poniedziałek, 29 października 2007

W TVP śledztwo, kto się zgodził na emisję akcji "Zmień kraj. Idź na wybory"

Agnieszka Kublik
2007-10-29, ostatnia aktualizacja 2007-10-29 10:05

Prezes TVP na dzień przed wyborami zdjął z anteny spoty zachęcające do udziału w wyborach. Uznał, że zaszkodzą partii rządzącej, czyli PiS.

Zobacz powiekszenie
Zobacz powiekszenie
Kadr ze spotu Tomasza Sikory
Andrzej Urbański nie oszczędził żadnego spotu. Nawet tego,w którym dziewczynka nie może wybrać: wuzetka czy babeczka z owocami
SERWISY


Rzecznik TVP Aneta Wrona: - Kiedy w przedwyborczą sobotę prezes Andrzej Urbański zobaczył w TVP tę kampanię, zdecydował o jej zdjęciu. Miał wątpliwości co do treści i tego, czy nie zawiera podtekstów politycznych, nie skłania do opowiedzenia się za czy przeciw jakiejś partii.

"Gazeta": - Jakich podtekstów politycznych?

Wrona: - Nie wiem.

Chodzi społeczną kampanię profrekwencyjną pod hasłem "Zmień kraj. Idź na wybory", którą przygotowały m.in. Instytut Spraw Publicznych, Forum Obywatelskiego Rozwoju, Fundacja im. Batorego i kilkadziesiąt organizacji pozarządowych. Akcję wsparły media, m.in. "Dziennik", "Fakt", "Gazeta Wyborcza", radio ZET, RMF FM, Polsat i TVN.

Celem kampanii było nakłonienie Polaków, by na wybory szli tłumnie jak inni Europejczycy. W wyborach do Bundestagu głosowało 78 proc. Niemców, wyborach prezydenckich we Francji - 86!. Tymczasem u nas od 1989 r. frekwencja maleje. Dwa lata temu osiągnęła niechlubny rekord - 40,5 proc. W tym roku, m.in. dzięki kampanii społecznej, frekwencja przekroczyła "aż" 53 proc.

Akcja była jak wymarzona dla telewizji publicznej, bo misją mediów publicznych jest zachęcanie Polaków do udziału w życiu publicznym. Przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej na pytanie Fundacji Batorego odpowiedział pisemnie, że nie jest to kampania partyjna i może być emitowana nawet podczas ciszy wyborczej.

TVP nadawała tę kampanię najkrócej - raptem trzy dni. Podczas gdy stacje komercyjne - dziesięć dni, także podczas ciszy wyborczej.

Premier Kaczyński wprost powiązał porażkę PiS z tą akcją społeczną: „Gdyby było to: » Idź na wybory «, to OK, ale » zmień Polskę «to jednak była sugestia » zmień rząd «. Przegraliśmy przez wielką kampanię zorganizowaną przeciwko nam. Najbardziej spektakularnym elementem była akcja telewizyjna » idź na wybory, zmień Polskę «, która trwała w TVP nawet podczas ciszy wyborczej”.

Sekretarz generalny PiS Joachim Brudziński powtarza za premierem: - Ta akcja była tak pomyślana, by nawoływać do głosowania przeciwko nam. To m.in. dlatego przegraliśmy wybory.

Czy prezes Urbański, zdejmując spoty z anteny, znał pismo PKW, że akcja nie zakłóca ciszy wyborczej?

Rzecznik TVP Aneta Wrona: - Prezes nie wiedział o piśmie.

"Gazeta": - Nie sprawdził, czy kampania może być emitowana w trakcie ciszy?

Wrona: - Prezes nie musi wiedzieć wszystkiego, by podejmować decyzje.

W TVP jest śledztwo - kto zgodził się na emisję tej akcji. Prowadzi je od ponad tygodnia Jan Polkowski, dyrektor biura zarządu w TVP, bliski współpracownik Urbańskiego. Specjalna komisja kompletuje dokumenty, wzywa pracowników na przesłuchania.

Premier zapowiadał nawet, że sprawą może zająć się prokuratura.

Aleksander Smolar, prezes Fundacji Batorego: - Przecież to PiS zmieniał Polskę od dwóch lat i chciał zmieniać nadal, a teraz sami siebie uznają za konserwatystów, którzy chcieli utrzymać status quo, a opozycję za tych, co chcieli zmieniać porządek.

