środa, 6 stycznia 2016

Marek Hłasko: nie wiem, po co żyję, jeśli nie kocham




Całe życie starał się kochać, w czym trochę przeszkadzał mu wysiłek, jaki wkładał w budowanie swojej legendy. Kim był? Buntownikiem w stylu Jamesa Deana czy małym chłopcem, który nie zdążył dorosnąć?


"Czy wyrzekasz się złego ducha?" – pyta ksiądz niespełna dwuletniego chłopca ubranego w wyszukany garniturek. Jest 26 grudnia 1935 roku, pobożna rodzina Hłasków zebrała się w kościele, mały Marek za chwilę ma zostać ochrzczony. Pyzata buzia otwiera się pośpiesznie i chłopiec mówi: "Nie". Słowo odbija się echem w kościele. Zebrani spoglądają na siebie ze zmieszaniem i niepokojem. Marek Hłasko, mały nawet jak na swój wiek, o krótko obciętych ciemnoblond włosach, powtarza jeszcze kilka razy swoją odpowiedź: "Nie, nie, nie". Przekonywanie i negocjacje zawodzą. Skuteczne okazuje się przekupstwo prezentami. Marek zgadza się i zostaje ochrzczony. Historia ta będzie długo wspominana przez najbliższą rodzinę, a dla wielu stanie się zapowiedzią buntowniczej natury pisarza.


Jeszcze nie mężczyzna

W szkole podstawowej Hłasko był jednym z najmłodszych i najmniejszych. Wrażliwy chłopak o dziecięcej, delikatnej urodzie, aby przetrwać, musiał wymyślić dla siebie strategię. Stała się nią agresja, bezczelność i zadziorność, również w stosunku do nauczycieli. Pod tą pozą kryła się wrażliwość oraz pełna pasji i zależności relacja z mamą. "Auu! Auu! O, ja nieszczęśliwy"– notuje w pamiętniku jako 12-latek. – "O, ja biedne, opuszczone dziecko! Moja mama pojechała do Warszawy i nie wraca, a ja nieszczęsny tęsknię okropnie". Gdy dorasta, a koledzy już przypominają mężczyzn, on wciąż wygląda jak dziecko. Lubi się bawić ze swoją kuzynką Alą, ale gdy i ona zaczyna przewyższać go wzrostem, czuje się niepewnie. Zaczyna brać zastrzyki z hormonów, by wyleczyć się z kompleksów i przyśpieszyć dojrzewanie. To początek jego skłonności do nadużywania leków. Niektórzy twierdzą, że przez całe dorosłe życie cierpiał na hipochondrię – nawet jeśli nie jest to prawda, lubił medykamenty. Gdy ktoś przy nim chorował i brał zapisane przez lekarza proszki, zazwyczaj chciał się częstować. W końcu staje się mistrzem w symulowaniu chorób, co pozwala mu opuszczać coraz więcej dni w szkole. W kultowej książce "Piękni dwudziestoletni" wspomina, że w szkole był prześladowany, że musiał nosić ośle uszy z papieru, przeznaczone dla najgorszych w klasie, a z roku na rok prześlizgiwał się głównie dzięki umiejętności pisania wypracowań. Podobno dał sobie wyciąć wyrostek, byle tylko nie wracać do nauki. Zresztą licea zmieniał tak często, że żadnego nie skończył, a z ostatniego został wyrzucony za "wywieranie demoralizującego wpływu na kolegów".

Syn swojej matki

Urodził się 14 stycznia 1934 roku w Warszawie jako jedyny syn prawnika Macieja Hłaski i urzędniczki Marii z domu Rosiak. Po dwóch latach rodzice rozwiedli się, a ojciec założył nową rodzinę, dwa lata później zmarł na chorobę nerek. Marek zostaje z mamą i jej nowym partnerem Kazimierzem Gryczkiewiczem. Dużo starszy od niej urzędnik przezywany jest przez pisarza "Massa". "Mówił, że jego ojczym jest dla niej bardzo dobry, że traktuje ją jak świętą. Mnie bardzo się to podobało. Ale Markowi nie. Był zazdrosny. Chciał mieć matkę tylko dla siebie" – wspominała Sonja Ziemann, późniejsza żona Marka.

