środa, 28 kwietnia 2010

Prokuratura: To prawdopodobnie szczątki chorążego Zielonki

met, mar, PAP
2010-04-28, ostatnia aktualizacja 2010-04-28 17:02

Wojskowa Prokuratura Okręgowa potwierdza, że znalezione wczoraj nad Wisłą w Warszawie zwłoki mężczyzny, to prawdopodobnie szczątki chorążego Stefana Zielonki. Jak dowiedział się nieoficjalnie Polsat News, mężczyzna mógł zostać zamordowany: ciało ma rany zadane ostrym narzedziem.

Stefan Zielonka
Fot. policja
Stefan Zielonka
Zwłoki zostały wczoraj znalezione przez dwóch mężczyzn w okolicach kanału melioracyjnego przy Wale Miedzyszyńskim, nie daleko ulicy Chodzieskiej.

Prokuratura wznawia w związku z tym śledztwo w sprawie zaginięcia chorążego Zielonki - poinformował Szef Wojskowej prokuratury Okręgowej w Warszawie Ireneusz Szeląg. W niedalekiej odległości od zwłok znaleziono wyciąg z konta bankowego na nazwisko Stefana Zielonki - poinformował prokurator. Ostateczne potwierdzenie tożsamości zwłok bezie możliwe po przeprowadzeniu badań DNA. Potrwa to kilka dni.

Obecnie na przestrzeni kilkuset metrów wzdłuż Wisły, znajdowane są kolejne części zwłok - poinformował prokurator. Jednocześnie ze szczątków i od osób bliskich pobierany jest materiał genetyczny do badań porównawczych.

Prokuratura ostrzegła jednocześnie, że w toku śledztwa były już ujawniane zwłoki, które były typowane jako ciało chorążego Zielonki. Po badaniach okazywało się jednak, że to ciała innych osób.

O tym, że znalezione zwłoki, to szczątki zaginionego szyfranta jest przekonany szef sejmowej komisji do spraw służb specjalnych Konstanty Miodowicz. To prawdopodobieństwo graniczące z pewnością - powiedział reporterowi RMF FM. Miodowicz powiedział też, że Stefan Zielonka miał bardzo poważne kłopoty zdrowotne, ale nie poinformował o tym swych przełożonych. - On wykonywał zadania, które przerastały jego predyspozycje osobowościowe i psychiczne - mówił Miodowicz reporterowi RMF. - Owszem on miał problemy, ale nie natury wywiadowczej, a wynikające z jego kondycji psychicznej - mówił. A to według posła uprawdopodabnia wersję samobójczą.

Wcześniej policja informowała, że dokumenty znalezione przy zwłokach są zbyt dobrze zachowane, jak na czas, jaki musiałyby przeleżeć.

Zielonka, 52-letni wojskowy szyfrant, pracownik Służby Wywiadu Wojskowego, zniknął w kwietniu 2009 r. Służby informowały, że przyczyną tego były najprawdopodobniej problemy osobiste. W grudniu 2009 r. szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego płk Janusz Nosek mówił, że zakładane są wszystkie warianty, także zdrada lub pozyskanie przez inne służby, ale - jak się wyraził - "prawdopodobieństwo takiego scenariusza jest mniejsze niż jeden promil". W marcu br. Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie postawiła szyfrantowi zarzut dezercji.

W ubiegłym tygodniu naczelny francuskiego pisma "Intelligence Online" Philippe Vasset twierdził, że Zielonka "niemal na pewno" jest w Chinach, dokąd miał go wywieźć tamtejszy wywiad.

Ostatnia ofiara katastrofy pod Smoleńskiem - gen. Andrzej Błasik spoczął na Powązkach

jagor, IAR, PAP
2010-04-28, ostatnia aktualizacja 2010-04-28 20:16

- On, jak prawdziwy dowódca, ostatni schodzi z tego pola rozpaczy - powiedział podczas pogrzebu generała Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych RP, poseł Franciszek Stefaniuk z PSL. Ceremonia odbyła się w Katedrze Polowej Wojska Polskiego. Pogrzeb generała Błasika był ostatnim z pochówków 96 ofiar katastrofy polskiego Tu-154 pod Smoleńskiem.

Pogrzeb generała Andrzeja Błasika w Katedrze Polowej 
Wojska Polskiego
Fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta
Pogrzeb generała Andrzeja Błasika w Katedrze Polowej Wojska Polskiego
Gen. Andrzej Błasik
Fot. Łukasz Cynalewski / AG
Gen. Andrzej Błasik
Szef MON Bogdan Klich wręcza nominację 
generalską wdowie po generale Andrzeju Błasiku
Fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta
Szef MON Bogdan Klich wręcza nominację generalską wdowie po generale Andrzeju...
W homilii ksiądz pułkownik Józef Srogosz podkreślił, że Andrzej Błasik zginął w służbie dla Rzeczypospolitej. Dodał, że do Katynia generała i innych prowadziła miłość i pamięć o Tych, którzy 70 lat temu oddali za Polskę swe życie.



Ksiądz pułkownik Józef Srogosz mówił, że Andrzej Błasik był pilotem klasy mistrzowskiej, który dzięki swoim umiejętnościom zrobił błyskawiczną karierę. - Uchodził za świetnego pilota, był ambitny, koleżeński, oddany przyjaciołom, kochał lotniczą "gapę" i szachownicę - mówił w homilii ks. płk Srogosz.

Z kolei poseł Franciszek Stefaniuk z PSL powiedział: - On, jak prawdziwy dowódca, ostatni schodzi z tego pola rozpaczy.

Generał Błasik został pochowany na Cmentarzu Wojskowym na warszawskich Powązkach. Był to ostatni z pogrzebów 96 ofiar katastrofy polskiego Tu-154.

Andrzej Błasik był absolwentem Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie. Ukończył też Akademię Obrony Narodowej w Warszawie, Holenderską Akademię Obrony oraz Szkołę Wojenną Sił Powietrznych USA. W 2001 roku objął funkcję szefa Szkolenia 2. Brygady Lotnictwa Taktycznego w Poznaniu. Dowodzona przez niego jednostka wojskowa otrzymała w 2003 roku "Znak Honorowy Sił Zbrojnych RP" za zabezpieczenie międzynarodowych manewrów NATO.

Od 2004 roku był szefem Oddziału Zastosowania Bojowego w Dowództwie Sił Powietrznych RP. W 2005 roku otrzymał awans do stopnia generała brygady. Później przez krótki czas pełnił funkcję komendanta-rektora Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych. W 2007 roku awansował do stopnia generała broni. Był pilotem I klasy. Miał uprawnienia instruktorskie do szkolenia pilotów we wszystkich warunkach atmosferycznych.

