą całą rękę, a potem zaczną dusić za gardło.

—not. p.z.

Aleksander Gurianow, Komisja Polska Stowarzyszenia Memoriał

Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego uznało, że należy do tej sprawy zastosować kodeks karny obowiązujący w chwili przestępstwa, czyli w 1940 roku. Na jego mocy przedawnienie następuje po dziesięciu latach, chyba że sprawa dotyczy przestępstwa kontrrewolucyjnego. Podczas wczorajszej rozprawy uznano, że tak nie było. Zakwalifikowano je jako przestępstwo pospolite – zgodnie z artykułem 193-17 p. „b”: „nadużycie władzy przez osobę z kadry dowódczej Armii Czerwonej”. Rodzą się różne pytania, na przykład, na jakiej podstawie wszczęto postępowanie w 1990 roku, skoro dziesięcioletni okres przedawnienia dawno upłynął? Ale najważniejsze i najstraszniejsze jest to, że Kolegium Wojskowe usankcjonowało – nie badając jej – całkowicie arbitralną kwalifikację tego czynu przez Główną Prokuraturę Wojskową jako nadużycie władzy przez osoby wojskowe. Tym samym z kręgu oskarżonych wyłączono Józefa Stalina i innych członków politbiura, którzy wydali zgodę na ten mord. Tak więc w istocie rzeczy wczorajsze postanowienie sądu usankcjonowało zwolnienie od odpowiedzialności członków Biura Politycznego, przede wszystkim Józefa Stalina! Znaczenie tego postanowienia wykracza daleko poza kwestię zbrodni katyńskiej, gdyż może oznaczać zamiar rozszerzenia tego zwolnienia na wszystkie zbrodnie reżimu sowieckiego.

Oficjalna strona Stowarzyszenia Memoriał

www.memo.ru

Rzeczpospolita

czwartek, 29 stycznia 2009

Putin mówi, że chce porozumienia z Polską

Piotr Zychowicz 29-01-2009, ostatnia aktualizacja 30-01-2009 03:51

Chcemy rozwijać stosunki z Polską – oznajmił Władimir Putin przed rozmową z Donaldem Tuskiem. Parę godzin wcześniej Kolegium Wojskowe w Moskwie odrzuciło kolejną skargę w sprawie Katynia

– Tu nie ma mowy o przypadku. Sądy w Rosji nie są niezawisłe. To decyzja Kremla. Pomimo oficjalnych zapewnień Putinowi nie zależy na poprawie relacji z Polską – uważa sowietolog prof. Paweł Wieczorkiewicz. – W odpowiedzi powinniśmy usztywnić nasze stanowisko. Nasi politycy powinni zdać sobie sprawę, że są momenty, w których trzeba powiedzieć: "non possumus".

Członkowie Kolegium Wojskowego Sądu Najwyższego Rosji oddalili skargę apelacyjną w sprawie Katynia, powołując się na sowiecki kodeks karny, który obowiązywał w 1940 roku. Zgodnie z nim sprawa masakry oficerów się przedawniła.

W wypowiedzi po zakończeniu spotkania w Davos – obaj politycy byli tam na szczycie ekonomicznym – Tusk o Katyniu nie wspomniał. Swoją rozmowę z rosyjskim premierem przedstawił jednak jako sukces. – Problem z dostawami gazu do Polski prawdopodobnie zostanie rozwiązany – powiedział. I podkreślił, że Putin miał mu złożyć w tej sprawie jakąś deklarację.

Panowie rozmawiali również o planach rozmieszczenia rakiet Iskander w pobliżu granic Polski w odpowiedzi na budowę w naszym kraju tarczy antyrakietowej. – Czuję się [w tej sprawie] trochę większym optymistą. Mam wrażenie po tej rozmowie – to jest może nawet trochę więcej niż wrażenie – że także Rosja nie jest szczególnie zainteresowana, aby preferować tego typu rozwiązanie – podkreślił Tusk.

Największą sensację wzbudziła informacja o zaproszeniu Putina do Polski. Miało ono zostać przyjęte. Wizyta ta miałaby się odbyć późną wiosną. Informacji tej nie potwierdzili Rosjanie, powiedzieli jedynie, że termin podróży zostanie "ustalony na drodze dyplomatycznej".

Ostatni raz z oficjalną wizytą w Polsce Putin był w 2002 roku. Tusk odwiedził Moskwę rok temu. W czwartek przed spotkaniem rosyjski premier był przyjazny: – Cieszę się bardzo, że możemy się spotkać i zastanowić, co jeszcze możemy zrobić, żeby oczyścić drogę ku dalszemu rozwojowi stosunków.

Co mówił podczas spotkania, nie wiadomo, bo odbywało się przy drzwiach zamkniętych.

– Z Rosjanami powinniśmy rozmawiać. Ale kto spodziewa się nagłego przełomu, rozczaruje się. Nadal będą sprawy, w których nasze zdanie zasadniczo się różni – przekonuje Paweł Kowal, poseł PiS. – A jeśli chodzi o wizytę Putina, to poczekajmy z komentarzami, aż przyjedzie. Pamiętam podobne zapowiedzi, które się nie potwierdziły.

Rzeczpospolita

wtorek, 27 stycznia 2009

MŚ: Polska zdana na łaskę rywali? Niezwykła sytuacja w grupie

pb /09:17
Niemiec Lars Kaufmann walczy z polskimi zawodnikami
W ostatnim spotkaniu fazy zasadniczej mistrzostw świata w piłce ręcznej Polska zmierzy się z Norwegią. W awansie polskiej reprezentacji do półfinału mogą przeszkodzić Niemcy i Duńczycy, którzy mogą wyeliminować z gry "biało-czerwonych", dzieląc się w decydującym spotkaniu punktami. Szanse na awans z "polskiej" grupy mają cztery zespoły.
Teoretycznie Niemcy i Duńczycy mogliby "umówić się" na remis, nie robiąc sobie krzywdy i zapewniając sobie awans. Jednak sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana. O ile Duńczykom do awansu wystarczy zdobycie jednego punktu w ostatnim meczu, to Niemcom podział punktów w meczu z Danią niekoniecznie musi dać awans. Nasi zachodni sąsiedzi byliby bowiem uzależnieni od wyniku spotkania Polska - Norwegia. Ewentualny triumf Norwegów spowoduje, że to właśnie oni "wskoczyliby" na premiowane awansem miejsce. Dodatkowo mecz Niemców z Duńczykami rozgrywany jest wcześniej niż spotkanie Polski i Norwegii. Tak więc możemy być pewni, że Niemcy czyli aktualni mistrzowie świata, będą z pewnością walczyli o zwycięstwo.

To jednak nie koniec ciekawego układu w "polskiej" grupie. Ewentualna porażka Duńczyków spowoduje bowiem także, że o awansie będą mogli zapomnieć... Norwegowie. Czy po utracie szans na awans norweski zespół będzie stawiać opór polskim zawodnikom, którzy wyraźnie chwycili wiatr w żagle?
Także w spotkaniu dwóch ostatnich zespołów naszej tabeli nie powinno zabraknąć emocji. Serbia po ewentualnej wysokiej wygranej z Macedonią może znaleźć się w tabeli przed... Niemcami. Ewentualny spadek niemieckiego zespołu na czwartą lokatę byłby z pewnością za naszą zachodnią odczytywany jako blamaż.

