Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FILM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FILM. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 maja 2010

Alicja Bachleda-Curuś: Jestem flexible

Alicja Bachleda-Curuś i Colin Farrell w filmie Ondine
Alicja Bachleda-Curuś i Colin Farrell w filmie Ondine

- W Polsce idziemy często na łatwiznę: naśladujemy amerykańskie wzory albo koncentrujemy się na ciemnych stronach naszej historii. Ten polski pesymizm czasem mnie przeraża - mówi Alicja Bachleda-Curuś, tytułowa Ondine w filmie Neila Jordana

 
 
Ondine
Ondine
Ondine
Ondine
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Paweł T. Felis: Wiara w selkie, kobiety, które zrzucają foczą skórę, jest tylko legendą z książek czy wciąż żywym mitem w Irlandii?

Alicja Bachleda-Curuś: W Polsce mamy legendy o Wandzie, która nie chciała Niemca, albo o smoku wawelskim, ale nigdy nie spotkałam kogoś, kto by tego smoka naprawdę widział. A w miasteczku, w którym kręciliśmy "Ondine", ta pamięć jest wciąż żywa - rozmawiałam z mieszkańcami, którzy zarzekali się, że ktoś kiedyś naprawdę taką osobę spotkał. Opowiadali o tajemniczych kobietach, dziwnie smutnych, które żyły wśród ludzi, zakładały rodzinę, a po siedmiu latach bez słowa znikały. Nie uciekały, ale - jak tłumaczono mi z przekonaniem - "wracały w otchłań oceanu".

W "Ondine" po raz kolejny Neil Jordan opowiada "realistyczną bajkę", historię o ludziach z krwi i kości, którzy funkcjonują w świecie żywego mitu.

- Uwielbiam w filmach Neila Jordana tę strefę mroku między dniem i nocą, którą po angielsku ładnie określa słowo "twilight". Do dziś pamiętam, jakie wrażenie zrobiły na mnie wiele lat temu "Gra pozorów" czy "Towarzystwo wilków". W "Ondine" świat jest bardzo niebajkowy: to świat prywatnych tragedii, nałogów, nieuleczalnych chorób, biedy. Ale nagle pojawia się w nim dziewczyna, którą niektórzy uważają za selkie, bo tego potrzebują: to ktoś, kto daje im światełko w tunelu. Łatwiej w nie uwierzyć, jeśli patrzy się na tę dziewczynę jak na kogoś, kto nie jest istotą ludzką i ma w sobie nadprzyrodzoną moc.

W "Ondine" mówisz po angielsku ze specyficznym akcentem - trochę irlandzkim, trochę wschodnioeuropejskim.

- Od początku wiedziałam, że muszę grać postać realną, która ma za sobą konkretną przeszłość, ale jednocześnie może być traktowana jak istota z wody. Próbowałam więc znaleźć niedookreślony akcent, który trudno będzie zakwalifikować. Trochę irlandzki, bo Ondine zaczyna mieszkać w Irlandii i używa słów, które tutaj właśnie usłyszała, ale trochę inny, żeby realistyczny, niebajkowy finał mógł być prawdopodobny. W efekcie miałam dość komfortową sytuację, bo nie musiałam się kontrolować - zmieniałam akcent w zależności od sytuacji, sceny, rozmówcy.

Jednym z najważniejszych bohaterów "Ondine" jest woda...

- Na planie musiałam pływać w wodzie o temperaturze 8 stopni, a jednocześnie pilnować się, żeby nie wyglądać na zbyt zmarzniętą, bo Ondine nie może przecież umierać z zimna. Wymagało to sporej dyscypliny i koncentracji, ale też zaufania do reżysera - kiedy oglądałam później niektóre ujęcia, nie mogłam uwierzyć, że tak właśnie wygląda moja twarz. W potwornym zimnie trudno do końca kontrolować mimikę.

Długo starałaś się o rolę u Neila Jordana?

- To on mnie wybrał. Zobaczył film "Trade", chciał się ze mną spotkać, ale chyba już wtedy był zdecydowany. Byłam akurat na wakacjach, kiedy dostałam od mojej menedżerki telefon: przesyłam ci faksem scenariusz Neila Jordana, czy możesz być za dwa dni w Londynie? Oczywiście rzuciłam wszystko i pojechałam.

O Zosi z "Pana Tadeusza" powiedziałaś kiedyś zdanie, które ładnie pasuje do "Ondine": "to zjawa, której urokowi poddaje się Tadeusz, ucieleśnienie jego snu o niewinności". Inaczej pracuje się na planie w Polsce i za granicą?

- Jeśli coś mnie zaskoczyło, to skala produkcji - nie spotkałam się w Polsce z takim rozmachem, chociaż i "Trade", i "Ondine" były filmami niskobudżetowymi. Udziela się jakaś euforia pracy, dzięki czemu masz poczucie, że pracujesz nad czymś naprawdę wyjątkowym. Chociaż na planie "Pana Tadeusza" było podobnie...

Z każdym reżyserem pracuje się inaczej - niektórzy robią dużo prób, jak Andrzej Wajda, innym - jak Neilowi Jordanowi - wystarczy parę dni na wspólne czytanie scenariusza.

Wielu polskich aktorów chciało zaistnieć na rynku międzynarodowym, ale bez skutku. To kwestia przypadku, szczęścia, pracowitości, znajomości?

- Wszystkiego po trochu. W "Trade" miałam pojawić się tylko w epizodzie. Znałam reżysera Marca Kreuzpaintnera, u którego zagrałam wcześniej w filmie "Sommersturm". Bardzo chciał dać mi rolę Veroniki

...ale producent nalegał, żeby główną rolę zagrała Milla Jovovich, która w ostatnim momencie zrezygnowała.

- A ja znalazłam się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. I pojawiłam się w filmie, w którym zauważył mnie m.in. Neil Jordan. To właśnie przypadek oraz szczęście.

Nie boisz się, że na brutalnym rynku amerykańskim może ci go zabraknąć?

- Nie skupiam się na Stanach - jestem tutaj, bo tu jest mój syn, ale chciałabym pracować równocześnie w Ameryce i w Europie. Teraz w Hollywood jest zresztą dość kiepska sytuacja ekonomiczna i filmów kręci się mało - jeśli nie są to komercyjne hity albo sequele tzw. pewniaków, często scenariusze utykają gdzieś na etapie finansowania. Mam na przykład nagranych kilka projektów, w tym dwa, na których realizację są duże szanse, ale cały czas czekamy na domknięcie budżetów.

Wyjechałaś do Stanów, żeby uczyć się w szkole Lee Strasberga, potem szlifowałaś angielską wymowę w Nowym Jorku. Dla aktora emigranta to niekończąca się praca?


- Kiedy patrzę wstecz, to myślę, że bez pracy, którą włożyłam jako kilkuletnia dziewczynka, nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem. Na początku granie było głównie przyjemnością, potem przyszła świadomość, że im więcej ćwiczę, tym lepsze są efekty. A ćwiczyłam sporo, bo przez całe dzieciństwo godziłam normalną szkołę, śpiew, taniec i aktorstwo. Może dzięki temu stałam się - jak mówi się tutaj - "flexible"?


Mówię i gram po angielsku, niemiecku, francusku, być może niedługo również po hiszpańsku, więc łatwo odzwyczaić mi się od akcentu. Zawsze, kiedy wracam z długiej podróży, zdaję sobie sprawę, jak dużo zapomniałam. Więc tę biegłość - mam na myśli akcent - cały czas muszę ćwiczyć.


Czy to plotki, że zamierzasz zagrać w polskim filmie?


- Bardzo bym chciała i szukam scenariuszy, w których będzie coś oryginalnego. A w Polsce, chociaż warsztatowo jesteśmy świetni, idziemy często na łatwiznę: albo naśladujemy amerykańskie wzory, albo koncentrujemy się na ciemnych stronach naszej historii czy naszej tożsamości. Ten polski pesymizm czasem mnie przeraża.


