Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HISTORIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HISTORIA. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 grudnia 2010

Gorączka złota w Treblince

Gorączka złota w Treblince

Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski
2008-01-08, ostatnia aktualizacja 2008-01-04 20:27

Żydzi jechali do obozu z Warszawy, Grodna, Białegostoku, Kielc... Także zza granicy: Austria, Bułgaria, Grecja. 900 tys. ludzi - przekonanych, że jadą osiedlić się na Wschodzie - przywiozło do obozu gigantyczne ilości złota, kamieni szlachetnych i walut
To nie jest zdjęcie ze żniw. Kopacze z Wólki Okrąglik i sąsiednich wsi pozują do wspólnej fotografii z milicjantami, którzy zatrzymali ich na gorącym uczynku. W chłopskich kieszeniach były złote pierścionki i żydowskie zęby. U stóp siedzących ułożone czaszki i piszczele zagazowanych
Kilka lat po likwidacji obozu delegat ze stołecznej Żydowskiej Komisji Historycznej notuje:
Fot. Ze zbiorów Romy Byczuk/ŻIH
Kilka lat po likwidacji obozu delegat ze stołecznej Żydowskiej Komisji...
Rok 1947, komisja z Warszawy bada teren obozu. W kapeluszu Samuel Rajzman, były więzień. Kobieta obok niego to prawdopodobnie Rachela Auerbach - autorka pierwszej książki o Treblince. Po wizji lokalnej zapisała z przerażeniem:
Fot. Ze zbiorów Romy Byczuk/ŻIH



Żydzi jechali do obozu z Warszawy, Grodna, Białegostoku, Kielc... Także zza granicy: Austria, Bułgaria, Grecja. 900 tys. ludzi - przekonanych, że jadą osiedlić się na Wschodzie - przywiozło do obozu gigantyczne ilości złota, kamieni szlachetnych i walut
Fot. Rue de Archives/Forum
Łapa rozgrzebująca zwłoki ludzi, zwłoki męczenników, wymierza co dzień nam wszystkim policzek
To nie jest zdjęcie ze żniw. Kopacze z Wólki Okrąglik i sąsiednich wsi pozują do wspólnej fotografii z milicjantami, którzy zatrzymali ich na gorącym uczynku. W chłopskich kieszeniach były złote pierścionki i żydowskie zęby. U stóp siedzących ułożone czaszki i piszczele zagazowanych

Fot. Archiwum prywatne
To nie jest zdjęcie ze żniw. Kopacze z Wólki Okrąglik i sąsiednich wsi pozują...

Rok 1947, komisja z Warszawy bada teren obozu. W kapeluszu Samuel Rajzman, były...
Jeden z tutejszych kupił za żydowskie złoto hurtownię w Warszawie - opowiada Tadeusz Kiryluk, były kierownik muzeum-obozu w Treblince.

- Szwagier znalazł brylant jak pół paznokcia od dużego palca - wspomina jego sąsiad z Wólki Okrąglik. - I przepił. Nawet stodoły nie postawił. A inni domy stawiali i nie tylko: całe gospodarstwa wyrosły.


- Jeden z tutejszych wysiał łubin - opowiada Kiryluk. - Poszedł w pole, a na roślinie wisi złota obrączka. Zaraz poszedł z rodziną i pole przekopali. Ryli ziemię ojcowie, matki, potem dzieci kopały i wnuki, na koniec to już aparaty mieli, wykrywacze metalu. Jeden chciał mnie zabić, milicjant z Warszawy, się okazało.

- Kopali i być może dalej kopią - mówi Martyna Rusiniak, autorka pracy "Obóz Zagłady Treblinka II w pamięci społecznej".

Chodzimy po treblińskim lesie. Doły faktycznie są, ale już stare, rosną w nich krzaki. Ostatnia oficjalna informacja o hienach pochodzi z 2002 roku, kiedy wykopano siedem dołów. W latach 90. - kilkadziesiąt dziur. Jeszcze wcześniej - kilkaset. Im głębiej wstecz, tym więcej hien.

W błocie leżały wielkie brylanty i miliony

Gorączka złota wybuchła w 1942 roku.

Od końca lipca pociągi przywoziły do obozu i biednych, i tych najbogatszych przedstawicieli żydowskiej diaspory. Do gazu szli - pod okiem ukraińskich i rosyjskich strażników - adwokaci, bankierzy, kamienicznicy. „Wolno zabrać złoto i walutę” - głosiły plakaty w warszawskim getcie. „Oznaczały one mniej więcej tyle: »nie zapomnijcie zabrać ze sobą pieniędzy i złota «” - pisze Rachela Auerbach, autorka pierwszej polskiej książki o obozie (1947).

Żydzi brali: wieczne pióra ze złotymi stalówkami wypełnione brylantami, złote dolary, cenniejsze od złota zabytkowe numizmaty... A gdy już pociąg wyładowany majątkiem stawał na peronie, wystarczyło półtorej godziny, by ludzie płonęli na wielkim ruszcie z kolejowych szyn. W tym czasie więźniowie z Sonderkommanda rozpruwali ich ciepłe jeszcze płaszcze, segregując kosztowności. W pośpiechu nikt nie dbał o drobne.

- Deptano często złote monety i nikt nie nachylał się, żeby je podnieść - relacjonował jeden z garstki ocalonych. Inny - Samuel Willenberg - napisał: "Poniewierały się codziennie kilogramy brylantów, tysiące złotych zegarków, miliony monet narodów całego świata. Nawet chińskie. Papiery wartościowe, jakieś akcje różnych towarzystw całego świata razem ze zdjęciami szły na spalenie".

Kolejna relacja: "W piasku i błocie leżały kilogramy złota, wielkie brylanty, masa przedmiotów wartości dosłownie miliardów złotych i nikt tego nie brał, bo na co trupom pieniądze?".

Trupom na nic.

Chłopi nosili kosze zegarków, baby - futra wiadomego pochodzenia

Łańcuszek wyglądał tak: zatrudnieni przy eksterminacji więźniowie odbierali uśmiercanym walutę, złoto, kamienie i zegarki, które - w tajemnicy przed nadzorującymi obóz esesmanami - przekazywali ukraińskim wachmanom. Ukraińcy szli na wieś, gdzie wymieniali dobra na wódkę, usługi prostytutek i jedzenie. Po powrocie do obozu za jedzenie kupowali od Żydów z Sonderkommanda kolejne kosztowności. Za drutami bułki, kiełbasa i butelka były warte już 300 dolarów albo więcej.

Kółko się domykało, bogactwo rosło, Ukraińcy nie wiedzieli już, co zrobić z pieniędzmi. Po służbie nie trzeźwieli, a na szyjach prostytutek wieszali złote kolie.

Opowiedzmy jeszcze: skąd prostytutki w podlaskiej głuszy?

Józef Górski, ziemianin z odległego o 10 km Ceranowa, działacz Narodowej Demokracji, napisał we wspomnieniach:

"Gospodarze tej wsi [Wólki] wysyłali swe żony i córki do ukraińskich strażników zatrudnionych w obozie i nie posiadali się z oburzenia, gdy te kobiety przynosiły za mało pierścionków i innych kosztowności pożydowskich, uzyskanych w zapłatę za osobiste usługi (...). Strzechy znikły zastąpione blachą, a cała wieś robiła wrażenie Europy przeniesionej do tego zapadłego zakątka Podlasia".

Prócz bab cichodajek zjawiły się i prostytutki profesjonalistki. Te przyjeżdżały do Wólki, Poniatowa, Grądów i Prostynia aż ze stolicy.

- Wynajmowały pokoje, mieszkając nieraz po dwie. I trzy dni z rzędu przyjmowały Ukraińców, a na trzy dni jechały do Warszawy odpocząć - z Tadeuszem Kirylukiem rozmawiamy w jego domu, w Wólce. Gospodarz pochodzi z Mazowsza, kierownikiem i lokatorem obozu-muzeum był od 1963 do 1996 roku. Po przejściu na emeryturę został na wsi.

