wtorek, 23 lutego 2010

Filozofia młodych puszczalskich

Prostytucja nieletnich zmienia swoje oblicze

Młodzi wystawiają się na sprzedaż już nie z powodu biedy, ale dla poprawienia statusu społecznego. Kiedy określa go marka posiadanego telefonu czy spodni, młodzi ludzie szybko orientują się, że nie ma nic za darmo. I że mają do zaoferowania towar, na który jest zawsze popyt – swoje ciało.

Diana stała przy trasie międzynarodowej E67 tuż za Wyszkowem. W lesie, niedaleko stacji benzynowej. Blond włosy do ramion, szczupła, dziecięca. W koszulce na ramiączkach i spódniczce mini.

Fot. Getty Images/FPM
- Jeżdżę tą trasą kilka razy w tygodniu, wiozę towar spod Białegostoku do Warszawy – opowiada Jan, 40-letni kierowca zatrudniony w hurtowni. - Kiedy raz tankowałem paliwo przyszła na stację, potem podeszła do mnie i zapytała, czy bym jej nie podwiózł kawałek dalej.

Zgodził się. Poprosiła, żeby zatrzymać się w środku lasu. Jan nieco się zdziwił, bo nic tam nie było. Żadnych domów, tylko zatoczka do zaparkowania wśród drzew. Zapytał, czy idzie zbierać poziomki, czy jagody. Zaśmiała się tylko i powiedziała, że teraz młodzież nie tak zarabia na wakacje. Jan nie bardzo zrozumiał.

- A ona powiedziała, że za podwiezienie może mi zrobić loda za free – opowiada kierowca. – Wtedy to mnie wcięło. Zapytałem, ile ma lat. Odpowiedziała, że 17, ale jej nie uwierzyłem. Moja córka ma 14, a wyglądała doroślej od niej wtedy.

Nie skorzystał z "promocyjnej" okazji. Potem widywał Dianę jeszcze kilkakrotnie, gdy przemierzał trasę. Raz się zatrzymał. Pamiętała go, powiedziała wprost, że promocja się skończyła i teraz musi już normalnie zapłacić.

Diana bez oporów opowiadała mu o sobie. Chce zarobić trochę pieniędzy, w domu nędzy nie ma, ale zawsze to lepiej mieć fajny ciuch, albo móc wyskoczyć na imprezę. W przyszłości chciałaby znaleźć wspólniczkę, wynająć razem mieszkanie i dać ogłoszenie w internecie. Już nawet miała wymyślone hasło reklamowe: "dwie młode, ładne, napalone uczennice". Bo faceci lubią młode ciałka, polecą na ten tekst, chociaż Diana już skończyła szkołę średnią, fryzjerską, ale wygląda młodo. To się lepiej sprzedaje, jak się powie, że uczennica, najlepiej gimnazjalistka.


Z dobrych domów

Obraz nieletniej prostytutki zmienił się w ciągu ostatnich 10 lat. Według badań dr Małgorzaty Kowalczyk-Jamnickiej w 1999 r. większość stanowiły dzieci z patologicznych rodzin, gdzie nie było pieniędzy, za to na porządku dziennym pojawiał się alkohol. Aż 80 procent nieletnich prostytutek pochodziła z rodzin robotniczych. Dzisiaj coraz częściej to dziewczęta z przeciętnych rodzin, inteligenckich, im nie brakuje na chleb, za to potrzebują zabawić się, mieć nowy telefon czy modny ciuch. Nieletnie prostytutki zarabiają dorywczo, okazyjnie, w wakacje czy po szkole. Rzadko stoją na ulicy czy pracują w agencji. Za to chętnie szukają sponsorów.

Nie wiadomo dokładnie, ile ich jest, prostytucja nieletnich nie widnieje w statystykach. Po pierwsze prostytuowanie się nie jest przestępstwem zgodnie z polskim prawem. Ściganiu podlega jedynie seks z osobą poniżej 15. roku życia.

Jednak policjanci rzadko mają szansę wytropić pedofila, bo żadnej ze stron nie zależy na tym, by ujawniać wiążące ich relacje. Ponadto prostytuowanie się nieletnich rzadko jest ich sposobem na życie, robią to od czasu do czasu, żeby sobie "dorobić", gdy brakuje pieniędzy na imprezę, nowy ciuch, fajniejszy telefon.

- Zabawne jest to, że jak się puszczałam, to miałam lepszą opinię w szkole niż teraz – mówi Marta, 16-latka z małej miejscowości pod Warszawą.

Uczennica gimnazjum ze średnią ocen 4,0, spokojna, niewyróżniająca się niczym. Rzadko chodziła na imprezy, udzielała się w kółku muzycznym, nie miała stałego chłopaka, chociaż kilku kręciło się wokół niej i umawiała się z nimi to do kina, to do kawiarni. Na wizerunku szarej myszki zależało jej, bo często miała „sponsorów” - starszych mężczyzn, z którymi uprawiała seks w zamian za prezenty, czasem pieniądze.

- W rozmowach z koleżankami to byłam pierwsza naiwna, co to nie wie jak się całować z języczkiem – opowiada Marta.

Podobał się jej chłopak ze starszej klasy, ale nigdy nie posunęła się z nim dalej niż przeciętna nastolatka. Kiedy tylko próbował włożyć jej rękę pod bluzkę, natychmiast mówiła "stop", potrafiła nawet się obrazić, że jej "nie szanuje".

- Zabawne, że ja prawie w to wierzyłam – mówi Marta. – Psycholog powiedział, że sama przed sobą udawałam, bo to było mi potrzebne, żeby nie czuć się winną. Ale nie wiem, czy to prawda.

Według niej wytłumaczenie jest prostsze. Gdyby zaciągnęła chłopaka do łóżka albo jeszcze nie daj Boże potem by się rozeszli, to nastolatek rozgadałby wszystkim, że Marta to puszczalska. A przy jej "zawodowym" nastawieniu do seksu byłoby to niebezpieczne.

Pytam: wstydziłaś się tego, że sprzedawałaś się?

- Wtedy wydawało mi się to jakoś takie zwyczajne, nie zastanawiałam się nad tym – odpowiada Marta

Dlaczego to robiła? Żeby mieć swoje pieniądze. Rodzice jej nie dawali? Dawali, ale matka kazała oszczędzać, Marta musiała się tłumaczyć, na co wydaje kieszonkowe. Jak sama "zarobiła", to nie musiała się tłumaczyć?

- No, też, ale to co innego, jak się ma swoje – wykręca się Marta.

Jej rodzice rozwiedli się, więc matce opowiadała, że buty dostała w prezencie od ojca, który z nimi nie mieszka, a ojcu – że od matki. I nawet była dumna z tego, że jest taka sprytna i samodzielna.

Liczy się, jakiego masz faceta

Badania dra Jacka Kurzępy z Uniwersytetu Zielonogórskiego potwierdzają, że środowisko rówieśników nie piętnuje jednoznacznie prostytuujących się dziewcząt. Posiadanie sponsora przecież pozwala podwyższyć swój status w grupie. W świecie nastolatków liczy się to, jakie wrażenie na innych możesz zrobić. Nie masz nowej komórki, iPoda, nosisz ubranie marek niebędących na topie? Jesteś looser, frajer, padaka i ogólnie żenua. Do bakutilu się nadajesz jedynie. Wszystko jest lepsze niż spadnięcie tak nisko w hierarchii grupowej. Zresztą co jest złego w seksie?

- Te dziewczyny nie dopuszczają poważniejszych związków. Ważne tylko, żeby się pokazać koleżankom, zaimponować, coś z tego mieć - komentuje swoje rozmowy z gimnazjalistkami Kasia Rosłaniec, reżyserka i scenarzystka filmu „Galerianki”. - Jak powiedziałam, że ja nie mam chłopaka, to patrzyły na mnie jak na niepełnosprawną. Bo trzeba mieć.

Facet wyznacza twoją wartość. Więc dobrze, żeby był przystojny, bogaty. Jeśli on ma lepsze gadżety, lepszy samochód, to i ty jesteś bardziej wartościowa.

Bohaterki filmu wyznają taki system wartości, a nastoletnia widownia chętnie to kupuje. Bo to ich świat, bo każdy gimnazjalista zna ze swojego otoczenia przynajmniej jedną dziewczynę, która galerię handlową zamieniła w miejsce schadzek.

Trzeba się szanować

16-letnia Wiktoria (sama wybrała sobie to imię na potrzeby artykułu, bo podoba się jej zdrobnienie Wika) prawie rzuca mi się z pazurami do oczu, gdy pytam, gdzie leży granica prostytucji.

