Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tygodnik POLITYKA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tygodnik POLITYKA. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 stycznia 2009

Dwuramienni - biseksualiści

Barbara Pietkiewicz
2009-01-23, ostatnia aktualizacja 2009-01-23 12:47

Zobacz powiększenie
Biseksualiści w Polsce są zepchnięci na margines. Homo ich nie lubią, traktują często tak jak sami są traktowani przez heteroseksualnych.
Fot. Sławomir Kamiński / AG

Stary Kinsey, który w połowie ubiegłego wieku robił w Ameryce klasyczne badania zwyczajów seksualnych, ustalił, że spora część społeczeństwa to nie są ani czyści hetero, ani wyłącznie homoseksualni. To zmieszani, seksualnie podwójni.

Zobacz powiekszenie
Okładka ''Polityki'' nr 4
ZOBACZ TAKŻE
Nauka coraz dokładniej przygląda się biseksualistom. Powstają bi organizacje, centra pomocy, czasopisma, filmy, lokale, puby, kluby - co bi dusza zapragnie. W Polsce o nich się nie pisze w prasie, nie prowadzi badań naukowych, nie mają, poza nielicznymi, terapeutów - bi pustynia.

Nie funkcjonują też w przestrzeni publicznej. Nie robią głośnych coming outów, nie pokazuje się ich na billboardach, żeby normalni zobaczyli, że oni też normalni. Granatowy, fiolet i róż - bi kolory nie powiewają na paradach dumy. Idą wepchnięci między gejów i lesbijki. 17-letnia Aleksandra Sowa, biseksualistka z Krakowa, chce to zmienić. Działa w kampanii przeciw homofobii, związana jest z ruchem Zielonych i "Krytyką Polityczną".

Prócz Internetu, który jest ich jedyną ostoją, bi nie mają na zewnątrz niczego dla siebie. Homo ich nie lubią, traktują często tak jak sami są traktowani przez heteroseksualnych. W ogłoszeniach w pismach gejowskich, że ktoś szuka stałego partnera, geje i les często dodają: bi - nie odpowiadać, nieuczciwi i bi - wykluczeni.

Na forum internetowym jedna z bi apeluje do lesbijek: boli mnie, że jestem dla les wredną suką tylko dlatego, że miałam udane związki z mężczyznami. Prawdziwa bowiem les z krwi i kości boi się, że wchodząc w romans z bi zostanie przez nią porzucona dla mężczyzny.

Ta bi może porzucić les nie tylko dla innego, ale i dla innej, lecz zdrada na rzecz chłopa - obcego seksualnie - boli bardziej. Wiele lesbijek uważa zresztą, że bi są takimi samymi les jak one, ale wstydzą się przyznać do swej orientacji i dlatego udają, że z mężczyznami mogą też: czysta obłuda, mówią les.

Niechciani

Dla gejów natomiast mężczyźni bi są często za mało homoseksualni. Mój telefon został przez Ygę Kostrzewę z Lambdy podany na odpowiednich forach z informacją, że piszę tekst o bi. Jeden z nielicznych mężczyzn (kobiet było więcej, mężczyźni mniej chętnie ujawniają swój biseksualizm, twierdzi Ola Sowa) opowiedział mi, że kiedy jego partner, z którym od roku był w udanym związku, dowiedział się, że on czasem sypia także z kobietą, natychmiast wyszedł z mieszkania trzaskając drzwiami i więcej nie zadzwonił.

Bi irytują homoseksualistów także ze względów ideowych. Twierdzą oni, że ich orientacja jest zdeterminowana genetycznie, potwierdzają to zresztą niektórzy naukowcy. Nie można bowiem się jej nauczyć ani z niej wyleczyć. Jest więc czymś stałym, spójnym i zaprogramowanym przez naturę.

Bi ze swą płynnością seksualną psują im ten obraz. Oto wśród bądź co bądź kochających inaczej istnieje grupa, która monolitem nie jest, a wprost przeciwnie, zachowuje się jak na huśtawce, w myśl zasady: w tym jest cały życia smaczek - raz dziewczynka, raz chłopaczek.

Świat heteroseksualnych też biseksów nie lubi, bardziej nawet niż nie lubi czystych gejów, którzy już się opatrzyli, wywalczyli swoje, wiadomo kim są, niech sobie będą. Bi natomiast - ni pies, ni wydra, coś nieokreślonego, hybryda.

Samo istnienie bi budzi niepokój, bo oto okazuje się, że każda tożsamość seksualna może zostać rozszerzona, rozmydlona, nie jest więc dana raz na zawsze.

Bi, choć plasują się w środku między homo i hetero, są podejrzanymi intruzami. Co nie wyklucza, że niejeden z hetero chętnie nawiązałby bliską znajomość z ładną bi, która nadaje się wprost idealnie do trójkącika - tak się o nich myśli.

Aleksandra Sierakowska, autorka pierwszej i chyba jedynej w polskich uczelniach pracy magisterskiej o biseksualistach, napisanej w Uniwersytecie Warszawskim, podaje za trójką sztandarowych badaczy bi w Ameryce: Peterem J. Snyderem, Jamesem Weinrichem i Richardem Pillardem, że połowa przebadanych przez nich bi żyło w małżeństwach. Większość powiedziała o swojej orientacji partnerom, co nie zaszkodziło związkom, ale jeszcze je wzmocniło. W Polsce jeśli bi mówi o sobie, to zwykle bliskiej rodzinie i najlepszym przyjaciołom. Współmałżonkom rzadziej.

Jedna z polskich bi wyznaje na forum internetowym: powiedziałam mężowi, heterykowi, że przed ślubem spałam z kobietami. Ja też, odpowiedział. I w porządku. Zdrada żony z kobietą wydaje się zwykle mężczyznom nieistotna, dziecinna, zabawna, chętnie by sobie nawet popatrzyli. Ta bi z Internetu wyszła za mąż z miłości. Jest z mężem od 12 lat. Nie zdradza go, bo dla niej seks z kobietą to właśnie zdrada. I wyrzeczenie. Bo brak jej tego seksu.

Jeden z bi wyznał, że na studiach poznał geja, chłopaka swego życia. Zamieszkali razem w jego kawalerce po dziadku. Chłopak nie wie o preferencjach kochanka. Z miłości do niego, mówi bi, wyrzekłem się kobiet, choć przeżywam z tego powodu prawdziwe katusze. Narzuciłem sobie półcelibat, na razie się trzymam, ale nie wiem, ile zdołam w tym wytrwać.

Utajnieni

Lecz ujawnienie swego biseksualizmu przed rodziną, a zwłaszcza współmałżonkiem, nie zawsze dobrze się kończy. Nie tylko u nas. William Wedin, psycholog pomagający biseksom w Nowym Jorku, twierdzi, że odkrycie związku męża z innym mężczyzną (a dwie trzecie znanych mu mężczyzn bi było żonatych, głównie z kobietami hetero) rujnuje zwykle małżeństwo.

On czuje się upokorzony, a ona zdradzona, już nawet nie tyle przez fakt, że kochanką jest mężczyzna, ile że mąż w ogóle ma kogoś na boku. Toteż bi decydują się często na życie w dwóch światach. W tym pierwszym świecie, mówi Wedin, bi są statecznymi ojcami rodzin i normalnymi facetami jak ich znajomi i przyjaciele. W drugim w grupie gejowskiej, która nie wie, co w trawie piszczy, uchodzą za gejów. Wszystko podwójne. Chodzą, bywa, nawet do dwóch lekarzy: internisty i wenerologa, a każdy z medyków leczy co innego w jednym z ich światów.

Aleksandra Sierakowska przedstawia w swej pracy magisterskiej sylwetkę bi utajonego. Jest żonaty, myśli już o dzieciach. Żyje im się spokojnie. Ale on od kilku lat ma stałego kochanka. W obu relacjach czuje się szczęśliwy. Nie zrezygnuje z tej drugiej, bo poświęcił na budowanie związku tyle samo czasu i energii co na małżeństwo z żoną. Spotyka się z nim kilka razy w miesiącu. Z mężczyzną łączy go przyjaźń i seks. Z żoną seks jest cokolwiek nudny, ale tworzą rodzinę - na tym polega różnica. Jeśli czuje się w dołku, spotyka się z innymi bi. Poznał ich na szczęście w Internecie. Między swoimi odzyskuje równowagę.

Inny bi z pracy Sierakowskiej jest żonaty od 17 lat. Ma dwoje dzieci. Bardzo dba o to, żeby jego kontakty z mężczyznami się nie wydały. Jest w małżeństwie wierny, nie zdradza przecież żony z kobietami. Spotkania na boku to tylko seks.

