niedziela, 24 lutego 2008

MŚ: Austriacy bezkonkurencyjni, Polacy znów zawiedli

DB (inf. własna) /15:39
AFP
Reprezentacja polskich skoczków zajęła w konkursie drużynowym mistrzostw świata w lotach narciarskich 10. miejsce. Nasi zawodnicy nie awansowali do czołowej "ósemki" i nie wzięli udziału w drugiej serii. Tytuł wywalczyli Austriacy, srebrny medal zdobyli Finowie, zaś brązowy - Norwegowie.
Austriacy nie mieli w niedzielę konkurencji. Martin Koch, Thomas Morgenstern, Andreas Kofler i świeżo upieczony indywidualny mistrz świata Gregor Schlierenzauer byli po prostu najlepsi i wygrali zawody z notą łączną 1553,3 pkt.

Srebrny medal wywalczyli Finowie (Janne Happonen, Harri Olli, Matti Hautamaeki, Janne Ahonen) - 1477 pkt, zaś brązowy Norwegowie (Bjoern Einar Romoeren, Anders Bardal, Tom Hilde, Anders Jacobsen) - 1453,2 pkt.
Najdłuższy skok w konkursie oddał Schlierenzauer - 217 m.

Polacy znów zawiedli i nie zdołali zakwalifikować się do II serii. Jako pierwszy z Polaków skakał Kamil Stoch. Uzyskał 167 m i po pierwszej kolejce nasza reprezentacja zajmowała 9. miejsce. Piotr Żyła był lepszy od Stocha o metr, ale Polska spadła w klasyfikacji na 10. pozycję.

W trzeciej kolejce skompromitował się Stefan Hula, który wylądował na 120. metrze. Polacy niżej nie spadli, ale tylko dlatego, że ze Szwedami i Kazachami przegrać po prostu nie było sposób, a Słoweniec Robert Kranjec pogrzebał szanse swojej ekipy o wiele bardziej niż Hula Polaków.

Dość powiedzieć, że po skokach Stocha, Żyły i Huli Polacy mieli mniej punktów niż dwóch Austriaków... W tej sytuacji występ Adama Małysza był li tylko treningowy. Nasz najlepszy zawodnik skoczył 199 m, ale straty były zbyt duże i awans do czołowej ósemki nie był juz możliwy.

Tusk: doceniam krytykę. Ona mobilizuje

eb, nat 24-02-2008, ostatnia aktualizacja 24-02-2008 20:32

Bez trwałej opozycji i nieustannej krytyki sami nie narzucalibyśmy takiego tempa - mówił premier Donald Tusk na konferencji podsumowującej pierwsze sto dni działalności swojego gabinetu. PSL i Waldemarowi Pawlakowi dziękował za zaufanie i rzetelną współpracę. Przedstawił też szereg problemów, nad których rozwiązaniem zamierza skupić się rząd

"Te 100 dni z punktu widzenia interesów Polski to bardzo dobre 100 dni w wymiarze europejskim, światowym i w relacjach z najbliższymi sąsiadami" - ocenił premier Donald Tusk. Według niego, Polska stała się zrozumiałym, przewidywalnym, kompetentnym partnerem.

Tusk: "Gospodarka głupcze"

Premier Donald Tusk powiedział, że popiera hasło byłego prezydenta USA Billa Clintona - "Gospodarka głupcze". - Mogę powtórzyć te słowa - gospodarka, jako warunek wzrostu dobrobytu, to absolutnie kluczowa rzecz - podkreślił.

- Porządkowanie polityki międzynarodowej, służb specjalnych, tego całego świata zamieszania z jakim mieliśmy do czynienia przez ostatnie dwa lata, to jest obowiązek, który muszę wykonać, ale oprócz tego pamiętam - "Gospodarka głupcze" - powiedział premier w wywiadzie dla TVP1.

- Gospodarka musi się rozwijać, aby każdy Polak odczuł elementarną poprawę zawartości swojej kieszeni - dodał.

Szef rządu podkreślił, że priorytetem rządu jest poprawa losu ludzi, którzy nie zawsze są przedsiębiorczy. - Mam liberalne poglądy gospodarcze, ale lata doświadczeń mówią mi, że liberalna gospodarka musi służyć poprawie bytu wszystkich ludzi, a nie tylko tych, którzy są przedsiębiorcami - zaznaczył.

Utrzymanie dyscypliny budżetowej największym wyzwaniem dla rządu

Tusk przypomniał, że pierwszym zadaniem jego rządu było przejrzenie projektu budżetu na 2008 rok, który pozostawił gabinet Jarosława Kaczyńskiego. "Mieliśmy świadomość, że odziedziczony budżet nie będzie mógł podlegać radykalnym korektom. Odpowiedzialność kazała więc przyjrzeć się, jak można ten budżet naprawić" - podkreślił premier.

Jak zaznaczył, rząd uznał, że przy obecnym budżecie należy przeprowadzić dwie rzeczy: podwyżkę płac dla nauczycieli i obniżenie deficytu budżetowego.

"Wszyscy ministrowie dokonali brutalnego przeglądu wydatków. Każdy z resortów podjął twarde decyzje, dzięki którym udało się uzyskać około 3,5 mld złotych, poprzez cięcia na biurokracji i wydatkach" - mówił Tusk. Podkreślił, że z tych 3,5 mld złotych, 2,5 mld wykorzystano na podwyżki dla nauczycieli, a 1,5 mld na obniżenie deficytu budżetowego.

Nie będzie podwyżki składki zdrowotnej

"To nie jest sztuka leczyć finanse publiczne, czy finanse w ochronie zdrowia poprzez drenaż kieszeni Polaków. To nie jest sztuka powiedzieć emerytowi czy renciście: 'dawaj jeszcze kilka złotych z kieszeni, to lekarz i pielęgniarka nie odstąpią od waszych łóżek'. To jest ostatni krok jaki można zrobić. Ten rząd będzie pilnował pieniędzy podatników" - powiedział premier.

Zapowiedział, że rząd będzie ograniczał przywileje ludzi władzy, bo władza odpowiedzialna - mówił - nie może oszczędzać na wszystkim poza samą sobą. Mówił, że będzie szukał poparcia w Sejmie - oraz przekonywał prezydenta Lecha Kaczyńskiego - do rezygnacji finansowania z budżetu państwa partii politycznych. Taki projekt zmian w prawie w piątek przedstawiła Platforma.

Służby przestaną być zbiorowym bohaterem konferencji

"Służby specjalne w zaciszu i dyskrecji będą informowały odpowiednie polskie władze tak, abyśmy podejmowali najmądrzejsze ze wszystkich decyzje. Gwarantuję to państwu, wszystkie kroki w tym celu zostały już podjęte" - powiedział szef rządu.

W czasie stu dni startu dalece nie wszystko udało się nam zrobić, ale nadzieje Polaków na normalne, dostatnie życie nie zmalały, a zwiększyły się - mówił Tusk.

"Także kroki, których skutkiem będzie pociągnięcie do odpowiedzialności politycznej i karnej tych, którzy interes państwa i bezpieczeństwo państwa narazili na szwank. Prace w tej sprawie także się toczą" - podkreślił.

Premier chce zmiany konstytucji

Donald Tusk zapowiedział, że będzie namawiał współkoalicjantów i prezydenta Lecha Kaczyńskiego, aby przeprowadzić zmiany w konstytucji.

"Nie spocznę dopóki polska konstytucja nie doprowadzi do sytuacji, że polski obywatel będzie wybierał swojego przedstawiciela w okręgu jednomandatowym" - zapowiedział Tusk.

Tusk dziękował mediom za krytycyzm, a PSL za dobrą współpracę

Premier w swoim wystąpieniu dziękował wicepremierowi Waldemarowi Pawlakowi, prezesowi koalicyjnego Polskiego Stronnictwa Ludowego, opozycji i mediom. O koalicji PO-PSL mówił, że jest wolna od "absurdalnych konfliktów, wzajemnej agresji, nacechowana wzajemnym zaufaniem". "Jesteście rzetelnym, bezcennym partnerem w tej koalicji" - zwrócił się do ludowców.

Mediom i opozycji dziękował za krytycyzm, nawet za ten, który - jak mówił - czasem odczuwał jako twardy, czy niesprawiedliwy. "Proszę o więcej niezależnych i krytycznych sądów, bo przyznaję się także tutaj, przed Polakami - bez tej krytyki, tego twardego nastawienia opozycji nie bylibyśmy pewnie w stanie nieustannie kontrolować siebie samych tak skutecznie jak do tej pory. Być może sami nie narzucilibyśmy sobie takiego tempa, jakie narzucają nam w imieniu Polaków niezależne media, niezależne ośrodki i partie opozycyjne" - powiedział szef rządu.

Na początku konferencji wyświetlono film przypominający najważniejsze wydarzenia stu dni rządu PO-PSL.

W uroczystości w Kancelarii Premiera wzięli udział ministrowie, wojewodowie oraz parlamentarzyści koalicji PO-PSL.

Dziennikarzom przekazano 125-stronicową broszurę, która przedstawia dokonania rządu w ciągu ostatnich trzech miesięcy, a także plany na kolejne 300, 1500 i 3000 dni.

Konferencja była transmitowana nie tylko w mediach, ale także na stronie internetowej Kancelarii Premiera.