- Warszawianki musiały ostro konkurować z miejscowymi kobietami. Musiała w chałupie być i mocna gorzała, i dobra dziewucha, bo inaczej taki ukraiński wachman nie zaszedł. Niektóra przy okazji w ciążę zaszła - opowiada Kiryluk. - A jedna miała dziecko z tym słynnym Demianiukiem.

Ludzie szli po złoto jak na wykopki

Iwan Demianiuk, domniemany operator komory gazowej w Treblince, po wojnie ukrył się w USA. Deportowany w 1986 roku do Jerozolimy dostał - w pierwszym procesie - karę śmierci. W 1993 roku uniewinnił go izraelski Sąd Najwyższy, ale dla własnego bezpieczeństwa pozostał w więzieniu. Nie wiadomo, czy to on gazował ludzi spalinami, ale nie ulega wątpliwości, że był obozowym strażnikiem.
- Babka, do której zaglądał, nie tylko jego przyjmowała - mówi Kiryluk. - Po wojnie do Związku Radzieckiego jeździła na procesy wachmanów. Miała ich po tatuażach i szczegółach na ciele rozpoznawać. Trzy lata temu umarła. W ogóle to musicie iść do Genka Goski co tu mieszka we Wólce - on ich wszystkich pamięta, bo tam służył.

- W obozie?

- Nie... później. Jak zlikwidowali obóz, dwóch Ukraińców zostawili do pilnowania. Z cegieł po krematorium więźniowie im gospodarstwo pobudowali. Dom, obora, krowy, żeby było jak w normalnej gospodarce. Niemcy kazali, żeby obaj - Saszka i Streibel ich tu ludzie nazywali - pilnowali terenu. Nikt się nie miał kręcić. Ukraińcy w czterdziestym czwartym ziemię orali, kartofle sadzili, jakby nigdy tu nic nie było. Aż jesienią uciekli przed Armią Radziecką. To Genek Goska im w tej gospodarce pomagał, w tym pilnowaniu. Ale gdzie tam upilnować? Jak uchowasz 16 hektarów, kiedy złoto na głębokość ręki nieraz było? Od razu zaczęło się wielkie kopanie. Najpierw po nocy ryli, potem to już jawnie: szli niby na wykopki ziemniaków - całe rodziny z widłami, łopatami, koszami, jedzeniem na obiad.

- Jak to możliwe, że w ziemi pozostało tyle skarbów, skoro ofiary Treblinki były rozbierane i palone, a ich rzeczy przeszukiwane? - pytamy Tadeusza Kiryluka.

- W czterdziestym drugim zagazowanych jeszcze nie palili, tylko zakopywali. Tych, co zmarli w wagonach, w podróży, co ich stratowali po drodze współpasażerowie, to, bywało, zakopali jak leci. Ktoś, dusząc się w komorze, zacisnął zęby tak, że nie szło trupowi szczęki rozewrzeć, i ząb został. Kobieta miała kolczyki w uchu, nie wyjęli jej przed komorą, żeby nie robić paniki, bo przecież oni niby do łaźni szli. Komu innemu utkwił pierścionek na palcu. Ciało stężało, ciężko zdjąć, trzeba rękę odpiłować... Więźniowie z Sonderkommanda ukrywali też złoto dla siebie. Do latryny wrzucali, do studni. Że może się uda przeżyć, wrócić, że będzie na po wojnie.

- Jak się morduje 900 tysięcy ludzi, i to w pośpiechu, zawsze można coś przeoczyć - dodaje Edward Kopówka, obecny szef muzeum.

Oglądając z nim wystawę poświęconą historii obozu, zastanawiamy się nad tą liczbą. Gdyby zagazowani wstali z grobu i wzięli się za ręce, ludzki łańcuch sięgnąłby z Treblinki do Stambułu.

Zostali na miejscu ci, co od świata nie chcieli już nic

Na wystawie są fotogramy, kilka eksponatów (niemieckie obwieszczenia, cynowe miski więźniów) i duży plan obozu, który składał się z dwóch części oddzielonych lasem.

Arbeitslager Treblinka I był jawny: wizytował go nawet Czerwony Krzyż, dwa razy w roku osadzeni dostawali paczki, na Boże Narodzenie - święte obrazki. Dwa z nich leżą przed nami w gablocie.

Vernichtungslager Treblinka II oficjalnie nie istniał, choć to właśnie tu skończyła się gwałtownie 500-letnia historia Żydów Warszawy. Przez cały czas specjalne komando zajmowało się zasłanianiem fabryki śmierci sztucznym lasem; wycięte opodal drzewa były ustawiane jedno przy drugim, w druty ogrodzenia wplatano trzy razy w miesiącu świeże gałęzie, by zamaskować wszystko od strony drogi i linii kolejowej.

Przy eksterminacji pracowało ok. 800 Żydów podzielonych na komanda: witające ludzi na rampie, odbierające ofiarom bagaże i ubrania, wyciągające ciała z komory gazowej, przeszukujące trupy, zakopujące, a od 1943 roku palące zwłoki. Wreszcie komando sortujące odzież i ostatnie: segregujące kosztowności.

Wszystkich razem nadzorowało około stu wachmanów, w większości byłych żołnierzy Armii Czerwonej, teraz na usługach Rzeszy.

Wachmanów nadzorowała dwudziestka esesmanów: Niemców i Austriaków.

- W Treblince nie było pasiaków ani zupy z brukwi - mówi kierownik, gdy wychodzimy przed jego przylegający do obozu domek-biuro.

Ocalony Samuel Willenberg wspomina, że więźniowie chodzili w garniturach ofiar przywiezionych do gazu, palili papierosy, pili drogie alkohole, jedli sardynki wyjęte z walizek zamordowanych. Może dlatego mieli siłę, by zorganizować powstanie. Dorobionym kluczem otworzyli magazyn broni, rozdzielili karabiny między wtajemniczonych, podpalili baraki i zaczęli strzelać do strażników. Gdy ci odpowiedzieli ogniem, zaczęła się jatka. Około 700 Żydów zostało zabitych na miejscu, dwie setki wyrwały się jednak poza druty. Większość szybko wyłapali ściągnięci z całej okolicy policjanci i żandarmi. Przeszło stu więźniów zostało na miejscu, chociaż był moment, że mogli po prostu wyjść przez wyrwę w drutach.

- Nie uciekali przede wszystkim członkowie komanda pracującego w strefie zagłady - opowiada Edward Kopówka. - Oni nie chcieli już od świata niczego. Wszyscy zostali zresztą zastrzeleni jeszcze tego samego dnia. Nazajutrz zaczęła się likwidacja obozu. Na rozkaz lubelskiego szefa SS Odilo Globocnika powstało w tym miejscu gospodarstwo rolne - tak samo jak w Bełżcu i Sobiborze.

To, co się wykopało, bandy zabierały i teraz nic nie ma

82-letni dziś Eugeniusz Goska - Genek - jako chłopak był parobkiem w "gospodarstwie Treblinka". Mówi, że sam złota nie wykopywał, ale zna kopaczy ze wsi aż za dobrze. Gdy Ukraińcy uciekli na zachód, miejscowi poszukiwacze stłukli Genka, by wyciągnąć informacje, gdzie leży najwięcej bogactw.


- Bili mnie pałami po dupie - opowiada, siedząc na łóżku.

- Dawaj złoto, złoto dawaj - kiwa głową jego korpulentna żona. - Myśleli, że mąż wie, gdzie to wszystko pochowane. A co my tam wiedzieli? Tyle co każdy.

- Kto we wsi najwięcej wykopał? - pytamy pana Eugeniusza.

- Ja nic nie powiem!

Idziemy pytać. Pada śnieg. Wólka jest nieduża, położona przy jednej wąskiej ulicy wiodącej od Ostrowi Mazowieckiej do Sokołowa Podlaskiego. Wieś mogła robić wrażenie pod koniec lat 40., gdy pojawiły się tu pierwsze eternity w pokrytym papą i strzechą powiecie. Dziś dawne bogactwo nie rzuca się w oczy. Ale jedno widać: znakomitą większość domów postawiono 50-60 lat temu i były to domy solidne. Przetrwały do dziś w niezmienionym stanie - tu i ówdzie wyrósł tylko talerz satelity albo dobudówka z suporeksu.

