wtorek, 26 lutego 2008

Tylko rażąco błędny wyrok uprawnia do odszkodowania

Marek Domagalski 26-02-2008, ostatnia aktualizacja 26-02-2008 07:45

Aby mówić o bezprawności wyroku i odszkodowaniu za szkody nim wywołane, musi on rażąco naruszać prawo. Samo wydanie błędnego orzeczenia nie wystarczy

Sąd po prostu ma prawo do błędu, po to są instancje odwoławcze, aby je naprawiły. O bezprawnym wyroku można mówić, gdy wystąpi któraś z przyczyn nieważności postępowania (np. gdy strona pozbawiona byłaby możliwości obrony swych praw bądź orzekał niewłaściwy sąd) albo jakaś inna poważna nieprawidłowość.

To wnioski z poniedziałkowego wyroku warszawskiego Sądu Okręgowego (III C 2355/04). Zapadał on w najgłośniejszym sporze tego rodzaju – z powództwa spółki CLiF SA i jego akcjonariuszy.

Pokłosie nieuzasadnionej upadłości

Centrum Leasingu i Finansów CLiF SA upadło w grudniu 2001 r., a było jedną z pierwszych i najbardziej znanych firm leasingowych. Postanowienie sądu rejonowego utrzymał sąd okręgowy, ale w maju 2003 r. Sąd Najwyższy uznał orzeczenie o upadłości za bezpodstawne. Spółka wciąż funkcjonuje, ale już nie odzyskała dawnej pozycji. Jest cieniem tamtej, firmą windykacyjną, w szczególności swych należności. To m.in. skutek ogłoszenia upadłości i postępowania upadłościowego. Nadzorował je sędzia komisarz Dariusz C., później ukarany dyscyplinarnie, także za tę upadłość (szerzej: “Po dyscyplinarce sędzia musi odpokutować”, “Rz” z 8 grudnia 2007 r.).

CLiF pozwał Skarb Państwa (sąd okręgowy) reprezentowany teraz przez Prokuratorię Generalną. Zażądał 98 mln zł odszkodowania za straty spowodowane upadłością. Prawie takiej samej kwoty zażądali główni akcjonariusze spółki (pozwy są rozpatrywane razem).

Jak wyliczyli szkodę? To różnica między ceną akcji w dniu upadłości (ok. 36 zł) a ceną z dnia uchylenia upadłości (ok. 3,8 zł). Według Wojciecha Dachowskiego, radcy Prokuratorii, takie wyliczenie jest niczym nieudokumentowane, by nie powiedzieć: wirtualne, gdyż cena akcji na giełdzie zmienia się z dnia na dzień, poza tym powodowie dwa razy liczą tę samą stratę: raz jako akcjonariusze, drugi raz jako spółka. – Jeżeli nie 200 mln zł, to podajcie jakąś propozycję ugodową – replikował pełnomocnik spółki adwokat Antoni Łepkowski.

Zły nie znaczy bezprawny

Jako podstawę prawną CLiF wskazał art. 77 konstytucji oraz art. 417 i 4171 kodeksu cywilnego, zgodnie z którymi Skarb Państwa ponosi odpowiedzialność za szkodę wyrządzoną przez niezgodne z prawem działanie lub zaniechanie przy wykonywaniu władzy publicznej, w szczególności przez wydanie prawomocnego orzeczenia następnie uznanego za niezgodne z prawem. Wprawdzie od ogłoszenia upadłości zmieniał się stan prawny (przepisy te mają zasadniczo zastosowanie do zdarzeń zaistniałych po 1 września 2004 r.), jednak ramy odpowiedzialności są te same.

Choć sąd dyscyplinarny uznał sędziego C. za winnego, SO stwierdził wczoraj, że w niewielkim stopniu przyczynił się on do upadłości CLiF. A samego wydania błędnego wyroku (w dwóch instancjach) nie można kwalifikować jako bezprawności, tym bardziej skutkującej odszkodowaniem od państwa.

