Pokazywanie postów oznaczonych etykietą REPREZENTACJA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą REPREZENTACJA. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 lutego 2011

Polska - Mołdawia 1:0. Dwa strzały, jeden gol

rb
2011-02-06, ostatnia aktualizacja 2011-02-06 22:49
Franciszek Smuda
Franciszek Smuda
Fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta

Czternastu, i to wcale nie najlepszych, piłkarzy z polskiej ligi wystarczyło, by stworzona na jeden mecz drużyna nazwana reprezentacją Polski pokonała w Portugalii grającą w najsilniejszym składzie Mołdawię 1:0.

Tak relacjonowaliśmy mecz Z CZUBA I NA ŻYWO

W przeciwieństwie do rozegranego także w nieoficjalnym terminie grudniowego meczu z Bośnią tym razem prowadzeni przez Franciszka Smudę ligowcy nie próbowali w niedzielę pokazywać fajerwerków i rajdów jak wtedy Kamil Grosicki czy zaprezentować skuteczności Pawła Brożka, który oddał dwa strzały i zdobył dwa gole. Postawili na grę zespołową, bo mieli świadomość, że wyłącznie kolektyw i suma wszystkich umiejętności może przynieść efekty.

A i tak nie były one oszałamiające. Kilka przyzwoitych akcji, trzy wymiany więcej niż dziesięciu podań bez straty, kilka odbiorów w środku pola i prostopadłych zagrań do Dawida Nowaka - to wszystko, co dobrego pokazała eksperymentalna drużyna Smudy. Napastnik Bełchatowa rozgrywał ósmy mecz w kadrze, miałby ich więcej, ale pięć razy do klubu przychodził faks z powołaniem i pięć razy Nowaka eliminowała kontuzja. W niedzielę nie wykorzystał dwóch sytuacji sam na sam, nie oddawał nawet strzału. Za trzecim - po ładnym podaniu Pawłowskiego - strzelił obok.

Gola strzelił piłkarz, który miał nie grać. Ledwie minął kwadrans meczu, a Plizga z Zagłębia kopnął piłkę z ponad 20 m z wysokości narożnika pola karnego. Mołdawski bramkarz Stanislav Namasco nie dał sobie żadnych szans na obronę - piłka przeleciała między rękawicami, nogami i ledwo wtoczyła się do bramki. Plizga grał od początku, bo dzień przed meczem więzadła w kolanie naciągnął Bandrowski z Lecha. W doliczonym czasie Plizga, w sytuacji sam na sam, kopnął piłkę w nogę bramkarza. Rywale mieli siedem celnych strzałów, ale dobrze bronił Sandomierski. Popełnił jeden błąd, kiedy nie złapał piłki, ale były zawodnik Legii i Korony Anatolie Dorosz nie trafił do pustej bramki z ostrego kąta.

Po tym spotkaniu selekcjonera chyba nie rozboli głowa od tego, ilu i których zawodników włączyć do drużyny na Euro 2012.

Dwóch zostaje

Bramkarz Jagiellonii Grzegorz Sandomierski i pomocnik Bełchatowa Janusz Gol zostają na środowy mecz z Norwegią w Faro, który Polska rozegra w najsilniejszym składzie. Sandomierski zastąpi kontuzjowanego Przemysława Tytonia z Rody, a Gol - bo tak zdecydował trener Smuda "żeby nie było braków kadrowych".

sobota, 14 listopada 2009

Beenhakker: momentami byliśmy głusi i ślepi

Magazyn Sportowy /13.11.2009 08:00
Leo Beenhakker, fot. Bartłomiej Zborowski
PAP
- Biorę na siebie odpowiedzialność za wyniki. Ale od Dublinu i towarzyskiego meczu z Irlandią już nigdy nie było tak samo. Myślałem o tym wielokrotnie, bo to zniszczyło coś we mnie - mówi w wywiadzie dla "Magazynu Sportowego" Leo Beenhakker, były selekcjoner reprezentacji Polski.
Magazyn Sportowy: Co pan sądzi o nominacji Franciszka Smudy na stanowisko selekcjonera?

Leo Beenhakker: - To bardzo logiczny wybór. Smuda jest gotowy, tak mi się przynajmniej wydaje. Udowodnił to przez ostatnie lata swoją pracą. Chociażby niedawno z Lechem Poznań. Kiedy ja byłem w Polsce, to zespół Smudy grał piłkę, która nawiązywała do najnowocześniejszego europejskiego futbolu, do standardów europejskich. Jeżeli więc powiedziane było, że nowym szkoleniowcem ma być Polak, to Smuda jest dobrym wyborem.
Widział pan mecze z Czechami i ze Słowacją?

- Tak, ale nie mam żadnej satysfakcji, jeśli do tego zmierzacie. Czuję ogromny sentyment do polskich piłkarzy, przecież wielu z tych, którzy znaleźli się w kadrze Stefana Majewskiego, miałem u siebie w zespole. Zapewniam, że życzyłem im zwycięstwa.

Był pan zdziwiony, że Majewski zrezygnował z kilku piłkarzy, którzy w pana reprezentacji byli kluczowymi postaciami? Zabrakło Artura Boruca, Michała Żewłakowa czy Dariusza Dudki...

- Pytanie brzmi: Czy to na pewno był zespół Majewskiego?

To czyj? Piechniczka?

- A czyj waszym zdaniem? Znam Stefana dobrze. Oczywiście, nie przyjaźnimy się, ale Majewski był z nami na zgrupowaniu. Mam więc orientację, jakie jest jego spojrzenie na futbol, jakie ma pomysły na prowadzenie gry. Mogę tylko powiedzieć, że mam pewne wątpliwości co do tego, czy powołania były wyłącznie decyzją Stefana. Miałem bardzo mocne wrażenie, że cofnęliśmy się w czasie o ponad 25 lat. Wydział Szkolenia PZPN znowu ożył. Ale to tylko moje wrażenie...

Myśli pan, że ze Smudą coś takiego także będzie możliwe?

- Nie i bardzo dobrze, że nie. Smuda na pewno będzie wszystko robił po swojemu. Ma własną, silną osobowość.

Wie pan, dlaczego Boruc czy Żewłakow nie zostali powołani?

- Skąd mam wiedzieć? Być może dlatego, że byli zbytnio ze mną związani, ale nie mam pojęcia, o co tak naprawdę chodziło.

Pojawiły się głosy, już po zwolnieniu pana, że zdecydowanie przesadzali z imprezowaniem i alkoholem na zgrupowaniach kadry.

- Oni nie pili przed meczami. To jedna z bzdur, które przeczytałem w ostatnich kilku tygodniach. To nieprawda. Mieliśmy jeden tylko bardzo poważny przypadek, znany zresztą wszystkim, na Ukrainie. Trzech piłkarzy naruszyło regulamin, zostali zawieszeni. Od tamtego czasu nie było żadnych problemów z alkoholem. Jeżeli było jakiekolwiek picie, to tylko za pozwoleniem. Jedno piwo albo jedna lampka wina. I to dosłownie.

Czyli chce pan nam powiedzieć, że piłkarze nie pili po zremisowanym w Chorzowie meczu z Irlandią Północną?

- Nie pili, przynajmniej nie złapaliśmy nikogo na gorącym uczynku.

Problem w tym, że co innego powiedział mediom Jan de Zeeuw. Czyli jakkolwiek by nie patrzeć, pański człowiek.

- Wiem. Ale nie mam pojęcia, o co Janowi chodziło. Nie wiem, dlaczego on to zrobił. Powiedziałem mu to zresztą w twarz: że to jakieś bzdury i że nie powinien niczego takiego mówić. Bo to jest po prostu nieprawda. Jest wielka różnica pomiędzy piciem a kolacją po meczu, kiedy można się napić piwa czy wina. Oczywiście, robiliśmy to po każdym spotkaniu. I w praktyce wygląda to tak, że ośmiu bierze piwo albo kieliszek wina, a reszta zostaje przy wodzie i sokach.

Jaki interes miałby w tym de Zeeuw? Chciał zrzucić winę na zawodników?

- Nie mam pojęcia. Ja nie chcę piłkarzy o nic oskarżać.

Dobrze, odstawmy kieliszek bez ustalania, kto go trzymał. Bo najważniejsze pytanie to: dlaczego nam się nie udało? Dlaczego nie będzie nas w RPA?

- Dlatego, że inni byli lepsi i grali lepiej od nas. Zlekceważyliśmy Słowację czy Słowenię. Pojawiła się pewna arogancja, wynikająca z utartych opinii na temat takich krajów jak Słowenia, opinii wynikających z historii traktujących małe kraje jako słabsze. Tymczasem tak nie jest. Historia się nie liczy. Zagraliśmy tylko jeden dobry mecz. U siebie z Czechami. Trzeba zdać sobie z tego sprawę.

Kto zlekceważył?

- Mnóstwo ludzi. Media też. Zobaczyli losowanie i zaczęło się. O Słowacja, Słowenia, Irlandia Północna! Jakie to wszystko łatwe! Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że piłkarze ze Słowenii niekoniecznie grają w lidze słoweńskiej. Jeżeli powołalibyśmy teraz reprezentację z piłkarzy holenderskich grających w Eredivisie, nie byłaby ona nawet w połowie tak silna, jak złożona z najlepszych piłkarzy holenderskich grających w Anglii, Hiszpanii, Bundeslidze czy Serie A. Nasz zespół narodowy nie jest odbiciem naszego lokalnego futbolu. Tak samo jest wszędzie na świecie. Słoweńcy mają zawodników w czołowych ligach europejskich i ci piłkarze przywożą na kadrę swoje doświadczenie, umiejętności itd.

No, ale to była łatwa grupa...

- Wcale nie. Nie ma czegoś takiego jak łatwa grupa.