Wchodzimy do drewnianej parterówki ze skośnym obitym blachą dachem. W pokoju brunatna wykładzina, telewizor włączony na cały regulator. Gospodarz niedosłyszy, więc porozumiewamy się prawie krzycząc.

- Mówią, że panu się dużo złota udało wykopać!

- Dzieeee tam... dużo!? Przygarść... Toć co się wykopało, zaraz bandy różne zabierały. Nie oddasz - kula w łeb! Nogi do pieca potrafili włożyć - i gadaj, gdzie to masz. Jak mnie jeden kolbą od karabina jebnął, to pamięć straciłem...

Dotarliśmy do "Kalendarium działań oddziału siedleckiego Pogotowia Akcji Specjalnej NSZ" z 1946 roku.

Pod datą 26 lutego czytamy: „Akcja ściągania kontrybucji od ludzi zajmujących się profanacją grobów w Treblince przeprowadzona wspólnie z ludźmi z oddziału »Władka «, komendanta rejonowego PAS w powiecie sokołowskim”.

27 lutego: „Ściąganie kontrybucji po raz drugi wspólnie z ludźmi »Władka « od ludzi profanujących groby w Treblince zamieszkałych na wsiach w okolicach Kosowa Lackiego. Za koleżeńską pomoc grupa »Zycha « otrzymała 30 tys. złotych na zakup broni”.

- A co się panu najlepszego udało wykopać!?

- Idźta do tych... - gospodarz tłumaczy nam, jak dojść do kolejnego sąsiada. - Un wam o skarbach opowie, najwięcej nazbierał.

- Najwięcej czego?

- Perły, szofer, wszystko miał.

- Jaki szofer?

- Szofer, mówię! Kamiń taki! I drugi: szmarad. Zielone, niebieskie, wielkie jak śliwka, cały węzeł tego było. Tam miał stodołę pobudowaną, kumbajn. Idź, zapytaj, jak przyjeżdżali jubilery z Warszawy, na podwórku diamenta wyceniali. U mnie nic nie ma!

Szakale w ludzkiej postaci wiercą dziury w świętej ziemi

Jesienią 1944 roku w Treblince znów pojawili się ukraińscy i rosyjscy strażnicy - tylko że tym razem na służbie Stalina. Wraz z ich przybyciem chłopskie kopanie zamieniło się w przemysł. Sowieci przywozili z lotniska położonego w odległym o 10 km Ceranowie miny i niewypały. Wkopywano ładunek w masowy grób, Sowiet detonował, żydowskie zwłoki wylatywały w powietrze.


Gdy trzy lata później w byłym obozie pojawili się przedstawiciele Głównej Komisji Badań Zbrodni Hitlerowskich, proceder trwał w najlepsze. Członkini komisji Rachela Auer-bach zanotowała:

"Z łopatami i innym sprzętem szabrownicy i maruderzy kopią, szukają, ryją (...) nie spalone kule armatnie i bomby taszczą tutaj - szakale i hieny w ludzkiej postaci. Wiercą dziury w przesiąkniętej krwią, z popiołem spalonych Żydów zmieszanej ziemi..."

Auerbach - ze względu na cenzurę - nie mogła oczywiście napisać, że proceder współorganizują i nadzorują Sowieci. Nie wyjaśniła, kim są "maruderzy". Skalę dokonanych przez nich wykopków opisuje jednak dokładnie uczestnik innej delegacji z Warszawy Karol Ogrodowczyk:

„Pole przekopane i zryte, doły mają po 10 metrów głębokości, leżą kości ludzkie i porozrzucane rzeczy, buciki, łyżki, widelce, lichtarze, włosy z noszonych przez Żydówki peruk. W powietrzu wisi smród gnijących ciał... Odór tak nas odurzył, iż poczęliśmy z kolegą wymiotować i uczuliśmy drapanie niesamowite w gardle (...) Pod każdym drzewkiem otwory wykopane przez poszukiwaczy złota, brylantów (...) Między drzewami uwijają się miejscowe kmiotki żądne znalezienia skarbów. Zapytani przez nas »co wy tu robicie? « nie dali żadnej odpowiedzi”.

Przypiekano kobietę, zmuszając do wydania miejsca przechowywania kosztowności

Dzień przed spotkaniem z kierownikiem Kopówką obeszliśmy przysypane śniegiem lasy i zarośla wokół centralnego pomnika Treblinki. Dołów w ziemi jest dużo - mają średnicę od trzech do dziesięciu metrów. Wyglądają jak leje po bombach albo małe kratery. Część wykopów porastają całkiem już dorodne drzewa, na oko czterdziestoletnie, część obrośnięta jest młodymi krzewami.

Sam pomnik - ośmiometrowy kamienny obelisk - stoi na wielkiej betonowej płycie pokrytej setkami głazów z nazwami rodzinnych miejscowości ofiar: Sochaczew, Siedlce, Warszawa, Saloniki. Zdaniem Martyny Rusiniak, autorki pracy o Treblince, autorzy nadali pomnikowi taka formę, by uniemożliwić rozkopywanie terenu. Bo pod koniec lat 40. powstało tu już coś na kształt mafii kopiących.

W zbiorach IPN zachowało się sprawozdanie komendanta milicji z Kosowa Lackiego:

"Teren był strzeżony przez nieznane osoby posiadające broń, które zabraniały wstępu dla niewtajemniczonych i stanowiły straż ochronną dla wydobywających szczątki zegarków, biżuterii, pieniędzy. (...) Stan taki prowadził do zatarcia śladów masowej zbrodni niemieckiej i groził wytworzeniem się epidemii chorób ludzkich (...) Sporządzaliśmy obławy przepędzając hieny ludzkie, które uparcie wracały, by nadal prowadzić przerwane poszukiwania".

Ogrodowczyk - warszawski delegat - zauważył to samo: aby przekopać teren mający prawie 20 hektarów i zagospodarować znaleziska, potrzebne były tysiące ludzi - minerzy, kopacze, ochroniarze, handlarze skupujący złoto i kamienie, ochrona itd. By "pracować" spokojnie całe lata, trzeba było zapewne dać niejedną łapówkę. Tuż po wojnie skarbów nie brakowało. Z czasem należało ryć coraz głębiej, a znaleziska trafiały się rzadziej. Wybuchały waśnie przy podziale łupów.

Wspomina: "W okolicy panują niesamowite stosunki. A mianowicie ludność wzbogacona złotem wykopanym z grobów rabuje, robiąc nocne napady na sąsiadów, tak że nocując tam mieliśmy ogromnego stracha, gdyż w jednej chałupie (...) przypiekano kobietę na ogniu zmuszając ją w ten sposób do wydania miejsca przechowywania przez nią złota i kosztowności. Służby Bezpieczeństwa w ogóle nigdzie nie ma".

Na twarzach nie widać przerażenia

Po wizycie obu delegacji - Auerbach i Ogrodowczyka - władza postanowiła coś zrobić. Stacjonująca w Ostrowi Mazowieckiej jednostka pojechała pod bronią, by wyłapać kopaczy. Obławę zorganizowano profesjonalnie - część terenu zaminowano, by uniemożliwić ucieczkę kopiącym i ich ochronie, tyraliera wojskowych nadeszła z drugiej strony. Trzech okrążonych wyleciało w powietrze na minach, kilkadziesiąt kobiet i mężczyzn zatrzymano.

Dostaliśmy w jednej z chałup w Wólce unikalne - być może jedyne zachowane - zdjęcie z tej akcji. Nikt go dotąd nie publikował. Scena w szczerym polu: uzbrojeni w ręczne karabiny maszynowe żołnierze otaczają grupę wieśniaków. Kobiety ubrane w chusty i długie spódnice, jak do żniw. Tylko w rękach - zamiast sierpów - łopaty. Mężczyźni w czapkach i marynarkach, ze szpadlami. Przed nimi ułożone w stosy wykopane czaszki i piszczele. Na twarzach nie widać przerażenia. Zatrzymani wiedzą, że nic im nie grozi.