Generał Błasik był odznaczony: Złotym Medalem Za Zasługi Dla Obronności Kraju, Srebrnym Medalem Siły Zbrojne w Służbie Ojczyzny i Brązowym Krzyżem Zasługi. Pośmiertnie otrzymał Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski.

Pozostawił żonę i dwójkę dzieci.

"Putin zaproponował, by ciało prezydenta przewieźć do Moskwy"



Premier Donald Tusk, fot. Radek Pietruszka
PAP
Premier Donald Tusk podczas konferencji prasowej dotyczącej działań państwa po katastrofie prezydenckiego samolotu mówił, iż premier Rosji Władimir Putin wyszedł z propozycją, by zwłoki Lecha Kaczyńskiego przewieźć do Moskwy.
Tusk powiedział, że premier Rosji Władimir Putin dwukrotnie proponował mu, aby ciało prezydenta Lecha Kaczyńskiego przewieźć ze Smoleńska do Moskwy. Jak tłumaczył, możliwości identyfikacyjne i przeprowadzenie sekcji zwłok w Moskwie będzie dużo prostsze i odbędzie się w dużo lepszych warunkach, niż w Smoleńsku; według szefa rosyjskiego rządu w Moskwie można byłoby bardziej uroczyście i godnie pożegnać prezydenta.

- Ja za każdym razem odpowiadałem premierowi Putinowi, że spodziewam się, że decyzje w tej kwestii będzie chciał podejmować brat prezydenta Jarosław Kaczyński i że ze względu na szczególną okoliczność relacji między zmarłym a Jarosławem Kaczyńskim uznałem, że te względy muszą być ważniejsze, niż ustalenie między premierami - powiedział Tusk.

Dlatego, jak dodał, po powtórnej propozycji Putina w tej sprawie, rzecznik rządu Paweł Graś skontaktował się z Jarosławem Kaczyńskim, który powiedział, że chce, aby ciało prezydenta jak najszybciej przewieźć ze Smoleńska do Polski. Szef rządu zaznaczył, że brat zmarłego prezydenta nie chciał uczestniczyć w rozmowie z nim, ani z premierem Putinem.

- Miałem wrażenie, że premier Putin rozumie moje stanowisko, że dopóki Jarosław Kaczyński nie znajdzie się na miejscu i nie podejmie decyzji, nie powinniśmy podejmować żadnych decyzji - dodał szef rządu.

Godzina katastrofy - 8.41

Premier Tusk powiedział, że przerwanie pracy niektórych urządzeń w samolocie, który rozbił się pod Smoleńskiem, może wskazywać, iż katastrofa nastąpiła o godz. 8.41. Zastrzegł jednak, że nie zostało to definitywnie stwierdzone.

- Mogę powiedzieć, że z relacji (...) tych, którzy uczestniczą razem z Rosjanami, jeśli chodzi o badanie tego, co w aparaturze samolotu do tej chwili odzyskano, to przerwanie pracy niektórych instrumentów wskazywałoby na godzinę wcześniejszą, czyli 8.41 - powiedział Tusk.

Zaznaczył jednak, że ta informacja powinna być traktowana jako "przykład, ilustrację, z jakim problemem się tam (w prokuraturze) borykają, niż jako definitywne stwierdzenie".

Tusk powiedział, że rozumie prokuraturę, iż nawet w tak elementarnej kwestii jak godzina katastrofy woli poczekać na stuprocentową pewność, niż później wycofywać się z ustaleń. Dotychczas jako godzinę katastrofy podawano godz. 8:56.

Premier Tusk stwierdził także, że wysłał do Rosji specjalnego akredytowanego. - Jego zadaniem jest dotarcie do przyczyn katastrofy - mówił Tusk.

Tusk zaznaczył, że przyjęto podstawę prawną wynikającą z prawa międzynarodowego, tzw. konwencję chicagowską, "która pozwoli działać przejrzyście obu stronom".

- Mamy wspólne reguły, dzięki którym możemy pracować wspólnie z Rosją - mówił Tusk.

Premier poinformował, że do Rosji, zgodnie z postanowieniami konwencji, wysłał specjalnego akredytowanego. Został nim Edmund Klich, przewodniczący Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, który ma prawo dostępu do wszystkich prowadzonych działań i informacji o śledztwie.

- Rosjanie wypełniają zobowiązania wynikające z konwencji, a nawet w ocenie Klicha są w wielu sytuacjach gotowi wykroczyć poza ramy konwencji, kiedy jest takie oczekiwanie strony polskiej - zaznaczył premier.



Rosjanie współpracują

Premier powiedział także, że uzyskał zapewnienie od prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta, że do tej pory polska prokuratura nie ma żadnych zastrzeżeń do współpracy ze stroną rosyjską w postępowaniu ws. okoliczności katastrofy pod Smoleńskiem.

- W czasie długiego spotkania z prokuratorem generalnym uzyskałem zapewnienie, że jak do tej pory polska prokuratura nie ma żadnych zastrzeżeń do współpracy ze stroną rosyjską - podkreślił Tusk na konferencji prasowej.

Według premiera prokuratura od początku ma możliwość uczestniczenia w postępowaniu, w badaniach i w śledztwie prowadzonych przez stronę rosyjską. Jak dodał, dotyczy to także dostępu do czarnych skrzynek od momentu ich odnalezienia, zabezpieczenia, otwarcia i przesłuchań.

Jak zaznaczył, zapewnił Prokuraturę Generalną "o pełnej pomocy logistycznej i organizacyjnej oraz dyplomatycznej" w czasie działań prokuratury wojskowej w Rosji.

Tusk zapewnił, że prokurator generalny jest z nim w stałym kontakcie i "ma pełną świadomość niezależności prokuratury od innych organów państw".

- To bardzo trudny egzamin dla prokuratury, która działa od kilku tygodni w zupełnie nowych warunkach ustrojowych. Ale to także test na ile prokuratura, będąc niezależnym ciałem wobec rządu, będzie w stanie dobrze działać - powiedział premier.

W jego ocenie "fakt, że prokuratura jest w pełni niezależna od rządu jest faktem sprzyjającym obiektywizmowi postępowania" w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem.

Przypomniał, że bezpośrednio postępowanie w sprawie katastrofy lotniczej prowadzi prokuratura wojskowa, która jest podległa prokuratorowi generalnemu. - To prokuratura będzie ustalała nie tylko przebieg zdarzeń, ale i zakres odpowiedzialności i ewentualnej winy za to tragiczne zdarzenie - mówił szef rządu.

