czwartek, 31 lipca 2008

Sąd: wysokie czynsze zgodne z prawem

Anna Malinowska
2008-07-31, ostatnia aktualizacja 2008-08-01 08:49

- Hańba! - krzyczeli ludzie, gdy wieść o wyroku obiegała Mysłowice. Sąd orzekł, że właściciele dwóch bloków, pobierając drakońskie czynsze, nie oszukiwali lokatorów. - Skandal! - wołali, gdy sędzia uniewinniał małżeństwo Grażynę i Andrzeja B.

Zobacz powiekszenie
Fot. Dawid Chalimoniuk / AG
Rozgoryczeni wyrokiem lokatorzy wychodzili z sądu rozgoryczeni. Kobiety nie potrafiły ukryć łez
Historia zaczęła się 10 lat temu, gdy małżonkowie Grażyna i Andrzej B. kupili dwa bloki mieszkalne od mysłowickich Centralnych Zakładów Naprawczych. Wkrótce lokatorzy zaczęli dostawać pisma z informacjami o podwyżkach czynszu.

- Ceny rosły lawinowo. Według stawek z czynszów regulowanych płaciłabym za mieszkanie 216 zł miesięcznie. Tymczasem nowi właściciele zażyczyli sobie aż 1400 zł. I tak było w przypadku każdej rodziny. Nikt nas nie informował, za co mieliśmy płacić takie kwoty - mówi Teresa Motyl, która przewodniczy grupie 65 lokatorów. To najczęściej osoby starsze - emeryci i renciści.

Lokatorzy poskarżyli się prokuraturze. W akcie oskarżenia prokurator zarzucał Grażynie i Andrzejowi B. oszustwo na kwotę 176 tys. zł i próbę wyłudzenia 70 tys. zł. Proces karny toczył się prawie dwa lata.

Na wczorajszą - ostatnią już - rozprawę ludzie przyszli tłumnie. Kilka osób o laskach. Z nadzieją czekali na wyrok. - Jesteśmy już zmęczeni. Na stare lata musimy po sądach chodzić, prosić i tłumaczyć, żeby nie łamano prawa - mówili na sądowym korytarzu.

Rozprawa zaczęła się od mów końcowych. Prokurator Paweł Mazur wniósł, by sąd skazał małżonków na trzy lata więzienia. - Mecenas Maciej Burda, pełnomocnik poszkodowanych, przywołał zeznania księgowej małżeństwa B., która potwierdziła, że jeśli któryś z lokatorów zalegał z jakąkolwiek opłatą, B. nakładali podwyżki wszystkim. Mecenas powołał się również na opinię biegłego, który wyliczył, że stawki narzucane przez B. nijak się miały do rzeczywistości. - Prosimy o sprawiedliwość! Nie szukamy zemsty na B. Oni nie muszą iść do więzienia. Chcemy tylko, by zrozumieli, że działali ponad prawem - apelowała z kolei pani Motyl.

- Mamy tu do czynienia z konfliktem istniejącym od dwóch tysięcy lat. To konflikt między właścicielem a tym, kto z jego własności korzysta. Jeden chce więcej, a drugi mniej. To spór cywilny, nie karny! - mówił z kolei mecenas Stefan Kamiński, obrońca małżonków.

Po dwóch godzinach sędzia ogłosił wyrok. Małżonkowie B. są niewinni! - Sąd nie dopatrzył się znamion oszustwa. Poszkodowani powinni dochodzić swych praw na drodze cywilnej. Nie ma przesłanek, by sądzić, że oskarżeni działali w sposób celowy na szkodę mieszkańców. Dodatkowo nagłośnienie sprawy w mediach przez lokatorów mogło nasunąć skojarzenia, że będzie to miało wpływ na orzeczenie sądu - uzasadniał sędzia Maciej Michno.

Sąd powołał się jeszcze na fakt, że w czasie gdy miało dojść do szeregu oszustw, Andrzej B. przebywał w więzieniu. - Trudno, by stamtąd prowadził jakąkolwiek działalność - wyjaśniał sędzia. Powszechnie jednak wiadomo, że właśnie wtedy Andrzej B. założył w Sosnowcu Wyższą Szkołę Ekologii.

Małżeństwo B. nie kryło zadowolenia, słuchając uzasadnienia wyroku. Przytuleni, szybko opuścili salę.

- Jak wam nie wstyd!? Jak będziecie dzisiaj spać? Jak sobie w lustro spojrzycie! - rzucali rozżaleni lokatorzy w stronę składu sędziowskiego. Niektórzy nie kryli łez. - Mamy pozakładane sprawy cywilne. Teraz pewnie wszystkie przegramy - mówili ludzie. Długo jeszcze stali pod wejściem do sądu. Na pewno będą składać apelację.

Wyrok nie oznacza jednak końca kłopotów Andrzeja B. Prócz toczących się spraw cywilnych odpowiada on przed sądem za działanie na szkodę spółki Grudynia. Miał z niej wyprowadzić około 2 mln zł. Dodatkowych 12 mln zł stracił wówczas Skarb Państwa.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice

Pocztowa skrzynka oddawcza - nowe euroskrzynki

Do 24 sierpnia wszystkie stare skrzynki pocztowe powinny być wymienione na model euro. Tymczasem na terenie kraju wymieniono niespełna połowę z nich. Za niedotrzymanie terminu wymiany prawo nie przewiduje żadnych konsekwencji.

Pocztowi operatorzy niepubliczni

Pocztowi operatorzy niepubliczni

Etapy liberalizacji rynku pocztowego

Etapy liberalizacji rynku pocztowego

Zgodnie z prawem pocztowym każdy właściciel lub współwłaściciel nieruchomości, w terminie do 24 sierpnia 2008 r., musi wymienić starą skrzynkę pocztową na tzw. model euro zapewniający dostęp wszystkim operatorom pocztowym, nie tylko Poczcie Polskiej. Dotychczasowe skrzynki na listy są własnością Poczty Polskiej, więc klucze ma do nich jedynie listonosz i właściciel mieszkania. Nie mają do nich dostępu prywatne firmy doręczycielskie, które skarżą się, że nie mogą normalnie funkcjonować. Zdarza się, że pozostawiona pod drzwiami mieszkań korespondencja ginie. Rozwiązaniem tego problemu mają być euroskrzynki, wyposażone w szczelinę, przez którą listy mogą wrzucać wszyscy. Klucz do takiej skrzynki ma tylko właściciel mieszkania. Dzięki temu po wymianie dostęp do skrzynek będzie miało również ponad 150 operatorów komercyjnych świadczących usługi pocztowe, takich jak InPost czy UPS.

Pięć lat na zmianę

O zmianach było wiadomo od pięciu lat, jednak w większości spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych wymiana idzie dość opornie.

- Każda spółdzielnia mieszkaniowa czy wspólnota mieszkaniowa zgodnie z przepisami powinna wymienić skrzynki pocztowe na nowe spełniające wymogi unijne. Z naszych informacji wynika, że w dużych miastach proces wymiany skrzynek następuje sprawnie i widać znaczą poprawę w stosunku do stanu sprzed kilku miesięcy. Sytuacja dużo gorzej wygląda w mniejszych miejscowościach. Tam proces wymiany starych skrzynek jest jeszcze niezauważalny i zdecydowanie powinien być szybszy - mówi Krzysztof Demski z Polskiego Centrum Doręczeniowego.

- W moim bloku do tej pory nie ma euroskrzynek. Spółdzielnia EC Siekierki nie spieszy się z bieżącymi remontami, a co dopiero z wypełnianiem unijnych norm. A przecież gdy będą już te nowe skrzynki, łatwiej będzie nie tylko osobom roznoszącym ulotki czy gazetki reklamowe, ale także nam, bo klatki nie będą zaśmiecone - skarży się pan Arkadiusz, mieszkaniec bloku przy ul. Bernardyńskiej w Warszawie.

Inaczej jest w gdańskiej Spółdzielni Mieszkaniowej Rozstaje, która obsługuje 4650 mieszkań. Tam wymieniono już wszystkie skrzynki. Podobnie jest w katowickiej spółdzielni mieszkaniowej Górnik.

- W naszych budynkach wymieniliśmy już 80 procent skrzynek pocztowych. Tuż po wejściu w życie nowych przepisów ogłosiliśmy przetarg na kupno nowych. Prace wykonaliśmy sukcesywnie, w miarę możliwości finansowych. Z pewnością dotrzymamy terminu wskazanego w ustawie. Większość skrytek na korespondencję zamontowana jest wewnątrz budynków, a ich lokalizację wskazywały poszczególne administracje. Średni koszt takiej skrzynki wynosi 48,80 zł - tłumaczy Henryk Baron, zastępca prezesa Spółdzielni Mieszkaniowej Górnik w Katowicach.

Powinni płacić operatorzy

Cena nowej skrzynki zależy od jej rozmiaru i wielkości zamówienia, ale też od koloru i sposobu jej instalacji. Średni koszt to 30-70 zł na mieszkańca. Do tego dochodzi koszt instalacji i podatek, który liczony jest w zależności od sposobu montażu. Jeśli instalacja jest przeprowadzana w ramach funduszu remontowego, to podatek VAT wyniesie 7 proc., jeśli będzie to odrębna usługa - 22 proc.

Zdaniem Tomasza Urbasia, wiceprzewodniczącego zarządu Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Właścicieli Nieruchomości, nie powinno zmuszać się właścicieli i zarządców nieruchomości do wymiany skrzynek.

- Wymiana skrzynki nie jest rzeczą darmową, zapłacić za nią muszą właściciele nieruchomości. Moim zdaniem, jeżeli operatorzy pocztowi chcieli mieć ułatwienia w dostarczaniu przesyłek, to powinni finansować taką wymianę - tłumaczy Tomasz Urbaś. Dodaje, że są większe problemy do rozwiązania, np. przeciekające dachy czy bieżące konserwacje. A do tego wszystkiego nie wszyscy lokatorzy płacą czynsz - mówi Tomasz Urbaś.

Stracą mieszkańcy

Brak dostępu do skrzynek oznacza, że konkurencja na rynku pocztowym to fikcja.

- Dla zapewnienia komercyjnym firmom możliwości wykonywania działalności pocztowej niezbędne jest dokonanie, głównie w budynkach wielorodzinnych, wymiany starych skrzynek na nowe. Jedynie w budynkach, gdzie zostały zainstalowane nowe oddawcze skrzynki pocztowe, możliwe jest doręczanie za ich pośrednictwem korespondencji przez innych operatorów pocztowych, a nie tylko operatora publicznego - tłumaczy Jacek Strzałkowski, rzecznik prasowy Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

Zdaniem Rafała Brzoski, prezesa zarządu InPost, na opóźnieniach w wymianie skrzynek ucierpią na tym tylko mieszkańcy.

- Nie znajdą w swoich skrzynkach korespondencji od innych operatorów. Poszkodowani będą mogli dochodzić swoich praw tylko przed sądem cywilnym - tłumaczy Rafał Brzoska. Dodaje, że zgodnie z zapowiedziami Urzędu Komunikacji Elektronicznej, jeśli pod koniec wakacji okaże się, że w dużej części bloków wiszą stare skrzynki, UKE będzie wnioskować do Ministerstwa Infrastruktury o opracowanie ustawy nakładającej sankcje na administratorów.

- Do jej pory według naszych szacunków na terenie całego kraju zostało wymienionych na euroskrzynki około 45 proc. starych skrzynek pocztowych - podsumowuje prezes Brzoska.

Operatorzy liczą na euroskrzynki

Prywatne poczty liczą, że znacznie zwiększą liczbę klientów dzięki wprowadzeniu euroskrzynek. Gotowi są o nie walczyć nawet w sądach.

- To będzie punkt przełomowy dla rozwoju rynku i prywatnych poczt - tak o wprowadzeniu w całym kraju euroskrzynek mówi Rafał Brzoska, prezes InPost.

Operatorzy alternatywni wreszcie będą mogli zostawiać listy w skrzynkach, a nie - jak dotychczas - dostarczać je do rąk własnych. To, zdaniem branży, będzie kolejny czynnik wpływający na wzrost wartości rynku i poprawy jakości usług.

- To ma ogromne znaczenie. Z jednej strony poprawi znacznie naszą efektywność, a z drugiej pozwoli też na ograniczenie kosztów, przez co operatorzy alternatywni będą mogli być bardziej konkurencyjni - dodaje Rafał Brzoska.