Zastanawiamy się, ilu mieszkańców Wólki, Grądów i Prostynia rozpozna na tym zdjęciu swoich rodziców i dziadków.

Czytamy sprawozdanie z obławy, które dowódca jednostki w Ostrowi złożył zwierzchnikom: "Przy kopiących znaleziono złote pierścionki, koronki i porcelanowe zęby w złotych i srebrnych oprawach".

Brak w archiwach informacji o wytoczeniu komukolwiek procesu za bezczeszczenie zwłok. Pokazowa akcja zakończona, zdjęcia zatrzymanych porobione, raport wysłany, wojsko wraca do koszar, kopacze - do Treblinki.

Intensywne rycie nie ustaje przez kolejne 15 lat.

- Ludzie się nauczyli, co brylant, a co amarant - opowiada gospodarz, któremu pokazujemy zdjęcie. Długo wpatruje się w twarze na fotografii. Nie chce zdradzić, kogo rozpoznał, ale przyznaje: "Oj, nie są to ludzie anonimowi". Kilka razy powtarza, że jeśli podamy w "Gazecie" jego nazwisko, sąsiedzi go spalą.


- Słyszeliśmy, że pańscy rodzice wykopali najwięcej kosztowności z całej okolicy.

- Nieprawda! - nasz rozmówca usztywnia się gwałtownie.


- To kto miał najwięcej szczęścia?

- Był tu taki jeden, mówili wuj Józef, myśmy, młodzi chłopcy, się go bali, miał wielkie wąsy i wiecznie pod gazem. To on największy brylant wykopał.

- A rodzice pana?

- Mieli jakieś widelce posrebrzane, jak kto pytał, mówili, że dostanę... Nie ma o czym mówić.

- A kamienie? Zielone, niebieskie, wielkie jak śliwka... pamięta pan?

- Ja miałem z dziesięć lat wtedy czy dwanaście... I co myślicie? Że mi dawali się diamentami bawić?! - gospodarz otwiera drzwi za naszymi plecami.

- Do kiedy trwały wykopki? - pytamy już w progu.

- A ja wiem? Ciągle jeszcze tam jacyś chodzą, ale teraz to już chyba hobbyści od skarbów tylko...

Rozkopane mogiły wachmanów

Tadeusz Kiryluk na co dzień poluje. Jako kierownik muzeum-obozu w latach 60. jeździł na łowy z ministrami kolejnych rządów PRL. Opowiada nam, jak zaszedł kiedyś kopacza ze sztucerem. - "Co pan tu robisz?", pytam. Ten się odwraca, ja patrzę - sąsiad z Wólki! Potem o nim gadali we wiosce, że szczęście miał niemożliwe. Co poszedł - coś znalazł. Mówili na niego "złota rączka". A innym razem też na kopacza krzyczę "Stój!", a ten pistolet wyciąga. Ja z flintą, on z gnatem. "I co? - pytam. - Teraz będziemy się strzelać?". Zaczął się tłumaczyć, że z Warszawy jest, że pierwszy raz, bo na urlopie przyjechał pokopać, słyszał o pożydowskim złocie od kolegi... Takie tam... Legitymację mi pokazał milicyjną. Że żaden z niego bandyta. Ale cały czas mnie obserwował uważnie, oka z lufy nie spuszczał. Żartów nie było. W Prostyni za mej kadencji zabili człowieka w porachunkach o złoto z Treblinki.

- Kiedy pan widział ostatnich kopaczy?

- Dokładnie to nie powiem, ale już ci, co ostatni chodzili, to w wykrywacz metalu byli zaopatrzeni. Musiały być lata 90. Takiego z aparatem też raz zaczepiłem kiedyś. Bardzo mi chciał pokazać, jak ten radar działa. Coraz lepsze mają, skubańce. Kiedyś to tylko piszczał na metal, teraz są takie radary, że podziemie widać. Komputerowe są.

Ostatni udokumentowany przypadek większej profanacji pochodzi z 2002 roku. Ktoś rozkopał mogiły wachmanów, których pochowano w Treblince I. - Kopacz musiał być dobrze poinformowany - uważa Edward Kopówka. - W Treblince II już ciężko coś znaleźć, a grobów Ukraińców jeszcze nikt wcześniej nie ruszył.

- Chodząc wokół pomnika, trafiliśmy na doły - mówimy, żegnając się z kierownikiem. - Sądząc po rosnących w nich drzewach, mają kilkadziesiąt lat. To po kopaczach te doły?

- Nie... to po armatach. W 1944 na kilka tygodni zatrzymał się tutaj front.

Strach przed "Strachem"

Martyna Rusiniak jest zdania, że część rowów jest pamiątką po hienach. Szczególnie z czasów, gdy do prac wydobywczych używano bomb. Młoda historyczka pokazuje nam zdjęcia największych powojennych wykopalisk. Rowy mają po dziesięć metrów długości, jeden wygląda jak wykop pod kamienicę.

Głośne wykopki trwały w najlepsze do końca lat 50. Nikt jednak nie chciał słyszeć eksplozji w byłym obozie. Od czasu wydania w 1947 roku książki Racheli Auerbach oficjalna prasa o gorączce milczała - z jednym wyjątkiem. "Trybuna Mazowiecka" zamieściła w 1957 roku ostry artykuł pt. "Hańba". Autor, L. Wieluński, oburzony profanacjami napisał o kopaczach: "Łapa zwierzęcia, ubranego w ludzką skórę, łapa rozgrzebująca zwłoki ludzi, zwłoki męczenników, wymierza co dzień nam wszystkim policzek. Policzek, który hańbi i boli".

Rusiniak napisała pracę naukową o Treblince - w przyszłym miesiącu jej "Obóz Za-głady Treblinka II..." ukaże się w wersji książkowej. Jeszcze szybciej na polski rynek wejdzie nowa książka prof. Jana Tomasza Grossa "Strach". W ponad 300-stronicowej publikacji Gross poświęca treblińskiemu Eldorado kilkanaście zdań i przywołuje relacje Auerbach i Górskiego. Książka wywołuje emocje już od miesięcy. Amerykańską premierę miała w czerwcu 2006, wyszła tam pod tytułem"Fear: Anti-Semitism in Poland After Auschwitz".

Prelegent Radia Maryja prof. Jerzy Robert Nowak zdążył już zrecenzować "Fear" w cyklu 21 artykułów "Naszego Dziennika" pod wspólnym tytułem "Nowe fałsze Grossa".

"Szczególnie obrzydliwy paszkwil", "kliniczny przejaw antypolonizmu" - ocenia książkę Nowak. W pierwszym tekście o Grossie pisze: "Pokazał bez żenady, jak daleka jest mu jakakolwiek elementarna uczciwość w spojrzeniu na Polskę i Polaków. Naród Polski, który tak bardzo ucierpiał w czasie wojny, Gross przedstawił jako dzikich antysemitów, krwiożerców i rabusiów".

W sukurs Nowakowi przyszedł z miejsca prof. Jerzy Bajda, który w Radiu Maryja obwieścił: - Gross w książce "Strach" oskarża Polaków, że niszczyli Żydów, podczas gdy prawda jest odwrotna.

Zachęcony Nowak w ostatnim artykule zapytał: "Czy polskie władze w końcu zdecydują się na wystąpienie z pozwem sądowym przeciwko oszczercy Grossowi?".

Pozew miałby się oprzeć na istniejącym od marca 2007 paragrafie, który przewiduje do trzech lat więzienia za "publiczne pomawianie narodu polskiego o udział, organizowanie lub odpowiedzialność za zbrodnie komunistyczne lub nazistowskie".

Prokurator Jerzy Engelking już wcześniej zapowiedział, że gdy tylko książka Grossa pojawi się w księgarniach, "zostaną podjęte stosowne działania mające na celu procesowe wyjaśnienia, czy zostało popełnione przestępstwo, a jeśli tak, nastąpi skierowanie aktu oskarżenia do sądu".