"Szybka informacja może narobić wiele szkód"

- Śledztwo budzi szczególnie dużo emocji, co jest zrozumiałe. Wszyscy niecierpliwie czekamy na wynik. Dobrze rozumiem tą niecierpliwość i osobiście dbałem od pierwszych godzin, aby przyjęto odpowiednie procedury - stwierdził premier, dodając, że "kluczowa dla instytucji państwa w procesie wyjaśniania przyczyn tragedii jest wiarygodność, zgodność z procedurami i nieuleganie presji, aby zaspokoić potrzebę szybkiej informacji. A szybka, ale nieprecyzyjna, albo nieprawdziwa informacja w takich momentach jak ten może narobić bardzo wiele szkód - ocenił premier.

Dodał, że doradcy i eksperci akredytowanego mają także prawo dostępu do wszelkich czynności i materiałów, jakie bada komisja rosyjska. Tusk zaznaczył, że akredytowany będzie oceniał, na ile projekt raportu ze strony rosyjskiej odpowiada czynnościom, działaniom, materiałom, które oni podczas postępowania komisji widzieli.

Premier poinformował, że dzięki obecności E. Klicha strona polska będzie formułowała ewentualne uwagi do projektu raportu strony rosyjskiej.

Tusk powiedział, że na czele polskiej komisji badającej przyczyny katastrofy stanął szef MSWiA Jerzy Miller.

Premier poinformował, że Jerzy Miller stoi na czele Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych od środy. Dodał, że przyjął rezygnację dotychczasowego szefa tej komisji Edmunda Klicha, który uznał, że nie jest w stanie łączyć funkcji akredytowanego przy komisji rosyjskiej i odpowiadać za raport polskich biegłych.

Szef rządu powiedział, że zadaniem polskiej komisji będzie przygotowanie końcowego raportu, z którego będzie wynikała polska ocena przyczyny katastrofy i potrzebne zmiany, które trzeba będzie wprowadzić w Polsce. Jak zaznaczył, ta komisja zgodnie z prawem nie ustala odpowiedzialnych i winnych. - To nie jest i nie może być zakres jej odpowiedzialności - powiedział Tusk.

Tusk zaznaczył, że jego intencją jest, by Państwową Komisją Badania Wypadków Lotniczych kierował cywil, ponieważ "przedmiotem badania tej komisji będą także procedury zachowania, różne fakty, które dotyczą wojska w kontekście katastrofy, ale także zdarzeń ją poprzedzających".

Szef rządu poinformował także, że telefony i laptopy ofiar katastrofy samolotowej pod Smoleńskiem są w Polsce, dysponują nimi służby specjalne i prokuratura.

- Chcę uspokoić państwa, jeśli chodzi o tego typu sprzęt, jak laptopy czy telefony komórkowe, nasze służby specjalne, w porozumieniu z Rosjanami i za ich pomocą, są w dyspozycji tego sprzętu. Cały drogą dyplomatyczną został przez stronę rosyjską przekazany i jest w Polsce także do dyspozycji prokuratury, łącznie z telefonem komórkowym prezydenta - powiedział Donald Tusk.

"Poczekam z decyzjami politycznymi"

Premier Tusk zapowiedział, że ewentualne decyzje polityczne dotyczące odpowiedzialności w związku z katastrofą samolotu pod Smoleńskiem zapadną dopiero po wyborach prezydenckich i będą konsultowane z nowym prezydentem.

Szef rządu, pytany, czy ma zamiar odwołać krytykowanego przez część polityków i ekspertów ministra obrony Bogdana Klicha, powiedział, że zarzuty formułowane pod jego adresem są przedwczesne. Jak podkreślił, byłoby źle, gdyby tego typu decyzje przyczyniały się do wskazywania odpowiedzialnych za katastrofę.

- Będę także chciał (...) poczekać na wyjaśnienie przynajmniej części okoliczności katastrofy, tak aby mieć prawdziwą wiedzę, a nie domysły o zakresie odpowiedzialności politycznej urzędników państwowych, czy wojskowych. Jak sadzę, ewentualne decyzje będą tak czy inaczej po wyborach prezydenckich. Tego typu decyzje, także ze względu na przyszłość, powinny być konsultowane z nowym prezydentem - oświadczył premier.

"Od prokuratury zależy, jakie informacje trafią do opinii publicznej"

- Od decyzji prokuratury będzie zależało tempo i skala informowania opinii publicznej o okoliczności katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem - powiedział

- Wyrażam to przekonanie, podziela je także prokurator generalny, że wszystko co możliwe, wszystko co nie szkodzi śledztwu, wszystko co jest już do zdefiniowane powinno być tak szybko, jak to możliwe ujawnione publicznie - podkreślił premier.

Jak dodał, rozumie prokuraturę i "jej powściągliwość". - Zadaniem prokuratury, akredytowanego i komisji jest dotarcie do wszystkich okoliczności katastrofy, a nie snucie hipotez i spekulacji - zaznaczył.

Samolot wiozący delegację na rocznicę zbrodni katyńskiej rozbił się 10 kwietnia pod Smoleńskiem. W katastrofie zginęło 96 osób - wśród nich prezydent Lech Kaczyński z małżonką, parlamentarzyści, najwyżsi dowódcy wojska, duchowni i przedstawiciele rodzin polskich obywateli pomordowanych przed 70 laty w Katyniu.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Napieralski: Będę nosił niebieskie koszule tak jak Kwaśniewski

Joanna Miziołek

2010-04-25 22:25:46, aktualizacja: 2010-04-26 07:36:43

O tym czy wierzy w swoje zwycięstwo, kto udzieli mu wsparcia, o niebieskich koszulach i czym jest wojna polsko-polska, z Grzegorzem Napieralskim, kandydatem SLD na prezydenta, rozmawia Joanna Miziołek.

Panie prezydencie - wierzy Pan, że kiedyś dziennikarz tak się do Pana zwróci?
Wierzę, że Polska może być krajem szczęśliwych ludzi, europejskim krajem dobrobytu, tolerancji i uśmiechu. A nie krajem wojny, teczek, policji politycznej i indoktrynacji religijnej.

Czyli nawet Pan nie wierzy w to, że wygra?
Jakbym nie wierzył, tobym nie stratował. Aleksander Kwaśniewski, który namawiał mnie na kandydowanie, powiedział, że kiedy startował, był niewiele starszy ode mnie, nikt nie wierzył w jego zwycięstwo. A udało się.

Dziś wśród Pana przeciwników w Sojuszu pojawiają się głosy, że od samego początku miał Pan zamiar wystartować, a w ostatnich dniach przed ogłoszeniem decyzji wykonał Pan pokerową zagrywkę. Co chwilę w mediach pojawiał się inny kandydat na prezydenta z ramienia SLD.
Dopiero na dwa dni przed ogłoszeniem kandydata na prezydenta podjąłem ostateczną decyzję, że startuję. Po pogrzebie Jerzego Szmajdzińskiego, na cmentarzu wiele osób z Sojuszu podchodziło do mnie i prosiło, żebym wystartował. Mówili, że w przeciwnym przypadku będzie rozłam i podział w SLD, i tak to wyszło. Takie są kulisy tej decyzji. Żadnego pokera nie było.