Obecnie konkurentów Poczty Polskiej jest już na rynku - według danych Urzędu Komunikacji Elektronicznej za ubiegły rok - 164. Część ma zasięg ogólnopolski, większość regionalny, a nawet lokalny. W ubiegłym roku dostarczyli około 1,9 mld przesyłek, czyli o 13 proc. więcej niż w roku 2006. Wartość rynku, razem z drukami bezadresowymi, wyniosła w ubiegłym roku według Urzędu Komunikacji Elektronicznej około 6,3 mld zł.

Metalowe ciężarki

Brak euroskrzynek był znacznie poważniejszym problemem dla prywatnych poczt w walce o rynek niż na przykład prawne ograniczenia co do wagi przesyłanych przesyłek. Zgodnie z prawem monopol na listy, czyli przesyłki do 50 g, wciąż ma Poczta Polska, największy gracz na rynku. Ale prywatne firmy szybko sobie z tym ograniczeniem poradziły. Zwiększyły wagę listów, dołączając do nich po prostu metalowe ciężarki. Z euroskrzynkami nie idzie tak łatwo, bo pieniądze muszą wyłożyć na nie wspólnoty mieszkaniowe. A nie wszystkie z nich się do tego kwapią. Dlatego prywatne firmy straszą, że jeśli po 24 sierpnia euroskrzynek nie będzie, administratorzy budynków mogą spodziewać się spraw w sądach za niedopełnienie obowiązku i utrudnianie konkurencji. Czy rzeczywiście pojawią się pozwy?

Zgodnie z prawem pocztowym każdy właściciel lub współwłaściciel nieruchomości, w terminie do 24 sierpnia 2008 r., musi wymienić starą skrzynkę pocztową na tzw. model euro zapewniający dostęp wszystkim operatorom pocztowym, nie tylko Poczcie Polskiej. Dotychczasowe skrzynki na listy są własnością Poczty Polskiej, więc klucze ma do nich jedynie listonosz i właściciel mieszkania. Nie mają do nich dostępu prywatne firmy doręczycielskie, które skarżą się, że nie mogą normalnie funkcjonować. Zdarza się, że pozostawiona pod drzwiami mieszkań korespondencja ginie. Rozwiązaniem tego problemu mają być euroskrzynki, wyposażone w szczelinę, przez którą listy mogą wrzucać wszyscy. Klucz do takiej skrzynki ma tylko właściciel mieszkania. Dzięki temu po wymianie dostęp do skrzynek będzie miało również ponad 150 operatorów komercyjnych świadczących usługi pocztowe, takich jak InPost czy UPS.

Pięć lat na zmianę

O zmianach było wiadomo od pięciu lat, jednak w większości spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych wymiana idzie dość opornie.

- Każda spółdzielnia mieszkaniowa czy wspólnota mieszkaniowa zgodnie z przepisami powinna wymienić skrzynki pocztowe na nowe spełniające wymogi unijne. Z naszych informacji wynika, że w dużych miastach proces wymiany skrzynek następuje sprawnie i widać znaczą poprawę w stosunku do stanu sprzed kilku miesięcy. Sytuacja dużo gorzej wygląda w mniejszych miejscowościach. Tam proces wymiany starych skrzynek jest jeszcze niezauważalny i zdecydowanie powinien być szybszy - mówi Krzysztof Demski z Polskiego Centrum Doręczeniowego.

- W moim bloku do tej pory nie ma euroskrzynek. Spółdzielnia EC Siekierki nie spieszy się z bieżącymi remontami, a co dopiero z wypełnianiem unijnych norm. A przecież gdy będą już te nowe skrzynki, łatwiej będzie nie tylko osobom roznoszącym ulotki czy gazetki reklamowe, ale także nam, bo klatki nie będą zaśmiecone - skarży się pan Arkadiusz, mieszkaniec bloku przy ul. Bernardyńskiej w Warszawie.

Inaczej jest w gdańskiej Spółdzielni Mieszkaniowej Rozstaje, która obsługuje 4650 mieszkań. Tam wymieniono już wszystkie skrzynki. Podobnie jest w katowickiej spółdzielni mieszkaniowej Górnik.

- W naszych budynkach wymieniliśmy już 80 procent skrzynek pocztowych. Tuż po wejściu w życie nowych przepisów ogłosiliśmy przetarg na kupno nowych. Prace wykonaliśmy sukcesywnie, w miarę możliwości finansowych. Z pewnością dotrzymamy terminu wskazanego w ustawie. Większość skrytek na korespondencję zamontowana jest wewnątrz budynków, a ich lokalizację wskazywały poszczególne administracje. Średni koszt takiej skrzynki wynosi 48,80 zł - tłumaczy Henryk Baron, zastępca prezesa Spółdzielni Mieszkaniowej Górnik w Katowicach.

Powinni płacić operatorzy

Cena nowej skrzynki zależy od jej rozmiaru i wielkości zamówienia, ale też od koloru i sposobu jej instalacji. Średni koszt to 30-70 zł na mieszkańca. Do tego dochodzi koszt instalacji i podatek, który liczony jest w zależności od sposobu montażu. Jeśli instalacja jest przeprowadzana w ramach funduszu remontowego, to podatek VAT wyniesie 7 proc., jeśli będzie to odrębna usługa - 22 proc.

Zdaniem Tomasza Urbasia, wiceprzewodniczącego zarządu Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Właścicieli Nieruchomości, nie powinno zmuszać się właścicieli i zarządców nieruchomości do wymiany skrzynek.

- Wymiana skrzynki nie jest rzeczą darmową, zapłacić za nią muszą właściciele nieruchomości. Moim zdaniem, jeżeli operatorzy pocztowi chcieli mieć ułatwienia w dostarczaniu przesyłek, to powinni finansować taką wymianę - tłumaczy Tomasz Urbaś. Dodaje, że są większe problemy do rozwiązania, np. przeciekające dachy czy bieżące konserwacje. A do tego wszystkiego nie wszyscy lokatorzy płacą czynsz - mówi Tomasz Urbaś.

Stracą mieszkańcy

Brak dostępu do skrzynek oznacza, że konkurencja na rynku pocztowym to fikcja.

- Dla zapewnienia komercyjnym firmom możliwości wykonywania działalności pocztowej niezbędne jest dokonanie, głównie w budynkach wielorodzinnych, wymiany starych skrzynek na nowe. Jedynie w budynkach, gdzie zostały zainstalowane nowe oddawcze skrzynki pocztowe, możliwe jest doręczanie za ich pośrednictwem korespondencji przez innych operatorów pocztowych, a nie tylko operatora publicznego - tłumaczy Jacek Strzałkowski, rzecznik prasowy Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

Zdaniem Rafała Brzoski, prezesa zarządu InPost, na opóźnieniach w wymianie skrzynek ucierpią na tym tylko mieszkańcy.

- Nie znajdą w swoich skrzynkach korespondencji od innych operatorów. Poszkodowani będą mogli dochodzić swoich praw tylko przed sądem cywilnym - tłumaczy Rafał Brzoska. Dodaje, że zgodnie z zapowiedziami Urzędu Komunikacji Elektronicznej, jeśli pod koniec wakacji okaże się, że w dużej części bloków wiszą stare skrzynki, UKE będzie wnioskować do Ministerstwa Infrastruktury o opracowanie ustawy nakładającej sankcje na administratorów.

- Do jej pory według naszych szacunków na terenie całego kraju zostało wymienionych na euroskrzynki około 45 proc. starych skrzynek pocztowych - podsumowuje prezes Brzoska.

Operatorzy liczą na euroskrzynki

Prywatne poczty liczą, że znacznie zwiększą liczbę klientów dzięki wprowadzeniu euroskrzynek. Gotowi są o nie walczyć nawet w sądach.

- To będzie punkt przełomowy dla rozwoju rynku i prywatnych poczt - tak o wprowadzeniu w całym kraju euroskrzynek mówi Rafał Brzoska, prezes InPost.

Operatorzy alternatywni wreszcie będą mogli zostawiać listy w skrzynkach, a nie - jak dotychczas - dostarczać je do rąk własnych. To, zdaniem branży, będzie kolejny czynnik wpływający na wzrost wartości rynku i poprawy jakości usług.

- To ma ogromne znaczenie. Z jednej strony poprawi znacznie naszą efektywność, a z drugiej pozwoli też na ograniczenie kosztów, przez co operatorzy alternatywni będą mogli być bardziej konkurencyjni - dodaje Rafał Brzoska.

Obecnie konkurentów Poczty Polskiej jest już na rynku - według danych Urzędu Komunikacji Elektronicznej za ubiegły rok - 164. Część ma zasięg ogólnopolski, większość regionalny, a nawet lokalny. W ubiegłym roku dostarczyli około 1,9 mld przesyłek, czyli o 13 proc. więcej niż w roku 2006. Wartość rynku, razem z drukami bezadresowymi, wyniosła w ubiegłym roku według Urzędu Komunikacji Elektronicznej około 6,3 mld zł.

Metalowe ciężarki

Brak euroskrzynek był znacznie poważniejszym problemem dla prywatnych poczt w walce o rynek niż na przykład prawne ograniczenia co do wagi przesyłanych przesyłek. Zgodnie z prawem monopol na listy, czyli przesyłki do 50 g, wciąż ma Poczta Polska, największy gracz na rynku. Ale prywatne firmy szybko sobie z tym ograniczeniem poradziły. Zwiększyły wagę listów, dołączając do nich po prostu metalowe ciężarki. Z euroskrzynkami nie idzie tak łatwo, bo pieniądze muszą wyłożyć na nie wspólnoty mieszkaniowe. A nie wszystkie z nich się do tego kwapią. Dlatego prywatne firmy straszą, że jeśli po 24 sierpnia euroskrzynek nie będzie, administratorzy budynków mogą spodziewać się spraw w sądach za niedopełnienie obowiązku i utrudnianie konkurencji. Czy rzeczywiście pojawią się pozwy?

- Liczymy, że większość zarządców nieruchomości do tego czasu euroskrzynki wprowadzi - dodaje Rafał Brzoska.

WYMOGI DOTYCZĄCE SKRZYNEK

Konstrukcja otworu wrzutowego powinna zabezpieczać przed wyjęciem przesyłki.

Wielkość powinna umożliwiać umieszczenie przesyłki opakowanej w kopertę formatu C4.

Pojemność powinna umożliwiać umieszczenie przesyłek listowych o łącznej grubości co najmniej 60 mm.

ZE STRONY BIZNESU

W 2007 roku, poza Pocztą Polską, do rejestru operatorów pocztowych były wpisane 164 podmioty (według stanu na koniec 2007 roku). Głównym graczem na rynku pocztowym nadal pozostaje Poczta Polska. W 2007 roku Poczta Polska zrealizowała w obrocie krajowym i zagranicznym prawie 2,9 mld usług pocztowych (usługi powszechne, umowne, ekspresowe), co przełożyło się na ponad 4,6 mld zł przychodu. Operatorzy niepubliczni zrealizowali w 2007 roku ogółem (w obrocie krajowym i zagranicznym) prawie 2,4 mld usług pocztowych (przesyłki z korespondencją, przesyłki reklamowe, paczki, druki bezadresowe), co przełożyło się na prawie 1,7 mld zł przychodu. Analiza danych przedstawionych przez operatorów wskazuje m.in., że w obrocie krajowym największy udział pod względem ilości mają druki bezadresowe (96,9 proc.), które jednak nie odgrywają znaczącej roli w przychodach operatorów (9,2 proc.). Głównym źródłem przychodów operatorów niepublicznych są paczki - w obrocie krajowym generują one ok. 83,1 proc. przychodów, a w obrocie zagranicznym ok. 81,2 proc.

120 tys. zł średni wydatek związany z wymianą skrzynek na osiedlu liczącym 3-4 tys. mieszkańców

Podstawa prawna

Ustawa z 12 czerwca 2003 r. Prawo pocztowe (Dz.U. nr 130, poz. 1188, z późn. zm.).

Rozporządzenie ministra infrastruktury z 24 września 2003 r. w sprawie oddawczych skrzynek pocztowych (Dz.U. nr 177, poz. 1731 z późn. zm.).

Autor: Łukasz SobiechWyślij e-mail

Źródło: GP

Artykuł z dnia: 2008-05-30

środa, 30 lipca 2008

Krwawy mecz w wodzie

Krzysztof Rawa 30-07-2008, ostatnia aktualizacja 30-07-2008 20:33

W filmie "1956 - Wolność i miłość" Węgrzy opowiadają historię najsławniejszego wydarzenia igrzysk w Melbourne.