Nie mieliśmy żadnego rywala z najwyższej półki, Anglii czy Hiszpanii. Była to poza tym łatwiejsza grupa niż ta z Serbią, Portugalią czy Belgią w eliminacjach mistrzostw Europy. A spodziewaliśmy się jeszcze, że będzie jakiś postęp w grze reprezentacji.

- Wolę grać z silnymi przeciwnikami. Trzy razy z Portugalią niż raz ze Słowenią. Mierzenie się z faworytami daje Polakom jakąś ekstrasiłę i koncentrację. Od razu zaczynają z wysokiego C, biorą sprawy w swoje ręce. Wyzwania czynią Polaków silniejszymi. Zgodzę się jednak, że postępu nie było. Powiedzcie mi, czy wielu młodych piłkarzy pukało do drzwi kadry? Już po Euro zwracałem na to uwagę. Powtarzałem: pokażcie mi trzech młodych stoperów, mogących sobie poradzić na poziomie międzynarodowym. Szukaliśmy takich piłkarzy, ale ich nie było, co gorsza, wciąż nie ma. Tak samo jest z napastnikami. Na początku mieliśmy Rasiaka i Żurawskiego, a później zabrakło następców.

No a Paweł Brożek albo Robert Lewandowski?

- A Brożek to jest poziom międzynarodowy? Czy on udowodnił, że może grać na tym poziomie?
Pokazał, że poza bardzo słabą psychiką nie brakuje mu niczego...

- To jednak także jeden z elementów. To nie jest tylko kwestia tego, jak kopiesz piłkę. Zawodnik na poziomie międzynarodowym musi mieć odpowiednie przygotowanie fizyczne, techniczne, a także psychiczne. Te trzy elementy połączone dają dopiero rozwiązanie układanki. Pytam więc raz jeszcze, z całym moim szacunkiem dla Pawła, czy to jest zawodnik międzynarodowego formatu? Tak czy nie?

Trudno na to pytanie odpowiedzieć, ponieważ nie gra poza granicami kraju.

- No więc ja mówię, że nie jest.

Wszyscy jednak myśleliśmy, że to pan przygotuje następców.

- Jak miałem ich przygotować? Jedyną rzeczą, jaką mogłem zrobić, było zapraszanie młodych, wyróżniających się w lidze piłkarzy na kilkudniowe zgrupowania w grudniu i lutym. I robiłem to. Dawałem im możliwość, by zrobili krok do przodu.

Ale pan zawsze był zadowolony po tych zgrupowaniach, a teraz mówi, że zabrakło następców.

- Oczywiście, że byłem. Nawet ogromnie zadowolony, kiedy widziałem, jakie ci chłopcy robią postępy po tych zaledwie paru dniach. Później następował jednak powrót do ligi, do swoich klubów i widziałem, jak się cofają.

Czyli problem leży w słabości polskiej ligi i naszych klubów?

- Nie, to nie jest problem. To jest kwestia edukacji trenerów i tworzenia warunków do pracy z młodzieżą, która nie jest prowadzona i wychowywana zgodnie z zasadami obowiązującymi w nowoczesnej piłce.

To jakie jest rozwiązanie?

- Bardzo proste. Musisz mieć ludzi, którzy otworzą oczy i zaczną proces edukacji trenerów na znacznie bardziej nowoczesnym poziomie. To jednak oznacza rewolucję. Nie winię jednak ani młodych piłkarzy, ani trenerów. To PZPN ma dbać o rozwój piłki i wskazywać im drogę.

Rewolucja nie jest możliwa z Piechniczkiem i Latą?

- Nie. Oczywiście, że nie. Ponieważ oni chcą tylko utrzymać się przy władzy, zachować układ. Polską piłką rządzi interes osobisty.

I to ją rujnuje?

- To wy powiedzieliście, nie ja. Na pewno hamuje to progres i proces zmian.

Listkiewicz, którego pan broni, jednak też nie parł jakoś do zmian.

- To nie jest kwestia Laty czy Listkiewicza. To kwestia ludzi, którzy zarządzają szkoleniem trenerów. Wydziału Szkolenia. Myślicie, że prezes federacji holenderskiej jest odpowiedzialny za szkolenie młodzieży?

Bezpośrednio nie, ale jest odpowiedzialny za to, kogo zatrudnia na odpowiednich stanowiskach.

- Tak, to prawda. Doradza mu w tym dyrektor sportowy federacji, który doskonale wie, na czym polega nowoczesny futbol. Dyrektor, który szuka najlepszych specjalistów, a nie krewnych i znajomych. Co roku organizowane są konferencje, na których dokładnie omawiane jest to, co się dzieje w futbolu. Jest rotacja na tych stanowiskach, tak by ludzie znający się na rzeczy mieli jak najwięcej do powiedzenia. Co roku musisz aktualizować swoją wiedzę, jak się gra w piłkę na świecie. Musisz być na czasie.



Wydział Szkolenia PZPN to całe zło polskiej piłki?

- Ja tylko analizuję to, co się dzieje. Podczas trzech lat nigdy nie miałem żadnej rozsądnej dyskusji na temat piłki z Engelem, Piechniczkiem czy kimkolwiek ze związku. Za każdym razem gdy dochodziło do spotkań, byłem bardzo miły i grzeczny. Ale gdy tylko zaczynaliśmy rozmawiać z Piechniczkiem o nowoczesnym futbolu, natychmiast zmieniał temat na 1974 i 1982 rok. Żeby było jasne. Mam szacunek zarówno dla trenera Piechniczka, jak i dla trenera Engela. Gdy prowadzili reprezentację, wykonywali świetną robotę. Ale teraz mają nowe zadania. Mają dbać o polski futbol. W każdym możliwym wymiarze. Czy możecie mi wskazać - a pytałem o to już kilkanaście razy - jedną decyzję, jaką przez te trzy lata ci panowie podjęli, by polski futbol był chociaż odrobinę lepszy, by zanotowany został jakikolwiek progres? Cokolwiek.

Powołali Komisję Wysokiego Wyczynu...

- Rozumiem, że to żart.

Twierdzą, że powołali reprezentację U-23....

- Fantastyczny pomysł. Żaden kraj na świecie nie ma takiej drużyny, tylko Polska. A zresztą, i tak za późno ją powołali... Ten pomysł pojawił się po Euro 2008, w perspektywie Euro 2012. Zresztą przyznaję, że początkowo ten pomysł mnie też się spodobał. Chodziło mi o to, że gdzieś ci piłkarze muszą się ogrywać. Zaczęliśmy nawet o tym rozmawiać, ale pan Engel szybko tę dyskusję uciął. Powiedział mi, że to nie jest mój interes, bo ja w żaden sposób nie będę zaangażowany w Euro 2012...

A Majewski, gdy został trenerem U-23, konsultował z panem, jak powinien ten zespół grać?

- Tak, miałem naprawdę dobry kontakt ze Stefanem. Nie przeszkadzało mi to nigdy, że jest przyjacielem Piechniczka. Kilka razy rozmawialiśmy o futbolu, jak trzeba grać. W bardzo profesjonalny sposób.

Wracamy jednak znowu do tego, że spodziewaliśmy się, iż to pan będzie tym, który coś zmieni.

- Czy ja miałem takie możliwości? Przyszedłem tu z ambicjami. Owszem, ale czy miałem takie możliwości, czy ktokolwiek mi je stworzył?

Mógł pan sam wyjść z inicjatywą.

- Próbowałem. Kilka razy. U samego Engela.

I jaka była odpowiedź?

- Za każdym razem przekaz był taki, żebym dał sobie spokój. Czy to nie jest zastanawiające, że zaprosił mnie pięć razy na konferencję trenerów i za każdym razem wypadała ona dokładnie tego samego dnia, kiedy rozpoczynaliśmy zgrupowanie kadry? Rozumiem, gdyby to się zdarzyło raz. Nieporozumienie, nie zgraliśmy terminów. Ale tak było pięć razy! Czy to nic wam nie mówi? A przecież ja właśnie w porozumieniu z nim ustalałem plany reprezentacji. Pół roku wcześniej już wiedział, gdzie i kiedy jedziemy! O czym my w ogóle mówimy.

Znowu Engel.

- Nie, tu nie chodzi o jego osobę, tylko o całą sytuację. Jedyne spotkania, jakie miałem z członkami Wydziału Szkolenia, zawsze polegały na tym, że wszyscy mnie zapewniali, że mogę liczyć na ich wsparcie. Nigdy w drugą stronę. Nigdy nikt mnie nie prosił o żadne pomysły, rozwiązania. Jedyny kontakt ze szkołą trenerów jaki miałem, to po wywiadzie, w którym powiedziałem, że Piechniczek dla mnie nie istnieje. Przysłali mi list, w którym wyrażali swoje oburzenie, jak mogłem się tak zachować, jak to możliwe, że tak nie doceniam polskiej myśli szkoleniowej. No i zaproszenia zawsze po polsku na te konferencje. Nie było żadnej współpracy. Nikt mi nie powiedział, jak funkcjonują szkoły mistrzostwa sportowego. Dowiadywałem się wszystkiego od ludzi z mojego otoczenia. Poprosiłem o spotkanie Michała Globisza, przygotował raport o SMS-ach. Bardzo zresztą krytyczny.
Co wynikało z tego raportu Globisza?

- Nic dobrego, był pełen obaw. To bardzo rozsądny facet, wie, co się dzieje. Zapewniam was, że bardzo się martwi. Przynajmniej zdaje sobie sprawę, jak bardzo z tyłu, w porównaniu z innymi krajami, jest polski futbol.

Młodzi piłkarze i ich brak rozwoju to jedno. Dlaczego jednak postępów nie zrobili pana etatowi kadrowicze?

- Nie wiem. Naprawdę. Moi piłkarze zawsze świetnie prezentowali się na treningach, a później nie potrafili tego przełożyć na grę. Od końca listopada 2008 roku stało się coś bardzo złego... Nie wiem. Oczywiście biorę na siebie odpowiedzialność za wyniki. Ale od Dublinu i towarzyskiego meczu z Irlandią już nigdy nie było tak samo.