Żona zaczyna coś podejrzewać, ale bi będzie się starał utrzymać małżeństwo za wszelką cenę. Jej uczucia są dla niego bardzo ważne, rodzina też. Ale z mężczyzn nie potrafi zrezygnować.

Motyli raj

Andżelika od trzech lat mieszka z chłopakiem, w którym jest poważnie zakochana. Poszli kiedyś razem do klubu. Obok przy stoliku siedziała dziewczyna. I nagle Andżelika poczuła monstrualny, jak mówi, przypływ pożądania. Przeraziła się. Musiała to sprawdzić. Następnego dnia przy stoliku tamtej nie było. Poszła do kawiarni, gdzie bywają lesbijki. Podeszła do niej jakaś inna dziewczyna.

Rozpoznajemy się - mówi Andżelika - przez gesty, spojrzenia, siódmym zmysłem. Z kawiarni biegły do pokoju w jej akademiku bez tchu. Zawdzięcza jej inaugurację w raju pełnym kwiatów, muzyki, śpiewu ptaków. Nigdy dotąd nie doznała w seksie tyle czułości, delikatności, motylich łagodnych dotknięć. Mężczyźni tego nie potrafią. Są chropowaci i pragną dominacji. Ale Andżelika mężczyzn się nie wyrzeknie. Lubi brutalny, mocny seks, a od kobiety tego dostać nie może.

Dla mężczyzn bi seks z kobietą jest, owszem, wspaniały, ale bywa ściśnięty gorsetem. Jedna się wstydzi, druga na coś nie pozwala, albo jej za dużo, albo nie dość czule. Natomiast w seksie z mężczyznami faceci czują się wolni, równi i niczym nieskrępowani. A seks, dla wielu kobiet, bi zresztą też, wydaje się być gorętszy, intensywniejszy i bardziej podniecający. Lecz bi badani przez Snydera, Weinricha i Pillarda mówią, że w sumie trudno jest określić, które z doznań - z mężczyzną czy kobietą - są wspanialsze. Oba, choć inaczej, uzupełniają się jak dwie połówki jabłka. Tylko dwie dają prawdziwe spełnienie.

Nigdy w seksie, pisze w Internecie któraś z bi, nie brakowało mi z kobietą czegoś między nogami, a w seksie z mężczyzną nie żałowałam, że nie jestem kobietą. Idę po prostu do łóżka z osobą, w której właśnie jestem zakochana.

Przerażenie

Skoro seks z bi jest tak wspaniale dwuramienny, bi powinni być ludźmi szczęśliwszymi od jednoramiennych. Tymczasem Amerykanie donoszą, że na 137 przebadanych bi aż 30 proc. myślało o samobójstwie, a połowa więcej niż raz próbowała targnąć się na życie. Bi są ponadto depresyjni i często zapadają na choroby psychiczne.

Suwam się po Kinseyu z góry na dół, pisze polska internautka, i nie mogę dojść z tym do ładu. Na skali Kinseya można próbować ustalić swoje preferencje. Zbudował ją w 1948 r. Za jej pomocą badani Amerykanie punktowali swoje odczucia, zachowania seksualne, a także skłonności do zakochiwania się od 0 do 6 w ramach kategorii: czysty heteryk, czyli 0 na skali, głównie heteryk z małą domieszką homo, głównie heteryk z dużą domieszką homo, po równo homo i hetero, głównie homo z dużą domieszką hetero, głównie homo z małą domieszką hetero i rubryka ostatnia - czysty homo, czyli szóstka na skali. Kinsey uważał, że obie orientacje przenikają się w ludziach i wzajemnie dopełniają.

Martin Weinberg, badacz bi, jest zdania, że w każdym z nas istnieje biologiczny potencjał biseksualności. Co sprawia, że u jednych on się objawia - nagle jak u Andżeliki albo drobnymi krokami w okresie dojrzewania - a u innych pozostaje głuchy? Nie wiadomo. Jak twierdzi Michael Bailey, amerykański socjolog, biseksualizmem rządzą geny. Jeśli odpowiedni czynnik genetyczny jest u kogoś dostatecznie silny, będzie homo. Jeśli mniej silny - wyjdzie bi.

Tak czy owak skala Kinseya nie chroni przed niepewnością, przerażeniem i rozpaczą. Człowiek nie wie, kim jest, uważa się za nienormalnego, nie wie, co ma ze sobą zrobić i jak żyć. Przychodzą do mnie z prośbą o pomoc, mówi Agata Engel-Bernatowicz, autorka książki "Kiedy kobieta kocha kobietę", jedna z nielicznych terapeutek, które się nimi zajmują. Chcą się zdefiniować i umieć siebie polubić.

Na podstawie badań Weinberga, mówi Aleksandra Sierakowska, wiadomo, że na przykład 80 proc. przebadanych bi pogodziło się ze swą seksualnością. Ujawniły ją bez wstydu najbliższym i otoczeniu i nie próbują zmieniać się na siłę, bo wiedzą, że to bezskuteczne. Jeśli nawet nie odbyłyby ani minuty seksu z kobietą, nadal czułyby się bi.

Ale William Wedin, psycholog zajmujący się bi w Nowym Jorku, powiada, że nawet ci już pogodzeni ze sobą, w małżeństwach, z uzupełniającymi związkami z inną płcią, też przechodzą katusze i męki wewnętrzne. Każde bowiem podwójne życie z jego kłamstwami, wybiegami i oszustwem nie przynosi sercu spokoju. Tak samo jak sercom heteryków z ich ślubnymi żonami i nieślubnymi na boku.

Dwustuprocentowy

Życie erotyczne bi nie przebiega bujniej tylko dlatego, że mają oni taką orientację. Seksoholików jest wśród nich tylu pewnie co i w całej populacji. Nie żyją, jak się sobie czasem wyobraża, jak piłki pingpongowe przerzucane od jednej krawędzi stołu do drugiej. Większość zresztą nie odczuwa identycznego pociągu do obu płci, jedna zwykle stale lub okresowo przeważa.

Czasem mam ochotę dotknąć czyjejś opalonej skóry, pogładzić delikatne lub szorstkie włosy, wpatrzeć się w określony uśmiech, kształt oczu, który chodzi za mną jak uparta melodia gdzieś zasłyszana - mówi jedna z dziewczyn. I nie ma znaczenia, czy te oczy czy włosy będą należały do mężczyzny czy kobiety, w których można się zakochać. Oni nie zakochują się w płci, mówi Agata Engel-Bernatowicz. Zakochują się w człowieku, w konkretnej osobie.

Uważają się często, jak zaobserwował William Wedin, za wrażliwszych od hetero i od homo kochanków, biegłych w ars amandi i zdolnych jednocześnie do głębokiej intymności. Jest w tym ziarno prawdy - twierdzi Wedin. Biseksualizm uczy patrzenia na rzeczywistość z różnych perspektyw. Wieloznaczność, niespójność, rozedrganie, które bywają przekleństwem ich życia, sprzyjają odrzucaniu rutyny i sztywnych wyborów także poza sferą erotyki. Odmawiam przyklejania mi etykietki. One są dobre na produktach spożywczych, mówi jeden z amerykańskich bi. Wielu twierdzi, że czują się przez swą tożsamość wzbogaceni, mogą bowiem czerpać z obu światów - homo i hetero. Jestem dwustuprocentowy, mówi inny amerykański bi.

Laurence Olivier, Cary Grant, Eleanor Roosevelt, Marlena Dietrich, Madonna, Britney Spears - mieli romanse i z kobietami, i z mężczyznami. Może zrobili to z ciekawości znudzeni łatwym dostępem do płci przeciwnej, każdy nadmiar wreszcie nuży. Możliwe też, że na skali Kinseya było im bliżej do hetero z małą domieszką homo niż do hetero czystego jak łza. A może byli po prostu biseksualni - pół na pół.

Robią to w końcu dwuramienne miliony ludzi na bożym świecie. I dobrze. Bo - jak mawiał stary Kinsey - jedynym nienaturalnym aktem seksualnym jest ten, którego odbyć nie jesteśmy w stanie.

Najnowszy numer ''Polityki'' - spis treści

niedziela, 11 stycznia 2009

Sponsorówki - Polityka 2/2009

Barbara Pietkiewicz
2009-01-09, ostatnia aktualizacja 2009-01-09 12:14
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,6142279,Sponsorowki.html

Na 900 tys. studiujących w Polsce dziewczyn ponoć co dziewiąta dorabia sobie ciałem.