źródło: VIVARTO
"1956 - Wolność i miłość"
źródło: VIVARTO
"1956 - Wolność i miłość"
źródło: VIVARTO
"1956 - Wolność i miłość"

Sport w połączeniu z polityką ma wyjątkową moc tworzenia mitów. Kultura czerpie z tego źródła od lat. Olimpijski mecz piłki wodnej Węgry – ZSRR rozegrany w czasie, gdy sowieckie czołgi kończyły pacyfikowanie Budapesztu, jest jednym z tych wydarzeń, które niosą gotowy scenariusz na film.

1956 – to był gorący rok, w którym nie tylko sportowcy nie mieli szans na oderwanie życia od wydarzeń politycznych. Polski Październik i bezlitosne stłumienie powstania na Węgrzech tuż przed otwarciem igrzysk w Melbourne stały się ważną częścią historii Europy, ale trwał przecież kryzys sueski, piechota brytyjska, francuska i izraelska właśnie wkraczała do Egiptu, nie gasło napięcie w Azji – Chiny rozpoczęły przekształcanie Tybetu w region autonomiczny i nie godziły się na niepodległość Tajwanu.Igrzyska w Melbourne, z nazwy letnie, rozegrano od 22 listopada do 8 grudnia, czyli już niemal zimą. Gazety australijskie dzień po dniu dawały czołówki z wydarzeń na Węgrzech. W proteście przeciwko sowieckiej interwencji z igrzysk wycofały się Holandia, Hiszpania i Szwajcaria.

Do Australii nie przyjechał też Egipt, bo Międzynarodowy Komitet Olimpijski nie zgodził się z żądaniem „natychmiastowej dy-skwalifikacji agresorów". Do Egiptu dołączyły Irak i Liban. Chiny także były nieobecne, gdyż MKOl zgodził się na start Republiki Chińskiej, czyli Tajwanu. Frekwencja zawiodła. Przybyło około 3000 sportowców z 71 krajów, najmniej od 1932 r.

Węgrzy przyjechali. Na lotnisku Essendon witały ich tłumy z kwiatami, flagami narodowymi z czarnymi wstążkami i z pieśnią „Boże błogosław Węgrom". Po przybyciu do wioski olimpijskiej sportowcy ściągnęli komunistyczny sztandar i zawiesili na maszcie flagę wolnego kraju. Nie wszyscy mieli olimpijskie stroje, część zagubiono w chaosie pośpiesznego wyjazdu na igrzyska.

Napięcie między sportowcami ZSRR i Węgier było wyczuwalne, zanim doszło do kulminacji zdarzeń na olimpijskiej pływalni. Po biegu na 10 km, który wygrał Władymir Kuc, drugi na mecie Jozsef Kovacs nie podał mistrzowi ręki.

Waterpolo to twardy sport. Faule trudno dostrzec, bo większość zakrywa piana. Węgrzy od zawsze kochali swoich piłkarzy wodnych, niemal tak samo jak futbolistów. To jeden z paradoksów sportu – kraj bez dostępu do morza miał najlepszą na świecie drużynę waterpolo.

Tamten mecz to był półfinał igrzysk. Trybuny basenu w dużej części zajęli węgierscy emigranci. Sędziował Szwajcar Zuckerman. Od pierwszych chwil walka była niezwykle brutalna. Dwa gole Ervina Zadora – węgierskiego bohatera tego meczu, spowodowały, że Rosjanie nie wytrzymali napięcia i nastąpiła eksplozja. Walentin Prokopow na minutę przed końcem rozbił ciosem głową oko Zadora.

Polała się krew, nikt już nie myślał o wyniku, młodzi ludzie najpierw zaczęli tłuc się w wodzie, potem bitwa przeniosła się na obrzeże basenu. Dołączyły trybuny, pachniało samosądem, sędzia skończył mecz przed czasem przy stanie 4:0 dla Węgrów, Rosjanie pod ochroną zdołali uciec do swojego hotelu.

Ervin Zador nie zagrał w finale (Węgrzy pokonali w nim Jugosławię 2:1), ale tego ostatniego meczu już nikt nie pamiętał. Dla wolnego świata obrazem igrzysk w 1956 roku pozostało zdjęcie zakrwawionej, ale szczęśliwej twarzy węgierskiego waterpolisty chwilę po upokorzeniu rywali z ZSRR. Takich zdjęć w Polsce długo nie widziano. Pozostawała wyobraźnia i głos Bohdana Tomaszewskiego w radioodbiorniku.

Większość sportowców węgierskich nie powróciła do kraju. Były plany, żeby ze wszystkich złotych medalistów w piłce wodnej stworzyć wolną drużynę grającą w Australii i USA, ale nie wyszły.

Ervin Zador – to ważne – nie zdecydował się na powrót. Został trenerem pływania, szkolił później m.in. Marka Spitza, siedmiokrotnego złotego medalistę olimpijskiego z Monachium. Mieszka w Kalifornii.

W 2006 roku tę rewolucję, także ze scenami z pamiętnego meczu w Melbourne, pokazał film dokumentalny Colina K. Graya i Megan Raney „Freedom's Fury" wyprodukowany przez Quentina Tarantino i Lucy Liu. Narratorem był Mark Spitz, bohaterem, jeszcze raz – Ervin Zador.

Rzeczpospolita

Wyrok na Karadżicia będzie wysoki, ale wielu może rozczarować

Wojciech Lorenz 30-07-2008, ostatnia aktualizacja 30-07-2008 19:25

Spodziewam się, że Radovan Karadżić dostanie bardzo wysoki wyrok, możliwe, że najwyższy z dotychczas zasądzonych, czyli resztę życia spędzi za kratami. Bardzo mnie jednak ciekawi, za co ostatecznie zostanie skazany. Czy sąd poradzi sobie z zarzutami o ludobójstwo - mówi w rozmowie z "Rz" Timothy Waters, profesor prawa z Uniwersytetu w Indianie

Plakaty z portretem Radovanana Karadzicia
źródło: AFP
Plakaty z portretem Radovanana Karadzicia
Prof. Timothy Waters
źródło: Indiana University
Prof. Timothy Waters

Waters jako ekspert OBWE pomagał wprowadzać na Bałkanach porozumienia pokojowe z Dayton. Był jednym z prawników, którzy przygotowali akt oskarżenia przeciwko byłemu prezydentowi Serbii i Jugosławii Slobodanowi Miloszeviciovi w Międzynarodowym Trybunale ds. Zbrodni Wojennych na Bałkanach.

Czy dowody winy Radovana Karadżicia są na tyle oczywiste, że proces nie będzie się ciągnął latami? Jakiego aktu oskarżenia możemy się spodziewać?

Profesor Timothy Waters: Przynajmniej jeden akt oskarżenia już jest gotowy. Dotyczy wydarzeń z 1995 roku, kiedy dokonano masakry w Srebrenicy. Wojska, których formalnym zwierzchnikiem był Karadżić jako prezydent Republiki Serbskiej w Bośni wymordowały tam osiem tysięcy Muzułmanów. Jest więc zarzut popełnienia ludobójstwa. Są gotowe też inne oskarżenia. Trybunał, który został powołany do osądzenia zbrodni na Bałkanach, będzie chciał jednak pokazać na przykładzie Karadżicia historię konfliktu. A tego się nie da zrobić szybko. Już słychać, że proces nie zacznie przez co najmniej kilka miesięcy, aby obrona miał dość czasu na przygotowanie.

Slobodan Miloszević starał się jak najbardziej przeciągać proces i zrobić z niego spektakl, w którym oskarżonym byłyby kraje zachodu. Karadżić może spróbować tej samej techniki?

Na to się zanosi. Niewykluczone, że podobnie jak Miloszević będzie chciał bronić się sam. Były prezydent Serbii umiejętnie to wykorzystywał i zamieniał prawne wątpliwości w szersze polityczne pytania. Starał się podważać wiarygodność i legalność trybunału. Trybunał będzie więc miał twardy orzech do zgryzienia, kiedy Karadżić zrezygnuje z prawnika.

Można mu narzucić obrońcę?

Jeśli chcemy mieć niezbite argumenty na to, że proces był uczciwy, trzeba pozwolić oskarżonemu bronić się zgodnie z jego własną strategią. Sąd oczywiście ma prawo narzucić obrońcę. Ale raczej będzie tego unikał bez poważnego powodu. Nie można przecież kogoś zmusić, żeby współpracował z obrońcami. Kiedy Miloszeviciowi narzucono obronę, po prostu ją ignorował i w praktyce sparaliżował proces. Można spróbować przekonać Karadżicia, że natura zarzutów jest niezwykle skomplikowana i że będzie potrzebowała fachowej pomocy. Czy te argumenty zadziałają, to zupełnie inna sprawa.

Czy cały proces będzie w świetle reflektorów i kamer?

To niezwykle ważne wydarzenie dla całego trybunału w Hadze. To jego wielki dzień, odkąd stracił możliwość osądzenia zbrodni Slobodana Miloszevicia, który zmarł na serce w areszcie. Ten proces, tak jak inne będzie więc całkowicie jawny. Ale rzeczywiście jest ciekawy wyjątek, na który trzeba zwrócić uwagę. W czasie procesu trzeba będzie przesłuchac wielu świadków. Niektórzy będą chcieli pozostać anonimowi, a to oznacza, że cześć sesji trzeba będzie zamknąć dla publiczności i mediów. Jeśli świadkowie nie będą mieli zagwarantowanej ochrony, nie będą się chcieli zgłaszać. Tak samo jest podczas procesów organizacji mafijnych. Nikt się nie chce narażać, jeśli jego tożsamość ma być upubliczniona, bo się boi zemsty. Zbyt duża ilość zeznań, które są tajne, może jednak stwarzać podejrzenia, że mamy do czynienia z fabrykowaniem dowodów. A poczucie, że zapadł sprawiedliwy wyrok jest niezwykle ważne dla zamknięcia pewnego etapu w historii byłej Jugosławii. Trybunał staje przed bardzo trudnym zadaniem znalezienia rozsądnej równowagi między ilością dowodów jawnych i tajnych.

Czy jeśli zapadnie wyrok skazujący, Karadżić spędzi resztę życia w więzieniu?

Nie chcę wydawać wyroków, ale przy tych dowodach, które znamy, trudno oczekiwać, żeby było inaczej. Spodziewam się, że dostanie bardzo wysoki wyrok, możliwe, że najwyższy z dotychczas zasądzonych, czyli resztę życia spędzi za kratami. Bardzo mnie jednak ciekawi, za co ostatecznie zostanie skazany. Czy sąd poradzi sobie z zarzutami o ludobójstwo. Do tej pory nawet największe zbrodnie nie były kwalifikowane w ten sposób. W zeszłym roku międzynarodowy trybunał sprawiedliwości, także z siedzibą w Hadze uznał, że siły Republiki Serbskiej, których zwierzchnikiem był Karadzić jako prezydent republiki, ponosiły odpowiedzialność za ludobójstwo w Srebrenicy. Droga została więc otwarta, aby taką samą decyzję podjął trybunał ds. zbrodni w byłej Jugosławii.

Wiele krajów w swoim prawie dopuszcza możliwość przypadkowego zabicia cywilów w warunkach wojennych. Czy obrona może to wykorzystywać do podważenia zarzutu ludobójstwa?

Mordów z zimną krwią na cywilach, gwałtów nie da się zakwalifikować jako przypadkowe ofiary. Ale ludobójstwo to nie tylko zabicie wielu ludzi, ale mordowanie ich z pewnego rodzaju przyczyn. Chodzi o intencję wymordowania całej grupy etnicznej lub narodu. Mieliśmy przypadki w byłej Jugosławii, że dowódca zabił ponad 100 osób własnymi rękoma, i chociaż mówił, że chciał się pozbyć Muzułmanów, to trybunał ciągle nie chciał uznać tego za ludobójstwo. Pojawiają się argumenty, że nie można za ludobójstwo uznać wszystkich zbrodni popełnianych na obszarach podzielonych etnicznie. Ludobójstwo to największa zbrodnia z możliwych i sąd nie chce dewaluować znaczenia takiego wyroku. Przypuszczam, że w przypadku Karadżicia za ludobójstwo może być uznany przypadek Srebrenicy, ale nie inne jego zbrodnie. Dla wielu mieszkańców na Bałkanach byłoby to spore rozczarowanie.