- Ja się nie k..., nie biorę za to kasy! – wydyma usta obrażona. - Wybierać sobie facetów z pieniędzmi to nie grzech – przekonuje.

Więc ona nie grzeszy. Tym łatwiej jej się do tego przyznać, że ma zasady. Żadnego seksu na parkingu, tylko jak facet zaprasza do domu, elegancko, trzeba się szanować. Nigdy bez zabezpieczenia i nie naprasza się.

- Są takie szlaufiary, które podchodzą i walą od razu, że zrobią loda za bluzkę albo jeansy – mówi Wika.

Ona nie. Facet musi się jej podobać, robić wrażenie. Przede wszystkim ubranie się liczy. Znane marki, dobrze jak jest skórzana kurtka, ale nie "no name". I buty. Po butach można poznać każdego.

A sama Wika? Całkowite przeciwieństwo nierzucającej się w oczy Marty. Włosy farbowane na głęboką czerń, umalowane oczy. Ubrana w obcisłą bluzkę podkreślającą biust rozmiarów niekojarzących się kompletnie z nastolatką i spodnie biodrówki, które przy każdym pochyleniu pokazują wyraźnie, że Wika nosi czerwone stringi. Talia lekko wylewa się nadmiarem ciała znad paska o fantazyjnej klamrze. Słowem: jeśli ktoś wyobrazi sobie archetyp małej puszczalskiej, to Wika świetnie wpasowuje się w ten obrazek. Brakuje tylko białych kozaczków na nogach.

- Coś ty, białe kozaki to wieś! - prycha lekceważąco, prezentując swoje biało-różowe Pumy. – Białych kozaków nie założy żadna szanująca się dziewczyna!

Dziwnie brzmi obawa przez zszarganiem sobie opinii z ust kogoś, kogo koledzy określają mianem puszczalskiej.

- Zwykły szlauf – stwierdza Kamil, od którego dostałem numer jej telefonu. – Co to znaczy? Lachociąg, dupodajka, lodziara. Za kasę się puszcza, co tu jeszcze tłumaczyć.

Wika ma jedno wytłumaczenie: zazdroszczą jej, bo to gówniarze są, same prawiczki. A ona nie musi czytać w kolorowych pismach, co to jest orgazm. Ona wie i czuje się dorosła.

Cola na wabia

Wika ma ulubione centrum handlowe, w którym lubi spędzać czas i szukać "okazji". Oficjalnie kierownictwo nie przyzna, że na ich terenie coś podobnego ma miejsce. Wiadomo, że współczesne świątynie konsumpcji to ulubione miejsca dzieciaków na wagarach, ale na terenie centrów Straż Miejska nie legitymuje młodzieży, która powinna być w szkole. To teren prywatny, na miejscu jest tylko firma ochroniarska wynajęta przez właścicieli.

- Na ostatnim poziomie poziomie parkingu zdarza się, że stoi samochód, gdzie jakaś małolata robi loda facetowi – wyjaśnia Bartek, ochroniarz jednego z centrów handlowych. – Nieoficjalnie szefostwo mówi, jak się zachować: nie niepokoić klienta, po prosu pokazać się z daleka i to wystarczy, żeby odjechał. Numerów nie spisujemy.

Pokazuje mi ulubione miejsca, gdzie zbierają się galerianki – przy wyjściu na zewnątrz, gdzie można palić, na poziomie restauracji.

- Łatwo poznać, bo łażą po dwie, trzy, wciąż te same twarze. Polują – mówi Bartek.

Podobno znakiem rozpoznawczym dziewczyn szukających sponsora jest butelka coli w ręce? - pytam Wikę, powołując się na jakąś "mądrość" wyczytaną w internecie.

- Może jeszcze puszka? Kto ci takich bzdur nawciskał? - kpi Wika.

Cola ważne, żeby była w kubeczku ze słomką. Numer polega na tym, by podejść do faceta i rozmawiając z nim patrzeć mu w oczy jednocześnie biorąc słomkę do ust. I już załatwiony na cacy, będzie myślał tylko o jednym, nawet jeśli rozmawiacie tylko o pogodzie, albo pytasz o godzinę.

- Lepsza z KFC, bo dają darmowe dolewki, ale w McDonaldzie tańsza – fachowo podsumowuje Wika.

Zanim zadam jej pytanie, czy nie czuje się źle z tym, co robi, już wiem, jaką dostanę odpowiedź.

- Za młoda jestem, żeby szukać męża, to się bawię, a co, ty byłeś taki cnotliwy w moim wieku? - odpowiada zgodnie z moimi przypuszczeniami.

Pogubione dzieciaki

- Te dziewczynki nie uważają, żeby robiły coś złego – przyznaje dr Elżbieta Michałowska z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego, która bada prostytuującą się młodzież. – Nawet są dumne z tej szczególnej formy aktywności. Czują się lepsze.

Przed 10 laty większość nastoletnich prostytutek pochodziła z rodzin patologicznych. Większość marzyła o cieple rodzinnym, o stabilizacji, ucieczce od beznadziei swojej egzystencji. Tylko 3 procent prostytuujących się nieletnich twierdziło, że ich zajęcie ma coś wspólnego z chęcią przeżycia przygody. Z badań dra Jacka Kurzępy wynika, że większość nieletnich prostytutek wcale nie chce porzucać "zawodu". Ponadto 76 proc. zapytanych dziewcząt stwierdziło, że ich zachowanie to coś "normalnego". Oczywiście nadal większość stwierdza, że prostytuują się z powodów ekonomicznych, ale nie pochodzą z rodzin, w których panuje bieda. Po prostu nie zawsze jest wystarczająco na nowy telefon, modny ciuch czy ciągłe imprezowanie.

- Im nie brakuje pieniędzy, brakuje im ciepła. Według naszych badań 30 procent dzieci wskazało, że w domu brak ojca, fizycznie bądź emocjonalnie – mówi dr Michałowska.

W świecie wszechobecnej konsumpcji brak wsparcia rodziców oznacza brak jednoznacznych kierunkowskazów moralnych. Jeśli dziecko nie znajduje w rodzinie odpowiedzi na palące pytania, to zwraca się do grupy rówieśniczej.

- Bohaterki mojego filmu są takie, jak dzisiejsze dzieciaki: przyjmują pozę hardych, cynicznych, ale w głębi duszy one po prostu szukają miłości, której nie dostały w domu – mówi reżyserka "Galerianek" Kasia Rosłaniec.

Marta przyznaje, że korzystała z rozwodu rodziców. Ojciec mieszkał oddzielnie, matka dużo pracowała, nie miała czasu zajmować się córką. Ojciec wpadał dwa razy w miesiącu na weekend. Marta miała wystarczająco swobody, żeby znikać popołudniami. Wpadła przypadkiem, bo matka koleżanki zobaczyła ją w towarzystwie starszego faceta. Podeszła, Marta przedstawiła sponsora jako swojego ojca, ale kobieta nie uwierzyła. Doniosła matce. Kiedy wszystko się wydało, Marta trafiła pod opiekę psychologa, który "ustawiał" jej prawidłowe relacje z mężczyznami.

Wika niechętnie mówi o swojej rodzinie. Wszyscy zdrowi, mają pracę. Z matką rozmawia często, może nie jak przyjaciółki, ale normalnie. O czym? O szkole, o tym, co robiła. A ojciec pracuje więcej, czasami coś zapyta. O co?

- No, jak tam w szkole... - Wika zacina się w sobie.

Jedno mi tylko nie pasuje do tego obrazka. Skoro Wika tak dobrze dogaduje się z rodzicami, to jakim cudem oni nie dziwią się, skąd córka ma nowy telefon, spodnie, kosmetyki?

Wika tylko wzrusza ramionami. Nie odpowie.

PS. Już po zakończeniu pisania tego artykułu jakiś kolega zadzwonił do rodziców Wiki i poinformował, czym zajmuje się ich córka. Na razie Wika ma szlaban domowy, ojciec odbiera ją ze szkoły samochodem, rodzice odmówili rozmowy z mediami. Poprosili jedynie o usunięcie z artykułu szczegółów mogących pomóc zidentyfikować Wikę, dlatego wszystkie imiona są zmienione.

poniedziałek, 22 lutego 2010

Biegi narciarskie. Dlaczego Kowalczyk nie ma złota

Robert Błoński, Jakub Ciastoń, Whistler
2010-02-21, ostatnia aktualizacja 2010-02-21 23:29
Vancouver 2010. Justyna Kowalczyk
Vancouver 2010. Justyna Kowalczyk
Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Dwukrotna mistrzyni świata i liderka Pucharu Świata nie stanęła dotąd na najwyższym podium. Niespodzianka? Justyna Kowalczyk i jej trener przekonują, że nie. Ale dali wiele powodów, by w złote medale wierzyć

Vancouver 2010. Justyna Kowalczyk na mecie biegu łączonego
Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta
Vancouver 2010. Justyna Kowalczyk na mecie biegu łączonego

Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta Vancouver 2010. Justyna Kowalczyk na podium
Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta
Vancouver 2010. Justyna Kowalczyk na podium
SPORT.PL na FACEBOOK-u - wejdź na nasz profil, zostań fanem. Komentuj, dyskutuj, radź! »

- Kto mnie słuchał, ten nie powinien być zaskoczony, że dotąd nie wywalczyłam złota. I tak jestem przeszczęśliwa, że mam medale. Czuję się sportowcem spełnionym - mówiła Kowalczyk po srebrze w sprincie i brązie w biegu łączonym na 15 km.