Rzadkie odszkodowania

Wyrok nie jest prawomocny (będzie apelacja), odpowiada też wyraźnej tendencji do odmawiania tego rodzaju odszkodowań. Jak powiedział “Rz” mec. Dariusz Wiliński, który reprezentował sąd w kilkudziesięciu podobnych sprawach, tylko kilka razy zasądzono odszkodowanie. Najczęściej procesy takie dotyczą nieprawidłowości w postępowaniu komorniczym, upadłościowym i przewlekłości postępowania.

Przeprosiny oraz 43 tys. zł dostała np. księgowa, której nazwisko umieszczono w rejestrze skazanych po jeszcze nieprawomocnym wyroku wskutek błędu urzędnika sądowego. Tymczasem Krajowy Rejestr Karny gromadzi dane o osobach prawomocnie skazanych.

Dariusz Baran, prezes Clif SA

To bardzo wadliwy wyrok. W krajach demokratycznych można krytykować wyroki sądowe i ja go krytykuję. Pomijając kwestie prawne, nie może być tak, że sąd ogłasza upadłość, która jest natychmiast wprowadzana w życie: spółka traci renomę, klientelę, pozycję rynkową, jej wartość spada. Gdy natomiast sąd wyższej instancji stwierdzi nieprawidłowości w działaniu sądu i niezasadność ogłoszenia upadłości, spółce odmawia się odszkodowania.

To nie tylko ja przecież, ale media, sąd dyscyplinarny oceniły bardzo negatywnie działania sędziego komisarza, że nie miały one w wielu punktach nic wspólnego z prawidłowym postępowaniem upadłościowym.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora

m.domagalski@rp.pl

Polski rząd uznał Kosowo

jen, ksta, pap, reg, tvn24 26-02-2008, ostatnia aktualizacja 26-02-2008 21:01

Rada Ministrów uznała niepodległość Kosowa. Tę decyzję popierał premier i minister spraw zagranicznych. Prezydent i posłowie PiS zalecali powściągliwość.

Decyzja o uznaniu niepodległości Kosowa była bardzo trudna - powiedział premier.

Zaznaczył, że Polska "nie pchała się do pierwszego szeregu" w sprawie Kosowa, ale miała do wyboru: albo być po jednej stronie z Rosją i Chinami albo z USA i UE.

Radosław Sikorski powiedział, że niepodległość Kosowa "nie może stanowić precedensu dla innych tendencji separatystycznych".

- Kosowo nie jest precedensem, stąd nasza decyzja (o uznaniu niepodległości Kosowa) - powiedział szef polskiej dyplomacji po posiedzeniu rządu.

Polska - jak mówił Sikorski - ma nadzieję, że Kosowo "będzie realizowało te zapewnienia, które znalazły się w deklaracji niepodległości - o poszanowaniu mniejszości narodowych, społecznych, o świeckim charakterze państwa, demokratycznym charakterze państwa, ochronie zabytków kultury"

- Polska uważa, że niepodległość Kosowa jest przypadkiem sui generis, to znaczy takim, który nie może stanowić precedensu dla innych tendencji separatystycznych - podkreślił minister.

- Podchodzimy do tej dzisiejszej decyzji bez jakiegoś entuzjazmu. To, że Jugosławia rozpadła się w sposób, w jaki się rozpadła, to że błędy popełniły także państwa europejskie i UE w reakcji na to, co się działo na Bałkanach, nie ulega dla nas wątpliwości. Ale status quo było nie do utrzymania i nasza decyzja jest motywowana nie tylko tym, co się dzieje na Bałkanach, ale także naszymi relacjami zarówno z partnerami europejskimi jak i transatlantyckimi - mówił Sikorski.

Zaznaczył, że "większość tych państw, z którymi jesteśmy w tej samej rodzinie, podjęła tę decyzję". - My ją podjęliśmy z pewną wstrzemięźliwością, ale ona nie mogła być inna - dodał szef MSZ.

Pytany, jak zapatruje się na gospodarczą przyszłość Kosowa, i czy nie obawia się, że była serbska prowincja nie będzie w stanie funkcjonować bez zewnętrznego wsparcia finansowego, Sikorski odparł, że korzystanie ze wsparcia zewnętrznego nie może podważać możliwości istnienia danego państwa jako niepodległego bytu. Przypomniał, że z pomocy międzynarodowej korzysta m.in. Afganistan, czy kraje afrykańskie.

