piątek, 23 kwietnia 2010

Kiedy naprawdę rozbił się tupolew?

Wciąż nie ma nagrań z czarnych skrzynek

Nikt nie wie, kiedy rozbił się tupolewGalerię

Prokuratura do dzisiaj nie wie, o której godzinie tak naprawdę rozbił się pod Smoleńskiem Tu-154 M. Jak ustalił "Dziennik Gazeta Prawna", godzina 8.56 nie jest prawdziwa. O tej porze jedynie włączono syreny alarmowe. Katastrofa zatem musiała wydarzyć się wcześniej.

Godzinę 8.56 polskiego czasu, jako moment zderzenia samolotu z ziemią kwestionują członkowie polsko-rosyjskiej komisji, do których dotarliśmy. Ten fakt potwierdza także symulacja, którą dla „DGP” przeprowadziła firma FDS OPS. Według niej Tu-154M powinien lecieć z Warszawy do Smoleńska 62 minuty, a zatem wylądować około 8.25 polskiego czasu. Są też inne poszlaki wskazujące na wcześniejszą godzinę katastrofy, jak zerwana linia energetyczna, co odnotowała smoleńska elektrownia.

„DGP” ustalił, że ani wojskowi prokuratorzy, ani Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego (KBWL LP), ani specjaliści z Instytutu Technicznego Wojsk Lotniczych w Warszawie nie wiedzą, o której godzinie 10 kwietnia doszło do katastrofy samolotu m.in. z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie. Jak ustaliliśmy w źródłach zbliżonych do polsko-rosyjskiej komisji badającej przyczyny katastrofy, godzina 8.56 (10.56 czasu rosyjskiego) nie jest prawdziwa. – To moment, w którym zawyły syreny alarmowe na lotnisku Siewiernyj, ale moim zdaniem samolot rozbił się nawet dziesięć minut wcześniej – tłumaczy ekspert pracujący przy badaniu zapisu trzeciej czarnej skrzynki. I dodaje, że Rosjanie nie przekazali oficjalnej godziny katastrofy.

Odczyt danych ze skrzynki, nierejestrującej głosu, a jedynie podwyższone parametry techniczne lotu, odbywa się w Instytucie Technicznym Wojsk Lotniczych w Warszawie z udziałem strony rosyjskiej. Ich analiza pozwoli stwierdzić, w którym momencie doszło do niecodziennych zachowań w funkcjonowaniu podzespołów Tu-154M. Chodzi głównie o podejście do lądowania lub nagłe opuszczenie klap. To może dać odpowiedź na pytanie, kiedy dokładnie doszło do katastrofy.

Telefon o godz. 8.49

Informacje eksperta to niejedyny trop wskazujący na to, że Tu-154M rozbił się znacznie wcześniej, niż myśleliśmy. Innym dowodem jest relacja korespondenta Polsatu News Wiktora Batera, który pierwszy poinformował o katastrofie. – Dostałem telefon o wypadku o godzinie 8.49 – mówi „DGP” dziennikarz, który był wówczas w Katyniu. – 8.56? Ja wiem, że o tej godzinie wszyscy z samolotu już co najmniej od 10 minut nie żyli – mówi Bater. Jest jeszcze jedna poszlaka wskazująca na wcześniejszą godzinę tragedii. – Według informacji, jakie dotarły do komisji badającej przyczyny katastrofy, ok. godziny 8.39 samolot zerwał linię energetyczną przed lotniskiem. Najważniejsze jest teraz sprawdzenie, czy i o której godzinie to zdarzenie zostało zarejestrowane przez elektrownię – twierdzi nasz rozmówca. Zadzwoniliśmy do zakładu elektrycznego SmoleńskEnergo. – Nie możemy udzielić takiej informacji – usłyszeliśmy. Skontaktowaliśmy się z Międzypaństwową Komisją Lotniczą (ros. MAK). – Odpowiedź na to pytanie jest przedmiotem prac śledczych, które jeszcze trwają – oznajmił nam Oleg Jarmołow, zastępca przewodniczącego MAK. Informacje o zerwaniu linii energetycznej przez samolot znaleźliśmy na smoleńskim forum internetowym w wątku poświeconym katastrofie. Użytkownik „Aml” napisał: „Przy upadku samolot zaczepił i zerwał kable elektryczne. Moment uszkodzenia został dokładnie ujęty przez energetyków, z dokładnością co do sekundy. Od nich dostałem te informację: czas tego oberwania nastąpił w okolicach 10:40 (a dokładniej o 10:39:50)”.


Prokuratorzy nie rozmawiają

Czy istnieje inne wytłumaczenie różnic w godzinie katastrofy? – Według moich informacji prezydencki robił nad lotniskiem trzy okręgi. By sprawdzić czy są warunki do lądowania. To mogło trwać do 10 minut – mówi DGP Michał Makowiecki z firmy FDS OPS zajmującej się planowaniem lotów. Zaprzecza temu były szef 36 pułku – Wiem że Tu 154 nie „wisiał” nad lotniskiem, a od razu lądował – mówi DGP pułkownik Tomasz Pietrzak. Prokurator Generalny Andrzej Seremet odsyła do prokuratorów wojskowych.