Za kilka tygodni będziesz jednak jednym z jurorów oceniających nowe polskie filmy w Gdyni


- I bardzo się z tego cieszę, bo wymądrzam się tu strasznie i krytykuję polskie filmy, a przecież od dłuższego czasu w Polsce już nie mieszkam. Wiem, że dzieje się coś dobrego w polskim kinie, że jest teraz naprawdę dobry czas dla młodych twórców.


Polski kompozytor Abel Korzeniowski, który od kilku lat mieszka w Los Angeles, opowiadał mi o największym zaskoczeniu: jechał do Hollywood z przekonaniem, że to gniazdo żmij, a okazało się, że i zwykli ludzie, i filmowcy są wobec siebie bardziej przyjaźni niż w Polsce.


- Nam, Polakom, często się wydaje, że wszyscy są tu sztuczni, bo ciągle pytają "How are you?", chociaż w ogóle ich to nie interesuje. Oczywiście ten optymizm jest powierzchowny, ale po paru latach w Los Angeles mam wrażenie, że łatwiej się z nim żyje. Kiedyś, kiedy wracałam do Stanów z Polski, sama chciałam od razu wszystkim opowiadać, że jest mi smutno, że jestem tu sama itd. Ale zrozumiałam, że nie muszę. I że ten uśmiech na powitanie nie jest taki zły.


Zmieniłaś się w Stanach jako aktorka, ale też jako kobieta.


- Te dwie Alicje rozwijały się równolegle. Myślę, że jako aktorka nabrałam większej pewności siebie, większej świadomości swoich możliwości i ograniczeń. Ale w moim życiu prywatnym zaszły ostatnio tak gruntowne zmiany, że nie da się ich oddzielić od pracy. Pracujemy przecież naszą wrażliwością i naszym doświadczeniem.


Wciąż nie wiem oczywiście, na ile uda mi się pogodzić macierzyństwo z aktorstwem, bo jestem świeżo upieczoną mamą: wystarczy krótki wyjazd na jeden dzień, a już mam wyrzuty sumienia. Nie wyobrażam sobie wyjazdu na parę tygodni, więc pewnie będę zabierać syna ze sobą na plan. Ale jak wtedy pogodzić aktorkę ze stuprocentową mamą, którą chciałabym być? Nie mam pojęcia. 

niedziela, 25 kwietnia 2010

Szeregowiec Ryan po rosyjsku

Od wczoraj na ekranach całej Rosji "Priedstojanije" - pierwsza część dylogii "Spaleni słońcem 2" Nikity Michałkowa. Ważny film rozliczania się Rosji ze stalinizmem


Dystrybutorzy na świecie będą sobie łamali głowy: jak tu przetłumaczyć zgrabnie tytuł, z którym problem mają sami Rosjanie. Archaiczne i patetyczne "Priedstojanije" odwołuje się do pojęć religijnych - znaczy stanięcie przed obliczem Boga, ale też orędownictwo, obrona. "Orędownicy nasi"? Nie! "Obrona"? Zbyt neutralne. Może "Za kraj!"? Albo dać jako tytuł pierwsze słowa "Świętej wojny", wojennego hymnu radzieckiego, "Żołnierzu do szeregu stań"?

sobota, 16 stycznia 2010

Wszystko, co kocham

PAWEŁ T. FELIS
2010-01-15, ostatnia aktualizacja 2010-01-15 10:39
Wszystko, co kocham
Wszystko, co kocham
ITI CINEMA

Miłość w czasach PRL-u

Wszystko, co kocham
ITI CINEMA
Wszystko, co kocham
Wszystko, co kocham
Wszystko, co kocham
ZOBACZ TAKŻE
"Jesteś jednak romantyczny" - mówi Jankowi Basia, kiedy dowiaduje się, że nazwa jego punkowej grupy WCK to skrót od "wszystko, co kocham". Taki również jest ten film - pierwszy polski obraz w konkursie festiwalu w Sundance, nagrodzony w Gdyni nagrodą publiczności, w którym Jankiem jest sam reżyser. Dorastający w PRL-u nastolatek, który swoją dziewczynę zabiera na film z Bruce'em Lee, podgląda z kolegami ponętną sąsiadkę (Herman), a niewiele starszym od siebie żołnierzom, którzy w stanie wojennym stoją na jego osiedlu, kupuje w sklepie papierosy. Z historycznej zawieruchy - jest rok 1981 - Jacek Borcuch wybiera bowiem to, co prywatne i intymne, zapamiętane i wyśnione: czas pierwszych miłości i pierwszego seksu, czas skromnego buntu na miarę niewielkiego miasteczka i niepoprawnej wiary, że góry można przenosić.

Tę wiarę ma przede wszystkim Janek (Kościukiewicz) - w szkole muzycznej grzecznie ćwiczy na fortepianie Bacha, a po lekcjach śpiewa w punkowej kapeli. Gdy trzeba, razem z kolegami - Kazikiem (Gierszał), "Diabłem" (Obłoza) i bratem Staszkiem (Banasiuk) - po kryjomu wyniesie z sali do rytmiki bęben. Dzięki ojcu załatwi wojskową salę do ćwiczeń i szkolny koncert, dzięki Basi (świetna, naturalna Olga Frycz) po raz pierwszy poczuje się facetem. Nawet jeśli po drodze zauroczy go piękna sąsiadka, a przeszkodą okaże się polityka - ojciec Basi działa w "Solidarności", a jego jest wojskowym.

Niby proste, a wyszukane: trzeba wrażliwości i sprawnego rzemiosła, by zrobić film tak lekki i jednocześnie niebłahy, zabawny i całkiem serio. Borcuch nie boi się mówić o tym, co najprostsze, szyje fabułę nićmi tak delikatnymi, że łatwo posądzić go o banał. Ale to akurat bzdura: zamiast bohaterów z nostalgicznej pocztówki mamy we "Wszystko co kocham" ludzi z krwi i kości. Z ich kapitalną energią i zachłannością na życie, z beztroską brawurą i - gdy sytuacja wymyka się z rąk - bezradnością.


Wszystko co kocham - zwiastun


Tę szczerość film zawdzięcza głównie aktorom. Intrygująca jest tu Katarzyna Herman, uwodzicielka młodszych, która dość desperacko odreagować chce ciężar dorosłości. Świetnie broni swojej postaci Andrzej Chyra - mundurowemu ojcu daje rys człowieka, który w beznadziejnym czasie i beznadziejnym miejscu próbuje zachować przyzwoitość. Prym wiedzie jednak Mateusz Kościukiewicz, porównywany już w Polsce do Roberta Pattinsona - niepotrzebnie: Kościukiewicz na nikim wzorować się nie musi. Ma osobowość, aktorski pazur i charyzmę, którą kino kocha.




Borcuch imponująco się rozwija i wydeptuje sobie w polskim kinie własną ścieżkę: konsekwentnie porusza się na granicy rzeczywistości i prywatnego mitu, szuka tajemnicy w tym, co zwyczajne. Uwodzi, ale bez tanich sztuczek - urokliwa muzyka Daniela Blooma nigdy nie wychodzi na plan pierwszy, w zdjęciach Michała Englerta nie ma śladu teledyskowej maniery. "Wszystko, co kocham" - jak filmy Jakimowskiego, Linklatera czy Jarmuscha - to kino w najlepszym sensie popularne. Trochę unoszące się nad ziemią, zmysłowe, spoglądające na świat z niemodnym optymizmem. Nie znaczy to oczywiście, że "Wszystko " jest bajką - poza wszystkim innym to również film o rozczarowaniu, o przekroczeniu granicy, za którą nie ma już złudzeń. Ale nie ma też beznadziei.