Andrzej Czyżewski, krewny i biograf artysty, w jednym z wywiadów mówił, że matka "nie broniła syna przed ojczymem, który miał niezdrowe zapędy wychowawcze i bardzo źle Marka traktował. Pisał do niego, że jest szmatą i chuliganem, co musiało zostawić ślady". Wielu twierdzi, że syn przypominał Marii jej zmarłego męża, do którego czuła potworną niechęć.

"Kochana Mamo! U Babci nie będę, bo jestem tam więcej niż niepotrzebny. Massa złamał mi życie i przez niego jest taka sytuacja" – pisał 14-letni Hłasko. "Z domu nie ukradłem nic. Pieniędzy nic nie mam, ale dam sobie radę. Kocham ciebie tak samo jak kochałem, tak mi przykro, że wolisz obcego człowieka niż mnie. Nie dziw się, że uciekłem, lecz powiedział, że mnie zabije. Natomiast ja zabiję go z przyjemnością, gdy tylko zdobędę broń". ("Listy" Marek Hłasko, Andrzej Czyżewski).

W książce "Piękny dwudziestoletni. Biografia Marka Hłaski" Czyżewski nazywa relację syna z matką obustronnie zaborczą. Maria kocha syna, ale nie potrafi z nim wytrzymać, dlatego w końcu wysyła go do internatu. Do samego końca pozostaną w kontakcie, Marek będzie zawsze tytułował listy do niej zwrotem: "kochana mamo".

W tej pierwotnej relacji można dopatrywać się jego ambiwalencji w traktowaniu życia, nieumiejętności znalezienia swojego miejsca, które wyraził zdaniem: "Świat dzieli się na dwie połowy, z tym jednak, że w jednej z nich jest nie do życia, w drugiej nie do wytrzymania". Ojczym okazał się nie do wytrzymania, a z matką momentami żyć nie umiał.

Obiekt westchnień

"Na wniosek kuratora posłano mnie do poradni psychotechnicznej, czy coś w tym rodzaju" – pisał w "Pięknych dwudziestoletnich". "Kazano mi układać jakieś klocki, kazano mi do jakichś idiotycznych tekstów wpisywać brakujące słowa, zadawano mi szokujące pytania dotyczące moich rodziców i krewnych; wreszcie kazano mi się rozebrać do naga i uznano za niezdolnego do nauki w szkole typu humanistycznego; posłano mnie do szkoły handlowej we Wrocławiu, wychodząc widocznie z założenia, że idioci niezbędni są w handlu". Ostatecznie i tej szkoły nie skończył. W wieku 16 lat zrobił kurs prawa jazdy i zaczął pracować jako kierowca ciężarówki m.in. w Bazie Transportowej w Bystrzycy Kłodzkiej. Dzięki znajomości ze Stefanem Łosiem, prezesem wrocławskiego Związku Literatów Polskich, Marek trafia do środowiska pisarzy.

Pełnoletni Hłasko zmienia się w królewskiego łabędzia z baśni o brzydkim kaczątku. Włosy zaczesuje w hollywoodzki czub i smaruje mydłem, by zachować ich sprężystość. W kurtce stawia kołnierz, a zblazowaną minę ozdabia papierosem. Podoba się kobietom i mężczyznom. W świecie literackim staje się obiektem westchnień wielu, podobno samego Jarosława Iwaszkiewicza, a na pewno Stefana Łosia, u którego zatrzymuje się na noc po kłótniach w domu, pisarza Wilhelma Macha i Jerzego Andrzejewskiego. Zakochani zasypują go listami, ofiarują serce, lojalność i wyrażają pragnienie wspólnego życia. Do Andrzejewskiego w 1955 roku Hłasko pisze list: „Jerzy! Ja Ciebie bardzo kocham, wiem to może nawet lepiej teraz niż przedtem; teraz kiedy jestem daleko od Ciebie, sam tutaj. Ale nie o to chodzi. Jesteś człowiekiem, dla którego mogę zmienić wyznanie, religię, no nie wiem co, ale Jerzy – są przecież sprawy, o których nie ja decyduję (…). Bóg mi świadkiem, że robiłem jakieś nieśmiałe próby; robiłem je dla człowieka, który jest mi może droższy ponad wszystko, lecz cóż ja jestem winien, że mi to nie wychodzi".