Czyli wyszło słynne: nie chcem, ale muszem?
Chcę zawalczyć.

Kalisz i Siwiec też chcieli powalczyć o prezydenturę. Dlaczego nie oni?
To wynik takich małych prawyborów, demokratycznej decyzji. Jestem młody, czym skutecznie wyróżniam się od pozostałych kandydatów. Polacy chcą zmiany w polityce. A moja kandydatura jest zapowiedzią i gwarancją tych zmian. Ponieważ wybór polityka nowego pokolenia to koniec wojny polsko-polskiej, koniec gorszących sporów. Mnie interesuje przyszłość. Jestem rozpoznawalny i mam poparcie w strukturach, wśród członków i sympatyków SLD.

Ale Ryszard Kalisz też jest rozpoznawalnym politykiem Sojuszu. Wielu działaczy optowało za jego kandydaturą. Dlaczego przegrał?
W SLD jest mnóstwo rozpoznawalnych ludzi i świetnych fachowców. Jednak wszyscy nie mogą kandydować na prezydenta. Poza tym Ryszard Kalisz nie przegrał. Jego kandydowanie to były tylko spekulacje medialne. Szefowie regionów i zarząd krajowy zadecydowali jednogłośnie, że stawiają na mnie.

To w końcu rozmawiał Pan z nimi o tym, czy chcą wystartować w wyborach, czy nie? Czy to też były medialne spekulacje?
My w SLD w ogóle bardzo dużo rozmawiamy. To nie jest partia wodzowska.

Czyli poszedł Pan za ciosem i zaryzykował. Jak powiedział były szef SLD Wojciech Olejniczak: wóz albo przewóz. Ma Pan poczucie, że to jest test na przywództwo?
Daleki jestem od takiej rolniczej terminologii. Od lidera wymaga się więcej. Przewodniczący musi stawić czoła trudnym wyzwaniom i wziąć odpowiedzialność w ciężkiej sytuacji za całą lewicę. Bo tragedia zabrała Sojuszowi trójkę przyjaciół, w tym kandydata na prezydenta.

Na jakie poparcie Pan liczy? Wierzy Pan w to, że pomoc Aleksandra Kwaśniewskiego zapewni panu 15 proc.?
Wierzę w bardzo dobry wynik wyborczy. Bo wiem, że Polacy nie chcą już wybierać między prawicą a prawicą. Nie chcą również wojen polsko-polskich, grzebania w przeszłości. Chcą, by politycy rozwiązywali ich problemy. A fakty są jednoznaczne: kiedy prawica spod znaku PO i PiS pracowała nad ustawą o CBA, które szczuło ludzi, my pracowaliśmy nad ustawą o in vitro. Gdy prawica zajmowała się IPN i niszczeniem ludzkich życiorysów, lewica pracowała nad podwyższeniem minimalnej płacy i emerytury. Jak prawica rzucała kolejne teczki, my przekonywaliśmy do narodowego programu budowy przedszkoli.

Ale rozumiem, że Wojciech Olejniczak nie jest wliczany w poczet osób, które udzielą Panu wsparcia przy kampanii. Bo od momentu ogłoszenia kandydata na prezydenta parę prztyczków w nos Pan już od niego dostał.
Nie wiem dokładnie, co ma pani na myśli, używając takich określeń. Wierzę, że Wojtek zaangażuje się w kampanię jako europoseł i będzie aktywnie mnie wspierał.

Olejniczak powiedział, że nie wierzy, iż wejdzie Pan do drugiej tury.
Jestem zaskoczony, jak bardzo na starcie tej kampanii Wojciech Olejniczak nie rozumie tego, co dziś czują członkowie i kierownictwo SLD. To język Tomasza Nałęcza, a nie byłego przewodniczącego naszej partii. A wygrywa się wtedy, kiedy ma się wiarę, motywację i postulaty. Ja to wszystko mam. Ci, którzy są niedowiarkami, przegrywają nie tylko w wyborach, ale i w życiu.

Pije Pan do Olejniczka? Pana zdaniem jest przegrany?
Nie piję do Olejniczaka. Wojtek odnosi sukcesy. Jest dobrym europosłem.

A nie boi się Pan tego, że jeśli w tej kampanii uzyska Pan słaby wynik, to Wojciech Olejniczak może wrócić i przejąć władzę w partii?
Tragedia pod Smoleńskiem zabrała nam kandydata na prezydenta i znakomitych parlamentarzystów. Ale też katastrofa spowodowała, że zobaczyliśmy, że Polacy chcą zmiany w polskiej polityce. Ja jestem gwarantem tego, że teraz w SLD będzie inna polityka. Wszyscy szefowie regionów i członkowie władz partii będą murem za szefem partii. I to pokazuje, że jest szansa na zjednoczenie lewicy.

Tylko, że Partia Demokratyczna poparła Bronisława Komorowskiego, a SdPl zadeklarowała w mediach, że też nie jest skłonna Pana poprzeć. Może Pan liczyć tylko na Unię Pracy.
Zachowajmy rozsądne proporcje. Partia Demokratyczna to partia liberalna, a nie lewicowa. Czekam na rozmowy z innymi partiami na lewicy. I mam nadzieję, że przyniosą one pozytywne efekty. Wybór dla wszystkich lewicowych środowisk jest prosty - Jarosław Kaczyński, Bronisław Komorowski to politycy prawicy. Poza wąsami niewiele ich różni. Dlatego jedyną alternatywą dla prawicowych polityków jest lewicowy Grzegorz Napieralski, reprezentant nowej generacji. Jestem kandydatem, który brał kredyt hipoteczny, jestem kandydatem, który doświadcza realnych problemów zwykłych ludzi, a nie żyje, jak pozostali, w oderwaniu od rzeczywistości. Jestem osobą, która ma jasne, czytelne lewicowe poglądy. Dla każdej lewicowej partii wybór powinien być jasny.

Myślał Pan już o wizji prezydentury? Jaka ona będzie?
Oczywiście, że myślałem. Ogłoszę ją niebawem. Jej główne założenie to przede wszystkim zakończenie wojny polsko-polskiej. Teraz młode pokolenie, którego ja jestem przedstawicielem, ma przed sobą wielkie szanse. Wiem dokładnie, czego potrzeba Polakom. Nie chcę, aby moi
rodacy wyjeżdżali z kraju. Chcę też poprawićkontakty z naszymi zagranicznymi sąsiadami, szczególnie z Rosją. Chcę, aby prezydent był inspiratorem porozumienia społecznego. Zamierzam stworzyć silną prezydenturę w oparciu o konstytucję. Prezydent powinien być inicjatorem zmian w służbie zdrowia. Chcę, aby Polska była krajem standardów europejskich, gdzie będzie zagwarantowane finansowanie in vitro z budżetu państwa, gdzie państwo będzie rozdzielone od Kościoła. Prezydent powinien być też aktywny na polu walki z bezrobociem.