Jednak wszystkie powyższe rozważania są niczym w przypadku, gdy aż cztery zespoły w naszej grupie zgromadzą po pięć punktów. Abyśmy mogli zaobserwować taką sytuację musiałoby zostać spełnionych kilka czynników - porażka Niemiec, remis Polski z Norwegami i wygrana Serbii. Po utworzeniu małej tabeli pomiędzy tymi czterema zespołami okaże się, że do półfinału awansują Niemcy, którzy wyprzedzą w tabeli Polskę zaledwie jedną bramką. Tym samym Serbia, która sprawiła niespodziankę remisując z Niemcami może w ostatnim spotkaniu "uratować" awans aktualnym mistrzom świata. Jak cała sytuacja się rozstrzygnie? Początek meczów o 15.30.

poniedziałek, 26 stycznia 2009

MŚ: Awans Polaków (prawie) w ich rękach!

tka
2009-01-25, ostatnia aktualizacja 2009-01-25 22:40
Zobacz powiększenie
z prawej Michał Jurecki
Fot. DAMIR SAGOLJ REUTERS

Przed Polakami ostatnie spotkanie drugiej rundy Mistrzostw Świataw piłce ręcznej. Jeśli nasi szczypiorniści pokonają Norwegów, awansują do półfinału. O ile tylko w meczu Niemcy - Dania nie padnie remis.

Gdy polscy piłkarze ręczni wyszli z grupy z zerowym dorobkiem punktowym ich szanse na awans do strefy medalowej wydawały się iluzoryczne. Po dwóch wygranych podopiecznych Bogdana Wenty i korzystnych wynikach innych spotkań, ich sytuacja zmieniła się diametralnie.

Wszystko rozstrzygnie się we wtorek

Poniedziałek jest dniem przerwy w imprezie. Ostatnie spotkania zostaną rozegrane we wtorek. By awansować Polacy muszą pokonać Norwegię. Będą wówczas mieli na koncie sześć punktów. Istotny jest też jednak wynik meczu Niemcy - Dania. Polacy będą w komfortowej sytuacji, gdyż wyjdą na boisko o 20.15. Mecz Niemcy - Dania zaplanowany jest na 17.30. Oznacza to że Polacy będą wiedzieli jakim wynikiem zakończyło się to spotkanie.

Rozważmy trzy warianty:

1. Polska pokonuję Norwegię, Niemcy wygrywają z Danią. Przy takim scenariuszu pierwsze miejsce w grupie zajmują Niemcy, którzy jako jedyni mają siedem punktów. Polacy i Duńczycy będą mieli po sześć "oczek" i o awansie Polaków zadecyduje nasze bezpośrednie zwycięstwo (32:28 w sobotę).

2. Polska pokonuje Norwegię, Dania Pokonuje Niemcy. W tym przypadku z pierwszego miejsca awansują Duńczycy (osiem punktów), Polacy przechodzą do półfinału (sześć punktów) a Niemcy (5 punktów) żegnają się z imprezą.

3. Polska pokonuje Norwegię, Dania remisuje z Niemcami. To najgorszy przypadek. Z Grupy awansuje Dania (7 punktów) i Niemcy (6 punktów). Polacy też mają na koncie 6 "oczek" ale przegrali bezpośredni pojedynek z Niemcami.

Jedno jest pewne. Niemcy nie mogą zagrać nie fair, i umówić się z Duńczykami na remis. Wówczas bowiem może się zdarzyć że Norwegia pokona pozbawionych nadziei na półfinał Polaków i... awansuje kosztem naszych zachodnich sąsiadów. W tej sytuacji: 1. Dania (7 pkt.) 2. Norwegia (6 pkt.) 3. Niemcy (6 pkt., ale porażka w meczu z Norwegami).

Z drugiej strony, jeśli Niemcy pokonają Danię, Norwegowie stracą szanse na awans, i mecz z Polakami nie będzie miał dla nich znaczenia.

Były trener dawał 5% szans...

W pierwszej fazie Polska zajęła trzecie miejsce w swojej grupie. Awansowała do drugiej rundy z bez punktów. Liczyły się bowiem tylko wyniki z drużynami grającymi dalej - a te Polacy przegrali (29:30 z Macedonią i 23:30 z Niemcami).

niedziela, 25 stycznia 2009

Z fiskusem wygrał Grzegorz Goleń

Przemysław Wojtasik 19-01-2009, ostatnia aktualizacja 20-01-2009 07:17

Urząd nie może rozstrzygać wątpliwości na niekorzyść podatnika i ignorować wyroków, które mu nie pasują

autor zdjęcia: Darek Golik
źródło: Fotorzepa

To jeden z argumentów, jaki przekonał sąd, aby uchylić decyzję fiskusa. Stało się tak 17 stycznia w WSA w Warszawie. Nie był to jednak prawdziwy spór ze skarbówką, ale finał konkursu Taxand Challenge organizowanego dla studentów przez Accreo Taxand.

Zwyciężył Grzegorz Goleń, absolwent prawa i student anglistyki. W symulowanej rozprawie przed sądem bronił racji Jana Kowalskiego, który pożyczył pieniądze koledze z Francji. Transakcją zainteresował się urząd i naliczył pożyczającemu prawie 4000 zł podatku. Ale zdaniem pełnomocnika podatnika fiskus popełnił wiele błędów w postępowaniu. Nie ustalił, gdzie znajdowały się pieniądze w momencie podpisania umowy – czy jeszcze w polskim banku, czy już we francuskim. Nie podał, według jakiego kursu (pożyczka była w euro) wyliczył kwotę podatku od czynności cywilnoprawnych. Nie skontaktował się z pożyczkobiorcą i nie sprawdził, czy jest on podatnikiem VAT. Zignorował też korzystne dla podatnika wyroki.

Zarzutów było więc sporo, ale zadanie niełatwe. Nie dość, że sprawa jest kontrowersyjna, to jeszcze pełnomocnik izby skarbowej, którym był zdobywca II miejsca Robert Trzonkowski, twardo obstawał przy swoim. Z przepisów wynika, że pożyczka jest opodatkowana, jeśli pieniądze w momencie podpisania umowy znajdowały się w Polsce – twierdził. Pożyczający powinien o tym wiedzieć, bo nieznajomość prawa szkodzi.

Sąd uchylił jednak decyzję fiskusa z powodu uchybień w postępowaniu.

– Postawiłem na procedurę – powiedział po finale zwycięzca. – Interesowałem się nią na studiach, a po przeanalizowaniu sprawy uznałem, że ciężko będzie zarzucić urzędowi naruszenie przepisów ustawy o pcc.