Czy tak może mówić najlepsza biegaczka świata ubiegłego sezonu i zdecydowana liderka narciarskich wyścigów w ostatnich miesiącach? Przecież wygrała Puchar Świata (w tym dominuje bezdyskusyjnie), prestiżowy Tour de Ski, zdobyła dwa złote medale MŚ.

1. Ale już rok temu ostrzegała: - Gdy pierwszy raz zobaczyłam olimpijskie trasy w Whistler, zachciało mi się płakać. Są za łatwe, zupełnie nie dla mnie. O medale na igrzyskach będzie bardzo trudno, będę szczęśliwa, jeśli zdobędę choć jeden - mówiła Kowalczyk. Później powtarzała to wielokrotnie i i jeszcze wychwalała pod niebiosa rywalki.

Polka od zawsze lubiła się ścigać na trasach, gdzie jest dużo podbiegów, najlepiej jak najcięższych. Tam najłatwiej zgubić rywalki. Tak było w na MŚ w Libercu i w Tour de Ski.

2. A może nie ma złota, bo jest zmęczona nieustającymi startami?

Gdy jeden z dziennikarzy zapytał ją podczas igrzysk, czy - tak jak złote medalistki: Marit Bjorgen i Charlotte Kalla - nie powinna odpuścić niektórych wyścigów, Polska biegaczka mocno się zdenerwowała, a jej trener tłumaczył: - Przyjechaliśmy tu startować, a nie odpoczywać. Gdybyśmy odpuścili starty jak Kalla, czy Bjorgen, na igrzyskach walczylibyśmy o 10. miejsca. To nie nasza metoda. Justyna trenuje ciężko od maja do listopada, potem dzięki temu ma siłę na cały sezon i nie musi robić przerw. Startami dochodzi do optymalnej formy. Nie ma jednej specjalizacji, najmocniejsza jest w klasyku, ale może walczyć o wysokie miejsca praktycznie we wszystkich konkurencjach - mówił Aleksander Wierietieleny.

System przygotowań Polki był identyczny rok temu. Nie odpuściła prawie żadnego startu, rywalki odpuszczały, a ona i tak znokautowała je na MŚ w Libercu, które były w lutym - tak jak teraz olimpiada.

3. Wierzyliśmy w złoto...

... bo rok temu trener i zawodniczka też asekurowali się, jak mogli, że nie są pewni tras, formy, a bieg na 30 km to właściwie odpuszczają, bo już niczego nie muszą. A potem wygrali go jak z nut. - Wy nie wiedzieliście, ale w światku narciarskim aż wrzało. Byłam wielką faworytką, a inne zawodniczki prosiły: "Justyna oszczędź nas" - mówiła Kowalczyk tydzień po MŚ. Podobnie było przed finałem PŚ w Falun. Wtedy też trener i Justyna zapewniali, że już są jedną nogą na wakacjach, a potem - po zwycięstwie - z uśmiecham mówili, że żartowali i przyjechali tam uzbrojeni po zęby tylko po wygraną. - Justyna od razu mi powiedziała, że odrobi straty do Petry Majdić i wygra Puchar - mówił tam Wierietielny.

Dlatego w tym sezonie, gdy Justyna wygrywała biegi PŚ, ale niezmiennie narzekała na olimpijskie trasy i wychwalała rywalki, mrugaliśmy do siebie oczami, że to kolejna asekuracja. Byliśmy raczej przekonani, że znów jest w takiej formie, że nic i nikt jej nie przeszkodzi. A pochwały dla rywalek wynikają wyłącznie z szacunku dla ich pracy.

Okazało się jednak, że nie.

4. Nikt nie umie na razie rozstrzygnąć...

... na ile zwycięstwa Marit Bjorgen czy srebrny medal Anny Haag to efekt ich perfekcyjnego przygotowania czy może też słabszej niż rok temu w Libercu formy Kowalczyk.

Polska biegaczka mówiła, że Bjorgen lepiej czuje się na tutejszych trasach, bo jest lepsza technicznie, pewniej zjeżdża, co najdobitniej było widać na finiszu sprintu. Gdyby Polka wyszła z zakrętu pierwsza, pewnie złoto by miała.

O Haag Kowalczyk powiedziała, że "w ogóle mnie nie zaskakuje, że jest tak mocna, bo świetnie finiszuje". Rafał Węgrzyn, szef serwismenów Justyny, powiedział coś zupełnie odwrotnego. Kowalczyk pilnowała Kristin Steiry, Norweżki Polki. Wyprzedziła je Szwedka.

- W trzy dni zdobyłam dwa medale olimpijskie. Dziewczyna z Polski, która dziesięć lat temu nie potrafiła nie tylko biegać, ale nawet chodzić na nartach - mówiła Kowalczyk. - Wszystkich, którzy są zawiedzeni, zapraszam na igrzyska, niech wystartują z numerem jeden i niech zdobywają złote medale.

Presja ciąży na niej gigantyczna, nigdy nie widzieliśmy jej tak drażliwej. Polski sportowiec po raz drugi w historii występuje w roli głównego faworyta na zimowych igrzyskach. W 2002 r. w Salt Lake City Adam Małysz dwukrotnie przegrał z Simonem Ammannem, raz także ze Svenem Hannawaldem. Teraz w rolę Ammanna wcieliła się Bjorgen, a w Hannawalda - Anna Haag. Na razie, bo zostało jeszcze 30 km, gdzie... Kowalczyk znów jest faworytką.

5. Znikający trener Wieretelny

Po srebrze i brązie trener znika. Niby dzień później się pojawia, chwali Justynę, mówi, że jest pięknie, ale jednak w jego rosyjskiej duszy dostrzegamy jakąś zadrę. Czy taką, że jednak czekali na złoto? Po srebrnym medalu w sprincie przyznał, że w Kanadzie zaiskrzyło między nim a Justyną. Że nie wytrzymał presji. Był szorstki, doprowadził Justynę niemal do rozpaczy - po srebrnym medalu w sprincie nie chciał z nią rozmawiać, nie odbierał od niej telefonu. Uciekł do wioski.

Ale później była sielanka - Justyna ofiarowała medal trenerowi, temu ze wzruszenia pociekły łzy po brodzie, ale medalu nie przyjął. - Spełniliśmy to, co sobie obiecaliśmy, nie wrócimy z Kanady z pustymi rękami - zgodnie mówili oboje po sprintach. Potem był bieg łączony, w którym w Libercu Justyna zdobyła złoto. W Whistler spodziewaliśmy się powtórki, o medalu brązowym zadecydował czubek buta. Trener znowu wrócił do wioski. - Jak jest źle, to przyjdę do was i się wytłumaczę. Z medali tłumaczyć się nie zamierzam. Jak już wszyscy ochłoniemy, dzień po biegu, odpowiem na każde pytanie - mówił Wierietielny.

W sobotę bieg na 30 km. Ten jedyny medal, o którym wspominała przed igrzyskami Kowalczyk, miała zdobyć właśnie na najdłuższym dystansie. To jej bieg i jej technika, ale rywalki znów będą wyborne, a na trasie nikt nie usypie podbiegów. - Złoty medal obiecuję za cztery lata w Soczi. Tam będą trasy, które mi odpowiadają. Tam też będę chciała złożyć hołd mojemu trenerowi - powiedziała Justyna przed igrzyskami w Kanadzie.

Vancouver 2010 na Sport.pl

Na portalu Sport.pl codziennie od godz. 17 relacje Z Czuba i na żywo, całą dobę relacje prosto z Kanady od naszych specjalnych korespondentów, wideo komentarze, rozmowy z naszymi gwiazdami i komplet wyników, także tych z nocy polskiego czasu. A o godz. 9 rano w Radiu TOK FM magazyn olimpijski Michała Pola - oraz stream wideo live w naszym portalu.

Zespół Sport.pl przygotowuje też "Gazetę olimpijską" - codziennie do kupienia z "Gazetą Wyborczą".

