wtorek, 19 sierpnia 2008

LA Starszy szeregowy wykonał zadanie

Krzysztof Rawa 20-08-2008, ostatnia aktualizacja 20-08-2008 07:38

Srebro Piotra Michałowskiego - powtórka z pchnięcia kulą była blisko. Polski dyskobol przegrał konkurs olimpijski tylko z mistrzem świata Gerdem Kanterem z Estonii

autor zdjęcia: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa

Dwunastu wielkich ludzi wyszło na bieżnię, gdy Irena Szewińska w powadze członka Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego pojawiła się na stadionie, by dekorować tyczkarki. Przy Jelenie Isinbajewej zatrzymała się dłużej, coś jej szepnęła do ucha, może, że odchodzi z posady, bo nagle rosyjska mistrzyni zalała się łzami i płakała przez cały hymn – wyglądała jak mała skrzywdzona dziewczynka z Wołgogradu.

Po chwili dyskobole mieli już całe boisko dla siebie i zaczęli. Piotr Małachowski to oczywiście kawał chłopa, 192 cm wzrostu, 122 kg oficjalnej wagi. W dysku takie rozmiary to bliżej średniej. Na lewym ramieniu tatuaż, na prawym, tym od rzucania, nic. Machnął 66,45 m, dysk wylądował blisko prawej linii ograniczającej pole rzutów, siłacz puknął się w głowę, nie był zadowolony. Małachowski od czterech lat wygrywa walkę o tytuł najlepszego w Polsce, ale na świecie jeszcze się nie pokazał. W Göteborgu na mistrzostwach Europy był szósty, w Osace na mistrzostwach świata 12. Lepiej mu szło w mityngach, lecz mityngi nie budują sławy dyskoboli.

Miejsce w towarzystwie

Ostatnimi czasy najsławniejszych jest dwóch: Gerd Kanter i Virgilius Alekna. Estończyk w końcu odebrał Litwinowi tytuł mistrza świata i wiele wskazywało na to, że rewanżu na igrzyskach nie będzie. Kilku innych rzucało już ponad 70 m, Polak miał w tym towarzystwie w miarę mocne miejsce ze swoim nowym rekordem życiowym i kraju jednocześnie – 68,65. Ten rekord padł w Sopocie 27 lipca, tuż przed startem igrzysk. Wygrane olimpijskie kwalifikacje wzmocniły optymizm.

W polskim obozie na trybunach zasiadła silna grupa wsparcia: mistrz olimpijski w pchnięciu kulą Tomasz Majewski i siódmy młociarz igrzysk Szymon Ziółkowski. Wywiesili przez poręcz biało-czerwoną flagę i czekali.

Nerwy dyskoboli

Drugi rzut wybił ich w górę. Małachowski posłał dysk na odległość 67,82 m, ryknął, jak ryczy miotacz w chwilach największego napięcia, i jeszcze podskoczył, by rozładować resztki skumulowanych emocji. To był wynik, którym wygrywa się największe zawody. Nikt nie zwyciężył w igrzyskach z rezultatem powyżej 70 m, nawet w pięknych latach 80., gdy dopingowiczów nikt poważnie nie ścigał. Teraz było podobnie – większość rywali nie radziła sobie z granicą 66 m, dyskobole, jak kulomioci, są nerwowi.

Trzecia kolejka dała Kanterowi miejsce za Polakiem, ale przed Alekną. Małachowski się nie poprawił, ale przez chwilę miał trzy najlepsze wyniki konkursu. Wolno już było marzyć o medalu. Miotacz ma mazowieckie korzenie, jak Majewski. Urodzony w Żurominie, zamieszkały w Bieżuniu nad Wkrą; miasteczko ma 2000 mieszkańców, blisko stamtąd do Ciechanowa.W młodości grał na trąbce w bieżuńskiej orkiestrze dętej Ochotniczej Straży Pożarnej. Uroczystości gminne, pogrzeby i śluby, jak trzeba było, obsłużył. Z rzucania dyskiem i trąbienia w młodym wieku wyżyć się nie da, więc jeszcze dorabiał jako bramkarz, taki od zabaw i dyskotek.

Połączyć sport z zarabianiem nie jest łatwo, nowe środki dało więc wojsko zawodowe, do którego wstąpił. Starszy szeregowy Małachowski w czwartej próbie konkursu w Pekinie jeszcze raz podjął próbę postraszenia rywali, ale to raczej rywale postraszyli jego. Alekna – 67,79 m, tylko 3 cm mniej od lidera, i wreszcie wyszła olimpijska złota próba Kanterowi – 68,82 m. Polak spadł na drugie miejsce.

