sobota, 15 września 2007

Barbara Tatara nową Miss Polonia

mar, PAP
2007-09-15, ostatnia aktualizacja 2007-09-15 23:09
Zobacz powiększenie
Finał konkursu Miss Polonia 2007 w Sali Kongresowej
Fot. Wojciech Surdziel / AG

21-letnia Barbara Tatara z Łodzi zdobyła w sobotę tytuł Miss Polonia 2007. Oprócz tytułu najpiękniejszej Polki, otrzymała samochód seat oraz brylantowy komplet - kolię i bransoletę o wartości 25 tys. zł.

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Surdziel / AG
Barbara Tatara, Miss Polonia 2007
Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Surdziel / AG
Barbara Tatara, Miss Polonia 2007
Gala finałowa konkursu Miss Polonia 2007 odbyła się w sobotę w warszawskiej Sali Kongresowej.

Miss Polonia 2007 Barbara Tatara studiuje filologię słowiańską. Ma 176 cm wzrostu, a jej wymiary to 86-66-85. Na swoim koncie ma także tytuł Miss Województwa Łódzkiego. Oprócz urody, najpiękniejsza Polka roku 2007 może pochwalić się także biegłą znajomością kilku języków obcych - angielskiego, serbskiego, bułgarskiego i rosyjskiego. Nowa Miss będzie reprezentować Polskę m.in. podczas międzynarodowego konkursu piękności - Miss World 2007.

I vice Miss w tym roku została 21-letnia Anna Tarnowska ze Szczecina, a tytuł II vice Miss otrzymała 21-letnia Ewelina Sienicka, reprezentująca woj. podlaskie. Miss Internautów została Aleksandra Domagała z Pabianic. Tytuł Miss Foto zdobyła natomiast Magdalena Derszniak - Miss Województwa Świętokrzyskiego.

Uczestniczki konkursu Miss Polonia 2007 zaprezentowały się podczas sobotniego finału m.in. w strojach dżinsowych i kąpielowych oraz w kreacjach wieczorowych i ślubnych.

Kandydatki do tytułu Miss Polonia 2007 oceniało jury, w skład którego weszli Miss Polonia roku 1992 Ewa Wachowicz; Miss Polonia 2004 Katarzyna Borowicz; sportowiec Przemysław Saleta; aktorzy: Marek Włodarczyk, Robert Moskwa, Przemysław Cypryański i Przemysław Sadowski, prezes Biura Miss Polonia Elżbieta Wierzbicka oraz Jesus Villar Candel z Biura Miss Polonia; Robert Rynkun- Werner, członek Zarządu TVP S.A.; Jarosław Burdek, zastępca dyrektora TVP2 ds. rozrywki oraz Andrzej Kublik, prezes zarządu Iberia Motor Company S.A.

Gospodarzami finałowego koncertu byli aktorka Agnieszka Włodarczyk i dziennikarz sportowy Przemysław Babiarz, a oprawę muzyczną zapewniła Orkiestra Adama Sztaby. Podczas koncertu zaśpiewali m.in. Tatiana Okupnik, Justyna Steczkowska, Katarzyna Cerekwicka oraz zespół Bracia.

Do tegorocznej, 32. edycji konkursu Miss Polonia zgłosiło się blisko 5 tys. kandydatek z całego kraju oraz przedstawicielki Polonii. Do finału zakwalifikowało się 20 dziewcząt z Polski oraz 2 reprezentantki Polonii.

Pierwsze wybory najpiękniejszej Polki odbyły się w 1929 roku. Organizatorami imprezy były redakcje trzech gazet: "Światowida", "Expressu Porannego" i "Kuryera Czerwonego", do których pretendentki do tytułu Miss nadsyłały swoje zdjęcia. Za najpiękniejszą uznano wówczas Władysławę Kostakównę, urzędniczkę Miejskiej Kasy Oszczędnościowej z Warszawy.(

ME siatkarzy: znamy finalistów

TK/PAP /15.09.2007 19:36
AFP
Siatkarze Hiszpanii jako pierwsza drużyna zapewnili sobie awans do finału mistrzostw Europy, odbywających się w Rosji. W półfinale po dramatycznym meczu wygrali oni z rewelacja turnieju Finlandia 3:2 (25:23, 19:25, 22:25, 26:24, 15:10). Do finału awansowali także gospodarze, Rosjanie, którzy pokonali Serbów 3:0 (27:25, 25:22, 25:15).
Hiszpanie to triumfatorzy tegorocznej Ligi Europejskiej i czwarta drużyna ostatnich ME. Dla podopiecznych Włocha Andrei Anastasiego to największy sukces w historii.

Trenerskie derby Italii wygrał Andrea Anastasi. Po konferencji prasowej długo coś tłumaczył i pocieszał rodaka Mauro Berruto. Smutny był kapitan Finlandii Tuomas Sammelvuo. Wygrana była w naszych rękach - powiedział. - Pod koniec czwartego seta zaczęliśmy grać zbyt miękko, popełniliśmy za dużo błędów. Rywale wrócili do gry. Mieli świetny blok. Jestem rozczarowany. Przed nami była historyczna szansa gry w finale.

Według Mauro Berruto jego zespół nie wykorzystał szansy uzyskania dużej przewagi na początku pierwszego seta.

W czwartej partii Finowie prowadzili 13:7. Stracili przewagę i od stanu 16:16 rozpoczęła się walka o każdą piłkę. W końcówce seta Skandynawowie popełnili kilka fatalnych błędów.

W tie-breaku Hiszpanie (4. lokata w poprzednich ME) prowadzili 11:6 i pewnie wygrali. Hiszpania wygrała w tym roku Ligę Europejską. Do finału ME awansowała pierwszy raz.

W zespole Finlandii grał Janne Heikkinen z PGE Skra Bełchatów.

Drugi półfinał, w którym spotkały się gospodarz imprezy, Rosja z Serbią nie był już tak dramatycznym bojem. "Sborna" pewnie wygrała 3:0 (27:25, 25:22, 25:15) i w finale spotka się z Hiszpanią.

- Rosjanie byli lepszym zespołem - powiedział kapitan Serbii Nikola Grbic. - Mieli przewagę, szczególnie w ataku. W pierwszym secie nie wykorzystaliśmy kilku kontr, które mogły jeszcze odwrócić losy tej partii.

Rosjanie zaprezentowali swoje wielkie atuty - blok, serwis, atak. Od drugiego seta mieli przewagę. W trzecim gra toczyła się do jednej bramki. Gospodarze na początku uzyskali przewagę 7:2. Potem ją tylko powiększali.

- Srebrne medale nas już nie interesują - powiedział trener Rosji Władimir Alekno. - Ten kolor mieliśmy przed dwoma laty w Rzymie. Poza strefą medalową pozostawiliśmy takie ekipy jak Polska, Włochy i Bułgaria. Wszystkie te zespoły przegrały z gospodarzami w Moskwie - Polacy w pierwszej, pozostali w drugiej fazie.

- Te zespoły muszą teraz grać w preeliminacjach do turnieju kontynentalnego olimpijskich eliminacji - powiedział Władimir Alekno. - My już mamy awans do Pucharu Świata.

Kapitan Rosji Wadim Chamuckich podkreślił, że sił i emocji jemu i jego kolegom starczy jeszcze na niedzielę.

Hiszpania - Finlandia 3:2 (25:23, 19:25, 22:25, 26:24, 15:10)
Hiszpania: Garcia-Torres, G.Falasca (23 pkt), Molto (14), De La Fuente, Rodriguez (12), M.Falasca, Lobato (libero) oraz Pascual, Perez, Sevillano, Hernan, Subiela
Finlandia: Esko, M.Oivanen (30), Kunnari (14), Heikkinen (10), Sammelvuo, Shumov, Kangasniemi (libero) oraz Hietanen, Matti Oivanen.

Rosja - Serbia 3:0 (27:25, 25:22, 25:15)
Rosja: Chamuckich, Połtawski (22 pkt), Kuleszow, Wołkow (13), Kosariew (10), Tietiuchin (9), Wierbow (libero) oraz Ostapienko, Krugłow
Serbia: Nikola Grbic, Miljkovic (8), Geric, Podrascanin, Janic (15), Boskan (8), Samardzic (libero) oraz Kovacevic, Stankovic, Nikic.

Polacy, wicemistrzowie świata, zostali sklasyfikowani na 11., najgorszym w historii, miejscu.

