piątek, 18 stycznia 2008

Łowcy okazji ruszyli na warszawską giełdę

Tomasz Prusek, PAP
2008-01-17, ostatnia aktualizacja 2008-01-17 21:30

Inwestorzy złapali oddech po kilku sesjach panicznej wyprzedaży akcji. Wicepremier Pawlak zaapelował, aby nie ulegali emocjom. Ale z USA znowu napływają złe wieści

Zobacz powiekszenie
Fot. JIM YOUNG REUTERS
Bernanke dołuje akcje Szef Fed Ben Bernanke wystąpił wczoraj przed komisją budżetową Izby Reprezentantów USA. Inwestorzy początkowo odebrali jego słowa z optymizmem, ale potem zrozumieli, że ich wydźwięk jest dramatyczny
ZMIANA WIG20 W 2008 ROKU
ZMIANA WIG20 W 2008 ROKU
SERWISY
O czarnym wtorku i środzie inwestorzy w Polsce chcieliby jak najszybciej zapomnieć. Ceny akcji spadały na łeb na szyję, indeksy tonęły po 4-5 proc., a wartość spółek codziennie zmniejszała się o kilkanaście miliardów złotych. Jednak dzięki temu, że w środę w nocy naszego czasu notowania na giełdach amerykańskich się ustabilizowały, wczoraj pojawiła się szansa odbicia w Europie.

Od rana na europejskich giełdach aktywni byli tzw. łowcy okazji szukający wyjątkowo przecenionych papierów. Na starcie sesji w Warszawie indeks 20 największych spółek WIG20 zyskał aż 2,3 proc.

Ale tak duży wzrost cen został szybko wykorzystany przez część inwestorów do sprzedaży akcji po cenach, jakich nie mogli uzyskać w poprzednich dniach. Zachęciły ich do sprzedaży także złe wieści płynące z USA. Po Citigroup kolejny wielki bank Merrill Lynch poinformował o kolosalnych stratach z powodu trudnych do odzyskania kredytów hipotecznych. W czwartym kwartale 2007 r. Merrill Lynch stracił blisko 10 mld dol. (najwięcej w swej 94-letniej historii).

W efekcie WIG20 znalazł się po południu pod kreską. Optymizm przywrócił dopiero szef amerykańskiego banku centralnego Ben Bernanke, który przed komisją budżetową Izby Reprezentantów powiedział, że jest gotów działać, by ratować gospodarkę USA. Dla inwestorów był to jasny sygnał bliskiej obniżki stóp procentowych.

Ostatecznie indeks WIG20 po raz pierwszy od sześciu sesji zyskał na wartości umiarkowane 0,9 proc.

Ale kiedy handel w Warszawie się zakończył, inwestorzy w USA dokładniej przeanalizowali słowa Bernankego i znowu ogarnął ich lęk. Szef banku centralnego dopuszcza bowiem bardzo znaczącą ingerencję państwa w gospodarkę. Czyżby wiedział, że jej stan jest gorszy, niż oficjalnie się przyznaje?

Szef Fed poparł bowiem pakiet prezydenta Busha pobudzający gospodarkę i ogłosił, że powinien być on wprowadzony w życie jak najszybciej, ale na krótką metę. Chodzi głównie o redukcje podatków i wydatki rządu na pomoc dla gospodarstw domowych najbardziej dotkniętych kryzysem na rynku nieruchomości, np. na zwiększone zasiłki dla bezrobotnych czy dopłaty do kosztów opału w zimie. Taki plan przejściowo musi doprowadzić do zwiększenia deficytu budżetowego.

Stan gospodarki budzi zaniepokojenie Białego Domu i Fed, bo coraz więcej ekspertów przewiduje, że w tym roku może wejść ona w recesję. Wzrosło bezrobocie i inflacja, popsuła się koniunktura w przemyśle, a Amerykanie coraz mniej wydają na zakupy.

Inwestorzy giełdowi liczą w tym miesiącu na głębokie cięcie stóp procentowych przez Fed, bo tańszy kredyt ma pomóc w rozruszaniu gospodarki.

Ponieważ wystąpienie Bernankego zostało odebrane jako potwierdzenie coraz poważniejszego kryzysu w gospodarce, inwestorzy zaczęli sprzedawać akcje na Wall Street (choć na początku sesji indeksy umiarkowanie rosły).

Indeks Dow Jones spadł wczoraj do dziewięciomiesięcznego minimum. Tracił też technologiczny wskaźnik Nasdaq.

Dramatycznie pogarszająca się sytuacja na warszawskiej giełdzie zwróciła uwagę naszych polityków. To nie dziwi, bo indywidualnie inwestuje na parkiecie kilkaset tysięcy Polaków, a za pośrednictwem funduszy zaangażowane są tam oszczędności ponad 3 mln osób.

Od cen akcji zależą też wypłaty emerytur 13 mln członków OFE. Pierwsi emeryci ustawią się po nie już za rok.