Trybunał miał w przyszłym roku kończyć pracę. Powołano go tylko na 10 lat. Mało kto chciał go dalej finansować. Jaka jest jego przyszłość?

Została opracowana strategia zakończenia prac trybunału. Na pewno dalej będzie odchudzany, wraz z finalizowaniem większości spraw. Ale nie ma wątpliwości, że w okrojonej formie będzie działał do zakończenia procesu Karadżicia. Nie zdecydowano jednak jeszcze, co zrobić z kolejnymi oskarżonymi, którzy wpadną w ręce władz już po zamknięciu trybunału. To pytanie pozostaje otwarte.

Rzeczpospolita

Abc legalnej pracy w UE

Marta Rydel 30-07-2008, ostatnia aktualizacja 30-07-2008 05:59

Przystąpienie Polski do Unii Europejskiej ułatwiło Polakom podejmowanie legalnej pracy w krajach unijnych. Warto jednak zauważyć, że otwieranie poszczególnych rynków pracy nie nastąpiło w tym samym czasie…

autor zdjęcia: Danuta Matloch
źródło: Fotorzepa

Austria – należy do grupy paru „starych” krajów unijnych, które wprowadziły okres przejściowy przed otwarciem swojego rynku pracy. Ograniczenia związane z dostępem do rynku pracy wygasną w 2009 r. Do tego czasu, żeby legalnie podjąć zatrudnienie, trzeba uzyskać pozwolenie na pracę. W tym celu musimy znaleźć (przyszłego) pracodawcę, który złoży odpowiedni wniosek w regionalnym urzędzie pośrednictwa pracy. Pozwolenie zostanie przyznane, jeśli w terminie nie przekraczającym pięć tygodni urząd pracy nie znajdzie kandydata na to stanowisko wśród bezrobotnych Austriaków. Nie musi mieć zezwolenia Polak, który:

- pracował legalnie w Austrii przynajmniej rok przed przystąpieniem do UE albo

- od pięciu lat mieszkał i prowadził tam działalność gospodarczą.

Belgia – w ciągu ośmiu dni od przyjazdu musimy się zarejestrować w gminnym urzędzie ds. cudzoziemców i uzyskać pozwolenie na pobyt. Pozwolenie jest ważne przez pięć miesięcy, a gdybyśmy znaleźli pracę - musimy je przedłużyć. Jeśli chcemy pracować w Belgii, to jeszcze do 1 maja 2009 r. musimy mieć zezwolenia na pracę. O jego przyznanie występuje przyszły pracodawca do władz gminy. Musi on wykazać, że nie może znaleźć na oferowane stanowisko obywatela ani Belgii ani jednego ze starych państw członkowskich UE. Uzyskanie zezwolenia jest łatwiejsze, jeżeli chcemy pracować w zawodach uznanych w Belgii za deficytowe (pielęgniarki, hydraulicy, elektrycy, księgowi, informatycy).

Bułgaria – od 1 stycznia 2007 r. bułgarski rynek pracy jest dla nas otwarty, nie potrzebujemy zezwolenia na pracę, żeby podjąć zatrudnienie. Jeśli dopiero szukamy pracy, możemy zarejestrować się w Agencji Zatrudnienia, gdzie po złożeniu dowodu osobistego lub paszportu, potwierdzenia adresu zamieszkania, potwierdzenia pobytu przekraczającego trzy miesiące, zostaniemy wpisani do rejestru bezrobotnych.

Cypr – nie ma ograniczeń w dostępnie do rynku pracy na greckiej części wyspy). Chcąc jednak podjąć zatrudnienie na Cyprze, powinniśmy postarać się o pozwolenie na pobyt z tytułu zatrudnienia (residence permit). Wniosek o pozwolenie należy złożyć w Wydziale Imigracyjnym lokalnego posterunku policji (District Alians & Immigration Branch).

Czechy – dostęp do rynku pracy jest nieograniczony (chociaż Czesi zastrzegli możliwość wprowadzenia ograniczeń, gdyby napływ cudzoziemców miał pozbawić zatrudnienia samych Czechów). Przy podjęciu czy zakończeniu pracy przez cudzoziemca, jego pracodawca ma obowiązek poinformować o tym urząd pracy.

Dania – jeśli chcemy pracować w Danii potrzebujemy zezwolenia na pracę oraz zezwolenia na pobyt. O ich wydanie możemy wystąpić w Polsce (w Ambasadzie Królestwa Danii) lub na miejscu (w Urzędzie Imigracyjnym Udlĺndingeservice). Osoba starająca się o uzyskanie zezwolenia na pracę powinna najpierw znaleźć pracodawcę i obietnicę zatrudnienia. Zezwolenie jest związane z konkretną pracą, jeśli zechcemy zmienić pracę, będziemy potrzebować nowe zezwolenie). Firma, która chce zatrudnić obywatela nowego państwa UE, może wystąpić z wnioskiem do Urzędu Imigracyjnego o pozwolenie na jego bezpośrednie zatrudnienie.

Estonia – dostęp do rynku pracy jest nieograniczony, ale jeśli pobyt ma przekraczać 90 dni, to będziemy potrzebować pozwolenia na pobyt (z wnioskiem występujemy do Urzędu ds. Obywatelstwa i Migracji). Jeśli szukamy pracy i zgłosimy ten fakt w biurze zatrudnienia, to możemy przebywać w Estonii bez żadnego zezwolenia przez sześć miesięcy. Po podjęciu pracy trzeba postarać się o pozwolenie na pobyt z tytułu zatrudnienia. Wniosek składamy osobiście w Estońskim Urzędzie ds. Obywatelstwa i Migracji, a także w wojewódzkich delegaturach tego urzędu lub w zagranicznych przedstawicielstwach dyplomatycznych.

Finlandia - mimo że dostęp do rynku pracy jest tu nieograniczony, wciąż istnieje obowiązek legalizowania pobytu polegający na rejestracji w w urzędzie podatkowym oraz w lokalnym biurze zatrudnienia. Informację o zatrudnieniu zgłasza albo pracownik albo pracodawca nie później niż w ciągu 14 dni od podjęcia zatrudnienia. Ustawa o obowiązku rejestracji będzie obowiązywać do 2009 r. Jeśli nasz pobyt w Finlandii nie przekroczy 3 miesięcy, to pozwolenie na pobyt nie jest konieczne. Planując dłuższy pobyt musimy postarać się o to pozwolenie (wniosek składamy na policji). Pracownik musi posiadać numer podatkowy (Verotoimisto).

Francja – od 1 lipca 2008 r. nie potrzebujemy specjalnych zezwoleń na podjęcie pracy, nie musimy ubiegać się o kartę pobytu, ani uzyskiwać zezwolenia w celu wykonywania pracy. Podejmując pracę we Francji należy pamiętać o wystąpieniu o francuski numer ubezpieczenia, który pozwoli na identyfikację w systemie francuskim.

Grecja – podjęcie pracy nie wymaga żadnego zezwolenia, jeżeli jednak planujemy zostać w Grecji dłużej niż 90 dni, to powinniśmy się postarać o uzyskanie pozwolenia na pobyt (powinniśmy wystąpić o nie w 8 dni od przyjazdu w lokalnym posterunku policji. Osoby, które dostały pracę w w Grecji, otrzymują książeczkę ubezpieczeniową. Dokument wydaje Instytut Ubezpieczenia Społecznego IKA.

Hiszpania – dostęp do rynku pracy jest nieograniczony, jednak cudzoziemcy mieszkający w Hiszpanii muszą posiadać numer identyfikacyjny NIE (número de identificación de extranjero) nadawany przez komisariat policji oraz zaświadczenie o zamieszkaniu wydawane przez urząd miasta (Ayuntamiento). Numer NIE służy nie tylko do identyfikacji osobowej (jak u nas dowód osobisty i PESEL), ale jest również numerem identyfikacji podatkowej (odpowiednik naszego NIPu).

Holandia – od 1 maja 2007 r. nie ma tu ograniczeń w dostępie do rynku pracy. Polacy nie muszą posiadać zezwolenia na pobyt, jednak jest on niezbędny do otwarcia konta bankowego. Każda osoba podejmująca pracę w Holandii musi postarać się o numer Burger Servicenummer BSN, który nie tylko służy do celów podatkowych, ale także uprawnia do korzystania z pomocy socjalnej.

Irlandia – od 1 maja 2004 r. Polacy mają nieograniczony dostęp do rynku pracy, nie jest wymagane pozwolenie na pracę (work permit) przed podjęciem zatrudnienia, choć konieczne jest posiadanie numeru PPS (Personal Public Service Number), który służy do celów podatkowych i socjalnych (ubezpieczenie, świadczenia). Numer PPS otrzymuje się po złożeniu wniosku i następujących dokumentów: paszportu (bądź dowodu), akt urodzenia bądź dokumenty poświadczające zatrudnienie oraz potwierdzenie zamieszkania w Irlandii do Social Welfare Office.

Litwa – nie ma ograniczenia w dostępie do rynku pracy. Bez zezwolenia na pobyt czasowy można przebywać na terytorium Litwy do 3 miesięcy. Jeśli planowany jest dłuższy pobyt, warto jest postarać się o zezwolenie; wnioski można składać w placówce dyplomatycznej lub urzędzie konsularnym Litwy, bądź - jeśli przebywamy już na Litwie - w urzędzie migracyjnym właściwego komisariatu policji.

Łotwa – zasadniczo dostęp do rynku pracy jest nieograniczony, jednak praca w administracji publicznej jest zarezerwowana dla obywateli łotewskich. Pobyt krótszy niż trzy miesiące nie wymaga uzyskania zezwolenia na pobyt, jednak planując dłuższy pobyt powinniśmy się o niego postarać (wniosek składa się do Biura ds. Obywatelstwa i Migracji).

Luksemburg – od 1 listopada 2007 r. rynek pracy jest dla nas całkowicie otwarty. Jeśli chcemy podjąć pracę, powinniśmy zgłosić się do urzędu podatkowego, uzyskać numer ubezpieczenia, a także założyć konto bankowe. Planując zostanie w Luksemburgu dłużej niż 3 miesiące, powinniśmy postarać się o pozwolenie na pobyt ( wniosek składamy do Bureau de la population et des étrangers ).

Malta – obowiązuje okres przejściowy ograniczający dostęp do rynku pracy. Ograniczenie będzie obowiązywało do 2011 r. Osoby, które chcą pracować na Malcie, muszą uzyskać pozwolenie na pracę oraz pozwolenie na pobyt. Pozwolenie na pracę wydaje The Departament for Citizenship and Expariate Affairs, ale uzyskanie go jest bardzo trudne. Pracodawca, który chce zatrudnić obcokrajowca, musi wykazać nie tylko, że nie ma Maltańczyka, którego mógłby zatrudnić na to stanowisko, ale także, że praca obcokrajowca przyczyni się do rozwoju wyspy.

Niemcy – obowiązują ograniczenia w dostępie do rynku pracy. Starając się o uzyskanie pozwolenia na pracę powinniśmy najpierw się zameldować (we właściwym urzędzie meldunkowym), i to już w ciągu siedmiu dni od daty przyjazdu. Każdy, kto zamierza zostać w Niemczech dłużej niż trzy miesiące, powinien postarać się o uzyskanie zezwolenia na pobyt. Przed uzyskaniem zezwolenia na pracę (Arbeitserlaubnis EU) należy znaleźć pracodawcę, a następnie złożyć wniosek do Federalnej Agencji Zatrudnienia. Osoby, które przepracowały w Niemczech legalnie, bez przerwy, 12 miesięcy i w tym czasie miały miejsce pobytu w Niemczech, mogą wnioskować o nieograniczony dostęp do otwartego rynku pracy.

Portugalia – od 1 maja 2006 r. dostęp do rynku pracy jest dla nas nieograniczony. Trzeba tylko pamiętać o złożeniu do Wydziału Finansowego (Repartić o de Finanćas) wniosku o uzyskanie numeru podatkowego NIF ((Número de Contribuinte lub Número de Identificać o Fiscal). Jeżeli zamierzamy pozostać w Portugalii dłużej niż trzy miesiące, powinniśmy wystąpić do Urzędu ds. Cudzoziemców i Granic (Servićo de Estrangeiros e Fronteiras) o wydanie karty pobytu obywatela UE.