Polityka wschodnia do góry nogami

Maja Narbutt 24-02-2008, ostatnia aktualizacja 24-02-2008 18:40

Polityka zagraniczna polskiego rządu zbiera fatalne recenzje. Nasi wschodni sąsiedzi nie mogą zrozumieć, dlaczego premier Tusk zdążył już być w Berlinie i Moskwie, a ciągle nie wyznaczył terminu wizyty w Kijowie – pisze Maja Narbutt, publicystka „Rzeczpospolitej”

Polska granica wschodnia
autor zdjęcia: Dariusz Majgier
źródło: Fotorzepa
Polska granica wschodnia

– Po raz pierwszy od czasu odzyskania przez Ukrainę niepodległości mamy wrażenie, że Polacy nie są z nami szczerzy. Wygląda na to, że gwałtownie zmieniacie swą politykę – mówi „Rzeczpospolitej” Leonid Krawczuk, pierwszy prezydent Ukrainy.

– Nie chcę oceniać polskiej polityki zagranicznej – zastrzega jeden z najbardziej znanych polityków Europy Wschodniej Vytautas Landsbergis. – Powiem jedno: w polityce trzeba mieć wizję. Nie można żyć tylko dniem dzisiejszym i kalkulować, co w tej chwili się opłaca. Pragmatyzm łatwo staje się konformizmem i kończy fatalną Realpolitik. Nie zawsze trzeba wsłuchiwać się w głos europejskich stolic, tańczyć pod muzykę z Berlina.

Polska traci pozycję regionalnego lidera. Rezygnuje z tego, co było jej siłą – mówi litewski politolog Vytautas Radżvilas

– Polska polityka wschodnia zmieniła się całkowicie. Wygląda na to, że nowa ekipa postanowiła zniszczyć to, co robili poprzednicy – dodaje znany ukraiński pisarz Jurij Andruchowycz.

Piłsudski przewraca się w grobie

Kiedy rozmawia się z intelektualistami ukraińskimi, można usłyszeć, że „Piłsudski przewraca się w grobie”, bo Polska przestała rozumieć, że jej racja stanu wymaga wolnej, silnej Ukrainy. Analitycy polityczni mówią, że rezygnujemy z ambicji regionalnego lidera. Polityka zagraniczna nowego polskiego rządu zbiera fatalne recenzje. Nasi wschodni sąsiedzi nie mogą zrozumieć, dlaczego premier Donald Tusk w ciągu 100 dni swych rządów zdążył być w Berlinie i Moskwie, a ciągle nie wyznaczył terminu wizyty w Kijowie. Wniosek płynie jeden – w polskiej dyplomacji ciągłość nie obowiązuje. Nowa ekipa potrafi być nieprzewidywalna.

— Nie ma znaczenia, kiedy dojdzie do spotkania premierów Polski i Ukrainy, bo w końcu do niego dojdzie. Nie jest ważne, czy Donald Tusk pojedzie do Kijowa, czy premier Tymoszenko – do Warszawy — tłumaczy poseł PO, szef sejmowej komisji spraw zagranicznych Krzysztof Lisek. — Staramy się rozwiać niepokój naszych wschodnich partnerów, że w polskiej polityce zagranicznej dzieje się coś złego. Długo rozmawiałem na ten temat z doradcę prezydenta Litwy. A dlaczego Litwini czują niepokój? Nie wiem. Może to wpływ publikacji prasowych.

Mniej lub bardziej oficjalnie z Kancelarii Premiera Tuska płyną sygnały, że polityka polityka wschodnia – zwłaszcza wobec Ukrainy – ma być oparta na racjonalnych przesłankach. Skrupulatnie sprawdzimy, co dostaliśmy od Ukrainy za wspieranie jej aspiracji proeuropejskich. Policzymy, czy Ukraińcy nie chcą od nas za dużo. I – jak powiedział dziennikarzom jeden z liderów Platformy Obywatelskiej – „nie damy się szantażować Giedroyciem”, czyli przekonaniem, że Polacy i tak muszą wspierać wolną Ukrainę, bo wymaga tego nasza racja stanu.

W teorię, że nowy rząd mógłby myśleć o polityce z Ukrainą w kategorii symetrii i kierować się doraźnym rachunkiem politycznym, trudno uwierzyć byłemu prezydentowi RP Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, którego mediację w czasie pomarańczowej rewolucji Ukraińcy wspominają do dziś. – Wielkie strategie są budowane przez wielkich polityków, a nie sklepikarzy, którzy liczą każdy grosz, żeby bilans się im zgadzał – podkreśla Aleksander Kwaśniewski. – Powiem szczerze: ciągle powinniśmy dawać więcej niż brać, bo gramy o dużą stawkę.

Polacy nie lubią czekistów

Kiedy pytam Vytautasa Landsbergisa, co premier Polski mógł uzyskać, składając wizytę na Kremlu, zapada milczenie. – Nic, właściwie nic. I nawet 100 uśmiechów nie zdoła przekonać Putina, że Polacy lubią czekistów – mówi w końcu pierwszy przywódca niepodległej Litwy.

Fakt, że Donald Tusk pojechał do Moskwy, nie wzbudził emocji u naszych wschodnich sąsiadów. Pojawiły się wprawdzie głosy krytyczne, ale w końcu wizyta polskiego premiera była wewnętrzną sprawą Polski. Jednak sugestia, że premier Tusk mógł dokonać przełomu w stosunkach z Rosją, spotyka się ze sceptycyzmem. Politycy i analitycy są skłonni najwyżej przyznać, że mógł wysłać sygnał pod adresem Brukseli. – Polacy chcą ułożyć sobie sobie stosunki z Rosją – powtarzają, dodając jednak, że ten sygnał mógł zostać na Kremlu niewłaściwie zinterpretowany. Bo polityczne gry z Rosją to zajęcie tylko dla doświadczonych graczy.

– Kreml stosuje zasady obowiązujące w rosyjskich łagrach. Kiedy pojawia się ktoś nowy, stara się go zaskoczyć, sprawdza, gdzie jest jego słaby punkt. Jeśli ten ktoś się cofnie, okaże słabość, to już przegrał – tłumaczy Audrius Baculis, komentator opiniotwórczego tygodnika „Veidas”.

Rosja poważnie traktuje jedynie twardych polityków. Taką opinię – dla jednych oczywistą, dla drugich obrazoburczą – warto wziąć pod uwagę, zważywszy, że wygłasza ją Vytautas Landsbergis, który latami kreował stosunki swego kraju z wielkim wschodnim sąsiadem i nie ugiął się pod jego presją. – Na Kremlu szacunek budzi wyłącznie stanowczość – mówi Landsbergis i z pewną przekorą dodaje: – Nie chciałbym, by powstało wrażenie, że Landsbergis namawia Polskę, by drażniła Rosję. Ale argument, że coś „drażni Rosję ”jest nadużywany. Bo w końcu, czy ponosimy odpowiedzialność za stany emocjonalne Rosji?

Być jak Jarosław

– Polska traci pozycję regionalnego lidera. Rezygnuje z tego, co było jej siłą. Mam wrażenie, że ta prawda do Polski nie dociera: znaczna część litewskich elit jest zachwycona braćmi Kaczyńskimi – mówi politolog z Litewskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych Vytautas Radżvilas. – Zdajemy sobie też sprawę, że za swą twardą politykę międzynarodową Kaczyńscy płacili wysoką cenę osobistą i moralną.

Kiedy tydzień temu w 80. rocznicę odzyskania przez Litwę niepodległości odbyła się w Wilnie międzynarodowa konferencja historyczna pod patronatem prezydenta Valdasa Adamkusa, jej polscy uczestnicy ze zdumieniem słuchali entuzjastycznych opinii o „charyzmatycznych Kaczyńskich”.

– Litewscy politycy bardzo szanują Kaczyńskich. Nie są to może mili faceci, gładcy politycy mówiący tak, by nikogo nie urazić. Ale to twardzi zawodnicy, którzy bez kompleksów walczą o narodowe i regionalne interesy – przyznaje jeden z najbardziej znanych litewskich komentatorów Audrius Baculis.

W kręgu litewskich dziennikarzy politycznych można usłyszeć plotki, kto z młodych polityków stylizuje się na Jarosława Kaczyńskiego, zaś w kuluarach MSZ mówi się, że Polska do tej pory działała w instytucjach europejskich jak taran – wywalała drzwi, przez które Litwini mogli wejść i przedstawić swe racje. – Takiej twardości brakuje litewskim politykom. Kiedy premier Giedyminas Kirkilas pojechał do Brukseli, by załatwić zgodę na przedłużenie działania elektrowni atomowej w Ignalinie, wyszedł z ważnego gabinetu po pięciu minutach i powiedział, że jakoś sobie poradzimy bez Ignaliny – opowiada litewski dziennikarz. – Wszyscy aż jęknęli. I pomyśleli: a Polacy by nie ustąpili.

Twardą grę prezydenta Lecha Kaczyńskiego Litwini odczuli osobiście. Podczas ubiegłorocznej jesiennej wizyty w Wilnie okazało się, że nie podpisze on umowy o moście energetycznym. Uznał, że wspólne projekty energetyczne w proponowanym kształcie nie są dla Polski korzystne. – Reakcje mediów były wręcz histeryczne. Kaczyńskiego atakowano bezpardonowo, zarzucając mu zdradę polsko-litewskich sojuszy – mówi miejscowy polski dziennikarz. – Kiedy wystąpił w telewizji, w ostatniej chwili, gdy już odpinał mikrofon, dziennikarka spytała prowokacyjnie: – To Wilno nasze czy wasze?”, Kaczyński odparł spokojnie: – Nie ukrywam, że kiedy patrzę tu przez okno, boli mnie serce. Ale myślę, że Niemcy we Wrocławiu czują to samo.