- Ale niepodległość oznacza też, że będziemy od kosowskich władz więcej wymagać, bo będą one miały większe pole manewru decyzyjnego, czyli będą mogły energiczniej działać na rzecz wypełnienia standardów, dzięki którym mogą w przyszłości znaleźć się w strukturach europejskich - podkreślił szef MSZ.

Rząd miał uznać niepodległość Kosowa już w ubiegłym tygodniu, ale wstrzymał się z decyzją - jak relacjonował premier - na prośbę prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Nie ma decyzji o misji w Serbii

Szef MSZ poinformował też, że rząd nie podjął natomiast decyzji w sprawie wysłania politycznej misji do Serbii. O takiej "politycznej misji", która której celem ma być utrzymanie "perspektywy europejskiej" dla Belgradu mówił w poniedziałek premier Donald Tusk.

- Jeśli chodzi o misję polityczną, to jest dobry pomysł i sugestia pana wicepremiera Waldemara Pawlaka. Było to przedmiotem debaty Rady Ministrów, ale nie osiągnęliśmy ostatecznej decyzji. Jest gotowość do wysłania takiej misji - powiedział Sikorski.

Pytany, czy misji mógłby przewodniczyć Lech Wałęsa, odparł, że nie rozmawiał o tym z były prezydentem. Komplementował natomiast Wałęsę jako "naszą nietajną broń w trudnych sytuacjach, naszą markę międzynarodową, najbardziej znanego Polaka na świecie".

- Uważam, że wysłanie takiej misji jest słuszne. Chcemy zachęcić Serbię, aby spełniła wymogi Unii Europejskiej, aby nie traciła nadziei na swoją perspektywę europejską - dodał.

Źródło : ROL

Dwaj polscy żołnierze zginęli w Afganistanie

jg, IAR, PAP
2008-02-26, ostatnia aktualizacja 58 minut temu

Dwaj polscy żołnierze zginęli w Afganistanie, jeden jest ranny. Jak powiedział major Dariusz Kasperczyk z Dowództwa Operacyjnego Sił Zbrojnych żołnierze wracali do bazy, gdy wjechali na minę pułapkę.

Zobacz powiekszenie
Fot. Damian Kramski / AG
15.08.2007, Afganistan, baza Sharana, uroczystości z okazji święta Wojska Polskiego
Zabici to st. kpr. Szymon Słowik i st. szer. Hubert Kowalewski. W wypadku lekko ranny został st. szer. Jacek D. - trafił do szpitala w miejscowości Orgun. Jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.

Do tragedii doszło o godz. 15.45 czasu polskiego, 3 km na południowy zachód od bazy Szarana w prowincji Paktika. Według komunikatu Dowództwa Operacyjnego Sił Zbrojnych polscy żołnierze wracali z akcji niesienia pomocy humanitarnej, gdy jeden z pojazdów typu HMMWV najechał na minę pułapkę.

St. kpr. Szymon Słowik służył w 16 Batalionie Powietrzno - Desantowym w Krakowie, a st. szer. Hubert Kowalewski w 10 Brygadzie Kawalerii Pancernej w Świętoszowie.

Rodziny poległych i rannego zostały poinformowane o zdarzeniu

Śmiertelne wypadki polskich żołnierzy

Pierwszym polskim żołnierzem, który zginął w Afganistanie, był ppor. Łukasz Kurowski. Został śmiertelnie ranny 14 sierpnia ub.r. gdy patrol ostrzelano - prawdopodobnie z granatnika, zmarł w drodze do szpitala.

W październiku ub.r. polski żołnierz w wyniku eksplozji miny pułapki doznał urazów podudzia i stopy. We wrześniu ub.r. dwaj Polacy zostali ranni, gdy w ich samochodzie eksplodował granat.

