niedziela, 7 października 2012

Politolog o teorii "13 kluczy": "Debaty się nie liczą, Obama na pewno zwycięży"



ps, PAP
07.10.2012 , aktualizacja: 07.10.2012 12:45
A A A Drukuj
Barack Obama podczas wiecu w Fairfax (stan Wirginia)

Barack Obama podczas wiecu w Fairfax (stan Wirginia) (Fot. KEVIN LAMARQUE REUTERS)

Amerykański politolog prof. Allan Lichtman przewiduje, że to ubiegający się o reelekcję Barack Obama wygra wybory prezydenckie w USA. Lichtman od 1984 r. ani razu się nie pomylił, używając swej metody prognozowania wyników wyborów "13 kluczy do Białego Domu" .
0 Obama jest nie tylko pewnym kandydatem, ale nawet jeśli do wyborów przydarzy mu się jeszcze jakiś błąd lub potknięcie, to wygra - powiedział Lichtman w Brukseli podczas debaty zorganizowanej przez think tank European Policy Center. Wypowiadał się już po nieudanej dla Obamy środowej debacie telewizyjnej z kandydatem Republikanów Mittem Romneyem. Zdaniem Lichtmana debaty nie mają znaczenia. - Liczy się rządzenie, a nie kampania - przekonuje.

Prof. Lichtman jest historykiem i politologiem w American University w Waszyngtonie. Analizując wyniki wyborów w USA od roku 1860 do 1980, stworzył metodologię prognozowania ich rezultatów, zwaną "13 kluczy do Białego Domu". Od rozpoczęcia prognoz w 1984 roku ani razu się nie pomylił, wszystkie jego przewidywania się sprawdziły.

Obama wygra, bo "tylko 3 tezy się nie zgadzają"

Owe 13 kluczy to po prostu lista tez, które generalnie zakładają, że faworytem wyścigu jest partia urzędująca (ta, z której wywodzi się obecny prezydent). Jeżeli co najmniej sześć z tych stwierdzeń jest fałszywych, to wygrywa partia opozycyjna.

W przypadku tegorocznych wyborów prezydenckich Lichtman prognozuje pewne zwycięstwo Obamy, bo tylko trzy tezy nie sprawdzają się i wskazują na niekorzystne dla niego trendy. Obama wygra więc nawet, jeśli nie wyjdą mu kolejne debaty z Romneyem. Bo np. "Urzędująca administracja nie została skażona większym skandalem" (jak np. afera Billa Clintona z Monicą Levinsky), "Nie ma znaczącego, poważnego trzeciego kandydata", czyli konkurenta, który mógłby zaszkodzić Obamie, tak jak w 2000 roku zaszkodził Demokratom kandydat Zielonych Ralph Nader. Zdobywając blisko 3 proc. poparcia, odbierał kluczowe głosy kandydatowi Demokratów Alowi Gore'owi, wskutek czego wygrał Republikanin George W. Bush.

Brak skandali, gospodarka nie jest w recesji

W przypadku Obamy zgadzają się też inne tezy: "Nie było poważnych prawyborów w partii, która ubiega się o reelekcję" czy "Kandydat partii ubiegającej się o reelekcję jest urzędującym prezydentem". Także teza "Obecna administracja osiągnęła znaczący sukces w polityce zagranicznej i sprawach wojskowych" jest prawdziwa, bo za taki sukces uważa się zabicie w ubiegłym roku przez amerykańskich żołnierzy szefa Al-Kaidy Osamy bin Ladena.

Na korzyść Obamy wypada też jeden z dwóch "kluczy" dotyczących gospodarki: "Gospodarka nie jest w recesji podczas kampanii wyborczej". Choć trwa kryzys, gospodarka USA wciąż minimalnie rośnie i - jak brzmi kolejna teza Lichtmana - "Nie doszło podczas kadencji do długotrwałych niepokojów społecznych".

Jedynie trzy minusy dla Obamy

Jedyne trzy założenia, które wypadają na niekorzyść Obamy, to: "Po wyborach uzupełniających partia ubiegająca się o reelekcję ma w Izbie Reprezentantów więcej miejsc, niż miała po poprzednich wyborach uzupełniających" (Demokraci stracili część mandatów w wyborach w 2010 roku); "Wzrost realnego PKB na mieszkańca w okresie kadencji (ubiegającej się o reelekcję partii) jest równy lub przekracza średni wzrost w ciągu dwóch poprzednich kadencji" oraz "Kandydat partii ubiegającej się o reelekcję jest charyzmatyczny bądź jest bohaterem narodowym". Można by dyskutować o charyzmie Obamy, ale po środowej debacie Lichtman nie waha się postawić mu minusa.

Sondaże, debaty, swing states i wiceprezydenci nieważni

Lichtman nie przejmuje się sondażami wyborczymi, bo przecież badania opinii można porównywać tylko do innych sondaży, a nie realnych wyborów - wyjaśnia. Dlatego nawet gdy badania wskazywały w 1988 roku na znaczną przewagę kandydata Demokratów, Lichtman do końca zapewniał, że to Republikanin zwycięży. I nie pomylił się.

Politologa nie interesują też tzw. swing states, czyli stany, które nie są zdecydowanie ani prorepublikańskie, ani prodemokratyczne - dlatego żaden z 13 kluczy ich nie dotyczy. "Trendy ogólnonarodowe przekładają się na wyniki w swing states" - mówi politolog. Dowodzi, że wszyscy zwycięzcy wyborów w USA od 1860 roku zawsze zdobywali też większość w głosowaniu ogólnokrajowym, poza jednym wyjątkiem, w 2000 roku, gdy starli się George W. Bush i Al Gore. Jednak różnica w ich wynikach była minimalna.