Rumunia - od 1 stycznia 2007 r. dostęp do rynku pracy jest nieograniczony. Przebywając w Rumunii krócej niż trzy miesiące nie musimy występować o żadne zezwolenia. Natomiast po znalezieniu pracy należy wystąpić o dokument potwierdzający prawo pobytu.

Słowacja - dostęp do rynku pracy jest nieograniczony, nie jest konieczne uzyskanie pozwolenia na pracę. Żeby uzyskać prawo pobytu, wystarczy zgłosić się w komendzie policji ds. cudzoziemców. Pozwolenie na pobyt nie jest konieczne, jeśli pobyt nie przekroczy trzech miesięcy. Pracodawca, który zatrudnia obcokrajowców, ma obowiązek powiadomić o tym Urząd Pracy, Spraw Socjalnych i Rodziny (Úrad prace sociálnych veci a rodiny).

Słowenia – dostęp do rynku pracy jest nieograniczony, a pobyt krótszy niż trzy miesiące nie wymaga uzyskiwania pozwolenia na pobyt. Co ciekawe, istnieje obowiązek zarejestrowania się na policji (i podania miejsca pobytu) w terminie nie przekraczającym trzech dni od daty przyjazdu. Mimo, że dostęp do rynku pracy jest nieograniczony, przed rozpoczęciem pracy trzeba uzyskać pozwolenie na pobyt z tytułu zatrudnienia. Jest ono udzielane przez jednostkę administracyjną Upravna enota.

Szwecja – Polacy nie muszą starać się o uzyskanie pozwolenia na pracę. Jeżeli jednak chcemy pracować w Szwecji dłużej niż trzy miesiące, musimy postarać się o uzyskanie prawa pobytu (uppehĆllstillstĆnd). Wydaje je oddział Urzędu Migracyjnego (Migrationsverket). O jego nadanie możemy starać się zarówno będąc już w Szwecji, jak i jeszcze w Polsce (wniosek do ambasady lub konsulatu). Podejmując pracę w Szwecji powinniśmy posiadać „numer osobisty” (personnummer), który znacznie ułatwi nam płacenie i odzyskiwanie podatku z urzędu skarbowego (Skatteverket).

Węgry – węgierski rynek pracy jest dla nas otwarty. Jednocześnie planując pobyt, który nie przekracza trzech miesięcy, nie musimy występować o pozwolenie na pobyt. Planując dłuższy pobyt powinniśmy postarać się o kartę pobytu wydawaną przez Centrum Regionalne Urzędu do Spraw Imigracji i Obywatelstwa w Budapeszcie.

Wielka Brytania – nie ma ograniczeń w dostępie do rynku pracy, jednak osoby pracujące w Wielkiej Brytanii muszą posiadać Kartę Rejestracji Pracownika. Karta jest wydawana przez Home Office w wydziale Worker Registration (pracownik musi wystąpić z wnioskiem o jej przyznanie nie później niż w ciągu 30 dni od podjęcia zatrudnienia, w tym celu składa rownież pismo potwierdzające zatrudnienie, paszport lub dowód, dwa zdjęcia oraz opłatę w wysokości 70 funtów). Każda osoba pracująca w Wielkiej Brytanii musi mieć numer podatkowy NIN (National Insurance Number).

Włochy – rynek pracy jest otwarty dla Polaków, a więc nie trzeba ubiegać się o pozwolenie na pracę. Jeżeli jednak myślimy o zatrudnieniu we Włoszech, powinniśmy postarać się o kartę pobytu (Carta di Soggiorno); bez niej nie znajdziemy legalnej pracy. O wydanie występujemy do właściwej kwestury, która znajduje się najbliżej miejsca zamieszkania. Przed podpisaniem umowy o pracę należy postarać się o uzyskanie numeru identyfikacji podatkowej (Codice Fiscale), który jest wydawany przez urząd skarbowy (Agenzia di Entrate).

UŁATWIENIA NIE TYLKO W PAŃSTWACH UE

Islandia - nie rozpoczniemy legalnej pracy w Islandii, jeśli nie mamy wizy pracowniczej. Tego typu wizy są wydawane przez Departament Imigracji (Utlendingastofnun) osobom, które mają już pracodawcę. Pracując w Islandii musimy pamiętać o obowiązku posiadania numeru identyfikacyjnego (Kennitala) oraz karty podatkowej. Z wnioskiem o wydanie tych dokumentów należy zwrócić się do miejscowego urzędu skarbowego. Podjęcie pracy wiąże się z koniecznością rejestracji w Urzędzie Statystycznym (Hagstofa Islands).

Norwegia - od 1 stycznia 2008 r. Polacy mogą rozpocząć pracę zanim jeszcze dostaną zezwolenie, jednak później niezbędnie jest uzyskanie zezwolenia zarówno na osiedlenie się, jak i na pracę. Najpierw występujemy o zezwolenie na zatrudnienie. Nowe przepisy skracają termin, w jakim policja musi rozpatrzyć wniosek o to zezwolenie; ma na to 5 dni (wcześniej procedura mogła trwać nawet parę miesięcy). Po zezwolenie na osiedlenie się (które można uzyskać po otrzymaniu zezwolenia na pracę) należy wystąpić do najbliższego Urzędu Ewidencji Ludności (Folkeregisteret). Podjęcie zatrudnienia wiąże się z obowiązkiem rejestracji w urzędzie podatkowym, który przyznaje karty podatkowe (skattekort).

Szwajcaria – od 1 kwietnia 2006 r. obowiązują umowy dwustronne wiążące Szwajcarię z krajami, które od 1 maja 2004 r. należą do Unii Europejskiej. Żeby podjąć legalne zatrudnienie, musimy uzyskać zgodę Kantonalnego Urzędu ds. Przemysłu, Rzemiosła i Pracy (KIGA – Kantonales Amt für Industrie, Gewerbe und Arbeit). Z wnioskiem o nią występuje przyszły pracodawca. Zanim jednak wniosek cudzoziemca zostanie pozytywnie rozpatrzony, Regionalne Biuro Pośrednictwa Pracy (Arbeitsvermittlungszentrum – RAV), które sprawdzi, czy wśród Szwajcarów nie ma odpowiednich kandydatów na to stanowisko.

"Rz" Online

Bush zatwierdził karę śmierci dla żołnierza

amk 29-07-2008, ostatnia aktualizacja 29-07-2008 12:18

Prezydent USA George W. Bush zatwierdził dziś wyrok śmierci dla żołnierza, skazanego w 1988 roku za morderstwa i gwałty. Stał się w ten sposób pierwszym od 51 lat prezydentem, który zatwierdził wyrok dla członka sił zbrojnych USA.

Prezydent USA George W. Bush
źródło: AFP
Prezydent USA George W. Bush

Inaczej niż w sądownictwie cywilnym, w przypadku amerykańskiego sądownictwa wojskowego niezbędna jest zgoda prezydenta - zwierzchnika sił zbrojnych.

Rzeczniczka Białego Domu Dana Perino oświadczyła, że choć jest to "trudna i poważna decyzja", to według prezydenta "nie ma wątpliwości, że wyrok jest sprawiedliwy i zasłużony".

Szeregowy Ronald A. Gray został skazany na śmierć przez sąd wojskowy w Fort Bragg, w Karolinie Północnej, za dwa morderstwa, usiłowanie morderstwa i trzy gwałty. Wcześniej sąd cywilny skazał go na kilkakrotne dożywocie. Gray dopuścił się zbrodni w latach 1986-1987.

Od kwietnia 1988 roku przebywa w celi śmierci wojskowego więzienia w Kansas.

Według danych Białego Domu ostatnim prezydentem, który decydował w sprawie wykonania wyroku na wojskowym, był John F. Kennedy w 1962 roku. Zamienił on wówczas najwyższy wymiar kary na dożywocie.

Wyrok śmierci po raz ostatni zatwierdził Dwight Eisenhower w 1957 roku.

PAP

wtorek, 29 lipca 2008

Wielki Gortat, zwycięska Polska! Włochy - Polska 74:75

Łukasz Cegliński, Bormio
2008-07-29, ostatnia aktualizacja 2008-07-30 08:44
Zobacz powiększenie
Od lewej: Adam Łapeta, Marcin Gortat, Łukasz Koszarek
Fot. Jerzy Gumowski / AG

Polska pokonała w towarzyskim meczu w Bormio wicemistrzów olimpijskich Włochów 75:74. Znakomicie zagrał Marcin Gortat (28 punktów, 13 zbiórek, 5 przechwytów), a zwycięski punkt z linii rzutów wolnych na trzy sekundy przed końcem zdobył Łukasz Koszarek.

ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Jaki Gortat w reprezentacji? »

Wtorkowy mecz w Bormio z jednej strony przypominał sparing najbardziej ze wszystkich spotkań, które rozegrali w tym roku koszykarze Mulego Katzurina, bo hala Pentagono to niewielki obiekt, na którego trybunach zasiadło ok. 300 kibiców. Z drugiej strony walka była bardzo ostra - Polacy po siedmiu sparingach nabrali i pewności siebie, i siły, natomiast Włosi zaczęli ostatni etap przygotowań do eliminacji do przyszłorocznych mistrzostw Europy (biało-czerwoni, jako gospodarze, mają zapewniony udział). Między zawodnikami iskrzyło.

Polacy zaczęli źle, a Włosi dobrze. Pierwsi popełnili w pierwszych akcjach mnóstwo strat - piłkę dał zabrać sobie z kozła Gortat, ruchomą zasłonę postawił Robert Tomaszek, Iwo Kitzinger zrobił kroki, Tomaszek spudłował spod kosza, a potem źle podał, wreszcie dwa szybkie faule popełnił Krzysztof Szubarga. Włosi prowadzili już 7:2, bo sami zaczęli mecz od agresywnej obrony i szybkiego poruszania się w ataku pozycyjnym. Grali ładnie i skutecznie.

Polacy w pewnym momencie mieli aż 10 punktów straty - po kolejnej świetnej akcji rozgrywającego Massimo Bullerego biało-czerwoni przegrywali już 7:17. Ale pierwszopiątkowi gracze gospodarzy szybko dostali zadyszki, a rezerwowi nie byli już tak dobrzy.

U Polaków było odwrotnie - ci, którzy wchodzili z ławki, grali lepiej niż podstawowi - Łukasz Koszarek lepiej prowadził grę niż Szubarga, Szymon Szewczyk był skuteczniejszy niż Tomaszek, wreszcie Michał Ignerski był dużo aktywniejszy niż szukający konfrontacji z rywalami Przemysław Frasunkiewicz.

Polacy przyspieszyli i zaczęły wychodzić im kontry - na 13:17 straty zmniejszył odważnym wejściem Kitzinger, a chwilę później po stracie Włochów wymianę podań między Koszarkiem, Frasunkiewiczem i Szewczykiem wsadem zakończył Ignerski. Była to najładniejsza akcja meczu!

Ignerski, który do przerwy zdobył 13 punktów, w końcówce pierwszej kwarty miał dwie zbiórki w ataku, a Koszarek z linii rzutów wolnych doprowadził do remisu po 19. Na pierwsze prowadzenie Polaków wyprowadził Ignerski (druga trójka z rzędu na 27:26 w 13. minucie).

Mecz był nerwowy - sporo fauli i kłótni z obu stron, Szubarga i Ignerski otrzymali od sędziego przewinienia techniczne. - To nie jest jakiś piątkowy mecz, to oficjalny mecz reprezentacji! - upominał trenera Mulego Katzurina jeden z arbitrów. Polacy uspokoili jednak rozgrzane głowy i powiększyli przewagę - w 15. minucie po dobrej akcji Koszarka z Gortatem było już 37:30.

Środkowy Orlando Magic był niesamowicie skuteczny - w pierwszej połowie zdobył aż 18 punktów, trafił 9 z 11 rzutów, z czego kilka z półdystansu. Gortat w drugim kolejnym meczu pokazał, że w reprezentacji Katzurina może być bardzo ważnym graczem w ataku. Kiedy Polacy mieli problemy (Włosi zmniejszyli straty do dwóch punktów), środkowy z NBA miał ważną zbiórkę w ataku i zdobył punkty. Po chwili kontratak koszem zakończył Paweł Kikowski, a w ostatniej sekundzie Gortat - znów pierwszy w kontrze - zdobył punkty wsadem. Do przerwy było 43:38 dla Polski.