Chodzi panu o to wejście prezesa Laty tuż przed meczem do szatni?

- Oczywiście, że tak. Nawet nie wyobrażacie sobie, co to znaczy... Myślałem o tym wielokrotnie, bo to zniszczyło coś we mnie. Do tego czasu mogliśmy bez problemów i ingerencji zewnętrznej pracować tak, jak chcieliśmy. Po tamtej sytuacji moją pierwszą reakcją było, że zrezygnuję. Nie umiem oddać tego, co się wtedy porobiło z mentalnością chłopaków. To wszystko przestało już być poważne. Od razu pojawiły się hasła – Jezu Chryste, wracamy do dawnych czasów...

Nie przesadza pan trochę? Nie wyolbrzymia tamtego incydentu?

- Nie, nie, nie. Trzeba wiedzieć dokładnie, co tam się stało.

Więc co?

- Nie powiem. Po meczu naprawdę myślałem o dymisji. Cały czas myślałem o tym, że nie dam rady w tej atmosferze pracować... Polskich piłkarzy, których naprawdę kocham, bardzo trudno jest wprowadzić w mecz. Sprawić, by byli w stu procentach skoncentrowani tylko na zbliżającym się spotkaniu. Przez pierwsza dwa lata mieliśmy taką możliwość. Tylko futbol się liczył, nic innego. A od tamtego incydentu wiedziałem, że to już nie będzie możliwe. To szalenie trudno wytłumaczyć. Wiem, że to brzmi trochę śmiesznie... Kibice się dziwią, że mówimy o jakichś samolotach, hotelach itd. Dla ludzi z ulicy to nie są ważne sprawy. To już jednak nie było profesjonalne. Coś zostało zniszczone. Masz permanentne poczucie, że jesteś wrogiem, a nie trenerem reprezentacji, najważniejszej drużyny, dla której pracuje cała federacja. Nie potrafię tego wyjaśnić...

Żałuje pan, w kontekście tego, co się później stało, że nie odszedł po Euro?

- Nie, ale żałuję tego, co się stało w Dublinie. Z jednej strony powinienem unieść się honorem i powiedzieć do widzenia. Z drugiej piłkarze i sztab dawali mi wielką siłę. Nigdy dotąd nie pracowałem jednak w taki sposób, nie mogąc skoncentrować się tylko na swoim zadaniu. Na futbolu. Po Dublinie musiałem spędzać masę czasu na jakichś wojenkach z działaczami, na chronieniu piłkarzy przed tym. Traciłem mnóstwo czasu i energii.

Ale nie zrezygnował pan, więc wiedział, na co się decyduje.

- Tak, ale za dużo uwagi poświęcałem próbom stworzenia profesjonalnej atmosfery. To nie był najprzyjemniejszy czas mojej kariery. Zawsze pracowałem w bardzo profesjonalnych warunkach...

To dlatego przystał pan na ofertę Feyenoordu?

- Nie było żadnej oferty z Feyenoordu...

No dobrze, to dlatego zdecydował się pan wrócić do Belgii, wyprowadzić się z Polski?

- To nie miało nic wspólnego z Feyenoordem. Owszem, wtedy zdecydowałem, że w Polsce będę tylko pracował. Nie będę już tu żył i mieszkał. Powiedziałem sobie, że mam dość. Wróciłem do domu, do Belgii. Ale oczywiście to był proces, a nie nagła decyzja. Tu naprawdę nie chodzi tylko i wyłącznie o wizytę w szatni, ale generalnie o całą tę atmosferę.

Najbardziej panu zaszkodził Feyenoord. Wszyscy mieli wrażenie, że zupełnie pana przestała obchodzić praca w Polsce.

- Nigdy nie oszczędzałem się w pracy dla Polski. Nie mam nic więcej do dodania. Wiem, co zrobiłem, i wiem, jakie były tego konsekwencje.

Jeżeli nie pojawia się pan na meczu Wisła - Legia, to nie wygląda to dobrze... Selekcjoner powinien być na takim meczu.

- A co by to zmieniło, gdybym poszedł na ten mecz? Doskonale wiedziałem, kogo mogę i chcę powołać z Wisły, a kogo z Legii. Nie musiałem oglądać Iwańskiego raz jeszcze, by wiedzieć, że nie ma dla niego miejsca w składzie. Nie musiałem jeszcze raz oglądać Rybusa, by potwierdzić samemu sobie, że dla tego chłopaka jeszcze jest za wcześnie. Nie jestem głupi. Wiedziałem, że z Wisły wezmę Pawła Brożka, a Rafał Boguski był wciąż kontuzjowany. Wiedziałem, że nie powołam Arkadiusza Głowackiego. O czym my mówimy?

No i później brał pan Wojciecha Łobodzińskiego, który na to nie zasługiwał.

- To wasza opinia. Moja jest inna. Łobodziński nigdy mnie nie zawiódł. Ile razy go potrzebowałem, był na każde wezwanie. I był dużym chłopcem. Oczywiście, że była dyskusja, czy on, czy Peszko. To nieuniknione. Ale co takiego wniósł Peszko do reprezentacji?

Za wcześnie go oceniać, dopiero zaczyna.

- Według mnie on jeszcze nie był gotowy do reprezentacji. A z Łobodzińskim miałem przynajmniej gwarancję, że jak wejdzie na boisko, to poniżej pewnego poziomu nie zagra. To nie ma nic wspólnego z oglądaniem meczów Wisła - Legia. Nie miałem zamiaru chodzić na mecze tylko po to, by mnie dostrzeżono. Poza tym moja reprezentacja i tak w większej mierze opierała się na zawodnikach grających za granicą. I ja ich oglądałem cały czas. Widziałem Boenischa, widziałem Obraniaka. Owszem, jeździłem i oglądałem. Ale nie uważam, że powinienem był ogłaszać to w mediach i nagłaśniać. Miałem dzwonić do redakcji i mówić: "W ten weekend jadę tu, tu i tu"? Ja tak nie działam. Trzy razy widziałem Obraniaka, zanim go powołałem. Ale wy pewnie nie macie o tym pojęcia. Podobnie jak o tym, że widziałem Boenischa. Tylko raz w poprzedniej rundzie oglądałem mecz Feyenoordu na stadionie. Raz! I oczywiście zrobiono z tego wielką, skandaliczną historię. To było w niedzielę, a dzień wcześniej byłem w Niemczech, gdzie oglądałem polskich piłkarzy.

Na czym polegał pana problem z Jeleniem?

- Nie miałem żadnego problemu z Irkiem. On po prostu był cały czas kontuzjowany. Ile razy go chciałem powołać, coś mu dolegało. Jego menedżer myślał, że Irek będzie traktowany w jakiś specjalny sposób. Domagał się na przykład, by Jeleń mógł w czasie zgrupowania przechodzić jakieś specjalne zabiegi w Poznaniu, tak że byłby wyłączony na trzy dni z zajęć. Biorąc pod uwagę, że miałem wszystkiego pięć dni, powiedziałem, że nie ma takiej możliwości. Takich sytuacji nie ma w reprezentacji. W moich zespołach żaden piłkarz nie może się stawiać ponad drużyną...

Żaden poza Arturem Borucem...

- On także nie.
Ale przecież zdarzało się, że jego dziewczyna mieszkała w tym samym co wy hotelu.

- Cóż, mogę was zapewnić, że nigdy nie miał na to pozwolenia... Dwa czy trzy razy musieliśmy właśnie takie sytuacje odkręcać. To się zgadza. I mieliśmy dość poważne kłótnie na ten temat. Nikt nie był w tej drużynie specjalnie traktowany. Możemy najwyżej przyznać, że byliśmy momentami głusi i ślepi.

Boruc po Słowenii i pana zwolnieniu niemalże płakał. Tymczasem to właśnie on w dużej mierze był odpowiedzialny za przegrane eliminacje.

- A myślicie, że on chciał przegrać te mecze? Oczywiście, że nie. Owszem Artur miał pewne problemy ze sobą, dlatego też kilka razy skorzystałem z Fabiańskiego. Co z kolei wywoływało wielką krytykę. Bo jak to możliwe, że powołałem Boruca, a potem posadziłem go na ławce. Ja z tymi chłopakami żyłem 24 godziny na dobę. Dlatego nigdy nie chciałem, by ktokolwiek poza nami był w hotelu. Bo ja ich obserwowałem podczas posiłków, podczas treningów i wtedy, gdy po prostu chodzili po hotelu. I na podstawie tego wyciągałem wnioski. Widziałem, czego im brakuje, na co zwrócić szczególną uwagę. Patrzyłem, jak wyglądają pod kątem fizycznym, ale także mentalnym. I dopiero na podstawie tych obserwacji decydowałem o tym, kto zagra w meczu. Czasem jednak jakiś piłkarz sprawiał świetne wrażenie przez cały tydzień, a w sobotę podczas meczu go nie było.



Wciąż mało wiarygodnie brzmi, że to właśnie Fabiański miał grać w Belfaście, a nie Boruc, który później ten mecz zawalił. Być może także dlatego, że sam Fabiański w jednym z wywiadów powiedział, że nie miał o tym pojęcia.

- Zawsze informuję wcześniej bramkarzy, który z nich zagra w meczu. Wcześniej niż piłkarzy z pola, bo to specyficzny i bardzo odpowiedzialny zawód. Pamiętam, że w piątek, dzień przed meczem, przed ostatnim treningiem powiedziałem Łukaszowi - szykuj się. Jeżeli twierdzi, że nie wiedział, to nie wiem, ale może już wtedy miał gorączkę... Nie mam pojęcia. Boruc także dostał informację, gdyż na ostatnim treningu to "Fabi" grał w pierwszej drużynie. Artur rozumiał, co to znaczy. Gdy jednak w dniu meczu o 8:30 rano doktor zapukał do mnie do pokoju i powiedział mi, że Fabiański ma problemy z żołądkiem, cały plan się zawalił. W okolicach lunchu miałem więc bardzo poważną i długą, ale przyjemną rozmowę z Arturem. Mówiliśmy także o tym, co go czeka ze strony trybun itd. Później w szatni cały czas byłem blisko niego, bo wiedziałem, że potrzebuje jakiegoś ekstrawsparcia. I wydawał się bardzo silny. Naprawdę. A później stało się to, co się stało.