Kot Przybora z agencji reklamowej PZL, która wymyśliła hasło "Zmień kraj. Idź na wybory", tłumaczy "Gazecie" jego sens: - Było skierowane do młodych, którzy zmieniali kraj dosłownie, czyli wsiadali w samolot i lecieli do Anglii albo Irlandii. Chcieliśmy, by nigdzie nie lecieli, tylko tu zmieniali kraj, idąc na wybory. Nie zachęcaliśmy do zmiany polityków, rządu czy premiera.

Kiedy w sobotę późnym popołudniem prezes Urbański zdejmował z "Jedynki", "Dwójki" i TVP Info wszystkie reklamy zachęcające do głosowania, jego ofiarą padł z rozpędu nawet spot, w którym dziewczynka, przytykając buzię do szyby cukierni, nie może wybrać: wuzetka czy babeczka z owocami.

Hasło brzmiało: "Nie pękaj. Dokonaj wyboru". Jaki tu jest podtekst polityczny?

List prezesa Andrzeja Urbańskiego do pracowników TVP:

Prezes TVP Andrzej Urbański podziękował ludziom TVP za obiektywizm i bezstronność podczas kampanii wyborczej:

"Zakończyliśmy obsługę kolejnych wyborów parlamentarnych. Serdecznie dziękuję Wam za wysiłek, zaangażowanie i umiejętności (...). W warunkach otwarcie stronniczego zaangażowania wielu mediów komercyjnych w kampanię wyborczą, zachowanie obiektywizmu i bezstronności przez TVP było zadaniem wyjątkowo trudnym. Z pewnością nie ułatwiały go wewnętrzne i zewnętrzne uwarunkowania polityczne ani ci krytycy, którzy w złej wierze opierali swoje oskarżenia o przeinaczenia, a często kłamstwa. Wykonanie tego zadania wymagało od Was nie tylko profesjonalizmu, odporności i wytężonej pracy, ale też codziennych wyborów takich zachowań i działań, które najlepiej wypełniałyby misję telewizji publicznej.

Do efektu tych wysiłków odnoszę się z szacunkiem i wdzięcznością. Jestem przekonany, że w zakończonych wyborach parlamentarnych TVP spełniła swoje zadania najlepiej jak mogła, udostępniając anteny dla kampanii wyborczej i przekazując informacje w sposób ściśle określony przez obowiązujące prawo.

Pozostaję z wdzięcznością i poważaniem,

Andrzej Urbański

Prezes Zarządu TVP S.A.

Szloch w Radiu Maryja

Jacek Hołub, Toruń
2007-10-29, ostatnia aktualizacja 2007-10-29 07:46

- Czy Polska przetrwa? - pyta o. Rydzyk. - PO ma na długo zapewnioną władzę. Bo do wzięcia jest 60 mld euro. Starczy dla wszystkich, uczciwych i nie - dodaje Krzysztof Wyszkowski

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Kardas / AG
o. Tadeusz Rydzyk
SERWISY
Szok w Radiu Maryja. Słuchaczki płaczą. Powyborcza noc. Karolina z Wrocławia (z ciężkim westchnieniem): - Boże kochany, tak żeśmy się wszyscy modlili, rozmawiali między rodzinami. I jak to się stało, nie mam pojęcia. Przecież wszyscy skreślaliśmy posłów i senatorów z listy PiS?

Ksiądz Jan z diecezji sandomierskiej: - Nie mogę spać po wyborach, trudno to wszystko przełknąć. Kolejny raz człowiek się zawiódł na narodzie.

Poniedziałek po godz. 13, magazyn "Aktualności dnia". Porażkę PiS komentuje Krzysztof Wyszkowski (działacz demokratycznej opozycji, zasłynął oskarżając Lecha Wałęsę o współpracę z bezpieką).