Zobacz powiekszenie
Fot. Stock Photo
Do sponsoringu trafia się z ogłoszenia w prasie, w Internecie, z przypadku albo z polowania
Zobacz powiekszenie
Okładka ''Polityki'' nr 2
ZOBACZ TAKŻE
Studentki nie stoją na ulicach. Mają wielkie wzięcie w agencjach towarzyskich, bo miłe, umieją sensownie porozmawiać z klientami, którzy często równie gorąco jak seksu potrzebują wygadania się, zrozumienia i odrobiny uwielbienia kobiecego. Taka łatwiej umie być słodką idiotką, samarytanką albo sawantką - nasz klient, nasz pan. Zwłaszcza jeśli już nabyła w agencji trochę doświadczenia i pozbyła się początkowych frustracji.

To wcale nie jest lekki chleb, zajęcie bywa obrzydliwe, bo trzeba przy tym tłumić wstręt i gwałcić siebie samą, choć, jak twierdzą znawcy przedmiotu, bywają osoby, które właśnie lubią seks na tony i z kim popadnie.

Wiele agencjuszek marzy o znalezieniu wśród klientów męża albo partnera na stałe i to się zdarza wcale nierzadko - mówi Joanna Sztobryn-Giercuszkiewicz, autorka książki "Psychologiczne aspekty prostytucji". A jeśli nie męża czy stałego narzeczonego, to przynajmniej sponsora. Mając takiego zarabia się mniej, ale komfort pracy jest wyższy.

Sponsorowana, jak należy przypuszczać, rzadziej staje się sponsorowaną, przechodząc do tej funkcji z agencji towarzyskiej niż wprost z życia. Badań na ten temat nie ma, ale niektóre z nich poznały zapewne przedsmak zajęcia już w liceum, w układzie: hojny facet w garsonierze i dochodząca po lekcjach lolitka.

Większość sponsorowanych zahacza się jednak o zajęcie będąc na uczelni. Studentka, jeśli chce mieć sponsora, rzecz jasna, świetnie się do tego nadaje z powodu tych samych zalet co w agencji. Już sam jej status musi być dla sponsora pociągający. Oto ktoś, kto uczy się, rozwija, a on w tym pomaga pełniąc rolę mecenasa - czyż to wręcz nie rozgrzesza?

Z tego względu żadna z dziewczyn nie powie o sobie po przedwojennemu: utrzymanka. Ani, Boże broń, prostytutka, podkreśla Marika Szczęśniak z resocjalizacji na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, pisząca pracę magisterską o sponsoringu studenckim.

Te z agencji, mówi Joanna Sztobryn-Giercuszkiewicz, uważają, że to ich fach stały lub tymczasowy, ale jest, jaki jest. Sponsorowane zaś inaczej. Marice mówiły, że prostytutka nie wybiera klienta. Wchodzi na nią kto i jak chce. Sponsorowana zaś, zwłaszcza ładna, nie tylko wybiera, ale w umowie o dzieło może zastrzec, co z seksu wchodzi z jej strony w rachubę, a co nie. Co więcej, zdarza się, że sponsora wręcz lubi. Jedna z tych, z którymi rozmawiała Marika, ma swego z branży filmowej, obcokrajowca. Miły, kulturalny facet. Chętnie się z nim spotyka i śpi. Ale nie chciałaby wyjść za niego, bo jest już jego drugą sponsorowaną. Jako ewentualna żona bałaby się kolejnych.

Żaden tłuk

Do sponsoringu trafia się z ogłoszenia w prasie, w Internecie, z przypadku albo z polowania. Z ogłoszenia w Internecie jest najprościej. Studentka lubiąca seks, dyskretna, bezpruderyjna, namiętna, ofiarna (dam z siebie wszystko), doświadczona lub nie, drobna, obfita, filigranowa, rubensowska, rude, czarne, blondyny, wymiary, numer biustonosza (mała trójeczka) - nic co studenckie nie jest nam obce. Tylko brać. I jest branie. Na anons przychodzi fura konkretnych odpowiedzi romantycznych, czułych, obscenicznych oraz biologiczno-wymiotnych.

Co się tyczy portfela, panowie są możliwości średnich lub trochę ponad. Owszem, może wynająć studentce mieszkanie plus opłaty. Lub czesne i utrzymanie za dochodzenie z akademika do jego mieszkania w czasie nieobecności żony lub do garsoniery, pokoju znajomych itp. Czasem jakiś prezent.

Lektura ogłoszeń szukających sponsora pozwala przypuszczać, iż podaż jest tak duża, że aby sprawić sobie sponsorowaną, wystarczy dysponować mieszkaniem. Żadnych innych kosztów, dodają często kandydaci.

Renata Gardian, autorka książki "Zjawisko sponsoringu jako forma prostytucji kobiecej", zamieściła w Internecie anons ze zdjęciem, że szuka sponsora. Zgłosiło się 239, w tym 64 kandydatów na sponsorów, z którymi prowadziła długotrwałe rozmowy sondujące. Mieli przeważnie 20-29 lat, wykształcenie wyższe lub jeszcze studiowali i pochodzili z dużych miast, głównie z Warszawy, która staje się centrum sponsoringu w kraju. Byli wśród nich ekonomiści, menedżerowie, informatycy, lekarze, znane osoby z telewizji, pilot, makler, filozof. Rozwiedzionych i wdowców - ni śladu. Żonaci, owszem, tym nie dogadza w seksie żona albo im w łóżku zbrzydła. Ale większość to kawalerowie, którzy robią karierę zawodową i nie mają czasu na kwiaty, spacery, kina i podobne ceregiele wstępne, a potrzebują seksu od kogoś na stałe, co bardziej zabezpiecza przed chorobami płciowymi niż uczęszczanie do agencji.

Poza Internetem i gazetą z rubrykami "dam i szukam pracy", sponsora można poznać na basenie, w kawiarni, w kinie, na ulicy, wszędzie, gdzie wpadnie mu w oko ładna, rozumnie wyglądająca, nie żaden tłuk, dziewczyna z torbą wypchaną książkami albo z teczką do noszenia rysunków.

Umowa o dzieło

Sponsorów ma się także z polowania oko w oko w realu. Marika mówi, że są do tego wyznaczone tereny. W Bydgoszczy na przykład jest to jeden z supermarketów. Kandydatki przechadzają się tam wymachując butelką coca-coli, co jest znakiem rozpoznawczym. Sponsoruj mnie męską ręką, jak śpiewano w STS w czasach, kiedy sponsoring był rzadziej praktykowany (choć obecny).

Ci sponsorzy też nie muszą być jacyś super. Bo super są dopiero wyjęci z imprez z udziałem biznesmenów i innych nadzianych, z imprez towarzyskich, integrujących, bankietów, pokazów, wernisaży, balów, obchodów urządzanych w eleganckich klubach, pubach i restauracjach. Na imprezach tych trafić na poważnego sponsora to jest dopiero coca-cola.

Szanse na pomyślny wybór mają tam zwykłe bywalczynie, a także hostessy, wolontariuszki oraz te, które przybyły ze sponsorem w charakterze jego damy zdobycznej (co często wchodzi w skład umowy o dzieło) i dyskretnie mogą obecnego zamienić na bardziej zasobnego lub znaleźć dodatkowego.

W badaniach prof. Teresy Sołtysiak z Uniwersytetu w Bydgoszczy wystąpiła sponsorowana, mająca czterech sponsorów (dwóch z zagranicy), którzy rzecz jasna nie wiedzieli, że przyprawia im rogi. Sponsor, który sobie upatrzy dziewczynę, może sam podejść i zaprosić na drinka albo posłać w tym celu kelnera: ten pan uregulował za panią rachunek, ten pan panią zaprasza.

Sponsora można także uzyskać przez znajomość z inną sponsorowaną. One strasznie boją się rozpoznania, mówi prof. Sołtysiak. Bardziej niż zakażenia jakąś francą, bardziej niż ciąży. Czasem wie najbliższa przyjaciółka, już sponsorowana, która namówiła i naraiła sponsora dla kumpelki. Prof. Sołtysiak natrafiła na sponsorowaną, której rodzina wiedziała o zajęciu córki. Wie, co robi, jest dorosła - powiedzieli. Ale na ogół sponsorowane mówią, że zabiliby mnie, wyklęli, wyrzucili.

Poważnym zmartwieniem, prócz strachu przed rozpoznaniem, mówi Marika, jest kwestia, jak wytłumaczyć rodzinie nagłe pojawienie się drogich ubrań, perfum, kosmetyków. Opowiadają wtedy, że dostały dorywczą pracę w ambasadzie, jako bony u bogatych itd.

W reportażach o gangach nieletnich czyta się często, że ich rodziny, z reguły patologiczne, nie pytają, skąd się wzięły w domu cenne dobra. Ale sponsorowane nie pochodzą z takich rodzin. Jeśli dociera się z nich na uczelnię, to astronomicznie rzadko. Rzadko też pochodzą z rodzin skrajnie biednych. Nędza też do studiów nie prowadzi.