Inny problem personalny to Kuszczak. Dlaczego bramkarz Manchesteru United był za słaby, by grać w reprezentacji?

- On nie jest bramkarzem w Manchesterze United.

Tak samo jak Fabiański nie jest w Arsenalu. W pewnym zresztą momencie Kuszczak naprawdę sporo grał u Fergusona. Znacznie więcej niż Łukasz u Wengera.

- Kuszczak, nawet bardziej niż Boruc, broni tylko bramki. Nie widzicie różnicy między Borucem a Fabiańskim? Łukasz panuje nad polem karnym i przestrzenią przed nim. Boruc dominuje w polu pięciu metrów. A Kuszczak tylko na linii. I to mi się nie podoba. Poza tym nie podoba mi się jego zachowanie. Ja nie lubię ludzi, którzy mają o sobie zbyt wysokie mniemanie. Przede wszystkim jednak jego styl nie pasuje do tego, jak grają moje zespoły. Gdybym grał z kontry, głęboko się broniąc, a cały zespół miałbym zgromadzony na naszej połowie, wtedy mógłbym się zdecydować na Kuszczaka. Mogę mieć Boruca, jeżeli łączymy atak z obroną, ale kiedy atakuję i chcę kontrolować przestrzeń, potrzebuję kogoś takiego jak Fabiański. Mówimy tylko o sprawach technicznych.

Skoro mowa o aroganckich piłkarzach to pojawia się temat Wichniarka.

- Nie rozmawiam o Wichniarku. Wszystko już o nim powiedziałem.

No dobrze, ale dał mu pan tylko 45 minut. To naprawdę wystarczyło?

- Tak. Całkowicie. W nowoczesnej piłce nie gra się z napastnikiem, który tylko i wyłącznie czeka na piłkę w polu karnym. Tak się już od dawna nie gra.

Zahorski. To kolejny problem.

- Na początku szło mu bardzo dobrze. Nie ma żadnych wątpliwości. Jak go powołałem i zaczął nagle strzelać bramki w lidze, gazety były pełne pochwał dla mojej decyzji. Później jednak Górnik wpadł w kryzys i Zahorski obniżył loty. Tak się zdarza. Ale powtarzam, że na początku odpowiedział na powołanie fantastycznie i robił postępy. Nie miałem go na co dzień, nie jestem odpowiedzialny za jego klub i jak się tam mają sprawy. Miałem zająć się Górnikiem? Dajcie spokój. Jaki tam był mój wpływ? Co mogłem zrobić?

Na przykład nie brać go na mistrzostwa Europy...

- Cóż, ja jestem lojalny wobec moich piłkarzy i uważam, że oni na to zasługują. W tym kraju zbyt łatwo wyrzucacie ludzi do kosza, jak mokry papier po wytarciu rąk. Zero szacunku. Nie wszystko jest czarne albo białe. Jeżeli widzę, że ten chłopak robił postępy na zgrupowaniach, to nawet, mimo tego że znalazł się w kryzysie, nie wyrzucam go. Muszę spróbować mu pomóc, trochę go wyciągnąć. Tak, jestem całkowicie lojalny. Wymagam tego od moich piłkarzy, ale uważam, że oni mają prawo wymagać tego ode mnie. Oczywiście są pewne granice. W pewnym momencie faktycznie już nie było po co Zahorskiego powoływać. Wtedy musiałem z niego zrezygnować. Tak samo było z Pazdanem. Można to porównać z tym, co się dzieje w świecie muzyki. Często trafiają się zespoły muzyczne, które nagrywają jeden hit, a później znikają. Tak bywa z niektórymi piłkarzami, nagle łapią formę i idą w górę, a po chwili ginie o nich słuch.

I największy problem personalny, Jan de Zeeuw, agent piłkarski.

- Po pierwsze znam Jana wiele lat. I on nie jest piłkarskim agentem.

Nie ma licencji, ale jest agentem. Pełni taką rolę i to się liczy.

- Nie jest. Nigdy nie był. Nigdy nie kupował ani nie sprzedawał piłkarzy. Na jednym z pierwszych spotkań z Listkiewiczem uzgodniliśmy, że dobrze by było mieć dyrektora reprezentacji. Zasugerowałem Jana. Listkiewicz się zgodził. Jedyne co Jan robił, to pomagał Dudkowi. Był jego osobistym doradcą.
A czymże jest osobisty doradca, jeśli nie agentem bez licencji?

- On mu tylko pomaga w pewnych sytuacjach. Ja też nie mam menedżera. Gdy jednak jadę gdzieś za granicę, proszę, by mój znajomy prawnik pomógł mi z umową, którą mam podpisać. Tak samo było z Jurkiem i Janem. De Zeeuw jest takim Holendrem-Polakiem i pomagał Jurkowi w zakupach, załatwieniu przedszkola itd. Jurek mu nigdy za to nie płacił. Poznałem de Zeeuwa w 1997 roku, kiedy byłem w Feyenoordzie i właśnie Jurek mi go przedstawił jako swojego przyjaciela. I to wszystko.

A Smolarek i de Zeeuw? Ebi sam powiedział kiedyś, że Jan już nie jest jego agentem. Czyli był.

- Nie mam pojęcia, naprawdę nie mam pojęcia. Gdy ja byłem w Feyenoordzie, Ebi był zawodnikiem młodzieżowego zespołu i nigdy nie widziałem Jana w jakiejkolwiek relacji z nim. Włodek Smolarek oczywiście zakolegował się z Janem. Byli sąsiadami i pewnie Włodek poprosił czasem Jana, by pomógł Ebiemu.

A pan czy kiedykolwiek pomagał polskim piłkarzom w transferach?

- Mówicie poważnie?

Tak, czy pan pomagał?

- Macie naprawdę jaja, żeby pytać o takie rzeczy. Ten wywiad właśnie dobiegł końca (w tym momencie Leo Beenhakker wstaje i chce wyjść. Po negocjacjach, kontynuujemy rozmowę - przyp. red.). Jeżeli pytacie, czy Henk ten Cate dzwonił do mnie przy transferze Wawrzyniaka, to oczywiście, że tak. Przecież razem pracowaliśmy. Dzwonił do mnie i powiedział, że szuka lewego obrońcy, a ma przed sobą między innymi DVD z występami Wawrzyniaka. I co ja sądzę na jego temat. To normalne. Jak to, że ja dzwoniłem niedawno do Michela Laudrupa, który był trenerem Spartaka Moskwa, by zapytać o jednego z rosyjskich piłkarzy. To normalne, tak to funkcjonuje w tym środowisku. W Polsce to jednak nie do pojęcia, bo nikt ze świata nie zwraca się po radę do Piechniczka czy Engela. Taka prawda. Więc od razu pojawiły się te kłamstwa, że Beenhakker sprzedaje piłkarzy. Matusiak przyszedł do mnie i powiedział: "Boss, idę do Włoch". Powiedziałem mu: "Nie rób tego". Nie posłuchał. Z belgijskiej gazety dowiedziałem się, że Wasyl przyszedł do Anderlechtu. On akurat mnie o nic nie pytał. I bardzo się ucieszyłem, bo to był dobry ruch. Jeżeli dzwoni do mnie trener Borussii Dortmund, Juergen Klopp i pyta mnie o pewne sprawy dotyczące Roberta Lewandowskiego, to ja mu odpowiadam. To normalne. Ja też tak robię, jeżeli interesuję się piłkarzem. Ale on mi nie płaci, podobnie jak ja jemu. Dlaczego ludzie w Polsce cały czas tłumaczą sobie wszystko w taki brudny i brzydki sposób? W tym waszym pytaniu jest podtekst, że ja na tym zarabiałem, a to nieprawda. Was to jednak nie obchodzi, podobnie jak to, że to nie ja zwolniłem starego Smolarka z Feyenoordu.

My tak nie pisaliśmy. Wiedzieliśmy, że już dwa miesiące wcześniej został wyrzucony z powodu oszczędności w klubie.

- Ja się dowiedziałem od Ebiego w samolocie, że jego ojciec już nie pracuje w Feyenoordzie. Ale oczywiście w polskiej prasie wielkie nagłówki, że to zemsta.

Wracając do kadry, Piechniczek zawsze mówił, że naszej reprezentacji nie brakowało niczego. Nie zgodzi się pan?

- Za czasów Listkiewicza na pewno tak było.

No ale przecież to przed Irlandią Północną i Słowenią zażyczył pan sobie zgrupowania w Niemczech i dostał to pan.

- Zgadza się. Ale bądźmy rozsądni. Zacząłem latem 2006 roku. Już jesienią 2006, przed meczem z Portugalią Engel i Piechniczek mieli gotowe noże i chcieli mi wbić je w plecy. Nigdy nie potrafili zaakceptować tego, że zagraniczny trener objął reprezentację. Po meczu zawsze widać, kto się cieszy z wyniku, a kto nie. Po Irlandii Północnej, a wydaje mi się, że w Belfaście był cały zarząd, wszyscy chcieli już tylko mnie wykończyć. Cztery dni później było jednak 10:0 z San Marino i trzeba było poczekać. Ja nie jestem głupi, wiedziałem to. Całe trzy lata tylko szukali dobrego momentu, by mnie zwolnić. Dopóki wszystko miałem we własnych rękach - jak to było za Listkiewicza, kiedy pociągałem za sznurki w kadrze - byłem w stanie to znieść. Wiedziałem oczywiście, że przy braku awansu zostanę zwolniony. Wiedziałem też, że jak idzie coś źle, to jest to tylko moja wina. Ale w momencie, gdy nie ty masz wszystko w swoich rękach, ciężko prowadzić zespół. A tak się działo, gdy tylko pojawił się nowy zarząd. A o Dublinie już mówiłem.



