niedziela, 3 lutego 2008

Ghana gra dalej, Nigeria odpada po dramacie w końcówce




mik, qbi
Bramka Juniora Agogo na siedem minut przed końcem meczu dała grającej w dziesiątkę Ghanie zwycięstwo nad Nigerią 2:1 w ćwierćfinale Pucharu Narodów Afryki
Spotkanie było bardzo dramatyczne. Gospodarze turnieju przegrywali 0:1 po wątpliwym karnym dla Nigerii, którego wykorzystał Yakubu Aiyegbeni. W ostatniej minucie pierwszej połowy do wyrównania doprowadził pięknym strzałem głową tuż przy słupku gwiazdor Chelsea - Michael Essien.

W drugiej połowie gospodarze znów przeżyli dramat - kapitan drużyny Mensah sfaulował w 60. min wychodzącego sam na sam z bramkarzem rywala i został ukarany czerwoną kartką.

Ghańczycy cały czas starali się jednak atakować i walczyli o zwycięstwo w regulaminowym czasie gry. W końcu, w 83. minucie, okazję wykorzystał Agogo, który w kilku metrów trafił do siatki. Nigeryjczycy mieli w ostatnich sekundach kapitalną okazję do wyrównania, ale w zamieszaniu podbramkowym w doliczonym czasie gry żaden z zawodników "Super Orłów" nie potrafił trafić do siatki. Gdy sędzia zakończył mecz, stadion w Akrze wypełniony po brzegi kibicami z Ghany, eksplodował radością.

Ghana zmierzy się w półfinale ze zwycięzcą meczu Kamerun - Tunezja, które zostanie rozegrane w poniedziałek, tak jak pojedynek Angola - Kamerun.

Wczorajsze ćwierćfinały:


Ghana - Nigeria 2:1 (1:1): Essien (453), Agogo (83.) - Yakubu (35., karny).

Bramki:

Essien (46.), Agogo (83.)

Kartki:

Mensah - czerwona, Agogog, Gyan - żółta

Skład:

Kingson - Sarpei, Mensah, Paintsil, Addo, Annan, Essien, Muntari, Abeyie (75. Draman), Agogo, Gyan(62. Kingston)

Trener: Ratomir Dujkovic


2 : 1

1
:
1


3 lutego 2008 godz. 18:00
Ohene Djan Sports Stadium, Akra

Bramki:

Yakubu (31. z karnego)

Kartki:

Mikel, Taiwo, Nwaneri - żółte

Skład:

Eijde - Taiwo, Yobo, Shitu, Nwaneri, Mikel(85. Nsofor), Olofinjana, Etuhu(71. Eromoigbe), Uche, Odemwingie, Aiyegbeni

LiD: Rządy Tuska to chaos i przypadkowość

asz, PAP
2008-02-03, ostatnia aktualizacja 2008-02-03 19:07

Koalicja PO-PSL nie jest w stanie realizować obietnic przedwyborczych, jest nieprzygotowana do rozwiązywania polskich problemów, a w jej działaniach dominuje chaos i przypadkowość - uważają politycy partii tworzących LiD (SLD, SdPl, UP, PD).

Zobacz powiekszenie
Fot. S3awomir Kaminski / AG
Olejniczak na konferencji po posiedzeniu Rady wystąpił w towarzystwie liderów i kandydatów LiD z młodzieżówki SLD
"Koalicja rządząca nie jest w stanie albo nie chce realizować szczodrych obietnic przedwyborczych, jest nieprzygotowana do rozwiązywania głównych polskich problemów, a w jej działaniach dominuje chaos i przypadkowość" - napisano we wspólnym stanowisku po niedzielnym posiedzeniu zarządów partii LiD.

Dotychczas zarysowana polityka ekonomiczna i społeczna rządu Donalda Tuska - jak oceniają politycy LiD - "upewnia, że istnieje duża przestrzeń dla wypracowania przez LiD i przedstawienia Polakom centrolewicowej alternatywy".

Niedzielne spotkanie, pierwsze po wyborach w takim gremium, było poświęcone przede wszystkim przyszłości LiD. Najważniejszą konkluzją posiedzenia jest potrzeba kontynuowania projektu budowy silnej centrolewicy w Polsce. "Lewica i Demokraci widzą dla siebie miejsce na scenie politycznej, wiedzą, co robić i zamierzają zacieśniać współpracę" - podkreślił w rozmowie z PAP szef SdPl Marek Borowski.

Partie LiD, oprócz dalszego współdziałania między sobą, deklarują również chęć poszerzenia współpracy o inne, bliskie im ideowo partie polityczne, związki zawodowe, organizacje pozarządowe i stowarzyszenia środowiskowe.

Zarządy partii LiD ustaliły też, że rozpoczną się prace nad długofalowym programem centrolewicy, obejmującym kwestie zarówno polityczne, gospodarcze, jak i społeczne.

W ciągu najbliższego tygodnia lub dwóch mają zostać powołane zespoły programowe, które zajmą się wypracowaniem nowej oferty programowej LiD. W ich skład mają wejść przede wszystkim niezależni eksperci. Demokraci już proponują, żeby w pracach nad częścią gospodarczą wziął udział były minister gospodarki, pracy i polityki społecznej, prof. Jerzy Hausner.

Od przebiegu prac programowych politycy LiD uzależniają dalszą integrację zarówno partii lewicowych, jak i przyszłą współpracę z Partią Demokratyczną. "Postanowiliśmy sprawdzić się poprzez program" - powiedział PAP Tadeusz Iwiński (SLD).

Demokraci z kolei - jak powiedział PAP sekretarz generalny PD Radosław Popiela - liczą, że prace te dadzą odpowiedź na pytanie o sens wspólnego startu w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2009 roku.

Politycy lewicy nie ukrywają, że problemem przy wspólnym starcie w eurowyborach, może być późniejsza przynależność Demokratów do ALDE (Porozumienia Liberałów i Demokratów na rzecz Europy). SLD, SdPl i Unia Pracy zasiadają we frakcji PES (Partii Europejskich Socjalistów). "Dla nas przynależność do ALDE jest poza dyskusją" - podkreślają politycy PD i nie chcą słyszeć o wstąpieniu do PES.

Zdaniem Popieli, przynależność Demokratów do ALDE nie musi być problemem. "Są przypadki, na przykład we Włoszech, gdzie partie startują razem w ramach koalicji, a później są afiliowane przy różnych międzynarodówkach" - argumentował Popiela.

Podczas spotkania politycy LiD odnieśli się też do raportu prof. Janusza Reykowskiego, który, analizując sytuację w LiD, zalecił m.in. kontynuowanie współpracy SLD z Partią Demokratyczną.

Grupa młodych polityków lewicy, m.in. wiceszef SLD Artur Hebda, wiceszef SdPl Bartosz Dominiak oraz sekretarz generalny Unii Pracy Piotr Siła-Nowicki negatywnie ocenili konkluzje raportu prof. Reykowskiego. Opowiedzieli się za skrętem LiD na lewo.

"Do dziś politycy LiD nie potrafią bronić wartości lewicowych w sprawach gospodarczych i światopoglądowych w sposób przemyślany, zdecydowany i konsekwentny" - napisano w stanowisku zaprezentowanym na spotkaniu, do którego dotarła PAP.

"LiD ciągle tkwi w sposobie myślenia z lat 90., kiedy powszechnie wierzono, że niezależnie od tego, czy się jest na lewicy, czy na prawicy, należy popierać politykę liberalizacji ekonomicznej (...), a pozostałe sprawy traktować jako zastępcze lub doraźne konflikty. W tym także sprawy neutralności światopoglądowej państwa, praw kobiet, praw mniejszości, ekologie" - ocenili młodzi działacze.

Ich zdaniem, LiD powinien stać się rzecznikiem prawa do przerywania ciąży, praw mniejszości seksualnych czy rozdziału Kościoła od państwa.

"Jeżeli LiD ma się stać lewicową formacją, to bez nas" - powiedział z kolei PAP szef PD Janusz Onyszkiewicz. Przyznał, że podczas spotkania większość wypowiadających się popierała sojusz lewicy z Demokratami.

"Pojawiły się tęsknoty aby nas przeciągnąć na lewą stronę, ale to jest nie możliwe, a poza tym byłoby to ze szkodą dla LiD i jego możliwości przyciągnięcia nowych wyborców" - powiedział polityk PD.