Zbyszkiem na plecach

Data publikacji: 20.02.2010 03:30

Niewiele brakowało, a w Parku Olimpijskim w Whistler bylibyśmy świadkami największej polskiej sensacji igrzysk. 24-letnia biatlonistka AZS AWF Katowice Weronika Nowakowska otarła się o podium w biegu na 15 km. Była piąta, a do szczęścia - srebrnego medalu - zabrakło jednego celnego strzału.

Do tej pory wyróżniała się urodą i sympatycznym usposobieniem. W czwartek zaimponowała fantastycznym startem na olimpijskich trasach.

- Gdyby nie to jedno pudło, byłby srebrny medal...

- A gdybym spudłowała jeszcze trzy razy, to zajęłabym 64. miejsce. Biatlon to idealny sport do mówienia "gdyby". Ja bardzo się cieszę z dobrej pozycji, bo muszę przyznać, że gdy wiedziałam, co się święci, biegłam z coraz większym obciążeniem. Od trzeciego okrążenia zaczęła towarzyszyć mi myśl: o Jezu, to może być medal. Byłam tak przejęta, że... nawet nie pamiętam ostatniego strzelania. Jestem szczęśliwa, mimo że nie zdobyłam krążka. Choć pewnie za jakiś czas będę żałować, że go nie mam. Zawsze tak jest.

- Gdy wszystko zależy od jednego strzału, mówi się coś do karabinu?

- Ja z nim często rozmawiam. Wczoraj wieczorem porozmawiałam, wyczyściłam go, bo obiecałam mu to po ostatnim strzelaniu. Trochę pogadaliśmy, pomierzyliśmy, zamknęłam go w szafeczce i poszedł spać. Mój karabin ma nawet imię - "Zbyszek". Tak po prostu, nie doszukujcie się podtekstów (prezes Polskiego Związku Biatlonowego to Zbigniew Waśkiewicz - red.).

Przeczytaj też: Vancouver, Justyna Kowalczyk: Jeszcze zdobędę złoto!

- Wielu twierdziło, że jesteś wschodzącą gwiazdą biatlonu. Broniłaś się przed tym, ale...

- Gwiazdą to na pewno nie, raczej gwiazdeczką (śmiech). Trudno prorokować, co się wydarzy. Na medal czasem trzeba czekać cztery lata, czasem pięć, dziesięć. A niektórzy nie doczekują wcale. Przede mną jeszcze wiele pracy. Poza tym to był trudny sezon, przede wszystkim strzelecko. Połamałam kolbę, potem pojawił się strach przed strzelaniem, jakaś bariera. Cieszę się, że na igrzyskach się pozbierałam.

- Trzeba było się dogadać z karabinem?

- Musieliśmy się zaprzyjaźnić. Zmieniłam praktycznie cały karabin, lufę, kolbę. Dużo czasu zajęło, zanim przyzwyczaiłam się do nowego sprzętu. Musiałam się go nauczyć od nowa, tak żeby obsługiwać go z zamkniętymi oczami. To tak, jakby czytać całe życie po polsku i musieć nagle przerzucić się na rosyjski. A poprzedni karabin nazywał się "Rysio". Mam już takiego bzika, że nazywam wszystkie swoje rzeczy.

Cała prawda o Zbyszku

"Zbyszek" Weroniki to karabin sportowy o kalibrze 5,6 mm, na - uwaga - amunicję ostrą! Ładowany musi być ręcznie - zwykle z magazynka. Wyposażony w celownik i muszkę. Waga karabinu jest nie mniejsza niż 3,5 kg (licząc bez magazynka i nabojów). W trakcie biegu musi znajdować się na plecach zawodniczki


czwartek, 18 lutego 2010

W Warszawie pochowano byłego szefa MSZ, prof. Krzysztofa Skubiszewskiego

Autor PAP – sprzed 2 godzin

18.02. Warszawa (PAP) - W Warszawie pożegnano uroczyście w czwartek b. szefa MSZ, prof. Krzysztofa Skubiszewskiego. Trumna z ciałem zmarłego profesora spoczęła w krypcie zasłużonych Polaków w Świątyni Opatrzności Bożej w stołecznym Wilanowie.

Poranną mszę świętą w intencji zmarłego profesora Skubiszewskiego w Archikatedrze św. Jana Chrzciciela na stołecznej Starówce koncelebrowali: metropolita warszawski, abp. Kazimierz Nycz i nuncjusz apostolski, abp. Józef Kowalczyk.

W uroczystościach pogrzebowych wzięli m.in. udział: marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, szef Kancelarii Prezydenta Władysław Stasiak, pierwszy niekomunistyczny premier po 1989 r. Tadeusz Mazowiecki oraz byli ministrowie sprawa zagranicznych: obecny sekretarz stanu w Kancelarii Premiera Władysław Bartoszewski, Andrzej Olechowski i Adam Daniel Rotfeld. Skubiszewskiego żegnała również aktorka Maja Komorowska.

"Pan życia i śmierci, czasu i wieczności, wezwał do siebie prof. Krzysztofa Skubiszewskiego - szlachetnego człowieka, wybitnego naukowca, znawcę prawa międzynarodowego, cenionego w całym świecie naukowca" - mówił abp. Kowalczyk.

Nuncjusz apostolski podkreślał "człowieczeństwo, kompetencję, kulturę bycia, formację intelektualną i duchową" zmarłego szefa MSZ. W jego opinii, Skubiszewski to "przykład prawdziwego, państwowego urzędnika, który służył dobru całego społeczeństwa".

"Potrafił swoje dary wykorzystać dla dobra wspólnego - czy to jako profesor Uniwersytetu w Poznaniu oraz uczelni zagranicznych, czy też jako minister spraw zagranicznych Rzeczypospolitej. Budując politykę zagraniczną na trwałych fundamentach prawa międzynarodowego, dalekowzrocznej perspektywie troski o zachowanie tożsamości swojego kraju i suwerenności oraz o dobrosąsiedzkie relacje i współpracę z innymi państwami" - wspominał apb. Kowalczyk.

"Jako członek Korpusu Dyplomatycznego podziwiałem jasność jego umysłu i konsekwentną linię polityki zagranicznej - nie tylko w jego poczynaniach, ale również w licznych publicznych wypowiedziach, także do Korpusu Dyplomatycznego" - mówił nuncjusz apostolski.

Zdaniem arcybiskupa, osobę Skubiszewskiego - jego odpowiedzialną pracę i politykę zagraniczną Polski w dobie różnych przemian społeczno-ustrojowych - bardzo cenił też papież Jan Paweł II. "Kwalifikacje intelektualne i duchowe, dydaktyczne profesora znalazły szerokie uznanie w świecie i przyniosły mu wiele doktoratów honoris causa wszystkich dobrych uczelni zagranicznych" - przypomniał Kowalczyk.

Zwrócił uwagę, że również Stolica Apostolska w 2002 roku powołała go na członka Papieskiej Akademii Nauk Społecznych. "Dzisiaj składam świętej pamięci zmarłemu, w imieniu własnym, ale także Korpusu Dyplomatycznego wyrazy uznania i podziękowania za jego bezcenny wkład w budowanie nowej rzeczywistości" - powiedział Kowalczyk.

Kardynał Józef Glemp wspominał Skubiszewskiego jako człowieka "jak najbardziej prostego, a jednocześnie dostojnego, bezpośredniego, od którego jednocześnie czuło się dystans". "Czuło się w nim wiarę nadprzyrodzoną, choć nie afiszował się swoją dewocją" - mówił Glemp.

Stasiak odczytał list, który do uczestników czwartkowych uroczystości skierował prezydent Lech Kaczyński. "Żegnamy dzisiaj prof. Krzysztofa Skubiszewskiego - pierwszego ministra spraw zagranicznych wolnej Rzeczypospolitej, wybitnego znawcę prawa międzynarodowego, człowieka, który przeszedł do historii jako aktywny uczestnik procesów, które zmieniły oblicze ówczesnej Polski i Europy" - napisał prezydent w liście.

L.Kaczyński przypomniał, że Skubiszewski "będąc członkiem czterech ekip rządowych angażował się w redefinicję i praktyczną realizację polityki zagranicznej".

Prezydent zwrócił również w swym liście uwagę, że profesor przyczynił się do nawiązania przyjaznych i równoprawnych stosunków z naszymi sąsiadami oraz innymi partnerami zewnętrznymi. "Wyprowadzenie wojsk radzieckich, udział Polski w międzynarodowej konferencji poświęconej zjednoczeniu Niemiec i uregulowanie stosunków polsko-niemieckich i konkordat ze Stolicą Apostolską, utworzenie Trójkąta Weimarskiego, współpraca w ramach Grupy Wyszehradzkiej, nawiązanie stosunków dyplomatycznych z państwem Izrael to zasługi, które utwierdziły renomę profesora Skubiszewskiego na arenie międzynarodowej" - podkreślił w liście prezydent.