Partnerstwo strategiczne? Niekoniecznie

W rozluźnionej atmosferze towarzyszącej nieoficjalnej wizycie w Wilnie jeden z liderów Platformy udzielał wywiadu polskiemu dziennikarzowi. – Partnerstwo strategiczne z Litwą? Ja nigdy takiego terminu nie używałem – mówił, tłumacząc, że „nie można budować Unii w Unii albo NATO w NATO”, a „starą polską chorobą jest, że najpierw się mówi hop, a potem skacze”.

Kilka godzin później, w popłochu, postarał się o wycofanie wypowiedzi. Gdyby wywiad opublikowano w całości, z pewnością wybuchłby skandal. W najlepszym wypadku litewskie elity uznałyby to za dowód niekompetencji polskiego polityka.

– Dlaczego Litwa sprzedała Orlenowi pakiet kontrolny w rafinerii w Możejkach? Właśnie dlatego, że jesteście naszym partnerem strategicznym. Ostateczna decyzja zapadła po telefonie prezydenta Kaczyńskiego do naszego prezydenta, gdy zrozumieliśmy, że Polsce naprawdę na tym zależy – wspomina jeden z litewskich polityków, który z bliska obserwował negocjacje.

Gdyby Litwini doszli teraz do wniosku, że Polska prowadzi nieszczerą grę, polskie inwestycje stanęłyby pod znakiem zapytania. – Orlen chce kupić całość akcji rafinerii. Na Litwie jest już wystarczająco duży polski kapitał, by nasz rząd się na to nie zgodził – tłumaczy jeden z litewskich polityków. – Kaczyńscy napełnili pojęcie „partnerstwo strategiczne” prawdziwą treścią. Jeśli jednak coś się zmieni w naszych relacjach lub Polska wycofa się ze wspólnych projektów energetycznych, możecie nie mieć złudzeń, że polscy inwestorzy coś u nas osiągną.

Rozwiane złudzenia

Kiedy rozmawia się z ukraińskimi politykami i intelektualistami, trudno się oprzeć wrażeniu, że im przyjaźniej traktowali dotąd Polskę, tym bardziej czują się rozgoryczeni. – Psychologicznie staram się zrozumieć, dlaczego nowa polska ekipa tak wywróciła całą wschodnią politykę. I doszedłem do wniosku, że zrobiła to, by się różnić od poprzedników. Tak dziecinnie, na złość, nie oglądając się na skutki – mówi literacką polszczyzną znany pisarz Jurij Andruchowycz. – I chciałbym, by było jasne: wszyscy moi znajomi w Polsce głosowali na PO. Ja też myślałem, że dla Polski i dla Ukrainy to najlepszy wybór. Młodzi liberalni politycy, zamiast konserwatywnych nacjonalistów, jak pisały o Kaczyńskich zachodnie gazety. Dziś gorzko tego żałuję.

O swoim rozczarowaniu mówi również lwowski publicysta piszący na tematy polsko-ukraińskie Anton Borkowski. Uważa, że nowy rząd trwoni kapitał zaufania do Polski, jaki przez lata wypracowali jego poprzednicy, i zdążył już podważyć polską rację stanu. – Aksjomatem polskiej polityki wschodniej od czasu Piłsudskiego było to, że trzeba wzmacniać mocną, suwerenną Ukrainę, bo wymaga tego wasz interes narodowy – mówi Borkowski. – Piłsudski przewraca się dziś w grobie. A ja, antykomunista, powiem otwarcie – postkomunista Aleksander Kwaśniewski, który według wielu Ukraińców zadecydował o zwycięstwie pomarańczowej rewolucji, rozumiał sprawy, których nie może pojąć były opozycjonista z Gdańska.

Nieodrobione lekcje

Polityka Polski wobec Ukrainy nie jest przedmiotem debaty w tym kraju. Skomplikowana sytuacja wewnętrzna sprawia, że uwaga Ukraińców koncentruje się na innych sprawach niż publiczne rozważanie, dlaczego właściwie premier Tusk nie znalazł czasu na wizytę w Kijowie. – Polska przestaje być u nas widoczna. Niedługo wszyscy do tego przywykną, zapomną, że było inaczej – przyznaje politolog Myroslaw Popowycz.

– Nie wpadam w panikę, nie mówię, że już stało się nieszczęście. Ale jeśli premier Tusk nie odrobi tego zadania, jakim jest poznanie liderów ukraińskich i sam nie da się poznać ukraińskiej opinii publicznej, będzie to miało fatalne skutki dla Polski – uważa Aleksander Kwaśniewski. – Tracimy kompetencje, za które nas ceniono. Bo dla świata jesteśmy wiarygodni nie jako mediator w kwestii serbsko-kosowskiej, ale jako ekspert od Ukrainy.

Kiedy Kwaśniewski był prezydentem Polski, na zamkniętych posiedzeniach liderów NATO referował kwestie ukraińskie, a eksperci robili notatki. Kompetencje w kwestii Gruzji zdobył prezydent Lech Kaczyński. Gdy w Gruzji wybuchł kryzys polityczny i Micheil Saakaszwili wprowadził stan wyjątkowy, Kaczyński nie przyłączył się do powszechnego wówczas potępienia prezydenta Gruzji.

Razem z prezydentem Litwy Valdasem Adamkusem podjął w Tbilisi rozmowy z liderami opozycji i z Saakszwilim. Kiedy Saakaszwili wygrał przedterminowe wybory, obaj szefowie państwa byli honorowymi gośćmi na inauguracji jego prezydentury, a wszyscy eksperci twierdzą, że Polska jest traktowana w regionie jako przedstawiciel UE.

– Jeśli nowa polska ekipa odsuwa się od robienia polityki wschodniej, to znaczy, że ma prowincjonalne kompleksy – mówi jeden z czołowych analityków ukraińskich. – Bo co tak naprawdę znaczycie dla Rosji? Kiedy Putin rozmawia z Tuskiem, ani przez moment nie myśli, że polski premier jest dla niego partnerem. Putin ma władzę absolutną w imperium, a gdy ją odda, będzie i tak potężny jako multimiliarder. Polski polityk liczy się tylko wtedy, gdy ma wizję i umie podjąć wielką strategiczną grę, której stawką jest przyszłość Ukrainy.

Źródło : Rzeczpospolita

J. Kaczyński: Mam nadzieję, że te złe oczy Tuska się skończą

ulast
2008-02-24, ostatnia aktualizacja 2008-02-24 16:47

- Mam nadzieję, że ta agresja, te złe oczy się skończą - tak komentował dzisiejsze wystąpienie premiera Donalda Tuska prezes PiS Jarosław Kaczyński. Odpowiadając na podziękowania Tuska dla mediów i opozycji, powiedział, że również dziękuje za te słowa, ale oczekuje czynów. Podkreślił, że w tym, co mówił dziś premier, były też dobre rzeczy.

Zobacz powiekszenie
Fot. AG
Jarosław Kaczyński podczas przemówienia w Janowie Lubelskim
J.Kaczyński podkreślił podczas konwencji PiS w Janowie Lubelskim, że niezależnie "od tych wszystkich słów często obraźliwych", którymi - w jego ocenie - obrzucane jest PiS, idea przyświecająca jego partii będzie żyła i zwycięży.

Jak mówił, jest to "idea lepszego, sprawiedliwszego kształtu naszej ojczyzny". Według niego, bez jej zwycięstwa "Polska nie może się rozwijać, nie może żyć, a przede wszystkim nie może być narodem".

"PiS chciało dawać najuboższym, PO chce wspierać najbogatszych"

Prezes PiS dodał, że naród, jako wspólnotę, łączy nie tylko język, historia, kultura i miejsce zamieszkania. "Musi nas także łączyć solidarność i to nie ta w słowach, ale w czynach" - podkreślił. Jak wyjaśnił, chodzi o to, by dobra, jakie wytwarzają Polacy, były dzielone sprawiedliwe

- Polska musi być krajem innym niż dzisiaj, musi być krajem sprawiedliwszym. Bez tego Polska nie może się rozwijać, nie może żyć, nie może być narodem - mówił Kaczyński. Podkreślał, że dobra, które wspólnie wytwarzamy, muszą być dzielone sprawiedliwie, tak aby "Polska nie była krajem dwóch narodów, tego coraz zamożniejszego, szczęśliwszego i tego, który żyje w trudnej sytuacji, dla którego słońce ciągle nie zaświeciło". Powiedział, że to jest obowiązek także "wobec Najwyższego".

Kaczyński powiedział, że PiS dążyło do tego, aby środki europejskie podzielić tak, aby więcej pieniędzy trafiło na tereny uboższe, natomiast PO ma koncepcję odmienną - "wesprzeć tych, którzy są najbogatsi".

Donald może marzyć

- Pomarzyć wolno każdemu - komentował Jarosław Kaczyński plany rządu Donalda Tuska. - To nie jest zarzut. Z dobrych marzeń wyrastają dobre rzeczy. W tym, co mówił Tusk, był też dobre rzeczy - podkreślił. Jarosław Kaczyński odniósł się też do podziękowań Tuska wobec mediów. .- Ciekawe, co by mówił, gdyby był traktowany przez media tak jak my - mówił Kaczyński - Mam nadzieję, że to oznacza, że odstąpi od zamysłu przejęcia Telewizji Publicznej czy zaatakowania "Rzeczypospolitej", że skończą się próby prześladowania niezależnych dziennikarzy - dodał prezes PiS.

Podkreślił, że Tusk podziękował też opozycji za krytykę. - I ja mu wobec tego chcę podziękować, mam nadzieję, że jest to zmiana nastawienia, że te złe oczy się skończą, że to już się nigdy nie powtórzy- mówił. .

- Chcę wierzyć, że to przemówienie (...) przyniesie krajowi coś nowego, ta totalna wojna polityczna wywoływana przez PO, te niszczenie samorządów, w których współrządzi PiS, to coś w najwyższym stopniu niedobrego - krytykował Kaczyński.