- Przegrana na własne życzenie - mówi. - Partia, która nie ma żadnego programu, kandydata na premiera, wygrała z partią, która miała władzę, wszystkie narzędzia do wygrania wyborów i poległa. Myślę, że to, niestety, nieszczęście nieodwracalne, tzn. jeśli w tej chwili PO nie popełni jakichś strasznych błędów, to ma na długo zapewnioną władzę, ponieważ gospodarka jest w doskonałym stanie, do wzięcia jest około 60 mld euro. Starczy dla wszystkich: dla uczciwych i dla złodziei, dla mądrych i dla głupich. Wydaje mi się, że to jest przegrana PiS na długo i w tym sensie wielka odpowiedzialność obu braci Kaczyńskich za to, że oddali Polskę w ręce ludzi zupełnie nieodpowiedzialnych.

O. Rydzyk - nie trzeba płakać

Noc z poniedziałku na wtorek. Po raz pierwszy odzywa się o. Rydzyk: - A co do wczorajszego dnia, to nie trzeba płakać, trzeba zastanowić się, dlaczego tak się stało. Ja mam swoje spojrzenie. Trzeba pracować. Tyle milionów ludzi bardzo dobrze rozumie, myśli, trzeba jeszcze, żeby inni myśleli, żebyśmy nie zmarnowali tego dziedzictwa, któremu na imię Polska.

Wtorek. Przedpołudniowa audycja "W Rodzinie Radia Maryja". Słuchaczka z Gdańska dziękuje za poparcie PiS i tłumaczy sukces Platformy w Trójmieście. - Niestety wielu wyborców oddało taki głos, jaką mają świadomość. A prasa niemiecka u nas jest rozdawana za darmo - wyjaśnia.

"Aktualności dnia". Profesor Jerzy Robert Nowak, historyk i główny ideolog toruńskiej rozgłośni, mówi, że PiS nie powinno doprowadzić do przedterminowych wyborów, tylko nadal trwać w koalicji z Samoobroną i LPR i przeprowadzić lustrację, dezubekizację i pogonić aferzystów. Oburza się ciszą wyborczą przedłużoną przez Państwową Komisję Wyborczą. - Czy wtedy nie doszło do przekrętów? Rozmawiałem z wieloma osobami, ludzie są niepewni.

Noc z wtorku na środę. - Przepraszam, że mam taki głos, ale trochę z zaziębienia, trochę z beczenia - usprawiedliwia się Maria z Warszawy. - Wczoraj tak się popłakałam... Nie tylko młodzi taką nienawiść objawiali. Rozmawiałam ze starszymi paniami. Ludzie są tacy skołowani. Bo są wierzący, chodzą do kościoła. Zastanawiam się, co ich może łączyć z tą Platformą?

Noc z czwartku na piątek. Barbara "z Bydgoskiego" powołuje się na wyniki przedwyborczych sondaży wskazujących na zwycięstwo PiS: - Jestem pewna, że w tych wyborach nastąpiło wyraźne oszustwo. Nigdy się z tym nie zgodzę.

- Na podstawie sondaży nie budujmy własnych myśli o tym, co się wydarzyło - odpowiada prowadzący program redemptorysta. - W sondażach przed wyborami prezydenckimi nikt nie dawał szansy prof. Kaczyńskiemu. Wygrała Platforma Obywatelska w demokratycznych wyborach i te wybory, czy nam się podobają, czy nie, są obowiązujące. Przed nami ewentualnie ogromne wyzwanie pozyskiwania świadomości ludzi.

Winni zdegenerowani dziennikarze

Noc z piątku na sobotę, słuchaczka z Katowic: - Większość zdegenerowanych dziennikarzy, działających na wyraźne zlecenie rodzimych i międzynarodowych liberalnych centrów, jest bezpośrednio odpowiedzialna za wynik wyborów.

- Zadecydowała frekwencja, zwłaszcza młodych ludzi, którzy zbyt łatwo ulegli propagandzie TVN 24 i innych takich mediów, które potrafiły zrobić wyciskacz łez z wyznań pani Sawickiej złapanej na wręczaniu łapówki - tłumaczy prof. Nowak w sobotniej audycji "Minął miesiąc".

O. Rydzyk, niedziela po godz. 2 nad ranem: - PiS rozjechali przez media specjaliści. Teraz niekoniecznie trzeba mieć karabiny maszynowe, żeby kogoś zabić. My tego doświadczamy na co dzień, tych wszystkich oszczerstw, pomówień. To jest walka cywilizacji i to jest w całym świecie. Czy Polska tę próbę przetrwa? To zależy od naszej mocy. Polska jest szczególną areną walki. Szatan się uwziął na Polskę, bo to jest najsilniejszy kraj katolicki w świecie.