Na początku lipca rannych zostało czterech polskich żołnierzy ISAF, kiedy ich Humvee wjechał na minę. Najcięższych ran doznał żołnierz, który w wybuchu stracił przytomność i nie mógł wyskoczyć z płonącego samochodu.

Kilka razy żołnierze wychodzili bez szwanku, gdy ich opancerzone pojazdy były ostrzeliwane lub wjeżdżały na miny.

W Afganistanie stacjonuje obecnie ok. 1200 polskich żołnierzy służących w ramach misji ISAF. Zadania polskiego kontyngentu to zapewnienie bezpieczeństwa, szkolenie afgańskich żołnierzy i policjantów, ochrona projektów odbudowy. Polskie wojska stacjonują w Kabulu, Bagram, prowincjach Balch, Ghazni i Paktika oraz w Kandaharze. MON planuje zwiększenie kontyngentu o 400 żołnierzy i większe skupienie polskich sił.

Recenzja filmu Katyń - Klisze katyńskie

Eliza Szybowicz
10.10.2007
Najpierw oficerowie polscy pomordowani w Katyniu spojrzeli na mnie z wyrzutem z plakatu wiszącego na przystanku tramwajowym. Mieli twarze Jana Englerta, Andrzeja Chyry, Artura Żmijewskiego i Pawła Małaszyńskiego. Poczułam się nieswojo… Wkrótce zresztą okazało się, że trudno znaleźć kawałek przestrzeni publicznej, gdzie nie czeka owo ciężkie spojrzenie. (Dowcipu o lodówce nie będzie). Potem dostałam rachunek telefoniczny - to tylko pozornie nie ma związku z tą historią. W kopercie była ulotka reklamowa. Prezes największej polskiej firmy telekomunikacyjnej przekonywał mnie, że bardzo się cieszy z przywileju współprodukcji filmu, a Andrzej Wajda wyznawał, że jest firmie bardzo wdzięczny za współprodukcję.
Następnie w „Filmie” przeczytałam recenzję Bartosza Żurawieckiego, który pisał o narodowej nekrofilii, co utwierdziło mnie w postanowieniu, żeby tego nie oglądać. W radiu usłyszałam, że już w kinach „najbardziej oczekiwany film powojennej Polski”. Wydało mi się to dziwne, bo jednocześnie ogłoszono wyniki sondażu, że wiedza na ten temat jest w społeczeństwie raczej nikła. Społeczeństwo czekało, choć nie wiedziało, że czekało? Tu i ówdzie ktoś mówił, że na seansach popcorn idzie w odstawkę i zapada głucha cisza. Więc może jednak oczekiwany? Podmioty zbiorowe bywają nieodgadnione…
Po mediach szła fama, że dla Wajdy to sprawa osobista, że świetne sceny egzekucji nakręcone z wykorzystaniem najnowszej techniki, a uczestnicy jakiegoś forum byli zgodni, że Magdalena Cielecka wygląda fatalnie. Dowiedziałam się jeszcze, że szkoły na pewno pójdą, że film wpisuje się w edukacyjną akcję Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Katyń pamiętamy” i że został objęty honorowym patronatem prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Na premierę w Teatrze Wielkim przybyły w komplecie władze państwowe i kościelne. Słowo daję, chociaż nie monitorowałam specjalnie mediów, mogłabym napisać o Katyniu, nie oglądając go.
W końcu jednak poszłam do kina. Dlaczego? Odstręczała mnie wybuchowa mieszanka komercji, politycznego konformizmu i zepsutej mowy romantycznej, której agresywnego oddziaływania nie sposób było uniknąć. Zmieniłam zdanie, kiedy w niedzielny poranek w pierwszym programie Polskiego Radia natknęłam się na pogadankę arcybiskupa Głódzia (eksbiskup polowy, obecnie przewodniczący Rady ds. Środków Społecznego Przekazu KEP-u), któremu się podobało! Zwłaszcza jako świadectwo wiary! Zwłaszcza scena, w której wśród rannych żołnierzy leży na ziemi figura ukrzyżowanego Chrystusa przykryta wojskowym płaszczem! Niemożliwe, pomyślałam, to jest niemożliwe. Ukrzyżowany Chrystus? Dlatego poszłam. W nadziei, że tam jednak nie ma ukrzyżowanego Chrystusa.