"Wszystko, co kocham" Polska 2009. Reż. Jacek Borcuch. Aktorzy: Mateusz Kościukiewicz, Olga Frycz, Jakub Gierszał, Andrzej Chyra, Katarzyna Herman, Anna Radwan, Igor Obłoża, Mateusz Banasiuk, Zbigniew Malanowicz


poniedziałek, 7 grudnia 2009

Nagroda Cybulskiego dla Eryka Lubosa

jer
2009-12-07, ostatnia aktualizacja 2009-12-07 20:39

Eryk Lubos
Eryk Lubos
Fot. Alina Gajdamowicz / AG

Tegoroczną nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego, zdobył Eryk Lubos (ur. 1974) za rolę boksera w filmie Marcina Wrony "Moja krew"

Moja krew
Fot. Only the Best :-)) Only the Best :-))
Moja krew
Eryk Lubos w ''Boisku bezdomnych''
Rola w Boisku bezdomnych przyniosła Lubosowi nagrodę w Gdyni
Eryk Lubos w ''Boisku bezdomnych''
"Cybulski' to szczególne wyróżnienie, przyznawane od 40 lat młodym aktorom, wyróżniającym się wybitną indywidualnością. Pomysłodawcą nagrody był Jacek Cegiełka, prezes Fundacji "Kino", a pierwszym laureatem - Daniel Olbrychski.

Werdykt został ogłoszony podczas gali w warszawskim Silver Screenie. Eryk Lubos odebrał statuetkę zaprojektowaną przez Pawła Althamera oraz 10 tys. zł (fundator - Polski Instytut Filmowy).

Nagroda publiczności, głosującej poprzez stronę www.nagrodacybulskiego.pl, powędrowała do Agaty Buzek, za rolę w filmie Borysa Lankosza "Rewers".

Wśród nominowanych były także Roma Gąsiorowska, Magdalena Czerwińska i Małgorzata Buczkowska.



Tegoroczna uroczystość odbyła się w atmosferze podwójnej rocznicy: 40-lecia istnienia Nagrody oraz 20 lat od obrad Okrągłego Stołu. Z tej okazji wręczono także Nagrody Specjalne. Mające one uhonorować aktorów, którzy tworzyli wybitne kreacje w czasach PRL-u, ale filmy z ich udziałem nie zostały w porę dopuszczone przez władze do dystrybucji. Joanna Szczepkowska ("Matka Królów" 1982, prem. 1987) i Bogusław Linda ("Kobieta samotna" 1981, prem. 1987; "Przypadek" 1981, prem. 1987) odebrali więc nagrody za cały dorobek twórczy ze szczególnym uwzględnieniem ról zagranych w latach 1980-1982.

W jury konkursu zasiadali Stanisława Celińska (aktorka teatralna i filmowa), Tadeusz Chmielewski (reżyser filmowy, kierownik artystyczny Studia Filmowego "Oko") Andrzej Kołodyński (krytyk filmowy, redaktor naczelny miesięcznika "Kino") Paweł Miśkiewicz (reżyser teatralny, dyrektor naczelny i artystyczny Teatru Dramatycznego w Warszawie), Piotr Reisch (prezes Telewizji Kino Polska).

Źródło: Gazeta Wyborcza

czwartek, 3 grudnia 2009

Do swojej popularności podchodzę z wielką nieufnością

Dawid Muszyński 03-12-2009, ostatnia aktualizacja 03-12-2009 17:50

Z Hugh Lauriem rozmawia Dawid Muszyński

fot: Armando Gallo/Retna Ltd.
źródło: Corbis
fot: Armando Gallo/Retna Ltd.
źródło: Rzeczpospolita

Rz: Jest pan Brytyjczykiem, a musi grać Amerykanina. To trudne?

Hugh Laurie: Nawet nie wie pan, jak bardzo. Muszę uważać na każde słowo, by jakoś ukryć mój akcent. Czyli – nie tylko uczę się tekstu, ale muszę przez cały czas powtarzać go w głowie, by uzyskać rezultat, który zadowoli amerykańskich widzów. Wykonuję zatem podwójną pracę i naprawdę nie jest to łatwe. Ostatnio jakiś internauta skrytykował mnie, że śmieję się z brytyjskim akcentem. I weź tu usatysfakcjonuj każdego. Najgorzej jednak będzie, jeśli mój oryginalny brytyjski akcent zacznie zanikać przez próbę przyswojenia amerykańskiego. Przyłapuję się niekiedy na tym, że poza planem zdjęciowym używam amerykańskich słów, których normalnie nigdy bym nie powiedział.

Lubi pan wypróbowywać różnego rodzaju sporty.

To prawda. Ostatnio polubiłem boks. Wybrałem go, bo po pewnym czasie poczułem przesyt mistycyzmu, który zaczął mnie przytłaczać. To całe tai-chi i reszta jakoś mnie znudziły. Wróciłem do pierwotnego sportu walki. Uprawiam go już rok i wciąż jestem żałosny. Kilka razy widziałem już nawet gwiazdki przed oczami. Zazwyczaj wchodzę na ring i jedyne, co zdążę powiedzieć to „proszę nie w twa...” oraz „gram w seria...”, a potem jest łup i moje zejście z ringu.

Cały czas pan obrywa?

Prawie. Mam pewną trudność z biciem ludzi. Zostałem nauczony, że przemoc to najgorsze rozwiązanie. Więc, kiedy jestem na ringu i pojawia się kilka sekund, gdy przeciwnik jest odsłonięty, a ja powinienem zaatakować, w mojej głowie pojawia się głos „Proszę, nie bij tego miłego pana”. Zaraz potem drugi głos mówi: „Jeśli uderzysz tego pana, on uderzy cię mocniej!”.

Pochodzi pan z rodziny sportowej. Pana ojciec jest złotym medalistą olimpijskim.

Mój tata zaczął trenować wioślarstwo już na uczelni. Potem wystartował na dwóch olimpiadach. Pierwszej – w 1936 roku w Berlinie, kiedy na stadionie zasiadał Adolf Hitler. Drugi raz – w 1948 roku w Londynie, gdzie właśnie wywalczył złoty medal w wioślarstwie. Jako młody chłopak – nie mogło być inaczej – próbując pójść w ślady ojca, także zacząłem trenować wioślarstwo. Udało mi się wystartować w mistrzostwach młodzików w Finlandii. Zająłem jednak czwarte miejsce i nie załapałem się na medal. Później nabawiłem się pewnej choroby, przez którą musiałem wziąć roczną przerwę od wiosłowania i tak rozpoczęła się moja przygoda z aktorstwem na uczelni.

W jednym z najpopularniejszych seriali na świecie gra pan lekarza. Sam jednak zrezygnował pan ze studiów medycznych.

Owszem. To nie było dla mnie. Rozczarowałem tym mojego ojca, który jest lekarzem. Tym bardziej pewnie denerwuje go fakt, że moja najbardziej znana rola telewizyjna to rola lekarza. Ale na szczęście trzech aktorów z obsady jest po medycynie, więc mamy trochę łatwiej.

Jest pan prywatnie podobny do doktora House’a?

Ani trochę. Nie kuśtykam, nie bywam posępny, ani pochmurny. Jestem wielkim optymistą i ogromnie pogodną osobą. House to moje totalne przeciwieństwo i każdy na planie może to potwierdzić.

Po pięciu latach serialu jest pan w stanie samodzielnie zdiagnozować jakąś dziwną chorobę?

Mógłbym spróbować, ale nie wiem, czy pacjent by przeżył. Nie oszukujmy się. Ja mam mózg wielkości orzecha i jestem w stanie zapamiętać te wszystkie mądre słowa przez 30 minut, potem znów muszę je powtarzać. Następnego dnia nic nie pamiętam.

Pracuje pan w USA, ale rodzina pozostała w Anglii.

Tak. Wpadam do Stanów tylko po to, by kręcić House’a. Przeniesienie mojej rodziny na ten duży kontynent jest niemożliwie. Moi synowie są w takim wieku, że nie ma siły, by ich do czegoś zmusić. Mają swoje zespoły muzyczne, a ja nie chcę być męską wersją Yoko Ono, która rozbija rockowe kapele. Tam mają swoje życie, występują w amatorskich teatrach, grają w rugby. Nie mógłbym im tego zrobić.