Prymas: Nie życzę PO takiej opozycji, jaką ona sama była

cheko, PAP
2007-10-29, ostatnia aktualizacja 2007-10-29 10:03

Zobacz powiększenie
Prymas Józef Glemp
Fot. Waldemar Kompała / AG

- Dążenie PiS do moralnego oczyszczenia Polski było słuszne i mam nadzieję, że PO je podejmie - mówi w rozmowie z "Dziennikiem" prymas Józef Glemp.

SERWISY
- Dziwię się, że teraz wszyscy tak się odcinają od idei IV Rzeczpospolitej. Nie chodzi o numerację, ale odnowa życia społecznego musi być kontynuowana. Rzeczywiście, PiS nie wszystko się udało, ale to nie jest tylko ich wina. Ciągle odczuwamy skutki choroby wywołanej totalitaryzmem. Wciąż pokrętnie patrzymy na sprawy własności. Ci, co znosili w Polsce własność prywatna po II wojnie światowej, jako pierwsi wzbogacili się w wolnej Polsce. To karykatura sprawiedliwości. Wciąż musimy leczyć się z zakłamania z okresu komunizmu. Próbowało to robić PiS i jestem przekonany, że będzie to robić Platforma. Polacy muszą czuć własną godność, a takie zjawiska jak korupcja ją zabijają - komentuje hierarcha.

"Kampania przybierałą groteskowe formy"

Prymas przyznaje, że jako obywatel przyglądał się wyborom z zainteresowaniem, ale bez takich emocji, jakie okazywali politycy czy dziennikarze. Zdaniem Józefa Glempa, momentami kampania przybierała wręcz groteskowe formy. Pyskówki, ataki personalne, bez merytorycznych rozmów, wmawianie nam za wszelką cenę, jaki ten przeciwnik jest paskudny. Kardynał zauważa, że PiS przez cały okres rządzenia było bardzo ostro atakowane przez opozycję, szczególnie Platformę Obywatelską, która nieznacznie przegrała wybory w 2005 roku.

"Każda władza się zużywa"

- PiS miało dobre ideały, ale zapłaciło za rządzenie, bo każda władza się zużywa i traci na popularności. W samej kampanii sprawniejsza socjotechnicznie była Platforma. W społeczeństwie panowało oczekiwanie na zmianę. Jednak wynik wyborów pokazuje, że różnica poparcia między dwoma największymi partiami nie jest wielka. PiS otrzymało dużo głosów, więcej niż w poprzednich wyborach, i jest drugą co do wielkości partią w parlamencie. Wynik tego ugrupowania oznacza, że nie zostało odrzucone, nadal popiera je bardzo duża część Polaków - mówi prymas w rozmowie z "Dziennikiem".

W opinii kard. Józefa Glempa, koalicja PO z PiS byłaby najlepsza dla Polski, choć PSL też jest dobrym koalicjantem, mającym ludzi przygotowanych do rządzenia.

Saryusz-Wolski: Na kolejny szczyt UE powinien pojechać premier

mar
2007-10-29, ostatnia aktualizacja 35 minut temu

- Konstytucja mówi, że politykę zagraniczną Polski prowadzi Rada Ministrów. Dobra byłaby współpraca i dialog z prezydentem, ale ostateczna odpowiedzialność za sprawy zagraniczne należy do rządu - powiedział w TVN24 europoseł Jacek Saryusz-Wolski, jeden z polityków PO typowanych na szefa MSZ. - Na kolejny szczyt UE powinien pojechać premier, nie - prezydent - powiedział. Nie chciał ujawnić, czy dostał propozycję kierowania resortem.

Zobacz powiekszenie
Fot. S3awomir Kaminski / AG
Jacek Saryusz-Wolski
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
SONDAŻ
Kto powinien reprezentować Polskę na kolejnym szczycie UE?

Premier
Prezydent
Wszystko jedno, kto
Nie wiem

- Taka zasada została przyjęta na zarządzie krajowym Platformy, że tylko Donald Tusk wypowiada się o personaliach - powiedział Saryusz-Wolski.