Jest. I niestety nie tylko on. Jest wielka scena kozielskiej Wigilii, czekanie na pierwszą gwiazdkę, śpiewanie kolędy. Jest obozowa spowiedź. Jest ostatnia modlitwa „Ojcze Nasz” rozpisana na głosy mordowanych. Jest różaniec wokół stygnącej w zasypywanym dole dłoni. Jest wieńcząca dzieło religijna muzyka Krzysztofa Pendereckiego. Andrzej Wajda mesjanistą co prawda nie został, ale doprawdy marna to pociecha. Ustawił za to swoich aktorów w aż nazbyt dobrze znanym kontredansie. Stoją więc posągowi mężczyźni, wzorowi oficerowie, prawdziwa elita, inteligencja, wcielenie honoru, sól polskiej ziemi. Na pierwszym planie reprezentuje ich najważniejszy narrator filmu, kronikarz ostatnich chwil - rotmistrz Andrzej grany przez Żmijewskiego. Oficerów widzimy w zbiorowych scenach obozowych, jak się nawzajem podtrzymują i dyscyplinują do godnej postawy wobec sowietów, jak dbają o formy, jak są razem i trwają w etosie. „Oficerowi samobójcy” przypadły 3 sekundy otępiałego siedzenia na pryczy.
Sceny te, same w sobie po prostu sztampowe, w nader niekorzystnym świetle ukazuje narzucające się porównanie z odpowiednimi sekwencjami z Eroiki Andrzeja Munka, który wiedział, że tematem filmowym jest zamknięta męska zbiorowość owładnięta zimną obsesją honoru, gorliwie pilnująca swoich wysublimowanych ról, a wszystko inne to pomnik, ewentualnie sentymentalna anegdota, nie film. Wizja Wajdy nie mogła, widać, być inna, na przykład niehomospołeczna, zatem Żmijewski odprawia Ostaszewską, odwołując się do kodeksu „oficera” i „żony oficera”. Bo naprzeciw posągowych mężczyzn stają ich niezłomne kobiety, damy w wiecznej żałobie, strażniczki pamięci i prawdy, żony, matki i siostry, w tym nawet jedna Antygona, która walcząc o grób dla brata zostaje żywcem pogrzebana w lochach UB.
Scenariusz nieudolnie pozoruje wielość postaw i złożoność problemu, więc pojawia się w nim porucznik grany przez Chyrę i dyrektorka stalinowskiej szkoły. Ona została wymyślona jako papierowa Ismena dla papierowej Antygony - druga, roztropna, siostra zabitego w Katyniu. Wypowiada kilka frazesów - że trzeba postępować rozsądnie, bo niepodległej Polski nigdy nie będzie i nie możemy wszyscy dać się pozabijać za prawdę. Nie może stanowić przeciwwagi dla spalającej się w świętej misji siostry.
Podobnie papierowym ludzikiem wśród szmacianych kukieł jest bohater Chyry (aktor jakimś cudem tchnął w postać nieco życia, ale był to wysiłek bezcelowy). To oficer ocalały z Kozielska, który spóźnił się do Andersa, toteż został kościuszkowskim majorem zmuszonym do kłamstwa katyńskiego i salutowania radzieckim okupantom. Jest nędznym zaprzańcem i moralnym bankrutem i sam to usłużnie poświadcza, strzelając sobie w łeb, ponieważ nie widzi możliwości ekspiacji.
A słynne sceny egzekucji? W ostatniej części filmu narracja prowadzona jest z punktu widzenia człowieka, który jest prowadzony na śmierć i rozstrzeliwany, który wysiada z więziennego samochodu, by zobaczyć krew i dół do połowy wypełniony zwłokami swoich poprzedników i w tej samej chwili pojąć, że za chwilę zginie. I ginie od strzału z bliska w potylicę. Nic dziwnego, że po projekcji panuje cisza. Każdy by zamilkł i odstawił popcorn.
„Trzeba mieć serce z kamienia, aby nie wzruszać się i nie płakać. A choćbyśmy mieli serce z kamienia, to i tak nie uda się nam najprawdopodobniej uniknąć daniny emocjonalnej, jakiej ten film od nas żąda”. Tak Umberto Eco pisał o emocjonalnej chemii towarzyszącej oglądaniu Love Story. Mechanizm pocieszycielski w historii Jenny i Olivera sprawia, że śmierć bohaterki nie jest ani tragiczna, ani absurdalna, lecz oswojona, pełna elegijnej rezygnacji. Śmierć na raka nie tylko nie wyklucza gratyfikacji, ale wręcz ją wspomaga, z nadwyżką zaspokaja nasze oczekiwania, gdyż pragniemy słodkich łez i zwycięstwa dobra. Od początku wiemy, że Jenny umrze, zostaliśmy uprzedzeni, oszczędzono nam szoku, łatwiej nam znieść dramatyczne zakończenie, spełnienie wstrząsającej obietnicy sprawia nam nawet przyjemność[1].
W Polsce mamy inne love stories, narodowe i nawet jeśli nie nekrofilskie, jak powiada Żurawiecki, to na pewno bardziej perwersyjne.