W trzeciej kwarcie Gortat dorzucił kilka kolejnych koszy i Polacy utrzymywali przewagę, a po dobitce Tomaszka prowadzili nawet 53:44 w 26. minucie. Problemem Polaków znów była jednak obrona i mnóstwo fauli. Gortat kilka razy próbował pomagać i wtedy jego zawodnik zdobywał punkty. Włosi grali głównie najmocniejszym składem i doprowadzili do remisu po 53. Wówczas ważną trójkę trafił jednak Kikowski, a po chwili kolejną dorzucił Ignerski - po trzech kwartach biało-czerwoni prowadzili 59:56.

Ostatnią część od punktów z wejścia pod kosz rozpoczął Gortat, potem ważny rzut z półdystansu trafił Kikowski, a kiedy trzy punkty - z podania Gortata - zdobył Kitzinger, Polska prowadziła nawet 68:56. Gortat grał niesamowicie! Zbierał niemal każdą piłkę w obronie, był ważnym graczem ataku (kilka dobrych asyst), a na dodatek pięknie zablokował szarżującego na kosz Bullerego.

Ale cztery minuty przed końcem w grze Polski coś się zacięło. Grający najlepszy mecz tego lata Koszarek tracił siły (Szubarga i Kitzinger spadli za pięć fauli), zespół zwolnił i większym trudem znajdował pozycje w ataku. Włosi zdobyli kilka punktów i naciskali coraz bardziej.

96 sekund przed końcem, po nieudanej indywidualnej akcji Gortata (kroki), Polska prowadziła tylko 71:68, a piłkę mieli Włosi. Za trzy z czystej pozycji spudłował jednak Luca Vitali, a w kolejnej akcji sfaulowany został Ignerski - 28-letni skrzydłowy z linii trafił jednak tylko raz. Rywale szybko zdobyli cztery punkty (dwa po stracie pod koszem Kikowskiego). 72:72.

34 sekundy przed końcem Gortat zebrał piłkę po niecelnym rzucie Ignerskiego, dobił i było 74:72. Włosi wyrównali spod kosza 16 sekund przed końcem. Katzurin wziął czas.

Akcję rozpoczął Koszarek. Po ośmiu sekundach skorzystał z zasłony Gortata i wbił się pod kosz. 24-letni rozgrywający został sfaulowany i po czasie dla Włochów stanął na linii rzutów wolnych. Trafił pierwszy rzut, drugi spudłował. Włosi nie zdążyli zdobyć punktów. 75:74 dla Polski!

Włosi to nieco zapomniany wice - mistrz olimpijski z Aten (w finale przegrali z Argentyną). W światowym rankingu zajmują siódme, a w europejskim piąte miejsce. Obecnie są jednak w fazie zmiany pokoleniowej, a na dodatek z USA nie przyjechali dwaj gracze z NBA - Andrea Bargnani i Marco Belinelli. Ale dla zespołu Katzurina taka wygrana na wyjeździe, po emocjonującej końcówce, jest bardzo ważna. Skład rywali nie ma większego znaczenia.

W czwartek w Bormio rozpoczyna się trzydniowy turniej: Polska zagra kolejno z Włochami, Francją i Izraelem.

Włochy - Polska 74:75. Kwarty: 21:19, 17:24, 18:16, 18;16. Włochy: Bulleri 13 (2), Cittadini 11, Mancinelli 8, Cinciarini 7 (1), Fantoni 5 oraz Soragna 13 (1), Michelori 7, Amoroso 5 (1), Mordente 3, Vitali 2, Di Giuliomaria 2. Polska: Gortat 28, Kitzinger 5 (1), Frasunkiewicz 3 (1), Tomaszek 2, Szubarga 2 oraz Ignerski 19 (4), Kikowski 7 (1), Koszarek 6, Szawarski 3, Szewczyk 2.

Gortat: Czas dla reprezentacji »

Sędziowie obalą rząd?

Marcin Szymaniak 28-07-2008, ostatnia aktualizacja 29-07-2008 04:31

Dzień po zamachach w Stambule Trybunał Konstytucyjny rozpoczął dyskusję na temat delegalizacji rządzącej islamskiej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju

Trybunał Konstytucyjny w Stambule obraduje pod ochroną policji
źródło: AP
Trybunał Konstytucyjny w Stambule obraduje pod ochroną policji

Zakazywanie działalności partii islamskich to dla tureckiego sądownictwa nie pierwszyzna. Od 1960 roku sądy zakończyły żywot ponad 20 ugrupowań islamistycznych i kurdyjskich. Pierwszy raz jednak w obliczu delegalizacji stanęła partia rządząca. Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) w ostatnich wyborach uzyskała poparcie 46,6 proc. obywateli.

– Turcja jest na historycznym zakręcie. To tak, jakbyśmy jechali autobusem, w którym tylu chętnych chce przejąć kierownicę, że nikt nie może przewidzieć, w jakim kierunku pojedziemy – stwierdził w tygodniku „Time“ czołowy turecki komentator polityczny Cuneyt Ulsever.

AKP, popularna szczególnie na tureckiej prowincji, ma potężnego wroga w postaci świeckich elit w miastach obawiających się islamizacji państwa. Z szeregów armii, bastionu laickiej Turcji, co chwilę słychać pomruki niezadowolenia. Podczas gdy Trybunał Konstytucyjny rozpatrywał w poniedziałek sprawę AKP, inny turecki sąd wszczął postępowanie wobec 86 członków tajnej organizacji Ergenekon. Są oskarżeni o przygotowania do zamachu stanu. Spiskowcy, głównie emerytowani oficerowie, mieli gromadzić materiały wybuchowe i namawiać czynnych wojskowych do przystąpienia do planowanego puczu.

Od razu pojawiły się spekulacje, że aresztowanie członków Ergenekona to zemsta za próbę delegalizacji AKP. Władze temu zaprzeczają. – To dwie zupełnie odrębne sprawy – powiedział premier Recep Erdogan.

Wielu Turków łączy też z obradami członków Trybunału Konstytucyjnego niedzielny zamach w Stambule, w którym zginęło 17 osób, a 150 zostało rannych. Rządzący zrzucają odpowiedzialność na rebeliantów kurdyjskich, ale pojawiają się głosy, że zbieżność ataku z rozpoczęciem decydującego posiedzenia sądu nie może być przypadkowa.

Konflikt w Turcji zaczął się gwałtownie zaostrzać, gdy rządzący znieśli zakaz noszenia chust na uniwersytetach. Przez kraj przetoczyła się wtedy fala manifestacji. Turyści spędzający wakacje na tureckim zachodnim wybrzeżu, regionie najbardziej wrogim proislamskim liderom, mogą zobaczyć w tym roku w oknach wielu domów olbrzymie portrety Mustafy Kemala Atatürka, twórcy świeckiego państwa tureckiego. To demonstracja sprzeciwu wobec islamizacji.Napięcie osiągnęło szczyt, gdy do Trybunału Konstytucyjnego trafił wniosek o zdelegalizowanie AKP, zaprzestanie finansowania jej z budżetu państwa i wydanie zakazu działalności 70 czołowym członkom, w tym prezydentowi i premierowi. Powodem ma być naruszenie przez rządzących świeckiej konstytucji poprzez decyzję w sprawie islamskich chust.

Korzenie tureckiego konfliktu tkwią w odległej przeszłości. W 1923 roku władzę w kraju objął Mustafa Kemal, zwolennik laicyzacji i unowocześnienia kraju na modłę zachodnią. Zakazał modlitw w miejscach publicznych i noszenia tradycyjnych bród, zniósł przywileje imamów, a alfabet arabski zastąpił łacińskim. Rządził twardą ręką, przewidując, że gdyby zezwolił na wolne wybory, prowincja poparłaby ugrupowania religijne. Swą władzę oparł na armii, której kadry były wychowywane w duchu świeckości.

Gdy w 1950 roku doszło do wyborów, zwyciężyła Partia Demokratyczna (PD) – ugrupowanie islamskie, choć nie afiszujące się zbytnio ze swoją religijnością. Armia przeprowadziła zamach stanu, po którym muzułmański premier Adnan Menderes został stracony.Właśnie z PD wywodzi się AKP. Wraz z demokratyzacją kraju jej działacze pozwalali sobie na coraz więcej. Będąc burmistrzem Stambułu, Erdogan zapowiadał rebelię muzułmanów z pomocą Allaha i wzywał do wyjścia Turcji z NATO, piętnując sojusz jako „sługusa Ameryki“. Po przejęciu władzy na początku obecnej dekady AKP zaczęła nieoczekiwanie odnosić sukcesy w polityce gospodarczej i podjęła starania o przyjęcie Turcji do Unii Europejskiej.

Rozmowa „Rz”: Partia islamska i tak będzie nadal rządzić

Ilter Turan, Politolog z Uniwersytetu Bilgi w Stambule

Czy AKP to ugrupowanie kryptoislamistów?

Ilter Turan: Sama partia określa się jako ugrupowanie konserwatywne, daje do zrozumienia, że tworzy coś na kształt europejskich partii chrześcijańskich demokratów. Ich stanowisko w wielu sprawach odbiega jednak znacząco od tego, co prezentują centroprawicowe partie w Europie.

Rzeczywistym celem jest narzucenie prawa islamskiego?

Problem w tym, że to ugrupowanie wcale nie jest jednolite. Część chciałaby tworzyć partię podobną do europejskiej chadecji, inna część – ruch dążący do poddania życia społecznego regułom religijnym w znacznie większym zakresie. Nie sądzę jednak, aby kierownictwo Partii Sprawiedliwości i Rozwoju miało jakiś tajny plan narzucenia Turcji szarijatu.

Czy w razie delegalizacji AKP Turcja stanie w obliczu rewolty jej licznych zwolenników?

Nie, skądże. Cały konflikt odbywa się według reguł konstytucyjnych i przewiduję, że tak będzie nadal. Jeśli sąd zakaże działalności wszystkim 40 posłom, którym zarzucono niekonstytucyjne działania, AKP i tak będzie miała większość potrzebną do rządzenia. Z kolei w wypadku zdelegalizowania całej AKP jej członkowie staną się automatycznie posłami niezależnymi i można się spodziewać, że od razu utworzą nowe ugrupowanie. Pozostaną przy władzy, tylko pod innym szyldem. Największy problem będą mieli wtedy, gdy sąd zakaże działalności popularnemu premierowi Erdoganowi. Staną wówczas wobec konieczności wyboru nowego lidera, co nie będzie proste.

Rzeczpospolita

Rekordowa wygrana kusi Polaków

Jarosław Stróżyk 29-07-2008, ostatnia aktualizacja 29-07-2008 08:11

W Dużym Lotku do wygrania jest dziś aż 35 milionów złotych. Przed kolekturami ustawiają się kolejki

autor zdjęcia: Seweryn Sołtys
źródło: Fotorzepa

– Tak wysokiej kumulacji jeszcze nie było. 35 milionów złotych to absolutny rekord w historii losowań Dużego Lotka – mówi rzecznik Totalizatora Sportowego Piotr Gawron. – Zawdzięczamy ją sześciu kolejnym kumulacjom. Po cichu liczymy, że i tym razem nie padnie główna wygrana i następnym razem do wygrania będzie ponad 50 milionów złotych.

Jednak Polacy chcą tych pieniędzy już teraz. W całym kraju przed punktami Lotto ustawiają się długie kolejki. Każdy chce wygrać 35 milionów. Padną one łupem osoby, która dzisiaj poprawnie wytypuje sześć liczb.

– Drzwi się nie zamykają, tyle osób przychodzi – mówi Magdalena Karczmarek, prowadząca punkt Lotto przy ul. Żelaznej w Warszawie. – Ostatnie dni przed kumulacją to przynajmniej dwukrotny wzrost liczby klientów. Najpopularniejsza jest metoda na chybił trafił, ale gdy pula się zwiększa, coraz więcej klientów gra systemem. Potrafią wydać na zakład nawet kilkaset złotych – mówi Jolanta Tkaczyk z kolektury w sklepie Groszek przy ul. Przyjaźni w Lublinie.

Zbigniew Jaworowski, emeryt z Lublina, w Dużego Lotka gra tylko przy okazji większych kumulacji. – Szczęściu trzeba pomóc – mówi.

Stanisław Wayda z kolektury Totalizatora Sportowego na Rynku Kleparskim w Krakowie zakłady przyjmuje od 1957 roku. Przez te lata w jego kolekturze padło kilka szóstek: – Kulminacji graczy spodziewam się we wtorek. Będę przyjmował zakłady aż do godz. 21.53.