Zaapelował, aby za słowami poszły czyny. - Apeluję do Donalda Tuska, żeby ze swoich słów wyciągnął wnioski i żeby za słowami poszły czyny - mówił Kaczyński.

Prezes PiS odniósł się do podziękowań Tuska dla mediów i opozycji. - Ciekawe, co by mówił, gdyby był traktowany przez media tak jak my - mówił Kaczyński.

PiS zgadza się z PO

Prezes PiS powiedział, że zdecydowanie zgadza się ze słowami Donalda Tuska, które dziś padły: "Polska zasługuje na lepsze rządzenie i na lepszą gospodarkę". - Tak zasługuje, tu całkowita zgoda - stwierdził Kaczyński i dodał, że prace obecnego rządu najlepiej ilustruje sytuacja, kiedy senat musiał odwołać obrady, bo nie miał, nad czym pracować.

Raul Castro nowym prezydentem Kuby

ulast, PAP
2008-02-24, ostatnia aktualizacja 2008-02-24 21:02
Zobacz powiększenie
Raul Castro w chwilę po wybraniu go na nowego prezydenta Kuby
Fot. POOL REUTERS

Raul Castro został formalnie wybrany na nowego prezydenta Kuby na pięcioletnią kadencję - poinformował przewodniczący parlamentu Ricardo Alarcon. Zastąpił na tym stanowisku swego chorego brata Fidela, który pięć dni temu postanowił zrezygnować z kierowania państwem, po 49 latach sprawowania rządów.

Zobacz powiekszenie
Fot. Javier Galeano AP
Mimo, że od 19 miesięcy pełnił rolę głowy państwa, to Raul Castro dziś przejmie władzę na Kubie. Na zdjęciu: Raul Castro pozdrawia uczestników Zgromadzenia Narodowego, Hawana, 24. 02. 2008
SONDAŻ
Czy rządy Raula Castro dają szansę na demokratyczne zmiany na Kubie?

Tak, powoli Kuba będzie się demokratyzowała
Nie, Raul będzie kontynuował politykę brata
Trudno powiedzieć

Kubańskie Zgromadzenie Narodowe Władzy Ludowej wyłonione w wyborach w grudniu ub. roku na swym inauguracyjnym posiedzeniu w niedzielę zaproponowało jako jedynego kandydata na stanowisko szefa państwa 76-letniego Raula Castro.

Raul formalnie zostanie wybrany na prezydenta w głosowaniu na posiedzeniu Rady Państwa, którą wybiera parlament.

Zgromadzenie (parlament) rozpoczęło posiedzenie od ponownego wyboru na swego przewodniczącego Ricardo Alarcona i podania do wiadomości, że dotychczasowy wódz naczelny rewolucji Fidel Castro głosował w miejscu swej rekonwalescencji.

Do miejsca, w którym 81-letni dotychczasowy prezydent, premier i wódz naczelny odzyskuje siły po operacji sprzed 19 miesięcy, udała się po jego głos trzyosobowa delegacja deputowanych.

Parlament wyłania 31 członków Rady Państwa, spośród których jej członkowie wybierają z kolei przewodniczącego gremium, to jest szefa państwa, a także grono jego zastępców.

Na początku obrad, które zaczęły się o godzinie 16.00 czasu polskiego deputowani zgotowali na stojąco owacje odchodzącemu szefowi państwa, Fidelowi Castro i jego następcy - Raulowi, obecnemu na sali.

Condoleeza Rice wzywa Kubę do "demokratycznych zmian"

Po otwarciu obrad nowego parlamentu w Hawanie, sekretarz stanu USA, Condoleezza Rice złożyła oświadczenie, w którym wezwała rząd kubański do "rozpoczęcia procesu pokojowych, demokratycznych zmian od uwolnienia więźniów politycznych, poszanowania praw człowieka i otwarcia drogi do wolnych, uczciwych wyborów".

Szefowa amerykańskiej dyplomacji znajduje się w drodze do Azji.

Światowe agencje w oczekiwaniu na ogłoszenie wyników głosowań w kubańskim Zgromadzeniu Narodowym cytują wypowiedzi "Kubańczyków z ulicy" na temat ich oczekiwań.

Wielu ludzi zwierza się dziennikarzom, że oczekują "przynajmniej ostrożnych" reform ekonomicznych w kierunku otwarcia na gospodarkę rynkową, które "uczniłyby życie na wyspie łatwiejsze".

Zamieszkała na emigracji w Miami córka Fidela Castro, Alina Fernandez, powiedziała w wywiadzie dla telewizji CNN: "Mój ojciec jest bardzo ciężko chory i będzie stopniowo miał coraz mniejszy wpływ na władzę". Była modelka, która wyjechała z Kuby w 1993 roku, ma wrażenie, że jej ojciec "nie pokaże się już więcej publicznie".

Rząd planuje drugą kadencję

(© Wojciech Baczyński, Polskapresse)
Katarzyna Borowska
24.02.2008, aktualizacja: 25.02.2008, 03:26
To miało być "drugie expose premiera". I było, tylko na szczęscie krótsze i dużo konkretniejsze niż pierwsze.
Przedstawiono pomysł tego rządu na Polskę do końca roku (300 dni), swojej kadencji w 2011 roku (1500 dni) i w strategicznej perpektywie roku 2015 (3000 dni).


Ponad trzy miesiące temu mówił w Sejmie 185 minut i niewiele powiedział. Ale w ciągu ostatnich stu dni jego rządów wiele się w kraju wydarzyło (strajki służby zdrowia, protesty nauczycieli, górników i służb mundurowych, niezadowolenie środowisk prawniczych i naukowych, do tego stałe zwarcie z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Wczoraj na przedstawienie konkretnego planu zmiany Polski potrzebował 45 minut

Polska ma być nową Irlandią dopiero w 2015 r. Tusk sypnął obietnicami na studniówkę.


W Strategicznym Planie Rządzenia jego gabinet opisał co zmieni się w życiu przeciętnego Polaka w styczniu 2009 r.; jesienią 2011 r, gdy wybierać będziemy nowy parlament i za siedem lat.


Polityka społeczna. Bezrobocie ma spaść poniżej 10 procent do 2011 r. , a wskaźnik zatrudnienia wzrośnie powyżej 60 proc. Do 2015 r. długość aktywności zawodowej ma wzrosnąć do 62 roku życia, co ma przynieść 15 mld zł osczędności w budżecie i wzorst wpływów do systemu emerytalnego o 16 mld.


Polityka rodzinna. Już za rok pojawi się ulga podatkowa na zatrudnienie opiekuna do dzieci, urlopy macieżyńskie zostaną wydłużone, dostęp do żłobków i przedszkoli będzie łatwiejszy - w 2015 roku będzie tam chodziło dwa razy więcej dzieci.


Edukacja. Do konca tego roku powstanie strategia rozwoju edukacji na najbliższe siedem lat. nowy systemu wynagradzania nauczycieli i ustawę o oświacie. Do końca kadencji tego rządu wszystkie 6-latki mają już chodzić do pierwszej klasy.


Konstytucja. Tusk chce zmienić konstytucję we współpracy z prezydentem i i partiami opozycyjnymi. Przekonywał będzie do likwidacji Senatu i okręgów jednomandatowych.


- Nie spocznę dopóki polska konstytucja nie doprowadzi do sytuacji, że polski obywatel będzie wybierał swojego przedstawiciela w okręgu jednomandatowym - zapewniał Donald Tusk. Zgodnie ze Strategicznym Planem Rządzenia ordynacja wyborcza ma zmienić się już w ciągu roku

Wramach usprawnienia administracji publicznej rząd obiecuje także m.in. zniesienie obowiązku meldunkowego ( w ciągu roku), odbudowę służby cywilnej, ograniczenie roli wojewodów.


- W czasie stu dni startu dalece nie wszystko udało się nam zrobić, ale nadzieje Polaków na normalne, dostatnie życie nie zmalały, a zwiększyły się - mówił, a słuchało go ponad dwieście osób - oprócz ministrów byli to posłowie koalicji, a nawet wojewodowie. Sto dni świętowano bowiem z niespotykanym dotąd rozmachem w największej sali kancelarii premiera. Tusk dużo się uśmiechał, chwalił i dziękował.


Premier zapewnił też Polaków, że zajmie się służbami specjalnymi, tak, by przestały być bohaterem konferencji prasowych, skandali i afer. - W zaciszu i dyskrecji będą informowały odpowiednie polskie władze tak, abyśmy podejmowali najmądrzejsze ze wszystkich decyzje - mówił Tusk.

I w tym miejscu łagodny, uśmiechnięty Donald Tusk, stał się na chwilę groźny. - Zostały już podjęte kroki, których skutkiem będzie pociągnięcie do odpowiedzialności politycznej i karnej tych, którzy interes państwa i bezpieczeństwo państwa narazili na szwank.

Szereg usprawnień ma też ułatwić życie przedsiębiorocom: rejestracja firmy ma być możliwa przy jednym okienku, ograniczenie uciążliwych kontrolio, a pod koniec kadencji na założenie firmy wysarczy 10 dni.


- To pokerowa zagrywka - tak profesor Wawrzyniec Konarski, rektor Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej, ocenia podanie takich konkretnych, ograniczonych czasowo obietnic. Jego zdaniem rządzący chcieli takie konkrety, żeby aby uspokoić społeczeństwo lub spacyfikować opozycję. Jeśli jednak nie będą w stanie przedstawić istotnych sukcesów do wakacji, mogą zanotować znaczący odpływ poparcia.