Mechanizm pocieszycielski w polskiej kulturze popularnej funkcjonuje nieco inaczej, chociaż do pewnego stopnia przypomina wyżej opisany. Oglądając Katyń też wiemy, jak to się wszystko skończy, i mamy czas na oswojenie tragedii, do której zresztą przyzwyczajano nas od dawna. Swojska trauma jest rzecz jasna kolektywna, nie intymna. Seans filmowy został więc pomyślany jako zbiorowy obrządek, nabożeństwo w narodowym kościele. Chodzi o to, żeby widzów zjednoczyło wzruszenie i powtórzenie kilku najprostszych haseł. Co podlega rytualnej recytacji? Że nasi bohaterowie są kryształowi i martwi, bez litości pomordowani, wrzuceni do masowej mogiły, zmiażdżeni spychaczem, starci stalowymi trybami wrogiego totalitaryzmu, ale przecież triumfujący. Że oderwano ich od rodzin i ojczyzny, a jednak więzi nie pękły. Że mieli zniknąć bez śladu, a tymczasem ich nieśmiertelny głos dobiega nas zza grobu, trafiają do naszych rąk relikwie po nich, pamiętamy. Poczucie absurdu ustępuje miejsca niejakiemu upodobaniu, satysfakcji z tego, że mamy o czym pamiętać…
Nie sądzę, żeby takich widzów, jakich projektuje sobie film, było w punkcie wyjścia wielu, ale jego twórcy posłużyli się środkami działającymi na tak elementarnym (podprogowym niemal) poziomie, a dominujący styl odbioru ustalił się w taki sposób, że w tej chwili widzów emocjonalnie niezaangażowanych prawie już nie ma. A na pewno nieobecni są w mediach. Oficjalnie nie wypada bowiem nie wyrażać swojego wzruszenia. Szantaż emocjonalny i moralny zawiązał dyskurs publiczny na supeł. Należy się wzruszyć i koniec dyskusji. Kto gdzieś z boku zgłosi jakieś ale, zaraz mu imputują zamach na świętość krwi pomordowanych. Film wraz z kampanią reklamową, a także, a może przede wszystkim, udzieloną mu polityczną protekcją, szybko wychował sobie publiczność.
Trudno ocenić, jak długo utrzyma jej uwagę (popcorn trzeba w końcu dojeść), ale z dużym prawdopodobieństwem przechwyci ją jakiś element polityki historycznej PiS opartej, jak Katyń Wajdy, na prostym utożsamieniu się z wybranym awatarem z czasów (najczęściej osobliwie pojmowanej) chwały oręża polskiego. A to z powstańcem warszawskim, a to z obrońcą Westerplatte, a to - coming soon - z Sobieskim pod Wiedniem.
Utożsamienie jest tym łatwiejsze, że proponowane w pakiecie rozmaitych masowych atrakcji. W Katyniu poza nowoczesną techniką wykorzystaną w scenach egzekucji mamy popularnych aktorów. Nie bez znaczenia jest przecież, że na przykład głos zza grobu jest głosem Artura Żmijewskiego z offu. Wśród bonusów nie zabrakło ckliwych fabuł rodzinnych, boć przecież śmierć kochającego ojca dzieciom, męża żonie, syna rodzicom, brata siostrom jest bardziej wzruszająca niż kogoś innego. Dlatego innych tu brak. Zamiast nich - trochę gadżetów, rewia mody retro i stylizowane dekoracje wnętrz, żeby się dodatkowo pozalecać widzowi stylem życia przedwojennej elity inteligenckiej.
Twórcy filmu ograniczyli się do kontemplacji ran, celebracji narodowego wzruszenia katyńską zbrodnią z domieszką potępienia dla hańby domowej polskiego stalinizmu. Zrezygnowali z wszelkich pozaemocjonalnych poziomów opowieści. Wzmocnili czy nawet wytworzyli symboliczne napięcie wokół tego epizodu polskiej historii.
Teraz, mocno poniewczasie, protestują przeciwko upolitycznieniu sprawy Katynia, jakby dotąd nie zdawali sobie sprawy, że poza kłamstwem katyńskim są jeszcze klisze katyńskie, z których składa się ich obraz, a klisze katyńskie od dawna wykorzystują politycy. I krytyk kultury niewiele ma tu właściwie do roboty. Może się najwyżej oddawać luźnym skojarzeniom i budować karkołomne porównania. Współscenarzysta Katynia, Władysław Pasikowski, jest przecież znany głównie jako człowiek, który stworzył Franza Maurera - profanującego po pijaku Balladę o Janku Wiśniewskim cynicznego ubeka, którego w pierwszej połowie lat 90. uwielbiały i cytowały rzesze widzów. Nadal przecież uwielbiają i cytują rzesze? Może nawet częściowo te same rzesze, które wzruszają się obecnie losem więźniów Kozielska? Jak, jeśli Franz Maurer był „polskim dinozaurem ról płciowych” [2], nazwać rotmistrza Andrzeja? I jak moralność „psa” i moralność „polskiego oficera” mieszczą się w polskiej masowej wyobraźni? Obaj ci bohaterowie w niej współistnieją? Uzupełniają się? Następują po sobie? Wreszcie - pytanie najważniejsze - czy zajmują całą przestrzeń, czy znajdzie się jej odrobinę dla kogoś innego?