ME koszykarzy: Hiszpanie i Rosjanie w finale


MM/PAP /15.09.2007 21:02
AFP
Hiszpanie awansowali do finału mistrzostw Europy koszykarzy rozgrywanych w Madrycie. W półfinale gospodarze pokonali Grecję 82:77 (24:18, 17:21, 18:21, 23:17). W finale Hiszpanie zmierzą się z Rosją, która w półfinale pokonała Litwę 86:74 (25:12, 15:21, 25:25, 21:16).
Hiszpania, aktualny mistrz świata, która wystąpi w finale szósty raz w historii rywalizacji o tytuł najlepszej drużyny Starego Kontynentu, nigdy jeszcze nie zdobyła złota. Po raz ostatni porażkę w finale poniosła w 2003 roku przegrywając z Litwinami.

Grecy po słabym występie w piątek przeciw Słowenii i zwycięstwie w ostatnich sekundach 63:62 tym razem zagrali dobrze, ale ostatecznie musieli uznać wyższość gospodarzy. Hiszpanie wygrali z Grekami po raz trzeci w ostatnich 12 miesiącach - wliczając w to rywalizację w finale MŚ w Japonii w 2006 roku i mecz II fazy ME 2007, ale sukces przyszedł im zdecydowanie najciężej.

Początek pierwszej kwarty należał do Greków, którzy prowadzili 10:6, ale koncert rzutów za trzy punkty Jose Calderona (w tej części trafił trzy razy zza linii 6,25 m) i podkoszowe akcje w stylu NBA Paua Gasola dały przewagę gospodarzom. W 15. minucie Hiszpanie prowadzili 37:26 i chyba zbyt wcześnie uwierzyli w sukces. Agresywna obrona Greków i doskonałe akcje Vasileiosa Spanoulisa, który zastąpił zmęczonego walką ze Słoweńcami Theodorosa Papaloukasa, spowodowały, że podopieczni Panagiotisa Yannakisa zaczęli odrabiać straty. 15 sekund przed końcem tej kwarty był remis 39:39.

Trzecia kwarta najlepsza w wykonaniu Greków sprawiła, że blisko 14 tysięczna publiczność co chwilę wydawała jęki zawodu. Spanoulis był nadal nie do zatrzymania a za trzy punkty trafiał Vasilopoulos. Im większa dezaprobata towarzyszyła akcjom Greków w ataku, tym podopieczni Yannakisa grali lepiej. Grecy prowadzili 53:50, ale nie potrafili zwiększyć przewagi, bo w obronie mieli kłopoty z zatrzymaniem Gasola.

Przez cztery pierwsze minuty ostatniej części gry aktualni mistrzowie Europa zmęczeni grą przeciw intensywnej obronie Hiszpanów nie zdobyli żadnego punktu i Hiszpana prowadziła 65:60 w 34. minucie. Grecy zdołali odrobić straty i doprowadzić do remisu 65:65, a nawet uzyskać prowadzenie 67:65, ale okupili to ogromną utratą sił i w końcowych minutach zabrakło im precyzji w wykonywaniu rzutów z dystansu.

Na 90 sekund przed końcem Hiszpania prowadziła 74:68 i choć rywale dwukrotnie w odstępie 20 sekund trafili za trzy punkty (Vasilopoulos i Zisis) nie byli w stanie przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść, tym bardziej, że faulowani Hiszpanie ze stuprocentową skutecznością wykonywali rzuty wolne.

Po końcowej syrenie 14 tysięczna publiczność, wśród której byli między innymi wybitny reżyser Pedro Almodovar i tenisista Rafael Nadal zgotowała Hiszpanom owacje na stojąco. Koszykarze cieszyli się z wygranej nie tylko na parkiecie celebrując taniec zwycięzców na środku parkietu, ale w drodze do szatni - wyżsi nieśli na barana rozgrywających a ci wymachiwali rękoma, wydając bliżej nieokreślone dźwięki radości.

Hiszpania - Grecja 82:77 (24:18, 17:21, 18:21, 23:17)
Hiszpania: Calderon (18), Fernandez (2), Jimenez (5), Reyes (2), Pau Gasol (23), Garbajosa (6), Navarro (23), Marc Gasol, Mumbru, Cabezas (3).
Grecja: Diamantidis (6), Chatzivretas (3), Kakiuzis (8), Dikudis (8), Papadopulos (2), Tsartsaris (7), Spanulis (24), Vasilopulos (10), Zisis (6), Papalukas (3).

Hiszpanie w finałach ME:

1935 Łotwa - Hiszpania 24:18
1973 Jugosławia - Hiszpania 67:78
1983 Włochy - Hiszpania 96:105
1999 Włochy - Hiszpania 56:64
2003 Litwa - Hiszpania 84:93

Rosja pokonała Litwę 86:74 (25:12, 15:21, 25:25, 21:16) i została drugim finalistą mistrzostw Europy koszykarzy, które odbywają się w Madrycie.

Koszykarze Rosji pokonując w półfinale Litwę 86:74 nie tylko awansowali do niedzielnego finału, ale zapewnili sobie bezpośredni awans do turnieju olimpijskiego w Pekinie. O tym, kto oprócz Rosjan zakwalifikuje się do IO 2008 zadecyduje mecz o brązowy medal między Litwą i Grecją. Hiszpanie mistrzowie świata awans do IO mają już pewny.

Koszykarze Rosji zagrają w finale po raz drugi od momentu rozpadu ZSRR. Rosjanie doskonale rozpoczęli mecz - akcje w ataku Kirylenki (Utah Jazz) i podkoszowa przewaga mającego 215 cm wzrostu Zawrasenki spowodowały, że Litwini zupełnie nie potrafili odnaleźć się na parkiecie. Po czterech minutach Rosja wygrywała 10:1, po 10 - 25:15, a na początku drugiej kwarty prowadziła różnicą aż 19 pkt (33:14).

Litwini nie zrażeni takim obrotem sprawy nie poddawali się. Systematycznie zaczęli odrabiać straty, w czym największa zasługa Siskauskasa. Po 20 minutach prowadzenie Rosjan stopniało do siedmiu punktów (40:33). W 26. minucie po pięciu z rzędu punktach Siskausasa był remis 52:52. W tym decydującym momencie meczu sprawy w swoje ręce wziął Kirylenko. Rosjanie prawie wszystkie piłki pod kosz dogrywali właśnie do niego i Litwini byli zupełnie bezradni. Po trzech kwartach Rosja wygrywała 65:58.

Kirylenko zdobył w czwartej kwarcie siedem punktów z rzędu i przewaga Rosjan znowu systematycznie rosła. Na nic zdały się trzypunktowe rzuty Siskausasa, bo Rosjanie grali mądrzej, a Litwini mieli coraz mniej sił. Zdołali jedynie dwukrotnie zmniejszyć prowadzenie rywali do różnicy 6 pkt - na więcej Kirylenko, Holden i koledzy z ekipy rosyjskiej im nie pozwolili.

Rosja - Litwa 86:74 (25:12, 15:21, 25:25, 21:16)
Rosja: Szabałkin, Wiktor Chriapa 15, J.R. Holden 18, Nikita Morgunow 6, Zachar Paszutin 2, Andriej Kirylenko 29, Petr Samojlenko 2, Siergiej Monja 4, Nikolaj Padius 2, Zawrasenko 8.
Litwa: Jasikevicius 5, Kaukenas 12, Siskauskas 30, Javtokas 3, Krystof Lavrinovic 2, Darjus Lavrinovic 0, Maciulis 0, Kleiza 5, Songaila 8, Jasaitis 9.

Rosja w finałach ME (nie uwzględniono 14 złotych medali ZSRR):

1993 Niemcy - Rosja 71:70

Miller i Dyduch odchodzą w SLD

mar, PAP
2007-09-15, ostatnia aktualizacja 2007-09-15 20:22
Zobacz powiększenie
Marek Dyduch ogłasza swoje odejście z partii
Fot. S3awomir Kaminski / AG

Leszek Miller zrezygnował z członkostwa w SLD. Kilka godzin później taką samą decyzję ogłosił Marek Dyduch. - To dla mnie dramatyczna decyzja. Emocje są ogromne - powiedział wyraźnie poruszony Miller. Przyczyną decyzji jest konflikt z władzami SLD, m.in. Wojciechem Olejniczakiem: centrala zablokowała start b. premiera i b. sekretarza generalnego SLD do Sejmu. - To Sojusz Lewicy Sekciarskiej - oznajmił Dyduch.

Zobacz powiekszenie
Fot.Marcin Wojciechowski / AG
Leszek Miller



Migalski: Działacze SLD są wkurzeni - komentarz

- Tworzyłem SLD i muszę się uspokoić: to dla mnie ciężka decyzja - mówił b. premier. - Pożegnałem się z nimi, ale nie z wami, drodzy przyjaciele z SLD - zwrócił się działaczy partii. - Nie mogę pogodzić się z tym, żeby decyzje ws. SLD zapadały poza partią. Nie pogodzę się z tym, by głos lokalnych struktur i setek działaczy był lekceważony - dodał. Lokalni działacze w Łodzi popierali start Millera na swoich listach wyborczych.