Feyenoord był odskocznią?

- Lato zgodził się, bym robił w wolnym czasie, co chcę. Wyjaśniłem mu, że nie chodzi o siedzenie na każdym treningu Feyenoordu, doglądanie spraw, tylko służenie radą. Nic więcej. Później jednak w prasie przedstawił to tak, jakby się na to nie zgodził. W bezpośrednich rozmowach był zawsze bardzo miły. Oczywiście Leo, tak Leo, nie ma problemu, załatwimy to itd. A później robił swoje. Z Listkiewiczem nie było przynajmniej tak, że coś, co było żółte, za pięć minut stawało się czerwone. Piłkarze też czuli wielką presję. Było to trochę tak, jakbyśmy byli samotnym statkiem na oceanie, który atakują ze wszystkich stron wrogowie. Nie graliśmy tylko przeciwko rywalom, ale także przeciwko własnym działaczom, własnej federacji. Każdy mecz był o życie. Każda porażka oznaczała, że jesteśmy coraz bliżej powrotu do starych czasów. Na zespole ciążyła niezdrowa presja. Cały czas.

Po piłkarzach nie było widać, żeby w każdym meczu walczyli jak o życie. Jak to tłumaczycie? Zbyt dużą presją?

- Dokładnie tak. Niemoc, bezsilność.

Podsumujmy więc, co powie pan znajomym, jeśli spytają, jak było w Polsce?

- Powiem im, zresztą wiele razy już to im mówiłem, że Polska jest wspaniałym krajem, mieszkają tam wspaniali ludzie. Na pewno nie powiem nic złego na Polskę jako kraj, nie powiem złego słowa na piłkarzy. Zapewniam was, że zdaję sobie sprawę z tego, że jestem odpowiedzialny za niepowodzenie.

Gdy dostał pan te wszystkie odznaczenia, medale, został pan człowiekiem roku, przypuszczał pan, że na końcu może być przegranym?

- Oczywiście. Każdy trener podpisuje kontrakt, by w końcu zostać zwolniony. To jest po prostu konsekwencja bycia trenerem. Nigdy nie miałem z tym problemu. Parę razy ja sam rezygnowałem, kilka razy mnie zwalniano, ale nadal zachowywaliśmy dobry zawodowy kontakt. Wciąż mogę przyjść do mojego dawnego klubu i wciąż witamy się jak starzy znajomi. Gdyby pan Lato miał jaja, mogłoby podobnie być w Polsce. Ale nie jest, bo prezes nie miał odwagi, żeby powiedzieć mi w oczy: "Sorry Leo, nie weszliśmy do mistrzostw w RPA i musimy się pożegnać". "OK, powiedziałbym, uściśnijmy sobie dłonie, zakończmy kontrakt w rozsądny sposób" i tyle. To jest zamknięta sprawa. Również jeśli chodzi o tak zwanych przyjaciół, którzy są jak chorągiewki na wietrze, którzy wyznają zasadę: "Umarł król, niech żyje król".

Rozmawiali Marek Wawrzynowski i Piotr Żelazny

Wywiad pochodzi z "Magazynu Sportowego", dodatku do "Przeglądu Sportowego".

piątek, 30 października 2009

Nowa, piękniejsza twarz PZPN

11:35, 30.10.2009 /TVN24

UCZYŁA SIĘ RAZEM Z DODĄ

TVN24
W PZPN uznano, że lekiem na fatalną atmosferę wokół związku i reprezentacji będzie kobieta. – Będziemy pokazywać dużo dobrych rzeczy, które dzieją się w PZPN – mówiła w Poranku TVN 24 Agnieszka Olejkowska, nowa rzeczniczka polskiej centrali futbolowej.
To ma być zmiana jakościowa. Nowa rzeczniczka związku ma być zupełnym przeciwieństwem dotychczasowych związkowych ust, czyli kontrowersyjnego i nieznającego języków obcych Janusza Atlasa.
Przy okazji czwartkowych obrad zarządu władze PZPN poinformowały, że nowym... czytaj więcej »


Były dziennikarz "Przeglądu Sportowego" i "Piłki Nożnej" potrzebował kilka tygodni, by wzbudzić potężne zamieszanie - i zniechęcić wielu z tych, z którymi miał współpracować. Najpierw nazwał jednego z dziennikarzy ch…m. Potem stwierdził, że "byle pętakowi nie będzie bezkarnie uchodzić obrażanie wiceprezesa PZPN".

Do mediów był uprzedzony od początku. Gdy zadzwoniliśmy do niego, z pytaniem o mecze towarzyskie kadry odparł, "że nie będzie rozmawiał, bo złamał u nas nogę". Po czym zaśmiał się i rozłączył.

Młodzi są, ale w biurach

Związkowi działacze postanowili podziękować swojemu reprezentantowi i zatrudnić nową osobę. Miodem na serca bojkotujących związek kibiców i krytykujących PZPN oraz kadrę dziennikarzy ma być 25-letnia Agnieszka Olejkowska.

Jaka przyznała w Poranku TVN24, takich jak ona – młodych i znających języki obce – wewnątrz związku jest mnóstwo. Gdzie oni są? – Siedzą w biurach – powiedziała pani Agnieszka.
Wojna o polską piłkę - tym razem między kibicami kadry, a PZPN - trwa. -... czytaj więcej »


Sposób na zmianę wizerunku

Cały zaciąg młodych pracowników PZPN ma być odpowiedzialny za "zmianę jego wizerunku". - Moja osoba jest najmniej ważna. Mam parę sposobów, by ten wizerunek zmienić – powiedziała. Ujawniła jeden z nich. – Dzieje się dużo dobrych rzeczy, które nie są pokazywane – zarzuciła mediom.

Przykład? - Piłkarski turniej dziecięcy na Torwarze – wymieniła. Kolejnych "dobrych rzeczy" w PZPN nie chciała wymienić, bo jest ich "cała masa".

Nowa twarz PZPN skończyła dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, a w liceum w jednej klasie uczyła się razem z Dodą.

twis/sk

niedziela, 11 października 2009

"Gorzkie zwycięstwo" Czechów. W szatni były łzy

08:58, 11.10.2009 /idnes.cz, lidovky.cz, CT24

CZESI O MECZU Z POLSKĄ: WYGRALIŚMY I CO Z TEGO

"Gorzkie zwycięstwo" Czechów. W szatni były łzy
Fot. PAP/EPACzesi się cieszą ze zdobytej bramki. Jeszcze nie wiedzą, że Słowacja poległa
"Gorzkie zwycięstwo", "Czesi rozgromili Polaków. Szanse na awans są jednak minimalne", "Zła wiadomość czekała w szatni. A piłkarze nie wstrzymywali łez" - to tytuły, jakimi witają Czechów w niedzielę internetowe media.
Polska reprezentacja przegrała w sobotę 0:2 z Czechami i już wiemy, że z Mundialem się pożegnaliśmy. Ale i nadzieja zwycięzców została pogrzebana. Przez... Słowaków. Ci przegrali ze Słowenią również 0:2.
Niewiarygodne. Polska reprezentacja przegrała 0:2 z Czechami, ostatecznie... czytaj więcej »


Złą wiadomość czescy zawodnicy otrzymali w szatni. "Nie powstrzymywali łez" - pisze prasa. - Bardzo chciałem pobić się o mistrzostwo świata, na kolejny wielki turniej będę musiał czekać dwa lata - żałował po meczu Tomasz Sivok.

Na San Marino nie ma co liczyć
Stefan "Doktor" Majewski kadry nie uzdrowił: Polacy po słabej grze... czytaj więcej »


W tej konfiguracji, żeby Czesi mieli jakąkolwiek szansę na awans do MŚ 2010 w RPA, sami musieliby wygrać z Irlandią Północną, a Słowenia musiałaby przegrać z San Marino. - Nie ma co liczyć nawet na to, by San Marino zremisowało. Nie mamy już żadnych szans - komentował Roman Hubnik.

Czeski napastnik Michal Papadopulos dodał: - Od dziś wiemy, że nie możemy liczyć na nikogo, tylko na nas samych. Żeby pomogło nam San Marino, to science fiction.

Milan Baros tłumaczył Słowaków: - Byli pod presją - własną i z naszej strony.

Trzymają fason?

I nie powiodło się. Słowacy polegli. Czescy piłkarze, starą piłkarską tradycją próbują ostatkiem sił trzymać fason. Jaroslav Plasil zapewniał: - W piłce nożnej wszystko jest możliwe. Szansa na awans wciąż jest, więc dlaczego się o nią nie pobić?

Wyniki grupy 3:
Czechy - Polska 2:0 (0:0)
Słowacja - Słowenia 0:2 (0:0)

Tabela:
1. Słowacja 9 6 1 2 21:10 19
2. Słowenia 9 5 2 2 15:4 17
3. Czechy 9 4 3 2 17:6 15
4. Irlandia Płn. 9 4 2 3 13:9 14
5. Polska 9 3 2 4 19:13 11
6. San Marino 9 0 0 9 1:44 0

Ostatnie mecze eliminacji:
Polska - Słowacja 20.30
San Marino - Słowenia 20.30
Czechy - Irlandia Płn. 20.30

//kdj

niedziela, 6 września 2009

Wielkie nadzieje, nieduże szanse

Stefan Szczepłek 04-09-2009, ostatnia aktualizacja 05-09-2009 22:34

Nawet remis w meczu z Irlandią Północną nie odbiera Polakom szans na udział w mundialu, a zwycięstwo w Chorzowie- i w trzech następnych meczach - nie gwarantuje awansu.