- Jeśli chodzi o sytuację na rynku kapitałowym, to chcemy, żeby nasi inwestorzy zachowali silne nerwy i nie ulegali presji emocji, bo może być tak, że ci, którzy się teraz wyprzedadzą, zostaną potem zastąpieni przez inwestorów, którzy po znacznie niższych cenach odkupią akcje - powiedział wicepremier i minister gospodarki Waldemar Pawlak. Jego zdaniem jest bardzo ważne, by nie przenosić na polską gospodarkę zawirowań z rynków światowych.

Straciłeś w funduszu? Pomyśl, jak się odkuć

Maciej Samcik
2008-01-17, ostatnia aktualizacja 2008-01-17 14:16

Straciłeś pieniądze w funduszu? Nie panikuj i nie rozdzieraj szat - to już nic nie zmieni. Raczej pomyśl, co zrobić, by jak najszybciej się odkuć.

Zobacz powiekszenie
fot. Jerzy Gumowski/AG


Na warszawskiej giełdzie trwają dramatyczne spadki cen akcji. Tylko od początku roku - czyli raptem w ciągu dwóch tygodni! - główny indeks WIG stracił na wartości już 15 proc. Zaś od swego historycznego szczytu w połowie 2007 r. WIG zjechał już o ponad 30 proc.!

W zastraszającym tempie topnieją też pieniądze klientów funduszy akcyjnych. Po kieszeni dostają zwłaszcza ci, którzy do agresywnych funduszy przyszli dopiero niedawno, skuszeni wizją krociowych zysków. Właściwie każdy, kto włożył pieniądze do funduszu po maju 2007 r., dziś liczy straty.

Tylko w ostatnim kwartale oszczędności osób, które wpłaciły je do funduszu Fortis Akcji schudły o - bagatela - 36 proc.! Niewiele mniej na minusie, bo od 25 do 28 proc., są klienci, którzy przynieśli swoje pieniądze do funduszy małych i średnich spółek, np. z rodzin Pioneer, BPH, DWS czy PZU. Inne fundusze straciły mniej, ale i tak strata przeciętnego inwestora funduszu akcyjnego wyniosła przez ostatnie trzy miesiące ok. 20 proc.

Biorąc pod uwagę, że jeszcze latem 2007 r. majątek zgromadzony w funduszach akcji wynosił prawie 40 mld zł, można szacować, że w ostatnich kilku miesiącach klienci agresywnych funduszy stracili niecałe 10 mld zł! A do tej góry grosza trzeba dodać pieniądze, które "wyparowały" z mniej ryzykownych funduszy zrównoważonych i stabilnych. Polacy latem 2007 r. trzymali w nich w sumie ok. 60 mld zł. W ostatnim kwartale stracili przeciętnie 8-12 proc. swoich pieniędzy.

Może nie warto uciekać z funduszy?

Z pewnością część osób spośród trzech milionów oszczędzających w funduszach nie wytrzymała nerwowo i wycofuje pieniądze, nie patrząc na straty. Nieoficjalnie przyznają to przedstawiciele funduszy, choć jak ognia unikają podawania konkretnych liczb, by dodatkowo nie podsycać paniki inwestorów. Ci, którzy jeszcze się nie wycofali, zastanawiają się, co robić, by w miarę szybko odrobić straty.

Najprostsze rozwiązanie to zamknięcie oczu, zabranie pieniędzy z funduszy i włożenie ich na lokatę bankową lub w rządowe obligacje (o rosnącej atrakcyjności tych ostatnich piszemy na sąsiednich stronach). Zyskujesz wtedy święty spokój, ale zarazem możesz definitywnie stracić szansę na odrobienie strat. Jeśli masz dziś 20-30 proc. mniej pieniędzy niż kwota, którą wpłaciłeś do funduszu kilka miesięcy temu, to przy obecnej zyskowności lokat i obligacji potrzebujesz dobrych kilku lat, by nominalnie wyjść na zero. Nie mówiąc o jakichkolwiek zyskach.

Choć w obecnej sytuacji rynkowej brzmi to jak żart, może się zdarzyć, że pozostawiając dziś pieniądze w funduszach, odrobisz straty szybciej, niż przenosząc je do banku. Możliwy jest scenariusz, że większą część spadków giełda ma już za sobą. Indeksy wróciły do poziomów z jesieni 2006 r. i straciły jedną trzecią - jedną czwartą tego, co zyskały w ciągu całej czteroletniej hossy.

Może inaczej rozłożyć w nich pieniądze?

Jeśli zdecydujesz się pozostawić część pieniędzy w funduszach, pomyśl nad ich lepszym rozłożeniem. Większość z nas ma wszystkie oszczędności w funduszach inwestujących w Warszawie. Może się okazać, że odrabianie strat pójdzie szybciej, jeśli część pieniędzy przeniesiesz do funduszy inwestujących za granicą.

Tylko jakich? W modzie wciąż jest Azja - w tym Indie, Chiny - oraz region Pacyfiku. Sęk w tym, że trzeba zainwestować w walucie obcej - euro lub dolarze. I narazić się na straty z powodu wzrostu kursu złotego w stosunku do tych walut.

Bezpieczniejszą opcją może być włożenie pewnej części pieniędzy do funduszy inwestujących w całej Środkowej Europie, a także w Turcji, na Bałkanach, na Ukrainie i w Rosji (czyli w tzw. nowej Europie). Na polskim rynku działa już kilkanaście takich funduszy.