Koszmar najlepszego strzelca Chorwacji

Michał Pol
2008-02-24, ostatnia aktualizacja 2008-02-24 18:40
Zobacz powiększenie
Fot. DYLAN MARTINEZ REUTERS

Najskuteczniejszy napastnik Chorwacji w eliminacjach Euro 2008 Eduardo Da Silva złamał nogę po brutalnym ataku rywala w meczu Birmingham - Arsenal i na pewno nie pojedzie na mistrzostwa Europy. W nocy z soboty na niedzielę przeszedł skomplikowaną operację.

SERWISY
Chorwacja jest rywalem Polski w grupie na Euro 2008, a Eduardo, Brazylijczyk z chorwackim paszportem, to czołowy napastnik tej reprezentacji. W 22 meczach kadry zdobył 13 goli, w tym aż 10 w eliminacjach Euro 2008 (o jednego więcej od Ebiego Smolarka).

Sprawcą tragedii Eduardo był obrońca Birmingham Martin Taylor, który w 2. minucie meczu wjechał wyprostowaną nogą w stopy Chorwata. Ten padł na murawę jak rażony piorunem, a kiedy spojrzał na nogę, zemdlał z bólu i przerażenia. Lekarze musieli mu podać tlen, a spotkanie przerwano na osiem minut.

Moment odniesienia urazu przez Eduardo wyglądał tak dramatycznie, że stacja SkySports postanowiła nie pokazywać powtórek. Na zamieszczenie zdjęć w swym internetowym wydaniu zdecydował się zaś podczas weekendu jedynie brukowy "News of the World". Stopa Eduardo wygląda na nim tak, jakby trzymała się tylko na strzępie skarpety...

Koledzy piłkarza byli w szoku. Cesc Fabregas zgiął się w pół, starając powstrzymać mdłości. A partner Eduardo z ataku, Emmanuel Adebayor padł na kolana, składając ręce w goście modlitwy. Chorwat, który w niedzielę obchodził 25. urodziny, został zabrany prosto do szpitala Selly Oak w Birmingham. W nocy przeszedł skomplikowaną operację. Na razie nie wiadomo, czy na jednej operacji się skończy oraz kiedy - i czy w ogóle - wróci do futbolu.

Sędzia Mike Dean natychmiast ukarał Taylora czerwoną kartką. Trener Arsenalu Arsene Wenger wezwał po meczu, by "zabronić temu człowiekowi gry w piłkę".

- Nie powinien już nigdy nie zagrać w Premier League! Nie ma przebaczenia za tak straszny faul, cała nasza drużyna przeżyła szok. Są tacy, którzy go bronią, mówią, że nie jest brutalem, zwykle tak nie fauluje... Są mordercy, którzy zabiją raz w życiu. Czy to oznacza, że nie powinni iść do więzienia? Przecież zostawił trupa! - grzmiał po meczu trener "Kanonierów".

W podobnych słowach wypowiadał się w ubiegłym sezonie trener Chelsea Jose Mourinho, gdy napastnik Aaron Hunt trafił kolanem w głowę Petra Cecha, powodując pęknięcie czaszki (bramkarz Chelsea do dziś broni w hełmie).

W niedzielę Wenger przeprosił za ostre słowa, tłumacząc się gorączką chwili. Dodał jednak, że od dawna przeczuwał, iż jego zespół może spotkać coś takiego. - Niestety, wielu ludzi uważa, że żeby powstrzymać Arsenal, trzeba skopać Arsenal.

- Cóż mogę powiedzieć, poza tym, że kocham tego chłopaka. Dudu jest dla mnie jak syn. Kiedy zobaczyłem w telewizji, co się stało, pomyślałem tylko: "Mój Boże!". Mniejsza z tym, czy zagra na Euro, najważniejsze, żeby jak najszybciej wrócił do zdrowia i futbolu - skomentował trener Chorwatów Slaven Bilić. - Pocieszam się, że Alan Smith miał podobną kontuzję, ale wrócił. Wybieram się odwiedzić Dudu w szpitalu - dodał.

Z Rio do Zagrzebia

Eduardo Da Silva urodził się w Rio de Janeiro. W 1999 roku 16-latka wypatrzyli skauci Dinama Zagrzeb i sprowadzili do Chorwacji. W 2004 został uznany za najlepszego piłkarza ligi chorwackiej. Od dwóch lat miał już wówczas obywatelstwo nowego kraju.

Poprzedni trener reprezentacji Chorwacji Zlatko Kranjcar nie miał do niego zaufania i nie zabrał na mundial do Niemiec. Za to Bilić po przejęciu kadry jesienią 2006 roku z miejsca uczynił Eduardo swoim ulubieńcem. A ten odwdzięczył mu się golem w debiucie przeciwko Anglii w eliminacjach Euro 2008 w Zagrzebiu (2:0).

Następnie Eduardo popisał się hat trickiem w wygranym 4:2 wyjazdowym meczu z Izraelem w Ramat Gan. To właśnie jego gol w wygranym 1:0 rewanżu z Izraelem w rewanżu Zagrzebiu, przypieczętował awans Chorwatów na Euro.

Latem 2007 przeszedł z Dinama do Arsenalu za 8,5 mln funtów w glorii następcy Thierry'ego Henry'ego. Zaczynał sezon jako rezerwowy. Dostał szansę po kontuzji Robina van Persie i wykorzystał ją, zdobywając dwa efektowne gole w debiucie przeciwko Evetonowi. W pierwszy dzień nowego roku zdobył gola już w 72. sekundzie derbowego meczu z West Ham (m.in. po przewrotce). W 16 spotkaniach zdobył dla "Kanonierów" cztery gole.

IPN bada zestrzelenie polskiego samolotu nad Czechosłowacją w 1975 r.

2008-02-24 09:01
Pion śledczy IPN bada sprawę zestrzelenia w 1975 r. nad Czechosłowacją polskiego samolotu, którym pilot chciał uciec na Zachód. Dionizy B. zginął, gdy czeski myśliwiec zestrzelił jego maszynę - co nastąpiło za zgodą polskich władz.

Jak dowiedział się dziennikarz PAP w źródłach w IPN, pion śledczy warszawskiego oddziału Instytutu chce wystąpić do strony czeskiej o materiały sprawy; poszukuje też jej dokumentów w archiwach wojska z lat PRL.

IPN ma nadzieję, że pozwoli to ustalić, kto z polskich władz odpowiada za przestępstwo przekroczenia uprawnień, które doprowadziło do śmierci pilota. IPN kwalifikuje ten czyn jako komunistyczną zbrodnię zabójstwa - za co grozi nawet dożywocie.

Śledztwo toczy się w sprawie przekroczenia w lipcu 1975 r. uprawnień przez nieustalonego funkcjonariusza publicznego z Dowództwa Wojsk Obrony Powietrznej Kraju. Według IPN, przestępstwo polegało na wydaniu - wbrew obowiązującym w Polsce regulacjom prawnym, za pośrednictwem Centralnego Stanowiska Dowodzenia Obrony Powietrznej CSRS w Pradze - zgody na zestrzelenie przez czeski myśliwiec polskiego samolotu cywilnego AN-2. W swym postępowaniu IPN analizuje też procedury prawne całej sytuacji.

AN-2 był w PRL podstawowym małym samolotem transportowym dla wojska; używano go też w lotnictwie cywilnym. Ten 12-metrowy jednośmigłowy dwupłatowiec konstrukcji radzieckiej mógł zabrać na pokład 12 osób.

Nie był to jedyny przypadek śmierci na terytorium CSRS Polaka, który zmierzał na Zachód. W 2002 r. zapowiadano, że IPN dostanie od swego czeskiego odpowiednika nazwiska Polaków zabitych w latach 1948-1956 podczas przekraczania granicy Czech z Niemcami i Austrią. W sprawie ofiar "czeskiej granicy" śledztwa prowadzą obie instytucje.

Ówczesny szef pionu śledczego IPN prof. Witold Kulesza mówił wtedy, że Polacy dążący w latach stalinizmu na Zachód padali w Czechach ofiarą "śmiertelnej pułapki" - zasieków pod napięciem 5 tys. volt. "Były one niewysokie, przez co można było się łudzić, że nie są trudne do sforsowania. Nigdzie nie było jednak ostrzeżenia, że dotknięcie drutu spowoduje natychmiastową śmierć" - powiedział Kulesza. "Dlatego też obie strony zgodnie oceniają to jako postać zbrodni komunistycznej" - dodał.

pap, ss

Polityka wschodnia do góry nogami

Maja Narbutt 24-02-2008, ostatnia aktualizacja 25-02-2008 06:36

Polityka zagraniczna polskiego rządu zbiera fatalne recenzje. Nasi wschodni sąsiedzi nie mogą zrozumieć, dlaczego premier Tusk zdążył już być w Berlinie i Moskwie, a ciągle nie wyznaczył terminu wizyty w Kijowie – pisze Maja Narbutt, publicystka „Rzeczpospolitej”

Polska granica wschodnia
autor zdjęcia: Dariusz Majgier
źródło: Fotorzepa
Polska granica wschodnia

– Po raz pierwszy od czasu odzyskania przez Ukrainę niepodległości mamy wrażenie, że Polacy nie są z nami szczerzy. Wygląda na to, że gwałtownie zmieniacie swą politykę – mówi „Rzeczpospolitej” Leonid Krawczuk, pierwszy prezydent Ukrainy.

– Nie chcę oceniać polskiej polityki zagranicznej – zastrzega jeden z najbardziej znanych polityków Europy Wschodniej Vytautas Landsbergis. – Powiem jedno: w polityce trzeba mieć wizję. Nie można żyć tylko dniem dzisiejszym i kalkulować, co w tej chwili się opłaca. Pragmatyzm łatwo staje się konformizmem i kończy fatalną Realpolitik. Nie zawsze trzeba wsłuchiwać się w głos europejskich stolic, tańczyć pod muzykę z Berlina.