Onyszkiewicz podkreślił, że Demokraci mają solidarnościowe korzenie i nie odżegnują się od społecznej polityki. "Jestem dobrej myśli co do stworzenia wspólnego programu LiD" - stwierdził szef PD. Zaznaczył, że jego partii nie jest obojętny los ludzi poszkodowanych na przemianach społeczno-gospodarczych w Polsce po 1989 roku. Przypomniał także, że PD w programie wyborczym LiD zgodziła się na nie obniżanie podatków, chociaż uważa to za lepsze rozwiązanie.

Zespół pod kierunkiem prof. Reykowskiego ma kontynuować pracę nad rozwinięciem tez zawartych w raporcie. Według Popieli, niedługo powinien powstać kolejny dokument, który określi m.in. jakie szanse ma LiD na scenie politycznej, gdzie jest jego miejsce, do jakich grup społecznych powinien się odwoływać.

Planowane są dalsze spotkania prezydiów i zarządów partii LiD. Politycy chcą śledzić i oceniać na bieżąco jak wygląda współpraca w ramach koalicji i jak przebiegają prace programowe. Następne posiedzenie ma się odbyć w ciągu miesiąca.

Sondaże w USA: Obama dogania Clinton, McCain faworytem Republikanów

awe, PAP
2008-02-03, ostatnia aktualizacja 2008-02-03 19:35

Na dwa dni przed superwtorkiem, czyli prawyborami prezydenckimi w 24 stanach, sondaże wskazują, że Barack Obama cieszy się już niemal taki samym poparciem wśród demokratycznych wyborców, co Hillary Clinton.

Zobacz powiekszenie
Fot. JASON REED Reuters
Wśród Republikanów (GOP), zdecydowanie prowadzi senator John McCain i wydaje się być pewnym faworytem w walce o nominację prezydencką w swojej partii.

Według najnowszego sondażu "Washington Post" i telewizji ABC News, Hillary Clinton popiera obecnie 47 procent Demokratów, a Baracka Obamę - 43 procent. Różnica ta mieści się w granicach błędu statystycznego. Inne sondaże pokazują podobny układ sił. W sondażu agencji Reutera i ośrodka badania opinii Rassmussen, w największym stanie USA - Kaliforii, Clinton i Obama mają po 38 procent zwolenników.

Jeszcze kilka tygodni temu była Pierwsza Dama dużo wyraźniej wyprzedzała w sondażach czarnoskórego senatora z Illinois. Jednak po zdecydowanie wygranych przez niego prawyborach w Karolinie Południowej zyskiwał on coraz więcej sympatyków; otrzymał też poparcie tak prominentnych polityków w Partii Demokratycznej, jak senator Edward Kennedy.

Obserwatorzy zauważają, że Obama zyskuje po wiecach ze swoim udziałem - ich uczestnicy są pod wrażeniem jego charyzmy, zdolności oratorskich i optymistycznego przesłania, że będzie w stanie zjednoczyć kraj ponad partyjnymi i ideologicznymi podziałami. Ostatnie dni przed superwtorkiem upływają w zwązku z tym obojgu kandydatom demokratycznym na intensywnych podróżach ze stanu do stanu, i spotkaniach z wyborcami.

Clinton i Obama prawie nie śpią, usiłując maksymalnie wykorzystać ten czas, ponieważ stawką wtorkowych głosowań jest około połowy delegatów na krajową konwencją partyjna w lecie, która nominuje prezydenckiego kandydata.

Wśród Republikanów, w sondażu "Washington Post" i ABC News, senatora McCaina popiera już 48 procent wyborców, natomiast byłego gubernatora Massachusetts Mitta Romneya - 24 procent. Trzeci jest były gubernator Arkansas, Mike Huckabee. McCain zdecydowanie prowadzi w niemal wszystkich 24 stanach, gdzie odbędą się prawybory. Stawiają na niego zwłaszcza umiarkowani Republikanie i niezależni wyborcy. Wybory prezydenckie odbędą się w USA 4 listopada.

Kryształowa Kula dla Millera


16:42, 03.02.2008 /PAP
NARCIARSTWO
Amerykanin był w tym sezonie bezkonkurencyjny
PAP\EPA
30-letni Amerykanin Bode Miller wygrywając we francuskiej miejscowości Val d'Isere ostatnią superkombinację w sezonie, zaliczaną do klasyfikacji alpejskiego Pucharu Świata, odniósł 30. zwycięstwo w karierze.
Miller awansował na szóste miejsce w rankingu wszech czasów alpejczyków, które dzieli z Austriakiem Benjaminem Raichem. Prowadzi z 86 wygranymi Szwed Ingemar Stenmark. Kolejne miejsca zajęli Chorwaci Ivica Kostelic i Natko Zrncic-Dim. Miller zdobył Kryształową Kulę w superkombinacji w sezonie 2007/2008.

Lista wszech czasów alpejczyków:
1. Ingemar Stenmark (Szwecja) 86 zwycięstw
2. Hermann Maier (Austria) 53 (jeszcze startuje)
3. Alberto Tomba (Włochy) 50
4. Marc Girardelli (Luksemburg) 46
5. Pirmin Zurbriggen (Szwajcaria) 40
6. Benjamin Raich (Austria) 30 (jeszcze startuje)
. Bode Miller (USA) 30 (jeszcze startuje)
8. Stephan Eberharter (Austria) 29
9. Phil Mahre (USA) 27
10. Franz Klammer (Austria) 26

Sukces polskiej pingpongistki

Przegrała dopiero w finale

Polska pingpongistka odniosła duży sukces

Polska tenisistka stołowa o swojsko brzmiącym nazwisku Li Qian zajęła drugie miejsce w prestiżowym turnieju TOP 12 we Frankfurcie nad Menem. W finale 21-letnia pingpongistka przegrała z 14 lat starszą reprezentantką Holandii Li Jiao.

Li Qian nie udało się powtórzyć sukcesu nieżyjącego już Andrzeja Grubba, który triumfował w tych prestiżowych zawodach w 1985 roku w Barcelonie.

Mistrzyni Europy, Li Jiao wygrała TOP 12 drugi raz z rzędu. Rok temu we włoskim Arezzo pokonała w finale reprezentantkę gospodarzy Nicolettę Stefanovą.

Wyniki finału:

Li Jiao (Holandia) - Li Qian (Polska) 4:3 (11:7, 11:2, 7:11, 4:11, 11:5, 3:11, 11:5)

Shalke gromi VfB

19:34, 03.02.2008 /onet.pl
PIŁKA NOŻNA: BUNDESLIGA
Piłkarze Shalke aż czterokrotnie cieszyli się z bramek
PAP\EPA
Dwa niedzielne spotkania 18. kolejki Bundesligi przyniosły mnóstwo emocji. W Gelsenkirchen wicemistrz nieoczekiwanie wysoko ograł mistrza, zaś w Bremie Werder sensacyjnie przegrał z VfL Bochum.
O meczu Schalke - Stuttgart dużo mówiło się już przed pierwszym gwizdkiem. Wszak wicemistrz podejmował mistrza. Gospodarze okazali się zdecydowanie lepsi i wygrali z VfB aż 4:1 (1:0). Na dwa gole Kevina Kurany'ego odpowiedział sprytnym strzałem z rzutu wolnego Antonio da Silva. To jednak było wszystko, na co stać było na Arena auf Schalke gości. W ostatnim kwadransie mistrzów dobili Heiko Westermann i debiutujący w Bundeslidze Brazylijczyk Ze Roberto.

Do sensacji doszło w Bremie. Werder prowadził z VfL Bochum po golu Daniela Jensena. W drugiej połowie dwoma asystami popisał się nowy nabytek VfL, Shinji Ono. Japończyk obsłużył najpierw Benjamina Auera, a na cztery minuty przed końcem Anthara Yahię i goście nieoczekiwanie zgarnęli na boisku wicelidera trzy punkty. W zwycięskiej drużynie 74 minuty rozegrał Tomasz Zdebel, zaś Marcin Mięciel siedział na ławce rezerwowych.

Roma rozbita

18:46, 03.02.2008 /onet.pl
PIŁKA NOŻNA: SERIE A
Nawet Francesco Totti nie uchronił rzymian przed kompromitacją
PAP\EPA
Do sporej niespodzianki doszło w niedzielnym meczu 21. kolejki włoskiej Serie A. Niepokonani od 14 spotkań piłkarze AS Roma wyraźnie ulegli AC Siena 0:3 (0:2). Była to pierwsza wyjazdowa porażka "Giallorossich" w obecnym sezonie.
Grający w najsilniejszym składzie podopieczni Luciano Spallettiego już do przerwy przegrywali 0:2, po bramkach Simone Vergassoli i samobójczym trafieniu Maksa Tonetto. Siedem minut przed końcem meczu wynik ustalił reprezentant Liechtensteinu Mario Frick. Dla Romy była to pierwsza ligowa porażka od 29 września ubiegłego roku i pierwsza w historii porażka na Stadio Artemio Franchi.