Miller dodał, że nie podjął jeszcze decyzji co do swojej przyszłości politycznej. Powiedział, że opuścił obrady Rady Krajowej SLD po swoim wystąpieniu, które - jak zaznaczył - zostało przyjęte owacjami na stojąco.

Były premier o swojej decyzji poinformował podczas sobotniego, zamkniętego dla mediów, posiedzenia Rady Krajowej SLD. Rada ma zatwierdzić rekomendacje regionalnych struktur dla kandydatów Sojuszu i ich miejsc na listach wyborczych koalicji Lewica i Demokraci.

Konflikt SLD z Millerem

Miller, który bezskutecznie zabiegał o wystawienie jego kandydatury na listach LiD w Łodzi, zapowiedział już wcześniej, że podczas posiedzenia Rady wygłosi przemówienie z tym związane. Zdaniem Millera, gremium to jest w Sojuszu traktowane jak "niepotrzebny atrybut teatralny".

Stanowisko kierownictwa LiD ws. Millera popiera Aleksander Kwaśniewski, który w jednym z wywiadów powiedział jednak, że Miller byłby znakomitym kandydatem SLD na europosła.

Pozycja Millera w SLD słabła od kilku lat m.in. w związku z pracą sejmowej komisji śledczej w sprawie afery Rywina czy w efekcie rozłamu w Sojuszu, w wyniku którego powstała SdPl. Przed poprzednimi wyborami parlamentarnymi władze SLD nie umieściły Millera na liście kandydatów do Sejmu. Miał za to propozycję startu do Senatu, z której nie skorzystał.

Leszek Miller - sylwetka

Miller urodził się w 1946 r. w Żyrardowie. W latach 1963-70 pracował jako robotnik w Zakładach Przemysłu Lniarskiego w Żyrardowie. W 1969 r. wstąpił do PZPR. W grudniu 1988 r. został sekretarzem KC. Od lutego do kwietnia 1989 uczestniczył w obradach "okrągłego stołu", gdzie współprzewodniczył podzespołowi ds. młodzieży.

W lipcu 1989, gdy Mieczysław Rakowski zastąpił Wojciecha Jaruzelskiego na stanowisku I sekretarza KC PZPR, Miller stał się członkiem Biura Politycznego KC. Po rozwiązaniu PZPR i powstaniu Socjaldemokracji RP (SdRP) stanął na czele tej partii wraz z Aleksandrem Kwaśniewskim. Później współtworzył Sojusz Lewicy Demokratycznej, który zastąpił SdRP.

Po jesiennych wyborach 2001 roku Miller, jako lider zwycięskiej koalicji SLD-UP otrzymał misję tworzenia rządu. Utworzył gabinet przy współudziale PSL. Do dymisji podał się w maju 2004 roku.

Marek Dyduch - sylwetka

Dyduch w latach 80. wstąpił do Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Był też członkiem PZPR. Od 1990 w SdRP, później w SLD. Był m.in. sekretarzem generalnym Sojuszu (do 2005 roku). Poseł II, III, IV kadencji Sejmu RP, wiceminister skarbu (2002-2003), radny Województwa Dolnośląskiego I kadencji Sejmiku (1998-1999). W 2006 został ponownie wybrany radnym sejmiku dolnośląskiego z ramienia koalicji Lewica i Demokraci.

Monika Olejnik też ma spot wyborczy. Przedrzeźnia PiS!

Piątek [14.09.2007, 19:08]

Tej znanej dziennikarce nie brakuje fantazji (Fot. ONS) Tej znanej dziennikarce nie brakuje fantazji (Fot. ONS)

Ten spot to parodia wyborczego klipu partii braci Kaczyńskich. Gdy zobaczył to Michał Kamiński, aż się zagotował. Pisze o tym blog Do Kwadratu.

Kryzys hipoteczny dotarł do Wlk. Brytanii

Tomasz Prusek
2007-09-14, ostatnia aktualizacja 2007-09-14 20:14


Bank Anglii ratuje jeden z największych brytyjskich banków udzielających kredytów hipotecznych - Northern Rock. Po raz ostatni postąpił tak w latach 70.


Problemy Northern Rock, z którego pochodzi z grubsza co piąty funt pożyczony na nieruchomości w Wlk. Brytanii, nie były tajemnicą. Prasa pisała, że firma będzie musiała poszukać zewnętrznego finansowania, by utrzymać bieżącą wypłacalność.

W piątek gotowość pomocy zgłosił Bank Anglii. Na razie nie wiadomo, kiedy miałaby nastąpić i jak będzie duża. Ale już sama gotowość banku centralnego, by wkroczyć do akcji, wystraszyła inwestorów. Notowania Northern Rock na giełdzie londyńskiej załamały się.

Bank Anglii tylko w wyjątkowych sytuacjach interweniuje. Ostatni raz, jak podaje BBC na stronach internetowych, podobny ruch wykonał w latach 70. Piątkowa decyzja świadczy o skali kryzysu na rynku finansowym i determinacji banku centralnego, by obronić brytyjską gospodarkę przed wstrząsem.

Northern Rock to hipoteczny potentat z aktywami 113 mld funtów. Ekonomiści uspokajają, że jego klienci mogą czuć się bezpiecznie. Spółka nie ma kłopotów ze ściąganiem udzielonych pożyczek. Padła ofiarą choroby trawiącej amerykański rynek hipoteczny.

Przez pięć lat koniunktura w nieruchomościach była świetna i banki nie miały problemów ze znalezieniem chętnych na swoje zabezpieczone hipotekami obligacje. Teraz domy w USA tanieją, a wraz z nimi spada wartość hipotek. Powód? Po wzroście stóp procentowych w USA problemy ze spłatą dotknęły rzeszy mniej wiarygodnych kredytowo Amerykanów, co spowodowało efekt domina. Pierwszym poważnym wstrząsem był w kwietniu upadek największej firmy udzielającej kredytów hipotecznych osobom o niskiej wiarygodności finansowej - New Century Financial. Przez 12 lat udzieliła ona 225 mld dol. pożyczek.

Widząc to, inwestorzy nie chcą już kupować nowych obligacji, a stare banki muszą wykupić. Niektóre nie potrafią znaleźć na to pieniędzy. To właśnie przytrafiło się Northern Rock.

Na wieść o jego kłopotach giełdowe indeksy w Europie spadły o blisko 1 proc. Inwestorzy obawiają się rozprzestrzenienia kryzysu hipotecznego z USA na inne kraje. Za oceanem ceny nieruchomości spadają, banki zaostrzają kryteria przyznawania nowych kredytów, a firmy budowlane mają mniej kontraktów. Skutkiem kryzysu może być nawet obniżenie globalnego tempa wzrostu gospodarczego. Przed takim scenariuszem ostrzegł ostatnio szef Międzynarodowego Funduszu Walutowego Rodrigo Rato.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Kraków bez Jana Rokity

Magdalena Kursa, Wojciech Pelowski
2007-09-14, ostatnia aktualizacja 2007-09-14 22:47

Pierwszy raz od 1989 r. Jana Rokity nie będzie na listach wyborczych do Parlamentu - w piątek zrezygnował ze startu w wyborach. To finał konfliktu z młodymi władzami krakowskiej PO i zaskakującej decyzji żony Nelly, która została doradcą prezydenta Kaczyńskiego.

Zobacz powiekszenie
Fot. Paweł Piotrowski / AG
Jan Rokita
Zobacz powiekszenie
Fot.Krzysztof Karolczyk / AG

Wczoraj wieczorem w TVN24 Rokita nieoczekiwanie oświadczył: - Wycofuję się z życia publicznego. Nie będę startował ani do Sejmu, ani do Senatu. To jest ostateczna decyzja - powiedział (obszernie piszemy o niej dziś na stronach krajowych).

Rezygnacja Rokity, jednego z najbardziej znanych krakowskich polityków - lokomotywy listy krakowskiej, to jednak rewolucja w partii. Wieczorem prawie nikt z zarządu krajowego partii nie odbierał telefonów. W odejście Rokity nie wierzy główny jego antagonista Paweł Sularz, szef krakowskiej PO: - Mam wrażenie że to kolejna odsłona tego samego przedstawienia z Hamletem w roli głównej. Nie chce mi się wierzyć, że decyzja o wycofaniu się z polityki jest ostateczna. Co on ma w życiu robić? Rokita sam spory wytworzył i dziś pada ich ofiarą - mówi Sularz.

W deklaracje Jana Rokity nie do końca wierzy też jego główny rywal - Zbigniew Ziobro, lokomotywa krakowskiej listy PiS-u. - Byłbym w tej sprawie powściągliwy. Szanuję go jako przeciwnika politycznego - mówił wieczorem.

Żalu nie krył poseł PO Paweł Graś: - To ogromna strata dla partii. Szczególnie w kontekście wyborów w Krakowie i starcia ze Zbigniewem Ziobro.