Polska traci pozycję regionalnego lidera. Rezygnuje z tego, co było jej siłą – mówi litewski politolog Vytautas Radżvilas – Polska polityka wschodnia zmieniła się całkowicie. Wygląda na to, że nowa ekipa postanowiła zniszczyć to, co robili poprzednicy – dodaje znany ukraiński pisarz Jurij Andruchowycz.

Piłsudski przewraca się w grobie

Kiedy rozmawia się z intelektualistami ukraińskimi, można usłyszeć, że „Piłsudski przewraca się w grobie”, bo Polska przestała rozumieć, że jej racja stanu wymaga wolnej, silnej Ukrainy. Analitycy polityczni mówią, że rezygnujemy z ambicji regionalnego lidera. Polityka zagraniczna nowego polskiego rządu zbiera fatalne recenzje. Nasi wschodni sąsiedzi nie mogą zrozumieć, dlaczego premier Donald Tusk w ciągu 100 dni swych rządów zdążył być w Berlinie i Moskwie, a ciągle nie wyznaczył terminu wizyty w Kijowie. Wniosek płynie jeden – w polskiej dyplomacji ciągłość nie obowiązuje. Nowa ekipa potrafi być nieprzewidywalna.

— Nie ma znaczenia, kiedy dojdzie do spotkania premierów Polski i Ukrainy, bo w końcu do niego dojdzie. Nie jest ważne, czy Donald Tusk pojedzie do Kijowa, czy premier Tymoszenko – do Warszawy — tłumaczy poseł PO, szef sejmowej komisji spraw zagranicznych Krzysztof Lisek. — Staramy się rozwiać niepokój naszych wschodnich partnerów, że w polskiej polityce zagranicznej dzieje się coś złego. Długo rozmawiałem na ten temat z doradcę prezydenta Litwy. A dlaczego Litwini czują niepokój? Nie wiem. Może to wpływ publikacji prasowych.

Mniej lub bardziej oficjalnie z Kancelarii Premiera Tuska płyną sygnały, że polityka polityka wschodnia – zwłaszcza wobec Ukrainy – ma być oparta na racjonalnych przesłankach. Skrupulatnie sprawdzimy, co dostaliśmy od Ukrainy za wspieranie jej aspiracji proeuropejskich. Policzymy, czy Ukraińcy nie chcą od nas za dużo. I – jak powiedział dziennikarzom jeden z liderów Platformy Obywatelskiej – „nie damy się szantażować Giedroyciem”, czyli przekonaniem, że Polacy i tak muszą wspierać wolną Ukrainę, bo wymaga tego nasza racja stanu.

W teorię, że nowy rząd mógłby myśleć o polityce z Ukrainą w kategorii symetrii i kierować się doraźnym rachunkiem politycznym, trudno uwierzyć byłemu prezydentowi RP Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, którego mediację w czasie pomarańczowej rewolucji Ukraińcy wspominają do dziś. – Wielkie strategie są budowane przez wielkich polityków, a nie sklepikarzy, którzy liczą każdy grosz, żeby bilans się im zgadzał – podkreśla Aleksander Kwaśniewski. – Powiem szczerze: ciągle powinniśmy dawać więcej niż brać, bo gramy o dużą stawkę.

Polacy nie lubią czekistów

Kiedy pytam Vytautasa Landsbergisa, co premier Polski mógł uzyskać, składając wizytę na Kremlu, zapada milczenie. – Nic, właściwie nic. I nawet 100 uśmiechów nie zdoła przekonać Putina, że Polacy lubią czekistów – mówi w końcu pierwszy przywódca niepodległej Litwy.

Fakt, że Donald Tusk pojechał do Moskwy, nie wzbudził emocji u naszych wschodnich sąsiadów. Pojawiły się wprawdzie głosy krytyczne, ale w końcu wizyta polskiego premiera była wewnętrzną sprawą Polski. Jednak sugestia, że premier Tusk mógł dokonać przełomu w stosunkach z Rosją, spotyka się ze sceptycyzmem. Politycy i analitycy są skłonni najwyżej przyznać, że mógł wysłać sygnał pod adresem Brukseli. – Polacy chcą ułożyć sobie sobie stosunki z Rosją – powtarzają, dodając jednak, że ten sygnał mógł zostać na Kremlu niewłaściwie zinterpretowany. Bo polityczne gry z Rosją to zajęcie tylko dla doświadczonych graczy.

– Kreml stosuje zasady obowiązujące w rosyjskich łagrach. Kiedy pojawia się ktoś nowy, stara się go zaskoczyć, sprawdza, gdzie jest jego słaby punkt. Jeśli ten ktoś się cofnie, okaże słabość, to już przegrał – tłumaczy Audrius Baculis, komentator opiniotwórczego tygodnika „Veidas”.

Rosja poważnie traktuje jedynie twardych polityków. Taką opinię – dla jednych oczywistą, dla drugich obrazoburczą – warto wziąć pod uwagę, zważywszy, że wygłasza ją Vytautas Landsbergis, który latami kreował stosunki swego kraju z wielkim wschodnim sąsiadem i nie ugiął się pod jego presją. – Na Kremlu szacunek budzi wyłącznie stanowczość – mówi Landsbergis i z pewną przekorą dodaje: – Nie chciałbym, by powstało wrażenie, że Landsbergis namawia Polskę, by drażniła Rosję. Ale argument, że coś „drażni Rosję ”jest nadużywany. Bo w końcu, czy ponosimy odpowiedzialność za stany emocjonalne Rosji?

Być jak Jarosław

– Polska traci pozycję regionalnego lidera. Rezygnuje z tego, co było jej siłą. Mam wrażenie, że ta prawda do Polski nie dociera: znaczna część litewskich elit jest zachwycona braćmi Kaczyńskimi – mówi politolog z Litewskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych Vytautas Radżvilas. – Zdajemy sobie też sprawę, że za swą twardą politykę międzynarodową Kaczyńscy płacili wysoką cenę osobistą i moralną.

Kiedy tydzień temu w 80. rocznicę odzyskania przez Litwę niepodległości odbyła się w Wilnie międzynarodowa konferencja historyczna pod patronatem prezydenta Valdasa Adamkusa, jej polscy uczestnicy ze zdumieniem słuchali entuzjastycznych opinii o „charyzmatycznych Kaczyńskich”.

– Litewscy politycy bardzo szanują Kaczyńskich. Nie są to może mili faceci, gładcy politycy mówiący tak, by nikogo nie urazić. Ale to twardzi zawodnicy, którzy bez kompleksów walczą o narodowe i regionalne interesy – przyznaje jeden z najbardziej znanych litewskich komentatorów Audrius Baculis.

W kręgu litewskich dziennikarzy politycznych można usłyszeć plotki, kto z młodych polityków stylizuje się na Jarosława Kaczyńskiego, zaś w kuluarach MSZ mówi się, że Polska do tej pory działała w instytucjach europejskich jak taran – wywalała drzwi, przez które Litwini mogli wejść i przedstawić swe racje. – Takiej twardości brakuje litewskim politykom. Kiedy premier Giedyminas Kirkilas pojechał do Brukseli, by załatwić zgodę na przedłużenie działania elektrowni atomowej w Ignalinie, wyszedł z ważnego gabinetu po pięciu minutach i powiedział, że jakoś sobie poradzimy bez Ignaliny – opowiada litewski dziennikarz. – Wszyscy aż jęknęli. I pomyśleli: a Polacy by nie ustąpili.

Twardą grę prezydenta Lecha Kaczyńskiego Litwini odczuli osobiście. Podczas ubiegłorocznej jesiennej wizyty w Wilnie okazało się, że nie podpisze on umowy o moście energetycznym. Uznał, że wspólne projekty energetyczne w proponowanym kształcie nie są dla Polski korzystne. – Reakcje mediów były wręcz histeryczne. Kaczyńskiego atakowano bezpardonowo, zarzucając mu zdradę polsko-litewskich sojuszy – mówi miejscowy polski dziennikarz. – Kiedy wystąpił w telewizji, w ostatniej chwili, gdy już odpinał mikrofon, dziennikarka spytała prowokacyjnie: – To Wilno nasze czy wasze?”, Kaczyński odparł spokojnie: – Nie ukrywam, że kiedy patrzę tu przez okno, boli mnie serce. Ale myślę, że Niemcy we Wrocławiu czują to samo.

Partnerstwo strategiczne? Niekoniecznie

W rozluźnionej atmosferze towarzyszącej nieoficjalnej wizycie w Wilnie jeden z liderów Platformy udzielał wywiadu polskiemu dziennikarzowi. – Partnerstwo strategiczne z Litwą? Ja nigdy takiego terminu nie używałem – mówił, tłumacząc, że „nie można budować Unii w Unii albo NATO w NATO”, a „starą polską chorobą jest, że najpierw się mówi hop, a potem skacze”.

Kilka godzin później, w popłochu, postarał się o wycofanie wypowiedzi. Gdyby wywiad opublikowano w całości, z pewnością wybuchłby skandal. W najlepszym wypadku litewskie elity uznałyby to za dowód niekompetencji polskiego polityka.

– Dlaczego Litwa sprzedała Orlenowi pakiet kontrolny w rafinerii w Możejkach? Właśnie dlatego, że jesteście naszym partnerem strategicznym. Ostateczna decyzja zapadła po telefonie prezydenta Kaczyńskiego do naszego prezydenta, gdy zrozumieliśmy, że Polsce naprawdę na tym zależy – wspomina jeden z litewskich polityków, który z bliska obserwował negocjacje.