Z badań socjologów i psychologów, którzy zajmują się prostytucją, a jest ich jak na lekarstwo, wynika natomiast, że coś w tych rodzinach szwankuje. Jakieś wykorzystanie w dzieciństwie, restrykcyjne do bólu traktowanie jak potencjalnej dziwki po kwadransie spóźnienia do domu z dyskoteki.

Na czesne i Vuittona

Wolontariuszy fundacji katolickiej Wiosna gorszyły pragnienia dzieci z rodzin, w których nie starcza na podstawowe produkty żywnościowe. Pragnęły one mianowicie dostać na święta kosztowne zabawki, gadżety i markowe ubrania. Odwiedzając te rodziny wolontariusze zrozumieli, że dzieci z naznaczonych alkoholem bezrobotnych rodzin z powodu braku tych przedmiotów były w szkole i na placu zabaw wyśmiewane i poniżane.

Młodzi ludzie szybko się uczą, że teraz nie tylko dyplom, ale brak drogich wyróżników wiele znaczy w osiągnięciu sukcesu i wysokiego szczebla w hierarchii towarzyskiej.

Przeciętna dziewczyna, mówi Marika Szczęśniak, zwłaszcza ta, która przyjeżdża na studia ze wsi lub małego miasteczka, może sobie pozwolić na standard podstawowy. Jeśli studiuje w uczelni prywatnej, bo nie skończyła dobrego ogólniaka, musi zapłacić czesne, które czasem przekracza możliwości rodziców. Płatne studia, mówi Roksana, studentka z burdelu przy ul. Hożej w Warszawie - to największy napęd prostytucji. - Wolę w końcu ten burdel niż harówkę w jakimś McDonaldzie.

Ale również dziewczyny z domów, które mogą zapłacić za czesne i przyzwoite utrzymanie, startują do sponsoringu. Te się nie zadowolą byle mieszkaniem. Chcą być z kolorowego magazynu dla pań, czego już dom zwykle pokryć nie może albo nie uważa za słuszne. Nie jakiejś torebki pragną, lecz od Vuittona. Nie kremu Nivea z supermarketu, lecz najlepszej marki, ubrań markowych, rzecz jasna, palm na wakacje - całego pakietu lub choćby wybiórczo. No i forsy na książki, żeby nie sterczeć w bibliotekach. To pewnie pierwszy w historii tego zajęcia przypadek, że kupuje się za nie książki. Renacie Gardian opowiada jedna, że sponsor na głowie stawał, żeby jej kupić jakiś trudny do dostania podręcznik, lecz w końcu nabył i wręczył.

Ale nie tylko z pragnienia luksusu dziewczyny chcą sponsora. - Pragną oderwać się od szarzyzny życia, przeżyć przygodę - mówi prof. Sołtysiak. - A także znaleźć bogatego męża.

W umowie o dzieło wszelkie wyrywanie faceta ze związku jest z góry przez żonatego kandydata wykluczane. Seks ma być bez zobowiązań, z wyjątkiem finansowych. Ale w przypadku nieżonatego też. Sponsor stanu wolnego po to ma sponsorówkę, żeby mu nie zatruwała przyjemności jęczeniem o ślubach. Czasem wszakże rozkwita uczucie i ona zaczyna jęczeć, a on się skłania.

- Ale takie małżeństwa szybko się rozpadają - mówi Joanna Sztobryn-Giercuszkiewicz. - Coś w nich rwie się i pęka. Może facet czuje, że żona wisi na nim obojętnie jak ozdoba na świątecznym świerku albo jak chciwy bluszcz, albo ona spotyka miłość życia też bogatą. Pewnie różnie bywa.

Witaj smutku

Bywa najczęściej źle. Z tego zajęcia szalenie trudno odejść. Trudno przystać na niższy standard życia, na to, że nagle wszystko bez dopływu gotówki staje się gorsze, zgrzebne, tandetne, nie do zniesienia. Zaczynają mieć tych sponsorów - mówi prof. Sołtysiak - coraz więcej. Nie są już promiennie świeże z aksamitną skórą i piersiami nietkniętymi żadnym silikonem.

To zajęcie bardzo wyniszcza fizycznie. Wystarczą dwa lata - przytacza opinie dziewczyn z agencji Joanna Sztobryn-Giercuszkiewicz - i one szarzeją i tracą świeżość szybciej, niż wskazywałby na to wiek metrykalny. W sponsoringu dzieje się podobnie. Sponsorzy przerzucają się na nowy narybek, a one - mówi prof. Sołtysiak - lądują w agencjach towarzyskich.

Za płatny seks płaci się wysoką cenę. Joanna Sztobryn-Giercuszkiewicz przytacza wyniki badań amerykańskich, które dowodzą, że prostytutki mają typowe objawy stresu pourazowego, które dotykają ludzi po gwałcie, katastrofach i innych ekstremalnych przeżyciach. Dlatego też ich związki zawodowe zapewniają swym członkiniom pomoc psychologiczną.

Niektóre jednak ze sponsoringu wychodzą. Po dyplomie zaczynają pracować w zawodzie. Coś sobie nawet odłożyły na początek. Zakochują się, zostają z okularnikiem niekoniecznie nadzianym, a tamten czas wymazują z życia.

Lecz on jest niewymazywalny i płaci się za niego wysoką cenę. To zwykle cena odroczona. Dziewczyna wmawia sobie, że oddawanie swego ciała za pieniądze tylko jednemu mężczyźnie to nic zdrożnego. Że w małżeństwie mężczyzna też swą kobietę często utrzymuje, a ślub to w końcu tylko papierek. Że widać, ile jako kobieta jest warta, skoro on gotów jest płacić za nią tyle kasy. I mają w tym wszystkim jakąś rację.

Ale zawsze potem przychodzi refleksja, że on dzieli z żoną codzienne życie, do niej zachodząc na czas przez siebie wydzielany, i że ona jest do wymiany na inną, kiedy przestanie mu odpowiadać w łóżku na tej samej zasadzie jak buty lub samochód. Niektóre - mówi Sztobryn-Giercuszkiewicz - żeby mieć lepsze samopoczucie, nie chcą brać pieniędzy, a tylko prezenty. Mieszkanie - prezent, ciuchy - prezent, wyjazd na wakacje też. Bezgotówkowo.

Mimo wszelkich kamuflaży dziewczyna, która nie jest ze styropianu, nie wyrzuci z siebie seksu za pieniądze, tak jak nigdy - molestowania i przymuszania. Seks nigdy już może nie być taki, jak powinien - czysty, wspaniały i piękny.

Bo to nieprawda, że do sponsoringu idą tylko dziewczyny, co z niejednego pieca chleb jadły. Jedna z dziewięciu sponsorowanych, do których dotarła Renata Gardian, okazała się dziewicą. Jedna na dziewięć! Cóż za oszałamiający procent niewinności.

Dziewica została sponsorowaną z przypadku. Szła ulicą i podszedł do niej mężczyzna z konkretną propozycją. Wręczył wizytówkę. Dziewica czuła się obco i samotnie w mieście. On okazuje się też nieszczęśliwy był i samotny. Zadzwoniła. Pewnie był zszokowany tym, co się okazało za pierwszym razem, minęły czasy, kiedy defloracja uznawana była przez mężczyznę za szczególną przyjemność i obowiązywały za nią stawki stokroć wyższe niż za second hand.

Bo do sponsoringu idzie się także z samotności. Bywa, że ona pragnie spotkać namiastkę ojca, przyjaciela, którego nigdy nie miała. Najsmutniejszy sponsoring świata!

Najnowszy numer ''Polityki'' - spis treści

Zamów e-wydanie ''Polityki''

poleca:



Źródło: Polityka

piątek, 9 stycznia 2009

Sponsorówki

Barbara Pietkiewicz
05 stycznia 2009

Sponsorówki

Na 900 tys. studiujących w Polsce dziewczyn ponoć co dziewiąta dorabia sobie ciałem.
Studentki nie stoją na ulicach. Mają wielkie wzięcie w agencjach towarzyskich, bo miłe, umieją sensownie porozmawiać z klientami, którzy często równie gorąco jak seksu potrzebują wygadania się, zrozumienia i odrobiny uwielbienia kobiecego. Taka łatwiej umie być słodką idiotką, samarytanką albo sawantką – nasz klient, nasz pan. Zwłaszcza jeśli już nabyła w agencji trochę doświadczenia i pozbyła się początkowych frustracji.