* Korzystaliśmy z prac: "Afn die felder fun Treblinka" Racheli Auerbach, "Na przełomie dziejów" Józefa Górskiego,

"Treblinka - Eldorado Podlasia?" Martyny Rusiniak, pracy zbiorowej "NSZ na Podlasiu", "Bunt w Treblince" Samuela Willenberga, "Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści" Jana Tomasza Grossa.

** Dziękujemy Belli Szwarcman-Czarnocie za tłumaczenie tekstów z jidysz

piątek, 23 kwietnia 2010

Mamy tonę skarbów

Krzysztof Kowalski 22-04-2010, ostatnia aktualizacja 23-04-2010 00:43

Do kraju dotarł skarb: 60 skrzyń zabytków wykopanych przez Polaków w Sudanie

autor: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa
Zabytki  przybyły do Polski drogą lotniczą. Obecnie  znajdują się w magazynie firmy spedycyjnej RATPOL w Warszawie. Zajmują  się nimi badacze z Centrum  Archeologii Śródziemnomorskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Mają sporo  pracy, na rozpakowanie  czeka 60 skrzyń.
autor: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa
Zabytki przybyły do Polski drogą lotniczą. Obecnie znajdują się w magazynie firmy spedycyjnej RATPOL w Warszawie. Zajmują się nimi badacze z Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Mają sporo pracy, na rozpakowanie czeka 60 skrzyń.
autor: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa

Takiego transportu nie było od pół wieku, gdy do Muzeum Narodowego nadeszły słynne freski z Faras w Sudanie sprowadzone przez prof. Kazimierza Michałowskiego.

Tego rodzaju przesyłek w ogóle już nie ma na świecie, ponieważ w kontaktach międzynarodowych nie praktykuje się już wywozu zabytków. Przeciwnie, wiele krajów – zwłaszcza Grecja, Egipt, Meksyk – czyni starania o zwrot wywiezionych w XIX wieku i jeszcze dawniej.

Egipt posunął się nawet do tego, że nie zezwala na wywóz ze swojego terytorium próbek do analizy wieku metodą węgla radioaktywnego C 14. Wszystkie próbki pochodzące z Egiptu są teraz analizowane w laboratorium w Kairze zakupionym w Stanach Zjednoczonych za pięć milionów dolarów.

O mały włos

Wbrew temu światowemu trendowi do naszego kraju trafiły zabytki wykopane przez polskich archeologów w ostatnich latach w Sudanie – w starożytności nazywano tę krainę Nubią. Była ona kulturowym, gospodarczym i demograficznym zapleczem państwa faraonów.

Tymczasem niewiele brakowało, by ten dar poszedł na marne. Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej Uniwersytetu Warszawskiego nie dysponowało wystarczającą sumą na niespodziewany wydatek. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego też nie było w stanie ponieść całych kosztów frachtu.

Informowaliśmy o tej sytuacji: "Polska otrzymała 60 skrzyń wspaniałych starożytnych zabytków znad Nilu. Wykopali je nasi archeolodzy w Sudanie. Ale brakuje pieniędzy na transport tych skarbów do naszego kraju" ("Tona skarbów do wzięcia", "Rz" 26. III).

Po tym artykule jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki problem zniknął. Z pomocą przyszedł PKN Orlen, główny sponsor Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej UW w tej akcji. Do naszej redakcji, a potem do Centrum zadzwonił także Wojciech Pluta -Plutecki, prezes zarządu Konimpex sp. z o.o. z Konina i zaoferował wsparcie finansowe. To samo uczynił Hubert Kiersnowski (osoba prywatna). Dzięki nim zabytki trafią do Muzeum Narodowego. Władze Sudanu zdecydowały się na ten krok ze względu na pomoc polskich uczonych. Sudan wybudował w rejonie IV katarakty na Nilu tamę. Powstało sztuczne jezioro długości 180 km. Pod wodą znalazły się tereny zupełnie dziewicze pod względem archeologicznym.

Pomogli

Piotr Nowak / Fotorzepa
Naszyjniki z kamiennych paciorków zdobiły mieszkańców Nubii 2 tys. lat temu

Gdyby nie międzynarodowa pomoc, świat nigdy nie dowiedziałby się o tym, co na zawsze zniknęło pod wodą. W ciągu minionej dekady polscy archeolodzy odnajdywali stanowiska archeologiczne i nanosili je na mapę. Fotografowali teren z powietrza; ponieważ lotniczy zwiad archeologiczny w Sudanie jest praktycznie niemożliwy, dr Bogdan Żurawski stosował latawiec z podwieszonym aparatem fotograficznym, w którym migawka uruchamiana jest zdalnie.

Okazałe stanowiska archeolodzy rozkopywali. Znalazły się wśród nich obiekty od epoki kamienia, sprzed 5 tys. lat, po średniowiecze. Wśród badanych obiektów znalazły się osady, cmentarzyska, świątynie.

O tych badaniach "Rz" informowała systematycznie od 2000 roku. W Banganarti, gdzie dr Żurawski odkrył średniowieczny warowny kościół (jego początki sięgają VII wieku), miejsce pielgrzymek z całej Nubii, Polacy zbudowali muzeum odwiedzane przez turystów z całego świata. Badania ratownicze w rejonie IV katarakty zmieniły obraz dziejów Nubii. W sierpniu w Londynie w British Museum 400 naukowców podsumuje te badania. Spośród pięciu wiodących referatów trzy wy

wtorek, 13 kwietnia 2010

Polska już kiedyś była w takiej żałobie

Nałęcz wspomina wydarzenia sprzed 75 lat

Nałęcz: Mamy żałobę podobną do tej po śmierci Piłsudskiego

Zjednoczenie się całego narodu w żalu, wyciszenie sporów politycznych - atmosfera i skala żałoby narodowej po tragedii w Smoleńsku przypomina wydarzenia sprzed 75 lat. Kandydat na prezydenta, a jednocześnie historyk Tomasz Nałęcz uważa, że Polska przeżywała już kiedyś podobne "powszechne poczucie straty".

Uroczystości pogrzebowe Józefa Piłsudskiego były największym tego rodzaju wydarzeniem, jakie kiedykolwiek odbyło się w Polsce.

"Można dostrzec pewne analogie z tamtymi wydarzeniami sprzed 75 lat w sposobie obchodzenia przez Polaków żałoby narodowej, choć sytuacja polityczna jest dziś inna. Porównywalna jest atmosfera wielkiego smutku i powszechne poczucie straty, wyciszenie sporów politycznych, a przede wszystkim - zaangażowanie społeczeństwa, duchowe zjednoczenie narodu w smutku. Ten moment można porównać z dzisiejszym, choć mamy zupełnie inną sytuację historyczną. Teraz nikt się nie martwi, co dalej będzie z Polską, nikt nie myśli, że kraj znalazł się w niebezpieczeństwie. Mamy stabilne państwo, zabraknie ludzi i tej straty nikt już nie wypełni, ale państwo będzie funkcjonować bezpiecznie dalej" - powiedział Tomasz Nałęcz.

Uroczystości pogrzebowe marszałka Józefa Piłsudskiego miały miejsce w dniach 13-18 maja 1935 r. W ich trakcie ciało Józefa Piłsudskiego zostało przetransportowane koleją z Warszawy, gdzie zmarł 12 maja, do Krakowa. Tam złożono je w krypcie św. Leonarda na Wawelu.

Uroczystości te były ogromną manifestacją społeczną. Stanisław Cat-Mackiewicz pisał w książce "Historia Polski od 11 listopada 1918 r. do 17 września 1939 r.": "Piłsudski miał fanatycznych wielbicieli, którzy go kochali więcej niż własnych rodziców, niż własne dzieci, ale było wielu ludzi, którzy go nienawidzili, miał całe warstwy ludności, całe dzielnice Polski przeciwko sobie, potężną nieufność do siebie. I oto nie znać było tego w dniu pogrzebu".