Stratę punktów przez Romę wykorzystał broniący mistrzowskiego tytułu Inter Mediolan. Gol z rzutu karnego Zlatana Ibrahimovica dał "Nerrazzurim" 15. zwycięstwo w rozgrywkach. Drużyna Roberto Manciniego ma nad stołeczną jedenastką już osiem punktów przewagi.

Trzecie miejsce w tabeli Serie A zachował Juventus Turyn. W 21. kolejce "Stara Dama" zaledwie zremisowała z outsiderem rozgrywek, Cagliari Calcio 1:1 (0:0). Zespół Claudio Ranieriego nie wygrał żadnego z trzech tegorocznych spotkań na własnym boisku.

Samoloty CASA znów mogą latać

22:55, 03.02.2008 /lotniczapolska.pl/TVN24
DOWÓDZTWO COFNĘŁO ZAKAZ
Samoloty CASA wracają do łask
TVN24
Dowódca Sił Powietrznych, Andrzej Błasik cofnął już zakaz lotów samolotów CASA. Zakaz został wprowadzony w związku ze styczniową katastrofą CASY, w której zginęło 20 osób.
– Obecnie zakaz wykonywania lotów na samolotach transportowych CASA C-295M już nie obowiązuje – powiedział redakcji portalu LotniczaPolska.pl rzecznik Sił Powietrznych ppłk Wiesław Grzegorzewski. Pierwsza zgoda na wylot maszyn udzielona była już 31 stycznia. Była ona jednak jednorazowa i pozwalała jedynie na powrót maszyn do Polski.

Komisja szuka przyczyn

Zakaz wprowadzono po tragedii pod Mirosławcem. 23 stycznia w katastrofie CASY zginęło 20 wojskowych.

Okoliczności wypadku bada powołana specjalnie w tym celu komisja. - Wiemy z dużym prawdopodobieństwem, że nie było przyczyny technicznej - powiedział na antenie TVN24 Tomasz Hypki, sekretarz Krajowej Rady Lotnictwa.

Podpułkownik Grzegorzewski podkreślał z kolei, że zaznaczył w niedzielę w TVN24, że spekulacje, jakoby komisja ustaliła, że katastrofa była skutkiem błędu pilota, są bezpodstawne (informowały o tym "Gazeta Wyborcza" i "IAR"). (PRZECZYTAJ INFORMACJĘ)

CASY są na wyposażeniu polskiej armii od 2003 roku. Do dnia katastrofy nasze wojsko miało 10 takich maszyn. Dwie następne mają zostać dostarczone w tym roku.

ktom

Prozachodni kandydat Boris Tadić zwycięzcą wyborów prezydenckich w Serbii

asz, IAR
2008-02-03, ostatnia aktualizacja 17 minut temu
Zobacz powiększenie
Serbka Milojka Ratković, mieszkanka zrujnowanej wsi Bilejo Polje w Kosowie, idzie do lokalu wyborczego, 03.02.2008 r.
Fot. DAMIR SAGOLJ REUTERS

Ubiegający się o reelekcję prozachodni liberał Boris Tadić prowadzi, po przeliczeniu około połowy oddanych głosów, w niedzielnej drugiej turze wyborów prezydenckich w Serbii - ogłosiła Centralna Komisja Wyborcza (RIK)

Zobacz powiekszenie
Fot. STR REUTERS
Tomislav Nikolić wśród zwolenników, 03.02.2008 r.
Zobacz powiekszenie
Fot. OGNEN TEOFILOVSKI REUTERS
W drodze do lokalu wyborczego w serbskiej wsi Jazince w Kosowie, 03.02.2008 r.
Jego przeciwnik, skrajny nacjonalista Tomislav Nikolić przyznał się do porażki. Według różnych źródeł, Tadić otrzymał nieco ponad 50 proc., a jego rywal, skrajny nacjonalista Tomislav Nikolić - ponad 47 proc. głosów.

Wstępne wyniki zebrane przez niezależne Centrum Wolnych Wyborów i Demokracji będą znane najwcześniej o 21.00. Z kolei o godz. 22.00 wstępne wyniki powinna podać Centralna Komisja Wyborcza. Przedwyborcze sondaże dawały obu kandydatom niemal identyczne poparcie. W pierwszej turze Nikolić otrzymał 39,99 proc. głosów, a Tadić 35,39 proc.

Rekordowa frekwencja

Frekwencja była dziś bardzo wysoka. Do godz. 17.00 głosy oddało ponad 50 procent uprawnionych. Szacuje się, że całkowita frekwencja wyniesie około 67 procent. W pierwszej turze wyborów, która odbyła się 20 stycznia, głosowało 61 proc. uprawnionych.

To pierwsze od lat tak ważne wybory na Bałkanach. Ich wynik będzie znaczący nie tylko dla Serbii, ale także dla innych państw w tym rejonie. Wygrana Tadicia oznacza dalsze rozmowy z Unią Europejską o integracji Serbii, a wygrana Nikolicia to początek bardzo ścisłego związku tego kraju z Rosją.

Wybory prezydenckie były postrzegane jako referendum w sprawie reakcji Serbii na zapowiadane przez władze Kosowa ogłoszenie niepodległości. Przeciwni niepodległości Kosowa są obaj rywale. Tadić podkreśla jednak, że bez względu na to, co będzie z Kosowem, priorytetem Serbii musi być członkostwo w Unii Europejskiej. Nikolić opowiada się za dalszym zbliżeniem Serbii z Rosją Czytaj o sytuacji w Kosowie>>

"To gwarancja zbliżenia Serbii z Zachodem"

W ocenie prof. Jolanty Mindak-Zawadzkiej z Instytutu Slawistyki Zachodniej i Południowej Uniwersytetu Warszawskiego, zwycięstwo prozachodniego liberała Borisa Tadicia w wyborach prezydenckich w Serbii gwarantuje chęć zbliżenia tego kraju z Zachodem. Z kolei zwycięstwo skrajnego nacjonalisty Tomislava Nikolicia mogłoby prowadzić do "napięć" z relacjach z Kosowem.

- Jeżeli wygra Tadić to w kwestii niepodległości Kosowa, a także aspiracji europejskich Serbii "nic nie zmienia się na gorsze - oceniła prof. Mindak-Zawadzka,. Przypomniała jednak, że Tadić jest także przeciwnikiem ogłoszenia przez Kosowo niezależności. - Jeśli chodzi o Kosowo, to zwycięstwo Tadicia niewiele zmieni, bo przecież on był urzędującym prezydentem, kiedy załamały się rozmowy pod auspicjami ONZ-u. Tadić jest otwarcie przeciwnikiem ogłoszenia przez Kosowo niezależności, czyli wyjścia z obrębów państwa serbskiego i nie sądzę, żeby to się zmieniło - podkreśliła profesor.

"Zwycięstwo nacjonalisty mogłoby zwiększyć napięcie w Kosowie"

Jej zdaniem jednak, jeżeli wygra Tadić, to "jakaś reakcja sprzeciwu, niezadowolenia" wobec ogłoszenia niepodległości przez Kosowo ze strony serbskiej na pewno napłynie. Jeżeli natomiast wygrałby Nikolić to byłoby to przyzwolenie, może nie dla oficjalnych zbrojnych działań serbskich na terenie Kosowa, ale dla działań różnych organizacji. - Zwycięstwo Tadicia niewiele zmieni, natomiast Nikolicia mogłoby zwiększyć napięcie w Kosowie - dodała.

Według niej, Tadić i jego zwolennicy gwarantują także chęć prowadzenie Serbii ku zachodowi. - Myślę, że w przypadku zwycięstwa Tadicia nie jest to tylko retoryka wyborcza, a rzeczywiście nastawienie na zniwelowanie tego dystansu, który się wytworzył między Serbią a większością krajów Europy - oświadczyła prof. Mindak-Zawadzka.