Co na to Naczelna Prokuratura Wojskowa (NPW), której przedstawiciele wrócili wczoraj z Rosji? Nie chcieli z nami rozmawiać. – Jestem zmęczony – powiedział „DGP” płk Zbigniew Rzepa. Chwilę wcześniej Rzepa i Seremet wzięli udział w konferencji prasowej. Przyznali na niej, że nie wiadomo, czy Rosjanie przekażą nam stenogram, elektroniczną kopię lub oryginalne taśmy z nagrań z czarnej skrzynki.


Czy Tu-154 rozbił się 10 minut wcześniej niż sądzono?

jagor, ła, IAR
2010-04-23, ostatnia aktualizacja 19 minut temu

Wrak samolotu Tu-154, który rozbił się na wojskowym  lotnisku w Smoleńsku
Wrak samolotu Tu-154, który rozbił się na wojskowym lotnisku w Smoleńsku
Fot. Mikhail Metzel AP

Do tragedii pod Smoleńskiem mogło dojść o około 10 minut wcześniej, niż do tej pory podawano - twierdzi "Dziennik Gazeta Prawna" i dowodzi, że godzina 8.56, którą od 10 kwietnia uznano jako moment zderzenia samolotu z ziemią jest jedynie godziną włączenia syren alarmowych. Naczelna Prokuratura Wojskowa nie jest w stanie wykluczyć, że ta wersja może być prawdziwa.

"Dziennik Gazeta Prawna" powołuje się przy tym na członków polsko - rosyjskiej komisji. Ekspert, badający zapis z trzeciej czarnej skrzynki powiedział gazecie, że godzina 8.56 jest momentem zawycia syreny alarmowej na lotnisku Siewiernyj, ale samolot mógł się rozbić nawet 10 minut wcześniej.

Również symulacja, którą dla gazety przeprowadziła firma FDS OPS potwierdza, że do katastrofy doszło wcześniej. Zgodnie z tą symulacją Tu-154M powinien lecieć do Smoleńska 62 minuty, a zatem wylądować około 8.25 naszego czasu.

Są też inne poszlaki wskazujące na wcześniejszą godzinę katastrofy, jak zerwana linia energetyczna, co odnotowała smoleńska elektrownia. Komisja badająca przyczyny katastrofy dotarła do danych, według których do zerwania liny doszło o godzinie 8.39.

Rosyjski minister: Samolot Tu-154M zniknął z radarów o 10:50 czasu rosyjskiego

Tą wersję potwierdza także korespondent Polsatu News Wiktor Bater, który teraz twierdzi, że telefon o wypadku dostał o 8.49. O tym, że samolot rzeczywiście mógł spaść o kilka minut wcześniej niż do tej pory podawano świadczyć ma też raport rosyjskiego ministra do spraw nadzwyczajnych Siegieja Szojgu, który dostał premier Władimir Putin. "O godzinie 10:50 (czasu rosyjskiego) na lotnisku w Smoleńsku podczas podchodzenia do lądowania zniknął z radarów samolot Tu-154M wypełniając lot na trasie Warszawa - Smoleńsk" - cytuje raport Radio RMF FM.

"Samolot upadł na zalesionym terenie 300 metrów od pasa. Na pokładzie znajdowało się 97 ludzi, w tym 8 członków załogi. Wszyscy zginęli. Podczas uderzenia doszło do pożaru. Do jego ugaszenia o 10:51 na miejsce przybyły zastępy straży pożarnej z trzech jednostek w sile 40 ludzi i 11 sztuk sprzętu. O godzinie 11:01 pożar ugaszono"- raportował Szojgu

Prokuratura: Należy traktować te informacje jako wstępne

Tymczasem nawet Naczelna Prokuratura Wojskowa nie jest w stanie wykluczyć takiej wersji.

- Za wcześnie jednak na razie przywiązywać się do jakiś konkretnej godzin dopóki nie zostaną potwierdzone one badaniami przez specjalistów. Cały czas trwają prace komisji, które badają wszystkie urządzenia, rejestratory. Po dokonaniu tych analiz będzie można dokładnie ustalić parametry, czas lotu i godzinę katastrofy - mówi w rozmowie z TOK FM płk Zbigniew Rzepa, rzecznik prasowy Naczelnego Prokuratora Wojskowego i dodaje: - Dopóki nie będzie oficjalnego raportu w sprawie katastrofy wszystkie te informacje, które się pojawiają należy traktować jako wstępne .

Źródło: "Dz"

Mamy tonę skarbów

Krzysztof Kowalski 22-04-2010, ostatnia aktualizacja 23-04-2010 00:43

Do kraju dotarł skarb: 60 skrzyń zabytków wykopanych przez Polaków w Sudanie

autor: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa
Zabytki  przybyły do Polski drogą lotniczą. Obecnie  znajdują się w magazynie firmy spedycyjnej RATPOL w Warszawie. Zajmują  się nimi badacze z Centrum  Archeologii Śródziemnomorskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Mają sporo  pracy, na rozpakowanie  czeka 60 skrzyń.
autor: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa
Zabytki przybyły do Polski drogą lotniczą. Obecnie znajdują się w magazynie firmy spedycyjnej RATPOL w Warszawie. Zajmują się nimi badacze z Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Mają sporo pracy, na rozpakowanie czeka 60 skrzyń.
autor: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa

Takiego transportu nie było od pół wieku, gdy do Muzeum Narodowego nadeszły słynne freski z Faras w Sudanie sprowadzone przez prof. Kazimierza Michałowskiego.