Gimnastyka szwedzka

Tomasz Majewski zasłonił twarz, jego przyjaciel z mazowieckiej szkoły rzutów był wyraźnie zagrożony. Mimo wszystko zachował spokój. Położył swoje 120 kg na bieżni, zaczął rozciągać pas biodrowy. Rywali coś tknęło, bo nagle niemal wszyscy ruszyli do gimnastyki. I dwumetrowy Litwin, i 4 cm niższy Estończyk, Niemiec i nawet ciemnoskóry Hiszpan z Kuby Yennifer Frank Casanas. Zabawnie wyglądała ta gimnastyka szwedzka kolosów, ale też szybko się skończyła.

W konkursie był też Robert Fazekas, niedoszły mistrz z Aten, któremu odebrano medal z powodu niedopełnienia obowiązków przy pobraniu próbki moczu; całe Szombathely złożyło się na drugi, nawet większy. Węgier przerywał karierę, wracał, w ostatniej chwili zakwalifikował się na igrzyska. Uniknął losu Katherini Thanou, MKOl nie był przesadnie pamiętliwy i dopuścił go do rywalizacji. Powrót nie zrobił wrażenia – siódme miejsce, 3 m za Polakiem.

Druga połowa konkursu już niczego nie zmieniła. Kanter spokojny, Małachowski jakby za bardzo zadowolony, że ma srebro, już nie kręcił się w kole tak szybko. Alekna nie dowierzał przez chwilę smutnej prawdzie, że są już lepsi. Spalił ostatnie rzuty. Polak nie atakował, tylko po ostatniej próbie przestąpił celowo linię koła i zaczął swą radość. Jak potem cieszą się polscy miotacze, z grubsza można się domyślać, miny Majewskiego i Ziółkowskiego czekających na wicemistrza olimpijskiego obiecywały wiele.

Jest drugi polski medal w lekkiej atletyce, drugi w rzutach. W finałach są jeszcze dwie młociarki (Kamila Skolimowska i Anita Włodarczyk) i jedna oszczepniczka (Barbara Madejczyk). Dziś w finale na 400 m przez płotki pobiegnie Anna Jesień.

Więcej informacji z igrzysk: www.rp.pl/pekin2008

O awans trzeba pytać dowódcę

Piotr Małachowski, Wicemistrz olimpijski

Rz: Czy złoto było poza pańskim zasięgiem?

Piotr Małachowski: Szczerze mówiąc, tak. W czwartej próbie Estończyk rzucił tak daleko, że choć mówiłem sobie: walcz do końca, to po nieudanych rzutach stwierdziłem, że nie ma szans. Byłem już naprawdę zmęczony i chyba już zbyt zadowolony.

Co pod koniec zawiodło?

Nic nie zawiodło. Konkurs dość długo trwał. Masa, którą muszę rozkręcić, jest dosyć duża, dochodzi stała rozgrzewka, ruch, trudno jest utrzymać pełną moc. Szybkie nogi są moim atutem, ale czułem się już ociężały, wolny. I tak jestem zadowolony: srebro, trzeci wynik w życiu, czegóż chcieć więcej.

Czy sądził pan, że po drugiej świetnej próbie przestraszy pan rywali?

Nie, nie, tu byli Kanter, Alekna, Pestano, Fazekas, ludzie z wielkimi wynikami, zdobywcy medali mistrzostw świata i Europy. Do końca w tyle głowy było pytanie, czy któryś z nich mnie przerzuci czy nie.

Jakie rady słyszał pan przed konkursem?

Trener po prostu życzył mi, żebym rzucał daleko, Tomek Majewski i Szymon Ziółkowski, żebym zachował spokój, nie myślał o dalekich rzutach, lecz o tym, by dobrze wykonywać próby.

A ten wielki tatuaż na pańskim ramieniu co przedstawia?

Mówiłem już, to moja była dziewczyna. Żartuję, to taka piekielna maska.

Jakiego awansu pan oczekuje po tym medalu?

Musi pan zadzwonić do mojego dowódcy, ja nie wiem.A jaki jest obecny pański stopień: kapral, plutonowy czy chorąży?Nie powiem. Jakby był wysoki, tobym się pochwalił. No dobrze, starszy szeregowy.