Jak więc będzie wyglądać krakowska lista bez Jana Rokity? - Nie mam pojęcia. Teraz wszystko ustali Warszawa - przyznał Paweł Sularz. Zarząd główny PO zbierał się w sprawie krakowskiej listy przed północą.

A Rokita wieczorem w TVN dziękował "mieszkańcom ukochanego Krakowa", którzy dotąd wybierali go do Sejmu. - Mam wrażenie, że moja żona poświęcała się dla mnie przez wiele lat i teraz nadszedł czas, by poświęcił się mąż. Dziś kwestią zasad jest podejmowanie takich decyzji, jakie podjąłem - tłumaczył.

- Szkoda, że z powodu konfliktu w Krakowie musiał odejść polityk wytrwały i szlachetna osoba - mówiła o mężu Nelly Rokita. Nie kryła przy tym sympatii do PiS-u. Zbigniew Fijak, bliski współpracownik Rokity, mówił: - Szanuję jego decyzję. Wolę sto razy stracić z Rokitą niż przegrać z kimkolwiek innym - Fijak zdradził, że jeszcze w poniedziałek wydawało się, że Rokita ma trzy wyjścia: startować z PO, startować do Senatu jako niezależny lub nie startować wcale. Po decyzji Nelly możliwe było tylko jedno wyjście.

- Nie ma we mnie poczucia triumfu, ani radości. Chyba dziś nie pójdę spać - przyznał późnym wieczorem Paweł Sularz.

Pewne, że lokalny konflikt między młodymi władzami krakowskiej PO a niewielkim, ale bardzo wciąż wpływowym środowiskiem Jana Rokity może okazać się bardzo wyniszczający dla całej partii. Złośliwi już komentują, że za wywołaniem tej wojny stoją architekci propagandowego sukcesu PiS-u: Adam Bielan i Michał Kamiński.

Ostatnie słowa Rokity: "To ofiary rosyjskiego ludobójstwa"

strem
2007-09-14, ostatnia aktualizacja 2007-09-15 00:06

Zaraz po ogłoszeniu w TVN 24 decyzji o rezygnacji z polityki, Jan Rokita zaskoczył prowadzącego program Andrzeja Morozowskiego i poprosił go o możliwość przekazania telewidzom apelu, niezwiązanego z bieżącą sytuacją polityczną.

Zobacz powiekszenie
- Proszę państwa, nasze myśli powinny koncentrować się na losie narodu czeczeńskiego. Ta trójka martwych dzieci, znalezionych dzisiaj w Bieszczadach, to ofiary rosyjskiego ludobójstwa. Pamiętajmy o tym - zaapelował Rokita. - To są ostatnie słowa, które wypowiadam jako polityk - zakończył.

- Popadł pan w patos - podsumował Morozowski. - Myślę, że powinniśmy skończyć tę rozmowę - odpowiedział Rokita, wstał i podał rękę dziennikarzowi. To było zaskakujące zakończenie. Obu panom spadły mikrofony, a Rokita po prostu wyszedł ze studia.

Drużyna RPA rozgromiła mistrzów świata w rugby

mik
2007-09-14, ostatnia aktualizacja 2007-09-15 00:11
Zobacz powiększenie
To był częsty widok meczu RPA - Anglia. Juan Smith zaliczył w piątkowy wieczór dwa przyłożenia
Fot. EDDIE KEOGH REUTERS

J.P Pietersen zdobył dwa przyłożenia, a jego drużyna - Rep. Płd. Afryki - rozgromiła 36:0 mistrzów świata - Anglików w meczu Pucharu Świata w rugby na stadionie Stade de France pod Paryżem.

Anglicy, aby awansować do ćwierćfinału muszą pokonać w kolejnych meczach Samoę i Tonga.

To była najwyższa porażka Anglików w historii Pucharu Świata. Wcześniej podobnego upokorzenia doznali oni również od RPA i także na Stade de France. W 1999 r. na podparyskim stadionie Afrykanie wygrali 44:21.

Za to po raz pierwszy od 1998 r. Anglicy nie zdobyli punktów w meczu. Poprzednio przydarzyło im się to w 1998 r., gdy przegrali z ... RPA 0:18. Wtedy jednak drużyna z Wysp Brytyjskich grała w mocno osłabionym składzie, a wyprawa do Australii, Nowej Zelandii i RPA miał wtedy miano - Tour of Hell. Anglicy przegrali m.in. z Australią 0:76.

Piątkowe zwycięstwo nad Anglią dało zespołowi Spirngsboks (popularna nazwa drużyny rugbistów z Afryki Południowej) dało praktycznie zwycięstwo w grupie A. Co prawda zespół Jake'ego Whtie'a gra jeszcze z Tonga i USA, ale nie powinien mieć problemów w odniesieniu zwycięstwa z tymi najsłabszymi w grupie zespołami.

Anglicy w meczu o drugie miejsce w grupie zmierzą się za tydzień z Samoa i - biorąc pod uwagę słabą dyspozycję Anglików i mnóstwo kontuzji w ich zespole - trudno wskazać w tym meczu zdecydowanego faworyta.

- Jestem dumny z postawy moich zawodników - powiedział po piątkowy meczu White. - Graliśmy z mistrzami świata, a jednak zachowaliśmy czyste konto po stronie strat - to coś niesamowitego.

Popisową partię rozgrywał w zespole łącznik młyna Fourie du Preez, który wypracował kolegom z zespołu trzy przyłożenia. Najpierw jego akcję wykończył Juan Smith, a potem dwie J.P Pietersen. 18 punktów z rzutów karnych i podwyższeń zdobył Percy Montgomery, który po raz 89 wystąpił w barwach RPA i wyrównał tym samym rekord należący do Joosta van der Westhuizena.

Anglicy musieli sobie radzić bez Jonny'ego Wilkinsona i Olly'ego Barkleya - dwóch swoich najlepszych zawodników na pozycji łącznika ataku.

- Jesteśmy bardzo rozczarowani naszym dzisiejszym występem. Wcześniej daliśmy rywalom okazję do zdobycia punktów i skwapliwie oni to wykorzystali - powiedział po meczu kapitan Anglików Martin Corry. - Pokazali, że są świetni w wykańczaniu akcji, ale to my im daliśmy okazje do zdobywania punktów.

W kolejnych meczach rugbowego mundialu Anglia będzie musiała sobie radzić bez kolejnej swoje gwiazy - Jasona Robinsona, który doznał kontuzji mięśnia lewego uda.

- Myślę, że RPA to obecnie jedna z dwóch najlepszych drużyn na świecie - skomentował po meczu Brian Ashton, trener Anglików.

RPA - Anglia 36:0 (20:0)

Punkty:

przyłożenia: Juan Smith, JP Pietersen (2)
podwyższenia: Percy Montgomery (3)
karne: Francois Steyn, Montgomery (4)

Sędzia: Joel Jutge (Francja)

Widzów: 80 000

Weronika Pazura: Byłam tancerką w klubie


2007-09-15 00:35

Tylko "Faktowi" Weronika Marczuk-Pazura opowiedziała o swoim życiu. Jako 20-latka przyjechała z Kijowa do Trójmiasta. Nie znała języka. Tańczyła w nocnym klubie, by się utrzymać. W 1992 roku wychodzi za mąż za Bartka. Potem została żoną Cezarego Pazury, z którym dziś jest w separacji.

Za lepszym życiem

Kiedy w 1991 roku przyjechałam do Polski, myślałam, że pobyt w tym kraju będzie krótkim etapem w moim życiu. Ogromny kryzys w mojej ojczyźnie spowodował w tamtych latach masowe wyjazdy za pracą na Zachód. Przerwałam studia na wydziale chemii i biologii. Zostawiłam rodzinę i przyjaciół, co było dla mnie najtrudniejsze. Bardzo mi się tu spodobało. Szczęśliwie dla mnie sprawy potoczyły się tak, że mogłam zostać w Polsce, którą dziś - po 15 latach - pozwolę sobie nazwać moim krajem. Szczęście nie przyszło jednak łatwo, długo i ciężko na nie pracowałam. Tak jak Polakom nie zawsze jest łatwo za granicą, tak i mnie, Ukraince, nie było na początku łatwo na polskiej ziemi. I nie chodzi tylko o język i różnice kulturowe. Języka udało mi się nauczyć w miarę szybko, a zamiast różnic starałam się dostrzegać głównie to, co łączy nasze narody - wtedy dostrzegłam otwartość, życzliwość i dużą kulturę. Spotkałam wielu niezwykłych, wspaniałych ludzi, którzy pomogli mi odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Do dziś utrzymuję z nimi ciepłe relacje.