To wcale nie jest lekki chleb, zajęcie bywa obrzydliwe, bo trzeba przy tym tłumić wstręt i gwałcić siebie samą, choć, jak twierdzą znawcy przedmiotu, bywają osoby, które właśnie lubią seks na tony i z kim popadnie.

 

Fot. sal paradise., Flickr, CC by SA  

Wiele agencjuszek marzy o znalezieniu wśród klientów męża albo partnera na stałe i to się zdarza wcale nierzadko – mówi Joanna Sztobryn-Giercuszkiewicz, autorka książki „Psychologiczne aspekty prostytucji". A jeśli nie męża czy stałego narzeczonego, to przynajmniej sponsora. Mając takiego zarabia się mniej, ale komfort pracy jest wyższy.

Sponsorowana, jak należy przypuszczać, rzadziej staje się sponsorowaną, przechodząc do tej funkcji z agencji towarzyskiej niż wprost z życia. Badań na ten temat nie ma, ale niektóre z nich poznały zapewne przedsmak zajęcia już w liceum, w układzie: hojny facet w garsonierze i dochodząca po lekcjach lolitka.

Większość sponsorowanych zahacza się jednak o zajęcie będąc na uczelni. Studentka, jeśli chce mieć sponsora, rzecz jasna, świetnie się do tego nadaje z powodu tych samych zalet co w agencji. Już sam jej status musi być dla sponsora pociągający. Oto ktoś, kto uczy się, rozwija, a on w tym pomaga pełniąc rolę mecenasa – czyż to wręcz nie rozgrzesza?

Z tego względu żadna z dziewczyn nie powie o sobie po przedwojennemu: utrzymanka. Ani, Boże broń, prostytutka, podkreśla Marika Szczęśniak z resocjalizacji na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, pisząca pracę magisterską o sponsoringu studenckim.

Te z agencji, mówi Joanna Sztobryn-Giercuszkiewicz, uważają, że to ich fach stały lub tymczasowy, ale jest, jaki jest. Sponsorowane zaś inaczej. Marice mówiły, że prostytutka nie wybiera klienta. Wchodzi na nią kto i jak chce. Sponsorowana zaś, zwłaszcza ładna, nie tylko wybiera, ale w umowie o dzieło może zastrzec, co z seksu wchodzi z jej strony w rachubę, a co nie. Co więcej, zdarza się, że sponsora wręcz lubi. Jedna z tych, z którymi rozmawiała Marika, ma swego z branży filmowej, obcokrajowca. Miły, kulturalny facet. Chętnie się z nim spotyka i śpi. Ale nie chciałaby wyjść za niego, bo jest już jego drugą sponsorowaną. Jako ewentualna żona bałaby się kolejnych.

Żaden tłuk

Do sponsoringu trafia się z ogłoszenia w prasie, w Internecie, z przypadku albo z polowania. Z ogłoszenia w Internecie jest najprościej. Studentka lubiąca seks, dyskretna, bezpruderyjna, namiętna, ofiarna (dam z siebie wszystko), doświadczona lub nie, drobna, obfita, filigranowa, rubensowska, rude, czarne, blondyny, wymiary, numer biustonosza (mała trójeczka) – nic co studenckie nie jest nam obce. Tylko brać. I jest branie. Na anons przychodzi fura konkretnych odpowiedzi romantycznych, czułych, obscenicznych oraz biologiczno-wymiotnych.

Co się tyczy portfela, panowie są możliwości średnich lub trochę ponad. Owszem, może wynająć studentce mieszkanie plus opłaty. Lub czesne i utrzymanie za dochodzenie z akademika do jego mieszkania w czasie nieobecności żony lub do garsoniery, pokoju znajomych itp. Czasem jakiś prezent.

Lektura ogłoszeń szukających sponsora pozwala przypuszczać, iż podaż jest tak duża, że aby sprawić sobie sponsorowaną, wystarczy dysponować mieszkaniem. Żadnych innych kosztów, dodają często kandydaci.

Renata Gardian, autorka książki „Zjawisko sponsoringu jako forma prostytucji kobiecej", zamieściła w Internecie anons ze zdjęciem, że szuka sponsora. Zgłosiło się 239, w tym 64 kandydatów na sponsorów, z którymi prowadziła długotrwałe rozmowy sondujące. Mieli przeważnie 20–29 lat, wykształcenie wyższe lub jeszcze studiowali i pochodzili z dużych miast, głównie z Warszawy, która staje się centrum sponsoringu w kraju. Byli wśród nich ekonomiści, menedżerowie, informatycy, lekarze, znane osoby z telewizji, pilot, makler, filozof. Rozwiedzionych i wdowców – ni śladu. Żonaci, owszem, tym nie dogadza w seksie żona albo im w łóżku zbrzydła. Ale większość to kawalerowie, którzy robią karierę zawodową i nie mają czasu na kwiaty, spacery, kina i podobne ceregiele wstępne, a potrzebują seksu od kogoś na stałe, co bardziej zabezpiecza przed chorobami płciowymi niż uczęszczanie do agencji.

Poza Internetem i gazetą z rubrykami „dam i szukam pracy", sponsora można poznać na basenie, w kawiarni, w kinie, na ulicy, wszędzie, gdzie wpadnie mu w oko ładna, rozumnie wyglądająca, nie żaden tłuk, dziewczyna z torbą wypchaną książkami albo z teczką do noszenia rysunków.

Umowa o dzieło

Sponsorów ma się także z polowania oko w oko w realu. Marika mówi, że są do tego wyznaczone tereny. W Bydgoszczy na przykład jest to jeden z supermarketów. Kandydatki przechadzają się tam wymachując butelką coca-coli, co jest znakiem rozpoznawczym. Sponsoruj mnie męską ręką, jak śpiewano w STS w czasach, kiedy sponsoring był rzadziej praktykowany (choć obecny).

Ci sponsorzy też nie muszą być jacyś super. Bo super są dopiero wyjęci z imprez z udziałem biznesmenów i innych nadzianych, z imprez towarzyskich, integrujących, bankietów, pokazów, wernisaży, balów, obchodów urządzanych w eleganckich klubach, pubach i restauracjach. Na imprezach tych trafić na poważnego sponsora to jest dopiero coca-cola.

Szanse na pomyślny wybór mają tam zwykłe bywalczynie, a także hostessy, wolontariuszki oraz te, które przybyły ze sponsorem w charakterze jego damy zdobycznej (co często wchodzi w skład umowy o dzieło) i dyskretnie mogą obecnego zamienić na bardziej zasobnego lub znaleźć dodatkowego.

W badaniach prof. Teresy Sołtysiak z Uniwersytetu w Bydgoszczy wystąpiła sponsorowana, mająca czterech sponsorów (dwóch z zagranicy), którzy rzecz jasna nie wiedzieli, że przyprawia im rogi. Sponsor, który sobie upatrzy dziewczynę, może sam podejść i zaprosić na drinka albo posłać w tym celu kelnera: ten pan uregulował za panią rachunek, ten pan panią zaprasza.

Sponsora można także uzyskać przez znajomość z inną sponsorowaną. One strasznie boją się rozpoznania, mówi prof. Sołtysiak. Bardziej niż zakażenia jakąś francą, bardziej niż ciąży. Czasem wie najbliższa przyjaciółka, już sponsorowana, która namówiła i naraiła sponsora dla kumpelki. Prof. Sołtysiak natrafiła na sponsorowaną, której rodzina wiedziała o zajęciu córki. Wie, co robi, jest dorosła – powiedzieli. Ale na ogół sponsorowane mówią, że zabiliby mnie, wyklęli, wyrzucili.

Poważnym zmartwieniem, prócz strachu przed rozpoznaniem, mówi Marika, jest kwestia, jak wytłumaczyć rodzinie nagłe pojawienie się drogich ubrań, perfum, kosmetyków. Opowiadają wtedy, że dostały dorywczą pracę w ambasadzie, jako bony u bogatych itd.

W reportażach o gangach nieletnich czyta się często, że ich rodziny, z reguły patologiczne, nie pytają, skąd się wzięły w domu cenne dobra. Ale sponsorowane nie pochodzą z takich rodzin. Jeśli dociera się z nich na uczelnię, to astronomicznie rzadko. Rzadko też pochodzą z rodzin skrajnie biednych. Nędza też do studiów nie prowadzi.

Z badań socjologów i psychologów, którzy zajmują się prostytucją, a jest ich jak na lekarstwo, wynika natomiast, że coś w tych rodzinach szwankuje. Jakieś wykorzystanie w dzieciństwie, restrykcyjne do bólu traktowanie jak potencjalnej dziwki po kwadransie spóźnienia do domu z dyskoteki.