Granatem rzuca pan dalej niż dyskiem?

Nie, ale też daleko.

Czy powstała już nowa polska szkoła miotaczy?

Raczej nie. W Sydney były dwa złote medale w rzucie młotem i mówiono o polskiej szkole, ale później wyniki były słabsze. Myślę, że po prostu w lekkiej atletyce jest sporo medali do zdobycia, nam się od czasu do czasu udaje w rzutach.

wysłuchał w Pekinie k.r.

Rzeczpospolita

Nogowicyn: Okręty USA, Kanady, Polski mają wpłynąć na Morze Czarne

jas, PAP
2008-08-19, ostatnia aktualizacja 2008-08-19 13:52
Zobacz powiększenie
Gen. Anatolij Nogowicyn, zastępca szefa Sztabu Generalnego Rosji
Fot. ALEXANDER NATRUSKIN REUTERS

Zastępca szefa rosyjskiego Sztabu Generalnego generał Anatolij Nogowicyn powiedział, że rosyjscy wojskowi dysponują informacją, że okręty USA, Kanady i Polski planują wpłynięcie na Morze Czarne przed końcem sierpnia.

SERWISY
- Z naszych danych wynika, że przed końcem sierpnia wpłynięcie na Morze Czarne planują okręty wojenne USA, Kanady i Polski - oznajmił Nogowicyn na briefingu w Moskwie. Generał powiedział też, że okręty Floty Czarnomorskiej Federacji Rosyjskiej nadal zapewniają bezpieczeństwo na wodach przylegających do wybrzeża Abchazji, a lotnictwo gotowe jest do wykonywania lotów zwiadowczych i wspierania wojsk z powietrza. Zdementował też doniesienia zachodnich mediów o tym, że Moskwa planuje uzbroić okręty swej Floty Bałtyckiej w broń nuklearną.

Nogowicyn zarzucił także Gruzji, że nie wycofała swych sił do miejsc stałej dyslokacji zgodnie z ustaleniami rozejmowymi i podkreślił, że Rosja kontynuuje wycofywanie swych oddziałów.

Według rosyjskich mediów, rzecznik Pentagonu Brian Whitman poinformował wcześniej, że Stany Zjednoczone rozważają wykorzystanie okrętów wojennych do udzielenia pomocy humanitarnej Gruzji. Whitman nie sprecyzował, jakie konkretnie okręty miałyby uczestniczyć w tej operacji.

USA zwróciły się już do Turcji o zgodę na wejście okrętów na Morze Czarne przez cieśniny Bosfor i Dardanele.

Wojna w Gruzji - zobacz serwis specjalny

Piękna i fechtmistrz

Kiedy przed tygodniem napisaliśmy notkę, że szermierka jest bez sensu, jeden z komentujących polecił nam lekturę książki Fechtmistrz autorstwa Arturo Pereza Reverte. Wyjeżdżałem (autor obrazoburczej antyszermierczej notki) na tygodniowe wakacje i uznałem, że to dobry pomysł, żeby się z szermierką przeprosić. Książka przeczytana, na wakacje w porządku choć mocno przewidywalna ale zdania na temat szermierki nie zmieniliśmy.

Fechtmistrz jest tragiczną opowieścią o miłości, zdradzie, zemście, w dziewiętnastowiecznym Madrycie, ale nade wszystko jest opowieścią o szermierce. Możnaby zakwalifikować go do niszowej kategorii "fencing thriller" albo do jeszcze węższej historyczno - polityczno - sensacyjno - romantyczno - szermierczego thrillera. Po powrocie wyczytaliśmy, że intryga na miarę Fechtmistrza rozgrywa się w Polskim Związku Szermierczym. Dalej szukając analogii już będziemy spoilerować więc jak ktoś nie chce psuć sobie przyjemności z lektury Fechtmistrza, niech dalej nie czyta.

Głównym bohaterem powieści jest stary, blisko sześćdziesięcioletni, samotny, sterany życiem, człowiek z zasadami i fechtmistrz z zasadami, nauczyciel szermierki, Jaime Astarloa. Fechtmistrz jest człowiekiem starej daty, możnaby rzec ostatnim takim fechtmistrzem. Prawdziwy człowiek honoru, z zasadami, kobiety traktuje jak damy, broni palnej nie uznaje, wręcz się jej brzydzi, w politykę się nie miesza, szermierka jest dla niego wszystkim.