1. U. Eco, Superman w literaturze masowej. Powieść popularna: między retoryką a ideologią, przeł. J. Ugniewska. Warszawa 1996.
2. B. Umińska, Barykady. Kroniki obsesyjne, Kraków 2006.

Na podobny temat

Synowa Gierka oskarżana o wielkie przekręty

Poważne zarzuty inspektorów NIK

NIK zarzuca synowej Gierka gigantyczne przekręty

Sypiała w Hiltonie w apartamentach po 12 tysięcy złotych i na koszt szpitala latała klasą biznes za 8,5 tysiąca. Ustawiała też przetargi i wzięła milion złotych do własnej kieszeni za zlecone szpitalowi badania. Tak poważne oskarżenia stawiają byłej synowej Gierka, szefowej katowickiej kliniki okulistycznej, inspektorzy NIK.

"Nielegalnie, nierzetelnie, niecelowo i niegospodarnie" - tak ocenił zarządzenie szpitala przez profesor Ariadnę G.-Ł. prowadzący kontrolę Dariusz Jorg z katowickiej delegatury NIK. "Od pięciu lat zajmuję się zamówieniami publicznymi i nie przypominam sobie, żebym gdziekolwiek znalazł tak dużą skalę nieprawidłowości" - dodał.

Kosztowne podróże

Pani profesor lubiła podróżować za granicę. NIK wyliczyła, że rocznie wyjeżdżała 50 razy. Płacił szpital, a wyjazdy kosztowały krocie. Na przykład w 2005 roku wydano 12 600 złotych za nocleg w hotelu klasy Hilton, a przelot w klasie biznes kosztował 8500 złotych. W 2006 za jeden z noclegów zapłacono 5 tysięcy, a za przelot 8900 złotych.