Co więc skłoniło pana do zakupu domu w Los Angeles?

Po pięciu latach wszyscy dorośli. Moi synowie pokończyli szkoły, a córka oznajmiła, że jej jest wszystko jedno. Musi pan pamiętać, że jest nastolatką dorastającą w zimnej i ciągle mokrej Anglii. Nie znam nastolatka, który odmówiłby wyrwania się od czasu do czasu z tej deszczowej krainy, do krainy ciągłego słońca. Tak więc kupiłem dom. Rodzina dzięki temu częściej mnie odwiedza, bo kto chce odwiedzać ojca, który mieszka w hotelowym pokoju.

Jak pan sobie radzi z sukcesem? Przecież pan nie cierpi medialnego szumu...

Zgadza się. Jestem strasznie podejrzliwy, co oznacza, że z wielką nieufnością podchodzę do takich rzeczy, jak sukces, sława itp. Dlatego nie ruszają mnie te wszystkie teksty, jakim to jestem „najlepszym lekarzem telewizyjnym”, „najseksowniejszym lekarzem” albo, co ostatnio wyczytałem – „lekarzem, którego widzowie najchętniej zobaczyliby w bokserkach”. Dziwi mnie to, że sukces tego serialu zawraca ludziom w głowach.

Czy pan wie, ile listów dostaję od kobiet, które piszą do mnie, że zajmą się mną tak dobrze, że nie będę czuł bólu mojej nogi? Taka reakcja jest dla mnie czymś nowym. Po filmie „Stuart Malutki” nie dostawałem listów z propozycją „Zajmę się pana małą myszką”. Czasem mam wrażenie, że ludzie tracą kontakt z rzeczywistością.

I nie ucieszył się pan z tytułu oficera Orderu Imperium Brytyjskiego?

Żartuje pan?! Byłem zaszczycony jak cholera, przynajmniej do chwili, gdy się tam zjawiłem. Kiedy królowa, którą widziałem z bliska przez jakieś dwie sekundy, nadawała nam tytuły, zrobiło mi się głupio. Przed nadaniem tytułu oficera zawsze się czyta, za co jest to wyróżnienie. Przede mną było dwóch jegomościów, który dostali swoje tytuły za „rozbrojenie bomby pod silnym ostrzałem wroga i tym samym uratowanie wielu żyć ludzkich”. A potem jestem ja, który otrzymuje swój tytuł za „zasługi dla brytyjskiej kultury i rozrywki”. Myślałem, że się spalę ze wstydu!

Ludzie chyba lubią przyznawać panu tytuły i funkcje, bo rok temu został pan także jednym z producentów serialu „Dr House”.

I nie wiem dlaczego. Nie mam władzy producenta na planie. To tak jakbym dostawał tytuły za staż. Jeszcze kolejne pięć lat i może zostanę reżyserem? Amerykanie nie wiedzą, jak my Europejczycy reagujemy na tak poważne tytuły. Pamiętam zdziwienie ekipy, gdy zacząłem zabierać głos na zebraniach producenckich. To jedna z moich przypadłości. Nie potrafię się zamknąć i jeśli już mam coś do powiedzenia, to powiem.

Tak więc zaangażowałem się w promocję szóstego sezonu. House opleciony przez węże, symbolizujący w ten sposób kaduceusza, to mój pomysł. Na początku zrobiłem dla ekipy 250 koszulek z wężami oplatającymi laskę House’a. Prezent tak się spodobał, że postanowiliśmy wykorzystać go przy projekcie plakatu.

Jako ciekawostkę mogę panu zdradzić, że jeden z oplatających mnie węży jest prawdziwy. Chcieliśmy wykorzystać dwa, ale logistycznie byłoby to trudne do wykonania. Węże są bardzo ciężkie i silne, więc dwa mogłyby mnie zadusić. Poza tym trudno by mi było zachować równowagę. Wykorzystaliśmy więc efekt lustrzanego odbicia. Rezultat wciąż mnie zadziwia.

Ale pracował pan już z groźniejszymi drapieżnikami.

Mówi pan o „Stuarcie Malutkim”?

Nie. O dzikim lwie na planie „Placu lwów”.

Tak, ale to był bardzo stary lew i zapewniali nas, że nic nam nie grozi. Tu takiego zapewnienia nie miałem. Chociaż muszę się przyznać, że nawet gdy stary lew zaryczy, nogi ofiary zamieniają się automatycznie w galaretę. Pamiętam jeszcze, jak jeden z trenerów przygotowywał nas na ewentualność, gdyby w przyszłości zaatakował nas tygrys. Otóż mamy prosto w jego pysk cisnąć kupą. Gdy zapytałem „A skąd mam ową kupę wziąć?”, usłyszałem odpowiedź: „Nie bój się, na pewno się pojawi”.

Jest pan znany z tego, że lubi ekstremalne zabawy i szybkie maszyny. Zwłaszcza motory.

Nie tak dawno jeden z moich znajomych próbował mnie zarazić bakcylem latania. Wmawiał mi, że nie ma nic lepszego niż złapanie za ster i pilotowanie małego samolociku. No więc powiedziałem sobie: „Cholera, czemu nie?”. Podczas jednej z imprez okolicznościowych miałem przyjemność pilotować samolot bojowy. Pilotować to może za dużo powiedziane. Byłem asystentem pilota, czyli siedziałem, wciskałem guziczki i przez chwilę trzymałem drążek. Taka frajda dla VIP-ów, żeby przy grillu ze znajomymi było się czym przechwalać. Finał jest taki, że wymiotowałem na raty przez jakieś 45 minut. Po moim trzecim podejściu usłyszałem tylko w słuchawce głos pilota: „Jeśli będzie pan to robił jeszcze raz, czy może pan wyłączyć mikrofon? Będę wdzięczny!”. Po tym doświadczeniu, będę latać co najwyżej biznes klasą.

Miał pan kiedyś wypadek motocyklowy?

Kiedy miałem 17 lat, zaliczyłem bolesny upadek, co przykuło mnie na jakiś czas do wózka inwalidzkiego. To była głupota z mojej strony, bo chciałem się popisać przed dziewczyną, pokazując jej jak nisko mogę przechylić motor. Wie pan, chciałem jej zaimponować w wiadomym celu. Skończyło się to źle. Od tego czasu nic mi już się nie przytrafiło. Po części dlatego, że jeśli zrobi się to raz, twój umysł wysyła wiadomość „Au, to bolało, już tak nie chcę!”.

Nie tak dawno w telewizyjnym programie Jaya Leno popisał się pan umiejętnościami muzycznymi.

Grywam trochę, a nawet dużo. Jestem członkiem zespołu „Band from TV”, z którym okazyjnie gram, by się odstresować. Ostatnio nasz mały projekt trochę urósł. Nagraliśmy nawet jeden cover, który został wykorzystany w jednym z odcinków „Dr. House’a”. Tytuł tego utworu to: „You can’t always get what you want” grupy Rolling Stones.

Skład waszego zespołu jest raczej niecodzienny.

To prawda. Należą do niego m.in.: grający na perkusji Greg Gruberg z serialu „Herosi” czy Jesse Spencer, który gra ze mną w „Dr. Housie”. Naszym gitarzystą jest James Denton z „Gotowych na wszystko”. To właśnie jest niezwykłe w naszym zespole, że składa się z gwiazd telewizji. Nigdy jednak nie jesteśmy aż tak zapracowani, żebyśmy nie mieli czasu się spotkać i zagrać kilku odjazdowych kawałków. Nie oszukujmy się, każdy ma swój sposób na stres. Mój jest taki.