Tuż po śmierci Piłsudskiego, salon pałacu belwederskiego, w którym nastąpił zgon, zamieniono na kaplicę żałobną, gdzie na katafalku spoczywało ciało marszałka. Dekoracje sali zaprojektował prof. Wacław Jastrzębowski, a wykonali je studenci Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Przy ciele zaciągnięto także wartę honorową, którą pełnili czterej oficerowie, dwóch podoficerów i dwóch szeregowych, zmieniający się co pół godziny.

Trumna z ciałem Piłsudskiego wystawiona była w Belwederze 13 i 14 maja. Katafalk przybrany był w purpurowe sukno z godłem Rzeczypospolitej na przedzie. Zwłoki marszałka ubrane były w mundur, przepasany Wielką Wstęgą orderu Virtuti Militari. Nad głową zmarłego umieszczono trzy sztandary wojska polskiego, przybrane kirem - z 1831 r., z 1863 r. oraz sztandar legionowy. Obok niej stała kryształowa urna z sercem marszałka, przy niej położono czapkę maciejówkę, buławę marszałkowską oraz szablę. Trumna marszałka została wykonana ze srebra, według projektu prof. Wojciecha Jastrzębowskiego, przez studentów warszawskiej ASP.


15 maja trumnę przewieziono na lawecie zaprzężonej w sześć koni do katedry św. Jana. Ustawiono ją w nawie głównej świątyni. Tam Piłsudskiego żegnały tłumy."Ciało Marszałka Piłsudskiego wniesiono do katedry św. Jana, pozostawiono na noc pod sklepieniem. I tłum warszawski od rana zaczął płynąć jak rzeka. Było tysiące, dziesiątki, setki tysięcy ludu - ludzie stali jedenaście godzin czekając swojej kolei, aby na chwilę przejść prędko koło trumny, aby rzucić choć okiem na jej zamknięte wieko" - wspominał Mackiewicz.

17 maja wieczorem pociąg z trumną Marszałka ruszył do Krakowa, na jego trasie zgromadziły się tłumy ludzi aby oddać zmarłemu hołd. "Pociąg z oświetloną reflektorami platformą, na której wysoko spoczywała trumna Marszałka, szedł wolno przez Radom, Kielce, Jędrzejów, Miechów do Krakowa przez całą noc. Przy trumnie trzymali wartę generałowie, oficerowie i szeregowi. W jednym z wagonów jechała rodzina Marszałka. Noc była ciemna, od czasu do czasu padał drobny deszcz. Wzdłuż toru kolejowego mieszkańcy rozpalili ogromne ogniska, żegnając odjeżdżającego na zawsze Józefa Piłsudskiego" - pisał Mackiewicz.

Atmosfera żałoby była powszechna: "Oto w dniach bezpośrednio po śmierci Piłsudskiego w całem mieście Wilnie policja nie zanotowała ani jednego faktu kradzieży. Męty społeczeństwa także były przejęte na swój sposób, zdenerwowane na swój sposób" - zauważył Mackiewicz.

Pociąg żałobny z trumną Piłsudskiego dotarł do Krakowa 18 maja. Ośmiu generałów, z Juliuszem Rómmlem na czele, przeniosło trumnę z platformy na lawetę armatnią ciągniętą przez sześć czarnych koni. Następnie uformował się pochód, który wyruszył w kierunku Kościoła Mariackiego. Na czele pochodu szedł oddział doboszy z werblami, następnie postępowała orkiestra wojskowa, poczty sztandarowe przysłane przez wszystkie pułki Wojska Polskiego, duchowieństwo. Po nich szedł okryty kirem koń Piłsudskiego. Następnie jechała laweta z trumną, ciągnięta przez 6 karych koni. Otaczało ją 12 adiutantów z obnażonymi szablami. Szacuje się, że w pogrzebie w Krakowie wzięło udział około 100 tys. osób, kondukt ciągnął się przez kilka kilometrów. Dzwonił dzwon Zygmunta.

Kiedy trumna spoczęła w Krypcie Leonarda na Wawelu ustawione na zamkowym wzgórzu działa oddały 101 strzałów armatnich. W całym kraju zapanowała trzyminutowa cisza. Uroczystości pogrzebowe Piłsudskiego trwały sześć dni.

niedziela, 13 grudnia 2009

Niedziela, 13 grudnia 1981

zebrali Tomasz Urzykowski i Jerzy S. Majewski
2006-12-13, ostatnia aktualizacja 2006-12-13 00:00

Północ. Stan Wojenny zastaje studentów w gmachu Głównym Politechniki Warszawskiej. Prowadzą rotacyjny strajk solidarnościowy

Zaczął się on kilka dni po tym jak MO spacyfikowała 2 grudnia inny strajk - w Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarnictwa na Żoliborzu. (WOSP) Milicja użyła wówczas nawet helikopterów. Studenci wszystkich uczelni warszawskich stanęli w ten sposób w obronie wyrzuconych słuchaczy szkoły pożarniczej. - Na Politechnice po 2 grudnia strajkowało ponad dwustu studentów z rozwiązanego WOSP-u - opowiada Zbigniew Szablewski ówczesny przewodniczący komitetu strajkowego w szkole pożarnictwa. Tylko garstka studentów WOSP znajdowała się w gmachu Głównym Politechniki nocą z 12 na 13 grudnia. Większość z nich była rozlokowana "na waleta" po warszawskich akademikach. - Mieszkałem w akademiku na Placu Narutowicza - przypomina sobie Szablewski. - Już późnym wieczorem 12 grudnia milicja zaczęła szukać podchorążych. Z okna widziałem samochody milicyjne stojące na Uniwersyteckiej. Poszliśmy prosto pod Politechnikę, ale drzwi do gmachu były już zamknięte, i nie udało się nam wejść do środka.

00.01

W mieszkaniu Andrzeja Celińskiego, sekretarza Lecha Wałęsy, esbecy wyłamują drzwi. Do wszystkich opozycjonistów milicjanci i esbecy przychodzą czwórkami, wyposażeni w masywny, żelazny łom. Celiński wybiega na balkon i krzycząc na cały głos, zaczyna alarmować sąsiadów. W pobliżu, w blokach na Stegnach mieszka wielu działaczy "Solidarności" związanych jeszcze z opozycją sprzed 1980 r. Jego krzyki słyszą sąsiedzi. Ostrzegają innych.

00.02

300 funkcjonariuszy ZOMO i Wydziału Zabezpieczenia Komendy Stołecznej MO wdziera się do gmachu Regionu Mazowsze "Solidarności". Błyskawicznie opanowują cały budynek.

- Widzimy ich przez okno od strony Mokotowskiej. Było ich mnóstwo. W budynku w tym czasie znajdowało się kilkanaście osób, głównie kobiet. Milicjanci wszystkich ich zabrali ze sobą. Ja z Witkiem Łuczywo - zdołaliśmy ukryć się i wyszliśmy tylnymi drzwiami przez boisko od strony ulicy Natolińskiej i podwórka Latawca - wspomina Helena Łuczywo, dziś naczelna "Gazety Wyborczej".

Zanim milicjanci wdarli się do budynku na Mokotowskiej, pracownicy regionu Mazowsze zwołali szybkie zebranie. - Teleksy nie działały od kilkunastu minut. Wiedzieliśmy, że to już stan wojenny. Ale prawie wszyscy wierzyli, że zaraz przyjdzie odsiecz robotników z Ursusa i że nas odbiją. Tylko ja z Heleną postanowiliśmy uciekać. Gdy ZOMO-wcy wybijali toporami drzwi frontowe, wymknęliśmy się tylnymi od podwórka. Wykorzystaliśmy brak koordynacji ich akcji. Przy bramie od Natolińskiej spotkaliśmy jakiegoś człowieka. Pytam go - czy pan jest z SB? On na to: - Nie, jestem dozorcą sąsiedniego domu. Na kilka godzin ukrył nas u siebie - wspomina Witold Łuczywo.


0.10

W opuszczonym budynku Regionu Mazowsze funkcjonariusze Wydziału Zabezpieczenia dokonują rewizji.