Dlaczego akurat nowa Europa?- W dłuższym okresie uważamy, że rynek polski jest atrakcyjny, jednak wyceny akcji na niektórych innych rynkach regionu są często znacznie bardziej atrakcyjne - mówi Błażej Bogdziewicz zarządzający funduszami spod znaku Arka. To towarzystwo zarządza funduszem Arka Akcji środkowej i wschodniej Europy, bodaj największym na rynku funduszem "regionalnym" (zebrał od inwestorów ok. miliarda złotych).

O tym, że to w Europie Środkowej powiernicy widzą największe perspektywy na odrabianie strat, świadczy to, że jak grzyby po deszczu wyrastają kolejne fundusze tego typu - np. TFI SEB powołało fundusz małych spółek wschodnioeuropejskich, zaś TFI Union Investment weszło na rynek z funduszem UniSektor Nieruchomości Nowej Europy. Środkowoeuropejski fundusz nieruchomościowy niedawno otworzyło też TFI BPH. Z kolei ING ma w ofercie fundusz ING Środkowoeuropejski Rynku Finansowego. Ostatnio nie przynosi on kokosów, bo banki na całym świecie są na cenzurowanym, ale z czasem może zyskać na atrakcyjności.

Tymczasem włożyliśmy do kilkunastu funduszy środkowoeuropejskich ok. 3 mld zł. Ci inwestorzy, którzy najwcześniej uwierzyli w potencjał nowej Europy, na razie nie żałują. Co prawda w ostatnim kwartale te fundusze nie uchroniły swoich klientów przed spadkami - straty wyniosły przeciętnie ok. 20 proc., a więc tylko niewiele mniej, niż straciły fundusze polskich akcji, ale za to w skali całego roku spisały się lepiej niż "polskie" odpowiedniki.

Najlepszy tego typu fundusz - UniAkcje Nowa Europa - w ostatnich dwunastu miesiącach (licząc od połowy stycznia 2007 r.) dał swoim klientom 10,7 proc. zysku. Zyski innych funduszy wyniosły 3-8 proc., średnio ok. 6 proc. W tym samym czasie fundusze polskich akcji miały przeciętnie tylko 1 proc. zysku.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Opłata za dowód niezgodna z konstytucją?

Małgorzata Rusek
2008-01-18, ostatnia aktualizacja 39 minut temu

Państwo polskie łamie konstytucję, pobierając za wymianę dokumentu opłatę, którą na obywatelu wymusiło - uważa mieszkaniec Radomia i składa skargę do sądu administracyjnego

Zobacz powiekszenie
Fot. Radosław Jóźwiak / AG
Czy wyprodukowanie plastikowego dokumentu kosztuje aż 30 zł? - będzie musiał się zastanowić sąd. Taką opłatę uiszcza każdy, kto ma obowiązek wymienić dowód
SONDAŻ
Czy 30 zł za nowy dowód to za dużo?

Tak
Nie
Nie wiem

- To precedensowa sprawa. Jeśli nie w kraju, to na pewno w okręgu warszawskim takiej skargi jeszcze nie było - informuje sędzia Wojciech Mazur, przewodniczący VIII zamiejscowego wydziału Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie.

Łamanie konstytucji

To właśnie do radomskiego wydziału wpłynęła skarga radomianina, który zarzucił, że pobieranie opłaty za wydanie nowego dowodu osobistego łamie artykuł 2. Konstytucji RP mówiący o tym, iż "Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej" oraz artykuł 32. stwierdzający, że "wszyscy są wobec prawa równi, wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne i nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny".

- Według autora skargi państwo nie powinno pobierać opłaty za wymianę dowodu, którą na obywatelach wymusiło. Skarżący uzasadnia, że po jego stronie nie powstały żadne przesłanki, jak na przykład zmiana adresu zamieszkania czy zmiana nazwiska, które wymagałyby wymiany starego dokumentu na nowy. A skoro to państwo zmusza obywateli, aby wymienili dowód, to państwo, zdaniem autora pozwu, powinno ponosić tego koszty, a nie obciążać obywateli - relacjonuje sędzia Mazur.

Skarga na decyzję

Radomianin zwrócił się najpierw o zwrot 30-złotowej opłaty do organu wydającego dokument, czyli prezydenta miasta, ale ten odmówił. Kolejnym krokiem było więc zaskarżenie decyzji prezydenta do wojewody. Wojewoda mazowiecki decyzję prezydenta utrzymał w mocy, więc radomianin zaskarżył ją do sądu administracyjnego. Jak wyjaśniał podczas pierwszej rozprawy, opłata za wymianę dowodów to nic innego jak ukryty podatek. Według niego państwo ingeruje w wolność obywateli, zmuszając do wymiany dowodów osobistych na nowe i naruszając zasadę równości, bo stare dowody wymieniać muszą i za to płacić jedynie osoby urodzone przed 1982 rokiem (urodzeni po tej dacie już dysponują nowym, plastikowym wzorem dowodu).

Ile kosztuje wymiana?