Jak podkreśliła, dobrze, żeby wróciła więź Serbii z Europą, która była wcześniej, jeszcze za czasów byłej Jugosławii. Jak dodała, zwłaszcza, że teraz ekonomicznie Serbom nie dzieje się zbyt dobrze i na pewno m.in. zwiększone inwestycje europejskiej by pomogły.

Morgenstern po raz drugi wygrał w Sapporo

mik, PAP
2008-02-03, ostatnia aktualizacja 2008-02-03 07:12
Zobacz powiększenie
Thomas Morgenstern nad Sapporo
Fot. Koji Sasahara AP

Austriak Thomas Morgenstern wygrał w niedzielę w Sapporo drugi konkurs Pucharu Świata w skokach narciarskich deklasując rywali skokami na odległość 135 i 139 metrów. Drugi był Fin Janne Happonen, a trzecie miejsce zajął Norweg Anders Bardal. Najlepszy z Polaków Kamil Stoch ukończył konkurs na 20. miejscu.

Wyniki drugiego konkursu w Sapporo

Klasyfikacja Pucharu Świata

Morgenstern umocnił się na pozycji lidera PŚ i ma już 610 punktów przewagi nad Finem Janne Ahonenem, który w Sapporo nie startował.

Konkurs odbywał się w trudnych warunkach i obfitował w niespodzianki. W pierwszej serii rewelacyjną odległość uzyskał Rosjanin Denis Korniłow - 132,5 m, daleko lądowali Japończycy.

Ogromny wpływ na uzyskiwane odległości miała siła i kierunek wiatru podczas poszczególnych prób. Pechowcy, często doświadczeni zawodnicy, lądowali bardzo blisko, ci którym się poszczęściło, przekraczali 120 metrów.

Zmienne warunki nie miały jedna wpływu na skoki Morgensterna, który w obu seriach uzyskał najlepsze odległości, udowadniając, że jest w tym sezonie zdecydowanie najlepszym skoczkiem świata.

W Sapporo odniósł ósme i dziewiąte zwycięstwo pucharowe w sezonie i jest głównym kandydatem do zdobycia Kryształowej Kuli.

W pierwszej serii dobrze zaprezentowała się trójka Polaków, szczególnie Kamil Stoch, który uplasował się na 10 pozycji. W finałowej serii, odbywającej się przy padającym śniegu i "kręcącym", wietrze polscy skoczkowie zupełnie sobie nie radzili, lądując poniżej 100 metra i tracąc dobre lokaty.

Puchar Kontynentalny w Zakopanem: Bystoel pierwszy, Kot piąty

PAP
2008-02-03, ostatnia aktualizacja 2008-02-03 15:51

Lars Bystoel wygrał niedzielny konkurs Pucharu Kontynentalnego w skokach narciarskich w Zakopanem. Za odległości 133,5 i 135 m oraz styl uzyskał 275,8 pkt. Na miejscu piątym sklasyfikowany został najlepszy z Polaków Maciej Kot - 268 pkt (130 i 130 m).

Drugie miejsce zajął Słoweniec Jure Sinkovec 272 pkt (128, 134 m), a trzecie Norweg Kim Rene Elverum Sorsell 271,9 pkt (133 i 130 m). Łukasz Rutkowski sklasyfikowany został na siedemnastej pozycji - 253,1 pkt (125,5 i 129 m), a Robert Mateja na dwudziestej trzeciej - 247,5 pkt (127 i 123 m).

- To był chyba mój najlepszy występ. Po raz pierwszy w zawodach oddałem tak równe i tak długie dwa skoki - ocenił swój występ Maciej Kot.

- Młoda głowa, więc się bardzo denerwowałem przed drugą serią, ale jak widać niepotrzebnie - powiedział ojciec, Rafał Kot, fizjoterapeuta polskiej drużyny.

Konkurs odbywał się w doskonałych warunkach atmosferycznych, przy słonecznej pogodzie, temperaturze minus 1 i lekkim wietrze wiejącym z kierunków południowych. Zawodnikom kibicowało około tysiąca widzów.

Wyniki drugiego konkursu PK w Zakopanem:

1. Lars Bystoel (Norwegia) 275,8 pkt (122,5 i 135 m)

2. Jure Senkowec (Słowenia) 272 (128 i 134,5 m)

3. Kim Rene Elverum Sorsell (Norwegia)271,9 (133 i 130 m)

4. Stefan Thurnbichler (Austria) 270,4 (128 i 132,5 m)

5. Maciej Kot (Polska) 268 (130 i 130 m)

6. Juha Matti Ruuskanen (Finlandia) 266,5 (130,5 i 129,5 m)

7. Joerg Ritzerfeld (Niemcy) 264,7 (129 i 132,5 m)

8. Thomas Thurnbichler (Austria) 264,3 (130,5 i 128 m)

8. Daniel Lackner (Austria) 264,3 (127 i 131,5 m)

10. Martin Hoellwarth (Austria) 260,6 (125,5 i 131,5 m)

...

17. Łukasz Rutkowski 253,1 (125,5 i 129 m)

23. Robert Mateja 247,5 (127 i 123 m)

34. Krzysztof Miętus 118,5 (122,5 m)

40. Dawid Kowal 115,8 (121 m)

45. Rafał Śliż 114,3 (121 m)

51. Jakub Kot 109,8 (118,5 m)

56. Tomisław Tajner 106,6 (117 m)

61. Grzegorz Miętus 104,2 (116,5 m)

62. Dawid Kubacki 104,1 (117 m)

64. Tomasz Pochwała 103 (115 m)

69. Wojciech Gąsienica Kotelnicki 96,6 (112 m)

Tadić i Nikolić oddali głosy

17:45, 03.02.2008
SERBOWIE WYBIERAJĄ PREZYDENTA
PAP/EPA/Reuters
Ubiegający się o reelekcję prezydent Serbii Boris Tadić i jego rywal Tomislav Nikolić oddali swe głosy. Od rana Serbowie wybierają prezydenta swojego kraju.
W drugiej turze głosowania o najwyższy urząd w państwie walczą uważany za prozachodniego demokratę dotychczasowy prezydent Boris Tadić oraz nacjonalista Tomislav Nikolić. Według Tadicia, który opowiada się za integracją Serbii z UE, wybory są "referendum w sprawie drogi, którą Serbia chce podążać. - Liczę na to, że wyborcy wybiorą kontynuację reform rozpoczętych w październiku 2000 roku, po obaleniu reżimu Slobodana Miloszevicia - mówił Tadić. Z kolei Nikolić po oddaniu głosu po raz kolejny opowiedział się za dalszym zbliżeniem Serbii z Rosją. - W tym momencie Rosja jest bliższym partnerem Serbii niż Unia Europejska, dlatego, że może jej zapewnić rozwój - powiedział drugi kandydat.

Do godziny 14.00 frekwencja wynosiła 34 proc. Według szacunków, uczestnictwo w drugiej turze wyborów może być wyższe o 5 punktów procentowych od rekordowej 60-procentowej frekwencji z pierwszej tury, która odbyła się 20 stycznia.

W jakim kierunku pójdzie Serbia?

Sondaże dają obu kandydatom niemal równe poparcie, dlatego wynik jest trudny do przewidzenia. Stawką tych wyborów może być nie tylko przyszłość Serbii, ale także całego regionu Bałkanów. Wielu obserwatorów uważa, że te wybory to preludium do referendum przed przystąpieniem Serbii do UE.

Od czasu, gdy 8 lat temu władzę w Jugosławii oddał Slobodan Miloszević, nacjonaliści jeszcze nigdy nie byli tak blisko przejęcia rządów w Serbii. Wygrali w ostatnich wyborach parlamentarnych, a teraz ich kandydat Tomislav Nikolić ma w sondażach niemal identyczne poparcie jak jego rywal Boris Tadić.

Kosowo tematem nr 1

Taka popularność nacjonalistów to nie tylko efekt niemal pewnego już oderwania się Kosowa od Serbii. Obaj kandydaci zapewniają, że będą walczyć o Kosowo do ostatniej chwili, obaj deklarują też sympatię wobec Rosji. Poparcie nacjonalistów systematycznie rośnie, bo swoją kampanię skierowali do ludzi biednych i słabo wykształconych. Serbom spodobało się też, że Nikolić zapowiedział walkę z korupcją. - Serbia to jedna wielka korupcja. Niczego nigdzie nie załatwisz bez łapówki. Dobrze, że oni obiecują, że to zlikwidują - mówił Polskiemu Radiu Ivo, jeden z mieszkańców Belgradu.