Trzecie miejsce zajęła Aleksandra Wilkołek. Wygrała też nagrodę "Rz" – staż w dziale prawa – za najlepszą mowę procesową. Na rozprawie reprezentowała izbę skarbową w sporze o rozliczenie różnic kursowych od kredytu na budowę centrum handlowego.

Inne rozpatrywane w finale sprawy to rozliczenie pakietów medycznych dla pracowników oraz opodatkowanie VAT sprzedaży działek.

To już druga edycja konkursu Taxand Challenge. Studenci, którzy przystąpili do eliminacji, musieli rozwiązać test, a potem odpowiedzieć na pytania opracowane m.in. na podstawie artykułów z "Rzeczpospolitej".

– Wielu studentom zawód doradcy podatkowego kojarzy się głównie z wypełnianiem formularzy podatkowych – powiedział Andrzej Puncewicz, partner w Accreo Taxand. – Chcieliśmy pokazać, że to coś więcej, a reprezentowanie podatnika wymaga wszechstronnej wiedzy i jest dużym wyzwaniem intelektualnym.

Rzeczpospolita

sobota, 24 stycznia 2009

20 pytań w sprawie śmierci Olewnika

Zadanie dla komisji śledczej

20 pytań w sprawie śmierci Olewnika

Sejm gotów jest powołać komisję, która ma wyjaśnić okoliczności porwania oraz zabójstwa Krzysztofa Olewnika. By rozwiązać tę tajemniczą sprawę, posłowie będą musieli znaleźć odpowiedzi na wiele pytań. DZIENNIK przedstawia 20 najważniejszych.

czytaj dalej...
REKLAMA

Policjanci, prokuratorzy, funkcjonariusze służby więziennej, sędziowie i ministrowie polegli w starciu z bandą, która latami wodziła ich za nos. Nie ma bardziej mrocznej i tajemniczej historii w ostatnim czasie, niż porwanie i śmierć Krzysztofa Olewnika.

Instytucje państwa zawiodły w sposób dramatyczny, do reszty ośmieszyła je tajemnicza śmierć ostatniego bezpośredniego zabójcy Olewnika. Szanse na dojście do sedna tej sprawy są coraz mniejsze.

By to zrobić, należałoby odpowiedzieć na 20 pytań:

1. Dlaczego policja nie zabezpiecza wszystkich śladów w domu Krzysztofa Olewnika tuż po porwaniu?

2. Z jakiego powodu funkcjonariusze nie poinstruowali rodziny, jak negocjować z bandytami?

3. Czy zwykłym zaniedbaniem można nazwać fakt, że policjanci nie rejestrowali rozmów telefonicznych rodziny z porywaczami?

4. Co zdecydowało o tym, że nie wykonano rutynowego działania, do którego należy sprawdzenie alibi miejscowych opryszków? Robert Pazik, przyszły morderca Olewnika, nie miał alibi, gdy porywano chłopaka.

5. Dlaczego przez pierwsze dwa miesiące śledztwo w sprawie porwania prowadzi prokurator z powiatowego miasteczka, choć, zgodnie z prawem, powinna to robić prokuratura okręgowa?

6. Kto współpracował z bandytami? Przed pierwszą próbą przekazania okupu porywacze się spłoszyli. Przekazali telefonicznie wiadomość, że pieniądze to fałszywki. Rzeczywiście tak było. Skąd bandyci to wiedzeli? Mieli informatora w policji? Jacek Krupiński, wspólnik porwanego, obiecał gangsterom, że nie będzie się kontaktował z policją. Potem na przesłuchanie pojechał w przebraniu i pożyczonym autem. Po wyjściu odebrał telefon od bandytów, którzy wiedzą, że spotkał się z policjantami. Kto doniósł?

7. Włodzimierz Olewnik dostał anonim. Autor listu podał nazwiska dwóch porywaczy: Roberta Pazika i Ireneusza Piotrowskiego. Ojciec natychmiast przekazał wiadomość i sam anonim policjantom z Radomia, którzy działali pod kierunkiem naczelnika Remigiusza Mindy. Ci jednak zlekceważyli, jak się potem okazuje, najważniejszy trop. Dlaczego tak zrobili? Byli w spisku z porywaczami?

8. W odnalezieniu chłopaka miał pomóc znany detektyw i wówczas poseł Krzysztof Rutkowski, prywatnie dobry znajomy Remigiusza Mindy. Ale niczego nie ustalił. Rodzina Olewnika oskarża dziś Rutkowskiego o to, że wyciągnął od nich kilkaset tysięcy złotych. Czy zaniechania zespołu Mindy miały związek z działalnością Rutkowskiego?

9. Na zlecenie Włodzimierza Olewnika, a nie bezczynnej prokuratury i policji, Instytut Ekspertyz Sądowych z Krakowa wydał opinie na temat listów od porywaczy. Psycholog stwierdził, że autorem pism może być policjant. Posługuje się bowiem charakterystycznym językiem policyjno-prokuratorskim. Czy porywacze, wśród których byli kryminaliści, przez lata przesiąknęli takim językiem? Czy jednak członkiem bandy był policjant?

10. Dlaczego przekazania 300 tysięcy euro okupu na Trasie Toruńskiej w Warszawie nie zabezpieczała policja, choć była poinformowana o tej operacji przez rodzinę Olewników? Dlaczego oględziny miejsca zostały przeprowadzone dopiero po kilku dniach?

11. Banknoty z okupu były spisane i oznakowane. Dlaczego przez wiele miesięcy nasza policja nie powiadomiła o nich Interpolu? Wydatki bandy po zdobyciu okupu to co najwyżej 100 tysięcy euro. Co stało się z dwustoma tysiącami? Trafiły do mocodawcy? Czy posłużyły na opłacenie informatorów w organach ścigania?

12. Dwaj policjanci, absolutnie wbrew jakimkolwiek regułom, zostawili na chodniku nieoznakowany samochód z aktami sprawy Olewnika. Ktoś ukradł auto. Niechlujstwo, czy prezent dla porywaczy?

13. Czy młody Olewnik został porwany i zginął, a śledztwo sprowadzano na manowce, bo jego ojciec odmówił udziału w biznesie, który proponowali mu działacze SLD? Czy trop, który wskazuje sam Włodzimierz Olewnik jest właściwy?

14. Włodzimierz Olewnik do poszukiwań syna wynajął gangstera Eugeniusza D.. "Gienka". Dotarł do niego przez lokalnego działacza SLD Grzegorza Korytkowskiego. "Gienek" wyciągnął od Olewników 160 tysięcy złotych. Olewnik senior w zeszłym roku udostępnił dziennikarzom fragmenty nagrań rozmów z Korytkowskim. Działacz SLD mówi: "Mniej więcej wiem, gdzie jest (syn -red.), ale tego panu nie powiem dla dobra sprawy...". Inny fragment: "Są koszty, prokurator wziął tyle, komendant tyle...". Korytkowski tłumaczy, że jedynie przekazywał Olewnikowi informacje od "Gienka" i nikogo nie korumpował. Czy lokalny polityk był tylko pośrednikiem, czy kimś więcej w historii porwania młodego biznesmena?