Termin kolejnej rozprawy wyznaczono na 29 stycznia. Do tego czasu sąd będzie się też musiał zastanowić nad zarzutem dotyczącym ekwiwalentności opłaty za wydanie nowego dowodu osobistego. Według skarżącego kwota 30 złotych jest wyższa niż koszt wyprodukowania plastikowego dokumentu. A jak wynika z orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego ze stycznia 2006 r., opłata musi odpowiadać rzeczywistym kosztom produkcji. Orzeczenie dotyczyło opłat za wydanie karty pojazdu. Właściciele samochodów sprowadzanych z zagranicy i po raz pierwszy rejestrowanych w kraju za dokument musieli płacić 500 złotych, pozostali 75 złotych. Trybunał uznał, że 500-złotowa opłata nie ma nic wspólnego z rzeczywistymi kosztami produkcji i wypisania karty pojazdu. Po orzeczeniu opłatę ustalono w jednakowej wysokości - 75 złotych dla wszystkich.

Źródło: Gazeta Wyborcza Radom

Zamieszanie z prawami jazdy: Ministerstwo wyjaśnia


(Inf. wł., pb/18.01.2008, godz. 13:06)
W związku z pojawiającymi się w mediach informacjami dotyczącymi zamieszczonych w dokumencie prawa jazdy kodów ograniczeń ze względów medycznych w kierowaniu pojazdami, Biuro Informacji i Promocji MI wyjaśnia, że oznaczenie tylko kodu 01 (bez subkodów) w żadnym przypadku nie może podważać ważności wydanego przez organ prawa jazdy. Stosowanie subkodów od 01.01 do 01.06 nie jest obowiązkowe - podało Ministerstwo Infrastruktury w komunikacie.

Kod 01 oznaczający "wymagane używanie szkieł korekcyjnych podczas jazdy" został wprowadzony do wydawanego od dnia 1 lipca 1999 r. nowego wzoru prawa jazdy. Kod ten wynikał z rozporządzenia Ministra Transportu i Gospodarki Morskiej z dnia 24 maja 1999 r. zmieniającego rozporządzenie w sprawie wzorów dokumentów stwierdzających uprawnienia do kierowania pojazdami (Dz. U. Nr 58, poz. 620). Obowiązek jego zaznaczania na orzeczeniu lekarskim, w przypadku stwierdzenia chorób narządu wzroku, regulowało rozporządzenie Ministra Zdrowia i Opieki Społecznej z dnia 30 czerwca 1999 r. w sprawie badań lekarskich osób ubiegających się o uprawnienia do kierowania pojazdami i kierowców (Dz. U. Nr 69, poz. 772). Zaznaczony na orzeczeniu lekarskim kod oznaczał automatyczne jego przeniesienie do dokumentu prawa jazdy - czytamy.

Rozporządzeniem Ministra Transportu i Gospodarki Morskiej z dnia 13 czerwca 2001 r. w sprawie wzorów dokumentów stwierdzających uprawnienia do kierowania pojazdami (Dz.U. Nr 70, poz. 729 z późn zm.), które weszło w życie z dniem 1 października 2001 r., Kod 01 został rozbudowany o subkody od 01.01 do 01.06. Podkreślić należy, że stosowanie tych subkodów (wynikające z dyrektywy Komisji 2000/56/WE z dnia 14.09.2000) nie jest obowiązkowe. W zestawie kodów zamieszczonych w przedmiotowym rozporządzeniu tylko przy kodzie 05 i 44 jest klauzula nakazująca obowiązkowe stosowanie subkodów. Wzór orzeczenia lekarskiego zawierający tylko kod 01 obowiązywał do dnia 30 czerwca 2004 r., w związku z czym lekarze nawet nie mieli możliwości wpisywania subkodów.

Ministerstwo Infrastruktury podało także, że obowiązujące aktualnie rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 7 stycznia 2004 r. w sprawie badań lekarskich kierowców i osób ubiegających się o uprawnienia do kierowania pojazdami (Dz. U. Nr 2, poz. 15 z późn. zm.) zawiera we wzorze orzeczenia lekarskiego zalecenie wpisywania właściwych kodów i subkodów w korzystaniu z uprawnień do kierowania pojazdami ze względu na stan zdrowia. Należy przyjąć, że zalecenie to powinno być przez lekarzy respektowane. Jednakże oznaczenie tylko kodu 01 w żadnym przypadku nie może podważać ważności wydanego przez organ prawa jazdy.

Sąd: Wachowski skazany za fałszywe zeznania

2008-01-18, ostatnia aktualizacja 2008-01-18 16:59

Na pół roku więzienia w zawieszeniu na 3 lata i grzywnę za fałszywe zeznania skazał sąd Mieczysława Wachowskiego, b. ministra w kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy.

Zobacz powiekszenie
Fot. Sławomir Kamiński / AG
Mieczysław Wachowski
Kilka dni temu prokurator żądał dla Wachowskiego kary roku więzienia w zawieszeniu na 2-letni okres próby i 11 tys. zł grzywny. - Zawsze byłem uczciwy - mówił Wachowski w ostatnim słowie wnosząc o uniewinnienie.