Polscy piłkarze przed meczem z Grecją
autor zdjęcia: Roman Bosiacki
źródło: Fotorzepa
Polscy piłkarze przed meczem z Grecją

Złożoność sytuacji wynika z tego, że faworyci, których jeszcze nie skreślono, zajmują odległe miejsca. Problemy Czechów zaczęły się od kontuzji Tomasa Rosickiego, odniesionej w styczniu roku 2008, podczas meczu pucharowego Arsenalu z Newcastle. Nikt nie rozgrywał piłki tak jak on, więc chociaż pomocników w kadrze Czech było wielu, żaden nie dorastał Rosickiemu do pięt. Po mistrzostwach Europy w Austrii i Szwajcarii z pracy zrezygnowali: trener Karel Brueckner i napastnik Jan Koller. Bez tej trójki reprezentacja była już zupełnie inna - mniej groźna.

Bruckner pracował przez siedem lat z dużymi sukcesami. Okazało się, że zastąpienie go było równie trudne jak najlepszych zawodników. W ciągu kilkunastu miesięcy Czesi trzy razy zmieniali trenera. Petr Rada zawiódł, w kwietniu, po porażce w Pradze ze Słowacją został zwolniony. Federacja postanowiła też, że sześciu piłkarzy: Tomas Ujfalusi, Milan Baros, Radoslav Kovac, Martin Fenin, Marek Matejovski i Vaclav Sverkos nie będą więcej powoływani, ponieważ po meczu ze Słowacją poszli się zabawić i to w towarzystwie prostytutek. Dla Ujfalusiego to niewielka kara, ponieważ on wcześniej obraził się na dziennikarzy i zrezygnował z gry w reprezentacji.

Zdecydowana większość kibiców jego decyzję przyjęła z radością, czemu dała wyraz w sondzie internetowej. Jak by tego było mało, z funkcji menedżera kadry zrezygnował Karel Poborsky, w latach 90. najbardziej znany czeski zawodnik. Jeśli u nas jest kryzys, to w Czechach kataklizm.

Nowego trenera szukano przez prawie miesiąc. Został nim w maju 50-letni Frantisek Straka, były trener Sparty Praga. Zaczął od oświadczenia, jakiego się nie spodziewano. - Według mnie jesteśmy w krytycznym położeniu - powiedział w jednym z pierwszych wywiadów. - Nikt z nas nie chce przyznać przed sobą samym, że gdy jedna generacja piłkarzy skończyła karierę, zapomnieliśmy dać szansę zawodnikom o odpowiednich walorach i pozostali oni niedostrzeżeni

Po jednym meczu (zwycięstwo 1:0 z Maltą) już go nie było. Nowym trenerem mianował się prezes federacji Ivan Hasek, w przeszłości wielki gracz. Doradcą został Karel Brueckner, darowano kary najlepszym zawodnikom. Po półtorarocznej przerwie wrócił wreszcie po kontuzji Rosicky, namówiono też do powrotu Kollera. To jet nadal reprezentacja złożona z piłkarzy o bardzo znanych nazwiskach, grających w dobrych zachodnich klubach. O tym czym ta drużyna jest dla Republiki Czeskiej świadczy fakt, że w ostatni wtorek przegotowującą się do meczu ze Słowację kadrę przyjął prezydent Vaclav Klaus. Piłkarze podarowali mu koszulkę z autografami i obiecali zwycięstwo.

Sobotni mecz ze Słowacją w Bratysławie ma być odkupieniem win i początkiem odnowy czeskiego futbolu. Dla Słowaków to jest wyjątkowa szansa. Oni sami nie spodziewali się zwycięstwa w Pradze ani tego, że po sześciu meczach zajmować będą pierwsze miejsce w tabeli. Słowacja jest w naszej grupie jedyną drużyną (nie licząc San Marino), która nie brała nigdy udziału w mistrzostwach świata i Europy.

Bramkarz reprezentacji Jan Mucha z Legii uważa, że chociaż faworytami meczu są mimo swoich kłopotów Czesi, to Słowacy mają świadomość wyjątkowej szansy. Mecz w Bratysławie może być, zdaniem bramkarza, czymś w rodzaju wojny. Atmosferę podgrzeje pewnie i to, że reprezentacja gospodarzy będzie żegnała się ze stadionem Tehelne Pole, który jest tam tym samym czym nasz w Chorzowie. Poza tym Słowacy też mają zawodników pracujących w dobrych klubach. A napastnik Robert Vittek to kolega Ludovica Obraniaka w Lille.

Jeśli Polska zwycięży a Słowacja przegra, awansujemy na drugie miejsce. Zajmująca na razie trzecie miejsce Słowenia w sobotę rozgrywa na Wembley towarzyski mecz z Anglią (transmisja w Sport Klubie, godz. 18.30). Będzie to dla Słowenii ostatni sprawdzian przed środowym meczem z Polską w Mariborze.

Sobotnie mecze: Polska - Irlandia Płn., TVP1 (20.15), Słowacja - Czechy, Polsat Sport (20.30).

Tabela grupy 3

1. Słowacja 6 15 17-6

2. Irlandia Płn. 7 13 12-6

3. Słowenia 7 11 10-4

4. Polska 6 10 18-7

5. Czechy 6 8 6-4

6. San Marino 6 0 1-37

Mecze do rozegrania:

9.9. Czechy - San Marino, Irlandia Płn. - Słowacja, Słowenia - Polska, 10.10. Słowacja - Słowenia, Czechy - Polska 14.10. Polska - Słowacja, Czechy - Irlandia Płn., San Marino - Słowenia.

Rzeczpospolita

Polskie szanse na awans. Skreślimy skreślenie?

Piłka nożna - Eliminacje MŚ - Europa

06/09/2009 - 10:00

Bezpośrednio po meczu z Irlandią Północną skreśliliśmy szanse Polaków na zajęcie któregoś z pierwszych miejsc w grupie 3. eliminacji. Teraz, po krótkim ochłonięciu z negatywnych emocji, postaramy się - nieco naiwnie - nakreślić scenariusz, przy którym to skreślenie trzeba będzie przekreślić.

Innymi słowy - to szokujące, ale szanse Polaków na baraże są wcale niemałe. Teoretycznie może być nawet pierwsze miejsce, ale science fiction zostawiamy dla miłośników "Star Treka".

Tabela po sobotnich meczach (Polska - Irlandia Płn. 1:1 i Słowacja - Czechy 2:2) wygląda następująco:
(prezentujemy tylko: miejsce, drużyna, punkty)

1. Słowacja 16
2. Irlandia Północna 14
3. Polska 11
4. Słowenia 11
5. Czechy 9
6. San Marino 0

Do rozegrania jest jeszcze siedem meczów. Ich zestawienie wraz z datami zamieszczamy poniżej. Obok umieściliśmy rezultat, który w danym spotkaniu jest prawdopodobny. Oczywiście te wskazania w przypadku reprezentacji Polski mają lekkie (?) zabarwienie życzeniowości.

9 września

Czechy - San Marino. Oczywiście zwycięstwo Czechów .
Irlandia Północna - Słowacja. Remis.
Słowenia - Polska. Zabarwiamy po naszemu, czyli wygrana Polaków.

10 października

Czechy - Polska. Wciąż zabarwiamy - remis.
Słowacja - Słowenia. Zwycięstwo Słowaków .

14 października

Czechy - Irlandia Północna. Czesi bez dwóch zdań.
Polska - Słowacja. Ostatnie zabarwienie i wygrana Polaków.
San Marino - Słowenia. Słowenia, choć to bez znaczenia.

Przy takich wynikach tabela końcowa będzie wyglądała następująco:

1. Słowacja 20
2. Polska 18
3. Czechy 16
4 Irlandia Północna 15
5 Słowenia 14
6. San Marino 0

Warto zauważyć, że dla Czechów przyjęliśmy maksa - oczywiście poza meczem z Polakami. Nawet przy takim podejściu są oni dwa punkty za reprezentacją Leo. Irlandia Północna - przy założonych rozstrzygnięciach - traci do nas trzy punkty. Żeby zrównać się za Polską musieliby w meczach ze Słowacja (u siebie) i Czechami (w Pradze) wywalczyć 4 punkty. To mniej prawdopodobne niż wygrana "biało-czerwonych" z Czechami. Słowenia tutaj się nie liczy.

No to co? W środę znowu zdzieramy gardła za reprezentację. Już nie dlatego, że wypada, ale dlatego, że jest o co walczyć. Drugie miejsce jeszcze nie daje gwarancji udziału w barażach, a baraże tym bardziej gry na mistrzostwach. Ale nadzieja jest... Podobno umiera ostatnia. Wychodzi na to, że w tym eliminacjach czwarty listek koniczynki jeszcze nie zwiędł. Bardzo chętnie przekreślimy tytuł naszej relacji zamieszczonej na gorąco po meczu: "Koniec marzeń. Mundialu nie będzie!". Niech tylko Leo i reprezentacja dadzą nam powód.

Eurosport - pk

sobota, 5 września 2009

Remis o smaku porażki (POL - IPN 1:1)

Paweł Wilkowicz 05-09-2009, ostatnia aktualizacja 06-09-2009 10:02

Polska - Irlandia Północna 1:1. Zemsty za Belfast nie było. Był tylko uratowany w drugiej połowie punkt i mnóstwo zmarnowanych sytuacji. Eliminacje nie są jeszcze przegrane, bo Słowacja też zremisowała u siebie, z Czechami

autor zdjęcia: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa
Wyrównująca bramka Mariusza Lewandowskiego
autor zdjęcia: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa
Wyrównująca bramka Mariusza Lewandowskiego
autor zdjęcia: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa

Nic się w grupie 3 nie zmienia, wszystkie strony tkwią w klinczu i jeśli będą trwały nadal, Polska na mundial nie pojedzie. W Chorzowie na mistrzostwa świata zasłużyli tylko kibice. Piłkarze może za walkę, ale jedynie w drugiej połowie.