Tego rodzaju przesyłek w ogóle już nie ma na świecie, ponieważ w kontaktach międzynarodowych nie praktykuje się już wywozu zabytków. Przeciwnie, wiele krajów – zwłaszcza Grecja, Egipt, Meksyk – czyni starania o zwrot wywiezionych w XIX wieku i jeszcze dawniej.

Egipt posunął się nawet do tego, że nie zezwala na wywóz ze swojego terytorium próbek do analizy wieku metodą węgla radioaktywnego C 14. Wszystkie próbki pochodzące z Egiptu są teraz analizowane w laboratorium w Kairze zakupionym w Stanach Zjednoczonych za pięć milionów dolarów.

O mały włos

Wbrew temu światowemu trendowi do naszego kraju trafiły zabytki wykopane przez polskich archeologów w ostatnich latach w Sudanie – w starożytności nazywano tę krainę Nubią. Była ona kulturowym, gospodarczym i demograficznym zapleczem państwa faraonów.

Tymczasem niewiele brakowało, by ten dar poszedł na marne. Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej Uniwersytetu Warszawskiego nie dysponowało wystarczającą sumą na niespodziewany wydatek. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego też nie było w stanie ponieść całych kosztów frachtu.

Informowaliśmy o tej sytuacji: "Polska otrzymała 60 skrzyń wspaniałych starożytnych zabytków znad Nilu. Wykopali je nasi archeolodzy w Sudanie. Ale brakuje pieniędzy na transport tych skarbów do naszego kraju" ("Tona skarbów do wzięcia", "Rz" 26. III).

Po tym artykule jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki problem zniknął. Z pomocą przyszedł PKN Orlen, główny sponsor Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej UW w tej akcji. Do naszej redakcji, a potem do Centrum zadzwonił także Wojciech Pluta -Plutecki, prezes zarządu Konimpex sp. z o.o. z Konina i zaoferował wsparcie finansowe. To samo uczynił Hubert Kiersnowski (osoba prywatna). Dzięki nim zabytki trafią do Muzeum Narodowego. Władze Sudanu zdecydowały się na ten krok ze względu na pomoc polskich uczonych. Sudan wybudował w rejonie IV katarakty na Nilu tamę. Powstało sztuczne jezioro długości 180 km. Pod wodą znalazły się tereny zupełnie dziewicze pod względem archeologicznym.

Pomogli

Piotr Nowak / Fotorzepa
Naszyjniki z kamiennych paciorków zdobiły mieszkańców Nubii 2 tys. lat temu

Gdyby nie międzynarodowa pomoc, świat nigdy nie dowiedziałby się o tym, co na zawsze zniknęło pod wodą. W ciągu minionej dekady polscy archeolodzy odnajdywali stanowiska archeologiczne i nanosili je na mapę. Fotografowali teren z powietrza; ponieważ lotniczy zwiad archeologiczny w Sudanie jest praktycznie niemożliwy, dr Bogdan Żurawski stosował latawiec z podwieszonym aparatem fotograficznym, w którym migawka uruchamiana jest zdalnie.

Okazałe stanowiska archeolodzy rozkopywali. Znalazły się wśród nich obiekty od epoki kamienia, sprzed 5 tys. lat, po średniowiecze. Wśród badanych obiektów znalazły się osady, cmentarzyska, świątynie.

O tych badaniach "Rz" informowała systematycznie od 2000 roku. W Banganarti, gdzie dr Żurawski odkrył średniowieczny warowny kościół (jego początki sięgają VII wieku), miejsce pielgrzymek z całej Nubii, Polacy zbudowali muzeum odwiedzane przez turystów z całego świata. Badania ratownicze w rejonie IV katarakty zmieniły obraz dziejów Nubii. W sierpniu w Londynie w British Museum 400 naukowców podsumuje te badania. Spośród pięciu wiodących referatów trzy wy

Czystek w Pałacu nie będzie

Piotr Gursztyn 22-04-2010, ostatnia aktualizacja 22-04-2010 21:00

Zgodnie pokierujemy Kancelarią do chwili wyboru nowego prezydenta – mówią Jacek Michałowski i Jacek Sasin

Szybkie  działanie marszałka Komorowskiego było niezręcznością – uważa Jacek  Sasin
autor: Darek Golik
źródło: Fotorzepa
Szybkie działanie marszałka Komorowskiego było niezręcznością – uważa Jacek Sasin
Nie miałem  poczucia, że ktoś jest źle do mnie nastawiony – wspomina Jacek  Michałowski
autor: Jakub Ostałowski
źródło: Fotorzepa
Nie miałem poczucia, że ktoś jest źle do mnie nastawiony – wspomina Jacek Michałowski

Czyja jest dziś Kancelaria Prezydenta? Czy śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, czy pełniącego jego obowiązki marszałka Bronisława Komorowskiego?