57-letniego Wachowskiego prokuratura oskarżyła o złożenie fałszywych zeznań w 2003 r. w prokuraturze w Piasecznie (grozi za to do 3 lat więzienia). Zaprzeczył on wtedy, by w 2001 r. dostał od biznesmena Sławomira M. 30 tys. dolarów jako zwrot części zainwestowanych przez siebie pieniędzy. W 2001 r. b. minister wyłożył 159 tys. dolarów na tworzoną przez niego i M. spółkę. Wspólny biznes nie wypalił.

30 tys. dolarów na papierze

M., który ma oddzielny proces za oszustwo wobec Wachowskiego, twierdzi, że jeszcze w maju 2001 r. zwrócił mu część zainwestowanej kwoty - 30 tys. dolarów, na co ma pokwitowanie od Wachowskiego. Ten zaś utrzymuje, że pieniędzy nie dostał, a M. spreparował pokwitowanie, wykorzystując kartkę z jego podpisem "in blanco".

Biznesmen jest wiarygodny - uznał sąd, skazując w piątek Wachowskiego na karę pół roku więzienia w zawieszeniu i 2 tys. zł grzywny.

Według sędziego Grzegorza Romaniuka, nie można zakwestionować zeznań Sławomira M. i pokwitowania na kwotę 30 tys. dolarów. Biegli stwierdzili, że podpis Wachowskiego na nim jest autentyczny. Sąd oddalił tylko opinię biegłego, który próbował ocenić, czy na papierze wcześniej była treść pokwitowania, czy podpis Wachowskiego. Sąd uznał, że takie ustalenia są niemożliwe, a opinia biegłego - niewiarygodna.

- Pan Wachowski, jako były bardzo wysoki urzędnik państwowy powinien wiedzieć, że podpisu nie rozdaje się na prawo i lewo" - tak sędzia Romaniuk odpowiedział na argumenty oskarżonego, że pokwitowanie sfabrykował jego przeciwnik. Ponadto sąd zauważył, że gdyby to faktycznie był podpis in blanco na potrzeby jakiegoś dokumentu, zostałby nakreślony u dołu kartki, a nie na środku.

Będzie apelacja

Wyrok jest nieprawomocny. Wachowski i jego obrońca Waldemar Kaim już zapowiedzieli apelację. - Dziwię się, że sąd nie wierzy mnie, a wierzy panu M., który mnie oszukał, co potwierdza się w jego procesie o oszustwo na 159 tysięcy dolarów wobec mnie - mówił Wachowski po wygłoszeniu wyroku.

Nie chciał mówić o politycznych podtekstach sprawy, na które zwracał uwagę wcześniej, gdy twierdził, jakoby miała ona udokumentować fakt, że prezydent Lech Kaczyński mówiąc o nim "wielokrotny przestępca", miał rację.

Zmarł Bobby Fischer

pm
2008-01-18, ostatnia aktualizacja 2008-01-18 14:36
Zobacz powiększenie
Fot. IVAN MILUTINOVIC REUTERS

Jeden z najwybitniejszych szachistów w historii, Bobby Fischer zmarł w wieku 64 lat. Jego rzecznik prasowy potwierdził, że szachowy mistrz świata zmarł wczoraj w szpitalu w Reykjaviku.

Najbardziej tajemniczy wśród szachowych tytanów - czytaj na blogu Rafała Steca

Fischer zasłynął już jako nastolatek. W wieku 14 lat został najmłodszym zawodnikiem, który wygrał mistrzostwo USA, w wieku 15 lat został najmłodszym arcymistrzem w historii.

Międzynarodową sławę zdobył w 1972 r. Jego pojedynek o mistrzostwo świata z radzieckim mistrzem, Borysem Spasskim został nazwany meczem stulecia. Fischer przegrał pierwszą partię, a na drugą nie przyszedł w ogóle. Wygrał jednak trzecią, a ostatecznie cały mecz w stosunku 12 1/2 do 8 1/2. Tym samym przerwał hegemonię radzieckich arcymistrzów i został szachistą numer jeden na świecie.

Od chwili zdobycia mistrzostwa świata Fischer nie rozegrał już ani jednej partii w oficjalnych rozgrywkach. Przed kolejnym meczem o mistrzostwo z Anatolijem Karpowem, który miał odbyć się w 1975 roku, Fischer przedstawił FIDE szczegółową listę warunków, na jakich mógłby przystąpić do tego meczu. Nie wszystkie jego postulaty mogły zostać spełnione, w związku z czym Fischer odmówił przystąpienia do meczu. FIDE uznała to za walkower i kolejnym mistrzem świata w roku 1975 został Karpow.

Fischer zniknął z życia publicznego na następne kilkanaście lat. Świat usłyszał o nim ponownie w 1992 r., kiedy zgodził się zagrać rewanż za mecz stulecia ze Spasskim. Wygrany przez Fischera mecz odbył się w Czarnogórze, co zostało uznane za złamanie międzynarodowych sankcji nałożonych na w tym czasie Jugosławię.