Gdyby Litwini doszli teraz do wniosku, że Polska prowadzi nieszczerą grę, polskie inwestycje stanęłyby pod znakiem zapytania. – Orlen chce kupić całość akcji rafinerii. Na Litwie jest już wystarczająco duży polski kapitał, by nasz rząd się na to nie zgodził – tłumaczy jeden z litewskich polityków. – Kaczyńscy napełnili pojęcie „partnerstwo strategiczne” prawdziwą treścią. Jeśli jednak coś się zmieni w naszych relacjach lub Polska wycofa się ze wspólnych projektów energetycznych, możecie nie mieć złudzeń, że polscy inwestorzy coś u nas osiągną.

Rozwiane złudzenia

Kiedy rozmawia się z ukraińskimi politykami i intelektualistami, trudno się oprzeć wrażeniu, że im przyjaźniej traktowali dotąd Polskę, tym bardziej czują się rozgoryczeni. – Psychologicznie staram się zrozumieć, dlaczego nowa polska ekipa tak wywróciła całą wschodnią politykę. I doszedłem do wniosku, że zrobiła to, by się różnić od poprzedników. Tak dziecinnie, na złość, nie oglądając się na skutki – mówi literacką polszczyzną znany pisarz Jurij Andruchowycz. – I chciałbym, by było jasne: wszyscy moi znajomi w Polsce głosowali na PO. Ja też myślałem, że dla Polski i dla Ukrainy to najlepszy wybór. Młodzi liberalni politycy, zamiast konserwatywnych nacjonalistów, jak pisały o Kaczyńskich zachodnie gazety. Dziś gorzko tego żałuję.

O swoim rozczarowaniu mówi również lwowski publicysta piszący na tematy polsko-ukraińskie Anton Borkowski. Uważa, że nowy rząd trwoni kapitał zaufania do Polski, jaki przez lata wypracowali jego poprzednicy, i zdążył już podważyć polską rację stanu. – Aksjomatem polskiej polityki wschodniej od czasu Piłsudskiego było to, że trzeba wzmacniać mocną, suwerenną Ukrainę, bo wymaga tego wasz interes narodowy – mówi Borkowski. – Piłsudski przewraca się dziś w grobie. A ja, antykomunista, powiem otwarcie – postkomunista Aleksander Kwaśniewski, który według wielu Ukraińców zadecydował o zwycięstwie pomarańczowej rewolucji, rozumiał sprawy, których nie może pojąć były opozycjonista z Gdańska.

Nieodrobione lekcje

Polityka Polski wobec Ukrainy nie jest przedmiotem debaty w tym kraju. Skomplikowana sytuacja wewnętrzna sprawia, że uwaga Ukraińców koncentruje się na innych sprawach niż publiczne rozważanie, dlaczego właściwie premier Tusk nie znalazł czasu na wizytę w Kijowie. – Polska przestaje być u nas widoczna. Niedługo wszyscy do tego przywykną, zapomną, że było inaczej – przyznaje politolog Myroslaw Popowycz.

– Nie wpadam w panikę, nie mówię, że już stało się nieszczęście. Ale jeśli premier Tusk nie odrobi tego zadania, jakim jest poznanie liderów ukraińskich i sam nie da się poznać ukraińskiej opinii publicznej, będzie to miało fatalne skutki dla Polski – uważa Aleksander Kwaśniewski. – Tracimy kompetencje, za które nas ceniono. Bo dla świata jesteśmy wiarygodni nie jako mediator w kwestii serbsko-kosowskiej, ale jako ekspert od Ukrainy.

Kiedy Kwaśniewski był prezydentem Polski, na zamkniętych posiedzeniach liderów NATO referował kwestie ukraińskie, a eksperci robili notatki. Kompetencje w kwestii Gruzji zdobył prezydent Lech Kaczyński. Gdy w Gruzji wybuchł kryzys polityczny i Micheil Saakaszwili wprowadził stan wyjątkowy, Kaczyński nie przyłączył się do powszechnego wówczas potępienia prezydenta Gruzji.

Razem z prezydentem Litwy Valdasem Adamkusem podjął w Tbilisi rozmowy z liderami opozycji i z Saakszwilim. Kiedy Saakaszwili wygrał przedterminowe wybory, obaj szefowie państwa byli honorowymi gośćmi na inauguracji jego prezydentury, a wszyscy eksperci twierdzą, że Polska jest traktowana w regionie jako przedstawiciel UE.

– Jeśli nowa polska ekipa odsuwa się od robienia polityki wschodniej, to znaczy, że ma prowincjonalne kompleksy – mówi jeden z czołowych analityków ukraińskich. – Bo co tak naprawdę znaczycie dla Rosji? Kiedy Putin rozmawia z Tuskiem, ani przez moment nie myśli, że polski premier jest dla niego partnerem. Putin ma władzę absolutną w imperium, a gdy ją odda, będzie i tak potężny jako multimiliarder. Polski polityk liczy się tylko wtedy, gdy ma wizję i umie podjąć wielką strategiczną grę, której stawką jest przyszłość Ukrainy.

Źródło : Rzeczpospolita

Wojciech Cejrowski


Gringo przy domowym ognisku



Lubi, jak jest gorąco. Dlatego wszędzie, gdzie się pojawi, podgrzewa atmosferę. Wojciech Cejrowski słynie z radykalnych poglądów i niewyparzonego języka. Kiedyś Pierwszy Kowboj RP rodem z Ciemnogrodu, dziś obywatel świata. Podróżnik, gawędziarz, pisarz. Nam zdradza, że wkrótce opuści kraj na stałe. Dlaczego w Polsce czuje się jak kwiatek przypięty do kożucha?



fot. Ons
Spotykamy się w warszawskim domu Wojtka, w przestronnym gabinecie, który on nazywa „biurem”. O tym, że nie jest to zwykłe biuro, przypominają jaskrawo kolorowe ściany i kominek, w którym pali się bez przerwy. „Zimą ogień zastępuje mi słońce”, wyjaśnia gospodarz. „Wstaję wcześnie rano, piję yerba mate i czytam. Lubię wtedy czuć na policzkach żar, grzeję się ciepłem, wącham dym”. W pobliżu kominka wygrzewają się dwa koty. Na ścianach zdjęcia z podróży do dzikich indiańskich plemion. Dzidy, strzały, maski. W gabinecie centralne miejsce zajmuje potężne, drewniane biurko. Tu Wojtek przygotowuje audycje radiowe i programy telewizyjne. W zasięgu ręki ma swoje ukochane płyty i książki. Na biurku telefon. Jedyny, na który można się do niego dodzwonić, bo komórek nie uznaje. „Utrudniają kontakty. Ludzie zamiast spotkać się, wysyłają esemesy”, wyjaśnia.

GALA: Ojciec nazywał cię komediantem?

WOJCIECH CEJROWSKI: Bo ja dość często robię z siebie durnia. Czasami celowo. Kiedy przypływam do indiańskiej wioski i nie wiadomo, jak mnie przyjmą tubylcy, staram się ich rozbawić – człowiek zabawny nie jest groźny. Poczucie humoru trenowałem w rodzinnym Osieku. Funkcjonowałem tam na uprzywilejowanych zasadach – byłem dziwakiem z rodziny dziwaków. Już w dzieciństwie wiedziałem, że istnieją w przyrodzie ludzie, którzy odstają od reszty, są jak kolorowy kwiatek do kożucha. U nas to rodzinne. Mój ojciec Stanisław Cejrowski w zgrzebnych czasach PRL-u zajmował się jazzem, nosił długie włosy i brodę. Z kolei dziadek słynął z ułańskiej fantazji i z tego, że puszcza oko.

GALA: Puszcza oko?

WOJCIECH CEJROWSKI: To był jego popisowy numer. Miał szklane oko i jak chciał towarzystwo rozbawić, puszczał oko i ono wpadało do szklanki, budząc ogólną uciechę i wesołość. Pamiętam pogrzeb. Dziadek leży w trumnie. Zimno jak piorun. Jeden z biskupów mszę odprawia i nagle ciotka Lila na cały głos szepce do ojca: „Stach, ty żeś oko mu włożył w kieszeń?”. Zatrzymują mszę, bo ciotka musi dwie ulice przelecieć z katedry w Pelplinie do domu. Potem przynosi szklane oko i wkłada dziadkowi do kieszeni.

GALA: Odziedziczyłeś zdolność rozbawiania ludzi, chciałeś być aktorem.

WOJCIECH CEJROWSKI: Miałem taki zamiar. Zdałem nawet do szkoły aktorskiej. Byłem na jednym roku z Jolantą Pieńkowską i Andrzejem Chyrą. Mówiono, że mam talent. Szybko jednak przekonałem się, że to nie dla mnie. Zmieniłem studia na bardziej „umysłowe”, a aktorem bywam w życiu lub podczas występów.

GALA: Twój obecny wizerunek to kolorowe koszule, bose stopy i termos z yerba mate. Jesteś wyluzowany, uśmiechnięty. Jak wspominasz Cejrowskiego z „WC Kwadransa”?

WOJCIECH CEJROWSKI: Wtedy byłem młodziak, teraz jestem zawodowiec. W wyglądzie zewnętrznym tamtego „wuceta” było coś faszystowskiego. Ta koszula zapięta sztywno pod szyją. Kubek, którym walił w stół. No i napięta gęba rewolucjonisty. Dziś mi się nie podoba. Ale poglądów nie zmieniłem! W sprawach moralnych i religijnych jestem ekstremistą niezdolnym do kompromisów i dyskusji.

GALA: W tym momencie życia jesteś...