Choć Tomislav Nikolić znany jest z sympatii do Saddama Husajna i przez wielu uważany jest za spadkobiercę Slobodana Miloszevicia, nie przeszkodziło mu to wygrać pierwszej tury wyborów. Duża w tym zasługa nowoczesnej kampanii wizerunkowej prowadzonej przez amerykańską firmę, która doradzała m.in. Georgowi Bushowi.

ml/prm/mpj

Czad: Szturm na siedzibę prezydenta

Tematy: wojna, czad
11:19, 03.02.2008 /Reuters


REBELIANCI WZNOWILI OFENSYWĘ
Reuters
W Czadzie ze zdwojoną siłą wybuchły walki wokół pałacu prezydenckiego w stolicy kraju, N'Djamena. Wcześniej rebelianci domagający się ustąpienia prezydenta Idriss Deby wstrzymali ogień. - Noc była spokojna - powiedział agencji Reutera pracownik hotelu Novotel, który znajduje się w pobliżu pałacu.
Według relacji świadków, w niedzielę od rana można usłyszeć wystrzały i salwy z karabinów maszynowych, dochodzące ze strony prezydenckiej siedziby. - Zaczęło się około 5 rano (Czad znajduje się w tej samej strefie czasowej, co Polska - red.) - opowiadał pracownik Novotelu.

Jak relacjonują mieszkańcy, francuskie samoloty wojskowe Mirage opuściły w niedzielę francuskie bazy w pobliżu czadyjskiej stolicy. Korespondent Radio France International informował, że latały nisko nad miastem, patrolując teren.

Zagraniczni gości zostali ulokowali w hotelu Meridien i czekają na ewakuację. Pomaga im francuskie wojsko.

Oddziały rebeliantów wkroczyły do stolicy i otoczyły pałac w sobotę po południu. Domagają się, aby prezydent Idriss Deby opuścił kompleks wraz z wiernymi mu oddziałami wojska.

prm

"Polska nie ulega Rosji w sprawie tarczy"

"SUNDAY TELEGRAPH": TWARDSZA LINIA WARSZAWY PRZYNOSI EFEKTY
"Sunday Telegraph": Polska nie ulega rosyjskim naciskom
TVN24
- Polski rząd oparł się rosyjskim naciskom w sprawie tarczy antyrakietowej, zaś jego twardsze stanowisko w rozmowach z USA zaczyna przynosić pozytywne efekty - napisał "Sunday Telegraph". To komentarz do niedawnej wizyty Radosława Sikorskiego w USA.
- Sikorski i Tusk znani są z proamerykańskich poglądów, ale krytykowali poprzedni rząd za to, że w zamian za zgodę na rozmieszczenie w Polsce wyrzutni pocisków przechwytujących, nie zabiegał o to, by otrzymać jakieś wymierne korzyści - przypomniała gazeta.

Porozumienie, którego ramy ustalono w czasie wizyty szefa polskiej dyplomacji w USA, w ocenie brytyjskiej gazety wskazuje na to, iż "twardsza linia przyjęta w rozmowach z Waszyngtonem przez rząd Donalda Tuska obroniła się przed krytyką i przynosi efekty".

- Wiemy, iż niektórzy nasi europejscy partnerzy nie są entuzjastami tarczy antyrakietowej, dlatego ich zastrzeżenia musimy wziąć pod uwagę, ale w ostatecznym rozrachunku przesądzą względy obronności i to, czy pakiet, który Polska otrzyma od USA zwiększy bezpieczeństwo Polski, czy nie - powiedziała cytowana przez tygodnik europosłanka PO Urszula Gacek cytowana przez tygodnik.

Nowa zimna wojna?

"Sunday Telegraph" twierdzi, że Stany Zjednoczone zaoferowały Polsce wzmocnienie systemu obrony powietrznej i że oferta Waszyngtonu może objąć wyposażenie polskich wojsk w pociski do przechwytywania i niszczenia pocisków wroga. Tygodnik spodziewa się zarazem, iż porozumienie polsko-amerykańskie podsyci rosnące napięcie w stosunkach Rosji z Zachodem, konkurujących między sobą o polityczne wpływy w Europie Środkowej i Wschodniej, co nasuwa skojarzenia z okresem zimnej wojny.

- Gdy dla USA system obrony przeciwrakietowej, którego elementy miałyby być rozmieszczone w Polsce i Czechach jest pomyślany jako instrument obrony Europy i Izraela przed możliwym atakiem ze strony Iranu i innych awanturniczych państw regionu, lub terrorystów, Rosja widzi w nim próbę podkopania jej nuklearnego potencjału odstraszania - zauważa "Sunday Telegraph".

kaw

Zagłuszanie antydatowane?

15:57, 03.02.2008 /Radio Zet

DOKUMENTY PODPISANO PO FAKCIE
Dokumenty związane z zagłuszaniem telefonów pielęgniarek w Kancelarii Premiera zostały antydatowane
TVN24
Dokumenty związane z zagłuszaniem telefonów pielęgniarek w Kancelarii Premiera zostały antydatowane. Tak zeznają funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu - dowiedziało się Radio Zet.
Zagłuszarka działała w kancelarii siedem dni. Funkcjonariusze Boru twierdzą, że dopiero po jej wywiezieniu z budynku podpisano dokumenty formalne związane z jej działaniem - mówił Radiu Zet proszący o zachowanie anonimowości informator. - Jeśli tak było, to doszło do złamania prawa - podało radio.

Minister Sprawieliwości Zbigniew Ćwiąkalski pytany o to, czy dokumentacja został uzupełniona już po fakcie odpowiada, że było to przedmiotem dyskusji, ale zbierane są informacje i nie może nic na ten temat powiedzieć.

Wicepremier i szef MSWiA Grzegorz Schetyna zwrócił się do prokuratury z wnioskiem o podjęcie postępowania sprawdzającego w tej sprawie. Szef Boru Marian Janicki twierdzi, że polecenie zainstalowania zagłuszarki przyszło ustnie z MSWIA. Czy stworzono jednak dokumentację post faktum - na to pytanie rzecznik Boru Dariusz Aleksandrowicz nie potrafił dziś odpowiedzieć.

mpj

Płaciliśmy 1,8 tys. zł miesięcznie za obrazy dla Dorna

mar
2008-02-03, ostatnia aktualizacja 2008-02-03 14:49

Miłość do sztuki państwowych urzędników może być kosztowna dla podatników. "Wprost" dotarł do wykazu 18 dzieł ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie, które Ludwik Dorn jako wicepremier i minister spraw wewnętrznych i administracji wypożyczył do przyozdobienia ministerialnych gabinetów. Za wypożyczenie wartych niemal 1,5 mln zł obrazów (autorstwa polskich malarzy z XX wieku) MSWiA płaciło ponad 1,8 zł miesięcznie.

Zobacz powiekszenie
fot. Mikołaj Tocki, wideo.gazeta.pl
Ludwik Dorn
Pod koniec stycznia 2007 r. trzy płótna zawisły w gabinecie ministra, dwa najdroższe w sali narad, a kolejne m.in. w pokoju jadalnym. Wśród obrazów były m.in. "Zachód słońca w Bretanii" Teodora Schwanebacha oraz dwa dzieła Tadeusza Makowskiego - "Czworo dzieci z trąbą" i "Dzieci z turoniem". Jak poinformował "Wprost" Ludwik Dorn, wypożyczenie zbiorów miało służyć promocji nowoczesnego malarstwa polskiego.

Dorn niezbyt długo cieszył oczy dziełami sztuki - pisze tygodnik. Płótna trafiły do resortu pod koniec stycznia, a już 7 lutego 2007 r. minister został zdymisjonowany. Jeszcze miesiąc napawał się jednak widokiem obrazów, ponieważ część z nich trafiła do rezydencji szefa MSWiA, w której Dorn mieszkał.

Następca Dorna w MSWiA Janusz Kaczmarek w kwietniu 2007 r. zwrócił Muzeum Narodowemu 12 dzieł sztuki, a ostatnie sześć odesłał już Grzegorz Schetyna, obecny szef resortu. - Premier Schetyna uznał, że to zbędne koszty, a ludzie powinni oglądać obrazy w muzeum - mówi Wioletta Paprocka, rzecznik prasowy wicepremiera.