- To było dość powierzchowne przeszukanie - opowiada Tadeusz Ruzikowski z IPN, autor pracy doktorskiej o stanie wojennym. Funkcjonariusze zarekwirowali 125 tys. 477 zł, zabrali worki dokumentacji, zdemolowali część pomieszczeń i wyszli. Nie zabrali jednak wszystkich urządzeń i w ciągu dnia działacze "Solidarności" zdążyli je wywieźć z budynku i ukryć. Służyły one później m.in. "Tygodnikowi Mazowsze".

0.15

- Wpadła do mnie sąsiadka Andrzeja Celińskiego, pani Ogrodzińska. Słyszała go, jak krzyczał z balkonu, była zdezorientowana - opowiada Tomasz Jastrun, który do 13 grudnia pracował w regionie Mazowsze i był szefem Informatora Kulturalnego Solidarności. Mieszkał na Sadybie przy Urlej 5. - W pobliżu znajdowało się mieszkanie Heleny i Witolda Łuczywo. Drzwi do nich były już wyłamane, ale milicja nikogo tam nie zastała. Telefony nie działały. - Uznałem, że się zaczęło. Byłem przekonany, że to początek inwazji radzieckiej poprzedzonej akcją naszej bezpieki. Pożegnałem się z żoną, wsiadłem w malucha i postanowiłem ostrzec przed aresztowaniami innych. Po raz pierwszy tej nocy minąłem się z esbekami. Przyszli kilka minut po moim wyjeździe. Schowali łom w pokoju dziecka, usiedli, przepraszająco puszczali oko do żony i czekali, aż wrócę - opowiada.

0.45

Milicjanci wyciągają z mieszkań kolejnych działaczy opozycji. Adama Michnika łapią na ulicy przed domem. Michnik się broni. Milicjanci dotkliwie go biją. Zakrwawionego przewożą do komisariatu przy ul. Wilczej.

0.46

Tomasz Jastrun dociera do domu swego przyjaciela i działacza "Solidarności" - Japończyka Joshiho Umeda, męża japonistki Agnieszki Żuławskiej. Umeda pracował w komisji zagranicznej regionu Mazowsze. W mieszkaniu w najlepsze trwała prywatka urodzinowa. Moc ludzi. Wszyscy zawiani. - Krzyczę, że zaczęła się inwazja. Patrzą na mnie jak nieprzytomni. Mam wrażenie, że uczestniczę w scenie "Wesela" Wyspiańskiego. Udało mi się nieco dobudzić Joshiho. Odnalazł notes. Potrzebowałem adresów, by ostrzegać innych. Nic z tego, w notesie były tylko numery telefonów - teraz nieprzydatne. - relacjonuje Tomasz Jastrun. Pojechał do Wiktora Woroszylskiego, ale on został już wcześniej ostrzeżony. Internowano go dzień później. Potem Jastrun zamierzał pobudzić księży. - Myślałem tak: Ja pobudzę księży, księża prymasa, a prymas Pana Boga. Pierwszy był ksiądz Wiesław Niewęgłowski, który mieszkał w wieży przy kościele św. Anny. - Wyszedł zaspany. Spytał, co się dzieje i czy ma założyć sutannę? Powiedziałem, że tak. Zadzwoniliśmy do ówczesnego proboszcza. Był zły, że znowu go budzimy. Powiedział, że już wcześniej byli u niego jacyś młodzi ludzie i powiadomili go o aresztowaniu profesora Szaniawskiego - opowiada Jastrun.

1.00

W Belwederze na nadzwyczajnym posiedzeniu zbiera się Rada Państwa (kolegialny odpowiednik dzisiejszego Prezydenta RP) z Henrykiem Jabłońskim na czele. Gospodarzami są tu jednak oficerowie z powołanej właśnie Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (WRON). Domagają się od Rady Państwa podpisania dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego. Podpisy składają wszyscy poza Ryszardem Reiffem, przewodniczącym prorządowego katolickiego stowarzyszenia PAX. Za odmowę zostanie on potem usunięty z Rady Państwa.

2.00

Do mieszkania prezydenta Warszawy Jerzego Majewskiego przy ul. Madalińskiego dzwoni linią rządową dyżurny z ratusza. Informuje, że w mieście nie działają telefony. - Co mi pan zawraca głowę - mówi Majewski i każe dzwonić w tej sprawie do komendy milicji. - Dzwoniłem i tam powiedzieli, że tak właśnie ma być! - słyszy w słuchawce. - Wtedy kazałem natychmiast przysłać samochód i pojechałem do urzędu na placu Dzierżyńskiego. Czekałem na dalszy rozwój wypadków - opowiada były prezydent miasta.

2.30

Witold i Helena Łuczywo, w chwili gdy na Mokotowskiej zmieniały się patrole milicyjne, opuścili mieszkanie dozorcy domu na osiedlu Latawiec i dotarli na plac Zbawiciela. Tam zebrało się już wielu ludzi. - W tłumie wypatrzyliśmy m.in. matkę Darka Kupieckiego, która nam powiedziała o internowaniach i Pawła Śpiewaka. Paweł nas ukrył, zawożąc do mieszkania znajomego - wspomina Witold Łuczywo. - Intensywnie szukaliśmy dla nich jakiegoś schronienia. Miałem kolegę przy placu Unii Lubelskiej. Ale on akurat tę noc spędzał z dziewczyną i nie bardzo chciał otworzyć drzwi. W końcu pogodził się z tym, że stan wojenny wkroczył mu wprost do łóżka - śmieje się Paweł Śpiewak, socjolog.

3.00

Około 3 Kalina Zielińska wraz z żoną Zbigniewa Bujaka docierają do fabryki w Ursusie. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami Regionu Mazowsze, gdy zaczęło się coś dziać, docierają do najbliższego wielkiego zakładu, w którym istnieją silne struktury "Solidarności". Zakład jest otoczony przez milicję i ZOMO, ale można wejść do środka. Jest sobota, tak więc w środku znajduje się stosunkowo niewiele osób.

3.50

Po wyjściu z kościoła św. Anny Tomasz Jastrun na Placu Zamkowym przy kolumnie Zygmunta widzi kłębiącą się kolejkę oczekujących na taksówkę. Zamierza przemówić do ludu. Ostrzec go przez inwazją. Podjeżdza pod kolumnę, wysiada z malucha i zaczyna mówić. - Patrzy na mnie pijany tłum. Sądzą, że wożę ludzi na łebka. Przepychają się w moją stronę. Nikt nie słucha tego, co mówię. Każdy chce jechać. Wsiadam do samochodu i uciekam. Ktoś się czepia jadącego auta - opowiada Jastrun.

4.00

Pierwsi internowani przywożeni są do więzienia w Białołęce. Czeka tu na nich pusty blok. - Do Białołęki wieźli nas budą. Z nami w samochodzie siedzieli uczestnicy Kongresu Kultury Polskiej - wspomina Konrad Bieliński. W więzieniu czekało już na internowanych całe piętro kilkukondygnacyjnego budynku. Zamykali ich w kilkuosobowych celach. Piętro niżej siedzieli więźniowie kryminalni. - Ci z dołu krzyczeli do nas przez okna, skąd jesteśmy. Mówimy, że z "Solidarności". - OK, to i was zamknęli? - wołają kryminalni ze zrozumieniem i zdradzają, że puste cele czekały już od lata - opowiada Bieliński. Po kilkudziesięciu godzinach więźniowie przeniesieni zostali do parterowych baraków w drugiej części więzienia. - Przeprowadzali nas nocą w świetle reflektorów w szpalerze między uzbrojonymi zomowcami. Mieli hełmy, tarcze i trzymali ujadające psy. Starsi byli poważnie przestraszeni. Sądzili, że idą na śmierć - mówi Bieliński.

5.00

W mieście ruszają tramwaje. Jedynie pociągi odchodzące z Dworca Centralnego mają ogromne opóźnienia.