15. Dlaczego Sławomir Kościuk, jeden z porywaczy i morderców Olewnika siedział w płockim więzieniu w pojedyńczej celi? Wcześniej jego krewna wysłała do szefa więzienia w Barczewie pismo, z którego wynikało, że Kościuk ma "skłonności do autoagresji". W Barczewie siedział z innymi więźniami, by na niego uważali. Po przeniesieniu do Płocka trafił do pojedyńczej celi. Po to, żeby nikt nie przeszkodził mu w odebraniu sobie życia?

16. Kim był Wojciech Franiewski, uznany za herszta bandy, która porwała Olewnika? To niezwykle tajemnicza postać. Wielokrotnie uciekał z więzień, aresztów czy konwojów. Mimo że uciekał, gdy trafiał za kratki - dostawał przepustki, wychodził na warunkowe zwolnienia. Poszlaki wskazywały, że jeszcze w PRL zajmował się w Warszawie kradzieżami dyplomatycznych aut, a taka działalność nie uchodziła uwadze bezpieki. W katalogach IPN nie ma śladu po Franiewskim. Czy to możliwe, że jednak był współpracownikiem służb, które dawały mu ochronę?

17. Jakie są kulisy śmierci Franiewskiego, do której doszło w olsztyńskim areszcie tuż przed rozpoczęciem procesu? Z listów, które słał do żony wynikało, że jest pewny siebie. - Jeszcze nie skończyłem akt, a już mam tyle haków, że mam na dwie godziny wyjaśniania i pokazywania, jak kłamią, kłamią i kłamią - pisze na przykład. - Jest git, jak mawiał Jorguś Kiler - żartuje w innym miejscu. Psychologowi więziennemu mówił, że jest najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Czy tak się zachowuje człowiek, który chce się targnąć na swoje życie?

18. Wreszcie pytania dotyczące samej śmierci Franiewskiego. Biegły tak ocenił ten przypadek: "Sposób przeprowadzenia samobójstwa świadczy o świetnej znajomości anatomii człowieka. Pętla posiadała zawiązane dwa supły (praktyka niespotykana). Powodowało to uciśnięcie tętnic, przez co osadzony w pierwszej kolejności stracił przytomność, a następnie osunął się o dwa, trzy centymetry. To powodowało zaciśnięcie pętli i jego uduszenie. Osadzony w ten sposób uniknął reakcji obronnych - nie szamotał się". Franiewski był złodziejem samochodów, a nie ekspetem od anatomii. Zabił się sam, czy ktoś mu pomógł? W jego krwi po śmierci, znaleziono śladowe ilości amfetaminy i 0,4 promila alkoholu. Skąd wzięły się u więzień ze statusem "N", czyli niebezpiecznego? U osadzonego, który poddawany jest drobiazgowej kontroli. Ta zagadka również nie została rozwiązana.

19. Wyjaśnienia wymaga też niedawna śmierć Roberta Pazika. Wcześniej za kratami zginęło dwóch porywaczy Olewnika. Kto odpowiada za to, że zdradzający objawy depresji Pazik w płockim więzieniu siedział w pojedyńczej celi?

20. Jak to możliwe, że Pazik bez jakiejkolwiek kontroli strażników więziennych prowadził rozmowę ze swoim bratem?

Lijewski: Wygryźliśmy szansę na półfinał

Lijewski: Wygryźliśmy szansę na półfinał

Po porażkach z Macedonią i Niemcami entuzjazm polskich kibiców zmalał. Jednak po zwycięstwie 32:28 nad Danią znów możemy zdobyć medal mistrzostw świata. Polscy szczypiorniści pokazali, że nie wolno ich skreślać. "Wygryźliśmy szansę na półfinał i będziemy walczyć" - zapewnia rozgrywający naszej reprezentacji, Marcin Lijewski.

"Podchodzę teraz do tego z przymrużeniem oka. Dostaliśmy prezent od losu. Nie chcę psioczyć, ale do tej pory sędziowie naprawdę nie byli po naszej stronie, a w meczu z Danią naprawdę muszę wysoko ocenić arbitrów" - mówi Lijewski.

Polski rozgrywający po meczu chwalił swojego partnera z zespołu. "Jestem najbardziej dumny z Damiana Wleklaka, super prowadził nasz zespół, pokazał, że jest dojrzałym środkowym, a najbardziej cieszę się z tego, że ludzie obrzucają go gównem, a on im wszystkim pokazał, gdzie mogą sobie swoje brudne słowa wsadzić" - zakończył rozgrywający naszej kadry.

Tak bramki zdobywa nasz... bramkarz!

Tak bramki zdobywa nasz... bramkarz!

Sławomir Szmal już nie raz na mistrzostwach świata w Chorwacji udowodnił, że jest pewnym punktem polskiej reprezentacji. W meczu z Danią okazało się, że polski golkiper nie tylko potrafi świetnie bronić. Nasz bramkarz w końcówce spotkania przypieczętował zwycięstwo zdobywając gola. "Kasa" przerzucił całe boisko i umieścił piłkę w siatce rywali. Zobacz, jak to zrobił.

czytaj dalej...
REKLAMA

>>>Obejrzyj fantastycznego gola Sławomira Szmla w meczu z Danią

Papież wybacza lefebrystom

guu , pmaj 24-01-2009, ostatnia aktualizacja 25-01-2009 09:39

Benedykt XVI zdjął ekskomunikę z czterech biskupów wyświęconych przez rozłamowego arcybiskupa Marcela Lefebvre'a. To krok w stronę pojednania.

Biskupi byli wyświęceni bez zgody papieża Jana Pawła II w 1988 roku. Zapoczątkowało to wtedy schizmę Bractwa świętego Piusa X, założonego przez arcybiskupa Marcela Lefebvre'a.

Dekret z decyzją papieża ogłosiło w sobotę watykańskie biuro prasowe.

To przełomowa decyzja Watykanu na drodze ku pojednaniu z lefebrystami, zbliżająca ich moment powrotu do Kościoła katolickiego.

Po 21 latach od wyświęcenia biskupów przez arcybiskupa Lefebvre'a, ekskomunika została zdjęta z ich obecnego przełożonego Bernarda Fellaya oraz trzech innych biskupów -Alfonso de Gallarety, Tissier de Mallerais i Richarda Williamsona.

Benedykt XVI odpowiedział w ten sposób na prośbę, skierowaną do niego przez biskupa Fellaya przed kilkoma miesiącami.

Mimo to przełożony bractwa biskup Bernard Fellay w liście do swych wiernych podtrzymał rezerwę wobec Soboru Watykańskiego II.

Wyraził ponadto nadzieję na rehabilitację arcybiskupa Marcela Lefebvre'a, założyciela bractwa, który w 1988 roku wyświęcił bez zgody Jana Pawła II czterech biskupów, czym ściągnął na nich wszystkich ekskomunikę.