Fischer był za to poszukiwany, jednak unikał odpowiedzialności przez kolejne dwanaście lat. W międzyczasie zrzekł się obywatelstwa USA. W lipcu 2004 r. został aresztowany w Japonii. Amerykanie domagali się jego ekstradycji, jednak dziewięć miesięcy później został wypuszczony na wolność, po tym jak uzyskał obywatelstwo Islandii. Resztę życia spędził w swojej nowej ojczyźnie.

Szachowy mistrz był oskarżany o antysemityzm. Zaszokował świat, kiedy po atakach na WTC powiedział filipińskiej stacji radiowej: "To świetna wiadomość. Popieram ten atak. USA i Izrael mordowali i rabowali Palestyńczyków przez lata i nikogo to nie obchodziło. Teraz Amerykanie dostali za swoje. Chciałbym, żeby USA zostało wymazane z powierzchni ziemi".

Sąd: Jarucka nie dostanie 50 tys. zł za rzekomy mobbing

rota, ulast, PAP
2008-01-18, ostatnia aktualizacja 2008-01-18 17:04

Anna Jarucka nie dostanie 50 tys. zł zadośćuczynienia od MSZ za rzekomy mobbing. Stołeczny sąd oddalił jej pozew wobec resortu, uznając, iż nie wykazała ona, by doszło tam wobec niej do zachowań uznawanych przez prawo za mobbing.

Zobacz powiekszenie
Fot. Robert Kowalewski / AG
Anna Jarucka
SONDAŻ
Wierzysz, że Anna Jarucka była mobbingowana?

Tak.
Nie wierzę w nic, co ona mówi.
Nie obchodzi mnie to.

Dawna asystentka b. szefa MSZ Włodzimierza Cimoszewicza zarzucała resortowi - którego pracownicą formalnie pozostaje - że ją szykanowano. Miało to polegać m.in. na obniżeniu stopnia służbowego, nieudzieleniu urlopu "dla poratowania zdrowia", zagubieniu pozytywnej opinii o jej pracy, zamieszczaniu na stronie internetowej resortu "szkalujących ją wiadomości".

Sąd: Nie było mobbingu

Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia orzekł, że opisywane zdarzenia nie spełniają prawnych cech mobbingu.

Aby skutecznie dochodzić swych roszczeń, powód musi udowodnić rozstrój zdrowia oraz wykazać związek przyczynowy między nim a mobbingiem. Tego pani nie udowodniła" - mówił sędzia. Podkreślił, że rozstrój powinien był stwierdzić biegły sądowy, a powódka o to nie wnosiła ("Bo nie wiedziałam" - wtrąciła Jarucka). Sędzia dodał, że nie wiadomo, czy rozstrój, o którym mówiła Jarucka, był spowodowany działaniami pracodawcy, czy też np. poronieniem.

Sąd uznał, że mobbingiem nie była odmowa udzielenia urlopu, bo pracodawca - w sytuacji, gdy w 2005 r. wybuchła tzw. "sprawa Jaruckiej" - nie mógłby odwołać podejrzanego o przestępstwo pracownika, bo przebywa on na urlopie; taką niemożność sąd uznał za "absurdalną". Sędzia przyznał, że pracodawca być może powinien był powiedzieć, że są wątpliwości co do Jaruckiej po wybuchu jej sprawy, ale wtedy byłyby zapewne jej "inne roszczenia".

Według sądu, szykaną nie było też obniżenie stopnia służbowego, bo ustawa o służbie zagranicznej uzależniała nadawanie tych stopni od zajmowanego stanowiska i "tu była pewna dowolność, a od decyzji nie było odwołania".

Sąd podkreślił, że nie można mówić o mobbingu, bo by do niego doszło, "podobne sytuacje muszą się powtarzać przez dłuższy czas, a tu były sprawy jednorazowe i za każdym razem inne".

Jarcucka ma zwrócić koszty sprawy

Na mocy wyroku Jarucka ma także zwrócić MSZ 1,8 tys. zł kosztów sprawy.

W zeszłym roku b. wiceszef biura kadr MSZ Roman Kowalski zeznał, że od lata 2005 r. rozmawiał wiele razy z Jarucką, gdy przynosiła kolejne zwolnienia lekarskie, deklarując "koniec współpracy z resortem". Dodał, że rozmawiał przy świadkach - od czasu, gdy miała powiedzieć: "Jak by wyglądało, gdybym wychodząc od pana rozerwała sobie biustonosz?".

Wyrok jest nieprawomocny. Jarucka powiedziała, że się odwoła. Dodała, że wypowiedziała już wcześniej pełnomocnictwo adwokatowi, a nigdy nie mówił on jej, by dokonała badań lekarskich. "Sędzia powiedział co trzeba i ja to zrobię" - oświadczyła, zapowiadając apelację. Dodała, że obecnie jest na urlopie macierzyńskim.

Trwa proces karny Jaruckej. Działała z chęci zemsty?

Od początku 2007 r. trwa proces karny Jaruckiej (zawieszony na czas jej urlopu), w którym odpowiada m.in. za posługiwanie się podrobionym dokumentem, w którym Cimoszewicz miał ją rzekomo upoważnić do zmiany swego oświadczenia majątkowego.