– Gram zawsze, gdy słyszę o kumulacjach. Stawki są wysokie, jest o co walczyć. Inne losowania opuszczam – tłumaczy Stefan Buchała, który zagrał w kolekturze na Rynku Kleparskim. – O tej rekordowej kumulacji dowiedziałem się na niedzielnej mszy u franciszkanów. Ksiądz mówił o niej na kazaniu, nawiązując do ewangelii na temat bogactwa – opowiada. Zagrał na chybił trafił. Żeby wygrać 35 milionów, wydał na los 20 złotych. Co zrobić z takimi pieniędzmi? – Dałbym trochę na dzieci potrzebujące pomocy i podzielił się z rodziną. I całe życie nic nie musiałbym robić – opowiada Kamil, uczeń technikum ze wsi Piątek (Łódzkie), który zagrał w Karakowie.

Językoznawca profesor Jerzy Bralczyk wydałby miliony na książki. – Szczególnie na niezwykle interesujące słowniki. Z pewnością byłyby to białe kruki.

– Sądzę, że przy obecnej sytuacji na giełdzie w dłuższej perspektywie opłacić mogłaby się inwestycja w akcje – uważa minister skarbu Aleksander Grad. Sam jednak nie zagra. – Nie mam instynktu hazardzisty i nie gram w totolotka. Nie skusi mnie nawet kumulacja – zapewnia.

Wygraną na warszawskiej giełdzie ulokowałby również jej prezes Ludwik Sobolewski. – I na pewno kupiłbym też apartament w jakimś bardzo wysokim wieżowcu gdzieś na świecie, bo lubię patrzeć z góry na wielkie miasto w nocy – dodaje.

Najwyższa w historii wygrana padła 2 czerwca 2004 roku w Warszawie i wynosiła ponad 20 milionów złotych. Do historii Dużego Lotka przeszedł też rok 1995. Wtedy po raz pierwszy dwie szóstki trafił jeden gracz.Zdarzają się też inne nietypowe sytuacje. – Było takie losowanie, kiedy w szóstkę trafiło ponad 30 osób. Wygrane nie były zbyt wysokie – wspomina Gawron.

Milionerzy z Nebraski

Najwyższe wygrane na świecie padają w amerykańskiej loterii Powerball. Rekord to 365 milionów dolarów w stanie Nebraska w 2006 roku. Nagroda została podzielona, bo na los złożyło się aż ośmiu pracowników farmy z miasta Lincoln. Wcześniej najwyższą wygraną mógł się poszczycić mieszkaniec stanu Oregon, który w 2005 roku skreślił sześć liczb wartych aż 340 milionów dolarów. W Europie najwyższe wygrane padają w loterii EuroMillions. Działa ona we Francji, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Luksemburgu, Belgii, Szwajcarii, Portugalii, Irlandii i Austrii. Najwyższa wygrana, 180 milionów euro, została jednak podzielona pomiędzy mieszkańców Francji i Portugalii, którzy wytypowali poprawne liczby. W 2005 roku Irlandka Delores McNamara wygrała w EuroMillions 115,6 mln euro. Rekord we włoskim totku to 72 mln euro. Na szczęśliwy kupon zrzuciło się w 2005 r. dziesięciu klientów baru w Mediolanie. Z dobrodziejstw europejskich loterii chętnie korzystają Polacy, którzy w przypadku kumulacji specjalnie wyjeżdżają do Austrii lub Szwajcarii.

js

j.sad., tom, w.i., j.a., b.ch.

Masz pytanie, wyślij e-mail do autora: j.strozyk@rp.pl

Rzeczpospolita

Prezydent w nieustannej defensywie

Łukasz Warzecha 29-07-2008, ostatnia aktualizacja 29-07-2008 08:10

Lech Kaczyński z całym bagażem wpadek zawsze był łatwym celem. Teraz jednak zaczyna zbierać minusy nawet w sprawach, które miały być jego mocną stroną – pisze publicysta

autor zdjęcia: Jerzy Dudek
źródło: Fotorzepa

Jeśli ktoś liczył na to, że Lech Kaczyński będzie skuteczną przeciwwagą dla rządu Platformy, to musiał się zawieść. Prezydent jest w nieustającej defensywie, w ostatnim czasie także w sprawach, gdzie, wydawałoby się, można by liczyć na jego nieustępliwość.

W artykule „Pięćset ozorów mełło bez ustanku” Zdzisław Krasnodębski próbuje bronić prezydenta przez zestawienie go z Donaldem Tuskiem. Pisze: „Lech Kaczyński zbiera razy, ale trzeba o niego zabiegać […]. Tusk zbiera same pochwały, lecz można go ignorować”. Można oczywiście zawsze stwierdzić, że na tle innych polityków Lech Kaczyński wypada nieźle. Gdyby zestawić go nie z Tuskiem, lecz na przykład z Hugo Chavezem, wypadłby po prostu wspaniale. To jednak marna metoda samopocieszenia.

Głowa państwa polskiego na tle europejskich przywódców wypada jak naiwne dziecko

Lech Kaczyński od początku próbował budować swój wizerunek jako twardego męża stanu, który będzie bronił pozycji Polski bez oglądania się na opinię innych. Prezydent od samego początku zarzucał rządowi Tuska uległość wobec Rosji i Niemiec – nie bez racji. Jak jednak sam wypadł w momentach kluczowych? Dotąd były takie trzy: negocjacje w sprawie traktatu lizbońskiego, sprawa jego ratyfikacji oraz niezakończona jeszcze kwestia tarczy antyrakietowej. Oraz jedna sytuacja bardziej symboliczna, ale znacząca: obchody rocznicy rzezi na Wołyniu.

Omotany przez szczwane lisy

Na negocjacje w sprawie traktatu reformującego prezydent jechał do Brukseli, buńczucznie zapowiadając, że Polska nie ustąpi w kwestii sposobu głosowania w Radzie UE, broniąc koncepcji pierwiastka. Podczas obrad Lech Kaczyński kompletnie się pogubił, odesłał na bok kompetentnych negocjatorów, dał się omotać o niebo od siebie bardziej doświadczonym przywódcom Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii, po czym nie tylko zgodził się na system bardzo dla nas niekorzystny, ale jeszcze nie potrafił dopilnować, żeby ratujące twarz gwarancje w postaci mechanizmu z Joaniny zostały wprost wpisane do traktatu. Po powrocie ogłosił tę ewidentną porażkę jako swój wielki sukces.

Gdy Irlandia odrzuciła traktat lizboński, prezydent kilkakrotnie podkreślał w różnych wypowiedziach to, co dla każdego obserwatora mechanizmów rządzących Unią było oczywiste: iż trwa próba sił i jeśli Irlandia zostanie zmuszona do rozwiązania problemu, będzie to oznaczać, że w przyszłości wielkie państwa UE na tej samej zasadzie będą mogły zmusić do posłuszeństwa każdy mniejszy kraj – w tym Polskę. Następnie Lech Kaczyński udzielił wywiadu, w którym oznajmił, że póki sytuacja z Irlandią jest, jaka jest, traktat jest martwy. Jednak po spotkaniu z prezydentem Nicolasem Sarkozym ton uległ zasadniczej zmianie. Prezydent zapowiedział wręcz, że będzie namawiał swojego czeskiego odpowiednika do zmiany zdania w sprawie traktatu.

Te dwie naprawdę ważne sytuacje brutalnie obnażyły słabość zaplecza, charakteru i doświadczenia Lecha Kaczyńskiego. Prezydent nie sprostał konfrontacji ze szczwanymi lisami europejskiej sceny politycznej, po czym – co sprawiało szczególnie żałosne wrażenie – usiłował przekonywać, że wszystko jest, jak miało być.

Wystarczy pokrzyczeć

Skutki poczynań Lecha Kaczyńskiego są dla Polski znacznie poważniejsze niż dla niego samego. Liderzy największych państw Unii dostali bowiem czytelny sygnał, że pokrzykiwań polskiej głowy państwa można nie brać poważnie, gdyż nie są one niczym więcej jak retoryką na wewnętrzny użytek. Można wręcz założyć, że to właśnie doświadczenie z Brukseli pozwoliło Sarkozy’emu skutecznie wpłynąć na Lecha Kaczyńskiego w kwestii ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Prezydent Francji wiedział, że wystarczy trochę pokrzyczeć, trochę poklepać po ramieniu i sprawa zostanie załatwiona.

Czym różni się postawa Lecha Kaczyńskiego od postawy Donalda Tuska wobec Niemiec? Tam, gdzie łatwo jest krytykować, bo nie ma się mocy decyzyjnej, prezydent ochoczo wytyka rządowi uległość. Tam, gdzie sam może decydować, okazuje się tak samo uległy.

Owo „zabieganie” o prezydenta, o którym pisze prof. Krasnodębski, sprowadza się do normalnej, cynicznej, umiejętnej gry dyplomatycznej, w której nasi partnerzy mają rozpracowane wszystkie detale: profil psychologiczny Kaczyńskiego i jego współpracowników, ich kompetencje, słabe strony itd. Prezydent wypada na tym tle jak naiwne dziecko. Z tego „zabiegania” nic dla Polski nie wynika poza ostatecznym rezultatem: kapitulacją ze stanowiska, które wedle wcześniejszych zapowiedzi miało być bronione do upadłego.

Nie sprostał sprawie Wołynia

Kolejnym przykładem miękkości, przejawiającej się w najmniej pożądanym momencie, była postawa prezydenta wobec obchodów 65-lecia rzezi wołyńskiej. Szczególnie interesująco wypadło w tym kontekście skwapliwie przypomniane przez dziennikarzy przemówienie Jarosława Kaczyńskiego sprzed kilku lat, w którym – słusznie – wywodził, że kto nie nazywa rzezi wołyńskiej ludobójstwem, ten jest tchórzem. Lech Kaczyński w kontekście obchodów ani razu nie użył słowa „ludobójstwo”.

Co więcej, sprawa Wołynia – która zraziła do prezydenta cieszącego się ogromnym autorytetem ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego – pokazała, że prezydentowi lub jego otoczeniu brak wyczucia i elastyczności. Postępowanie Lecha Kaczyńskiego zostało odebrane jako lekceważenie kresowiaków i ich tragedii. Prezydent nie objął obchodów patronatem, nie pojawił się na nich, a list, który przysłał, był zbiorem obłych frazesów. A przecież istniały opcje pośrednie: można było objąć obchody patronatem, ale na nich nie być; przyjechać, ale wygłosić koncyliacyjne przemówienie; nie przyjeżdżać, ale przysłać twardy w tonie list.

Lech Kaczyński, który od rządu domaga się – i słusznie – pryncypialności w traktowaniu sporów historycznych między Polską a Niemcami, sam nie potrafi się do tej reguły zastosować w przypadku relacji między Polską a Ukrainą. Z tego punktu widzenia postawa rządu wobec Niemiec i prezydenta wobec Ukrainy niczym się nie różnią.

Choć może jednak tak. Niemcy pozostają mimo wszystko świadomi swej zbrodniczej roli. Ukraińcy tej świadomości nie mają, a UPA jest przez wielu tamtejszych polityków i historyków wprost gloryfikowana.

Można powiedzieć, że prezydent w tych wszystkich sprawach działa zgodnie z nakazami politycznego realizmu. Tyle że w układzie rząd – prezydent to rząd ma prawo bardziej ulegać nakazom politycznej taktyki, bo taka jest natura tego ciała. Prezydent ma pełnić rolę w dużej mierze symboliczną i tej roli w sprawie Wołynia Lech Kaczyński nie sprostał.

Podszepty dworaków

Pozostaje kwestia tarczy antyrakietowej. Zdzisław Krasnodębski pokpiwa z twardej postawy Radosława Sikorskiego, przyznaje jednak, że „wydaje się, że o ile szef dyplomacji rzeczywiście chciał wymusić na Amerykanach ustępstwa, aby utrzeć im nosa za ich arogancję, o tyle otoczenie premiera nigdy nie miało serca do tego projektu”.

To dość powszechna opinia: to Sikorski przekonał sceptycznego premiera, że jednak warto negocjować i ewentualnie zgodzić się na tarczę. Owszem, Sikorskiego z prezydentem dość mocno różni podejście do stosunków polsko-amerykańskich. Lech Kaczyński uważa je za dobro samo w sobie, podczas gdy minister spraw zagranicznych chciałby je ustawić na płaszczyźnie możliwie partnerskiej. Jednak – jak wynika również z tekstu prof. Krasnodębskiego – tak naprawdę potencjalnym sojusznikiem prezydenta w rządzie powinien być właśnie Sikorski! Tymczasem Lech Kaczyński ulega podszeptom konkurujących ze sobą dworaków, sugerujących tak absurdalne hipotezy jak ta, że Radosław Sikorski tłumaczył rozmowę premiera z wiceprezydentem USA Dickiem Cheneyem i celowo zniekształcał sens słów tego ostatniego.