A kto pomoże Panu pisać tę wizję?
W naszym obozie jest dwukrotny prezydent i trzech premierów. Poza tym poproszę, aby Bartosz Arłukowicz i Marek Balicki zajęli się zdrowiem, Janusz Zemke sprawami bezpieczeństwa, Marek Siwiec sprawami zagranicznymi. Ale wiele postulatów zostało nam w testamencie po Jerzym Szmajdzińskim, które chcę realizować.
Boi się Pan powrotu IV RP? Tego, że PiS urośnie w siłę, a brat tragicznie zmarłego prezydenta Jarosław Kaczyński będzie realizował jego polityczny testament, ale tym razem skutecznie?
IV RP nie musi wracać. Wskutek koalicji ustrojowej PO i PiS IV RP trzyma się świetnie. Nikt nie rozwiązał CBA. IPN ma się doskonale. Biskupi mieszają się do polityki, a często ją rozgrywają. Rozdział Kościoła od państwa jest fikcją. Nie ma refundacji in vitro, a prawo aborcyjne jest u nas najsurowsze w Europie.

W sprawie IPN Bronisław Komorowski zaczął działać.
To pudrowanie, nie działanie. IPN trzeba zlikwidować, a akta przekazać do archiwów.

Pan gdyby został prezydentem, przyłożyłby do tego rękę.
Oczywiście.

A kto będzie pomagał Panu w kampanii, jeśli chodzi o specjalistów od wizerunku. Będzie Pan prowadził kampanię w stylu Kwaśniewskiego? Pojawią się słynne niebieskie słynne koszule?
No mam niebieskie koszule i będę je zakładał, bo je lubię.

Co jeszcze będzie? Spoty, billboardy? SLD na kampanię jak na razie planuje wydać 4 mln zł. To stosunkowo niewiele.
A kwoty, które prawica wydaje na PR, uważam za gorszące. Podkreślam, to nie są pieniądze wydane na debatę, tylko na reklamę. Taką samą jak reklama chipsów czy materiałów opatrunkowych. Nie tak powinna wyglądać demokratyczna kampania.

Rozumiem, że nie powstanie strona, która będzie się nazywała www.supernapieral.pl?
Chyba nie. To by była za długa nazwa.

Prawie tak samo długa jak www.superszmaja.pl.
To była strona stworzona przez młodych ludzi dla młodych ludzi. I do nich trafiała.

Będzie Pan wykorzystywał rodzinę w czasie tej kampanii? W sobotę zbierał Pan podpisy pod swoją kandydaturą razem z córkami.
Nie używałbym słowa "wykorzystywanie". To normalne, że w tej szczególnej kampanii (prezydenckiej) kandydatowi towarzyszy rodzina. A moja jest wspaniała i do tego wyrozumiała. Tak, zamierzam spędzać jak najwięcej czasu z moimi najbliższymi. Również publicznie.

A jak rodzina zareagowała na Pana decyzję o starcie w wyborach prezydenckich?

Odbyłem poważną rozmowę z żoną i z rodzicami. Bardzo boją się tego, co może wydarzyć się w trakcie kampanii. Wszyscy mamy wciąż w pamięci tę brudną politykę, która toczyła się przed katastrofą pod Smoleńskiem.

To jaka ta kampania będzie Pana zdaniem? Kreślone są teraz dwa scenariusze. Albo będzie prowadzona polityka tonowania emocji, albo wprost przeciwnie - brutalnych ataków.
Mam nadzieję, a jestem człowiekiem dużej wiary, że politycy będą mądrzeć.

niedziela, 25 kwietnia 2010

W Puławach powstanie elektrownia - gigant

24 kwietnia 2010
Fot. AFP

Atomowa edukacja

"Obawy są nieuzasadnione"

Nie ma ryzyka promieniowania po uruchomieniu w Polsce elektrowni atomowej - przekonują członkowie Stowarzyszenia... »

Audio 22 kwi, 16:45 | IAR
elektrownie (135) »
Vattenfall (8) »

Zakłady Azotowe Puławy SA i firma Vattenfall podpisały wczoraj umową określającą zasady współpracy w przygotowaniu inwestycji, budowie i przyszłej eksploatacji elektrowni w Puławach. Elektrownię będzie można oddać do eksploatacji za 6-8 lat. Szacunkowy koszt budowy to 3 mld euro.

Jej moc określa się na co najmniej 1400 megawatów elektrycznych. Ze względu na warunki rynkowe i strategię obu firm nie przesądzone jest jeszcze, jaka technologia i jakie paliwa zostaną ostatecznie zastosowane. Założenia inwestycyjne będą dopracowane w tym roku. Na razie planowane są prace przygotowawcze. Należy opracować studium wykonalności, które określi warunki techniczne inwestycji. Obie firmy sprawy ochrony środowiska traktują jako priorytet, dlatego wcześniejsze rozmowy zaowocowały podpisaniem porozumienia. - Elektrownia będzie spełniała najwyższe standardy wymagane obecnie na świecie. Zapewni dostarczanie czystej energii i rozwój makro- i mikroregionu Polski południowo-wschodniej. Przyczyni się także do rozwoju całego systemu elektroenergetycznego Polski - mówi Wojciech Kozak członek zarządu ZA Puławy. Dane, jakimi dysponują specjaliści, określają, że po 2015 roku w Polsce będzie występował systematyczny deficyt energii elektrycznej.

Elektrownia powstanie w sąsiedztwie ZA Puławy. Do produkcji zostanie użyta istniejąca tu infrastruktura wodna. To oznacza, że inwestycja nie będzie kolidowała ze środowiskiem naturalnym, tylko wykorzystywała istniejące ujęcie wody, które jest ważne dla funkcjonowania elektrowni i przesądza o sukcesie technicznym przedsięwzięcia. Zanim rozpocznie się budowa inwestycji, muszą zostać wykonane analizy środowiskowe i studium opłacalności przedsięwzięcia.

- Budowa tego typu inwestycji zmieni obraz przemysłowy Lubelszczyzny i w ciągu najbliższych lat będzie jednym z największych i najważniejszych zadań w regionie.

- Przedsięwzięcie ma znaczenie strategiczne dla ZA Puławy. Obecny kompleks chemiczny zostanie powiększony o energetyczny. Współczesna chemia nie może funkcjonować bez tanich źródeł energii. Elektrownia będzie minimalnie oddziaływała na środowisko. Da natomiast duże korzyści w postaci poprawy energetyki ZA Puławy jak i regionu. Pozwoli również na modernizację procesów chemicznych w Azotach. Zorganizowaniem finansowania zajmie się powołana do tego spółka - mówi Cezary Możeński, przewodniczący rady nadzorczej Azotów.