Jacek Michałowski, p.o. szefa Kancelarii Prezydenta: Powiedziałbym, że nie jest ani jednego, ani drugiego. Jest to kancelaria, która czeka na nowego prezydenta. Jeśli widać, że taka była wola śp. prezydenta Kaczyńskiego, to order będzie nadany

Jacek Sasin, zastępca szefa Kancelarii Prezydenta: Znajdujemy się w sytuacji, której nigdy jeszcze nie było, czyli śmierci prezydenta w czasie pełnienia funkcji. Również śmierci części wysokich urzędników tej kancelarii. Musimy zapewnić wypełnianie zadań w okresie przejściowym. Jesteśmy w mieszanym składzie. Są nowe osoby mianowane przez marszałka – szef BBN, pan minister Michałowski oraz ci, którzy nie zginęli ze starego grona z kierownictwa Kancelarii. Nawet gdybyśmy nie chcieli, to musimy w jakiś sposób przez dwa i pół miesiąca wspólnie pokierować Kancelarią.

J.M.: Musimy to zrobić po pierwsze ze względu na konstytucję, po drugie ze względu na pamięć o prezydencie Kaczyńskim i ze względu na nasz obowiązek wobec państwa.

Kto nią teraz rządzi? Bo wygląda, że decyzje personalne podejmuje nowy szef, a minister Sasin odpowiada wyłącznie za pogrzeby.

J.M.: Do tej pory podjąłem jedną prawdziwą decyzję personalną. Oprócz tego przyszło na te dwa i pół miesiąca ze mną dwóch asystentów. Jedyna decyzja personalna, którą podjęliśmy, to powierzenie szefostwa Biura Kadr i Odznaczeń Pawłowi Zołoteńkiemu, byłemu doradcy śp. ministra Władysława Stasiaka. Biuro Kadr i Odznaczeń bez dyrektora nie może funkcjonować.

J.S.: Potwierdzam, że była tylko jedna decyzja personalna i była uzgodniona między nami.

J.M.: Nie planuję żadnych innych decyzji kadrowych. To nie jest moja rola, to będzie rola nowego szefa kancelarii pod rządami nowego prezydenta.

Pracownicy się boją, że gdy skończy się żałoba, zaczną się czystki.

J.M.: Nie będzie żadnych czystek.

A co z doradcami prezydenta?

J.M.: Doradcy zakończyli swoją pracę zgodnie z umowami. W tej chwili już zacząłem rozmawiać z nimi. Pytam ich, na jakim etapie są sprawy, które prowadzili.

J.S.: Konstruując umowy z doradcami, nikomu nie przyszło do głowy, że misja prezydenta może się zakończyć w tak nagły i niespodziewany sposób. Było czymś naturalnym, że doradca jest zatrudniony na czas sprawowania funkcji przez osobę, której doradza. W normalnym wypadku umowy powinny wygasnąć wraz z zakończeniem misji – czy to w tym roku, czy za kolejne pięć lat. I tak doradcy planowali też swoją pracę. Mają pootwierane projekty.

Ich umowy nie kończą się w chwili zaprzysiężenia nowego prezydenta?

J.M.: Na początku pojawiła się taka interpretacja. Ale prawnicy obejrzeli umowy i stwierdzili, że sformułowanie „na czas sprawowania urzędu” jest rozstrzygające. Przedstawimy propozycje umów z osobami, które muszą zakończyć swoje projekty.

Był problem z niewręczonymi odznaczeniami.

J.M.: Marszałek wyraźnie mi powiedział, że wszystkie wnioski w sprawie orderów, które nawet niekoniecznie zostały podpisane, ale były określone jako „do realizacji”, będą zaakceptowane. Jeśli widać, że taka była wola śp. prezydenta Kaczyńskiego, to dany order będzie nadany. W pozostałych sytuacjach będzie to już decyzja marszałka.

Szczególnie ważna była kwestia odznaczeń dla działaczy rosyjskiego Memoriału.

J.M..: Z tego co wiem, one są rzeczywiście podpisane. Mam nadzieję, że będzie możliwość wręczenia ich 9 maja.

J.S.: Jeśli decyzja prezydenta została podjęta w formie pisemnej, to sprawa jest oczywista. Ale bardzo ważna jest deklaracja, którą złożył pan minister przed chwilą.

Były przedkładane prezydentowi listy osób do odznaczenia. Zostały przygotowane przez Biuro Kadr i Odznaczeń i przedłożone prezydentowi. I prezydent na takiej liście pisał „zgoda”. Czasami dopisywał i zmieniał własnoręcznie wysokość odznaczenia. Nie jest to jeszcze w rozumieniu prawa akt prawny, ale wola prezydenta była wyraźna.

Jak wyglądał pierwszy tragiczny dzień, kiedy pan tu przyszedł? Urzędnicy byli zaskoczeni. Proponowali, aby to minister Sasin pełnił funkcję szefa Kancelarii.

J.M.: Pamiętam, że rozmawiałem z marszałkiem przez telefon. Powiedział, żebym przyjechał. Zapytał, czy w razie czego podejmę się takiej funkcji. Potem przyjechałem powtórnie i przyszliśmy tutaj. Muszę powiedzieć, że mi się to zaciera. To były tak wielkie emocje. Pan pamięta, panie ministrze?