Platforma wielokrotnie krytykowała politykę minister Anny Fotygi, która po dymisji rządu ma kierować Kancelarią Prezydenta - więcej >> Pytany o to, jak wyobraża sobie współpracę z Lechem Kaczyńskim wspieranym przez Fotygę, Saryusz-Wolski powiedział: - Dobry obyczaj stanowi, że szef MSZ współpracuje z prezydentem, który ma pewne kompetencje w sprawach zagranicznych. Ma nadzieję, że współpraca będzie się dobrze rozwijać.

Na szczyt premier, nie - prezydent

Jak jednak podkreślił, na kolejny szczyt UE powinien pojechać premier. - W przypadku prezydenta Kaczyńskiego było tak, że on pojechał raczej z umocowania rządowego - powiedział, dodając, że reprezentowanie Polski na szczytach przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego było nowością, wcześniej robili to premierzy.

Eurodeputowany Platformy - podobnie jak wielu innych komentatorów i ekspertów, m.in. prof. Władysław Bartoszewski - przyznał, że milczenie prezydenta po wyborach jest niepokojące. - Dobrym obyczajem jest, że prezydent się wypowiada i gratuluje zwycięstwa, bo tego wymaga dobro państwa - ocenił. Jak jednak dodał, jest przekonany, że tuż po ogłoszeniu składu nowego rządu dojdzie do rozmowy Lecha Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem. - Tak nakazuje dobry obyczaj - podkreślił.

Saryusz-Wolski: PSL to dobry partner ws. polityki unijnej

Według europosła Platformy, zarówno jego partia jak i PSL są dobrze przygotowane ws. polityki zagranicznej. - W tej chwili główne sprawy unijne to budżet Unii i wspólna polityka rolna, a także kwestia bezpieczeństwa energetycznego i w nich powinniśmy być bardzo aktywni, powinniśmy wręcz przeważać. Powinniśmy sami podsyłać pomysły - powiedział. - A któż zna się lepiej na wspólnej polityce rolnej niż PSL? Nasz przyszły koalicjant wielokrotnie dał temu dowody, m.in. podczas negocjacji, w których brał udział Kalinowski - powiedział Saryusz-Wolski.

- Jeśli Rosja będzie postępować w zgodzie ze swoimi deklaracjami złożonymi ustami pana Jastrzembskiego i zdejmie embargo, to Polska powinna natychmiast wycofać weto. Nie chodzi zresztą tylko o mięso, ale o to, by Rosja uznała, że Polska to pełnoprawny członek UE - ocenił eurodeputowany.

Saryusz-Wolski uważa, że tarcza antyrakietowa to dla nas dobra propozycja, ale powinniśmy bardziej zdecydowanie negocjować z Amerykanami. - Ws. tarczy rakietowej podzielam stanowisko Radka Sikorskiego: powinniśmy przede wszystkim uzyskać przyrost naszego bezpieczeństwa - powiedział.

Etaty dla ludzi Anny Fotygi

cheko, PAP
2007-10-29, ostatnia aktualizacja 2007-10-29 07:20

Zobacz powiększenie
Minister Anna Fotyga
Fot. Krzysztof Miller / AG

Dyplomaci z PiS mają pracować w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego oraz w Pałacu Prezydenckim - dowiedziała się "Rzeczpospolita".

Platforma Obywatelska zapowiada, że wymieni sporą część współpracowników Anny Fotygi. W resorcie spraw zagranicznych stanowiska może stracić 20 - 25 osób, przede wszystkim dyrektorów i wicedyrektorów departamentów - pisze gazeta.

Wałęsa: Do MSZ wróci wielu doświadczonych dyplomatów

- Rzeczywiście nie będziemy trzymać niekompetentnych ludzi. Najpierw trzeba jednak przeprowadzić weryfikację kadr w tym resorcie - przyznaje Jarosław Wałęsa, poseł PO, członek Komisji Spraw Zagranicznych minionej kadencji. Zapowiada, że do MSZ wróci wielu doświadczonych dyplomatów, których minister Fotyga odsunęła od sprawowania funkcji, bądź wyrzuciła z resortu.

- PiS chce tych ludzi umieścić w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Już szykowane są tam dla nich nowe etaty - mówi anonimowy informator "Rz", związany z MSZ.