W przesłaniu, rozpowszechnionym na stronie internetowej lefebrystów biskup Fellay wyjaśnił znaczenie decyzji papieża o zdjęciu ekskomuniki, nałożonej 1 lipca 1988 roku, a następnie napisał: "Akceptujemy i uważamy za własne wszystkie sobory aż do Soboru Watykańskiego II, wobec którego zachowujemy rezerwę".

Wcześniej, w pierwszym znaczącym geście wobec tradycjonalistów, Benedykt XVI przywrócił w 2007 roku mszał trydencki, a zatem mszę łacińską, której są oni wierni. W reakcji na to historyczne wydarzenie w dziejach Kościoła, lefebryści oświadczyli jednak, że to za mało i przypomnieli o konieczności zniesienia ekskomuniki.

W dekrecie wydanym przez Kongregację Biskupów podkreślono, że w liście z 15 grudnia 2008 roku biskup Bernard Fellay "prosił usilnie o zdjęcie ekskomuniki" stwierdzając między innymi: - Zawsze mocno trwaliśmy w woli pozostawania katolikami i oddawania wszystkich sił Kościołowi rzymskokatolickiemu.

Poniżej zamieszczamy fragment dekretu:

"Jego Świątobliwość Benedykt XVI - po ojcowsku uwrażliwiony na dolegliwości duchowe, okazywane przez zainteresowanych z powodu sankcji ekskomuniki oraz ufając zobowiązaniom wyrażonym przez nich w cytowanym liście, że nie będą szczędzić wszelkich wysiłków, aby pogłębiać w toku niezbędnych rozmów z władzami Stolicy Apostolskiej otwartych jeszcze kwestii, by móc osiągnąć wkrótce pełne i zadowalające rozwiązanie problemu (...) - postanowił rozważyć na nowo sytuację kanoniczną"

PAP

Weto odrzucone, powstanie szkoła sędziów

Marek Domagalski 24-01-2009, ostatnia aktualizacja 24-01-2009 07:46

Krajowa Szkoła Sądownictwa i Prokuratury jednak ruszy. Sejm odrzucił weto prezydenta. Ustawa o Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury przyspieszy też awanse obecnych 600 asesorów na sędziów.

autor zdjęcia: Jerzy Dudek
źródło: Fotorzepa

To efekt piątkowego (23.01.2009 r.) głosowania posłów. Ustawa o Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury przyspieszy też awanse obecnych 600 asesorów na sędziów.

Ta druga zmiana była pilnie potrzebna, gdyż 5 maja jest ostatnim dniem, w którym mogą w sądach orzekać asesorzy, a jest ich ponad 600. Bez ich awansowania przynajmniej niektórym sądom groziłaby zapaść.

Druga część ustawy powołuje Krajową Szkolę Sądownictwa i Prokuratury, nowy system kształcenia prokuratorów, a zwłaszcza sędziów. Aplikacja sędziowska ma trwać pięć i pół roku (prokuratorska dwa i pół), a szkolenia mają się koncentrować w jednym miejscu dla całej Polski – Krakowie.

– To gorsza część ustawy, obawiam się bowiem, że przez swoją długość i uciążliwość, podróże, pobyty w Krakowie na te aplikację będą szli prawnicy, którzy nie dostali się na inne (selekcja negatywna). Poza tym biedniejszych z domu nie będzie stać na takie wyjazdy – powiedział „Rz" Stanisław Dąbrowski, przewodniczący Krajowej Rady Sądownictwa.

Ale to niejedyne uwagi. Przedstawiciele sędziów, ale też prezydencki minister Andrzej Duda wytykają, że wydłużenie aplikacji, czasu dojścia do zawodu sędziego może doprowadzić za kilka lat do deficytu sędziów. Jeśli nawet nowa szkoła ruszy po najbliższych wakacjach, pierwsi sędziowie z Krakowa pojawią się na salach rozpraw dopiero w 2014 r.

Obawy te studzi nieco Andrzej Leciak, dyrektor Krajowego Centrum Szkolenia Kadr Sądów Powszechnych i Prokuratury (ma je zastąpić właśnie nowa szkoła). Po pierwsze przedłużenie szkolenia kandydatów na sędziów nie jest aż tak duże, gdyż obejmuje obecny okres asesury, który był swego rodzaju przygotowaniem do zawodu. Szkolenia też nie cały czas będą w Krakowie, gdyż aplikanci raz na kilka miesięcy będą tam jeździć na seminaria, a na co dzień odbywać je w najbliższych sądach.

Przypomnijmy, że prezydent zawetował ustawę o KSSiP pod koniec grudnia także z tego powodu, że zobowiązuje go do podejmowania decyzji o powoływaniu sędziów w ciągu miesiąca od złożenia wniosku przez Krajową Radę Sądownictwa, co ma naruszać jego konstytucyjną prerogatywę.

Teraz prezydent ma siedem dni na podpisanie ustawy. Większość przepisów wejdzie w życie w 14 dni od ich ogłoszenia w Dzienniku Ustaw.

Rzeczpospolita

Dwuramienni - biseksualiści

Barbara Pietkiewicz
2009-01-23, ostatnia aktualizacja 2009-01-23 12:47

Zobacz powiększenie
Biseksualiści w Polsce są zepchnięci na margines. Homo ich nie lubią, traktują często tak jak sami są traktowani przez heteroseksualnych.
Fot. Sławomir Kamiński / AG

Stary Kinsey, który w połowie ubiegłego wieku robił w Ameryce klasyczne badania zwyczajów seksualnych, ustalił, że spora część społeczeństwa to nie są ani czyści hetero, ani wyłącznie homoseksualni. To zmieszani, seksualnie podwójni.

Zobacz powiekszenie
Okładka ''Polityki'' nr 4
ZOBACZ TAKŻE
Nauka coraz dokładniej przygląda się biseksualistom. Powstają bi organizacje, centra pomocy, czasopisma, filmy, lokale, puby, kluby - co bi dusza zapragnie. W Polsce o nich się nie pisze w prasie, nie prowadzi badań naukowych, nie mają, poza nielicznymi, terapeutów - bi pustynia.

Nie funkcjonują też w przestrzeni publicznej. Nie robią głośnych coming outów, nie pokazuje się ich na billboardach, żeby normalni zobaczyli, że oni też normalni. Granatowy, fiolet i róż - bi kolory nie powiewają na paradach dumy. Idą wepchnięci między gejów i lesbijki. 17-letnia Aleksandra Sowa, biseksualistka z Krakowa, chce to zmienić. Działa w kampanii przeciw homofobii, związana jest z ruchem Zielonych i "Krytyką Polityczną".

Prócz Internetu, który jest ich jedyną ostoją, bi nie mają na zewnątrz niczego dla siebie. Homo ich nie lubią, traktują często tak jak sami są traktowani przez heteroseksualnych. W ogłoszeniach w pismach gejowskich, że ktoś szuka stałego partnera, geje i les często dodają: bi - nie odpowiadać, nieuczciwi i bi - wykluczeni.

Na forum internetowym jedna z bi apeluje do lesbijek: boli mnie, że jestem dla les wredną suką tylko dlatego, że miałam udane związki z mężczyznami. Prawdziwa bowiem les z krwi i kości boi się, że wchodząc w romans z bi zostanie przez nią porzucona dla mężczyzny.