Kiedy Jaime jest skupiony ma pewnie taką minę:

Tylko zegarka na ręku pewnie by nie miał. Ten pan na zdjęciu to trener Reprezentacji, Tadeusz Pagiński, pseudonim pan Tadzik.

Pan Tadzik znany jest jako miłośnik oręża i historii, szczególnie tej rodzimej gdańskiej. Założył Gdańską Szkołę Fechtunku i otrzymał tytuł Wielkiego Hetmana Rycerstwa Polskiego. Tylko klasy ma chyba trochę mniej niż Astarloa bo jego motto brzmi: "Floret trzeba trzymać jak ptaszka. Żeby go nie udusić, ale żeby też nie uciekł. Maksymę XVIII-wiecznego włoskiego fechtmistrza Agrippy przypominam zawodniczkom." Możei Agryppa tak uważał ale jakoś dziwnie mamy wrażenie, że Astarloa by czegoś takiego nie powiedział.

W pewnym momencie w życiu Fechtmistrza pojawia się tajemnicza młoda, niewinna i piękna dama, Adela de Otero.

Dama namawia Fechtmistrza, żeby zaczął ją trenować. Astarloa początkowo się wzbrania - jest wszak Fechtmistrzem z zasadami, szermierka to tradycyjnie męska sztuka walki więc nie przystoi trenować kobiet. Ale w końcu ulega czarowi i sztuczkom Adeli i rozpoczynają się wspólne zajęcia. Trwa idylla - Jaime i Adela spędzają ze sobą coraz więcej czasu, stary mistrz nie potrafi oprzeć się urokowi Fechtmistrzyni, jest pod ogromnym wrażeniem jej umiejętności i sukcesów. Adela kusi Mistrza, flirtuje z nim, widzi rodzące się w nim pożądanie. Ich związek jest platoniczny ale widać, że się uwielbiają, że stanowią idealną i zgraną parę.

Ale Astarloa dostrzega, że Adela skrywa jakąś tajemnicę. Podejrzewa, że jej pierwszym mistrzem był reprezentant klasycznej szkoły włoskiej. Wkrótce okaże się, że Adela rzeczywiście ma włoski temperament.

Sylwia bierze udział w rozbieranej sesji dla CKM i w wielu innych sesjach. Występuje w teledysku zespołu Feel. Zostaje matką chrzestną statku. W wywiadach dla Faktu i Superexpressu snuje opowieści o swoich marzeniach - o miłości i macierzyństwie. Zastanawia się nad występem w Tańcu z Gwiazdami.

Adela szybko porzuca Fechtmistrza dla młodszego i przystojniejszego markiza Luisa de Ayali.

Potem okaże się, że stary mistrz był w jej rękach tylko narzędziem. Że po prostu wykorzystała jego łatwowierność i dobre serce. Że bezlitośnie zabawiła się jego uczuciami. Niewinna Adela okazuje się być prawdziwą femme fatale.

Odwraca się od starego Mistrza i próbuje go zniszczyć.

Tako rzecze Gruchała po nieudanych igrzyskach: "Uważam, że trener - fechtmistrz Tadeusz Pagiński - nie podchodził do sprawy szkolenia profesjonalnie. A jeśli ktoś nie potrafi być zawodowcem, powinien złożyć broń i odejść. Nie byłyśmy do tych igrzysk przygotowane w odpowiedni sposób, nie było odpowiedniej mobilizacji ze strony szkoleniowca. Nie zarzucam mu braku chęci - zawsze był zaangażowany w pracę, miałyśmy lekcje indywidualne. Tylko, że nie zawsze był do nich przygotowany."

Potem dowiedzieliśmy się - od Adama Krzesińskiego - na czym mógł polegać brak przygotowania trenera do zajęć. "Największy dramat polskiej szermierki, i jestem gotów to wszędzie powtórzyć - to alkoholizm. Zaczynając od samej góry, a kończąc na trenerach i niestety niektórych zawodnikach. Objawia się on na każdym kroku i nie udało się tego wyplenić przez wiele lat."

Drugi problem, to brak zmian od 30 lat. Brak zmian to ten pierwszy pan po prawej.

Nazywa się Adam Lisewski i jest Prezesem Polskiego Związku Szermierki. Z krótką przerwą piastuje ten urząd od 1980 roku. Kiedy zostawał Prezesem (miał wtedy 36 lat) - na świecie nie było ani Gruchały, ani trzech z czwórki medalistów w drużynowej szpadzie. A my tu się oburzamy, że Prezes Listkiewicz się kurczowo stołka trzyma. A przecież on jest Prezesem raptem od 1999.