Zdaniem Lecha Kaczyńskiego, były szef MSZ "do końca pozostał nieformalnym ambasadorem Polski jako państwa nowoczesnego, otwartego, aktywnie uczestniczącego w tworzeniu światowego ładu".

Bronisław Komorowski podkreślił, że Skubiszewski był twórcą linii polityki państwa polskiego, którą kolejne rządy wolnej Polski usiłowały kontynuować przez ostatnie 20 lat i wciąż to robią. "Myślę, że mogę nisko pochylić głowę przed profesorem, przed ministrem, w imieniu całego nie tylko parlamentu polskiego, ale licznej rzeszy ludzi, którzy swoje szlify w pracy publicznej dla Polski zdobywali po 1989 roku" - podkreślił.

Jak mówił, po 1989 roku konieczne było wyznaczenie nowych kierunków w polityce wewnętrznej, zewnętrznej, ustroju gospodarczego, którymi Polska mogłaby zmierzać. "Był to także moment, kiedy potrzebne były wzorce, znalezienie punktów odniesienia, które pozwalałyby wierzyć w to, że Polska poradzi sobie z trudnym dziedzictwem przeszłości komunistycznej, z wielkimi zadaniami stojącymi przed nią" - zaznaczył.

"Stojąc dzisiaj przed trumną profesora Krzysztofa Skubiszewskiego, modląc się ze wszystkimi +wieczny odpoczynek racz mu dać Panie+, dodaję: racz mu dać odpoczynek po ciężkiej, ale rzetelnej pracy, po wielkim zadaniu, racz mu, bo dobrze zasłużył się Polsce" - podkreślił.

Tadeusz Mazowiecki, który jako pierwszy powierzył Skubiszewskiemu tekę ministra spraw zagranicznych, wspominał go jako męża stanu, ale jednocześnie człowieka pełnego uroku, któremu zawsze przyświecało dobro Polski. Jak mówił, profesor w swojej pracy stawiał na jakość, kompetencję. "Był człowiekiem publicznej służby" - mówił Mazowiecki. Według niego, Skubiszewski potrafił kształtować politykę nie tylko na kolejne miesiące, ale dziesięciolecia.

"Jego kompetencje osadzone w głębokiej znajomości prawa i stosunków międzynarodowych, wysoka kultura, takt, umiejętność zjednywania doradców, stanowiły jakby wartość dodaną polskiej polityki zagranicznej tamtego czasu" - podkreślił były premier.

Przypomniał m.in., że Skubiszewski był inicjatorem tzw. dwutorowej polityki wschodniej, co oznaczało wyjście poza kontakty z centralnymi władzami ZSRR i nawiązanie relacji z sąsiadującymi republikami. "Służyło to w jakimś stopniu stymulowaniu dążeń do przyszłej niepodległości" - podkreślił.

Wspominał też, że w 1991 roku wraz z ówczesnymi ministrami spraw zagranicznych: Niemiec Hansem Dietrichem Genscherem i Francji Rolandem Dumas, zainicjował współpracę w ramach Trójkąta Weimarskiego, jako forum trójstronnych konsultacji politycznych.

Władysław Bartoszewski - pełnomocnik rządu ds. dialogu międzynarodowego, który - jak mówił - żegnał Skubiszewskiego w imieniu swoim i premiera Donalda Tuska, podkreślił, że były szef MSZ był "człowiekiem o wielkiej politycznej wyobraźni, osobą porozumienia i dialogu, który przeprowadził Polskę przez przełomowy okres kształtowania nowego ładu w Europie po upadku komunizmu".

Bartoszewski podkreślił, że osobiście uważał Skubiszewskiego za mentora. Wyraził jednak żal z powodu tego, że w ostatnim dziesięcioleciu nie był wykorzystywany w Polsce. Wspominał go jako człowieka pozornie surowego, szorstkiego, ale wrażliwego, dobrego, sprawiedliwego, nieprzeciętnego, o którym się nie zapomina.

Po południu trumna z ciałem prof. Krzysztofa Skubiszewskiego została złożona do krypty zasłużonych Polaków w Świątyni Opatrzności Bożej w Wilanowie. Podczas tej - prywatnej - części uroczystości odczytany został m.in. list kondolencyjny od byłego prezydenta Lecha Wałęsy, który wspominał Skubiszewskiego jako prawego człowieka i wielkiego patriotę. W liście podkreślono, że "Polska straciła oddanego i zasłużonego syna", który do ostatniej chwili służył demokracji.

Były szef MSZ spoczął obok poety księdza Jana Twardowskiego i kapelana Rodzin Katyńskich księdza Zdzisława Peszkowskiego. (PAP)

mkr/ joko/ gdy/ par/ gma/

sobota, 6 lutego 2010

Rządowe samoloty TU-154 numery 101 i 102

Tusk i Kaczyński naprawdę latają złomem?

Kto kiedyś mógł pić na pokładzie, kto pije teraz, komu wydziela się torebki herbaty, jak biało-czerwony tupolew stał się narzędziem polityki i skąd wziął się mit, że lot samolotem polskich VIP-ów grozi katastrofą? Oto cała prawda o maszynach, często nazywanych w mediach "latającym złomem".


Dwa wysłużone rządowe tupolewy odejdą do lamusa polskiego lotnictwa. Ich piloci zostali już przeszkoleni na brazylijskich embraerach 175. Wkrótce to właśnie te samoloty zastąpią przestarzałe tutki.

W taki dzień jak dziś na szkolenie jest dużo czasu. Bo oba rządowe Tu-154 znów są zepsute. Pierwszy do końca lipca przechodzi remont w Rosji, a drugi czeka na naprawę. Autopilot ma usterkę od ostatniej wyprawy do Haiti. A części zamienne wciąż nie dotarły. Na Światowe Forum Ekonomiczne w Davos 28 stycznia prezydent Lech Kaczyński dotarł więc spóźniony – zamiast tupolewem, musiał polecieć małym jakiem. A już za parę dni, także korzystając z jaka, premier Donald Tusk dostanie się na nadzwyczajny szczyt gospodarczy w Brukseli.

Trzej pierwsi piloci siedzą w bazie na warszawskim Okęciu. Mają tu swój pokój, ale niezbyt duży, dość skromnie urządzony. – To nie tak, że rządowe tupolewy są szczególnie awaryjne. Nie psują się ani częściej, ani rzadziej niż inne. Idealnych samolotów nie ma. Boeingi miewają kłopoty z systemem hermetyzacji, z kolei airbusy – z systemem sterowania – zapewnia podpułkownik Bartosz Strojeński, dowódca eskadry. – Tu-154 to naprawdę fajny samolot. Każdy, kto nim latał, ma do niego sentyment. Jest mocny. Dużo do powiedzenia ma w nim pilot, a nie komputer. Ma trzy silniki, a to daje poczucie bezpieczeństwa. Lata wyżej niż większość samolotów pasażerskich. Turbulencje czy burze może obejść górą – dodaje kpt. pilot Grzegorz Pietruczuk.

Skąd kłopoty?

To dlaczego ciągle słyszymy o awariach? – dopytujemy. – Awarie, o których się tyle mówi, przeważnie nie są poważne – zapewniają piloci. Chodzi o to, że w samolocie rządowym nie może być żadnej, ale to żadnej usterki. Gdy poluzuje się śrubka w klamce, samolot nie wystartuje, dopóki nie zostanie dokręcona. Inaczej jest w samolotach pasażerskich. Istnieje cała lista usterek, z którymi samolot może lecieć, bo nie wpływają one na bezpieczeństwo.

Piloci przekonują: – Naprawdę nie o to chodzi, że Tu-154 się psują. One są przestarzałe i zbyt głośne i dlatego nie mogą lądować na lotniskach w UE. Z tego powodu Aerofłot pozbył się ich w ubiegłym roku. Nasze dwa tutki latają na zasadzie wyjątku. To samoloty rządowe, a przecież nikt nam nie będzie mówił, czym mamy latać.

Według Strojeńskiego problem nie w maszynie, tylko w tym, że jesteśmy biednym krajem. Nasz prezydent leci w delegację jednym samolotem. A prezydent Sarkozy trzema. W jednym on, w drugim reszta ekipy, a trzeci jest zapasowy, jakby któryś z poprzednich się popsuł. Tak samo Obama – choć w przypadku podróży prezydenta Stanów Zjednoczonych leci jeszcze więcej maszyn: Air Force One, Air Force One zastępczy i trzy inne, którymi Amerykanie wożą ze sobą wszystko, co może być potrzebne. A my? Mamy tylko dwa tupolewy. Jak się zepsują, to VIP-om zostają jaki. Mało wygodne i zupełnie niereprezentacyjne.