Dwadzieścia trzy zagraniczne wyjazdy były sfinansowane przez firmy starające się o kontrakty w jej klinice.

Szpital przez ponad cztery lata nie miał głównego księgowego. O finanse dbała zastępczyni, która - być może za dobrą pracę - poleciała na koszt szpitala do San Francisco. Problem w tym, że na specjalistyczne sympozjum okulistyczne. Na pytanie kontrolerów, co finansista robił na lekarskim spotkaniu, Ariadna G.-Ł. odpowiedziała z rozbrajającą szczerością, że pani ta poleciała do USA, bo ma tam rodzinę. Podróż kosztowała 4700 złotych.

Dziwne zakupy

Po zbadaniu finansów placówki inspektorom NIK włosy stanęły dęba. Kupowano lekarstwa i sprzęt nie wiadomo po co. Drogie wyposażenie stało bezużyteczne.

Jak twierdzi NIK, w grudniu 2005 roku za 35 tysięcy złotych kupiono dwie sondy. Jedna nigdy nie była wykorzystana, druga sporadycznie.

W listopadzie tego samego roku szpital wzbogacił się za 690 tysięcy złotych o dwa specjalistyczne mikroskopy i stoły operacyjne. Ale pacjenci tego nie odczuli. Sprzęt nigdy nie był używany.

W 2007 roku szpital kupił za prawie 40 tysięcy aparat do leczenia rogówki, ale bez specjalistycznego leku. Aparat odstawiono więc do magazynu.

Według NIK, zaprzyjaźnione ze szpitalem, czy może z jego dyrektorką, firmy zawsze mogły liczyć na ratunek. Kupiono lek, który był kllinice niepotrzebny, bo - jak tłumaczyła pani profesor - trzeba było pomóc producentowi, znajdującemu się w trudnej sytuacji finansowej. Pominięto jednak procedurę przetargową.

Dwa miliony do prywatnych kieszeni

Do kieszeni pani profesor i jej zaufanych płynął strumień pieniędzy. NIK ustaliła, że podczas badań klinicznych leków firmy podpisywały dwie umowy - jedną ze szpitalem, a drugą z zespołem badaczy. Różnica w wynagrodzeniach była ogromna. Np. za przeprowadzenie dwóch badań szpital zyskał 62 tysiące złotych, a naukowcy ponad 2 miliony.

Milion wzięła sobie profesor G.-Ł., resztę podzieliła między współpracowników. Lekarze korzystali jednak ze sprzętu szpitala, a badania były prowadzone na pacjentach kliniki.

NIK wykryła też, że dyrektor wykorzystywała pełnioną funkcję publiczną do prowadzenia prywatnej działalności gospodarczej. Przekazywała na przykład leki do prywatnej placówki męża. Za darmo.

Dyrektor zaprzecza

Dyrektor placówki nie zgadza się z zarzutami NIK i oskarża Izbę o nierzetelność.

"Całe życie kierowałam się dobrem pacjenta i wszelkie moje działania były skierowane na zapewnienie chorym najlepszej opieki i wprowadzenie najnowszych metod leczenia. Wystąpienie przedstawiciela NIK i omówienie wyników kontroli stanowi ich wyłączną interpretację. W całej rozciągłości nie podzielam poglądów przedstawiciela NIK" - napisała profesor Ariadna G.-Ł. w oświadczeniu przekazanym mediom.

Władze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, który jest organem założycielskim szpitala, nie skomentowały informacji NIK. Czekają na dokumentację pisemną.

Sprawę przetargów przeprowadzanych przez szpital w latach 2002-2007 bada też katowicka prokuratura.

Problemy profesor G.-Ł. zaczęły się rok temu, kiedy dziennikarz "Tygodnika Podhalańskiego", przygotowujący materiał o nieprawidłowościach w szpitalu, odwiedził ją w klinice. Powiadomił policję, że kobieta jest pijana.

Postępowania przeciwko profesor za pijaństwo w miejscu pracy umorzono.