Vattenfal to wiodąca europejska firma energetyczna. Główne produkty to energia elektryczna i ciepło sieciowe. Vattenfal produkuje, dystrybuuje prąd i ogrzewanie sieciowe do milionów klientów w całej Europie.

Paweł Jarczewski: Azoty inwestują mimo kryzysu

Z Pawłem Jarczewskim, prezesem zarządu Zakładów Azotowych Puławy SA rozmawia Hanna Bednarzewska

Dla inwestorów nastały trudne czasy, ale puławskie ZA inwestują mimo kryzysu. Jakie inwestycje zostały zaplanowane na ten rok?

Doświadczenie z poprzednich lat mówi, żeby inwestować w trudnych czasach po to, aby być przygotowanym na dobre czasy lepiej niż inni. Wartość zadań inwestycyjnych na ten rok to około 360 mln zł. W ciągu 7 miesięcy zostało wydane 236 mln zł. W ostatnich dwóch latach rocznie wydawaliśmy około 90 mln na inwestycje. Obecnie ZA Puławy realizują swoje postanowienia i elementy strategii. Prowadzimy zadania inwestycyjne, które mają wygenerować nowe produkty i zmodernizować istniejącą produkcję. Realizujemy budżet inwestycyjny na kwotę powyżej miliarda złotych. To jest ewenement w skali krajowej. Puławskie Azoty są obecnie jednym z większych inwestorów w kraju. Firma realizuje nie tylko swoje cele, ale przy takim budżecie w inwestycje zaangażowanych jest wiele lokalnych firm. Zarząd ZA uzyskał zgodę nadzwyczajnego walnego zgromadzenia akcjonariuszy na wdrożenie dwóch kolejnych zadań inwestycyjnych, dotyczących produkcji nowoczesnych nawozów na bazie mocznika i siarki. Takich produktów nikt jeszcze w Polsce nie wytwarza. Jest natomiast kilku światowych producentów, w gronie których znalazłyby się Puławy. Obecnie prowadzimy dwie inwestycje: budowę tlenowni i modernizację wytwórni mocznika. Azoty prowadzą działania zmierzające do przyciągnięcia inwestorów do funkcjonującej w Puławach strefy ekonomicznej.

ZA Puławy chcą kupić spółkę Anwil z Włocławka. Jakie byłyby korzyści z tej transakcji?

ZA Puławy i Anwil to jedni z większych producentów nawozowych w kraju. Puławy pod względem możliwości produkcyjnych azotu są na 3. miejscu w Europie, w produkcji mocznika i saletry amonowej na 2. miejscu. Transakcja wzmocniłaby naszą pozycję. Teraz mamy wyłączność na negocjacje zakupu tej włocławskiej spółki. Do końca czerwca będziemy już wiedzieć, czy Puławy będą miały szansę wzmocnić swoją pozycję rynkową i stać się liderem tej części Europy.


Konkurencja w branży nawozowej na świecie jest spora. Jak sobie radzą ZA Puławy w kryzysie?

Obecnie polskie firmy muszą sprostać importowi nawozów z całego świata. Puławy płacą ponad 350 dolarów za 100 metrów sześciennych gazu, natomiast średnia światowa to 147 dolarów. Wysoka cena powoduje, że pozycja kosztowa firmy jest wyjątkowo niekorzystna w stosunku do producentów ze świata. Ich obecność w Europie i Polsce jest coraz bardziej znacząca. Do niedawna eksportowaliśmy olbrzymie ilości nawozów do USA. Dziś jest to niemożliwe, bo tam gaz jest trzy razy tańszy niż w Polsce, więc nawozy z tamtego rejonu świata napływają do Europy. Mamy jednak ukształtowaną pozycję rynkową i dobre kompetencje marketingowe, które pozwoliły nam w trudnym okresie utrzymać produkcję. W okresie kryzysu tego typu zakłady jak nasz, funkcjonujące w Europie, były zatrzymywane lub drastycznie ograniczano w nich produkcję. ZA Puławy utrzymały produkcję i swoje miejsce na rynku. To jednak nie wystarcza, bo trzeba realizować marżę i pozytywny wynik, który przekształcany jest w inwestycje pozwalające na rozwój i tworzenie majątku. Na tym, że firma jest w dobrej kondycji, korzystają pracownicy. W ubiegłym roku wypłaciliśmy dywidendę z akcji w kwocie 155 mln zł i nagroda z zysku dla pracowników wyniosła ponad 12 mln zł. Mam nadzieję, że najtrudniejsze za nami i Puławy będą mogły stabilnie funkcjonować. Czasy są trudne od strony cen i kosztów. Ostatnio na świecie nastąpiły drastyczne spadki cen produktów chemicznych. W związku z kryzysem ceny spadły o 80%. Obecnie sytuacja się poprawia, ale trzeba czasu, aby się unormowała. Puławom w porównaniu z innymi firmami chemicznymi w Polsce udało się obronić przed skutkami kryzysu. Firma pokazała lwi pazur. W okresie kryzysu mieliśmy potężny zysk, sięgający 185 mln zł. W ubiegłym roku osiągnęliśmy wszelkie możliwe laury. Od strony społecznej zdobyliśmy tytuł Firmy Dobrze Widzianej. Mieliśmy laury związane z biznesem. Azoty lokowały się w czołówkach różnego rodzaju rankingów.

Jak układa się współpraca ZA z miastem?

Prowadzimy z miastem dyskusje i działania w wielu obszarach. Jednym z przykładów rozpoczętego dialogu jest uczestnictwo Azotów w programie budowy Parku Naukowo-Technologicznego, który popieramy jako firma. Azoty chcą się włączyć w proces rozwoju Parku Naukowo-Technologicznego. Chodzi o to, aby młodym ludziom, którzy wyjeżdżają z Puław w poszukiwaniu pracy, dać szansę na zajęcie i zachęcić do powrotu. W Puławach powinien być stworzony system finansowania dobrych pomysłów na działalność i aktywizację puławskiej młodzieży. Powinniśmy ściągać do Puław firmy zajmujące się finansowaniem nowych projektów i pokazywać im możliwości kierunków rozwoju i ludzi z pomysłami. Poprzez takie inicjatywy, jak PPNT Puławy mogą przyciągnąć młodzież, która realizuje swoje plany w innych miejscach.

Azoty współpracują z naukowcami…..