Ilość etatów w Biurze określa ustawa budżetowa. W projekcie budżetu na przyszły rok przygotowanym przez PiS, wydatki na BBN wzrosły o prawie dwa miliony złotych. Jednak partia Jarosława Kaczyńskiego może mieć problem z rozbudową Biura. PO już zapowiada, że w nowym Sejmie wprowadzi poprawki do ustawy. Czy jedną z nich będzie obcięcie pieniędzy na BBN? - docieka gazeta.

Fotyga szefem kancelarii prezyenta?

Gdyby jednak PiS udało się przewalczyć większe środki i nowe etaty w Biurze, prace tam maja znaleźć m.in. wiceminister Andrzej Sadoś, Piotr Wojtczak, dyrektor generalny, czy Mariusz Muszyński, pełnomocnik ministra ds. współpracy z Niemcami.

Dotychczasowa minister spraw zagranicznych Anna Fotyga ma objąć stanowisko szefa Kancelarii Prezydenta.

Pojawiają się spekulacje, iż szefem BBN może zostać jeden z najbardziej zaufanych ludzi partii i prezydenta Lecha Kaczyńskiego, minister obrony Aleksander Szczygło. Dostał się on jednak do Sejmu. Aby zostać szefem BBN, musiałby zrzec się mandatu posła, a tego raczej nie zrobi - uważa jeden z posłów PiS. Z tego powodu bardziej prawdopodobne jest, że do Biura wróci Władysław Stasiak, obecny minister spraw wewnętrznych i administracji - czytamy w "Rzeczpospolitej".

PO nie chce stadionu w centrum Warszawy; Jakubiak: nie można rozpoczynać od zera

cheko, PAP
2007-10-29, ostatnia aktualizacja 2007-10-29 10:03

Poseł PO Mirosław Drzewiecki uważa, że stadion narodowy powinien znajdować się poza centrum Warszawy. Zdaniem minister sportu Elżbiety Jakubiak, budowanie stadionu od zera oznacza, iż mecz otwarcia Euro 2012 nie odbędzie się w stolicy Polski.

Zobacz powiekszenie
Mirosław Drzewiecki
Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
Elżbieta Jakubiak
SONDAŻ
Stadion Narodowy pod Warszawą?

Tak
Nie
Nie mam zdania

Pytany w RMF FM, czy rozumie powody, dla których prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz zaczęła dyskusję na temat lokalizacji stadionu narodowego, Drzewiecki powiedział, że w ostatnim czasie dostała wycenę miejsca, w którym miałby on stanąć (róg ulic Targowej i Zielenieckiej). "Okazało się, że grunty pod ten stadion to jest wartość mniej więcej między 3 a 4 miliardy złotych" - powiedział Drzewiecki, wymieniany jako kandydat na ministra sportu.

Drzewiecki o stadionie: Mamy zerową sprawę zaawansowania

- Partia do dzisiaj rządząca spowodowała taki stan, że to co było projektem na Euro 2012, czyli stadion narodowy położony na X- leciu, już jest nieaktualny, czyli tego nie mamy. Jesteśmy dopiero na etapie rozpisywania projektu. Czyli mamy zerową sprawę zaawansowania - uważa Drzewiecki.

Dodał, że gdyby miał dziś decydować, to stadion narodowy powinien być poza centrum. "Jak najbliżej miasta. Być może Służewiec, być może Wawer, być może Łomianki. Jest kilka tych lokalizacji" - powiedział.

Dodał, że zaniedbania mogą spowodować, że stadion ten nie zdąży powstać do 2012 r. "Jak zobaczymy dokumenty (...), to odpowiedzialnie możemy mówić jakie są szanse. W przeciwnym wypadku, to jest trochę wróżenie z fusów" - podkreślił poseł PO.

Jakubiak: Dużo działek jest na Marsie, można kupić

Pomysłami zmiany lokalizacji stadionu narodowego zaskoczona jest minister sportu w rządzie PiS Elżbieta Jakubiak. "Szkoda że nie powiedzieli tego warszawiakom przed wyborami, może wtedy wynik wyborczy byłby inny. To znaczy, że (PO) chce by mecz rozpoczęcia, który jest najważniejszy meczem, poza finałowym, nie odbędzie się w Warszawie" - powiedziała Jakubiak w Radiu ZET.