"Ziobro to dzieciak" vs "Naraził się mafii". Komentarze nt. laptopa

mar
2008-02-03, ostatnia aktualizacja 2008-02-03 11:54
Zobacz powiększenie
Zbigniew Ziobro na konferencji poświęconej komputerowi, 1 lutego
Fot. Krzysztof Miller / AG

- Ziobro jest dzieciakiem, bo publicznie przyznał się do niszczenia dokumentów. Skandal - ocenia Władysław Frasyniuk. W "Kawie na ławę" w TVN24 on i inni politycy komentowali dziś sprawę laptopa, który w niewyjaśniony sposób uległ tajemniczemu uszkodzeniu. - Ziobro naraził się mafiom i mógł się obawiać pozostawienia w niepewnych rękach pewnych danych - twierdzi Jacek Kurski z PiS-u.

- W bezczelny sposób niszczyli dokumenty. Zaręczam, że mieli się czego bać - mówił Frasyniuk. - Jeśli minister ma czelność bezczelnie opowiadać, że laptop mu upadł i dlatego jest zniszczony, to ja takich przypadków nie znam. Chyba, że go spuścił z Pałacu Kultury - dodał.

Frasyniuk podkreślił jednak, że jest rozczarowany postawą obecnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego, który zapowiadał, że kierował ministerstwem inaczej niż Ziobro. Wg Frasyniuka, Ćwiąkalski powinien sprawę laptopa załatwić bardziej profesjonalnie, nie niepokojąc opinii publicznej.

Ziobry bronił poseł PiS-u Jacek Kurski. - Rozumiem Zbigniewa Ziobro, bo naraził się groźnym grupom przestępczym i widząc dziś atmosferę, jaką tworzy Platforma - wypuszczenie Jakubowskiej, ulgowe traktowanie Krauzego - mógł się obawiać. Patrząc na to, jak minister Ćwiąlaski wypuszcza "gang obcinaczy palców" i jak tworzy się atmosferę przyzwolenia dla przestępców, mam pełne zrozumienie dla Zbigniewa Ziobry - stwierdził Kurski.

- Chciałbym wiedzieć, dlaczego ten laptop i karty telefoniczne uległy zniszczeniu. Może były tam jakieś informacje nt. sprawy Barbary Blidy? - mówił poseł LiD-u Jerzy Wenderlich.

Ziobro tłumaczył w piątek, że laptop jest uszkodzony, bo uległ uszkodzeniu. Oprócz jego komputera podobnemu uszkodzeniu uległy laptopy prokuratora Jerzego Engelkinga i asystenta Ziobry, a także karty SIM do telefonów należących do ministerstwa.

Rogozin ostrzega Polskę: Pamiętajcie o II wojnie

mar, awe, PAP
2008-02-03, ostatnia aktualizacja 2008-02-03 16:14
Zobacz powiększenie
Fot. POOL REUTERS

Stały przedstawiciel Rosji przy NATO Dmitrij Rogozin ostrzegł Polskę przed instalacją elementów tarczy antyrakietowej. Jak powiedział agencji Interfax Rogozin, że "chciałby przypomnieć polskim kolegom ich niedawną historię, która dowodzi, że próby sytuowania Polski na linii konfrontacji zawsze doprowadzały do tragedii". - W ten sposób Polska podczas II wojny światowej utraciła prawie jedną trzecią ludności - mówił.

Zobacz powiekszenie
Fot. POOL REUTERS
Rogozin oświadczył, że oczekiwał od rządu Donalda Tuska o wiele bardziej przemyślanych decyzji związanych z amerykańską tarczą antyrakietową.

- Wzięliśmy za dobrą monetę słowa nowego polskiego premiera, który twierdził, że ta kwestia będzie decydowana na drodze dialogu z Waszyngtonem, Brukselą i Moskwą. Teraz jest jasne, że dialog z Moskwą zakończył się, tak naprawdę nie rozpocząwszy się - podkreślił Rogozin.

- Usłyszeliśmy za to od ministra Radosława Sikorskiego rzeczy, których nawet pan Kaczyński nie mówił -że na terytorium Polski pojawią się obce bazy wojskowe - oburzał się Rogozin.

Ostrzeżenia Rosji pod adresem Polski odbiły się echem także w brytyjskiej prasie. - Polski rząd oparł się rosyjskim naciskom w sprawie tarczy antyrakietowej, zaś jego twardsze stanowisko w rozmowach z USA zaczyna przynosić pozytywne efekty - napisał w niedzielę "Sunday Telegraph" czytaj>>

Węglarczyk: To nacjonalista



- Rogozin to specyficzny polityk: nacjonalista pełną gębą. Nie należy specjalnie się przejmować tym, co mówi, aczkolwiek należy pamiętać, że tak właśnie myślą ludzie na Kremlu. Żaden nowy pakt Ribbentrop-Mołotow nam nie grozi - mówi szef działu zagranicznego "Gazety Wyborczej" Bartosz Węglarczyk.

Kalinowski: mord to mord

Rozmowa z Jarosławem Kalinowskim
2008-02-02, ostatnia aktualizacja 2008-02-03 12:37

Skoro Katyń był ludobójstwem, to i Wołyń - zbrodnia ukraińskich nacjonalistów - był ludobójstwem - mówi Jarosław Kalinowski, wicemarszałek Sejmu i przewodniczący Ogólnopolskiego Komitetu Obchodów 65. Rocznicy Ludobójstwa Dokonanego przez OUN-UPA na Ludności Polskiej Kresów Wschodnich

Zobacz powiekszenie
Fot. Jerzy Gumowski / AG
Jarosław Kalinowski: Nic nie usprawiedliwia zbrodni, która dokonała się na Wołyniu
Paweł Smoleński: Zacytuję panu przerażającą wyliczankę: "Biłas Katarzyna, lat ok. 60 - była raniona, na ranną nakładli słomy, drzewa i spalili żywcem. Kirylejza Maria, lat 41, obywatelka USA - siedem ran od bagnetu, oderżnięta prawa pierś, u nóg połamane palce, prawa ręka w trzech miejscach złamana, rozwalona głowa. Maksym Anna, jednoroczne dziecko - rozpruty brzuch. Maksym Katarzyna, lat 4 - przekłute dwa razy bagnetem usta, dwie rany bagnetu w piersiach, rozpruty całkowicie brzuch". Ta lista ciągnie się i ciągnie.

I druga relacja: "Mojemu skatowanemu ojcu wycięto krzyż na piersiach. Zrobiono to w cerkwi. A potem wzięto za nogi i zawleczono do dołu na cmentarzu. Wrzucono go tam razem z innymi ludźmi. Niektórych z nich dobijano kołkami, innych wrzucano i zakopywano żywych".

Obie relacje dotyczą wsi ukraińskich spacyfikowanych przez polską partyzantkę. Pierwsza - Zawadki Morochowskiej, druga - Pawłokomy. Chce pan słuchać dalej?

Jarosław Kalinowski: A ja panu opowiem historię, którą usłyszałem dawno temu od ojca mojego kolegi ze studiów. Był żołnierzem Batalionów Chłopskich na Zamojszczyźnie. Weszli do wsi zaatakowanej przez UPA. Chodzili od chałupy do chałupy - w jednej zamordowana ciężarna kobieta, dziecko wyjęte z brzucha, przybite do ściany. Oficer zarządził zbiórkę, poszli do sąsiedniej wsi, ukraińskiej, i spacyfikowali ją. Ludzie uciekli do szkoły. Ojciec kolegi dobił ukraińskie dziecko, bo uznał, że nie przeżyje od ran. Opowiadał, że ten obraz zostanie w nim do końca życia.

Chcemy tak rozmawiać?

- Nie. Lecz kiedy mówimy o wzajemnych zbrodniach, jakich dokonywali Polacy i Ukraińcy, pamiętajmy, że mówimy o tym w kontekście ludobójstwa na Wołyniu. W latach 1943-44 spacyfikowano tam ponad tysiąc wsi, zginęło 60 tys. polskich chłopów. W Galicji Wschodniej, na Podolu, dalsze 40 tys. Nie usłyszy pan ode mnie, że będę usprawiedliwiać mordy na Polakach narodowości ukraińskiej z lat 1944-

-45 i późniejszych. Lecz w tej sekwencji zdarzeń Wołyń był pierwszy.

Przewodzi pan komitetowi, który w Warszawie chce wystawić pomnik ofiar tragedii wołyńskiej. Oczywiście wie pan, jaką formę chcą mu nadać ludzie zaangażowani w prace komitetu - dzieci przybitych do drzewa. Zdjęcie, wedle którego zaprojektowano pomnik, nie dotyczy Wołynia, lecz przedstawia tragedię rodzinną z okresu międzywojennego - dzieci zamordowane przez oszalałą matkę.