Piloci są zgodni: Polska powinna mieć flotę składającą się z trzech dużych maszyn, którymi prezydent i premier mogą latać bez międzylądowania. Takie samoloty mogłyby zabrać także około 200 żołnierzy na misję do Afganistanu czy Czadu. Do tego 4, 5 małych samolotów – ekonomicznych, które mogą służyć jako zastępcze środki transportu.

Koniec tupolewów zapowiadano po wielokroć. Po raz pierwszy właściwie tuż po tym, jak wcielono je do służby w 36. Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego "Obrońców Warszawy". Pierwszy o numerze 101 trafił do niej w 1990 roku. Drugi, 102, cztery lata później. Po przełomie ustrojowym nastały nowe czasy, do których "poradziecki złom" nie bardzo pasował. Szybko – słusznie czy nie – samolotom zaczęto przypisywać wyjątkową awaryjność.

– Jako szef rządu po kolejnych awariach wydałem polecenie wymiany taboru ministrowi transportu Bogusławowi Liberadzkiemu. Od 15 lat nie zmieniło się nic – opowiada były premier Józef Oleksy, którego lęk przed lataniem jest legendarny. – Latać tym samolotem to była zgroza – mówi Oleksy. I przypomina zdarzenie, które miało miejsce na lotnisku w Tel Awiwie, gdy w maszynę uderzyła ciężarówka i zrobiła dziurę w skrzydle. Zdaniem Oleksego to dlatego, że tupolew po prostu był niewymiarowy. – Miałem lecieć na szczyt europejski do Cannes i samolot nie zapalił, bo to maszyna wrażliwa na wilgoć i po deszczu nie zapala. Potem tak samo było w Budapeszcie i musieliśmy wracać samochodem – wspomina Oleksy.

Gorsza przygoda przytrafiła się Markowi Belce, gdy jako premier leciał na szczyt UE – Azja do Wietnamu. W Kunmingu w Chinach, gdzie było międzylądowanie, z jednego z silników zaczęły się wydobywać kłęby dymu. Polski premier, by zdążyć na szczyt, musiał pożyczyć samolot od Chińczyków.

Wszystkie przygody kończyły się jednak bezpiecznie. Nawet uderzenie pioruna uwiecznione przez jednego z obecnych na pokładzie operatorów telewizyjnych.

Powietrzne limuzyny

Rządowy samolot to atrybut najwyższej władzy, jaki przysługuje tylko prezydentowi, premierowi, marszałkom Sejmu i Senatu. Ale zwykle szybko powszednieje. – To żaden przywilej, to usprawnienie pracy. Premier nie powinien udawać, że lata jak każdy obywatel, bo ma inne obowiązki – komentuje Oleksy.

Próbował zaprzeczyć temu Donald Tusk, który na początku swojej kadencji zapowiedział, że w ramach oszczędności będzie korzystać z rejsowych lotów. Szybko się okazało, że trudno pogodzić udział w unijnych szczytach z nerwowym zerkaniem na zegarek, by nie spóźnić się na rejsowy samolot.

Absolutną katastrofą pod tym względem była jego wyprawa za Atlantyk. Gdy boeing z Tuskiem był w powietrzu, do nowojorskiego biura LOT-u zadzwonił ktoś, przedstawiając się jako członek Al-Kaidy. – Na pokładzie samolotu, którym leci polski premier, jest bomba – oświadczył i przerwał połączenie. Alarm był fałszywy, ale skrupulatni Amerykanie musieli sprawdzić, czy faktycznie nie ma żadnej bomby. Później, podczas spotkania z Polonią, Tusk żartował na temat "bombowego" przywitania. Ale w efekcie przekonał się do tutków. I wkrótce Tu-154 stał się – podobnie jak krzesło na unijnym szczycie – symbolem politycznej wojny premiera z prezydentem.

Narzędziem polityki rządowe tupolewy stały się niedawno. Pierwszy raz podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej. Lech Kaczyński chciał się dostać do Tbilisi przed Nicolasem Sarkozym, prezydentem sprawującej wówczas unijną prezydencję Francji. Obawiał się, że prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili zgodzi się na proponowane przez Francuza warunki rozejmu, w których nie będzie punktu o zachowaniu terytorialnej integralności Gruzji. Dlatego zaczął naciskać na pilota, by niezgodnie z ustalonym wcześniej planem poleciał wprost do stolicy Gruzji, a nie do Azerbejdżanu, skąd, jak planowano, Kaczyński i towarzyszący mu prezydenci Litwy, Estonii i Ukrainy oraz premier Łotwy mieli samochodami pojechać do Tbilisi. Pilot odmówił jednak, bo nad przestrzenią powietrzną Gruzji panowało rosyjskie lotnictwo. Na pokładzie doszło do ostrego spięcia. – Ja naprawdę obawiałem się o życie nie tylko prezydenta, ale całej załogi – przekonuje kapitan Grzegorz Pietruczuk.

Inaczej tę sytuację widzi Michał Karnowski, znany dziennikarz, który wtedy był na pokładzie: – Wszyscy od początku wiedzieliśmy, że jedziemy w rejon wojny. Ale w międzyczasie pozytywny efekt przyniosły mediacje UE. W momencie startu mieliśmy już informacje, że działania wojenne są zakończone.

Jego zdaniem pilot przecenił ryzyko, które już wtedy było znacznie mniejsze. – Jego decyzja bardzo wszystko utrudniła, bo musieliśmy jechać fatalną drogą, dotarcie na miejsce opóźniło się o dziesięć godzin. Czterej prezydenci dotarli w rezultacie spóźnieni, bo Sarkozy przybył dużo wcześniej. Misja dyplomatyczna straciła wagę – wspomina Karnowski.

Kolejny raz Tu-154 był kartą przetargową w sporze prezydenta i premiera o kompetencje w polityce unijnej. Apogeum spór osiągnął w październiku 2008 roku, kiedy to Tomasz Arabski, szef kancelarii premiera, odmówił samolotu Lechowi Kaczyńskiemu, by ten nie poleciał na szczyt w Brukseli. Prezydent wyczarterował wtedy samolot i na szczyt doleciał.

Nigdy wcześniej do takich sytuacji nie dochodziło – w czasach rządu Jerzego Buzka lewicowy prezydent porozumiewał się w tej sprawie z premierem i marszałkami Sejmu i Senatu, którzy pochodzili z AWS. Kiedyś rozgorzał spór o wylot na wigilię do polskiego kontyngentu w Kosowie. Ówczesny marszałek Sejmu Maciej Płażyński miał już zaplanowany lot, ale żołnierzy postanowił odwiedzić także Aleksander Kwaśniewski. – Na szczęście Kwaśniewski zrezygnował. Ale gdyby postawił na swoim, to on by poleciał jako osoba stojąca wyżej w hierarchii najwyższych urzędów – opowiada Płażyński.

Nieformalne konferencje

VIP-om trudno zrezygnować z własnego samolotu nie tylko z powodu prestiżu. Liczy się też to, że na pokład rządowego samolotu zapraszani są dziennikarze. W czasach rządów lewicy murowane miejsce miała "Trybuna", za PiS "Nasz Dziennik". Tu-154 często okazywał się za mało pojemny dla niektórych mediów, z którymi aktualna władza miała na pieńku. Ich przedstawiciele słyszeli wówczas, że miejsca w samolocie już się skończyły.

Na pokładzie kontakty dziennikarzy i polityków odbywają się na innych zasadach niż zazwyczaj. Zwłaszcza na długich trasach tworzy się rodzaj pokładowej wspólnoty, opowiada Maciej Płażyński. Korzystali z tego wszyscy: Jerzy Buzek, Leszek Miller, Marek Belka i Kazimierz Marcinkiewicz. Aleksander Kwaśniewski podróż zaczynał zazwyczaj od przywitania się ze wszystkim uczestnikami lotu. Teraz ten obyczaj zamiera. Czasem do dziennikarzy przychodzi porozmawiać prezydent Lech Kaczyński. Donald Tusk robi to rzadko. Politycy PO mówią, że tylko wtedy, kiedy nie ma odpowiadającego w kancelarii premiera za komunikację Igora Ostachowicza, który uważa, że to "zły plan dla premiera", opowiada jedna z osób latających z Tu-154. Czy to przesadna ostrożność? Kilka miesięcy temu, podczas podróży na szczyt unijny, na którym mógł być dokonany wybór przewodniczącego Rady Europejskiej i szefa unijnej dyplomacji, Donald Tusk spędził z dziennikarzami sporo czasu, argumentując, że szczyt zakończy się niczym. Jednak dzień później Unia miała już i swojego prezydenta, i szefa dyplomacji.