Kiedy na jaw wychodzi zdrada i prawdziwe intencje Adeli, Don Jaime czuje się oszukany. Pagiński również więc rzecze: "Nie mogę powiedzieć prawdy. Powiem tylko tyle: wszystko przez Italiano. Chodzi o sprawy osobiste, ale nie moje. Italiano, Italiano, Italiano". Mocodawca Adeli jest Włochem i nazywa się Bruno Cazorla Longo. Narzeczony (a może ex-narzeczony - bo podobno w marcu się rozstali ale Sylwia to dementuje) Sylwii (ten od kawy i świeżo wyciskanego soku z owoców o poranku z rozbieranej sesji w CKM) jest Włochem i nazywa się Luigi Tarantino.

Tabloidy snują wyrafinowane teorie spiskowe, że Włosi celowo rozkochują w sobie szermierki, coby je zdekoncentrować przed najważniejszymi zawodami. Skutecznie - bo to pewnie dzięki tym szatańskim planom ziomalka Tarantino, Valentina Vezzali trzykrotnie z rzędu (Sydney, Ateny, Pekin) zostawała mistrzynią olimpijską i pięciokrotnie z rzędu mistrzynią świata. W Fechtmistrzu intryga była mniej wysublimowana - Adela toczyła batalię o o odzyskanie jakichś listów, które mogły skompromitować jej włoskiego kochanka.

Tako rzekła Adela do Fechtmistrza Jaime posyłając mu uwodzicielski uśmiech:
- Wobec mężczyzn niesprawiedliwości nigdy za dużo, don Jaime.

Cóż, może tym razem padło na Don Tadzika.

PS. Refleksja bardziej serio na temat sytuacji w Polskim Związku Szermierczym - wkrótce.

PS2. Adela de Otero nie skończyła najlepiej: "Jeśli się pomyli, nie będzie miał już czasu pożałować błędu. Odetchnął głęboko i powtórzył dokładnie swój poprzedni cios. I tym razem Adela de Otero skutecznie sparowała w czwartej zasłonie, którą przyjęła z pewnym trudem. Wówczas zamiast wycofać się jak poprzednio do pozycji szermierczej, Jaime Astarloa tylko zamarkował ruch, jednocześnie powtórzył floretem górne pchnięcie, odchylając głowę i barki. Głownia poszła naprzód, nie napotykając oporu a punta trafiła w prawe oko Adeli de Otero, sięgając aż do mózgu. Linia czwarta. Zasłona czwarta. Ponowienie górne w czwartą. Wypad." Mamy nadzieję, że Sylwia skończy lepiej niż Adela.

Chińczycy już wygrali klasyfikację medalową

mik
2008-08-18, ostatnia aktualizacja 2008-08-18 21:53
Zobacz powiększenie
Fot. David Guttenfelder AP

Nikt nie wyprzedzi już Chińczyków w klasyfikacji medalowej. Po poniedziałkowych finałach zostało co prawda do rozdania jeszcze 117 kompletów krążków, ale już teraz przewaga Chin nad USA (39 złotych medali gospodarzy wobec 22) jest już nie do odrobienia.

SERWISY
W poniedziałek Chińczycy przekroczyli liczbę złotych medali, która dała Amerykanom zwycięstwo przed czterema laty w Atenach (35).

Amerykański zespół nie ma już wielu atutów do wykorzystania. Dwa, trzy złote medale (przy ogromnym szczęściu) mogą zdobyć ich zapaśnicy w stylu wolnym, po jednym koszykarze i koszykarki.

W lekkoatletyce Amerykanie przestali być potęgą. Przed czterema laty zdobyli w niej 8 złotych medali, teraz w sprintach prymat odebrali im Jamajczycy, a na przykład w skoku w dal Amerykanów w ogóle zabrakło w finale. Pewniakami są tylko czterystumetrowcy.

W takich dyscyplinach jak kajakarstwo, czy boks, w których jest do zdobycia jeszcze mnóstwo medali (odpowiednio 12 i 11 kompletów) Amerykanie są autsajderami (w ćwierćfinałach mają zaledwie jednego pięściarza!). Chińczycy mnóstwa złotych już nie zdobędę, ale mają jeszcze szanse w tenisie stołowym, kajakarstwie, czy taekwondo.