Dzięki znajomościom i talentowi dostaje stypendia. Zaczyna publikować w czasopismach i antologiach, a w 1955 roku rozpoczyna pracę w redakcji "Po prostu". W następnym roku debiutuje "Pierwszym krokiem w chmurach". W wieku 22 lat zostaje jednym z czołowych autorów Nowej Fali, dostaje mieszkanie w Warszawie, a nad trzema jego dziełami ("Ósmy dzień tygodnia", "Pętla" i "Baza ludzi umarłych") trwają prace ekranizacyjne. Dwa lata później, zaledwie w wieku 24 lat otrzymuje Nagrodę Literacką Wydawców. W tym czasie, właśnie w "Pętli", pisze: "Nie wiem, po co żyję, jeśli nie kocham nikogo".

Budowanie legendy

"Bardzo lubił wprowadzać ludzi w błąd i cieszył się, że mu wierzą" – opowiadał w wywiadzie Czyżewski. "Niech nie ośmielą się wydawać sądów o wódce ci, którym nie jest ona potrzebna. Jeśli ludzkość osiągnęła dotychczas cokolwiek trwałego w sensie ducha, to właśnie alkohol" – pisał Hłasko w "Umarli są wśród nas". Jednak zarówno jego żona, jak i bliscy nazywali go pijakiem, a nie alkoholikiem. "Alkoholik to człowiek, który nie może funkcjonować bez alkoholu, a Marek, kiedy pisał, obywał się bez picia. Potem następowało odreagowanie" – wyjaśnia Czyżewski. Sam Hłasko pisał, że – szczególnie pod koniec życia – siedział długimi miesiącami w samotności i pisał bez kropli alkoholu. Ale wystarczyło, by czasami wyszedł do knajpy, żeby powstawały plotki i legendy o jego piciu.

"Te jego wyczyny, które demonstrował, były swego rodzaju panicznym ratunkiem przed własną słabością" – powiedział o pisarzu Gustaw Holoubek. Ową słabością mogła być wyrwa po ojcu, po nieobecnej matce, rozpaczliwa potrzeba czułości. Z każdą kobietą, z którą się przespał, zaraz chciał się żenić. Oświadczał się zresztą często. Ślub proponował również Agnieszce Osieckiej, która wspominała, że raczej grali w romans, miłość i nic między nimi nie było. Z pewnością był bardzo kochliwy. Miał słabość do starszych od siebie kobiet i tych, które go nie chciały. Pierwszą jego miłością była Wanda, koleżanka ze szkoły, a w końcu ta, która zgodziła się na małżeństwo, wyżej cytowana Sonja, niemiecka aktorka. Zdradzał ją z izraelską pięknością Esther Steinbach. Pozostał jednak wierny pisaniu, swojej wielkiej miłości. "Książki warto pisać tylko wtedy, jeśli przekroczy się ostatnią granicę wstydu; pisanie jest rzeczą bardziej intymną od łóżka; przynajmniej dla mnie" – czytamy w biograficznych "Pięknych dwudziestoletnich".

Gdy w 1958 roku wyjechał na stypendium do Paryża, rozpoczął się dla niego czas migracji. Berlin Zachodni, Los Angeles, Izrael… Znaleziono go martwego 14 czerwca 1969 roku w Wiesbaden. Bliscy wykluczają tezę o samobójstwie, za oficjalną przyczynę zgonu podano przedawkowanie leków połączone z alkoholem. Miał 35 lat.Prochy pisarza sprowadzono do Polski w 1975 roku. Być może myślał o sobie, gdy w "Następnym do raju" napisał: "Wielkie, silne zwierzęta umierają w samotności i milczeniu. Odchodzą w pustkę i nie skarżą się nikomu. Tylko człowiek szczeka wspomnieniami".