Za kompletnie nieistotne dla wyników wyborów prezydenckich Lichtman uważa też, kogo obie strony proponują na kandydatów na wiceprezydenta. - Ludzie głosują na lidera i tyle - przekonuje.

"Te wybory to starcie starej i nowej Ameryki"

Ogółem politolog ocenia wybory jako "starcie starej i nowej Ameryki". Elektorat Republikanów jest przeważnie biały; na kandydata Demokratów głosują częściej Latynosi i Afroamerykanie. Dlatego dodaje, że przyszłość - jeśli Republikanie nie zmienią polityki - należy raczej do Demokratów, zakładając coraz większą przewagę liczebną wyborców z szybko rosnących grup etnicznych.

Zwycięstwo Demokratów nad Republikanami w 2008 roku, po ośmiu latach rządów George'a W. Busha, Lichtman przewidział na dwa lata przed głosowaniem, zanim w ogóle wiadomo było, kogo Demokraci wystawią do wyścigu. - Demokraci mogli wziąć z książki telefonicznej czyjekolwiek nazwisko. I tak by wygrali - powiedział.

Uczestnicy debaty z Lichtmanem dopytywali, czy jego teoria "13 kluczy" stosuje się też do wyborów w innych państwach świata. - Nie, klucze były opracowane specjalnie dla USA, ale można byłoby stworzyć inne klucze, stosując podobną metodologię - powiedział.

Amerykanie wybierają prezydenta - najnowsze informacje z USA na naszym liveblogu >>>

Przejmująca relacja ws. katastrofy smoleńskiej. "Byłem jak w amoku"



Dymitr Książek, lekarz Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, który towarzyszył rodzinom ofiar katastrofy smoleńskiej, ujawnia, jak wyglądały te dramatyczne dni w Moskwie. - Byłem jak w amoku. Spaliśmy tam po godzinie, po dwie. Rodziny w ogóle nie spały - przypomina w rozmowie z "Wprost".

Wrak Tu-154M, Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
Wrak Tu-154M, Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta

- Nie, nie mówiliśmy nic przez dwa i pół roku. Tak się umówiliśmy między sobą, że nic. Nawet razem z kumplami, z ratownikami nie rozmawialiśmy o tym, co widzieliśmy tam, w Moskwie. To była taka... Ech, nie będę przeklinał - mówi Książek.

Przypomina też, że kiedy wrócił do domu powiedział do swojej żony, że "jeszcze wszystkich będą ekshumować". - Byłem jak w amoku. Spaliśmy tam po godzinie, po dwie. Rodziny w ogóle nie spały - twierdzi.

Lekarz przypomina, że już 11 kwietnia 2010 r. do Moskwy poleciały dwa samoloty - ze sprzętem, patomorfologami i właśnie z nimi. - Dostaliśmy informację, że będziemy się zajmowali rodzinami ofiar. Baliśmy się tylko, że jest nas pięciu na jakieś 200 osób - podkreśla.

- Pamiętam żonę rzecznika praw obywatelskich Janusza Kochanowskiego, która informowała nas o przebytych chorobach męża, jego znakach szczególnych. Była przekonana, że to, co mówi, może przyspieszyć identyfikację zwłok - mówi w rozmowie z "Wprost".

- My przecież nie zdawaliśmy sobie sprawy, że będziemy pomagali przy identyfikacjach, że będziemy w chłodniach, w prosektorium, wszędzie - ujawnia.

Jak twierdzi, patomorfolodzy, którzy pojechali do Moskwy byli z kolei przekonani, że włączą się w pracę z Rosjanami i, że w momencie przylotu rodzin, ciała będą gotowe do okazania.

- I zaczęła się jazda. W Moskwie byliśmy 11 kwietnia ok. godz. 23. Wszystkim zabrano paszporty. Oddano nam chyba po dwóch dniach. Wsadzono nas w autobusy i przewieziono do hotelu - przypomina.

Zaznacza też, że część rodzin od razu chciała identyfikować swoich bliskich, ale nic nie było wiadomo. - Techników, patomorfologów nie było. Późną nocą minister Arabski i minister Kopacz zwołali spotkanie. Rodzinom dano sutą kolację – bliny z kawiorem – i kazano czekać.

Książek przyznaje, że to Ewa Kopacz desygnowała jego i jego kolegów do pracy. Jak podkreśla, od początku miał poczucie, że ówczesna minister zdrowia chce dużo zrobić i chce pomóc. - Ale wiem też, że to, co tam się działo, złamało ją, przerosło. Jak wszystkich - twierdzi w rozmowie z "Wprost".

Ujawnia też, że choć w swojej pracy ratował ludzi z najgorszych wypadków, nigdy wcześniej nie widziałem tylu ciał i takiej tragedii.

Pytany o działania patomorfologów tłumaczy, że w ciągu pierwszych dni po przylocie mieli trudności z rozpoczęciem prac. - Siedzieli na drewnianej ławie (w poniedziałek po katastrofie - przyp. red.), przed nimi biurko, na biurku sprzęt m.in. do badań DNA. I czekanie. I nic nie wiadomo, bo nic nie było uzgodnione - przypomina.

Twierdzi też, że wcześniej dostali informacje, że będą mogli pomagać w sekcjach zwłok i pobieraniu materiałów DNA, ale okazało się, że Rosjanie do niczego ich nie dopuścili. - Cały poniedziałek tak siedzieli. I cały poniedziałek trwało dogadywanie, żeby w końcu weszli do tego prosektorium - mówi.

Cały wywiad we "Wprost".

("Wprost",GK)