Dziennikarze wciąż bardzo chętnie latają z VIP-ami. Mimo fatalnej klimatyzacji wewnątrz i różnych niedogodności znalezienie się w grupie wybrańców daje poczucie nobilitacji. – Jak ginąć, to w dobrym towarzystwie – powtarza Małgorzata Naukowicz, która często gości na pokładzie rządowego samolotu.

Taki ponury scenariusz jest jednak raczej mało prawdopodobny, bo tutkami latają bardzo dobrzy piloci. Dali tego dowód choćby podczas pewnego powrotu Leszka Millera z Francji. Nad Warszawą szalała śnieżyca. Lepsza pogoda była w Katowicach i tam miał lądować samolot.

Premierowi zależało jednak na tym, by samolot wylądował na Okęciu. Pilot zapowiedział, że spróbuje wykonać trzy podejścia. Jeśli to okazałoby się zbyt ryzykowne, miał zrezygnować i polecieć jednak na Śląsk. Samolot zaczął zniżać lot, ale przez okna nie było nic widać, prócz gęstej zadymy. W pewnym momencie rozległ się huk – to pilot wysunął podwozie. Umilkły żarty, nie było śmiechów. Wszyscy spodziewali się, że za chwilę koła dotkną pasa, ale pilot poderwał maszynę i zaczął przygotowywać się do drugiego podejścia. Gdy i tym razem pilot poderwał maszynę, nikt nie przypuszczał, że podejmie jeszcze jedną próbę. Ale i tym razem pilot zaczął ostro schodzić w dół i samolot huknął kołami o pas. W tym momencie jedna z dziennikarek nie wytrzymała i zaczęła krzyczeć – Jezu! Ratunku! Rozbiliśmy się! – opowiada dziennikarz polityczny Marcin Graczyk.

Marcin Graczyk wspomina jeszcze jedną przygodę. Tupolewy mają stosunkowo mały zasięg i na lotach długodystansowych muszą uzupełniać paliwo. Na trasach transatlantyckich lądują z reguły na Islandii, choć czasami też w Kanadzie. Gdy w 2004 roku Aleksander Kwaśniewski wracał z USA, miał wylądować w Gander na Nowej Fundlandii, samolot został jednak skierowany do odległego o ponad 200 km Saint John’s. Maszyna długo krążyła nad lotniskiem. Oficerowie BOR-u i dziennikarze zaczęli wymieniać uwagi, że piloci muszą zrzucić paliwo, by podczas lądowania maszyna nie spłonęła. Kilku BOR-owców zaczęło udawać, że się modli, czym wprawili w przerażenie część pasażerów. Samolot jednak gładko wylądował i jechał wzdłuż wysokich zasp – bo właśnie pospieszne odśnieżanie było przyczyną, dla której Tu-154 nie mógł podejść do lądowania.

Samolot z napisem "Republic of Poland" kanadyjska obsługa lotniska przyjęła sceptycznie. Podczas tankowania wszystkich wyproszono z maszyny i ustawiono na płycie lotniska przy kilkunastostopniowym mrozie. Prezydent skarżył się potem, że został potraktowany, jakby podejrzewano, że jest nielegalnym imigrantem. Wizerunek polskiej delegacji w oczach Kanadyjczyków poprawiło dopiero to, gdy Kwaśniewskiego rozpoznali na lotnisku przebywający tam polscy marynarze.

Podejścia bojowe

Najwięcej emocji towarzyszy wyprawom bojowym. Tak, nieco na wyrost, określa się loty w rejon konfliktów zbrojnych, gdzie stacjonują nasze kontyngenty. Kiedyś Bałkany czy Bliski Wschód, a w ostatnich latach Irak i Afganistan. W czasach, gdy pierwszy lepszy bojownik, który dostanie do ręki rurę z rakietą, może naprowadzić ją na cel i zestrzelić samolot, loty te traktowane są szczególnie poważnie. Samolot z VIP-em jest wymarzonym celem.

– Polecieliśmy do Bagdadu z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, ale coś wydarzyło się na lotnisku, dlatego musieliśmy krążyć nad zabudowaniami stolicy Iraku na niewielkiej wysokości. A to było tuż po tym, jak zestrzelono samolot DHL rakietą przeciwlotniczą z dachu. Bałem się wtedy i patrzyłem na dachy, czy na którymś nie zobaczę kogoś z rurą albo smugi dymu – opowiada Jacek Czarnecki z Radia ZET, korespondent wojenny m.in. w Czadzie, Iraku i Afganistanie. W normalnym bojowym podejściu do lądowania samolot ostro schodzi w dół, by jak najszybciej znaleźć się na pasie startowym i dać ewentualnym strzelcom jak najmniej czasu do wycelowania. Na nieprzyzwyczajonych robi to silne wrażenie, a jeśli ktoś nie posłucha stewardes i nie zapnie pasów, może polatać po całym samolocie – opowiada reporter.

Po locie z Kwaśniewskim zmieniono procedury i podczas podchodzenia do lądowania w niebezpiecznych miejscach nakazano zasłaniać okna. – Po co się stresować – tłumaczył jeden z oficerów BOR-u. A ponieważ w Iraku pojawiła się także moda na ataki moździerzowe i snajperów, to jeszcze przed wylądowaniem rozdawano hełmy i kamizelki kuloodporne. Jednak to, co służy bezpieczeństwu, nie zawsze służy wizerunkowi. W 2006 roku tuż przed świętami wielkanocnymi do naszych żołnierzy w Iraku poleciał prezydent Kaczyński. A było to dwa miesiące po katastrofie hali MTK w Katowicach, kiedy to Lech Kaczyński pojawił się na miejscu w strażackim kasku. Zdjęcia, które obiegły prasę, nie były zbyt udane, tym bardziej że ani towarzyszący mu premier Kazimierz Marcinkiewicz, ani pozostałe osoby kasków nie miały. Dlatego gdy prezydent leciał do Iraku, kamizelkę kuloodporną zasłonił garniturem, a hełmu nie założył wcale. Wszyscy towarzyszący mu dziennikarze mieli za to obowiązek pokazać się w pełnym rynsztunku.

Piloci przyznają, że tupolew do takich misji się nie nadaje: nie może być tak, że prezydent leci do Iraku samolotem, który nie ma żadnego systemu antyrakietowego. Nie powinno być też tak, że samolot rządowy, który ma małe luki bagażowe, służy za samolot transportowy i wozi na siedzeniach ryż na Haiti – mówi jeden z pilotów.

Alkohol i papierosy

Aleksander Kwaśniewski pamiętał nie tylko o tym, aby się z dziennikarzami przywitać, ale także o tym, by podróż minęła im miło. To kancelaria rezerwująca lot dba o odpowiednią oprawę lotu i zamawia catering. Za czasów Kwaśniewskiego alkohol był serwowany wszystkim gościom. Teraz raczą się nim wyłącznie członkowie oficjalnej delegacji. Jak przyznają piloci, oszczędności poszły tak daleko, że często nawet torebki herbaty wyliczone są co do sztuki, a pilotów i stewardes nie uwzględnia się w ogóle. Mają jednak swój własny czajnik i herbatę.

Nie tylko Kwaśniewski traktował trunki jako zwyczajowy element wyprawy. – Podczas moich podróży podawano alkohol na pokładzie. Nie widziałem w tym nic złego, wszystko jest dla ludzi – mówi były marszałek Sejmu Maciej Płażyński. Ale problemy się zdarzały. Podczas jednego z lotów nad Zatokę Perską przedsiębiorcy zaczęli bawić się tak dobrze, że dziennikarze w końcu śpiewali naprędce ułożony kuplet. "Polski biznes nie żyje, nie żyje, nie żyje. Niech już więcej nie pije, nie pije, bęc". W końcu do przedziału wszedł prezydencki minister do spraw zagranicznych Andrzej Majkowski, który cieszył się opinią człowieka rozrywkowego, ale tym razem wycedził tylko przez zaciśnięte zęby: – Za godzinę lądujemy w Arabii Saudyjskiej, kraju muzułmańskim, w którym alkohol nie jest tolerowany.

Wkrótce po tym locie alkohol przestał być serwowany oficjalnie. Zdarzało się jednak i potem, że stewardesa podchodziła, mrugała okiem i pytała, czy podać colę. Oczywiście cola była z wkładką, opowiada Małgorzata Naukowicz z Radia Tok FM.