Argumenty prezydent Warszawy, że musi dbać o finanse miasta, a nieruchomości blisko centrum są drogie, Jakubiak skwitowała: "Dużo działek jest na Marsie, można kupić". Dodała, że obecnie miasto ma nadpłynność finansową w wysokości ok. 1,5 mld zł, co znaczy że budżet inwestycyjny miasta zostanie wykorzystany przez panią prezydent w 50 proc.

Stadiony powinny być gotowe do połowy 2010 roku

- To prezydent Warszawy wydała warunki zabudowy pół roku temu i refleksja mogła przyjść wtedy, że to zły pomysł. Po drugie, jeśli była debata, gdzie Euro i czy stadion w Warszawie zdążymy zbudować, czy nie, to wtedy można było powiedzieć, że jest inna koncepcja"- powiedziała Jakubiak.

Przypomniała, że stadiony powinny być gotowe do połowy 2010, ewentualnie - po wydłużeniu terminu - do 2011.

Minister sportu odniosła się także do komentarzy, że nigdzie w Europie nie buduje się stadionów w centrum miast. "To jest nieprawda. Wszystkie stadiony, które są w centrum miasta mają szansę na samofinansowanie, bo nie są tylko boiskiem, są centrum kongresowym, wystawienniczym, kulturalnym" - podkreśliła.

Według Jakubiak, w tej sprawie chodzi o pieniądze, ale na pewno nie pieniądze Warszawy.

Złoty rekordowy mocny. Kto powinien się bać?

Leszek Baj
2007-10-28, ostatnia aktualizacja 2007-10-28 20:14

Złoty jest najmocniejszy od wielu lat. Polacy powinni się cieszyć, czy smucić? Wszystko zależy od punktu widzenia

Zobacz powiekszenie
ZOBACZ TAKŻE
 0,08MB
0,08MB
SERWISY
Za czasów rządów Prawa i Sprawiedliwości nasza waluta była w miarę stabilna - gdy partia ta dochodziła do władzy, za euro trzeba było płacić około 3,9 zł, a w sierpniu tego roku (jeszcze przed zawieruchą związaną z kampanią wyborczą) około 3,8 zł. W ostatnich dwóch miesiącach złoty jednak zaczął szybciej zyskiwać na wartości. Polska waluta w stosunku do amerykańskiego dolara jest najsilniejsza od 11 lat. Już mało kto pamięta czasy, gdy za dolara trzeba było płacić niewiele więcej niż 2,5 zł jak obecnie. Kurs euro jest niewiele wyższy niż 3,6 zł, ostatni raz był na takim poziomie ponad 5 lat temu.

Zdaniem ekonomistów na umacnianie się złotego wpływa wiele czynników, m.in. dopływ inwestycji czy funduszy unijnych. Ostatnie wzmocnienie naszej waluty może być spowodowane wyborami, w których wygrała Platforma Obywatelska. To partia, do której - jak się wydaje - inwestorzy mają największe zaufanie. Pytanie, czy złoty będzie się dalej umacniał i jak to będzie wpływało na nasze życie?

Mocna złotówka świadczy o zaufaniu inwestorów do Polski - chętnie u nas lokują swój zagraniczny kapitał, zwiększając w ten sposób zapotrzebowanie na naszą walutę. Dzięki temu złoty jest mocniejszy, a to znaczy, że musimy wydać coraz więcej euro czy dolarów, by kupić złotówki.

Dla polskiego rządu mocny złoty przynosi wiele korzyści. Oznacza, że nasze zadłużenie zagraniczne zmniejsza się i trzeba wydać mniej złotówek, by je obsłużyć. Podobny komfort mogą odczuwać Polacy, którzy zaciągnęli kredyty w zagranicznych walutach. Dzięki mocniejszej złotówce raty ich kredytu nie rosną tak szybko, nawet jeśli do góry idą stopy procentowe np. w Szwajcarii.

Także przedstawiciele Narodowego Banku Polskiego mogą być zadowoleni, bo umacniający się złoty trzyma w ryzach inflację, głównie dzięki tańszemu importowi. Siła złotówki i słabość dolara stoją w dużym stopniu za tym, że ceny benzyny na polskich stacjach nie są jeszcze wcale rekordowe.