Na czesne i Vuittona

Wolontariuszy fundacji katolickiej Wiosna gorszyły pragnienia dzieci z rodzin, w których nie starcza na podstawowe produkty żywnościowe. Pragnęły one mianowicie dostać na święta kosztowne zabawki, gadżety i markowe ubrania. Odwiedzając te rodziny wolontariusze zrozumieli, że dzieci z naznaczonych alkoholem bezrobotnych rodzin z powodu braku tych przedmiotów były w szkole i na placu zabaw wyśmiewane i poniżane.

Młodzi ludzie szybko się uczą, że teraz nie tylko dyplom, ale brak drogich wyróżników wiele znaczy w osiągnięciu sukcesu i wysokiego szczebla w hierarchii towarzyskiej.

Przeciętna dziewczyna, mówi Marika Szczęśniak, zwłaszcza ta, która przyjeżdża na studia ze wsi lub małego miasteczka, może sobie pozwolić na standard podstawowy. Jeśli studiuje w uczelni prywatnej, bo nie skończyła dobrego ogólniaka, musi zapłacić czesne, które czasem przekracza możliwości rodziców. Płatne studia, mówi Roksana, studentka z burdelu przy ul. Hożej w Warszawie – to największy napęd prostytucji. – Wolę w końcu ten burdel niż harówkę w jakimś McDonaldzie.

Ale również dziewczyny z domów, które mogą zapłacić za czesne i przyzwoite utrzymanie, startują do sponsoringu. Te się nie zadowolą byle mieszkaniem. Chcą być z kolorowego magazynu dla pań, czego już dom zwykle pokryć nie może albo nie uważa za słuszne. Nie jakiejś torebki pragną, lecz od Vuittona. Nie kremu Nivea z supermarketu, lecz najlepszej marki, ubrań markowych, rzecz jasna, palm na wakacje – całego pakietu lub choćby wybiórczo. No i forsy na książki, żeby nie sterczeć w bibliotekach. To pewnie pierwszy w historii tego zajęcia przypadek, że kupuje się za nie książki. Renacie Gardian opowiada jedna, że sponsor na głowie stawał, żeby jej kupić jakiś trudny do dostania podręcznik, lecz w końcu nabył i wręczył.

Ale nie tylko z pragnienia luksusu dziewczyny chcą sponsora. – Pragną oderwać się od szarzyzny życia, przeżyć przygodę – mówi prof. Sołtysiak. – A także znaleźć bogatego męża.

W umowie o dzieło wszelkie wyrywanie faceta ze związku jest z góry przez żonatego kandydata wykluczane. Seks ma być bez zobowiązań, z wyjątkiem finansowych. Ale w przypadku nieżonatego też. Sponsor stanu wolnego po to ma sponsorówkę, żeby mu nie zatruwała przyjemności jęczeniem o ślubach. Czasem wszakże rozkwita uczucie i ona zaczyna jęczeć, a on się skłania.

Ale takie małżeństwa szybko się rozpadają – mówi Joanna Sztobryn-Giercuszkiewicz. – Coś w nich rwie się i pęka. Może facet czuje, że żona wisi na nim obojętnie jak ozdoba na świątecznym świerku albo jak chciwy bluszcz, albo ona spotyka miłość życia też bogatą. Pewnie różnie bywa.

Witaj smutku

Bywa najczęściej źle. Z tego zajęcia szalenie trudno odejść. Trudno przystać na niższy standard życia, na to, że nagle wszystko bez dopływu gotówki staje się gorsze, zgrzebne, tandetne, nie do zniesienia. Zaczynają mieć tych sponsorów – mówi prof. Sołtysiak – coraz więcej. Nie są już promiennie świeże z aksamitną skórą i piersiami nietkniętymi żadnym silikonem.

To zajęcie bardzo wyniszcza fizycznie. Wystarczą dwa lata – przytacza opinie dziewczyn z agencji Joanna Sztobryn-Giercuszkiewicz – i one szarzeją i tracą świeżość szybciej, niż wskazywałby na to wiek metrykalny. W sponsoringu dzieje się podobnie. Sponsorzy przerzucają się na nowy narybek, a one – mówi prof. Sołtysiak – lądują w agencjach towarzyskich.

Za płatny seks płaci się wysoką cenę. Joanna Sztobryn-Giercuszkiewicz przytacza wyniki badań amerykańskich, które dowodzą, że prostytutki mają typowe objawy stresu pourazowego, które dotykają ludzi po gwałcie, katastrofach i innych ekstremalnych przeżyciach. Dlatego też ich związki zawodowe zapewniają swym członkiniom pomoc psychologiczną.

Niektóre jednak ze sponsoringu wychodzą. Po dyplomie zaczynają pracować w zawodzie. Coś sobie nawet odłożyły na początek. Zakochują się, zostają z okularnikiem niekoniecznie nadzianym, a tamten czas wymazują z życia.

Lecz on jest niewymazywalny i płaci się za niego wysoką cenę. To zwykle cena odroczona. Dziewczyna wmawia sobie, że oddawanie swego ciała za pieniądze tylko jednemu mężczyźnie to nic zdrożnego. Że w małżeństwie mężczyzna też swą kobietę często utrzymuje, a ślub to w końcu tylko papierek. Że widać, ile jako kobieta jest warta, skoro on gotów jest płacić za nią tyle kasy. I mają w tym wszystkim jakąś rację.

Ale zawsze potem przychodzi refleksja, że on dzieli z żoną codzienne życie, do niej zachodząc na czas przez siebie wydzielany, i że ona jest do wymiany na inną, kiedy przestanie mu odpowiadać w łóżku na tej samej zasadzie jak buty lub samochód. Niektóre – mówi Sztobryn-Giercuszkiewicz – żeby mieć lepsze samopoczucie, nie chcą brać pieniędzy, a tylko prezenty. Mieszkanie – prezent, ciuchy – prezent, wyjazd na wakacje też. Bezgotówkowo.

Mimo wszelkich kamuflaży dziewczyna, która nie jest ze styropianu, nie wyrzuci z siebie seksu za pieniądze, tak jak nigdy – molestowania i przymuszania. Seks nigdy już może nie być taki, jak powinien – czysty, wspaniały i piękny.

Bo to nieprawda, że do sponsoringu idą tylko dziewczyny, co z niejednego pieca chleb jadły. Jedna z dziewięciu sponsorowanych, do których dotarła Renata Gardian, okazała się dziewicą. Jedna na dziewięć! Cóż za oszałamiający procent niewinności.

Dziewica została sponsorowaną z przypadku. Szła ulicą i podszedł do niej mężczyzna z konkretną propozycją. Wręczył wizytówkę. Dziewica czuła się obco i samotnie w mieście. On okazuje się też nieszczęśliwy był i samotny. Zadzwoniła. Pewnie był zszokowany tym, co się okazało za pierwszym razem, minęły czasy, kiedy defloracja uznawana była przez mężczyznę za szczególną przyjemność i obowiązywały za nią stawki stokroć wyższe niż za second hand.

Bo do sponsoringu idzie się także z samotności. Bywa, że ona pragnie spotkać namiastkę ojca, przyjaciela, którego nigdy nie miała. Najsmutniejszy sponsoring świata!

 

CZYTAJ TAKŻE:

  • Dziewczyny do kupienia - Szlaufy są wszędzie, gdzie duże centra handlowe. 14–15-latki, które uprawiają seks ze starszymi od nich nawet o 30 lat sponsorami
  • Młodszy przedmiot po żądania - Warszawska policja ujęła grupę mężczyzn korzystających z usług chłopców prostytuujących się na Dworcu Centralnym. Śledztwo utajniono, ale nie da się podtrzymywać spokojnego przekonania, że prostytucja dziecięca to margines marginesu społecznego. Sprzedające się dzieci pochodzą również z dobrych domów, złapani klienci uchodzili za szanowanych obywateli. 

wtorek, 16 grudnia 2008

Wilk eksportowy

Ryszarda Socha
2008-12-13, ostatnia aktualizacja 2008-12-13 21:06

Zobacz powiększenie
Tankowiec Sirius Star - Polak jest na nim kapitanem
Fot. AP AP

Gdy na świecie dochodzi do katastrofy morskiej czy porwania statku, zwykle wśród ofiar jest polski marynarz. Z dawnej morskiej potęgi pozostały nam tylko kadry.

Zobacz powiekszenie
Okładka ''Polityki'' nr 50
Największy armator Polska Żegluga Morska ma obecnie 71 statków, z których żaden nie pływa pod polską banderą. Załogi PŻM liczą zaledwie 2,5 tys. osób. Jednocześnie nigdy przedtem po morzach nie pływało tak wielu Polaków jak teraz. Piotr Masny, przewodniczący Związku Agentów i Przedstawicieli Żeglugowych (APMAR), organizacji, która skupia około 40 marynarskich pośrednictw pracy, szacuje liczbę naszych marynarzy na 35 tys., a ich roczne zarobki na blisko miliard dolarów.