J.S.: Nie uczestniczyłem w spotkaniu z marszałkiem Komorowskim. W tym czasie byłem w Smoleńsku. Wróciłem dopiero wieczorem tej soboty.

Jak wyglądało pana pierwsze wejście do Kancelarii?

J.M..: Dla mnie było strasznie trudne. Zaprowadzono mnie do gabinetu ministra Stasiaka i dostałem informację, że tu jest nowy laptop i tu proszę usiąść. Zaprotestowałem, powiedziałem, że nie jestem w stanie siąść na tym miejscu. Poszedłem do pomieszczeń Biura Administracyjnego. Powiedziałem, że ja na razie tu siądę. I tu jestem.

A pierwsze zetknięcie z pracownikami? Zetknął się pan z nieufnością?

J.M.: Przez dziesięć lat byłem urzędnikiem państwowym. Jest tu wiele osób, z którymi znam się od dawna. Nie miałem poczucia, że ktoś jest źle do mnie nastawiony. To, co było dla mnie dojmujące, to moment, gdy zobaczyłem sekretariaty, tam płaczące panie, świeże kwiaty w miejscu, gdzie pracowali ci, co zginęli. To było naprawdę chwytające za gardło.

A teraz?

J.M.: Jest już lepiej. Pan minister Sasin wziął na siebie wszystko, co było związane z pogrzebem, ze sprawami osób, które zginęły. Pojechał do Rosji. Byłem i jestem pełen podziwu. Moja rola jest taka, jak ją określił marszałek – łącznika między nim a Kancelarią.

Kancelaria działa?

J.M.: Nie działa tak, jak działała wcześniej. Ale działa. Nie mamy żadnego opóźnienia, jeśli chodzi o sprawy konstytucyjne. Wszystkie dokumenty, które powinny być podpisane, są podpisywane. Mam wrażenie, że z panem ministrem Sasinem dobrze się nam współpracuje.

J.S.: Byłbym nieuczciwy, gdybym w tej chwili coś złego powiedział tutaj o panu ministrze. Mówię to też kolegom i ministrom, którzy pytają o to, co się dzieje w Kancelarii.

Natomiast było niezręcznością szybkie działanie marszałka w pierwszy dzień. Także powołanie w niedzielę (nowego p.o. szefa Kancelarii – red.). Niezwykle nadzwyczajne. Dało asumpt do myślenia, że są to działania nastawione na szybkie przejęcie władzy w Kancelarii.

Poza tym wiele osób podnosiło, że działo się to w momencie, kiedy jeszcze nie było zidentyfikowane ciało pana ministra Stasiaka. To było niezręczne.

Ale odrywając się od tego, muszę stwierdzić, że jesteśmy obaj w stanie zgodnie doprowadzić Kancelarię do tego momentu, kiedy pojawi się nowy prezydent.

J.M.: Do mnie też dotarły opinie dotyczące decyzje z pierwszego dnia. Ale konstytucja mówi jasno, że marszałek musi podjąć określone działania. Zrobił to, co uważał za najbardziej właściwe. Szef Kancelarii zginął, a jego zastępcy nie było w kraju. Wziął człowieka, do którego ma zaufanie i zna jego wieloletnie doświadczenie w administracji. Z naturalnych powodów łatwiej jest mi kontaktować się z marszałki

10 hipotez smoleńskiej katastrofy

Piotr Zychowicz 21-04-2010, ostatnia aktualizacja 21-04-2010 20:38

Kto winien: rosyjscy kontrolerzy, polscy piloci, mgła czy maszyna? Mnożą się też teorie spiskowe

Nad wyjaśnie  niem katastrofy Tu-154 M pod Smoleńskiem pracuje polsko rosyjska grupa,  w której skład wchodzi blisko 60 prokurato- rów.  Na zdjęciu   specjaliści  badający wrak samolotu
autor: Kuba Kamiński
źródło: Fotorzepa
Nad wyjaśnie niem katastrofy Tu-154 M pod Smoleńskiem pracuje polsko rosyjska grupa, w której skład wchodzi blisko 60 prokurato- rów. Na zdjęciu specjaliści badający wrak samolotu

10 kwietnia o 8.56 w katastrofie prezydenckiego samolotu Tu-154M zginął prezydent Lech Kaczyński z małżonką i 94 inne osoby obecne na pokładzie. Do tragedii doszło podczas próby lądowania na lotnisku pod Smoleńskiem. Oto dziesięć teorii na temat przyczyn katastrofy.

1. Niedoświadczony pilot. 36-letni kapitan Arkadiusz Protasiuk miał według Rosjan przeszarżować: nie znał lotniska i maszyny, którą leciał. „Załoga najwyraźniej nie uwzględniła specyfiki rosyjskiego samolotu” – pisał portal Newsru.com, powołując się na rosyjskich ekspertów. Tu-154 traci wysokość szybciej niż inne samoloty. Protasiuk miał więc popełnić szkolny błąd i za nisko sprowadzić maszynę.

Ale polski pilot na tupolewie przelatał imponującą liczbę 2937 godzin. Maszynę znał doskonale. – Znał również lotnisko. Trzy dni wcześniej lądował na nim, jako drugi pilot samolotu premiera Donalda Tuska – powiedział „Rz” pułkownik Grzegorz Kułakowski, kolega Protasiuka z 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego.