WOJCIECH CEJROWSKI: ...w szczycie formy i talentu. Wiem, że teraz muszę dać z siebie jak najwięcej. Dlatego skupiam się na pracy. Wyciskam siebie jak cytrynę. Przy programie telewizyjnym „Boso przez świat” narzuciłem sobie katorżnicze tempo, za to audycje radiowe to dla mnie odpoczynek i przyjemność.

GALA: Piszesz też książki. Najnowsza, nad którą jeszcze pracujesz, to „Puerto Vagabunda” (Port Wagabunda). Opowiada o twojej wielkiej włóczędze?

WOJCIECH CEJROWSKI: Włóczę się po świecie od 20 lat. Tym razem jednak nie opisuję konkretnej wyprawy. Piszę o tym, że idąc przez życie, zostawiamy po sobie ślady – dobre, złe, czasami przypadkowe.

GALA: Na przykład?

WOJCIECH CEJROWSKI: Zostawiłem swój ślad w jednym bardzo nudnym miejscu, między Panamą a Kolumbią. Wokół są same bagna i całymi dniami czeka się na łódź. Nigdy nie wiadomo, kiedy przypłynie. Ludzie siedzą na pomoście, machają nogami i nudzą się jak mopsy. Ja nauczyłem ich grać w pokera.

GALA: W pokera? Przecież nie znają kart!

WOJCIECH CEJROWSKI: W pokera rybnego. Wymyśliłem go na poczekaniu. Chodzi o to, żeby nie pokazać, co wkładasz na haczyk, a jednocześnie zadeklarować, jaką rybę złapiesz. No i musisz wyłapać je gatunkami i ułożyć na pomoście karetę, fula, dwie pary... Oczywiście za pieniądze. Kiedy wróciłem tam po roku, grali wszyscy bez wyjątku. Sprzedawali swoje córki, zastawiali domy. Mało tego, nauczyli się blefować, a to do Indian niepodobne. No i trzeba ich było z tego hazardu odczarować.

GALA: Jak to zrobiłeś?

WOJCIECH CEJROWSKI: Z pomocą lokalnego misjonarza, który wytłumaczył Indianom, że Pachamama (czyli Matka Ziemia) surowo karze tych, którzy bawią się jedzeniem. Poskutkowało.

GALA: Będąc w tropikach, nie tęsknisz do kraju?

WOJCIECH CEJROWSKI: Nie. Może dlatego, że nie lubię zimna i śniegu, przymusu chodzenia w butach. Nie lubię spędzać tu Bożego Narodzenia, robię to dla rodziców. Nie przepadam za bigosem i barszczem, rybę wolę na Karaibach, a lampki na palmie. W podróży ładuję akumulatory, nasycam się przeżyciami, kolorami i zapachami. Wracam, żeby o tym pisać i opowiadać.

GALA: Jak rozbudzasz wenę?

WOJCIECH CEJROWSKI: Nie mam zasłon w sypialni. Rano wstaję razem ze słońcem. Szukam w domu najgorętszego miejsca, tam siadam z komputerem. Od południowej strony. Kocham, jak jest parno. Lubię być zlany potem. Wtedy mi się doskonale pisze. Przez sześć godzin pracuję jak w transie, nie odbieram telefonów. Słońce zachodzi, zamykam komputer, kończę. Może to śmieszne, ale podczas pisania lubię mieć na palcu pierścionek. Przywożę je sobie z różnych miejsc. Kiedy piszę o Karaibach, wkładam pierścionek z koralowca, kiedy o Saharze – wybieram pierścień jak z „Baśni z 1001 nocy”. Uwielbiam biżuterię, ale noszę ją tylko po domu. Wstydziłbym się tak wyjść na ulicę.

GALA: Dlaczego?

WOJCIECH CEJROWSKI: Bo w naszym kręgu kulturowym facet obwieszony biżuterią wysyła sygnał, że jest gejem. A ja się tym brzydzę.

GALA: A co z potrzebą wolności?

WOJCIECH CEJROWSKI: Zawsze miałem potrzebę wolności słowa. Jeszcze w szkole zorganizowałem „ścianę płaczu”. Rozwiesiłem na ścianach kartony i każdy mógł podejść i napisać, co chciał. Byłem bardzo dumny z tego pomysłu do czasu, gdy zobaczyłem jedną z nauczycielek. Starsza pani po przeczytaniu merytorycznie słusznego wierszyka na swój temat zalała się łzami. Zrobiło mi się przykro. Po cichu wycofałem się z eksperymentu, ale nie z walki o wolność słowa. „WC Kwadrans” to był mój agresywny wrzask sprzeciwu wobec kneblowania myślących konserwatywnie.

GALA: Zacząłeś być postrzegany jako „ortodoksyjny katol”, „homofob”.

WOJCIECH CEJROWSKI: Jestem katolem i homofobem. I nie mam zamiaru się z tego leczyć. Podobnie jak ktoś, kto nie lubi pająków, nie musi leczyć się z arachnofobii. Odmówiono mi prawa do głoszenia poglądów. Nowa władza zdjęła program z anteny. Dostałem coś w rodzaju wilczego biletu. Przez dwa lata nigdzie nie mogłem znaleźć pracy, wszystkie drzwi były zamknięte. Bywało, że wpraszałem się do mamy, żeby podjeść sera z lodówki.

GALA: Myślałeś wtedy o emigracji?

WOJCIECH CEJROWSKI: Oczywiście, ale to by wyglądało na ucieczkę. Wyjechał, bo mu się nie udało, bo przegrał. O nie! Mam duszę wojownika, nie mogłem uciec cichaczem. Wyjeżdżać trzeba z wyboru, a nie z musu. W momencie, gdy wiedzie mi się świetnie, emigracja jest świadomym wyborem.

GALA: Teraz jest taki moment. Wróciłeś do łask. Wszędzie cię pełno: w telewizji, w radiu, na targach książki. Wyjeżdżasz na stałe?

WOJCIECH CEJROWSKI: Tak, decyzja zapadła. Czuję się tu coraz bardziej obco. W kraju i w Europie. Europa jest starym kontynentem, zmurszałym intelektualnie i zbiurokratyzowanym. W Ameryce trzeba sobie radzić samemu, a to wyzwala inicjatywę i zaradność.

GALA: Kupiłeś ziemię w Ekwadorze. Osiądziesz tam na stałe?

WOJCIECH CEJROWSKI: Nie zamierzam nigdzie osiadać! Osiada muł w rzece, ja wolę być jak żywe srebro, w ruchu. A Ekwador to tylko inwestycja, planuję też kupno ziemi w Gdańsku. Robię różne interesy, inwestuję, lubię, jak pieniądze na mnie pracują.

GALA: Sam sfinansowałeś wszystkie swoje wyprawy. Zawsze byłeś zaradny?

WOJCIECH CEJROWSKI: Uczyłem się tego od dzieciństwa. Już w podstawówce zarabiałem więcej niż dorośli z rodziny. Wstawałem o czwartej rano i z pożyczonym wózkiem objeżdżałem kempingi. Zbierałem słoiki po dżemie, myłem w jeziorze i sprzedawałem gospodyniom.

GALA: Kręciłeś też lody.

WOJCIECH CEJROWSKI: A tak (śmiech). W czasach, gdy wszystkiego brakowało, kupowałem bańkę lodów i dodawałem smalec. I nagle robiły się z tego dwie bańki. Lody sprzedawałem na odpustach i wszystkim bardzo smakowały.

GALA: A jak sobie radziłeś w Warszawie?

WOJCIECH CEJROWSKI: Wiązałem choinki pod Halą Mirowską. Ale dużo więcej zarabiałem u cinkciarzy pod hotelem Victoria. Mój tata organizował festiwal Jazz Jamboree, na który przyjeżdżali zagraniczni muzycy. Nie chcieli wymieniać pieniędzy po oficjalnym kursie, więc ojciec wysyłał mnie do cinkciarzy. A potem oni zatrudnili mnie jako kuriera. Rozkręciłem jeszcze jeden interes. Sprowadzałem z Meksyku kolorowe majtki.

GALA: Do Meksyku wyjechałeś „sposobem”...

WOJCIECH CEJROWSKI: Znalazłem ogłoszenie, że grupa naukowców potrzebuje tłumacza na wyprawę. Nie określili, o jaki język im chodzi. Zgłosiłem się i pojechałem z nimi. Byli przekonani, że znam hiszpański, dopiero na miejscu powiedziałem, że jestem tłumaczem, ale z angielskiego. Poradziłem sobie, bo łatwo się uczę. Pod koniec wyprawy swobodnie dogadywałem się z Meksykanami.

GALA: Teraz znasz kilka języków, umiesz nawet naśladować lokalne dialekty.

WOJCIECH CEJROWSKI: Dzięki temu w Kolumbii uchodzę za Meksykanina, a w Nowym Jorku za przedstawiciela mniejszości włoskiej.

GALA: Powiedziałeś, że do podróży popycha cię ciekawość i zdziwienie, że ludzie mogą się tak różnić. Jeszcze tej ciekawości nie zaspokoiłeś. Wciąż chcesz poznawać coś nowego?

WOJCIECH CEJROWSKI: Coś nowego! To jest właśnie to współczesne myślenie. Nowy model samochodu, nowa żona, nowy dom, nowa praca. Mnie nie interesuje to, co nowe. Lubię wracać do starych miejsc i wielokrotnie oglądam stare fi lmy. Na przykład z braćmi Marx.

GALA: To dlatego przedstawiasz się jako „marksista”.

WOJCIECH CEJROWSKI: Przedstawiam się też jako mateista, odkąd odkryłem miłość do yerba mate.

Rozmawia: Magda Rozmarynowska
Nr 6-7/2008, od 4 do 17 lutego