Dr House

TVP 2 | 20.40, 2.00 | ŚRODA | 20.40 | CZWARTEK

Hugh Laurie

Dwukrotny zdobywca Złotego Globu (2006 i 2007) w kategorii „najlepsza rola w serialu telewizyjnym”. Od kilku lat za sprawą tytułowej roli w serialu „Dr House” pozostaje jedną z największych światowych gwiazd telewizji. Urodził się w Wielkiej Brytanii, w Oxfordzie. Myślał o zawodzie lekarza, ale ostatecznie zamiast medycyny wybrał archeologię i antropologię na ekskluzywnych uczelniach Eton College i Uniwersytet Cambridge. W latach 90. skupił się na pracy pisarskiej i aktorskiej, pojawiając się w takich produkcjach jak „Rozważna i romantyczna”, „101 dalmatyńczyków”, „Człowiek w żelaznej masce” czy „Stuart Malutki”. W telewizji występował jedynie okazjonalnie, grając gościnnie w m.in w serialu „Przyjaciele”. Przełom w karierze przyniósł mu już pierwszy sezon „Dr. House’a” (2003). Na casting wysłał swoje krótkie demo nagrane w toalecie, bo był w tym czasie na planie innego, niewiele znaczącego serialu. Powtarza, że nie spodziewał się takiego sukcesu, zwłaszcza że wcześniej dał się poznać przede wszystkim jako komik i autor estradowych skeczy. W czerwcu skończył 50 lat.

Rzeczpospolita

środa, 25 listopada 2009

Bohaterski Polak, hollywoodzka superprodukcja i wielkie oszustwo


Katarzyna Wężyk, tvn24.pl dla Onet.pl

TVN24.pl/Onet.pl

Ta opowieść ma w sobie wszystko, co potrzeba do hollywoodzkiego przeboju krzepiącego serca Polaków.


Dzielnego polskiego kawalerzystę, który zesłany do radzieckiego łagru nie poddaje się i ucieka. Wędrówkę przez sześć i pół tysiąca kilometrów przez tajgę, pustynię i Himalaje. Spotkanie z yeti. A wreszcie międzynarodowy bestseller adaptowany przez światowej sławy reżysera. Problem tylko w tym, że historia Sławomira Rawicza niestety nie jest… prawdziwa.

Wychudzony i ubrany w łachmany, zmieniony nie do poznania Colin Farrell stoi na przełęczy wśród szczytów Himalajów. Wdrapał się tam ostatkiem sił razem z trójką wyglądających nie lepiej niż on podróżników. Mężczyzna podnosi dłoń do pokrytej odmrożeniami twarzy i zasłania oczy, zaczerwienione od braku snu i oślepiającego w słońcu śniegu. Ze spierzchniętych warg wydobywa się ochrypły okrzyk: - Janoosh, look!

Farrell wskazuje ręką na dwa stwory widoczne na stoku poniżej. Są potężne, dwuipółmetrowe i pokryte rudobrązową sierścią, a poruszają się na dwóch łapach. Tuż przed pokonaniem ostatniej bariery na liczącej ponad 6 tysięcy kilometrów drodze z syberyjskiego gułagu do Indii czwórce uciekinierów: Polakowi, Jugosłowianinowi, Łotyszowi i Amerykaninowi (granymi przez dwóch Anglików, Irlandczyka i Amerykanina) drogę zagrodził Człowiek Śniegu…

Colin Farrell w filmie "Parnassus"
Dziennikarski temat życia

Przebitka. Początek lat 50-tych, Nottingham, Wielka Brytania. Do domu Sławomira Rawicza, polskiego weterana II wojny światowej, puka młody dziennikarz "Daily Mail", Ronald Downing. Kilka tygodni wcześniej jego redakcja, która właśnie rozkręciła kampanię pod hasłem "Szukamy Yeti, Ohydnego Człowieka Śniegu", dostała od Rawicza list. Twierdził w nim, że widział dwa osobniki w Himalajach. Brytyjski tabloid nigdy specjalnie nie słynął z wiarygodności, list więc został potraktowany na tyle poważnie, żeby do jego autora wysłać reportera gazety. Ten szybko się zorientował, że historia z yeti to tylko czubek góry ludowej w porównaniu z resztą opowieści Polaka. Łamanym, mimo dziewięcioletniego pobytu w Wielkiej Brytanii, angielskim, z wydatną pomocą drugiej żony Marjorie i słownika, Rawicz przez rok opowiadał reporterowi swoją historię.

Z polskiej kawalerii do radzieckiego łagru

Urodził się w 1915 roku w Pińsku, który w dwudziestoleciu międzywojennym był w granicach II RP. W 1939 roku Rawicz ma niespełna 24 lata i jest porucznikiem kawalerii w rezerwie. Zmobilizowany zostaje akurat w dniu ślubu z ukochaną Wierą, a II wojna światowa wybucha jeszcze bardziej filmowo, w jego urodziny. Podczas kampanii wrześniowej jest świadkiem ostatniej szarży kawaleryjskiej na czołgi. Po zakończeniu walk, wraca do rodzinnego Pińska, gdzie zostaje zgarnięty przez NKWD. Podstawą do uznania go przez Rosjan za szpiega, jest świetna znajomość… rosyjskiego, którego Rawicza nauczyła jego matka – Rosjanka.

Polak najpierw trafiła do więzienia w Charkowie, a potem na Łubiankę, gdzie NKWD biciem, głodzeniem i upokarzaniem stara się go zmiękczyć. Sześć miesięcy spędza w "kiszce" - wąskiej celi, w której więzień może tylko stać, do tego we własnych ekskrementach. Traci zęby wybite mu przez sadystycznego oprawcę. Mimo fachowo przeprowadzonego "łamania" nigdy jednak nie przyznaje się do winy. Po parodii procesu słyszy wyrok: 25 lat ciężkiego łagru.

Kolejnym etapem gehenny Rawicza jest droga do umieszczonego za kołem podbiegunowym, niedaleko Jakucka, obozu. Najpierw tygodnie spędzone w zapełnionym do granic możliwości bydlęcym wagonie, z którego na kolejnych stacjach wyrzucano trupy, potem marsz w kajdanach do obozu nr 303. To wówczas, na jednym z postojów, rozmowa z tubylcem podaje mu pomysł ucieczki. - Ludzie silni i młodzi, którzy nienawidzą niewoli, zawsze próbują uciekać. Widzi mi się, że i ty spróbujesz – mówi mu stary Ostiak.

Wielka ucieczka

Od tej chwili Rawicz może myśleć tylko o ucieczce. Zbiera ekipę podobnie zdecydowanych na wszystko więźniów, w której jest dwóch Polaków: Makowski i Paluchowicz, Łotysz Kolemenos, Litwin Marcinkovas, Jugosłowianin Zaro oraz... Amerykanin Smith (skąd Amerykanin w sowieckim łagrze? Zanim trafił tam za szpiegostwo, budował moskiewskie metro). Dzięki pomocy żony komendanta łagru, którą Polak poznał naprawiając jej radio, ucieczka staje się bardziej realna.

Z zapasem chleba na kilka dni, uzbrojeni jedynie w nóż i siekierę, podczas kwietniowej śnieżycy siódemka więźniów ucieka z łagru. Ich celem są brytyjskie wówczas Indie. O trasie wiedzą tylko tyle, że muszą cały czas iść na południe i omijać ludzkie siedziby.

Jim Sturgess w filmie "50 ocalonych"
Po drodze uciekinierzy spotykają 17-letnią Polkę, Krystynę, która także uciekła z sowieckiego obozu. Dziewczyna dołącza do nich, stając się maskotką wyprawy. Zaczyna się wiosna, gromadka nieco już odkarmiona przekracza granicę z Mongolią, najgorsze wydaje się już za nimi. Jak bardzo się mylili, przekonują się podczas przekraczania pustyni Gobi. Bez zapasów wody, bez jedzenia, w palącym słońcu uciekinierzy nie mają, wydaje się, żadnych szans. Po drodze umiera Krystyna i jeden z Polaków, ale szóstka, ostatkiem sił, żywiąc się wężami i pijąc wodę z napotkanych szczęśliwym trafem oaz, przechodzi przez pustynię.