Ta bi może porzucić les nie tylko dla innego, ale i dla innej, lecz zdrada na rzecz chłopa - obcego seksualnie - boli bardziej. Wiele lesbijek uważa zresztą, że bi są takimi samymi les jak one, ale wstydzą się przyznać do swej orientacji i dlatego udają, że z mężczyznami mogą też: czysta obłuda, mówią les.

Niechciani

Dla gejów natomiast mężczyźni bi są często za mało homoseksualni. Mój telefon został przez Ygę Kostrzewę z Lambdy podany na odpowiednich forach z informacją, że piszę tekst o bi. Jeden z nielicznych mężczyzn (kobiet było więcej, mężczyźni mniej chętnie ujawniają swój biseksualizm, twierdzi Ola Sowa) opowiedział mi, że kiedy jego partner, z którym od roku był w udanym związku, dowiedział się, że on czasem sypia także z kobietą, natychmiast wyszedł z mieszkania trzaskając drzwiami i więcej nie zadzwonił.

Bi irytują homoseksualistów także ze względów ideowych. Twierdzą oni, że ich orientacja jest zdeterminowana genetycznie, potwierdzają to zresztą niektórzy naukowcy. Nie można bowiem się jej nauczyć ani z niej wyleczyć. Jest więc czymś stałym, spójnym i zaprogramowanym przez naturę.

Bi ze swą płynnością seksualną psują im ten obraz. Oto wśród bądź co bądź kochających inaczej istnieje grupa, która monolitem nie jest, a wprost przeciwnie, zachowuje się jak na huśtawce, w myśl zasady: w tym jest cały życia smaczek - raz dziewczynka, raz chłopaczek.

Świat heteroseksualnych też biseksów nie lubi, bardziej nawet niż nie lubi czystych gejów, którzy już się opatrzyli, wywalczyli swoje, wiadomo kim są, niech sobie będą. Bi natomiast - ni pies, ni wydra, coś nieokreślonego, hybryda.

Samo istnienie bi budzi niepokój, bo oto okazuje się, że każda tożsamość seksualna może zostać rozszerzona, rozmydlona, nie jest więc dana raz na zawsze.

Bi, choć plasują się w środku między homo i hetero, są podejrzanymi intruzami. Co nie wyklucza, że niejeden z hetero chętnie nawiązałby bliską znajomość z ładną bi, która nadaje się wprost idealnie do trójkącika - tak się o nich myśli.

Aleksandra Sierakowska, autorka pierwszej i chyba jedynej w polskich uczelniach pracy magisterskiej o biseksualistach, napisanej w Uniwersytecie Warszawskim, podaje za trójką sztandarowych badaczy bi w Ameryce: Peterem J. Snyderem, Jamesem Weinrichem i Richardem Pillardem, że połowa przebadanych przez nich bi żyło w małżeństwach. Większość powiedziała o swojej orientacji partnerom, co nie zaszkodziło związkom, ale jeszcze je wzmocniło. W Polsce jeśli bi mówi o sobie, to zwykle bliskiej rodzinie i najlepszym przyjaciołom. Współmałżonkom rzadziej.

Jedna z polskich bi wyznaje na forum internetowym: powiedziałam mężowi, heterykowi, że przed ślubem spałam z kobietami. Ja też, odpowiedział. I w porządku. Zdrada żony z kobietą wydaje się zwykle mężczyznom nieistotna, dziecinna, zabawna, chętnie by sobie nawet popatrzyli. Ta bi z Internetu wyszła za mąż z miłości. Jest z mężem od 12 lat. Nie zdradza go, bo dla niej seks z kobietą to właśnie zdrada. I wyrzeczenie. Bo brak jej tego seksu.

Jeden z bi wyznał, że na studiach poznał geja, chłopaka swego życia. Zamieszkali razem w jego kawalerce po dziadku. Chłopak nie wie o preferencjach kochanka. Z miłości do niego, mówi bi, wyrzekłem się kobiet, choć przeżywam z tego powodu prawdziwe katusze. Narzuciłem sobie półcelibat, na razie się trzymam, ale nie wiem, ile zdołam w tym wytrwać.

Utajnieni

Lecz ujawnienie swego biseksualizmu przed rodziną, a zwłaszcza współmałżonkiem, nie zawsze dobrze się kończy. Nie tylko u nas. William Wedin, psycholog pomagający biseksom w Nowym Jorku, twierdzi, że odkrycie związku męża z innym mężczyzną (a dwie trzecie znanych mu mężczyzn bi było żonatych, głównie z kobietami hetero) rujnuje zwykle małżeństwo.

On czuje się upokorzony, a ona zdradzona, już nawet nie tyle przez fakt, że kochanką jest mężczyzna, ile że mąż w ogóle ma kogoś na boku. Toteż bi decydują się często na życie w dwóch światach. W tym pierwszym świecie, mówi Wedin, bi są statecznymi ojcami rodzin i normalnymi facetami jak ich znajomi i przyjaciele. W drugim w grupie gejowskiej, która nie wie, co w trawie piszczy, uchodzą za gejów. Wszystko podwójne. Chodzą, bywa, nawet do dwóch lekarzy: internisty i wenerologa, a każdy z medyków leczy co innego w jednym z ich światów.

Aleksandra Sierakowska przedstawia w swej pracy magisterskiej sylwetkę bi utajonego. Jest żonaty, myśli już o dzieciach. Żyje im się spokojnie. Ale on od kilku lat ma stałego kochanka. W obu relacjach czuje się szczęśliwy. Nie zrezygnuje z tej drugiej, bo poświęcił na budowanie związku tyle samo czasu i energii co na małżeństwo z żoną. Spotyka się z nim kilka razy w miesiącu. Z mężczyzną łączy go przyjaźń i seks. Z żoną seks jest cokolwiek nudny, ale tworzą rodzinę - na tym polega różnica. Jeśli czuje się w dołku, spotyka się z innymi bi. Poznał ich na szczęście w Internecie. Między swoimi odzyskuje równowagę.

Inny bi z pracy Sierakowskiej jest żonaty od 17 lat. Ma dwoje dzieci. Bardzo dba o to, żeby jego kontakty z mężczyznami się nie wydały. Jest w małżeństwie wierny, nie zdradza przecież żony z kobietami. Spotkania na boku to tylko seks.

Żona zaczyna coś podejrzewać, ale bi będzie się starał utrzymać małżeństwo za wszelką cenę. Jej uczucia są dla niego bardzo ważne, rodzina też. Ale z mężczyzn nie potrafi zrezygnować.

Motyli raj

Andżelika od trzech lat mieszka z chłopakiem, w którym jest poważnie zakochana. Poszli kiedyś razem do klubu. Obok przy stoliku siedziała dziewczyna. I nagle Andżelika poczuła monstrualny, jak mówi, przypływ pożądania. Przeraziła się. Musiała to sprawdzić. Następnego dnia przy stoliku tamtej nie było. Poszła do kawiarni, gdzie bywają lesbijki. Podeszła do niej jakaś inna dziewczyna.