2. Kłopoty z rosyjskim. Jak twierdzi rosyjski kontroler lotu ze Smoleńska Paweł Plusnin, polscy piloci nie informowali go o swojej wysokości, bo „słabo znali rosyjski”. Te słowa wzburzyły kolegów zabitych pilotów. – Protasiuk mówił po rosyjsku znakomicie – powiedział Kułakowski. Trzy dni wcześniej podczas lądowania w Smoleńsku Protasiuk nie miał najmniejszych problemów w komunikacji radiowej z rosyjskimi pracownikami lotniska.

3. Naciski na pilotów. Zwolennicy tej tezy przypominają, że w sierpniu 2008 r., podczas rosyjskiej inwazji na Gruzję, prezydent próbował nakłonić pilota do lądowania w Tbilisi. Ten jednak sprowadził maszynę na bezpieczniejsze lotnisko w Ganji w Azerbejdżanie. Czy tym razem pilot się ugiął, bo ktoś – prezydent lub dowódca Sił Powietrznych gen. Andrzej Błasik – kazał mu lądować w skrajnie trudnych warunkach?

Koledzy Protasiuka uważają, że to niemożliwe. – Załogi, które latają w pułku zapewniającym transport najważniejszym osobom w państwie, są tak wyszkolone, że nie ulegają presji – powiedział kapitan Grzegorz Pietruczuk, ten sam, który odmówił prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu lądowania w Tbilisi.

Wojskowi podkreślają, że żelazna zasada mówi, iż najważniejszą osobą na pokładzie jest pilot. Nikt, nawet prezydent, nie ma prawa narzucać mu swojej woli. Po incydencie na Kaukazie piloci mieli jeszcze umocnić się w tym postanowieniu.

Z przecieków po wstępnej analizie czarnej skrzynki wynika, że żaden z pasażerów nie ingerował w pracę pilotów.

4. Mgła. W chwili wypadku była bardzo gęsta i pilot mógł nie zauważyć drzew.

– Na nowoczesnych lotniskach mgła nie jest groźna, ale w Smoleńsku, gdzie jest lotnisko przestarzałe, mogła sprawić problemy – mówi „Rz” ekspert Grzegorz Hołdanowicz. Według niego mgła jest niebezpieczna, bo jest nieprzewidywalna. W jednym miejscu mogą być prześwity, gdzie indziej niespodziewanie gęstnieje. – Piloci nie zdawali sobie sprawy, że lecą nad jarem głębokim na 60 metrów. Tyle im zabrakło do bezpiecznego lądowania. Gdyby nie jar, wylądowaliby bezpiecznie – podkreślił Hołdanowicz.

Do bezpiecznego lądowania potrzeba widoczności na 1 km. Tego dnia nad Smoleńskiem wynosiła chwilami zaledwie 100 metrów.

5. Awaria samolotu. Kolejna hipoteza sugeruje możliwość usterki lub poważniejszej awarii w prezydenckim tupolewie. Park maszynowy 36. Pułku jest mocno wysłużony. – Liczba usterek, jakie miały te samoloty, jest przerażająca – mówił „Rz” po katastrofie były premier Józef Oleksy. – Sam byłem kiedyś poirytowany, iż z powodu awarii nie mogłem dolecieć na szczyt europejski – dodaje. Rosjanie zapewniają, że samolot był sprawny. Zimą przeszedł kompleksowy remont w rosyjskich zakładach lotniczych Awiakor w Samarze. Mógł po nim spędzić w powietrzu jeszcze 7,5 tys. godzin. Wylatał tylko 140. W sumie 20-letni samolot przeleciał 5000 godzin i lądował

1823 razy, co zdaniem dyrektora zakładów Awiakor Aleksieja Gusiewa jak na tę maszynę nie jest dużą liczbą. – Po remoncie samolot latał normalnie, żadnych pretensji nie zgłaszano – mówił Gusiew.

– Wstępne dane wskazują, że katastrofa nie była związana z problemami technicznymi na pokładzie samolotu – wtórował mu szef komisji śledczej Prokuratury Generalnej Rosji Aleksander Bastrykin. Wiadomo, że do momentu uderzenia w drzewa, tupolew był w pełni sterowny.

6. Bałagan na lotnisku. O potwornym bałaganie, który podobno jest normą na rosyjskich lotniskach, mówił „Rz” rosyjski dysydent Władimir Bukowski.

– Chaos, niekompetencja, nieporządek, zły stan techniczny sprzętu – wyliczał. – Wieża mogła podać złe współrzędne, źle pokierować pilotów.

Białoruski dziennikarz, przebywający na smoleńskim lotnisku, krótko po katastrofie zrobił fotografię rosyjskich żołnierzy wkręcających żarówki w światłach naprowadzających. Czy w momencie, gdy samolot podchodził do lądowania, lampy nie działały? Polska prokuratura już oficjalnie zadała to pytanie stronie rosyjskiej.