Wtedy też dopiero zaczęli pokazywać, że grają w piłkę lepiej od Irlandczyków. Do przerwy byli jak sparaliżowani, na długo przed tym jak Kyle Lafferty wykorzystał jeden z kontrataków i strzelił do bramki między nogami Artura Boruca. A Irlandia wcale nie czekała tylko na kontrataki. Tyle się mówiło o zemście za Belfast, a to rywale ukradli Polakom pierwsze pół godziny meczu. Mądrze się ustawili, dobrze podawali - i walczyli. Tego najbardziej brakowało po polskiej stronie. Dopiero w drugiej połowie, gdy już nie było wyjścia, a mundial w RPA znikał za horyzontem, okazało się, że z Irlandczykami można wygrać walkę na ziemi i w powietrzu. Trzeba tylko ruszyć do przodu, a nie obracać się wokół własnej osi, podając bezpiecznie i przewidywalnie.

Bojowa atmosfera i dodatkowe wzruszenia związane z kontuzją Marcina Wasilewskiego zamiast pchnąć Polaków do przodu, uśpiły ich. Zaczęli mecz tak, jakby miał wygrać się sam. Wyszli na prezentację w koszulkach z nr 13 i napisem "Wasyl, jesteśmy z Tobą", Ludovic Obraniak odśpiewał Mazurka razem ze wszystkimi, ale na tym dobre emocje się skończyły.

Obraniak zszedł w przerwie, Jakub Błaszczykowski przebudził się dopiero w drugiej połowie, Mariusz Lewandowski i Rafał Murawski podawali do siebie i w końcu tego drugiego Leo Beenhakker również zmienił. Za dużo było podań do rywali, za mało przebojowości. Irlandzcy obrońcy byli szybsi od naszych napastników, a ich napastnicy szybsi od naszych obrońców. Żeby coś na to poradzić, trzeba mieć pomocników w formie i gotowych podejmować ryzyko, a takim był w pierwszej połowie tylko Roger.

Goście grali twardo, trzymali piłkę czekając na faul i rzut wolny, a po strzeleniu gola w 38. minucie marnowali z uśmiechem każdą mijającą minutę. Zatrzymywali Polaków tak, jak udało im się zablokować jesienią Czechów na ich boisku. Piłkarze Beenhakkera odbijali się od ich muru. Zdarzyło się w pierwszej połowie kilka dobrych akcji, ale trudno było je skończyć uderzeniem. Gdy już się udało, strzał Rogera z bliska zablokował Gareth Mcauley, a uderzenie Obraniaka wybił z linii bramkowej Jonathan Evans.

Pomogły dopiero zmiany. Euzebiusz Smolarek wprowadzony za Obraniaka i Robert Lewandowski za Murawskiego dali drużynie trochę dobrze pojętej nieprzewidywalności. Im dalej w drugą połowę, tym więcej było rzutów rożnych dla Polaków i groźnych akcji. Ale Irlandczycy, teraz już czekający tylko na kontry, też mieli swoje szanse, przy drugiej akcji Lafferty'ego, bardzo podobnej do tej, po której padł gol, drużynę uratował wyjściem z bramki Boruc.

Wyrównującą bramkę udało się zdobyć dopiero dziesięć minut przed końcem, gdy już niemal w każdej akcji Polacy atakowali całą drużyną. Ruszył do przodu Mariusz Lewandowski, i znalazł się w polu karnym gdy Brożek po podaniu Lewandowskiego odegrał piłkę wzdłuż boiska. Wystarczyło przystawić nogę. Potem Polacy właściwie nie schodzili z połowy rywala, ale ani strzały z bliska, ani z pola karnego do siatki drugiego gola już nie przyniosły, choć próbowało wielu.

Ten remis ma smak porażki. Awans znów się oddalił, ale ciągle jest sprawą otwartą, i będzie przynajmniej do środy. W Mariborze czeka Słowenia, z którą Polacy też mają porachunki, za Wrocław. Ale tam trzeba będzie cały mecz zagrać tak, jak w Chorzowie ostatnie 15 minut. I wierzyć. Niby o polskiej kadrze mówi się, że nie jest w stanie zagrać dwóch dobrych meczów w cztery dni. Ale ten pierwszy dobry na pewno nie był.

Skład Polski:

Artur Boruc - Paweł Golański, Dariusz Dudka, Michał Żewłakow, Jacek Krzynówek - Jakub Błaszczykowski, Mariusz Lewandowski (61-Robert Lewandowski), Rafał Murawski, Roger Guerreiro, Ludovic Obraniak (46-Euzebiusz Smolarek) - Paweł Brożek

Skład Irlandii Północnej:

Maik Taylor - Gareth McCauley, Jonathan Evans, Aaron Hughes, Stephen Craigan - Damien Johnson, Samuel Clingan, Grant McCann, Steven Davis - Kyle Lafferty (54-Martin Paterson), David Healy

Wyniki sobotnich meczów grupy 3. eliminacji piłkarskich mistrzostw świata:

Słowacja - Czechy 2:2 (0:0)

Polska - Irlandia Północna 1:1 (0:1)

Kolejność w tabeli:

1. Słowacja

2. Irlandia Północna

3. Polska

4. Słowenia

5. Czechy

6. San Marino

Najbliższe mecze, 9 września (środa): Słowenia - Polska, Czechy - San Marino, Irlandia Północna - Słowacja

Rzeczpospolita OnLine

sobota, 28 marca 2009

Pożegnanie z Afryką

Michał Kołodziejczyk 28-03-2009, ostatnia aktualizacja 29-03-2009 12:21

Polacy raczej nie pojadą na mistrzostwa świata. Mecz w Belfaście był najgorszym występem reprezentacji prowadzonej przez Leo Beenhakkera (Irlandia Północna - Polska 3:2)

autor zdjęcia: Bartek Sadowski
źródło: Fotorzepa
autor zdjęcia: Bartek Sadowski
źródło: Fotorzepa
autor zdjęcia: Bartek Sadowski
źródło: Fotorzepa

zobacz galerię zdjęć z meczu

Artura Boruca po meczu przez strefę, gdzie piłkarze udzielają wywiadów przeprowadziła ochrona. Kilka minut wcześniej polski bramkarz uściskiem dłoni podziękował wszystkim przeciwnikom. Kiedy schodził do szatni kibice na Windsor Park dalej śpiewali o nim piosenki. Śpiewali o tym, że Artur Boruc jest ich bohaterem, że wreszcie bramkarz Celticu Glasgow zrobił coś dobrego dla protestantów.Wyrównaj z obu stron

Boruc stał się ofiarą samego siebie. Tym razem nikogo nie prowokował, nie żegnał się przed trybuną irlandzkich kibiców, nie miał pod bluzą koszulki z wizerunkiem papieża, ale show, które urządza od lat zniszczyło marzenia reprezentacji o mistrzostwach świata. Trener rywali Nigel Worthington przyznał później, że kazał każdemu swojemu piłkarzowi wywierać na Borucu jak największą presję, mówić do niego, nie uciekać z pola karnego, gdy wybijał piłkę. Swoje dołożyli też kibice i Polak nie wytrzymał.

Była 10. minuta, kiedy gospodarze strzelili pierwszego gola. Boruc grał pod słońce, losowanie stron wydawało się mieć w tym meczu olbrzymie znaczenie. Ze zbyt głębokim dośrodkowaniem nie poradził sobie ani nasz bramkarz, ani Jakub Wawrzyniak, który patrzył na Boruca, który nie wiedzieć czemu postanowił nie interweniować. Piłka trafiła do Warrena Feeneya i trzeba było odrabiać straty. Jeszcze gorzej było po godzinie gry, gdy Polacy musieli odrabiać straty po raz drugi i okazało się, że słońce w tym meczu nie odgrywa decydującej roli, bo drużyna Leo Beenhakkera źle gra także po przerwie. Było już 1:2, atakowali Irlandczycy, ale piłkę przejął Michał Żewłakow i podał swojemu najlepszemu przyjacielowi - Borucowi. Mocno, w światło bramki, czyli tak, jak nie podaje się nawet w juniorach, bo trener od razu zdejmuje z boiska. Żewłakow wiedział, że nawierzchnia na Windsor Park bardziej od boiska przypomina kartoflisko, wiedział też o tym bramkarz, jednak nie próbował opanować piłki, tylko chciał od razu wykopać ją w przód. Nie zdołał, podskoczyła na nierówności i wpadła do bramki. Identycznie, jak dwa lata temu Paulowi Robinsonowi w meczu Anglików z Chorwacją. Powtórki tamtego gola biły rekordy popularności w Internecie przez wiele miesięcy. Teraz Robinson ma silną konkurencję.

Boruc zawalił mecz reprezentacji drugi raz z rzędu, w ostatnim jesiennym spotkaniu w końcówce meczu ze Słowacją przepuścił dwa gole, za które musiał przepraszać kolegów z drużyny. W sobotę podobno nie przepraszał, w szatni panowała cisza.

Bramkarz Celticu Glasgow nie wiedział jeszcze, że w tym meczu w ogóle miał nie zagrać, jego pozycja w kadrze - także ze względu na zachowanie poza boiskiem - bardzo spadła.

O 13:17 rzecznik prasowy Marta Alf wysłała do dziennikarzy informację, że Łukasz Fabiański ma infekcję jelit i zostanie w hotelu. Wydawało się nawet, że wreszcie zdenerwował się, że mimo dobrej formy znowu będzie tylko numerem dwa. Fabiański jednak wezwał lekarza do pokoju o siódmej rano, kiedy Beenhakker składu jeszcze nie ogłosił. Po meczu trener przyznał, że postawił na Boruca, bo musiał. Łukasz Załuska nie ma żadnego doświadczenia w kadrze.