Rozpoznajemy się - mówi Andżelika - przez gesty, spojrzenia, siódmym zmysłem. Z kawiarni biegły do pokoju w jej akademiku bez tchu. Zawdzięcza jej inaugurację w raju pełnym kwiatów, muzyki, śpiewu ptaków. Nigdy dotąd nie doznała w seksie tyle czułości, delikatności, motylich łagodnych dotknięć. Mężczyźni tego nie potrafią. Są chropowaci i pragną dominacji. Ale Andżelika mężczyzn się nie wyrzeknie. Lubi brutalny, mocny seks, a od kobiety tego dostać nie może.

Dla mężczyzn bi seks z kobietą jest, owszem, wspaniały, ale bywa ściśnięty gorsetem. Jedna się wstydzi, druga na coś nie pozwala, albo jej za dużo, albo nie dość czule. Natomiast w seksie z mężczyznami faceci czują się wolni, równi i niczym nieskrępowani. A seks, dla wielu kobiet, bi zresztą też, wydaje się być gorętszy, intensywniejszy i bardziej podniecający. Lecz bi badani przez Snydera, Weinricha i Pillarda mówią, że w sumie trudno jest określić, które z doznań - z mężczyzną czy kobietą - są wspanialsze. Oba, choć inaczej, uzupełniają się jak dwie połówki jabłka. Tylko dwie dają prawdziwe spełnienie.

Nigdy w seksie, pisze w Internecie któraś z bi, nie brakowało mi z kobietą czegoś między nogami, a w seksie z mężczyzną nie żałowałam, że nie jestem kobietą. Idę po prostu do łóżka z osobą, w której właśnie jestem zakochana.

Przerażenie

Skoro seks z bi jest tak wspaniale dwuramienny, bi powinni być ludźmi szczęśliwszymi od jednoramiennych. Tymczasem Amerykanie donoszą, że na 137 przebadanych bi aż 30 proc. myślało o samobójstwie, a połowa więcej niż raz próbowała targnąć się na życie. Bi są ponadto depresyjni i często zapadają na choroby psychiczne.

Suwam się po Kinseyu z góry na dół, pisze polska internautka, i nie mogę dojść z tym do ładu. Na skali Kinseya można próbować ustalić swoje preferencje. Zbudował ją w 1948 r. Za jej pomocą badani Amerykanie punktowali swoje odczucia, zachowania seksualne, a także skłonności do zakochiwania się od 0 do 6 w ramach kategorii: czysty heteryk, czyli 0 na skali, głównie heteryk z małą domieszką homo, głównie heteryk z dużą domieszką homo, po równo homo i hetero, głównie homo z dużą domieszką hetero, głównie homo z małą domieszką hetero i rubryka ostatnia - czysty homo, czyli szóstka na skali. Kinsey uważał, że obie orientacje przenikają się w ludziach i wzajemnie dopełniają.

Martin Weinberg, badacz bi, jest zdania, że w każdym z nas istnieje biologiczny potencjał biseksualności. Co sprawia, że u jednych on się objawia - nagle jak u Andżeliki albo drobnymi krokami w okresie dojrzewania - a u innych pozostaje głuchy? Nie wiadomo. Jak twierdzi Michael Bailey, amerykański socjolog, biseksualizmem rządzą geny. Jeśli odpowiedni czynnik genetyczny jest u kogoś dostatecznie silny, będzie homo. Jeśli mniej silny - wyjdzie bi.

Tak czy owak skala Kinseya nie chroni przed niepewnością, przerażeniem i rozpaczą. Człowiek nie wie, kim jest, uważa się za nienormalnego, nie wie, co ma ze sobą zrobić i jak żyć. Przychodzą do mnie z prośbą o pomoc, mówi Agata Engel-Bernatowicz, autorka książki "Kiedy kobieta kocha kobietę", jedna z nielicznych terapeutek, które się nimi zajmują. Chcą się zdefiniować i umieć siebie polubić.

Na podstawie badań Weinberga, mówi Aleksandra Sierakowska, wiadomo, że na przykład 80 proc. przebadanych bi pogodziło się ze swą seksualnością. Ujawniły ją bez wstydu najbliższym i otoczeniu i nie próbują zmieniać się na siłę, bo wiedzą, że to bezskuteczne. Jeśli nawet nie odbyłyby ani minuty seksu z kobietą, nadal czułyby się bi.

Ale William Wedin, psycholog zajmujący się bi w Nowym Jorku, powiada, że nawet ci już pogodzeni ze sobą, w małżeństwach, z uzupełniającymi związkami z inną płcią, też przechodzą katusze i męki wewnętrzne. Każde bowiem podwójne życie z jego kłamstwami, wybiegami i oszustwem nie przynosi sercu spokoju. Tak samo jak sercom heteryków z ich ślubnymi żonami i nieślubnymi na boku.

Dwustuprocentowy

Życie erotyczne bi nie przebiega bujniej tylko dlatego, że mają oni taką orientację. Seksoholików jest wśród nich tylu pewnie co i w całej populacji. Nie żyją, jak się sobie czasem wyobraża, jak piłki pingpongowe przerzucane od jednej krawędzi stołu do drugiej. Większość zresztą nie odczuwa identycznego pociągu do obu płci, jedna zwykle stale lub okresowo przeważa.

Czasem mam ochotę dotknąć czyjejś opalonej skóry, pogładzić delikatne lub szorstkie włosy, wpatrzeć się w określony uśmiech, kształt oczu, który chodzi za mną jak uparta melodia gdzieś zasłyszana - mówi jedna z dziewczyn. I nie ma znaczenia, czy te oczy czy włosy będą należały do mężczyzny czy kobiety, w których można się zakochać. Oni nie zakochują się w płci, mówi Agata Engel-Bernatowicz. Zakochują się w człowieku, w konkretnej osobie.

Uważają się często, jak zaobserwował William Wedin, za wrażliwszych od hetero i od homo kochanków, biegłych w ars amandi i zdolnych jednocześnie do głębokiej intymności. Jest w tym ziarno prawdy - twierdzi Wedin. Biseksualizm uczy patrzenia na rzeczywistość z różnych perspektyw. Wieloznaczność, niespójność, rozedrganie, które bywają przekleństwem ich życia, sprzyjają odrzucaniu rutyny i sztywnych wyborów także poza sferą erotyki. Odmawiam przyklejania mi etykietki. One są dobre na produktach spożywczych, mówi jeden z amerykańskich bi. Wielu twierdzi, że czują się przez swą tożsamość wzbogaceni, mogą bowiem czerpać z obu światów - homo i hetero. Jestem dwustuprocentowy, mówi inny amerykański bi.

Laurence Olivier, Cary Grant, Eleanor Roosevelt, Marlena Dietrich, Madonna, Britney Spears - mieli romanse i z kobietami, i z mężczyznami. Może zrobili to z ciekawości znudzeni łatwym dostępem do płci przeciwnej, każdy nadmiar wreszcie nuży. Możliwe też, że na skali Kinseya było im bliżej do hetero z małą domieszką homo niż do hetero czystego jak łza. A może byli po prostu biseksualni - pół na pół.