Rozpoczęłam naukę w policealnym studium ekonomicznym w Sopocie. Żeby zarobić na swoje utrzymanie, nie znając jeszcze dobrze języka polskiego, zaczęłam pracować jako tancerka w klubie. Dzięki temu, że skończyłam szkołę muzyczną w Kijowie i chodziłam na zajęcia z pantomimy i tańca nowoczesnego, mogłam podjąć się takiej pracy. Miałam wtedy 20 lat. Potem byłam kelnerką w restauracji. Nie mogłam sobie wtedy pozwolić na wybór miejsca pracy. Rzecz jasna chciałam to zmienić. Rozpoczęłam naukę w policealnym studium ekonomicznym w Sopocie. Uczyłam się po nocach. Podjęcie studiów umożliwiło mi zmianę pracy - zostałam specjalistą ds. handlu zagranicznego w jednej z gdańskich firm. Cieszyłam się, że mogę się kształcić i pracować w dobrej firmie, bo nie każdemu mojemu rodakowi było to dane. Siły dodawali mi zawsze moi rodzice i przyjaciele z Ukrainy, z którymi byłam w ciągłym kontakcie.

Wtedy poznałam pierwszego męża. Ten młodzieńczy związek nie przetrwał, ale rozstaliśmy się w zgodzie, nie chowamy do siebie żadnej urazy. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że to Bartek pierwszy poinformował mnie, że dziennikarze dzwonili do niego i pytali o mnie, bo szykują materiał.

Kiedy poznałam Czarka, byłam już wolną kobietą. Zakochaliśmy się w sobie bez pamięci. Zresztą historię naszego związku wszyscy znają doskonale, bo oboje opowiadaliśmy ją nieraz. Dzieliliśmy się z innymi naszym szczęściem. Przez wszystkie lata naszego małżeństwa rodzina i kariera mojego męża były dla mnie najważniejsze. Wspólnie uznaliśmy, że będę najlepiej reprezentować jego interesy. Aby robić to rzetelnie, nieustannie się kształciłam, nabierałam doświadczenia jako menedżer, zawsze miałam głowę pełną różnych pomysłów, które pozwalały nam rozwijać się zawodowo. Nadzorowałam wszystkie projekty, w których brał udział mój mąż. Realizowałam również wiele przedsięwzięć samodzielnie, zupełnie niezależnie od spraw zawodowych męża, gdyż chciałam coś osiągnąć. Chciałam, by Czarek i moja rodzina byli ze mnie dumni. Ja sama najbardziej dumna jestem z tego, że udało nam się przeżyć w miłości tyle lat, wychować córeczkę Czarka, dziś wspaniałą, dorosłą dziewczynę. Jesteśmy sobie bardzo bliskie, co jest dla mnie dużym wyróżnieniem i nagrodą.

Czarek o wszystkim wiedział

Dziś prasa spekuluje na temat mojego pierwszego małżeństwa, zastanawia się, czy Czarek wiedział o wszystkim. Czarek i ja nigdy nie mieliśmy przed sobą żadnych tajemnic. Nasz związek oparty był na prawdzie i bardzo głębokiej miłości. Braliśmy ślub cywilny i kościelny, więc nawet nie było możliwości, by ukryć poprzedni związek. Teraz, kiedy nasze małżeństwo przeżywa kryzys, wszyscy starają się doszukać jakichś przyczyn, bo rozpad związku bez sensacyjnego powodu wydaje się nie być interesujący. Niestety, nie ma żadnej sensacji. Nie ma niczego niezwykłego w tym, że niespodziewanie dla nas nadszedł moment, kiedy bycie razem nie jest już takie proste jak kiedyś. Chociaż osobno wcale nie jest lżej. Mówiąc trzy miesiące temu o naszej separacji, liczyliśmy na to, że wszyscy uszanują nasze prawo do zachowania prywatności. Jest mi bardzo przykro, że stało się inaczej. Bolą mnie wszystkie plotki na temat nowych związków mojego męża. Boli mnie również nagłe zainteresowanie moją przeszłością, o której dawno już zapomniałam i która nie ma dziś znaczenia. Ale najbardziej boli mnie to, że wszystkie rzekomo nagle odkrywane przez dziennikarzy fakty były im znane od lat. Dlaczego media postanowiły ujawnić je akurat teraz, w tym trudnym dla mnie i Czarka czasie, tego nie wiem i nie rozumiem.

Odkąd związałam się z Czarkiem, ciężko pracowałam na swój wizerunek. Pracowałam również na to, by zasłużyć na wszystko to, co zostało mi dane. I chociaż nigdy nie wstydziłam się swojej przeszłości, spowiadać się z niej mogę przed Bogiem i samą sobą. Nie wiem, co jeszcze przeczytam w gazetach na swój temat. Zapewne wiele informacji będzie dla mnie nowych. Mimo że jest mi przykro i nie kryję rozczarowania, będą walczyć o siebie i swoje dobre imię tak, jak przez lata walczyłam o ochronę praw, wizerunku i prawo do prywatności innych osób. Myślę, że przez te wszystkie lata ciężkiej pracy zapracowałam na szacunek. I zasłużyłam na szczęście i spokój.

Brat broni ojca Rydzyka

Drogie auto mu się należy

2007-09-15 00:21 Aktualizacja: 2007-09-15 03:29

Auto za 250 tys. zł? To żaden luksus! Mirosław Rydzyk broni swojego brata, dyrektora Radia Maryja, który wozi się bardzo drogą limuzyną - donosi "Fakt".

"Tadek musi przecież czym jeździć. Wiecie, ile on robi kilometrów po Polsce, żeby pomagać ludziom" - Mirosław Rydzyk użala się w "Fakcie" nad swoim młodszym bratem.

Pan Mirosław jest krawcem. Żyje skromnie w niewielkim mieszkanku na poddaszu starej kamienicy w Olkuszu. Do marnej renciny wciąż dorabia, szyjąc na 50-letniej rozklekotanej maszynie. "Czasem skrócę jakieś spodnie, to wpadnie mi parę groszy" - mówi "Faktowi".

W ciasnym pokoju gra radio. Pan Mirosław na okrągło słucha rozgłośni swojego brata Tadeusza Rydzyka, której jest wielkim fanem. I choć ledwo wiąże koniec z końcem, co miesiąc na Radio Maryja płaci 10 zł - czytamy w "Fakcie".

Krawiec niechętnie opowiada o swojej rodzinie. Wspomina mamę, która tyrała na taśmie w fabryce garnków. "Przez lata to ona zajmowała się całą rodziną, bo tata siedział w więzieniu, a potem bywało, że nie interesował się domem" - opowiada brat ojca Rydzyka.

Dobrze pamięta też odrapane mieszkanie w przyzakładowej starej kamienicy. "Nie mieliśmy z Tadkiem nawet butów. Te, w których chodziliśmy, miały zdarte podeszwy. Na teczki nie było nas stać, dlatego książki nosiliśmy w worku" - dodaje.

W domu Mirosława Rydzyka nie przelewa się, ale nie wyciąga ręki do brata. Ostatni raz widzieli się dwa lata temu, dzwonią do siebie co kilka tygodni - donosi "Fakt". Krawiec z Olkusza nie zazdrości bratu ani luksusu, ani tego, że wielu polityków kłania mu się w pas. "Tadek wyszedł z potwornej biedy" - dodaje.

Jan Rokita: Rzucam politykę z miłości do żony

Trzęsienie ziemi w Platformie

2007-09-14 20:13 Aktualizacja: 2007-09-15 03:57

Nie będę kandydował do parlamentu, to ostateczna decyzja - nieoczekiwanie ogłosił w TVN24 Jan Rokita z PO. Jak mówi, robi to z powodu żony, która kilka godzin wcześniej została doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Rokita zaskoczył wszystkich - o rezygnacji z polityki nie powiedział nawet Donaldowi Tuskowi.

To właśnie Nelly - która rzuciła Platformę jakiś czas temu - jest powodem, dla którego PO straciła jeden ze swych wyborczych filarów. "Chcę wycofać się z działalności politycznej. Nie kandyduję" - powiedział w programie "Bohater dnia" w TVN24 Jan Rokita. I zapewnił - to ostateczna decyzja.

Nelly Rokita w TVN"Na pewno nie deklaruję tego, że nabrałem do polityki niechęci, nie chcę przekreślać mojego życiorysu. To decyzja bardzo trudna dla mnie, ale rezygnuję ze względu na to, że bardzo kocham moją żonę i cenię standardy" - stwierdził Jan Rokita.

Nelly Rokita - również w TVN24 - nie chciała szeroko komentować decyzji męża. Jednak powiedziała: "Ja jestem tylko w tej grze powodem, katalizatorem. Bardzo szanuję decyzję mojego męża. Nie jestem upoważniona, by ujawniać całą prawdę. Jak Jan Rokita był traktowany w Platformie wszyscy wiemy. Mam nadzieję, że kiedyś on - albo historia - opowie jak było".