Kolejny etap trasy to Tybet i Himalaje. Choć ubrani są w pozszywane ze skór, własnej roboty ubrania i buty, choć wciąż ich jedyne narzędzia to nóż i siekiera, decydują się przekroczyć tę ostatnią już barierę dzielącą ich od celu. Ginie drugi Polak oraz Litwin. Pod sam koniec wędrówki zauważają dwa dziwne stworzenia, które Rawicz później identyfikuje jako yeti. Obserwują je z daleka, nie mając ochoty przekonać się, czy śnieżne olbrzymy są amatorami ludzkiego mięsa.

U podnóża Himalajów spotykają brytyjski patrol i dopiero wtedy ich gehenna naprawdę dobiega końca. Po podleczeniu, drogi czterech pozostałych przy życiu wędrowców rozchodzą się na zawsze. Rawicz udaje się do Palestyny, gdzie wstępuje do armii Andersa, a pod koniec wojny lata w RAF. Po demobilizacji żeni się, ma piątkę dzieci, a zawodowo zajmuje się stolarstwem. Jest jednym z wielu polskich powojennych emigrantów – do momentu, kiedy decyduje się wysłać do bulwarówki list o swoim spotkaniu z yeti.

Międzynarodowy bestseller

Książka "Długi marsz" ukazała się w 1956 roku i szybko stała się bestsellerem. Przetłumaczono ją na 25 języków i sprzedano pół miliona egzemplarzy. Recenzje były bardziej niż pozytywne. "Prawdziwie homerycka opowieść" – zachwycał się "The London Times". "Książka o godności i męstwie ludzi dążących do wolności" - dodawał "Los Angeles Times".

Przez pół wieku prawie nikt nie kwestionował relacji Rawicza. A dziur logicznych jest sporo. Jak po roku w sowieckich więzieniach, kilku tygodniach w bydlęcym wagonie, po przejściu 900 kilometrów piechotą podczas syberyjskiej zimy Rawicz znalazł jeszcze siły do ucieczki? Dlaczego żona komendanta bezinteresownie pomogła polskiemu zesłańcowi? Jak grupce wycieńczonych uciekinierów udało się praktycznie bez jedzenia i wody przejść pustynię? I Himalaje? Dlaczego jego towarzysze nigdy nie skontaktowali się z Rawiczem po wydaniu książki? Nawet najbardziej nieprawdopodobny fragment z Yeti zwykle pomijano milczeniem lub uznawano, że po 11 miesiącach nadludzkich wysiłków w ekstremalnych warunkach mogły się autorowi przewidzieć.

BBC na tropie

Dopiero w 2005 roku, rok po śmierci Rawicza, śledztwo w tej sprawie przeprowadziło BBC. Reporterzy zajrzeli do źródeł w rosyjskich, polskich, białoruskich i brytyjskich archiwach i żadne z nich nie potwierdziło wersji opisanej w „Długim marszu”. Według dokumentów Rawicz w 1940 roku rzeczywiście trafił do gułagu, ale za zabicie oficera NKWD. Wypuszczony został w 1942 roku na mocy amnestii, trafił do obozu nad Morzem Kaspijskim i wraz z wojskiem Andersa wyszedł z ZSRR przez Iran, a jego wielka ucieczka nigdy nie miała miejsca.

"Prawdziwa" ucieczka?

W maju 2009 brytyjski "Reader's Digest" ogłosił, że odnalazł prawdziwego uciekiniera, którego historię Rawicz sobie przywłaszczył. Miał nim być 87-letni dziś Witold Gliński, obecnie mieszkający w Kornwalii, najbardziej wysuniętym na południowy zachód hrabstwie Anglii. Jego opowieść jest niemal identyczna. Gliński miał 17 lat, gdy trafił do gułagu nad Leną z 25-letnim wyrokiem. Uciec także pomogła mu żona komendanta. Podobnie jak do Rawicza dołączyła do niego najpierw szóstka współwięźniów, a potem Polka. Morderczą wędrówkę przeżyła tylko czwórka uciekinierów. Po dotarciu do Indii Gliński trafił do Londynu, wstąpił do polskiego wojska i brał udział w lądowaniu w Normandii. Po wojnie ożenił się z Brytyjką. 50-letnie milczenie i zgodę na kradzież jego dziejów – oraz wszystkich płynących z wydania książki profitów – tłumaczył niechęcią do wracania do wojennych wspomnień.

Mark Strong w filmie "Miss Pettigrew Lives For a Day"
Problem w tym, że o prawdziwości tych rewelacji świadczy jedynie słowo Glińskiego. Ani "Reader's Digest", ani "Sunday Mirror", który podchwycił temat, nie przedstawił żadnych dowodów. Nie odpowiedziano też na pytanie, jak Rawicz miałby poznać historię rodaka, którą później powtórzył w najdrobniejszych szczegółach. Brytyjska prasa pisała, że zrekonstruował ją „prawdopodobnie na podstawie dokumentów polskiej ambasady w Londynie, do których w niejasnych okolicznościach zyskał dostęp jeszcze podczas wojny”. Gdzie są jednak te dokumenty? Jak Rawicz do niech dotarł? A może to Gliński chciał się ogrzać w cieple sławy rodaka, zwłaszcza że jego wiarygodność została już kilka lat wcześniej podważona przez BBC?

Sam Rawicz swojej wersji bronić nie mógł, bo rewelacje BBC zostały ogłoszone rok po jego śmierci. Jego wersji broniły dzieci. W specjalnym oświadczeniu stwierdziły: „Nasz ojciec był oddany przywracaniu pamięci o wszystkich tych, których groby nie posiadają krzyża, nad którymi żadna łza nie mogła być wylana, oraz tych, którzy nie żyli (lub zmarli) jako wolni ludzie”.

Długi marsz do Hollywood

Wciąż bez odpowiedzi pozostaje pytanie, czy "Długi marsz" rzeczywiście miał miejsce, a jeśli tak, to kto go przeszedł. Hollywood to najwyraźniej nie przeszkadza. Historię prawdziwej - bądź nie - ucieczki z łagru na ekran przenosi Peter Weir, reżyser m.in. "Pikniku pod wiszącą skałą" czy "Pana i władcy". Wprowadził pewne modyfikacje: tytuł brzmi nie "Długi marsz", ale "Droga z powrotem" ("The Way Back"), inne są też imiona bohaterów. Polaka, w filmie Janusza, gra Jim Sturgess. Colin Farrell wciela się w bohatera o imieniu Valka, Mark Strong będzie Khabrovem, Saoirse Ronan - Ireną, i tylko postać Eda Harrisa dalej nazywa się Mr. Smith.

Czy w filmie znajdzie się scena z yeti – która, gdyby Weir trzymał się książki, wyglądałaby zapewne podobnie do opisanej na początku tekstu, zobaczymy już w 2010 roku. Film jest obecnie na etapie postprodukcji.

środa, 5 sierpnia 2009

1968, czyli polski czołg w czeskiej knajpie

Jarosław Kałucki 05-08-2009, ostatnia aktualizacja 05-08-2009 11:19

To pierwszy film o bolesnym fragmencie polsko — czeskich relacji. Ale inwazja na Czechosłowację pokazana jest w komediowej konwencji. Zrealizował go polski reżyser Jacek Głomb, który w swym filmowym debiucie przeniósł wystawianą dwa lata temu sztukę na duży ekran.

„Operacja Dunaj”
źródło: materiały prasowe
„Operacja Dunaj”
„Operacja Dunaj”
źródło: materiały prasowe
„Operacja Dunaj”
„Operacja Dunaj”
źródło: materiały prasowe
„Operacja Dunaj”

- To polsko-czeska komedia — podkreślali zgodnie twórcy i aktorzy występujący w „Operacji Dunaj” przed polską premierą, która odbyła się w Nowej Rudzie na Dolnym Śląsku. Reżyser uważa to miejsce za symboliczne. — To właśnie tędy Ludowe Wojsko Polskie jechało w 1968 roku na Czechosłowację — mówił przed pokazem.