Problemem prezydenta jest i było to, że jego otoczenie miało wyjątkową łatwość manipulowania jego emocjami. A w sporze z Sikorskim chodzi co najmniej w takim samym stopniu o emocje co o kwestie merytoryczne.

Czy ta prezydentura jest do uratowania? Coraz więcej wskazuje, że nie. Lech Kaczyński z całym ogromnym bagażem błędów i wpadek, skwapliwie wykorzystywanych przez nieprzychylne media i przeciwników politycznych, był zawsze łatwym celem. Fatalny dobór współpracowników pogłębiał zapaść Kancelarii Prezydenta. Teraz jednak prezydent zaczyna zbierać minusy za swoją miękkość i niekonsekwencję w sprawach, które miały być jego mocną stroną.

Pisał w opiniach

Zdzisław Krasnodębski

Pięćset ozorów mełło bez ustanku

Lech Kaczyński zbiera razy, ale trzeba o niego zabiegać – jak pokazał Nicolas Sarkozy w Paryżu. Tusk zbiera same pochwały, lecz można go ignorować – jak pokazała Angela Merkel w Gdańsku.

22.07.2008

Autor jest publicystą dziennika „Fakt”

Rzeczpospolita

poniedziałek, 28 lipca 2008

Drużyna Macierewicza - ile cię trzeba cenić

Renata Grochal
2008-07-28, ostatnia aktualizacja 14 minut temu

Zobacz powiększenie
Antoni Macierewicz, były szef SKW
fot. Adam Kozak / AG

Antoni Macierewicz wsadził do państwowych spółek swojego bratanka, kolegów z komisji ds. WSI i dawnych znajomych. Mamy wyliczenia ministra skarbu, ile wyciągnęli z państwowej kasy.

Karol Karski: Nie każdy, kto nosi nazwisko Macierewicz, powinien być wypalony i spalony do końca&plik=http://bi.gazeta.pl/im/4/5497/m5497424.mp3&skora=1&autostart=0&branding=1">

Pod rządami PiS ludzie byłego wiceministra obrony narodowej, likwidatora WSI i szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego Antoniego Macierewicza obsiedli spółki związane z paliwami. Z raportu Ministerstwa Skarbu, do którego dotarła "Gazeta", wynika, że czerpali z ich kas pełnymi garściami.

Minister skarbu nie daje rady


Jedną ze spółek, w których stanowiska w zarządzie i radzie nadzorczej dostali ludzie Macierewicza, jest firma ochroniarska Naftor, spółka zależna OLPP, wielkich państwowych magazynów paliwowych.

Prezesem Naftoru został Piotr Woyciechowski, w latach 90. szef wydziału studiów w gabinecie Macierewicza (wówczas ministra spraw wewnętrznych). Zarabiał 18 tys. zł miesięcznie. Dodatkowo zasiadał w trzech radach nadzorczych. Stanowisko wiceprezesa z pensją 15 tys. zł dostał bratanek Macierewicza Tomasz.

Gdy do władzy doszła koalicja PO-PSL, zostali odwołani. Minister skarbu Aleksander Grad od kilku tygodni szukał sposobu na zablokowanie ich wysokich odpraw - w sumie 400 tys. zł. Nie udało się.

- Takie były zapisy w kontraktach. Nic nie mogliśmy zrobić - mówi "Gazecie" pracownik Naftoru.

Woyciechowski dostał 240 tys. zł, Tomasz Macierewicz - 160 tys.

Rada bierze za spotkanie, więc często się spotyka

W OLPP znaleźliśmy więcej dobrych znajomych Macierewicza. Prezesem został Arkadiusz Siwko, w latach 90. dyrektor gabinetu Macierewicza.

Siwko ściągnął do firmy kolegów z komisji weryfikacyjnej WSI - specjalistą ds. bezpieczeństwa zrobił członka komisji Piotra Bączka, a radcą prawnym Bartosza Kownackiego, prawnika komisji. Stanowisko w państwowych magazynach dostała też żona Piotra Woyciechowskiego i mąż jego kuzynki.

Jako prezes OLPP Siwko zarabiał około 18 tys. zł. Dorabiał też w radzie nadzorczej Naftoru, której był szefem. To on ustalał wynagrodzenia dla rady. Za jedno posiedzenie członkowie rady dostawali 2,8 tys. zł w 2007 r., a w 2008 r. - 3,1 tys.

- To bardzo wysoka stawka - ocenia Józef Czyczerski, członek rady nadzorczej KGHM, jednego z największych na świecie producentów miedzi. - U nas członkowie rady dostają 4,6 tys. zł. Ale to jest miesięczny ryczałt, a nie dieta za jedno posiedzenie!

Rada nadzorcza Naftoru zbierała się więc często. Tylko w 2007 r. na diety dla członków rady poszło prawie 350 tys. zł (przy zysku ok. 990 tys. zł). Siwko zarobił w radzie ponad 70 tys.

- Ciekawe, po co rada niewielkiej spółki zbierała się dwa lub trzy razy w miesiącu? Widać, że ci ludzie nie mieli żadnych skrupułów, żeby wyciągać pieniądze z firm powiązanych ze skarbem państwa - mówi minister skarbu Aleksander Grad (PO). - Zachowanie ekipy Macierewicza w spółkach jest dowodem na patologie ustawy kominowej, która ma ograniczać zarobki w państwowych spółkach, a w rzeczywistości powoduje, że prezesi zasiadają w radach nadzorczych spółek zależnych i robią tam kasę - podkreśla Grad.

Jasiński: Nie wiedziałem, że aż tyle brali!

Na OLPP zarabiał też historyk IPN Sławomir Cenckiewicz, autor słynnej książki "SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii". Wcześniej znany bardziej jako doradca Macierewicza, szef tajnej komisji likwidacyjnej WSI. Dostawał 2,8 tys. zł miesięcznie. Cenckiewicz nie miał żadnego doświadczenia w branży paliwowej ani nawet zdanego egzaminu dla członków rad nadzorczych. Pytany kilka miesięcy temu przez "Gazetę" o polityczną posadę nie chciał rozmawiać.

Z Arkadiuszem Siwką, Piotrem Woyciechowskim i Tomaszem Macierewiczem nie udało nam się skontaktować.

Wysokimi zarobkami rady nadzorczej Naftoru jest zbulwersowany minister skarbu w rządzie PiS Wojciech Jasiński. - Nie wiedziałem, że w tak niewielkiej spółce były tak wysokie stawki - mówi Jasiński. - Gdybym wiedział, zrobiłbym z tym porządek.

- Ale dlaczego obsadzał pan w spółkach ludzi Macierewicza, choć nie mieli doświadczenia w branży paliwowej ani ochroniarskiej?

- Chcieliśmy ludzi, którym ufaliśmy - mówi Jasiński.

Wymiana trwała nawet po przegranych przez PiS wyborach. To wtedy asystent ministra Jasińskiego Marek Martynowski dostał stanowisko w OLPP. Został doradcą zarządu.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Nangar Khel - tak było

Marcin Kącki, Marcin Górka, Adam Zadworny
2008-07-27, ostatnia aktualizacja 2008-07-27 21:17

Żołnierze oskarżeni o zbrodnię wojenną przyznają, że pojechali do wioski z rozkazem jej ostrzelania. Niektórzy odmówili, próbowali zatrzymać ostrzał, inni strzelali

Przedstawiamy rekonstrukcję wydarzeń z Nangar Khel minuta po minucie. Korzystaliśmy z: (aktu oskarżenia siedmiu żołnierzy (poznaliśmy go), • ich własnych zeznań, które złożyli na początku śledztwa, • zeznań kilkunastu żołnierzy, świadków zdarzenia, • rozmów ze śledczymi i • wielu rozmów z żołnierzami, w tym z oskarżonymi.

Rekonstrukcję pokazaliśmy trzem żołnierzom, świadkom ostrzelania wioski. - Ten opis szczegółowo oddaje to, co się stało - powiedzieli.

Zaczęło się rankiem 16 sierpnia 2007 r. Dwa wozy w polsko-amerykańskim konwoju wpadły na miny talibów w pobliżu wioski Nangar Khel. Dowódca konwoju Maciej Nowak poprosił polską bazę w Wazi-Kwa o zabranie uszkodzonych wozów. Oprócz lawety przyjechały dwa oddziały szturmanów (oddziały komandosów). Noszą na ramieniu nieformalny symbol plutonu "Delta" z Bielska-Białej z trupią czaszką i skrzyżowanymi szablami na czarnym tle.

- Naszywka dodaje otuchy. Chodzi o wierność i o to, że nie cofamy się w boju - tłumaczy nam chor. Andrzej Osiecki "Osa", guru komandosów z "Delty", jeden z oskarżonych.

Oddział pierwszy pod dowództwem por. Łukasza Bywalca "Bolca" wiózł ze sobą rozkaz. Wydał go - według zeznań żołnierzy - dowódca bazy Olgierd Cieśla "Olo". Według aktu oskarżenia kazał im "przepierdolić trzy wioski".

O rozkazie nie wiedział ani Maciej Nowak, ani dowódca drugiego oddziału szturmanów por. Artur Pracki, dziś główny świadek oskarżenia.

O godz. 16 Nowak pakował samochody na lawety.

Pół kilometra dalej komandosi "Bolca" rozłożyli moździerze. Potem "Bolec" i "Osa" podjechali do drugiej grupy moździerzowej Prackiego. I pokazali im na elektronicznej mapie cele: centrum wioski i jej skraj. Ich podwładni już zaczynali kanonadę.

Porucznik Pracki nie otworzył ognia. Skontaktował się z bazą Wazi-Kwa: - Ignoruję te cele.

Kilka dni temu zapytaliśmy, czemu odmówił. Nie chciał rozmawiać.

Także Nowak, który o ostrzale wioski dowiedział się od swoich zwiadowców, połączył się z dowódcą Wazi-Kwa: - Przerwijcie ten ogień.

I dostał taką odpowiedź: - Która wioska, bo nie wiemy, jaką wymazać z mapy?

Teraz dowódca bazy "Olo" tłumaczy, że informację Nowaka potraktował jako głupi żart.

Nowak kazał swojemu sierżantowi pędzić na stanowisko, skąd strzelano.

Sierżant pognał. Wyskoczył z samochodu i krzyknął do ludzi "Bolca": - Co robicie? Tam są kobiety i dzieci.

W aktach sprawy jest odpowiedź Damiana Ligockiego "Ligo", kolejnego oskarżonego, strzelca karabinu maszynowego na wieżyczce hummera: - Przecież do nich walimy!

Dziś "Ligo" mówi nam inaczej: - Celowałem ponad zabudowaniami i po prawej. Żadna z kul, o ile wiem, nie trafiła w żaden budynek.

Dopiero interwencja jednego z oficerów, również asystującego przy ewakuacji wozów, zakończyła kanonadę. Nie wiemy, czy to Nowak go wysłał.

Kto wydał rozkaz? Zeznania trzech oskarżonych szturmanów są jednoznaczne: "Olo" podczas południowej odprawy w bazie Wazi-Kwa. Kazał im ostrzelać trzy wioski "przy okazji" ewakuacji uszkodzonych aut.

"Olo" dziś zaprzecza. Ale pogrąża go "Osa": - Nie wiem, dlaczego wypiera się swego rozkazu - mówi "Gazecie". - Powiedziałem swoim żołnierzom, że mamy "przepierdolić trzy wioski", bo takie były nasze zadania.

Ale komandosi zastrzegają: nie wykonaliśmy rozkazu, nie strzelaliśmy do chałup, ale w okoliczne wzgórza.

Prokuratura boi się o żołnierzy, którzy byli przeciw ostrzelaniu wioski. Ma sygnał, że jednemu, który zeznał przeciw kolegom, ktoś poluzował koła w prywatnym samochodzie, już w Polsce.

Prowadzący śledztwo prokurator Jakub Mytych: - Bez komentarza.

Nie chciał o tym mówić też Karol Frankowski, który po usunięciu ze stanowiska szefa wydziału przebywa na urlopie.