Jan Rokita nie wyklucza jednak, że w przyszłości - choć z pewnością nie w czasie tych wyborów - wróci do polityki, gdyby dostał miejsce w rządzie. "Moje uczucia są takie, że nie ma lepszej rzeczy niż służba własnemu krajowi. Nie wykluczam więc przyjęcia takiej oferty, choć dziś o tym nie myślę" - powiedział Rokita.

Nie chce jednak rzucać PO i deklaruje, że wciąż będzie jej członkiem. "Koledzy z Platformy trzymajcie się, życzę wam wszystkiego dobrego" - mówi. Czy myślał o przejściu do PiS? Jak odpowiedział, nie podobają mu się rządy Jarosława Kaczyńskiego.

"W ostatecznym rozrachunku te dwa lata wydają mi się stracone dla Polski. Człowiek może zmienić organizację, ale nie może zmienić tego, co mówił do tej pory. Ja chcę oddać swój głos na Platformę Obywatelską" - powiedział Rokita.

Wypowiedź swą zakończył nietypowo: "Dzisiaj Polsce jest dzień, w którym nasze myśli powinny koncentrować się nie na kampanii wyborczej, a na losie narodu czeczeńskiego. Ta trójka dzieci czeczeńskich znaleziona dziś martwa w Bieszczadach to ofiary ludobójstwa rosyjskiego. Proszę byśmy sercami byli z narodem czeczeńskim. To ostatnie słowa jakie chcę wypowiedzieć jako polityk".



Jan Rokita jest z wykształcenia prawnikiem. Urodził się 18 czerwca 1959 roku w Krakowie. Ukończył prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kiedy miał 21 lat, trafił na zebranie Niezależnego Zrzeszenia Studentów i po miesiącu został wybrany jego szefem.

Po roku 1980 wstąpił do "Solidarności", został jej przewodniczącym na UJ. Bezprawnie aresztowany podał komunistyczną Służbę Bezpieczeństwa do sądu i... wygrał. Szef URM w rządzie Suchockiej: stworzył projekt reformy państwa oddający kompetencje samorządom. "Jest absurdem, żeby latarnią z ulicy Szewskiej zarządzało ministerstwo w Warszawie" - napisał wtedy do swoich wyborców.

W 1989 poseł X kadencji Sejmu z ramienia Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. W 1991 roku wstąpił do Unii Demokratycznej i znów trafił do Sejmu. Za rządów premier Hanny Suchockiej kierował Urzędem Rady Ministrów.

Potem wstępuje do Unii Wolności. W 1997 roku tworzy Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe, które weszło w skład do AWS. Zostaje posłem III kadencji Sejmu.

W 2001 zostaje posłem PO. W 2002 przegrywa walkę o fotel prezydenta Krakowa z kandydatem SLD Jackiem Majchrowskim. Zdobywa jednak ogromną popularność, gdy zasiada w komisji śledczej ds. afery Rywina.

W 2005 roku znów zdobywa mandat poselski.

Tusk: Nie byłem żarliwym katolikiem, ale liberałem

Szef PO dla DZIENNIKA
2007-09-14 23:39 Aktualizacja: 2007-09-15 02:15

"Powiedziałem, że wyrzucę z Platformy każdego, kto będzie mówił, że Platforma jest po to, żeby przeprowadzić bolesne reformy. Jeśli ktoś chce bólu, niech idzie do stomatologa i rwie zęby bez znieczulenia" - mówi szef PO Donald Tusk w rozmowie z redaktorem naczelnym DZIENNIKA, Robertem Krasowskim. Wywiad przeprowadzony był przed decyzją Jana Rokity o odejściu z polityki.


Robert Krasowski: Liberalizm triumfuje?
Donald Tusk*: Triumfował od samego początku, od 1989 roku. Nie od razu było to widać, bo sukcesy odnosił incognito, bez wywieszania sztandaru. Jednak dziś widać, że jeśli Solidarność miała swoją istotę, swój główny nurt, to był nim liberalizm. To nie tylko kwestia tego, że Wałęsa wolał Balcerowicza od Bugaja. Impet zmian po 1989 roku poszedł w stronę budowy wolnorynkowej gospodarki i liberalnego ustroju. Mimo ideowego zamieszania w pierwszej "Solidarności”, gdzie pojawiali się wycieczkowicze z Portugalii, Francji i Włoch z trockistowskimi pomysłami, ideologowie, którzy wskazywali na jej robotniczy i syndykalny charakter, to wszystko zostało odłożone ad acta i "Solidarność” w kluczowym dla zmian momencie za podstawowe uznała liberalne wartości. Nie rewolucję na rzecz nowego projektu, lecz liberalną kontrrewolucję.

To porozmawiajmy o ideach, a nie o bieżącej polityce. Jak się narodził polski liberalizm? Zacznijmy od 1990 roku. Dlaczego gdańscy liberałowie w czasie wojny na górze stanęli po stronie Lecha Wałęsy?
Dla mnie symboliczną była scena z roku 1988, kiedy zwołaliśmy pierwszy gdański kongres liberałów. To jeszcze była nielegalna impreza, ale uparliśmy się, że będzie ona oficjalna. Przyjechali z całej Polski ludzie z najróżniejszych środowisk i traf chciał, że kongres odbywał się w czasie rocznic grudniowych. Przerwaliśmy na chwilę dyskusję o potrzebie zmian konstytucji, o wolnym rynku, o powszechnej prywatyzacji, bo cała gdańska ekipa poszła pod pomnik bić się z milicją i składać kwiaty. A wtedy Korwin-Mikke, jeden z gości kongresu, mówi: "Co z was za liberałowie!? Co wy robicie wśród strajkujących?”.

Potem zrozumiałem, że to było źródło naszej siły. Powstaliśmy i przetrwaliśmy jako środowisko dzięki emocjom, jakie czerpaliśmy z antykomunizmu. Bo liberałowie zrodzili się nie na obrzeżach "Solidarności”, tylko w Gdańsku, u samych źródeł "Solidarności”. To naprawdę miało znaczenie, kim był Bielecki w podziemnej "Solidarności”, co zrobił dla niej Merkel, moje doświadczenia z opozycją jeszcze przedsierpniową. Przecież pierwszą moją funkcją polityczną było szefowanie komisji zakładowej "Solidarności” w moim pierwszym miejscu pracy.

Nasze opowiedzenie się za rozliczeniem PRL już po 1989 roku nie było ideologicznym wyborem. Nie zastanawialiśmy się, czy liberalizm wymaga od nas historycznego kompromisu, czy dekomunizacji. To był dla nas naturalny odruch. Ale był też drugi powód poparcia Wałęsy. W przeciwieństwie do np. Jarosława Kaczyńskiego my nie szukaliśmy przez Wałęsę władzy. Stanęliśmy po jego stronie w wojnie na górze, bo nasz liberalizm był antysalonowy, antysystemowy, wyrastający z "Solidarności” właśnie. My byliśmy Wałęsowymi liberałami.

To był czas, gdy liberalizm był tożsamy z antykomunizmem. Jednak kilka lat potem zachodzą poważne zmiany. Zaczęła się wojna obyczajowa, w której jako liberałów zdefiniowano postkomunistów szukających swej tożsamości w permisywizmie.
To był fatalny czas. Liberalizm pomylono wówczas z prostackim antyklerykalizmem. Bezideowi postkomuniści szukali nowej tożsamości i jako jedyne spoiwo ideowe znaleźli antyklerykalizm, który nazwali liberalizmem. Polacy ulegli złudzeniu, że liberalizm ma kilka wersji, w tym lewicową, która polega na wulgarnej swobodzie obyczajowej i agresywnej antykościelności. Tygodnik "Nie” nazywano liberalną gazetą.

Potem było jeszcze gorzej. Postkomuniści zrozumieli, o co chodzi, i zaczęli się stylizować na szacownych liberałów. Druga połowa lat 90. to był czas, kiedy za autentycznych liberałów w opinii większości uchodzą już nie gdańscy liberałowie, ale Kwaśniewski, Borowski, Belka czy Kołodko. W nich dostrzeżono prawdziwych, integralnych liberałów, którzy strzegą wolności zarówno gospodarczej, jak i obyczajowej. Cała konstrukcja antykomunistycznego liberalizmu załamała się.
Nie na długo. Okazało się, że w polityce, ale także w całej przestrzeni, gdzie ważne są mity i emocje, rozstrzygające znaczenie ma prawdziwa pasja. A taką pasję w obrębie idei liberalno-konserwatywnych mogą mieć tylko ludzie, którzy wierzą i szukają Boga, oraz ci, którzy wierzą w sens wolności jako takiej. Postkomuniści tymczasem byli powierzchowni. Reguły liberalnej gospodarki pojmowali technokratycznie. Wokół siebie wytwarzali przestrzeń bez idei, nasyconą chłodną wiedzą, umiejętnościami, ale nie ideami, nie wiarą. Tymczasem działalność publiczna na rzecz wolności wymaga wewnętrznego żaru. Nie można zrzucić munduru esbeka czy milicjanta i potem udawać, że się jest rycerzem wolności.