Robią to w końcu dwuramienne miliony ludzi na bożym świecie. I dobrze. Bo - jak mawiał stary Kinsey - jedynym nienaturalnym aktem seksualnym jest ten, którego odbyć nie jesteśmy w stanie.

Najnowszy numer ''Polityki'' - spis treści

piątek, 23 stycznia 2009

ME w łyżwiarstwie: Para niemiecka znowu zdobywa złoto

lost, PAP
2009-01-21, ostatnia aktualizacja 2009-01-21 23:23
Zobacz powiększenie
Fot. Amy Sancetta AP

Po raz trzeci z rzędu niemiecka para sportowa Aljona Savchenko i Robin Szolkowy zdobyła złoty medal mistrzostw Europy w łyżwiarstwie figurowym. Drugie i trzecie miejsce wywalczyli w Helsinkach Rosjanie.

SERWISY
Snowboard: Karolina Sztokfisz 15 na MŚ »

Niemcy po programie krótkim zajmowali drugą pozycję. Przy muzyce z filmu "Lista Schindlera" bezbłędnie i z wdziękiem zaprezentowali program dowolny, a sędziowie lekką ręką dawali im najwyższe noty. W sumie uzbierali ich 199,07 i mistrzowie świata znowu okazali się najlepsi.

Srebrny medal przypadł Yuko Kawaguchi i Aleksandrowi Smirnowowi - 182,07, a brąz innej rosyjskiej parze, która prowadziła przed końcowym występem na lodzie, Marii Muchortowej i Maksymowi Trankowi - 182,07.

Polacy - Joanna Sulej i Mateusz Chruściński oraz Krystyna Klimczak i Janusz Karweta (wszyscy UKŁF Unia Oświęcim) zajęli odpowiednio 15. i 16. lokatę.

Wyniki rywalizacji par sportowych:



1.Aljona Savchenko/Robin SzolkowyNiemcy199,07 pkt
2.Yuko Kawaguchi/Aleksander SmirnowRosja182,77
3.Maria Muchortowa/Maksym TrankowRosja182,07
4.Tatiana Wołososzar/Stanisław MorozowUkraina171,34
5.Lubow Iliuszeczkina/Nodarij MaisuradzeRosja147,84
6.Nicole Della Monica/Yannick KoconWłochy135,33
15.Joanna Sulej/Mateusz ChruścińskiPolska114,96
16.Krystyna Klimczak/Janusz KarwetaPolska112,20

ME w łyżwiarstwie figurowym - trzeci tytuł Jouberta

kd, PAP
2009-01-22, ostatnia aktualizacja 2009-01-22 22:40

Francuz Brian Joubert zdobył złoty medal mistrzostw Europy w łyżwiarstwie figurowym w rywalizacji solistów. To trzeci tytuł wywalczony przez francuskiego łyżwiarza.

Zobacz powiekszenie
Fot. CZAREK SOKOLOWSKI AP
Brian Joubert
SERWISY
Para niemiecka mistrzami Europy »

Drugie miejsce i srebrny medal wywalczył Włoch Samuel Contesti, trzecie Belg Kevin Van Der Perren. Broniący tytułu wywalczonego rok temu w Zagrzebiu Czech Tomas Verner słabo pojechał program dowolny i ostatecznie został sklasyfikowany na 6. miejscu. Po programie krótkim Verner był drugi.

Reprezentant Polski, 22-letni Przemysław Domański zajął w mistrzostwach 17. miejsce.

Nominacje do Oscarów za rok 2008

Ciekawy przypadek Benjamina Buttona zdobył najwięcej, bo aż trzynaście nominacji do tegorocznych Oscarów

W kategorii najlepszy film nominacje otrzymali: "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona", "Frost/Nixon", "Obywatel Milk", "The Reader. Zaklinacz słów", "Slumdog. Milioner z ulicy".

Dokładnie te same tytuły pojawiają się w kategorii najlepszy reżyser. O statuetkę dla najlepszego reżysera będą się w tym roku starać David Fincher ("Ciekawy przypadek Benjamina Buttona"), Ron Howard ("Frost/Nixon"), Stephen Daldry "The Reader. Zaklinacz słów", Danny Boyle ("Slumdog. Milioner z ulicy"), Gus Van Sant ("Obywatel Milk").

Kandydaci do nagrody za pierwszoplanową rolę męską to: Mickey Rourke ("Zapaśnik"), Richard Jenkins ("Spotkanie"), Frank Langella "Frost/Nixon", Sean Penn ("Obywatel Milk") i Brad Pitt "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona".

Nominowani w kategorii rola męska drugoplanowa to: oczywiście Heath Ledger (Joker w "Mrocznym rycerzu"), Josh Brolin ("Obywatel Milk"), Robert Downey Jr (komediowa rola w "Jajach w tropikach"), Philip Seymour Hoffman ("Wątpliwość") i Michael Shannon ("Droga do szczęścia").

Wśród aktorek szanse na Oscara za rolę pierwszoplanową mają Anne Hathaway ("Rachel wychodzi za mąż"), Angelina Jolie ("Oszukana"), Marisa Leo ("Frozen River"), Meryl Streep ("Wątpliwość"), Kate Winslet ("The Reader. Zaklinacz słów").

W kategorii najlepsza aktorka drugoplanowa o statuetkę starają się: Penelope Cruz ("Vicky Cristina Barcelona"), Viola Davis i i Amy Adams (obie za role w filmie "Wątpliwość") , Marisa Tomei ("Zapaśnik"), Taraji P. Henson ("Ciekawy przypadek Benjamina Buttona").

Nominacje w kategorii najlepszy scenariusz oryginalny przypadły: "Frozen River", "Happy-Go-Lucky", "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj", "Obywatelowi Milkowi" i "WALL-E"

Z filmów zagranicznych wybrano: niemiecki "Baader-Meinhof Komplex", francuską "Klasę", japońskie "Departures", austriacki "Rewanż" i izraelski "Walc z Bashirem".

Nominowane do Oscara animacje to: "Piorun", "Kung Fu Panda" i "WALL-E".

Nominacje odczytał - wraz z szefem Amerykańskiej Akademii Filmowej, Sidem Ganisem - nagrodzony Oscarem za rolę w "Ostatnim królu Szkocji" Forest Whitaker.

Największe owacje zgromadzonych na sali dziennikarzy wywołała nominacja dla Roberta Downeya Jr-a. Role komediowe mają zwykle w oscarowym wyścigu mniejsze szanse niż dramatyczne.

Gala oscarowa odbędzie się 22 lutego. W Polsce transmisję z tego wydarzenia pokaże CANAL+. A u nas - relacja na żywo z Oscarów! Błyskawicznie przedstawimy Wam zwycięzców, pokażemy zdjęcia z gali, zwiastuny nagrodzonych filmów i przytoczymy najciekawsze wypowiedzi prosto ze sceny w Kodak Theatre!