Do dziś nie wiadomo też, co podczas feralnego lądowania robiła obsługa lotniska i kto wchodził w skład naziemnej grupy przyjmującej Tu-154. Czy byli to pracownicy ze Smoleńska, czy też może ludzie oddelegowani tam specjalnie na ten dzień z innego miejsca i kiepsko znający to lotnisko. Nie podano też, kto osobiście odpowiada za lądowanie samolotu.

7. Presja na obsługę lotniska. Jak ujawniła „Rz”, to nie polscy piloci, lecz rosyjscy kontrolerzy lotów mogli działać pod naciskiem. Rankiem 10 kwietnia odbyli kilka rozmów z przełożonymi w Moskwie.

– W jednej z rozmów ostrzegali, że warunki są fatalne i że zastanawiają się nad zamknięciem lotniska i wprowadzeniem zakazu lądowania – mówi informator „Rz”. – Mieli jednak wątpliwość, czy ta decyzja nie zostanie przez polską stronę zinterpretowana jako celowa przeszkoda. Nasze źródła twierdzą, że wątpliwości dotyczące tego, czy zamknąć lotnisko, mieli też przełożeni kontrolerów – dodał.

Podobne wątpliwości miała Moskwa. Kazała nie zamykać lotniska, ale rekomendować Polakom, żeby lądowali gdzie indziej. Tak też według Rosjan miało się stać. Kontrolerzy zasugerowali pilotom, aby polecieli do Moskwy lub Mińska.

– Problem w tym, że nie ma czegoś takiego jak rekomendacja. Jest zezwolenie albo odmowa. Kontrolerzy na lotnisku mogli naruszyć procedury – tłumaczył rosyjski rozmówca „Rz”. Podobnego zdania są polscy eksperci. – Wieża może uznać, że warunki pogodowe są zbyt trudne i zamknąć lotnisko. Wtedy pilot musi lecieć gdzieś indziej. Jeżeli wieża tego nie robi, pilot uznaje, że nie jest tak źle i ma wszelkie prawo, by podjąć próbę lądowania. Jeżeli rzeczywiście wieża tego nie zabroniła, to oznacza, że Rosjanie popełnili fatalny błąd – powiedział „Rz” chcący zachować anonimowość polski pilot.

8. Brak systemu naprowadzania. Według rosyjskich mediów 7 kwietnia, gdy pod Smoleńskiem lądowały samoloty z premierami Władimirem Putinem i Donaldem Tuskiem, na lotnisko sprowadzono nowocześniejszy system nawigacyjny.

System ten przed wizytą prezydenta Kaczyńskiego miał zostać usunięty. Informacja ta nie została potwierdzona. Pewne jest, że na lotnisku nie było systemu automatycznego naprowadzania lądujących samolotów ILS (Instrument Landing System). – Wszystkie urządzenia nawigacyjne na lotniskach muszą być regularnie sprawdzane i posiadać aktualne świadectwa. Sprawdza się je w czasie lotów laboratoryjnych, przy użyciu specjalnego samolotu. Jeżeli wszystko działa, to system nawigacyjny otrzymuje świadectwo – tłumaczy „Rz” jeden z ekspertów. Danych na temat lotniska pod Smoleńskiem brak.

9. Zamach terrorystyczny. Prokurator generalny Andrzej Seremet powiedział, że śledczy badali także hipotezę zamachu. Wstępne śledztwo wykazało, że na pokładzie nie doszło do eksplozji ładunku wybuchowego.

Mimo to pojawia się wiele teorii spiskowych. – Okoliczności wskazują na poważną awarię lub celowe zablokowanie układu sterowania. Taką blokadę można celowo zamontować tak, aby uruchomiła się przy wypuszczeniu podwozia lub klap bezpośrednio na prostej przed lądowaniem. Przy blokadzie klap lub lotek na prostej katastrofa była nieunikniona – powiedział w wywiadzie udzielonym „Naszemu Dziennikowi” Ryszard Drozdowicz z Laboratorium Aerodynamicznego Politechniki Szczecińskiej (ZUT).

Inni eksperci wykluczają jednak taką możliwość: samolot był dokładnie sprawdzony przez polskie służby.

10. Atak elektroniczny. Na pokładzie tupolewa znajdowało się supernowoczesne satelitarne urządzenie TAWS (Terrain Awareness and Warning System), które z dokładnością do jednego metra informuje pilotów o ukształtowaniu terenu w okolicach lotniska. Ukazuje im trójwymiarowy model terenu nawet w najtrudniejszych warunkach pogodowych. Ponieważ do tej pory nie zdarzyła się jeszcze katastrofa samolotu wyposażonego w ten system, pojawiły się spekulacje, czy przypadkiem rzekomi terroryści świadomie nie zakłócił pracy urządzeń pokładowych.

– System TAWS zawieść nie może. Chyba że ktoś zaatakuje go techniką o nazwie „meaconing”. Fałszywy sygnał jest nagrywany i kilka milisekund później i z większą mocą niż sygnał satelity puszczany w eter na tej samej częstotliwości, na której nadaje satelita – mówi „Rz” współtwórca systemu trójwymiarowej nawigacji, wykładowca na Politechnice Hamburskiej Marek Strassenburg-Kleciak.