Jeden z czołgów miał się wówczas odłączyć od kolumny i zaginąć. Anegdota stała się pretekstem do dopisania dalszego ciągu. W „Operacji Dunaj” polscy żołnierze czołgiem T-34 „Biedronka” uderzają w ścianę i wjeżdżają do czeskiej gospody. I tu natychmiast zderzają się stereotypy myślenia Polaków o Czechach i odwrotnie, choć w ciągu kilkudniowego pobytu ulegają one weryfikacji. Czesi przestają być do bólu praktyczni, a z Polaków schodzi po części ułańska fantazja. Tylko Rosjanie w filmie pozostają tymi samymi brutalami i pijakami. Jak w znanym w wielu wersjach dowcipie o Polaku, Rusku i — w tym wypadku Czechu — są na straconej pozycji.

Jacek Głomb wybrał komediową konwencję, bowiem uważa, że Polacy rzadko próbują przedstawiać w ten sposób własną historię.

— Wstydzę się za to, co zrobiliśmy w 1968, ale nie zamierzam przepraszać za Jaruzelskiego — wyjaśniał opowiadając dlaczego zdecydował się właśnie na komedię. — To nie jest film historyczny ani rozrachunkowy.

— Dobrze, że o trudnych sprawach mówimy w taki właśnie sposób — mówił „Rz” Zbigniew Zamachowski (poszukujący czołgu kapitan Grążel). Komedia to lekkość i dystans a „Operaja Dunaj” jest pokazaniem inwazji z ludzkiej perspektywy, z dala od wielkiej polityki. Film nie mówi wprost o tych wydarzeniach, dlatego nie był dla mnie ani trudniejszy niż inne, ani wyjątkowy.

Groza inwazji na Czechosłowację przedstawiona jest w kilku zaledwie scenach. Filmowa opowieść o zwykłych ludziach w peryferyjnym czeskim miasteczku, którzy wyplątują się z absurdalnej sytuacji, w jakiej znaleźli się nie ze swojej winy. Film jest kaskadą gagów, zabawnych dialogów, charakterystycznych dla polskich i czeskich komedii, odniesień do wojennych sitcomów, jak choćby „Allo, Allo”, klimatycznych filmów Kusturicy czy „Czterech pancernych”.

„Operacja Dunaj” przez polską publiczność została nagrodzona długimi brawami. Ale czeskie aktorki, Petra Capkova grająca energiczną patriotkę odnoszącą się z niechęcią do najeźdźców, jak i Monika Zoubkova, filmowa Helenka, zakochana od pierwszego wejrzenia w polskim kapralu (Przemysław Bluszcz) nie są pewne, czy równie dobrze film zostanie przyjęty w ich kraju. — Nie ma takich Czechów, jak w tym filmie — twierdzą zgodnie. Nie uważają natomiast, by problemem była konwencja, w jakiej przedstawiono wydarzenia z 1968 roku.

Pierwsze reakcje u południowych sąsiadów są zróżnicowane. O ile reżyser i producent filmu, Włodzimierz Niderhaus, mówią o zaskakująco ciepłym przyjęciu na pokazach w Karlovych Varach i Pisku, to jednak „Lidove Nowiny”, największy czeski dziennik w recenzji podał, że obraz przypomina ospałą sielankę a absurdalna w założeniu historia jest w gruncie rzeczy filmem o niczym.

Obaw nie miał Maciej Stuhr (w filmie student, wyrzucony po Marcu'68 z uczelni i przymusowo wcielonego do armi). - Rolą artysty jest mówić i o tych epizodach w historii, które chluby nam nie przyniosły. Jadąc na zdjęcia liczyłem na czeską autoironię — mówił „Rz” Stuhr. — Ona pozwala spojrzeć na te wydarzenia z większym dystansem, niż gdyby komediowa opowieść odnosiła się do podobnych wydarzeń w Polsce. To w Czechach powstał film „Musimy sobie pomagać” mówiący o przebaczeniu konfidentom — zauważył aktor. — Nie zawiodłem się. Ten film zapamiętam głównie dzięki współpracy z przyjaciółmi zza południowej granicy.

Głomb twierdzi, że film został wręcz wydyskutowany w trakcie kręcenia go w Karpnikach pod Jelenią Górą. W 17-osobowej obsadzie występuje 9 aktorów czeskich. — To nie listek figowy, Jiri Menzel, który początkowo zadeklarował tylko opiekę artystyczną, zdecydował się na zagranie jednej z głównych ról — mówi producent „Operacji Dunaj”. Zresztą sam Menzel, który w czasie inwazji był w Pradze uważa, że to — jak się wyraził — trochę hańbiące, że taki film zrobili Polacy a nie Czesi. — Cieszę się, że temat został poruszony w filmie z polskiej perspektywy.

Jacek Głomb powiedział „Rz”, że po prezentacji filmu w Karlovych Varach młodzi niemieccy producenci zwrócili się do niego z propozycją, by w podobny sposób opowiedział o relacjach polsko — niemieckich.

- Nie zdecydowałbym się jednak na to — mówi reżyser. — Są one znacznie bardziej skomplikowane.

„Operacja Dunaj” wchodzi do polskich kin 14 sierpnia.

Rzeczpospolita

środa, 15 kwietnia 2009

"Le Monde": "Katyń" - przejmujący i bolesny film dla Wajdy

Jean-Luc Douin, "Le Monde" z 1 kwietnia
2009-04-14, ostatnia aktualizacja 2009-04-14 13:48

Fragmenty recenzji


Fot. Paweł Piotrowski / AG
ZOBACZ TAKŻE
Przyczyny, dla których Andrzejowi Wajdzie szczególnie zależało na zrealizowaniu tego filmu ["Katyń"], są dwojakie. Pierwsza ma charakter osobisty: wśród zamordowanych oficerów w Katyniu znajdował się także jego ojciec. W ten sposób Wajda rozlicza się ze swoją przeszłością, a także składa hołd swojej matce. Wajda wyznaczył sobie mesjanistyczny cel obrony tożsamości zniewolonego i rozszarpanego przez najeźdźcę kraju. Katyń jest nowym epizodem eposu o przetrwaniu narodu, który w swojej historii nie przestawał być łupem dla swoich sąsiadów. Film ten zaświadcza także o determinacji Wajdy rozprawienia się z propagowaną przez komunistów kłamliwą wersją historii.

(...) Katyń jest jednym z najbardziej poruszających filmów, jakie zrealizował Wajda. 83-letni reżyser pokazał po raz kolejny swą niezwykłą żywotność artystyczną. Pomimo to film zasługuje na dwie uwagi krytyczne.

Po pierwsze, Wajda w równym stopniu obciąża odpowiedzialnością za złupienie i wyniszczenie Polski i Polaków zarówno nazistów, jak i Sowietów. Podobnie jak "Człowiek z marmuru" film ten zrealizowany jest w kontekście konsensusu politycznego [tak w oryginale - red.] i jest prawdziwą antysowiecką bombą: Politbiuro skazuje na obóz pracy kobietę badacza Uniwersytetu Jagiellońskiego, polskie wojsko jest jawnie utożsamiane z podziemnym ruchem oporu, gdzie było tyluż naukowców, profesorów, inżynierów, prawników, artystów, co zawodowych żołnierzy.

Victor Zaslavsky w książce "Le massacre de Katyn" tłumaczy, że Sowieci istotnie zaprogramowali zbrodnię polskich oficerów i wywózkę ich rodzin do obozów. Uważali ich za "obiektywnych wrogów", burżuazyjną inteligencję, potencjalny zalążek ruchu oporu. Masowe egzekucje były "czystkami klasowymi".