Marek Błuś, kapitan żeglugi wielkiej i dziennikarz prasy specjalistycznej, za bliższą prawdzie uważa liczbę 60 tys. Bo na początku 2000 r., gdy zarządzono wymianę morskich dyplomów i świadectw, pięćdziesiąt parę tysięcy osób zadało sobie trud tej biurokratycznej mitręgi raczej nie po to, by schować uprawnienia do szuflady. Do tego dochodzi duży rynek wycieczkowców, a na jednym takim statku może pracować nawet 2 tys. osób, przede wszystkim w załodze hotelowej, od której nie wymaga się morskich dyplomów. - Wycieczkowce - mówi Błuś - to 300 tys. miejsc pracy, z których 10 tys. może być obsadzonych Polakami. Poza tym coraz więcej osób nie korzysta z usług agencji, tylko samodzielnie nawiązuje kontakt z zagranicznymi pracodawcami. Od 10 lat popyt na wilków morskich z dyplomami jest większy niż podaż. Według szacunków Unii Europejskiej do 2012 r. we flotach krajów unijnych może zabraknąć 15 tys. oficerów marynarki, a na świecie - 40 tys. Tradycyjnie morskie nacje Europy Zachodniej - Anglicy, Norwegowie, już się do tej pracy nie garną.

Zwykły przemysł

Na uprowadzonym przez somalijskich piratów nowym wielkim tankowcu "Sirius Star" kapitanem jest Marek Niski z Gryfina, a oficerem technicznym, czyli specjalistą od elektryki, elektroniki i automatyki Leszek Adler z Gdyni. Polacy zajmują na statkach obcych armatorów coraz wyższe szczeble. Do niedawna, choć mieli ku temu uprawnienia, stosunkowo rzadko obejmowali stanowiska pierwszych po Bogu. - W firmie, w której pracowałem - opowiada Piotr Masny - trzy lata temu był tylko jeden polski kapitan. Teraz jest ich jedenastu. Tamta kadra się starzeje. Nie ma jej kim zastąpić.

Bo też marynarski fach stracił specyficzną aurę, która stanowiła o jego atrakcyjności. Odarł go z uroku rozwój technologii. - Weszły komputery, czujniki, sensory, patrzenie w ekran, klikanie, zwykły przemysł - opowiada Ryszard Krzysztyniak, szczecinianin, pływający jako II mechanik na zagranicznych statkach, które zaopatrują morskie wieże wiertnicze. Wcześniej pływał w PŻM na masowcach. Wyładunek węgla w Rotterdamie trwał nie dłużej niż dwa dni. Zazdrościł wtedy kolegom z PLO, bo ich statki woziły drobnicę, której przeładunek wymagał więcej czasu. Ale potem weszły kontenery i z drobnicą zrobiło się to samo - krótki postój i żegnaj.

Anglicy wyliczyli, że w Cardiff w 1970 r. statki stały średnio po sześć dni. To znaczy, że można było zejść na ląd, pozwiedzać, zrobić zakupy, napić się wódki w marynarskiej knajpie, ponaprawiać coś w maszynie, odreagować po zmaganiach z żywiołem. W 2000 r. średnio stało się w tym porcie 16 godzin. A zdarzają się i wejścia na cztery godziny. To znaczy, że z reguły nie ma czasu, by zejść na ląd i zaznać lokalnych atrakcji. Często statek wyposażony jest w urządzenia do rozładunku, a członkowie załogi mają podwójne kwalifikacje - i do pływania, i do rozładowywania. Dziś port to nie jest spokojna przystań, tylko kolejny stres.

Na dużych masowcach PŻM pływało kiedyś 45 osób, teraz 20; na mniejszych statkach normą było 30 osób, teraz o połowę mniej. Na drobnicowcach PLO załogi składały się z 45-55 dusz, na współczesnych odpowiednikach tego typu statków pływa góra 25 osób, a często poniżej 20. - Kiedyś statek był gettem izolowanym od kraju, ale nie było izolacji ludzi od siebie wzajemnie - stwierdza Marek Błuś. Nie spotykało się angielskiego statku, który by nie miał drużyny piłkarskiej. Przy dużych załogach nie było potrzeby pracy w nadgodzinach. Ludzie mieli czas na różne hobby, grali w brydża, w szachy, na mostku toczyły się dyskusje. To zanikło. - W latach 90. pływałem na małym statku z niewielką załogą. Pełniłem wachty na zmianę z kapitanem w systemie 6 na 6 godzin. Gdy szedłem na wachtę, która zaczynała się w południe, to przez dwa tygodnie obiad jadłem kompletnie sam. Przez kilkanaście dni sztormowego rejsu nie spotkałem nikogo poza kapitanem. Każdy z załogi miał własne obowiązki i własne życie.

U zagranicznych armatorów zazwyczaj załoga składa się z marynarzy kilku narodowości. Polacy, Niemcy, Filipińczycy, Hiszpanie - mieszanka kultur, obyczajów, religii. Nie ma, jak dawniej, oglądania filmów z projektora. Ludzie zamykają się w kabinach ze swoimi laptopami. Czasem zdarzają się wspólne grille. I tyle.

Pirat na burcie

Monotonię zaburzają ataki piratów. Rejon Somalii jest zaliczany do najbardziej niebezpiecznych wód na świecie. W tym roku tamtejsi piraci porwali już blisko sto statków. Wciąż duże ryzyko napaści występuje na wodach Azji Południowo-Wschodniej, zwłaszcza w rejonie cieśniny Malakka, gdzie piraci nastawieni są nie na okup, ale na rabunek ładunku. I na ogół świetnie wiedzą, co przewozi dany statek. Uważać trzeba w Afryce Zachodniej, zwłaszcza u wybrzeży Nigerii, w niektórych rejonach Ameryki Południowej. Prawie każdy marynarz, któremu zdarzyło się odwiedzić te miejsca, wspomina jakieś groźne, a czasem może tylko groteskowe epizody. Piotr Masny był na tankowcu na redzie Puerto la Cruz w Wenezueli. Dwóch marynarzy z pałkami pełniło przeciwpiracką wachtę. Statek był niewiele mniejszy od "Siriusa", blisko 300 m długości. Gdy wachtowi poszli na dziób, napastnicy po łańcuchu kotwicznym wspięli się na rufę. Jednego z wachtowych złapali, rozebrali ze spodni i przywiązali do relingu. Drugi zdołał uciec do reszty załogi, która się zamknęła. Napastnicy wzięli, co im w ręce wpadło, jakieś liny, farby, i szybko uciekli tratwą.

Marek Błuś był świadkiem trzech nieudanych napaści. W Peru piratów zniechęcił ochroniarz wyposażony w broń palną z kulami dum-dum. Gdy statek płynął do Madrasu, próbowali wejść na pokład po bosakach, ale źle je zaczepili i pospadali. - Myśmy rzucali w nich butelkami z piaskiem - relacjonuje Błuś. Jednak najczęściej stosowanym przez marynarzy orężem są węże gaśnicze i armatki przeciwpożarowe; dobre tylko wtedy, gdy napastnik nie ma broni palnej.

Dziś porwanie staje się globalnym newsem, relacjonowanym przez wszystkie media. Do niedawna wiele takich historii trzymano w ścisłej tajemnicy. W styczniu 1990 r. PLO "Bolesław Krzywousty" wypłynął w rejs. Statek, z bawełną w ładowniach, u wybrzeży Somalii zaatakowali partyzanci Ludowego Frontu Wyzwolenia Erytrei. Ostrzelali go z granatnika. W wielu miejscach wybuchł pożar. Uszkodzone zostały rurociągi pożarowe, co uniemożliwiło gaszenie. Załoga nadała sygnał Mayday i spuściła szalupę. Statek spłonął. Agresorzy uprowadzili marynarzy i więzili ich przez trzy tygodnie. W starania o uwolnienie porwanych prócz armatora zaangażowało się polskie MSZ, służby dyplomatyczne ZSRR, USA, Francji, Włoch i innych państw. Ukrywano to w tajemnicy. W grę wchodził okup. Po trzech tygodniach udało się wynegocjować uwolnienie marynarzy.

W następnym roku w tym samym rejonie ostrzelany został kolejny król - "Władysław Łokietek". Załoga na tydzień trafiła do niewoli. Napastnikami okazali się partyzanci z Somalijskiego Ruchu Narodowego. Czy to było piractwo, czy też terroryzm? Pewnie jedno i drugie.