Problemem polskiej reprezentacji w Belfaście nie był jednak sam Boruc. Przed meczem wątpliwości nie dotyczyły tylko zestawienia jednej formacji - obrony, która miała być solidna i szczelna, tymczasem po pół godzinie trzech z czterech zawodników miało już za sobą poważne błędy, po którym mogliśmy stracić gola, lub - jak w przypadku Wawrzyniaka - straciliśmy.

Żewłakow z Dariuszem Dudką podawali piłkę przeciwnikom. Marcin Wasilewski, który w pierwszej połowie prezentował się najlepiej, dołączył do kolegów na początku drugiej, kiedy nie upilnował Jonathana Evansa, a ten zdobył gola na 2:1 dla Irlandii. Pół godziny po boisku biegał Jakub Błaszczykowski, ale drużyny nie zbawił. Dużo więcej dało wejście Marka Saganowskiego za Ireneusza Jelenia. Piłkarz Auxerre wrócił do kadry, strzelił gola na 1:1 w pierwszej połowie, ale najczęściej, gdy dostawał piłkę, bardzo szybko ją tracił. Saganowski wszedł na ostatnie 20 minut i okazało się, że piłkarz, który umie walczyć z Wyspiarzami był w stanie zagrozić bramce rywali częściej niż wszyscy inni zawodnicy razem wzięci. W 82. minucie chybił minimalnie, w doliczonym czasie gry zdobył bramkę pocieszenia na 2:3. Jako jedyny zostawił po sobie w Belfaście dobre wrażenie. Reprezentacja ery Beenhakkera zatoczyła koło. Mecz z Irlandią Północnym marnością można porównywać tylko ze spotkaniem z Finlandią na inaugurację eliminacji mistrzostw Europy 2008. Wtedy w Bydgoszczy Polacy przegrali 1:3, ale był to początek pracy Holendra z naszą reprezentacją. Teraz trzeba wymagać więcej, a koszmarem Boruca nie da się wszystkiego wytłumaczyć. Zgrupowanie we Wronkach pełne przecież było optymizmu, bo polscy piłkarze wreszcie zaczęli regularnie grać w swoich zagranicznych klubach. Po spotkaniu z Irlandią Północną trudno wytłumaczyć dlaczego.

Formuła Beenhakkera mogła się wypalić, magia - przestać działać. Trzy punkty stracone w Belfaście potrzebne będą wcale nie do wyścigu z Irlandczykami, zabraknie ich w walce z którymkolwiek rywalem, który wywalczy pierwsze miejsce w grupie. Trener wie o tym, że teraz Polska może dostać się na mundial tylko tylnymi drzwiami - po barażach. Wygrać je zresztą będzie bardzo trudno. Po meczu szatnię Polaków odwiedził podobno prezes PZPN Grzegorz Lato. Pocieszał piłkarzy, mówił, że jest z nimi i mają jego pełne zaufanie. Mimo że wcześniej miał niby stawiać ultimatum Beenhakkerowi - „sześć punktów wiosną, albo do widzenia”, dymisji selekcjonera nie będzie. Nie opłaca się, w Polsce powoli dokonuje się pożegnanie Afryki, czyli mundialu W RPA, a zaczyna się myślenie o mistrzostwach Europy 2012.

Po pięciu kolejkach Polacy w grupie wyprzedzają tylko San Marino, Słowacja, która ma rozegrany jeden mecz mniej jest trzy miejsca wyżej. Wydaje się, że to już dno.

Schodzącym do szatni Polakom, a zwłaszcza Borucowi, kibice zaśpiewali, by zawsze patrzył na jasną stronę życia, czym wpisali się w retorykę Beenhakkera. Skoro tak, spójrzmy na tabelę naszej grupy inaczej - jeśli drużyna Beenhakkera w środę wysoko wygra z San Marino, a w dwóch pozostałych meczach padną remisy, nagle znajdzie się na drugim miejscu w tabeli ze stratą jednego punktu do lidera. A potem trzeba będzie czekać do września, wygrać wszystko do końca i patrzeć, jak potykają się konkurenci.

Przeczytaj komentarz Stefana Szczepłka

Mirosław Drzewiecki:

Nie mogę wypowiedzieć się na temat meczu, gdyż siedzę i płaczę. (...) Tak słabego meczu w wykonaniu polskich piłkarzy nie widziałem parę lat.

Za kilka dni spotykamy się z San Marino; styl gry musi się zmienić. Forma na boisku w Belfaście była skandaliczna. Zawodnicy sprawiali wrażenie jakby nie wiedzieli po co tam pojechali. Były podania z trzydziestu metrów do własnego bramkarza na nierównym boisku.

Składy:

Polska: 1-Artur Boruc - 13-Marcin Wasilewski, 14-Michał Żewłakow, 5-Dariusz Dudka, 4-Jakub Wawrzyniak - 7-Robert Lewandowski, 18-Mariusz Lewandowski, 6-Roger Guerreiro,15-Tomasz Bandrowski, 8-Jacek Krzynówek - 11-Ireneusz Jeleń.

Irlandia Płn.: 1-Maik Taylor - 2-Gareth McAuley, 5-Stephen Craigan, 18-Aaron Hughes, 3-Jonathan Evans - 7-Damien Johnson,6-Sammy Clingan, 8-Grant McCann, 11-Chris Brunt - 10-Warren Feeney, 9-David Healy.

środa, 15 października 2008

Słowacja - Polska 2:1. Katastrofa w minutę

Sport.pl
Minuta dekoncentracji i dwie bramki Sestaka wystarczyły, by Polska przegrała w Bratysławie ze Słowacją i straciła prowadzenie w grupie. Jej nowym liderem zostali rywale Polaków.
Ten drugi, czyli Słowacja - Polska - relacja Z czuba »

Zgodnie z przewidywaniami Leo Beenhakker postawił na zawodników, którzy świetnie spisali się w meczu z Czechami. Jedyną zmianą było wejście Grzegorza Wojtkowiaka na lewą obronę, w miejsce kontuzjowanego Jakuba Wawrzyniaka.

Niestety zanim jeszcze piłkarze wbiegli na murawę, na stadionie w Bratysławie doszło do starcia polskich kiboli z policją. Chuligani odpalili race i rzucali je na boisko. Dopiero po interwencji policji sytuacja na trybunach się uspokoiła i mecz rozpoczął się o czasie.

Policja spacyfikowała polskich chuliganów »

W pierwszej połowie zawodnicy obu drużyn nie dostarczyli zbyt wielu emocji. Polacy nie grali tak dobrze jak w meczu z Czechami i z trudem budowali akcje ofensywne. Najlepszą sytuację miał Jakub Błaszczykowski, który po świetnym podaniu od Murawskiego minął rywala, niestety uderzył nad bramką.

W drugiej połowie gra "biało-czerwonych" nadal się nie kleiła. Aż do 70. minuty. Wtedy w polu karnym Słowaków kapitalnie do Brożka zagrał Błaszczykowski, napastnik Wisły wyłożył piłkę Smolarkowi, a ten nie miał problemów z trafieniem do pustej bramki.

Ostatnie pięć minut meczu to był jednak koszmar dla Polaków. W 85. minucie Artur Boruc wypuścił z rąk łatwą piłkę, dopadł do niej Sestak i bez problemu wyrównał. Chwilę później zespół Beenhakkera już przegrywał. Po strzale Słowaka, Dudka zmienił tor lotu piłki, która uderzyła w słupek i spadła pod nogi Sestaka. Słowak strzelił drugiego gola. Zapewnił swojej drużynie trzy punkty i prowadzenie w tabeli.

Jak to można było przegrać? - bramki z meczu Polaków na Zczuba.tv »

Polska nie zasłużyła na zwycięstwo


Tak wyglądał ten mecz - zobacz galerię zdjęć »

"Sobotnie zwycięstwo i świetna gra z Czechami szybko okazały się incydentem. Polskich piłkarzy stać na wspięcie się na wyżyny tylko od wielkiego dzwonu, gdy mało kto w nich wierzy. Nie chodzi nawet o syndrom drugiego meczu, o którym tak wiele mówili piłkarze i trener. Ponoć drużyna została z niego wyleczona. Być może, teraz trzeba ją nauczyć regularnie grać, jak w spotkaniach z Portugalią z poprzednich eliminacji i Czechami" - piszą ze stadionu w Bratysławie dziennikarze Gazety Wyborczej i Sport.pl Robert Błoński i Michał Szadkowski »

Oceny Polaków:


"Artur Boruc zawalił pierwszego gola, nic nie zrobił przy drugim. Kto widział mecz, ten wie, od następnego meczu numerem jeden w polskiej bramce będzie Łukasz Fabiański. Przez Boruca Polska przegrała w Bratysławie" - grę Polaków w meczu ze Słowacją ocenia Michał Szadkowski »

O meczu Polaków na blogach Sport.pl:


RafałStec: Przyszedł czas na naszą traumę »

Dlaczego nie skopię leżącego Boruca - wyjaśnia Michał Pol »

Dariusz Wołowski: Piłkarskie kuriozum w polskiej wersji »

Supergigant: Dlaczego to był najgłupiej przegrany mecz historii »

Czesi zagrali dla Polski


Reprezentacja Czech pokonała w Teplicach 1:0 Słowenię, która wspólnie z Polską zajmowała pierwsze miejsce w grupie trzeciej. Jedynego gola zdobył Libor Sionko - relacja Michała Pola »

Hiszpania i Anglia nadal niepokonane


Hiszpanie i Anglicy nie stracili jeszcze punktu w eliminacjach mundialu i pewnie prowadzą w swoich grupach. W środę miały jednak problemy z rywalami. Szczególnie mistrzowie Europy, którzy zwycięską bramkę strzelili dopiero w 88. minucie.

Sprawdź wszystkie wyniki meczów eliminacji MŚ »

Tabela grupy 3:


lpMZRPbramkipkt
1. Słowacja43018-59
2. Polska42116-47
3. Słowenia42115-37
4. Irlandia Północna41125-44
5. Czechy31112-24
6. San Marino30031-90