Podczas jednej z podróży Aleksandra Kwaśniewskiego pewien prezydencki urzędnik zaspał, "zmęczony zmianą czasu", i został na Cejlonie. Ale dziennikarze też nie zawsze byli święci. – Były osoby, za które reszcie było wstyd – mówi Jacek Czarnecki z Radia ZET. Jeden z dziennikarzy przypłacił nawet picie na pokładzie utratą pracy. Zdarzały się też loty, po których dziennikarzy nie wypuszczano z samolotu, dopóki VIP nie odjechał z Okęcia. To mogło oznaczać tylko jedno: stan powracającego polityka jest taki, że lepiej go nie pokazywać.

Naiwny jednak, kto myśli, że przesiadka VIP-ów z posowieckich tutków do nowoczesnych embraerów będzie się wiązała ze zmianą mentalną i oznaczała ostateczny koniec takich obrazków. Na pokładzie nowych samolotów znajdzie się przecież miejsce na barek.

Drink z Poznania podbija Europę. Poznajcie autorkę

Natalia Mazur
2010-02-06, ostatnia aktualizacja 2010-02-05 18:35

Maria Mileńko - studentka poznańskiej ASP - wygrała konkurs na plakat na Dzień Europy. 9 maja jej dzieło pojawi się w 27 krajach UE. A dziś Marysia o sobie.


Fot. Tomasz Kamiński / Agencja Gazeta
Mówię, cały czas mówię, nie przestaję mówić od niedzieli. Dziś byłam już w radiu, telewizja pyta, czy powiem coś przez skajpa. Chyba nigdy w życiu tyle nie mówiłam.

Niedzielę spędziłam przed komputerem, z chłopakiem, z przyjaciółkami. Był tort, konfetti i... kamery. Po północy chwila napięcia... Pierwszy SMS z gratulacjami wysłał profesor z ASP, gdzie studiuję grafikę. To właśnie Eugeniusz Skorwider polecił nam na zajęciach, byśmy wzięli udział w konkursie na plakat promujący Dzień Europy. Do tematu na początku nie byłam przekonana: "I love Europe", "kocham Europę". Ciężko coś powiedzieć, żeby to nie było banalne.

Chciałam przedstawić europejskie kraje jako zwierzęta. Nieraz odpowiednie zwierzę samo się nasuwa. Niemcy to niedźwiedź, bo symbol Berlina. Hiszpania - walki byków. A Polska? Może orzeł? No tak, a potem inni będą mówić, że Polacy to niby takie orły, a inny kraj przedstawili jako krowę. To może kogut? Ale kogut to bardziej Francja.

Organizatorzy konkursu pytali na stronie: co ci się najbardziej podoba w Europie? Można podróżować, poznawać ludzi, ciekawe miejsca, kultury. Szukałam rzeczy, za pomocą której można to pokazać. No i przyszedł mi do głowy ten koktajl.

Nie zastanawiałam się, czy jest alkoholowy, czy nie. Potem zdałam sobie sprawę, że nie wszystkim może się to spodobać: Polka na plakacie przedstawia alkohol. Mam dwie odpowiedzi. Pierwsza: to nie koktajl alkoholowy, tylko europejski. Nie oznajmiam przecież: "moim ulubionym drinkiem jest cosmopolitan". Piszę: "moim ulubionym koktajlem jest europejski miks kultur". Druga odpowiedź: tak, to alkoholowy koktajl. No i co z tego? Drink skłania do spotkań, jest czymś pozytywnym. Każdy przecież lubi sobie wypić winko czy coś innego, i nie ma w tym nic złego. Alkohol jest częścią kultury.

Skąd znam europejski miks? Nie podróżowałam dużo po Europie. Byłam w Niemczech, chwilę w Szwecji. I jeszcze, jako dziecko spędziłam rok w Finlandii. Mój tata został tam oddelegowany jako pracownik Polskiej Żeglugi Bałtyckiej. Starsza siostra Karolina chodziła do szwedzkiej szkoły. Przynosiła stamtąd słowa, za pomocą których porozumiewałyśmy się z koleżankami z podwórka. Musiałyśmy sobie jakoś radzić, bo pamiętam, że bawiłyśmy się w policjantów i złodziei.



Zawsze dużo rysowałam. Gdy rodzice kupili mi blok rysunkowy, od razu siadałam i wszystko było zarysowane. Nie miałam nigdy zajawki na rysowanie księżniczek. Zamiast rysować rodzinkę, rysowałam pieski z dziećmi, w ubraniach, na rowerach. Albo króliki.

W podstawówce raz pani zapytała całą klasę o któregoś ze słynnych malarzy: "Kto nam tak pięknie namalował konia?". A klasa chórem: "Marysia!".

Urodziłam się w 1987 roku, w Świnoujściu. Nigdy nie czułam, że mieszkam przy granicy między Polską a Europą. Raczej dziwiło mnie, że Świnoujście należy do Polski. Żeby dostać się do Niemiec, wystarczyło stanąć w kolejce i pokazać paszport. Żeby dostać się do Polski, trzeba było się przeprawić promem.

Granica kojarzy mi się z wycieczkami. Mama na rowerze, tata na nartorolkach, a ja z siostrami - na rolkach lub rowerach. Po stronie niemieckiej była ścieżka rowerowa przez las, fajne place zabaw i niemiecki ordnung. Duży market, w którym kupowaliśmy żelki, dobre wino i proszki do prania. Po stronie polskiej stały bryczki, którymi Polacy wozili Niemców.

W podstawówce chodziłam z tatą na jogę. Po kilku lekcjach stwierdziłam, że przecież ja też mogę tego kogoś uczyć. Zaprosiłam koleżanki, rozłożyłyśmy na podłodze koce i ręczniki. I za drobną opłatą pokazywałam poszczególne figury, asany. Zarobione pieniądze wydałam na słodycze.

Rodzice wspominają, że lubiłam rządzić. W gimnazjum miałyśmy z dziewczynami gang. Na tajnych nocnych spotkaniach oglądałyśmy horrory. Potem siedziałyśmy w pokoju i bałyśmy się gdziekolwiek ruszyć. Bałyśmy się też, że pracownik wypożyczalni nie przyjmie wygrzebanych złotaków, którymi zamierzamy zapłacić za wypożyczone filmy.

Zawsze byłam bardziej wystraszona niż przebojowa. Dlatego mama bała się o mnie, gdy postanowiłam wyjechać do Poznania do liceum plastycznego. A ja w ogóle nie brałam pod uwagę, że mogę spędzić trzy lata w świnoujskim ogólniaku, ucząc się matmy.



Zamieszkałam w bursie artystycznej. Baletnice płakały po kontuzjach, a muzycy ćwiczyli w toalecie grę na trąbce, bo tam był najlepszy dźwięk. Wszyscy przyglądali się nam, ludziom z plastyka. - Pozwalają wam się tak ubierać? - dziwili się, gdy koleżanka wychodziła do szkoły w bluzce z przejrzystej siatki.

Jakieś 10 lat temu mój tata został wikingiem. Namawiał mnie i siostry, byśmy też brały udział w spotkaniach na wyspie Wolin. Z początku wydawało mi się to trochę obciachowe. Ale zaczęłam tam jeździć. Mieszkam pod namiotem, kąpię się w zimnej wodzie, piekę podpłomyki, robię figurki do lalkowego teatru, w którym z siostrą przedstawiamy przygody Stenki, piratki. A wieczorem siadam przy którymś z ognisk, słyszę język niemiecki, szwedzki, rosyjski. Nie muszę podróżować, by znaleźć europejski koktajl.

Chciałabym zobaczyć Wiedeń, może Paryż. W nagrodę za wygraną w konkursie pojadę do Brukseli. Mam nadzieję, że będę mogła zabrać Mateusza. Poznałam go w... mieszkaniu. Z koleżanką szukałyśmy współlokatora i pojawił się taki poważny ankieter w garniturze. Oglądaliśmy razem "Glengarry Glen Ross" i przegadaliśmy całą noc. Dziś Mateusz ma własną firmę prowadzącą badania rynkowe.

Po konkursie dostałam parę propozycji. Studenci politechniki pytają, czy zaprojektuję grafikę do gry. Odezwała się dziewczyna prowadząca z chłopakiem organizację ekologiczną. Namawiają ludzi, by kupowali od rolników naturalnie uprawiane warzywa. Podoba mi się to. Nie chciałabym pracować w agencji reklamowej, projektować pod dyktando ludzi, którzy przychodzą z gotową wizją. Pracować całymi dniami, by spłacić kredyt za ciasną klitkę w bloku. Mam takie nierealne marzenie: chciałabym żyć w hipisowskiej komunie.

Źródło: Gazeta Wyborcza Poznań