Współpracujemy z kilkoma uczelniami w kraju i na świecie. Kilka dni temu odwiedziła nas grupa najlepszych studentów z Ukrainy, Rosji i Białorusi. Przyjazd był zorganizowany przez polsko-amerykańską fundację. Puławy były pokazywane jako miejsce, w którym proces transformacji gospodarczej skutkował pozytywnymi wynikami. Firma będzie stawiała na własne patenty i rozwiązania. Ekipa ZA zajęła ostatnio II miejsce w Polsce pod względem ilości patentów przemysłowych zarejestrowanych w latach 2004-2008. To oznacza, że działalność rozwojowo-wynalazcza wśród pracowników kwitnie. Trudno się rozmawia z przedstawicielami polskiej nauki o wprowadzaniu w życie nowych rozwiązań. Doskonale jednak współpracuje się nam z lokalnymi instytutami: Instytutem Nawozów Sztucznych, Instytutem Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa. W wielu obszarach jest to konstruktywna współpraca. Cieszę się, że nie musimy już szukać takiej współpracy w świecie. Przez wiele lat z różnych powodów nie umieliśmy lepiej wykorzystywać miejscowego potencjału naukowego.

Hanna Bednarzewska, Polska Kurier Lubelski Polska The Times

Każdy popełnia błędy

Janusz Pindera 25-04-2010, ostatnia aktualizacja 25-04-2010 11:50

Tomasz Adamek o walce z Chrisem Arreolą i przyszłości w wadze ciężkiej

Tomasz  Adamek
autor: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa
Tomasz Adamek

Kiedy Michael Buffer ogłosił, że pierwszy sędzia wypunktował remis (114:114) nie zadrżało panu serce?

Czekałem co będzie dalej. Czułem, że wygrałem, zadałem więcej ciosów, Arreolą był już mocno rozbity więc nie dopuszczałem myśli o porażce. Komisarzem zawodów był Larry Hazzard z IBF, miałem więc nadzieję, że nie będzie żadnych przekrętów, bo to grozi sądami.

Chris Arreola nie miał wątpliwości, kto był lepszy. Na gorąco, jeszcze na ringu w wywiadzie dla HBO przyznał, że pan był lepszy ...

To samo powtórzył na konferencji prasowej na którą przyszedł w ciemnych okularach. Ale i tak nie mógł ukryć opuchlizny na twarzy. Mogę sobie tylko wyobrazić jak będzie wyglądał za kilkanaście godzin.

Podszedł, pogratulował panu zwycięstwa?

To równy gość, zachował się naprawdę elegancko. Nawet przez chwilę nie kwestionował werdyktu.

Odczuł pan siłę jego ciosów? Kilka razy trafił czysto ...

O to samo pytali mnie amerykańscy dziennikarze. Zgoda, popełniłem kilka błędów, ale któż ich nie popełnia, szczególnie w takiej walce, ale proszę mi wierzyć, nawet przez chwilę nie byłem zamroczony. Zadając ciosy nogi miał daleko z tyłu. Te uderzenia nie miały dużej mocy.

Nie miał pan kryzysu, wydawało się, że po kilku pierwszych rundach ciężko pan oddycha?

To złudzenie, czułem się znakomicie i kontrolowałem ten pojedynek. Jak mnie troszkę zatykało, to odpuszczałem, chwilę potańczyłem na środku ringu i oddech wracał. On miał większe problemy. Zadałem mu bardzo dużo mocnych ciosów na korpus, które zrobiły na nim wrażenie. Czułem jak traci siły.

Ale niewiele brakowało, by stracił pan punkt za zbyt niskie uderzenia. A wtedy wynik mógłby być inny ...

Uczulał mnie na to Roger Bloodworth. Cały czas powtarzał, by jak najwięcej używać lewej ręki, w ataku bić 2-3 ciosy i uciekać na bezpieczne pozycje.

Jak pan sądzi, czym pan zaskoczył Arreolę?

Tym, że raz chodziłem w lewo, raz w prawo. Gdy atakowałem nie cofałem się w lini prostej, tylko na boki zgodnie z wcześniejszymi zaleceniami Bloodwortha i Ronniego Shieldsa.

Czyli wszystko było tak, jak zakładaliście przed walką?

Na szczęście niespodzianek nie było. Oczywiście nie licząc oderwanej podeszwy w bucie. Założyłem nowe Everlasty, a tu coś takiego. Przykleiliśmy podeszwę plastrem i trzymało do końca.

Arreola mówił już po walce, że doznał kontuzji, najpierw jednej, później drugiej ręki. Mówi prawdę?

Tego nie wiem. Ja mogę tylko powiedzieć, że tydzień przed walką podczas ostatniego sparingu w Houston trafiłem swojego sparingpartnera w łokieć i myślałem, że złamałem rękę, która była spuchnięta i sina. Na szczęście okłady z lodu pomogły, była tylko mocno stłuczona.

Polaków jak zwykle na pana walce nie zabrakło. Mają swój udział w tym zwycięstwie?

Jak zawsze. Choć byli w mniejszości hałasowali na sali nie gorzej niż kibice Chrisa. Teraz też stoją przed hotelem Hilton i krzyczą: Adamek, Adamek, dziękujemy!!! Jak przyjęli pański sukces nowi trenerzy, Bloodworth z Shieldsem?

Są szczęśliwi. Roggie [Bloodworth] podszedł i powiedział: "Jak będziesz dalej tak szybki, to wygrasz z każdym". I ja w to wierzę.

Myśli pan już o przyszłości?

Na razie chcę trochę pobyć w swoim domu w New Jersey, bo nie było mnie tam osiem tygodni. A Ziggy Rozalski, mój współpromotor będzie negocjował. Najważniejsze, że wygrałem najcięższy pojedyne

Szeregowiec Ryan po rosyjsku

Od wczoraj na ekranach całej Rosji "Priedstojanije" - pierwsza część dylogii "Spaleni słońcem 2" Nikity Michałkowa. Ważny film rozliczania się Rosji ze stalinizmem


Dystrybutorzy na świecie będą sobie łamali głowy: jak tu przetłumaczyć zgrabnie tytuł, z którym problem mają sami Rosjanie. Archaiczne i patetyczne "Priedstojanije" odwołuje się do pojęć religijnych - znaczy stanięcie przed obliczem Boga, ale też orędownictwo, obrona. "Orędownicy nasi"? Nie! "Obrona"? Zbyt neutralne. Może "Za kraj!"? Albo dać jako tytuł pierwsze słowa "Świętej wojny", wojennego hymnu radzieckiego, "Żołnierzu do szeregu stań"?

Boks. Adamek dał szkołę boksu Arreoli

Radosław Leniarski
2010-04-25, ostatnia aktualizacja 2010-04-25 12:02
Tomasz Adamek
Tomasz Adamek
Fot. Alik Keplicz AP

Ten koszmar będzie się Chrisowi Arreoli śnił długo. Tomasz Adamek przez 12 rund był szybszy, sprytniejszy. Brutalna siła Amerykanina na nic mu się nie zdała. Sędziowie dali zwycięstwo Polakowi, nieliczni rodacy na trybunach krzyczeli: Dziękujemy!