- Wtedy na Wołyniu mordowano Polaków tylko dlatego, że byli Polakami. Dlatego uważam, że w Warszawie powinien powstać pomnik poświęcony tragedii wołyńskiej - ale nie w takiej formie. O jego kształcie i wyrazie artystycznym powinna zadecydować powołana do tego celu komisja po przeprowadzeniu konkursu. Rozumiem, że wspomniana przez pana koncepcja budzi emocje i protesty, ale mogę pana poinformować, że sami pomysłodawcy już od niej odstąpili.

Ja też uważam, że ofiarom tragedii wołyńskiej należy się pomnik jak wszystkim niewinnie pomordowanym.

- To o co się spieramy? My, Polacy, po dziś dzień o wielu rzeczach nie mamy pojęcia. Społeczna wiedza na temat relacji polsko-ukraińskich i Wołynia jest bardzo mizerna. Obchody mogą to zmienić.

Akurat na ten temat wiemy bardzo dużo, ale ta wiedza bywa niekiedy dość szczególna. Przez całe lata PRL byliśmy karmieni stereotypem Ukraińca - rezuna i ukraińskiego ruchu niepodległościowego - bandy faszystów. Dopiero po nastaniu niepodległości przez media przetoczyła się wielka debata dotycząca stosunków polsko-ukraińskich i wydarzeń na Wołyniu. W 60. rocznicę zbrodni pojechał tam prezydent Kwaśniewski. Powstało wiele bardzo rzetelnych publikacji naukowych. Organizowano seminaria historyków polskich i ukraińskich. I tak do świadomości społecznej zaczęła przebijać się prawda, że wydarzenia wołyńskie, krwawe i okrutne, mają jakiś historyczny kontekst, że coś było wcześniej, a coś stało się później. Tymczasem te dzieci przybite do drzewa cofają nas do epoki, gdy obowiązkową lekturą w szkołach były "Łuny w Bieszczadach" - książka skłamana, fałszywa, plująca w twarz Ukraińcom.

- Powtórzę, że ja i PSL nie mamy nic wspólnego z proponowanym kształtem upamiętnienia. Nie wierzę, że patriotyczny ruch kresowy ma złe intencje. Oni nie chcą nic rozdrapywać i nikogo upokarzać. Chcą nazywać zdarzenia po imieniu, opowiadać o tym, co się działo. Nic nie usprawiedliwia zbrodni, która dokonała się na Wołyniu.

W wywiadzie dla "Myśli Polskiej" mówił pan: "Nie dziwię się, gdy ludobójstwo kwestionują osoby związane z tradycją OUN-UPA, czy to zamieszkałe na Ukrainie, czy w Polsce. Natomiast wręcz mnie zatrważa, że tego typu opinie wygłaszają ludzie, którzy nie mają związków z ideologią OUN-UPA, a ponadto są zaangażowani w życie publiczne naszego kraju, osoby powszechnie znane". Może pan tych ludzi wymienić z nazwiska?

- Odsyłam do stenogramów z posiedzenia Sejmu dotyczącego tych spraw. Mówimy o zbrodni w Katyniu. I słusznie. Ale mówmy i pamiętajmy też o 100 tys. zamordowanych na Kresach. Skoro Katyń był ludobójstwem, to i Wołyń po wielekroć był ludobójstwem. Jest coś takiego, niestety, że zbrodnia wołyńska jest umniejszana, sprowadzana do "wydarzeń".

Katyń był zbrodnią popełnioną przez totalitarne państwo. Wołyń to chłopska wojna domowa, a chłopskie wojny są straszne. Po wtóre: wielu historyków uznaje, że w kontekście II wojny światowej termin "ludobójstwo" jest przynależny Auschwitz i Treblince. Na Wołyniu można mówić o czystce etnicznej, o eksterminacji, ale to nie było ludobójstwo. Mówi tak np. prof. Władysław Filar, wołyniak, kombatant AK.

- Wołyń nie był chłopską wojną, ale zaplanowanym mordem, realizacją ideologii OUN. UPA przeprowadziła tę akcję w sposób skoordynowany. Pan mówi, że za Katyń odpowiada sowiecka władza polityczna. Za Wołyń odpowiadają ówcześni politycy ukraińscy.

Decyzję o atakach na polskie wsie podjęło lokalne przywództwo OUN i UPA. Ale historycy umieją zajrzeć za kulisy tej decyzji, które nie sprowadzają się do nacjonalizmu i żądzy krwi, lecz są dużo bardziej skomplikowane. W grę wchodziły także prowokacje sowieckie, demoralizacja czasów wojny i ukraińskie krzywdy zadane przez II RP. Na III zjeździe OUN, kilka tygodni po tragedii wołyńskiej, kilku najwybitniejszych przywódców OUN stwierdziło, że nie tylko oddziały z Wołynia, ale cała UPA skompromitowała się zbrodniczą działalnością wobec Polaków. Wydano zakaz akcji przeciwko ludności cywilnej. Ale mleko było już rozlane, nikt nie panował nad żywiołem.

Nie mówię tego, by cokolwiek usprawiedliwiać, ale po to, by określić pole rozmowy. By nie skupiać się na wyliczance: trup za trupa, gdyż nie umiemy zmierzyć innych rachunków: upokorzenie za upokorzenie, pogarda za pogardę. Przed 1939 r. to nie Ukraińcy na Mazowszu zamieniali kościoły katolickie w prawosławne cerkwie, ale Polacy na Wołyniu represjonowali prawosławnych. Dla nas osadnicy wojskowi na Kresach byli bohaterami wojny polsko-bolszewickiej, dla znakomitej większości Ukraińców - kolonizatorami. Przedwojenna Polska nie była dla Ukraińców najlepszą matką.

- Wincenty Witos protestował przeciwko takiej polityce II RP. Ale co zawinili polscy chłopi na Wołyniu? Czy oni tę politykę tworzyli? Jeśli pewnych rzeczy nie nazwiemy po imieniu, wtedy wracają w innym miejscu i czasie. Niech pan spojrzy na Bałkany lat 90.

Wojnę na Bałkanach rozpętali serbscy nacjonaliści. Ale za poszczególne zbrodnie wojenne społeczność międzynarodowa sądzi i Serbów, i Chorwatów, i Muzułmanów z Bośni. Wojny domowe mają to do siebie, że wszystkie strony dopuszczają się czynów niegodnych.

- To może Bataliony Chłopskie, które czasami dopuszczały się pacyfikacji wsi ukraińskich, też były organizacją zbrodniczą? Bo coś takiego niedawno usłyszałem.

Nie warto słuchać bzdur. Ale chciałbym dowiedzieć się, dlaczego powiedział pan "Myśli Polskiej", że prezydent Wiktor Juszczenko i jego środowisko polityczne nawiązuje do tradycji UPA. Mówił pan: "Nasze bezwarunkowe poparcie dla europejskich ambicji obecnej administracji Ukrainy kłóci się z podstawowymi zasadami Unii Europejskiej, gdzie propagowanie faszyzmu i nacjonalizmu w takiej postaci jest po prostu zabronione... Tego rząd polski czy nasze czynniki oficjalne nie mogą tolerować".

- OUN była częścią faszystowskiej międzynarodówki, jedyną partią, która legalnie funkcjonowała pod niemiecką okupacją. Na Ukrainie stawia się pomniki Stepanowi Banderze. Mówi pan, że za Wołyń odpowiada lokalne dowództwo UPA. A Bandera nie odpowiada?

Jakie to było legalne działanie? Gdy w 1941 r. Bandera ogłosił niepodległość Ukrainy, Niemcy zamknęli go wraz z całym ukraińskim rządem w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen. Jak więc może odpowiadać za Wołyń, skoro siedział w obozie?

Na tym właśnie polegał ukraiński dramat: ci, którzy marzyli o niepodległości, musieli szukać sojusznika w hitlerowskich Niemczech. I ciężko się na tym przejechali. Szczęśliwie, wybitni Polacy rozumieli tę złożoność. Ostatni dowódca SS Galizien gen. Paweł Szandruk został odznaczony w 1965 r. krzyżem Virtuti Militari przez gen. Władysława Andersa za bohaterstwo w kampanii wrześniowej.

- Niezwykłe są paradoksy historii. Zresztą... na Ukrainie stawiają pomniki Romanowi Szuchewyczowi, naczelnemu dowódcy UPA.