Na morzu obowiązuje prawo traktatowe i zwyczajowe. Zwyczaj międzynarodowy dopuszcza wyposażenie statku handlowego w broń palną. Kilka miesięcy temu piraci somalijscy zaatakowali statek Korei Północnej. Kapitan rozdał marynarzom broń. Ci zaś odparli atak, zabijając bądź raniąc napastników. W potyczce rannych zostało także dwóch marynarzy koreańskich. Z pokładu do szpitala zabrał ich helikopter. Bojowość Koreańczyków wynikała pewnie z tego, że byli jednolitym narodowo zespołem. Małe, słabo zintegrowane załogi są bezradne wobec ataków coraz lepiej zorganizowanych i uzbrojonych piratów.

Straszniejsze niż sztorm

U dobrych armatorów nie pływa się już dziewięć miesięcy bez przerwy, jak kiedyś, a i rejsy sześciomiesięczne to rzadkość. Dziś standard to cztery miesiące. Skrócenie pobytów na morzu pewnie jakoś łagodzi problem zmęczenia, ale go nie rozwiązuje. Według Holendrów, którzy prowadzą nastawione na marynarzy wielkie przychodnie portowe, najbardziej obciążeni fizycznie i psychicznie są starsi oficerowie, czyli ci, którzy zastępują kapitana na pokładzie oraz odpowiadają za ładunek. Holenderskie badania wykazują, że nawet motorzysta nie ma dziś tak ciężko. Toteż część II oficerów bynajmniej nie goni za awansem na starszego oficera. Niektórzy porzucają morze, gdy dochodzą do tego punktu kariery.

Zaraz za starszym oficerem na skali obciążeń plasuje się kapitan, którego dodatkowo gnębią gigantyczne obciążenia biurokratyczne. Podobno roboty papierkowej jest tyle, że Norwegowie przymierzają się do stworzenia stanowiska oficera sekretarza. Dla kontenerowców już od dawna część armatorów zatrudnia w swoim biurze tzw. preplannerów. Gdy statek zbliża się do portu, preplanner leci tam, by wesprzeć kapitana i starszego oficera, którzy odpowiadają za przeładunek statku.

- Kapitan i starszy mechanik praktycznie nie schodzą na ląd, bo co port, to inspekcja - opowiada Jacek Dubiński, starszy mechanik, a zarazem przewodniczący Federacji Związków Zawodowych Marynarzy i Rybaków. Marek Błuś poznał niedawno kapitana, który pływał na kontenerowcu przez Pacyfik i przez 10 lat raz tylko miał okazję, żeby zejść na ląd.

- Do początku tego stulecia spadała liczba wszelkiego typu wypadków na morzu, a teraz rośnie - zwraca uwagę Błuś. - Dziś marynarze mniej się boją przyrody, a bardziej człowieka i technologii. Pewna szwedzka pani kapitan przebadała personel 15 bardzo nowoczesnych statków. Okazało się, że oficerowie nie panują nad komputerem nawigacyjnym i innymi urządzeniami, które mają na mostku.

Koniec kokosów

Morze, z którego Anglicy, Norwegowie czy Niemcy zaczęli uciekać na ląd już sporo lat temu, dla Polaków długo jeszcze było spełnieniem snów. Gdy Ryszard Krzysztyniak, rocznik 1957, chodził do szkoły średniej, w jego klasie uczyło się kilkoro dzieci marynarzy. - To było po nich widać - opowiada. - Kiedy ojciec koleżanki przywiózł z rejsu karton pomarańczy, to ona potrafiła kilkanaście sztuk rozdać w klasie. A gdy robiliśmy sobie paczki na mikołaja, to ten, kto wylosował syna marynarza, miał szansę dostać paczkę Philip Morrisów, papierosów, których w kiosku się nie kupiło. Marynarze mieli większe możliwości. I ja, planując przyszłość, też chciałem je mieć. Poza tym to była jedyna możliwość, żeby uciec od szarości, zobaczyć, jak żyją na Zachodzie.

Jacek Dubiński, rocznik 1952, miał pływającego ojca, ale do dziś pamięta szok kulturowy, jaki przeżył, gdy tata w latach 60. wziął go ze sobą w rejs. W Lubece zobaczył olbrzymi sklep płytowy. Kupił tam sobie Beatlesów za całe 7 dol.

Zarobki marynarskie w złotówkach były wtedy niewielkie. Ale liczyły się tzw. dodatki dewizowe - rzędu stu dolarów miesięcznie. Na dodatkach był oparty marynarski biznes - legalny i nielegalny. Pomnażało się je, przywożąc do kraju zegarki, koszule non-iron, płaszcze ortalionowe, kremplinę, szampony zielone jabłuszko. Dubiński do dziś pamięta brandy Chevalier de la Tour, zwaną śmiercią marynarza, po 27 centów za

0,7 litra. A w stanie wojennym wieziono spirytus w plastykowych baniakach. Clili go jako paliwo do prymusów. Ale w koktajlach się sprawdzał.

Z takich biznesów powstawał marynarski dobrobyt. W Gdyni cały kwartał marynarskich domów jednorodzinnych zwyczajowo nazywa się Zegarkowem, bo zostało zbudowane w latach 60. za pieniądze z przywozu zegarków marki Atlantic. Kapitan, oficer marynarki handlowej, to było panisko. Żeby się otrzeć o te wspaniałości, na morze jako prości marynarze szli wtedy nierzadko ludzie z wyższym wykształceniem lądowym, mający w morskiej branży wpływowych znajomych. Dziś pensja prostego marynarza to - w porównaniu do zarobków na lądzie - żadna atrakcja. Ale płace oficerskie są zachęcające, zwłaszcza te dla top four - czterech stanowisk najwyższych rangą. Płace starszego oficera i II mechanika to od 8 do 15 tys. euro, zaś starszy mechanik i kapitan mogą liczyć na 8-15 tys. euro za każdy miesiąc spędzony na pokładzie. W PŻM płace są nieco niższe od dolnego pułapu zagranicznych kontraktów - kapitan ma 6 tys. dol.

Przed wiekami świat był prostszy. Gdy kapitanowi brakowało marynarzy, werbownicy wyruszali w miasto, w gospodach spijali zdrowo wyglądających osiłków do nieprzytomności i taszczyli na statek. Delikwent budził się już na morzu, bez drogi odwrotu. Teraz jednak potrzebny jest marynarz dyplomowany.

Choć polska flota radykalnie się skurczyła, morskie akademie nie zaprzestały kształcenia. Ba, prócz uczelni publicznych powstały także szkoły prywatne. Jednak gdy za komuny zdarzały się lata, że o jedno miejsce w wyższych szkołach morskich (dziś akademie) ubiegało się 12-15 kandydatów, rok temu po pierwszym naborze pozostało sporo nieobsadzonych miejsc. Toteż gdyńska akademia studentom I roku specjalności pływających oferuje bezpłatne akademiki. By przyciągnąć chętnych do nauki, Ministerstwo Infrastruktury opracowało program Partnerstwo dla Morza. Morskie uczelnie i marynarskie agencje pracy ślą teraz swoich ludzi, obdarzonych talentem opowiadaczy, do szkół średnich Polski centralnej i południowej. Zachęcają młodzież do morza. Piotr Masny podkreśla jednak, że młodzi, z którymi ma do czynienia, myślą inaczej niż kiedyś: mają w nosie romantyzm, liczą kasę, budują konkretny plan. Kalkulują: za ile czasu będą kapitanami, wybudują dom i skończą z pływaniem.

* Nie mamy floty pod polską banderą, ale ciągle szkolimy marynarzy Kadrę oficerską dla floty handlowej kształcą: Akademia Morska w Szczecinie - ponad 2500 studentów wszystkich roczników na kierunkach morskich; Akademia Morska w Gdyni - 1255 studentów; Szkoła Morska w Gdyni (niepubliczna pomaturalna) - ok. 250 uczniów

* Obce bandery nad polskimi statkami. Statki (łącznie 71) największego naszego armatora - Przedsiębiorstwa Państwowego Polska Żegluga Morska- pływają pod banderami następujących krajów: Bahamy - 17 statków, Malta - 16, Liberia - 12, Cypr - 10, Panama - 8,Vanuatu - 7, Wyspy Marshalla - 1 statek

* Europejscy marynarze. Procentowy udział poszczególnych krajów wśród ogółu pracowników żeglugi pochodzących z krajów Unii: Polska - 12, Włochy - 12, Grecja- 10, 6, W. Brytania - 9,1, Belgia - 8,3, Holandia - 6,8, Łotwa - 6,4, Dania - 5,1, Szwecja - 4,8, Francja - 4,7, Litwa - 4,0, Finlandia - 3,9

Najnowszy numer ''Polityki'' - spis treści