Jest jednak i druga strona tego medalu. Na silną złotówkę zawsze narzekają eksporterzy. Dlaczego? Bo gdy sprzedają swoje towary za granicę, to zapłatę dostają w euro czy dolarach. Jeśli polski przedsiębiorca na początku 2004 r. dostał za swoje wyroby tysiąc euro, to przeliczając na złotówki, otrzymywał 4,8 tys. zł. Obecnie otrzyma niewiele więcej niż 3,6 tys. zł, czyli 25 proc. mniej! Mimo takich potencjalnych strat polski eksport przez ostatnie lata bił rekordy, nieco oklapł dopiero w tym roku. Oczywiście przedsiębiorcy mogą stosować różne instrumenty finansowe pomagające zabezpieczyć się przed ryzykiem kursowym, ale wielu szczególnie małych i średnich ciągle ich nie używa.

Dzięki silnemu złotemu Polacy za granicą są bogatsi. Ale nie wszyscy. Dla Polaka pracującego w Polsce i jadącego na wakacje do Paryża, Nowego Jorku czy Dublina zakupy w tych miastach są znacznie tańsze niż jeszcze kilka lat temu. Problem mają jednak nasi rodacy, którzy zdecydowali się wyjechać do pracy za granicą. Weźmy takiego Kowalskiego, który pracuje jako kucharz w niezłej restauracji w Dublinie. Na rękę dostaje powiedzmy 10 euro na godzinę. Pracuje 40 godzin w tygodniu. Rocznie zarabia 20,8 tys. euro. Na początku 2004 r. w przeliczeniu na złotówki było to prawie 100 tys. zł! Teraz jest to niecałe 75 tys. zł. Różnica jest spora, szczególnie jeśli Kowalski planował wrócić do Polski i za zarobione pieniądze kupić np. mieszkanie (jego cena w tym okresie wzrosła kilkakrotnie).

Przez silną złotówkę Polska nie jest już tak tania nie tylko dla kucharza Kowalskiego, ale też dla jego kolegów Irlandczyków. Piwo w pubie, które w Warszawie kosztuje 8 zł, to dla Irlandczyka wydatek już nie 1,6 euro, ale 2,2 euro.

Także dla przyszłego polskiego rządu zbyt mocny złoty to nie tylko powód do zadowolenia. Weźmy choćby unijne fundusze. W latach 2007-13 mamy szansę na otrzymanie z unijnego budżetu aż 67 mld euro na budowę dróg, linii kolejowych, aktywizację bezrobotnych czy wprowadzanie nowych technologii. To aż czy może już tylko? Nasze potencjalne fundusze topnieją bowiem w oczach w miarę, jak złoty rośnie w siłę. Eksperci ostrzegają, że najprawdopodobniej za te pieniądze nie uda się zrealizować wszystkich zaplanowanych wcześniej projektów. Nie tylko dlatego, że złoty się umacnia względem euro, ale także dlatego, że rosną koszty pracy oraz materiałów budowlanych. Rośnie prawdopodobieństwo, że nie wyrobimy się z inwestycjami przed organizacją Euro 2012.

Jaką więc mamy alternatywę? Jedyną, która przychodzi do głowy, jest wprowadzenie w Polsce euro. Oczywiście nie wyeliminowałoby to całkowicie ryzyka kursowego, ale zminimalizowałoby jego skutki. Z takiego posunięcia na pewno ucieszyliby się przedsiębiorcy. Bo przecież z krajami strefy euro odbywa się ponad połowa naszej wymiany handlowej. Czy ucieszyliby się też Polacy? Sondaże mówią, że do euro raczej nam się nie spieszy. W badaniu przeprowadzonym w 2004 r. przez TNS na zlecenie Komisji Europejskiej pozytywne skutki przyjęcia wspólnej waluty widziało 41 proc. Polaków, a negatywne 44 proc. Według badania przeprowadzonego w maju tego roku przez TNS OBOP aż 47 proc. Polaków jest przeciwnych wprowadzeniu u nas wspólnej waluty, a tylko 36 proc. z nas patrzy na to przychylnym okiem. Prawie trzy czwarte osób niechętnych euro najbardziej boi się, że po jego wprowadzeniu wzrosną ceny.

NBP obecnie opracowuje raport dotyczący plusów i minusów wprowadzenia w Polsce wspólnej waluty. Rząd PiS nie był euro zbyt przychylny. Może się to zmienić za rządów Platformy, choć na wprowadzenie wspólnej waluty i tak nie mamy raczej co liczyć przed 2011 r.