I to może się wielu Polakom nie podobać. Tak samo jak wielu Ukraińcom nie podoba się wpisanie do rejestru "żołnierzy wyklętych" tych dowódców podziemia, którzy pacyfikowali wsie ukraińskie. W Polsce stoją pomniki ludzi odpowiedzialnych za zbrodnie na Ukraińcach - np. Karola Świerczewskiego. Pyta pan: co zawinili polscy chłopi pomordowani na Wołyniu? A co zawinili chłopi ukraińscy? Dlaczego PSL o nich zapomina? Nie walczy o pamięć chłopów z Pawłokomy, z Zawadki Morochowskiej, z Piskorowic?

- Ja nie zapominam. Moje środowisko polityczne nie ucieka od takich dramatów.

Na konferencji naukowej zorganizowanej przez środowisko kresowe pod auspicjami PSL w 2004 r. mówiono tylko o polskiej martyrologii, dopuszczając się wielu nadużyć. Mówiono też: "Jerzy Giedroyc ze swoją Kulturą paryską i Zeszytami Historycznymi w 1953 r. zapoczątkował zakłamywanie historii najnowszej stosunków polsko-ukraińskich". Padały słowa o "ukraińskich nazistach" i "Ukraińcach - cynglach Niemców". Związek Ukraińców w Polsce nazywano "OUN-owską piątą kolumną".

- Nie byłem na tej konferencji, nic nie mogę o niej powiedzieć. Obchody będą organizowane nie tylko przez Kresowiaków, ale też przez Światowy Związek AK...

...czyli w gruncie rzeczy przez tych samych ludzi wywodzących się ze środowiska wołyńskiego.

- Powtórzę: nie odżegnuję się od polskich zbrodni. Ale w moim najgłębszym przekonaniu to, co działo się na terenach dzisiejszej Polski po zakończeniu II wojny światowej, było konsekwencją Wołynia oraz przejścia na zachód oddziałów UPA. Przecież sotnie UPA nie składały się ze świętoszków. Nie tylko broniły Ukraińców, lecz również atakowały i mordowały Polaków. Nie znajdzie pan ani jednej polskiej decyzji nakazującej oczyszczenie terenów z ludności ukraińskiej. Ale OUN na Wołyniu taką decyzję podjął.

Chyba czytaliśmy inne książki. Na terenie dzisiejszej Polski zginęło kilka razy więcej Ukraińców niż Polaków, zaś UPA miała przeciwdziałać wywózkom Ukraińców na Wschód i bronić ich przed pacyfikacjami. Akcja "Wisła" była odwetem państwa na mniejszości narodowej, a nie prostym następstwem Wołynia czy sposobem walki z ukraińską partyzantką. Po jej przeprowadzeniu nie ostała się ani jedna wieś ukraińska.

- Są poważni badacze, którzy uważają, że bez deportacji Ukraińców walka z UPA byłaby trudniejsza. Zresztą, jak można porównywać wywózkę do masakry wołyńskiej?

Co - by użyć pańskiej frazy - Ukraińcy z Przemyskiego, Bieszczadów, Zamojszczyzny zawinili na Wołyniu?

- Nic. Ale sekwencja zdarzeń była taka: najpierw Wołyń, potem akcja "Wisła", a nie na odwrót.

A przed Wołyniem była narodowościowa polityka II RP. W ten sposób do niczego nie dojdziemy. Nigdzie i nigdy nie wolno stosować odpowiedzialności zbiorowej.

- Dobrze, że pan o tym mówi. Gdyż planując obchody 65. rocznicy Wołynia, nikt nie chce domagać się, by wszyscy Ukraińcy uderzyli się w piersi i prosili o wybaczenie. UPA i OUN to był ułamek całego społeczeństwa.

Dla Ukraińców ważny ułamek, bo walczący o niepodległość. Niepodległa Ukraina nie może odwoływać się do Armii Czerwonej i Ukraińców służących w wojskach NKWD.

- Nawet tak szczytny cel nie usprawiedliwia zbrodni na Wołyniu.

Co pan chce osiągnąć, przewodząc komitetowi obchodów 65. rocznicy Wołynia?

- Chcę upamiętnić pomordowanych. Dostałem list od pewnej pani, która pisze mniej więcej tak: "Andrzej Wajda upamiętnił śmierć ojca, kręcąc film o Katyniu. Ja nawet nie wiem, gdzie mój ojciec, który walczył o Polskę w 1920 i w 1939 r., został pochowany".

A jeśli sposób i forma obchodów będą obrazą i upokorzeniem żyjących?

- Znajdą się osoby, które pewnie tak pomyślą. Ale uważam, że naszym obowiązkiem jest upamiętnienie ofiar, nawet jeśli to się komuś nie spodoba. Poza tym: skąd mamy wiedzieć, co się okaże podczas obchodów? Co według pana może być obraźliwe w takich obchodach?

Powrót do stereotypu rezuna. Istnieje obawa, że takie głosy przebiją się na plan pierwszy. Pan sam powołuje się w rozmowie z "Myślą Polską" na ukraińskiego historyka Wiktora Poliszczuka, który wedle organizacji kresowych jest "ukraińskim sumieniem", choć ma do tego tytuł wielce wątpliwy.

- Dlaczego mam się nie powoływać?

Choćby dlatego, że nazywał on Jerzego Giedroycia zakłamywaczem historii i "szkodnikiem sprawy polskiej".

- Nie podzielam zdania Wiktora Poliszczuka o Giedroyciu, nie można jednak pomijać zdania historyka ukraińskiego w sprawie Wołynia. Wśród historyków wspierających Kresowian są też inni. Np. państwo Ewa i Władysław Siemaszkowie; ich książka "Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-45" zdobywała poważne nagrody.

Szkopuł w tym, że to książka, która nie zauważa tego, co działo się wcześniej. I na tym zasadza się cały problem. Gdyż wedle Ukraińców życzliwych Polsce, ale też wielu Polaków nie można jedynie od Ukraińców żądać, by posypali głowy popiołem. Także Ukraińcom należą się przeprosiny ze strony Polaków.

- Zgodzi się pan ze mną: nadchodzi 65. rocznica zbrodni wołyńskiej i coś z tym wypada zrobić. To była najgorsza zbrodnia, jaka może się wydarzyć.

Niestety, nie najgorsza. Tego uczy nas historia ubiegłego wieku.

- Mówiąc "najgorsza zbrodnia", mam na myśli szczególne okrucieństwo. Na przykład okoliczności śmierci Zygmunta Rumla, komendanta BCh na Wołyniu, który otrzymał od delegata rządu RP polecenie podjęcia rozmów z UPA celem zaprzestania rzezi. Uważam, że o Wołyniu mówi się cały czas za mało.

Lecz przede wszystkim trzeba wiedzieć, jak mówić. Żeby nie zaprzepaścić tego, co już udało się zrobić. A udało się, Bogu dzięki, osłabić stereotyp Ukraińca - rezuna i Polaka - pana gotowego batożyć, hańbić, poniżać.

- Proszę zaufać, że nic z dotychczasowego dorobku nie zostanie zepsute. Musimy opierać przyszłość na prawdzie o przeszłości. I to będzie przyświecać obchodom rocznicy wołyńskiej. 1

Rozmawiał Paweł Smoleński

*** W wywiadzie dla "Myśli Polskiej" Jarosław Kalinowski mówił:

Na Wołyniu, Podolu, Małopolsce Wschodniej ginęli przede wszystkim chłopi. Oprawcy z OUN-UPA mordowali głównie mieszkańców wsi, m.in. bohaterów wojny polsko-bolszewickiej, bądź ich dzieci. Dla nas, ludowców, jest to wręcz obowiązek, aby włączyć się w obchody tej rocznicy. Martyrologia chłopska jest przecież częścią wspólnej polskiej martyrologii.

Kwestia partnerstwa strategicznego z Ukrainą nie ma tu nic do rzeczy. Przyszłość musi być budowana na fundamencie prawdy!

Polska powinna powiedzieć jasno: nie wyrażamy zgody na to, aby gloryfikować zbrodniczą organizację i jej przywódców, która dopuściła się ludobójstwa, traktować ją jak organizację kombatancką. To jest zafałszowywanie historii. Jeśli zbrodni nie osądzi się i nie nazwie zbrodnią, i będzie się udawało, że było to coś innego, to zbrodnia wróci - niekoniecznie w tym samym miejscu, ale gdzie indziej.