O 38-letniej dziś Jaruckiej zrobiło się głośno, gdy w sierpniu 2005 r. oświadczyła przed sejmową komisją śledczą ds. PKN Orlen, że Cimoszewicz jako szef MSZ miał ją w 2002 r. upoważnić do zmiany swego oświadczenia majątkowego za 2001 r. Na prośbę Cimoszewicza miała ona wtedy usunąć z jego pierwotnego oświadczenia informacje o posiadanych przezeń akcjach PKN Orlen.

Prokuratura uznała, że rzekome upoważnienie sfałszowano (sprawcy nie wykryto). Oskarżyła Jarucką o fałszywe zeznania przed komisją śledczą i o ukrywanie akt MSZ. Według prokuratury, motywem działania kobiety była chęć zemsty, bo wielokrotnie i bez skutku zwracała się do szefa MSZ, a później marszałka Sejmu, o załatwienie placówki dyplomatycznej we Włoszech.

Grozi jej do 5 lat więzienia. Nie przyznaje się do zarzutów. Mówi, że nie działała na niczyje zlecenie i że nie było jej celem "obciążanie kogokolwiek, ani branie udziału w kampanii prezydenckiej". Wywołała jednak zamieszanie na scenie politycznej w okresie wyborczym. We wrześniu 2005 r. Cimoszewicz zrezygnował z kandydowania na prezydenta RP. "Zmasowana akcja czarnej propagandy skierowana przeciwko mnie przyniosła zamierzony skutek" - oświadczył.

Ziobro: Pozwę Piotrowskiego, jeśli dalej będzie mnie pomawiał

ulast, PAP
2008-01-18, ostatnia aktualizacja 46 minut temu
Zobacz powiększenie
Ziobro w czasie debaty ws. powołania komisji śledczej do zbadania okoliczności tragicznej śmierci Barbary Blidy
Fot. Sławomir Kamiński / AG

B.minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro zapowiedział, że pozwie do sądu pełnomocnika rodziny Blidów mec. Leszka Piotrowskiego, jeśli ten dalej "będzie go pomawiał".

Piotrowski, który przybył do łódzkiej prokuratury na przesłuchanie Mariusza Kamińskiego, powiedział dziś, że Zbigniew Ziobro powinien usłyszeć zarzuty w sprawie śmierci Barbary Blidy.

- Dotychczas zebrany materiał uzasadnia postawienie zarzutów. Nie chcę mówić o konkretach, nie mam na myśli tylko zarzutów prawno- karnych, ale także inne, choćby polityczne - wyjaśnił Piotrowski.

- Jeżeli w tej sprawie ktoś otrzyma zarzut, to ten zarzut karny z artykułu 212 Kodeksu karnego usłyszy pan mecenas Piotrowski, za publiczne pomawianie mnie - powiedział Ziobro.

- Mecenas Piotrowski zapomina, że immunitet adwokacki nie chroni go w momencie, kiedy prowadzi swoją działalność medialną, a wręcz polityczną - uważa Ziobro.

Piotrowski powiedział także po przesłuchaniu, że Kamiński bardzo chętnie odpowiadał na pytania i ani razu nie zasłonił się tajemnicą. - Nie mogę mówić o szczegółach. Mogę tylko powiedzieć, że minister Kamiński potwierdził, że takie narady, o jakie w tej sprawie chodzi, u premiera się odbywały - mówił Piotrowski.

Zdaniem Ziobry Piotrowski w tej kwestii "nie po raz pierwszy" manipuluje informacjami z postępowania przygotowawczego. - Powinno to podlegać odrębnej ocenie prawnej - uważa Ziobro.

Ojciec Rydzyk zakłada partię

O. Tadeusz Rydzyk
TVN24

Ojciec Tadeusz Rydzyk uznał, że "PiS to żadna opozycja wobec PO" i sam zakłada partię. Decyzja zapadła w Łodzi, 13 stycznia - pisze Newsweek.
Właśnie wtedy europosłanka Urszula Krupa zorganizowała konferencję "Ochrona zdrowia i życia w Unii Europejskiej". Po oficjalnej części odbyła się tajna, trzygodzinna narada dla osób zainteresowanych założeniem Partii Narodowej, będącej alternatywą dla PiS - podaje newsweek.pl.

Jeden z anonimowych uczestników powiedział tygodnikowi, że "dostało się nawet Naszemu Dziennikowi", a Przemysław Gosiewski, Zbigniew Wasserman i Ludwik Dorn zostali określeni mianem "pseudokatolików". Jeden ze związanych z inicjatywą europosłów ujawnił newsweek.pl, że "najpierw zaczniemy działać jako komitet walczący o rozpisanie referendum na temat Traktatu Lizbońskiego. W ten sposób zaistniejemy w świadomości społecznej jako wyrazista patriotyczna prawica, która nie zgadza się na oddawanie UE naszej suwerenności. Zaraz potem przekształcimy się w partię.

Ugrupowanie ma nosić nazwę Partia Narodowa.

Polska wygrała ze Słowenią 33:27

Tomasz Osowski
W swoim drugim meczu na mistrzostwach Europy polscy piłkarze ręczni pokonali Słowenię 33:27, ale ich postawa może niepokoić. Koszmarne 20 minut drugiej połowy o mało nie doprowadziła do utraty 9 bramkowej przewagi z pierwszej części gry.