Wy też nie byliście dla Polaków wiarygodni. Pierwsza połowa lat 90. to była gigantyczna porażka gdańskich liberałów. Okazało się, że partia liberalna nie ma szans na samodzielny żywot. Musieliście szukać zbawienia w Unii Wolności. Niech Pan powie, czego liberał, czego człowiek który nadal definiował sie jako antykomunista, szukał w UW?
Byłem szefem partii, która przegrała wybory, czułem się odpowiedzialny za jej przyszłość. Zdawałem sobie sprawę, że przygniatająca większość KLD, która chciała, abym nadal był szefem, oczekuje, że coś zrobię. Bo polityka to jest aktywizm. Wobec szefa każdej partii politycznej zawsze stawiany jest jeden i ten sam postulat: zrób coś. Więc zrobiłem. To coś to było zjednoczenie KLD i UD. Oczywiście nie byłoby ono możliwe, gdyby nie wyraźna zmiana, przynajmniej jeśli chodzi o kwestie gospodarcze w samej Unii Demokratycznej i obecność takich strażników miękkiego tradycjonalizmu, jak Mazowiecki, Komorowski, Rokita, Hall.

Ale obok nich byli Kuroń, Frasyniuk, Geremek i Kuratowska.
Może to było życzeniowe myślenie. W każdym razie głęboko wierzyłem, że wejście tak dobrze zorganizowanej i witalnej ekipy, jaką było KLD, wzmocni prawicowo-liberalny kierunek. Powstała przecież partia, która nazwała się Unią Wolności, na wniosek Balcerowicza, żeby podkreślić liberalny background. Zakładaliśmy, że powstaje partia inteligencka, ale z ambicją przyciągnięcia drobnych i średnich przedsiębiorców, oparta na miękkiej chadeckości Mazowieckiego, liberalizmie gospodarczym Tuska i lewicowej wrażliwości, czy raczej poprawności środowiska postkorowskiego. Liczyłem, że to zagra. Nie zagrało.

Sklejenie środowisk konserwatywnych i lewicujących nie byłą rokującą ideą. Dlaczego nie udała się wpółpraca z lewicą postkorowską? Oni też mówili o liberalizmie.
Ale nie wtedy. W tamtym okresie tego słowa się brzydzili, choć już nie tak bardzo, jak na początku, kiedy Bielecki został premierem.

Dlaczego reakcja na Bieleckiego była tak alergiczna?
To była generalna pretensja o to, że wolnościowe poglądy głosi ktoś spoza warszawsko-salonowej rodziny. Dla środowiska „Gazety Wyborczej” gdańscy liberałowie to była dzika horda, jakiś nieznany brodaty szczep niebezpiecznych barbarzyńców. Ta różnica potem się zacierała, ale pozostała. KLD było partią ostentacyjnie nie warszawską. Bardzo byliśmy dumni z tego, że jesteśmy znikąd, z głębi Polski. Tymczasem ówczesne środowisko Michnika uznawało to za naszą główną wadę. Ktoś wtedy zauważył ,że tak naprawdę losy gdańskich liberałów to była próba omamienia, oczarowania i absorpcji przez salon owych niepokornych liberałów. Na szczęście zakończyła się niepowodzeniem.

Przypadek czy ideowy wybór?
To drugie. Tak naprawdę podglebiem dla decyzji o powołaniu Platformy była niechęć do wejścia do tego salonu. Nie chcę przez to powiedzieć, że patrzę na to środowisko z góry, z jakąś wyższością. Po prostu nie kleiło nam się. Bogu dzięki.

Co się nie kleiło?
Dla mnie gorszące było tych kilka słynnych scen - Adam Michnik z Jerzym Urbanem, Michnik z przesadną empatią broniący Jaruzelskiego, niesmaczny pomysł Zbigniewa Bujaka z oddaniem na licytację legitymacji "Solidarności”. To pokazywało, że przywiązanie do najbardziej autentycznego doświadczenia antykomunizmu w Unii zaczęło tracić na znaczeniu. To nie jest krytyka pryncypialna, do dziś nie powiem złego słowa o postkorowskim środowisku, które głęboko szanuję. Jednak nasze drogi rozchodziły się.

Rozumie pan dzisiejsze wybory Lityńskiego czy Frasyniuka, którzy u boku SLD próbują przetrwać w polityce? Czy 10 lat temu przyszłoby to panu do głowy?
Nie wiem, czy bym to przewidział, ale na pewno bym tego nie wykluczył. Pamiętam długą dyskusję w warszawskim domu Aleksandra Smolara, chyba o tym mówiliśmy publicznie, więc nie popełnię niedyskrecji. Był Smolar, chyba właśnie Jan Lityński, Rokita i ja. Rozmawialiśmy, z polityki zeszliśmy na źródła naszej aktywności, powody, dla których jesteśmy razem, i okazało się, że rozmawialiśmy również o przyszłości w kontekście SLD. Czym jest to wyzwanie, które stoi przed Unią Wolności, czy można z SLD, czy nie można. I pamiętam, że słuchając opowieści Smolara i Lityńskiego o tym, jak oni wkraczali w dorosłe życie, zobaczyłem, jak bardzo byli zanurzeni w środowisku PZPR-owskim. Dla nich było ważne, co dzieje się w KC, oni to analizowali, czytali, spierali się. Tymczasem my z Rokitą… zupełnie inny świat.

Wychowałem się na podwórku, gdzie mówiło się, że w tej wielkiej kamienicy z czerwonej cegły mieszka partyjny. Mówiło się o tym ściszonym głosem. Tylko wizyta jehowych budziła większe poczucie obcości. Partia nie była dla nas punktem odniesienia, odwrotnie. Pamiętam dziewczynę, crkę mocno partyjnych, która nie przystąpiła do pierwszej komunii. To ona cierpiała, to był jej kłopot, bo ja chodziłem do szkoły, gdzie chodziły dzieci stoczniowców, to była szkoła przy bramie stoczni, a ta dziewczyna była jedyną osobą w szkole, która nie poszła do pierwszej komunii. Komunizm to był dla mnie obcy świat.
Nie traktuję dziś tego jako przewagi mojego środowiska, tego, że my jesteśmy z podwórka, a oni z salonu, jednak różnica była zawsze.

Kiedy pan zaczął krytykować III RP?
W 1994 roku sformułowałem swoje główne zarzuty i wydają mi się one zasadne do dziś. Moja pretensja polega na tym, że III RP w pewnym momencie zatrzymała proces pozbywania się artefaktów po komunizmie. Straciła determinację w eliminowaniu pozostałości socjalizmu.

I to wszystko? Oskarżenie o zwykły etatyzm…
Żaden zwykły etatyzm. Ten zwykły etatyzm to był właśnie komunizm. Przecież po 1956 roku wrogiem był etatyzm, to była istota socjalistycznej opresji i udręka życia codziennego w PRL. „Solidarność” była niczym innym, jak wielkim ruchem na rzecz deetatyzacji.

Czym się różni zwalczanie socjalizmu od walki z układem? Czym się różni stanowisko Platformy od stanowiska PiS-u?
Według Jarosława Kaczyńskiego układ rodzi się tam, gdzie jest nadmiar wolności i niedobór kontroli ze strony państwa. Według mnie układy rodzą się tam, gdzie jest nadmiar państwa w gospodarce i nadmiar polityki w życiu społecznym. To, co Kaczyński w niektórych momentach trafnie opisuje jako układ, rodzi się tam, gdzie mamy do czynienia z etatyzmem. Dlatego Platforma uważa, że nie ma skuteczniejszej recepty na korupcję od radykalnego odbiurokratyzowania...

... Kaczyński panu odpowie, że to liberalne doktrynerstwo…
Miałby rację, gdyby nie to, że ja już wyszedłem z etapu naiwnego liberalizmu. Mam odwagę mówić, że na początku lat 90. nie doceniłem potrzeby budowania silnych instytucji. Dziś wiem, jak są ważne, ale też wiem, że silne i skuteczne instytucje, które mają eliminować przestrzeń, gdzie rodzą się układy, można budować tylko przy państwie ograniczonym. Jeśli chcemy coś bezwzględnie egzekwować, liczba reguł nie może być zbyt duża.