Po wtóre, Wajda dopuszcza się dziwnego pomieszania zbrodni katyńskiej z zagładą Żydów. Otóż w filmie nie ma nawet najmniejszej aluzji do eksterminacji Żydów. Ale są sceny łapanek i prześladowania rodzin polskich oficerów, tak jakby chodziło o deportację Żydów do obozów zagłady. Jest też zadziwiający szczegół: przyszłe ofiary zbrodni okazują głębokie emocjonalne przywiązanie do maskotki - pluszowego misia, który został uznany przez Yad Vashem za symbol męczeństwa narodu żydowskiego - eksterminacji dzieci żydowskich.

Żona polskiego generała przymuszana jest przez Niemców do obciążenia Sowietów odpowiedzialnością za zbrodnię. Grozi jej deportacja do Auschwitz Wszystko i bez przerwy nawiązuje w filmie do eksterminacji Żydów, choć słowo to nie pada ani razu. Żydów w tym filmie po prostu nie ma. Ofiarą drugiej wojny światowej jest Polak.

Dlaczego to przemilczenie, skąd to pomieszanie? Wajda miał z tym problem od początku swojej kariery. Jego pierwszy film "Pokolenie" (1955) - traktujący o ruchu oporu przeciwko nazistom - już wtedy pomijał tę zasadniczą kwestię. Ale jest też prawdą, że dwuznaczny sposób przedstawiania przez polskie kino problemu żydowskiego nie dotyczy tylko samego Wajdy.

tłum. Jolanta Kawa

"Le Monde się kompromituje"

00:02, 15.04.2009

"LM": W "KATYNIU" WAJDY NIE MA WĄTKU HOLOCAUSTU

TVN24/ Fot. kadr z filmu "Katyń"
Nie cichną głosy oburzenia po kontrowersyjnej recenzji filmu "Katyń" Andrzeja Wajdy zamieszczonej przez francuski "Le Monde". - To kompromitacja "Le Monde". Poważny dziennik nie powinien zamieszczać kłamstw – oburzał się w "Magazynie 24 godziny" Bogusław Sonik, eurodeputowany PO. Według niego "Le Monde" próbuje nam "wmówić współodpowiedzialność" za zbrodnie popełnione podczas wojny na narodzie żydowskim.
Włoska gazeta "La Repubblica" opublikowała na swoich łamach rażący błąd... czytaj więcej »
Artykuł na temat filmu "Katyń" w "Le Monde" zamieszczono na początku kwietnia. Dziennikarz gazety Jean-Luc Douin stwierdza w swojej recenzji m.in., że reżyser filmu Andrzej Wajda za zniszczenie Polski jednakowo obciąża nazistów, jak i Sowietów oraz że w filmie nie ma żadnej wzmianki o Holocauście.


Dwa tygodnie po ukazaniu się tej recenzji, jej autorowi odpowiedział w liście redaktor naczelny "Gazety Wyborczej", Adam Michnik. - Zarzut, że w "Katyniu" nie ma Holocaustu, jest równie absurdalny, jak byłby zarzut wobec Spielberga, że w "Liście Schindlera" nie ma zbrodni katyńskiej i łagrów na Kołymie – stwierdził Michnik.

Przypomniał także, że francuska lewica przez długi czas nie poruszała takich tematów jak zbrodnia w Katyniu i agresja ZSRR na Polskę w 1939 roku.
Amerykanie musieli uzbroić się w cierpliwość, by zobaczyć "Katyń" Andrzeja... czytaj więcej »


"Próbują nam wmówić współodpowiedzialność"

Także Bogusław Sonik, eurodeputowany PO, jest zbulwersowany recenzją francuskiego dziennikarza. Jego zdaniem to "kompromitacja". Zwrócił uwagę, że przy okazji filmu o Januszu Korczaku francuska prasa pytała, dlaczego nie pokazuje "polskiego antysemityzmu". Według niego część zachodnich elit "próbuje nam wmówić współodpowiedzialność" za zbrodnie popełnione na naszych ziemiach na narodzie żydowskim.
Ta recenzja pokazuje myślenie lewicowych elit zachodnich, nie tylko francuskich, które uważały, że Stalin robił błędy, ale miał dobry kierunek.
Ryszard Czarnecki, PiS
Dodał, że przykład tej recenzji pokazuje, jak bardzo potrzebna jest konsekwentnie realizowana polityka historyczna państwa.


Ryszard Czarnecki, eurodeputowany PiS, stwierdził z kolei, że artykuł "Le Monde" jest częścią "chóru, który na Zachodzie śpiewa mało sympatyczne rzeczy o polskiej historii". Czarnecki ocenia też, że francuski dziennik w ciągu ostatnich kilku lat w sposób "karykaturalny, nawet głupi", relacjonował wydarzenia w polskiej polityce. – Ta recenzja pokazuje myślenie lewicowych elit zachodnich, nie tylko francuskich, które uważały, że Stalin robił błędy, ale miał dobry kierunek – oceniał Czarnecki.

aga//kdj

wtorek, 17 marca 2009

Gorączka "Kochaj i tańcz" w kinach i sklepach muzycznych

17 marca 2009 10:41TVN, Daga
Mateusz Damięcki i Iza Miko na planie
Mateusz Damięcki i Iza Miko na planie "Kochaj i tańcz"
Pierwszy polski film taneczny bije rekordy popularności. Film po drugim weekendzie w kinach obejrzało już 800 tysięcy widzów, natomiast płyta ze ścieżką dźwiękową z filmu osiągnęła status platyny.

Superprodukcja "Kochaj i tańcz" z udziałem Izy Miko i Mateusza Damięckiego weszła do polskich kin 6 marca i od razu stała się hitem. Film wyprodukowany przez TVN w pierwszy weekend projekcji obejrzało prawie 400 tysięcy widzów, co okazało się najlepszym wynikiem polskiego filmu od 10 lat.

Wraz z premierą "Kochaj i tańcz" w kinach, na rynku pojawiła się składanka z muzyką do filmu, zawierająca m.in. hit "I pray 4 love" w wykonaniu zespołu Afromental. Ścieżka dźwiękowa jest obecnie jedną z najchętniej kupowanych płyt. W ciągu 11 dni, jakie minęły od premiery, płytę z muzyką sprzedano już w 33 tysiącach egzemplarzy.

O filmie "Kochaj i tańcz"

Główna bohaterka filmu to debiutująca dziennikarka (w tej roli Iza Miko), której świat jest poukładany, świetnie zorganizowany i niemalże perfekcyjny. Ma oddanego narzeczonego (Wojciech Mecwaldowski), który daje jej poczucie bezpieczeństwa, wspaniałą matkę (Katarzyna Figura) i szansę na pracę w popularnym piśmie dla kobiet. Życie jednak jest nieprzewidywalne i na jej drodze stanie młody tancerz, marzący o karierze na Broadwayu pasjonat street dance (Mateusz Damięcki). Dzięki niemu zamknięta dotychczas pod szklanym kloszem dziewczyna odkryje świat pasji i tańca, który już na zawsze zburzy dobrze znany jej porządek. W tym świecie znajduje się także ktoś wyjątkowo ważny - ojciec, którego nigdy nie poznała.

O płycie "Kochaj i tańcz"

Soundtrack "Kochaj i tańcz" to wydawnictwo dwupłytowe. Na pierwszej płycie znajdują się przede wszystkim kompozycje Łukasza Targosza, w tym także piosenka promująca film "Pray 4 Love" w wykonaniu zespołu Afromental. Dodatkowo, na płycie m.in. nowa aranżacja hitu króla pop Michaela Jacksona "Dirty Diana" oraz specjalna muzyczna niespodzianka przygotowana przez Izę Miko, odtwarzającą główną rolę w filmie.

Druga płyta to zestaw piosenek inspirowanych filmem, ale utrzymanych w tanecznym klimacie. Piosenka "Pray 4 Love" zespołu Afromental jest także pierwszym singlem promującym najnowszy album tej formacji zatytułowany "Playing With Pop".

Zobacz wywiad z Izą Miko!

Zobacz wywiad z Mateuszem Damięckim!

Zobacz z zwiastuny, fragmenty, wywiady i inne materiały multimedialne związane z filmem "Kochaj i tańcz"!