Wiadomo, że wcześniej problemy z wylądowaniem w Smoleńsku miał rosyjski samolot Ił-76. Zwolennicy teorii o ataku elektronicznym wskazują, że już wtedy sabotażyści mogli uruchomić swoje urządzenie.

Eksperci lotnictwa przestrzegają jednak przed wyciąganiem takich wniosków. Według Tomasza Hypkiego, Smoleńska nie ma na liście 11 tys. lotnisk, których dane są opracowane przez twórców systemów takich jak

Jak-40 ostrzegał przed mgłą

Edyta Żemła 23-04-2010, ostatnia aktualizacja 23-04-2010 07:04

Piloci, którzy wylądowali już w Smoleńsku, mówili załodze Tu-154 o coraz gorszej pogodzie

Rządowy  Jak-40
autor: Radek Pasterski
źródło: Fotorzepa
Rządowy Jak-40

Polska delegacja na obchody w Katyniu 10 kwietnia była tak liczna, że zdecydowano, iż polecą tam dwa samoloty 36. Pułku Lotnictwa Transportowego obsługującego VIP-ów. Czytaj więcej o śledztwie w sprawie katastrofy prezydenckiego samolotu

Z wojskowego lotniska w Warszawie pierwszy – ok. godz. 5.30 – wyleciał jak-40 z dziennikarzami. Prawie półtorej godziny później – Tu-154 z prezydentem Lechem Kaczyńskim, jego żoną Marią oraz 94 innymi osobami: parlamentarzystami, przedstawicielami Kościołów, dowódcami Sił Zbrojnych, gośćmi, ochroną i załogą.

Maszyna z dziennikarzami wylądowała w Smoleńsku ok. 7.20. Jak mówią informatorzy „Rz”, oba polskie samoloty miały ze sobą kontakt radiowy.

– Rządowe maszyny mają kilka różnych radiostacji, które umożliwiają zarówno łączność z krajem, jak i innymi statkami powietrznymi. Wystarczy ustawić odpowiednią częstotliwość – wyjaśnia Andrzej Kiński, redaktor naczelny „Nowej Techniki Wojskowej”. – Nie dziwi mnie więc, że załogi dwóch samolotów z tego samego pułku, lecąc w to samo miejsce, wymieniały się informacjami.

Jak ustaliła „Rz”, załogi rozmawiały, gdy prezydencki tupolew był w powietrzu, a jak-40 już wylądował na pasie lotniska i następnie z niego odkołował.

Rozmówcy „Rz” twierdzą, że kontakt urwał się 10 minut przed katastrofą Tu-154, która wydarzyła się o godz. 8.56. O czym rozmawiały załogi obu maszyn? Piloci jaka przekazywali kolegom informacje o pogodzie w Smoleńsku. Mówili, że z minuty na minutę się pogarsza – twierdzą nasi informatorzy. Dodają, że załoga samolotu, który już wylądował, ostrzegała kolegów szczególnie przed gęstniejącą mgłą.

– Taka korespondencja jest swoistą procedurą, którą stosują piloci ze specpułku. Jeśli mają możliwość, przekazują kolejnym załogom przydatne dane – opowiada jeden z pilotów.

Informacje o mgle, która gęstniała nad Smoleńskiem między godziną 9 i 10, potwierdzają świadkowie, w tym dziennikarz „Rz” Piotr Zychowicz. – Do Katynia przyjechaliśmy wcześniej pociągiem – opowiada Zychowicz. – Gdy 10 kwietnia rano dowiedzieliśmy się o katastrofie, natychmiast tam pojechaliśmy. Pół godziny po wypadku mgła była rzeczywiście bardzo gęsta.

Gdy piloci jaka ostrzegali załogę Tu-154 o mgle, ci usłyszeli podobne informacje z wieży kontrolnej lotniska w Smoleńsku. Jego obsługa zasugerowała, by wylądowali na innym lotnisku: w Mińsku, Witebsku, ewentualnie w Moskwie.

– Pilot nie musiał zastosować się do tych ostrzeżeń, ale gdybym od kolegi, który lądował wcześniej na lotnisku, usłyszał takie ostrzeżenie, byłbym na pewno bardziej ostrożny – ocenia jeden z pilotów, z którymi rozmawiała „Rz”. Dodaje, że piloci 36. Pułku Lotnictwa Transportowego znają możliwości obu maszyn, zarówno jaka-40, jak i Tu-154.

– Dlatego załoga tupolewa nie powinna lekceważyć informacji od kolegów – ocenia pilot.

Piloci jaka, chociaż nie widzieli bezpośrednio samego momentu katastrofy, to słyszeli, jak maszyna z prezydentem na pokładzie runęła na ziemię.

– Jako jedni z pierwszych byli na miejscu, zaraz po katastrofie – mówi jeden z pilotów. I dodaje, że szybko zorientowali się, co się stało, i że nie można już nic zrobić. – Nie byli w stanie tam zostać i patrzeć – podkreśla. Oficjalnie 36. specpułk nie udziela na temat katastrofy żadnych informacji.

Dlatego piloci jaka są dla prowadzących śledztwo w sprawie katastrofy jednymi z ważniejszych świadków. Śledczy od razu po wypadku zabezpieczyli zapisy rozmów zarejestrowane przez urządzenia w jaku.

pb