Pańska krytyka etatyzmu i rozbudowanego państwa od kilku lat ilustrowana jest krytyką polityków jako klasy próżniaczej. Nie jest pan w tym odosobniony, na łamach "Faktu” znajdziemy wielu polityków, którzy piętnują przywileje władzy, ich auta, odprawy, liczne asystentki i tłumy doradców. Jednak oni tak mówią, bo to się opłaca. Pan natomiast wydaje się w to wierzyć…
Bo wierzę naprawdę.

Taką wiarę u polityka nazywa się populizmem.
Inaczej niż niektórzy bardzo poprawni politycy uważam, że nie ma takiego automatyzmu, że skoro coś się podoba większości, to musi być złe. Istotą Platformy jest: róbmy jako politycy, jako władza, jako partia polityczna wszystko, czego ludzie od nas oczekują. Nie przekroczmy granic zdrowego rozsądku i etyki, ale nie traktujmy polityki jako misji z celem: „musimy ludziom robić źle”. Znam wielu polityków, którzy uważają, że władzę się bierze po to, żeby ludzi zabolało. Że do władzy się idzie po to, aby przeprowadzić bolesne reformy. Ja powiedziałem, że wyrzucę z Platformy każdego, kto będzie mówił, że Platforma jest po to, żeby przeprowadzić bolesne reformy. Jeśli ktoś chce bólu, niech idzie do stomatologa i rwie zęby bez znieczulenia. Platforma nie jest od zadawania bólu. Nie jest od zmuszania ludzi. Od kłócenia się z większością.

Nigdy i nigdzie?
Oczywiście jest granica tej strategii. Nie powiem jak Lepper, że to, co podoba się większości, jest zawsze dobre. Czasami trzeba się umieć narazić opinii publicznej, ale generalnie uważam, że władza i polityka musi być ludziom przyjazna.

W Polsce długo sądzono, że elity mają być dla mas surowym wychowawcą. Że na tym polega inteligencki etos.
To była obsesja. Doszło do tego, że na język narodowego bólu tłumaczono nawet to, co było pozytywnym doświadczeniem. Na przykład budowano czarną legendę Balcerowicza za dzieło zdławienia hiperinflacji, a przecież była ona bardziej bolesna niż walka z nią. Urealnienie zarobków było dla wszystkich ewidentną korzyścią. A jednak w jakimś pędzie do samozagłady elity postanowiły sprawę nazwać terapią szokową.

Politycy mają manię wielkości. Kochają wielkie cele, wielkie przeżycia, wielkie poświęcenia…
I kochają takie pozornie mądre i szlachetne stwierdzenia jak to, że polityk myśli tylko o najbliższej kampanii, a mąż stanu o przyszłych pokoleniach... To pięknie brzmi. Ale jest też druga prawda - każdy człowiek ma tylko jedno życie, swoje życie. I polityka, prawdziwa mądra polityka, musi pamiętać, że tu i teraz żyją miliony ludzi i oni mają tylko to jedno życie. I mają prawo do osobistej satysfakcji.

A co to oznacza w politycznej praktyce?
Jestem przywiązany do tej bardzo banalnej prawdy, że daje naprawdę ten, kto przede wszystkim nie zabiera.

I tak brzmi liberalne credo Platformy? Jedno zdanie, prosta maksyma?
Nie. Ale powiem szczerze, że od polityki nie oczekuję książkowego wyrafinowania. Jestem człowiekiem doświadczenia, a nie ideologii. W życiu przeczytałem bardzo dużo książek, ale lektur ideologicznych było wśród nich mało. Tym, co różniło gdański liberalizm od naszych pobratymców ideowych w różnych miejscach Polski, był praktycyzm, aż do bólu. To jest to, co Bielecki kiedyś pięknie opisał, ta ciężarówka, którą woził drewno do portu, to moje wiszenie na kominach, to, że dla nas liberał to był ktoś, kto odpowiadał na wyzwanie "nie daj się skundlić”. Jak rządzą komuniści, nie daj się komunistom, jeśli masz utrzymać rodzinę - idź do roboty, jeśli masz możliwość założenia firmy - zrób to natychmiast. Chcesz ugruntować w Polsce wolność i odpowiedzialność, zbuduj partię, która wygrywa. I to jest dojrzałe.

Ale w praktyce politycznej pojawiają się konkretne problemy. Na przykład gdzie są granice pańskiego liberalno-konserwatywnego populizmu. Gdzie jest granica na prawo, a gdzie na lewo? Co na przykład zrobić z ustawą aborcyjną? Iść w prawo i zaostrzyć, iść w lewo i liberalizować?
Dla mnie to problem praktyczny, a nie metafizyczny. Aborcja jest złem. Koniec, kropka. Moim zadaniem jako praktyka jest doprowadzić do tego, żeby w Polsce było jak najmniej aborcji, a nie jak najwięcej satysfakcji dla ideologa lewej czy prawej strony. W odniesieniu do aktualnego ustawodawstwa próba jego naruszenia może doprowadzić do odbicia w lewo. Uważam, że Polska stoi przed perspektywą hispanizacji czy portugalizacji polityki, czyli bardzo konserwatywne i tradycyjne społeczeństwo może eksplodować w lewą stronę właśnie w kwestii eutanazji, aborcji. I mądrą metodą nie jest budowanie wokół tych tematów długotrwałej emocji, która może się przerodzić w polityczną wojnę. Mamy dzisiaj ustawodawstwo, do którego doszliśmy poprzez paroksyzmy, które ma poparcie większości, które radykalnie zmniejsza liczbę aborcji, i które - co najważniejsze - wprowadziło powszechny brak akceptacji dla aborcji. I chciałbym tego strzec.

A jednak wrócę do pytania o granice.
Nie odpowiem, bo nie wierzę w ich wytyczanie. Proszę spojrzeć na polski krajobraz polityczny. Niby jasne tożsamości, a jak spojrzymy głębiej, to widzimy Rydzyka szukającego środków europejskich na swoją szkołę. Leppera w garniturach Bossa. Kaczyńskiego, który przy wszystkich swoich grymasach i kaprysach dyskutuje o tym, jak wzmocnić Unię Europejską.

Zgoda, ale nie wpisze pan na listę wyborczą Ryszarda Bendera. Proszę mi udowodnić, że liberalno-konserwatywny populizm nie jest workiem, w którym się wszystko mieści. Proszę o jeden przykład granicy po prawej stronie.
Uważam za oczywisty błąd wliczanie do średniej ocen stopnia z religii. Jeśli naprawdę myśli się poważnie o rozdziale Kościoła i państwa, a nie znam w świecie Zachodu konserwatysty, który miałby co do tego wątpliwości, to trzeba to przyznać. Paradoks polega na tym, że niewielu polityków w Polsce rozumie, że właśnie dlatego, że jesteśmy narodem katolickim w tak przygniatającym procencie, bardziej powinniśmy strzec autonomii państwa i Kościoła.

A granice po lewej stronie?
Aborcja i eutanazja.

Tak twardo. A dlaczego?
Bo tu pojawiają się kwestie ostateczne. I granice, których politycy nie powinni przekraczać.

Stał się Pan bardziej konserwatywny niż kiedyś. Tak samo jak wszyscy Polacy, którzy uznali, że Polską musi rządzić prawica, jak nie jedna, to druga. Co się dzieje?
Zmiany pokoleniowe. Wszedł i zaczyna odgrywać decydującą rolę, jeśli chodzi o wyobraźnię społeczną, wyż stanu wojennego. U szczytu swoich możliwości jest pokolenie pierwszej "Solidarności”, moje pokolenie, które z natury rzeczy musiało być konserwatywne. Przecież Matka Boska i Papież byli na bramie stoczni. Ja nie byłem żarliwym katolikiem, jednak doświadczenie z Janem Pawłem II, osobiste spotkania, ale przede wszystkim jego śmierć, to było coś, co mnie przywróciło do Kościoła. A skoro mnie, to rownież innych. To nie są żarty. Ja naprawdę byłem na placu Świętego Piotra i naprawdę czułem się świadkiem cudu. To samo widzę u mojego syna, typowego katolika młodego pokolenia, któremu ksiądz nie pasuje, bo nie zawsze mówi mądre rzeczy, który uważa, że religia w szkole to boki zrywać… Po śmierci papieża zorganizował grupę 30 osób, doprowadził do wynajęcia kilku wagonów w Gdańsku i pojechali do Rzymu. Dwa dni leżeli na chodniku i przeżyli swoją wielką iluminację. Bo księga się zamknęła.

Uważam, że to nasze doświadczenie - komunizm, pierwsza "Solidarność”, stan wojenny, papież, śmierć papieża - to się składa w ciąg, który musiał nas zmienić. Skoro działają na nas reklamy w telewizji, to dlaczego tak wielkie doświadczenie nie miałoby przynieść efektu? To, że dziś cała Polska jest konserwatywna, jest naturalne. Raczej pytałbym - dlaczego tak późno?