Wypowiedzi po meczu

Po porażce w pierwszym meczu z Chorwacją sytuacja Polaków zrobiła się nieciekawa. Druga porażka stawiałaby pod znakiem zapytania nie tylko szansę naszego zespołu na zdobycie medalu, ale nawet na wyjście z grupy. A dla drugiego zespołu na świecie odpadnięcie w pierwszej fazie mistrzostw Europy byłoby prawdziwą katastrofą.

Na szczęście w spotkaniu ze Słowenią przez 30 minut zobaczyliśmy zupełnie inny zespół niż dzień wcześniej. I jak się później okazało to wystarczyło do zwycięstwa. Polacy od początku przejęli pełną kontrolę nad wydarzeniami i dość szybko wybili z głowy rywalom nadzieję na dobry wynik. W porównaniu z meczem z Chorwacją niemal wszystko było inaczej, czyli lepiej. O wiele skuteczniej rzucał Karol Bielecki, Mariusz Jurasik nie był już osamotniony na prawym skrzydle, bo z drugiej strony świetnie spisywał się Tomasz Tłuczyński, a Bartosz Jurecki wreszcie mógł pokazać klasę jednego z najlepszych kołowych świata. Tylko Marcin Lijewski po niezłym początku znów szybko zgasł i po kilkunastu minutach usiadł na ławce.

Polacy zaczęli odjeżdżać rywalom po około 15 minutach kiedy po strzeleniu czterech bramek z rzędu wyszli na prowadzenie 11:5. Piorunująca w ich wykonaniu była końcówka pierwszej połowy kiedy po golach Bieleckiego, Jurasika, B. Jureckiego i Grzegorza Tkaczyka osiągnęli aż 9 bramek przewagi (23:14).

Po przerwie czar prysł. Zdekoncentrowani wysokim prowadzeniem Polacy zaczęli popełniać koszmarne błędy w ataku. Zdenerwowany Wenta szybko wziął czas, na którym padło dużo grubych słów, ale to nie pomogło. Słoweńcy poczuli szansę i zaczęli odrabiać straty. Aż strach pomyśleć jak mógłby skończyć się ten mecz, gdyby nie skuteczność Bieleckiego, który przez niemal kwadrans w pojedynkę odpierał nawałnicę rywali. Kiedy w 49 minucie Słoweńcy zbliżyli się na trzy bramki (27:24) zapachniało dramatyczną końcówką. Wtedy ciężar gry na swoje barki ciężar gry wziął kapitan Tkaczyk, który rzucając trzy kolejne bramki zapewnił Polakom bezpieczną przewagę na ostatnie minuty (31:25 w 53 minucie).

W drugim meczu naszej grupy Chorwacja pokonała Czechy 30:26 (13:13). W swoim ostatnim meczu pierwszej fazy Polacy zagrają w sobotę z Czechami (godz. 15.15, transmisja w Polsat Sport).



Fotografie

Fot. Kuba Atys / AG
Piłka ręczna>>ME piłkarzy ręcznych 2008>>Grupa A
DataDrużynyWynik
17.01.08 18:15Słowenia - Czechy34:32
17.01.08 20:15Chorwacja - Polska32:27
18.01.08 18:15Czechy - Chorwacja26:30
18.01.08 20:15Polska - Słowenia33:27
20.01.08 15:15Polska - Czechy
20.01.08 17:15Chorwacja - Słowenia
ME piłkarzy ręcznych - faza I
lp. Drużyna M Pkt bramki Z R P

Grupa A





1 Chorwacja 2 4 62-53 2 0 0
2 Polska 2 2 60-59 1 0 1
3 Słowenia 2 2 61-65 1 0 1
4 Czechy 2 0 58-64 0 0 2

Grupa B





1 Norwegia 2 4 59-47 2 0 0
2 Dania 2 2 58-51 1 0 1
3 Czarnogóra 2 1 49-57 0 1 1
4 Rosja 2 1 46-57 0 1 1

Grupa C





1 Niemcy 1 2 34-26 1 0 0
2 Węgry 1 2 35-28 1 0 0
3 Hiszpania 1 2 28-35 0 0 1
4 Białoruś 1 0 26-34 0 0 1

Grupa D





1 Szwecja 1 2 24-19 1 0 0
2 Francja 1 2 32-31 1 0 0
3 Słowacja 1 0 31-32 0 0 1
4 Islandia 1 0 19-24 0 0 1


Skład:

Szmal - Jaszka 2, K. Lijewski 1, Kuchczyński, Tkaczyk 6, Bielecki 9, Siódmiak, B. Jurecki 4, Jurasik 3, M. Jurecki 1, Tłuczyński 5, M. Lijewski 2

33 : 27

23
:
14


18 stycznia 2008 godz. 20:15
Stavanger
Sędzia: Breto/Huelin (Hiszpania)

Skład:

Skof, Lapajne - Kozlina 1, Kozomara 1, Dobelsek 3, Kavticnik 2, Mlakar 2, Natek 2, Pungartnik 2, Spiler 1, Praznik, Pajović 7, Zvizej 4, Zorman 1