Tomasz Adamek
Fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta
Tomasz Adamek
Chris Arreola
Fot. Mark J. Terrill AP
Chris Arreola
Zobacz ostatnią rundę walki i werdykt na Zczuba.tv



W Citizen Arena w kalifornijskim Ontario sędziowie punktowali 114:114, 115:113, 117:111 dla Polaka. My typowaliśmy zwycięstwo Adamka co najmniej czterema, pięcioma punktami, przy kilku kolejnych rundach bardzo wyrównanych. Wygrał lepszy pięściarz, który od początku do końca walki miał plan wdrażany konsekwentnie, ale nie unikał ciosów. - Jestem szczęśliwy, jutro Ziggi będzie rozmawiał o następnej walce. On był bardzo silny, ale ja byłem sprytniejszy. Czy byłem w kłopotach w 4, 5 i 6. rundzie? Wcale nie. Jestem góralem, a górale zrobieni są z twardego materiału - powiedział po walce Adamek.

- Masz świetnych fanów Tomek, dziękuję ci. On był naprawdę dobry. Nie spodziewałem się, że skopie mi tyłek, ale stało się. Wyglądam teraz jak Shrek. Tomek przeprowadził ta walkę perfekcyjnie. W czwartej rundzie poczułem jakąś kontuzję lewej ręki. Ale walczyłem mimo to - powiedział Arreola pytany przez dziennikarza HBO tuż po zakończeniu walki.

Formalnie pojedynek toczył się o tytuł mistrza IBF Intercontinental, ale nie on był główną nagrodą, ale szansa na pojedynek o mistrzostwo świata wszech wag, być może już jesienią. Pasy głównych federacji należą do Brytyjczyka Davida Haye, Ukraińców Witalija i Władimira Kliczków.

Przez 12 rund Adamek punktował w każdej rundzie, zadawał kilka razy więcej ciosów niż rywal, ale nie mógł być spokojny ani przez sekundę, bo Arreola bił bardzo mocno. Polak kilkakrotnie otrzymał czyste uderzenie i wytrzymał je, czym dowiódł wyjątkowej odporności - Arreola ma jeden z najlepszych wskaźników nokautów, ponad 85 procent.

Arreola w końcowych rundach był sfrustrowany, pokazywał, że nie może w kółko gonić po całym ringu za Polakiem. W ostatnich rundach sygnalizował kontuzję ręki, ale nie pozwolił sędziemu przerwać starcia nawet na chwilę. Arreola był zapuchnięty, w ostatnich minutach ledwo poruszał się całkiem wyczerpany i czyhał na nokaut. Z kolei Adamek wytrzymał pojedynek fantastycznie kondycyjnie. Miał trudne chwile - jak w szóstej rundzie, ale nawet w tych chaotycznych atakach Arreola nie trafiał często. Na zwycięstwo - jak się później okazało - miał szanse tylko wtedy, gdyby sędziowie po dwóch upomnieniach arbitra ringowego Jacka Reissa, odebrali Polakowi punkt za ciosy poniżej pasa.

Przegrany musi znów się przebijać i budować karierę na nowo.

Bilans Adamka to teraz: 41 zwycięstw, 1 porażka, 27 nokautów.

Arreoli: 28 zwycięstw (25 KO), 2 porażki.

Boks. Media: Twarz Arreoli potwierdza - Adamek to prawdziwy bokser wagi ciężkiej

łw, ringtv.com, dailynews.com, latimes.com
2010-04-25, ostatnia aktualizacja 2010-04-25 11:09
Tomasz Adamek
Tomasz Adamek
Fot. Alik Keplicz AP

Media zagraniczne nie mają wątpliwości, że decyzja o zwycięstwie Adamka nad Crisem Arreolą była słuszna. - Adamek to prawdziwy bokser wagi ciężkiej. Twarz Arreoli to potwierdza - pisze portal The Ring, uważany za "Biblię" zawodowego boksu. - Pokazał świetną technikę i szybkość - czytamy na portalu internetowym Los Angeles Times.

Tomasz Adamek
Fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta
Tomasz Adamek
Chris Arreola
Fot. Mark J. Terrill AP
Chris Arreola
Tomasz Adamek pokonał na punkty Chrisa Arreolę i zdobył tym samym prawo do walki o mistrzostwo świata w wadze ciężkiej. Spryt i technika okazały się lepsze od tępej siły, choć sędziowie nie byli jednomyślni. Punktowali 114:114, 115:113, 117:111. Wątpliwości nie mają za to zagraniczne portale internetowe - Adamek był lepszy i wygrał zasłużenie.

The Ring:

Teraz mamy już pewność. Były mistrz wagi półciężkiej i Cruiserweight jest prawdziwym bokserem wagi ciężkiej. Świadczy o tym doskonale twarz Arreoli tuż po walce - krwawa i posiniaczona. Adamek jest teraz poważnym pretendentem do walki o mistrzostwo świata.

Co do walki: większy i silniejszy Arreola nie mógł znaleźć sposobu na sprytnego Polaka, który zastosował taktykę "uderz i ucieknij" - pisze prestiżowy portal The Ring.

Daily News:

To twarz Arreoli po walce wyglądała dużo gorzej. Była też rozcięta nad lewym okiem po jednym z przypadkowych zderzeń głowami.

Adamek walczył dzielnie, nawet mimo szaleńczych ataków Arreoli. Pokazał wielki zapał. Arreola miał swoje szanse, walka była wyrównana, ale końcówka należała do Polaka - czytamy na portalu Daily News.

The Boxing Historian:

Adamek stał się największym koszmarem Arreoli - tytułuje swoją relację z walki portal The Boxing Historian, nawiązując do ringowego pseudonimu Arreoli. - Polak potwierdził, ze należy do czołówki światowej wagi ciężkiej - czytamy dalej.

Zważając na przewagę wielkości i siły Arreoli, Polak przyjął taktykę ciągłego krążenia wokół rywala. Schodzenia z linii ciosu. Polak czyhał na błędy rywala i kiedy mógł - punktował.

Los Angeles Times:

Precyzyjne ciosy Adamka skutkowały obrzękiem na twarzy Areroli - pisze Los Angeles Times. - Umiejętności Polaka pozwoliły mu zadać 70 ciosów więcej niż rywal. Adamek uderzał szybkimi lewymi, bił kombinacjami - wywoływał tym aplauz publiczności.

Polak pokazał technikę i szybkość, ale punktowanie sędziów zmusza do zadawania pytań. Sędzia Druxman dał Adamkowi zwycięstwo w pierwszych pięciu rundach, a przecież początek walki był najbardziej wyrównany - zauważa portal internetowy Los Angeles Times.