5.50

- W fabryce w Ursusie (otoczonej przez ZOMO) podejmujemy decyzję o konieczności powiadomienia o sytuacji działaczy "Solidarności". Mam kartoniki z ich adresami - opowiada Kalina Zielińska. Jest w fabryce razem z ojcem. Poucza ją, by wychodząc, udawała zwykłą robotnicę kończącą nocną zmianę. - Nie wolno mi się oglądać. Idę z kolega dziarskim krokiem, ale za sobą słyszę, że zatrzymują mojego ojca, który wyglądem nie pasował im na robotnika. Odwracam się i milicja natychmiast rzuca się na nas. Kolega ucieka, mnie się nie udaje. Wsadzają nas do budy. Tam już było kilka osób. Później przyprowadzono do niej grupę młodych ludzi - działaczy NZS-u. Byli wśród nich Marcin Geremek i Piotr Niemczycki - wspomina. Geremek krzyczy do milicjantów, że ich zatrzymanie jest bezprawne, bo stanu wojennego nie ma w konstytucji. Kapitan milicji ucina rozmowę: - Jak nie ma, to będzie! - Siedząc w samochodzie, myślałam, jak pozbyć się kartoników z adresami, które schowałam w majtki. Po piętnastu minutach dyskusji wyprowadzono mnie pod pepeszą na portiernię. Milicjant chce wejść za mną do toalety. Krzyczę na niego i wypycham go. Zamykam drzwi. Drę kartoniki na kawałki i spuszczam z wodą. - opowiada Kalina Zielińska.

6.00

W radiu słychać głos spikera: "Tu Polskie Radio Warszawa. Mamy dziś niedzielę, 13 grudnia 1981 r. Rozpoczyna się szczególny dzień w historii naszego państwa i naszego narodu. Za chwilę przed mikrofonami Polskiego Radia przemówi generał armii Wojciech Jaruzelski". Rozlega się hymn państwowy, po nim następuje przemówienie generała informujące o wprowadzeniu stanu wojennego: "Obywatelki i obywatele Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Zwracam się do was jako żołnierz i jako szef rządu polskiego. Zwracam się do was w sprawach wagi najwyższej. Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią...". Przemówienie to zostało nagrane jeszcze w nocy w specjalnie w tym celu urządzonym studiu w koszarach w al. Żwirki i Wigury.

6.00

Do gabinetu prezydenta miasta Jerzego Majewskiego wkracza generał Władysław Mróz główny inspektor inspekcji wojskowej. - Oświadcza mi, że jest komisarzem wojskowym Warszawy i kazał przygotować sobie jakiś pokój w urzędzie. Szybko mu go daliśmy - wspomina Majewski. - Nie wiem, jakie wydawał decyzje. Ja normalnie urzędowałem do końca dnia. Był mróz, miasto było zasypane śniegiem. Podlegały mi wszystkie służby miejskie i wydawałem im dyspozycje - opowiada.

6.01

W Warszawie ląduje samolot z internowanym w Gdańsku Lechem Wałęsą. Kilka godzin wcześniej przewodniczący "Solidarności" został wyprowadzony przez milicjantów ze swojego mieszkania w Gdańsku. W Warszawie przetrzymywany jest początkowo w sztabie generalnym. Potem pierwszym miejscem internowania Wałęsy będzie rządowa willa w podwarszawskich Chylicach, skąd 11 maja 1982 r. przewieziony zostanie do Arłamowa.

6.05

Stefan Bratkowski, od sierpnia 1980 r. prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, przebywał w szpitalu rehabilitacyjnym w Konstancinie przy ul Gąsiorowskiego 8. O świcie budzi go żona Roma Bratkowska, która omijając patrole milicyjne, dotarła samochodem z Warszawy. - Mówi, że ogłoszono stan wojenny i muszę się szybko zbierać. Ilekroć leżałem w tym szpitalu, umieszczano mnie w dwuosobowej salce z tym samym pacjentem. Nawet się zaprzyjaźniliśmy. Gdy już schodziłem ubrany, on natychmiast pobiegł do telefonu. Nie wiedział, że połączenia telefoniczne wyłączyli - opowiada Bratkowski.

Powrót do Warszawy nie był łatwy. Bratkowscy jechali dwoma samochodami. Na przedzie lekarka pogotowia Aniela Zmysłowska w białym kitlu. Za nią maluchem Bratkowscy. - Samochód prowadziła żona. Ja byłem okutany w koc i udawałem babinę ze wsi. Tak dotarli na Wawrzyszew do mieszkania sekretarz podstawowej organizacji partyjnej (POP) Pogotowia Ratunkowego. - Właścicielka mieszkania, póki się u niej ukrywałem, nie mogła oddać legitymacji partyjnej. Zrobiła to po moim wyprowadzeniu się. Potem przez pół roku ukrywałem się jeszcze w siedmiu innych mieszkaniach - wspomina Bratkowski.

6.30

W centrum Warszawy na narożnikach ulic stają wojskowe transportery opancerzone. Na Nowym Świecie w sąsiedztwie Domu Partii zmarznięci żołnierze tupią nogami z zimna, chowają się początkowo w bramach kamienic. Jakiś czas później zajmują pozycje na rogach ulic i dowożą im koksowniki.

7.45

O ósmej rano w kościele na Kamionku przy Grochowskiej ma się odbyć uroczysta msza w dniu święta Barw Szczepu 22 Warszawskiej Drużyny Harcerzy. Pod kościołem zebrało się kilkadziesiąt harcerzy i harcerek w pełnym umundurowaniu. - Mszę miał jak co roku celebrować nasz ulubiony biskup Zbigniew Kraszewski - opowiada Agnieszka Jurczak, dziś redaktorka "Gazety". - Kiedy się tam pojawiłam, pod kościołem stała już ciężarówka z zomowcami, którzy próbowali ustalić, co się dzieje. A my byliśmy kompletnie nieświadomi wprowadzenia stanu wojennego, przyszliśmy po prostu na uroczystą mszę. Miałam wtedy 11 lat i muszę przyznać, byłam przerażona. Po negocjacjach msza się w końcu odbyła, ale ZOMO nie pozwoliło nam utworzyć galowych szpalerów. Kazali nam rozproszyć się po kościele, a po mszy szybko się rozejść - opowiada.

8.50

Pod Teatr Dramatyczny zaczęli się schodzić uczestnicy obradującego tu od dwóch dni Kongresu Kultury. W niedzielę 13 grudnia obrady transmitowane przez telewizję o godz. 9.30 otwierać miał Gustaw Holoubek. Niektórzy uczestnicy kongresu pod socrealistyczną kolumnadą teatru dowiadywali się o ogłoszeniu stanu wojennego. Drzwi były zamknięte. Nikt niczego nie potrafił powiedzieć, a na szybie wisiała niepozorna kartka zapisana niebieskim flamastrem. "Na mocy decyzji prezydenta m.st. Warszawy Kongres Kultury Polskiej został rozwiązany". - To nie ja podejmowałem tę decyzję. Takimi sprawami zajmowali się inni - broni się ówczesny prezydent Jerzy Majewski. Po jakimś czasie przed wejściem pojawia się wybitny historyk sztuki profesor Jan Białostocki. Przynosi zapewnienie ministra kultury Józefa Tejchmy, że kongres nie został rozwiązany, a jedynie zawieszony. Do kartki podchodzi wówczas reżyser, krytyk teatralny i dramaturg Andrzej Jarecki. Przekreśla słowo "rozwiązany" i pisze "zawieszony"

9.00

Do kościoła Wszystkich Świętych, kilkaset metrów od Teatru Dramatycznego, na mszę dla uczestników Kongresu przyszły żony internowanych nocą intelektualistów: Zofia Bartoszewska, Hanna Jedlicka, Anna Szaniawska, Ewa Szczypiorska. Spod zamkniętego teatru dotarł tu także Artur Międzyrzecki, prezes Pen Clubu. Nabożeństwo celebrowali księża Zenon Modzelewski i prof. Janusz Pasierb.

"Ta niema scena w zimowym świetle ma w sobie coś z atmosfery Grottgera - zanotował później w dzienniku Międzyrzecki. - Nieruchomy dwuszereg kleryków w głębi, na prawo żony aresztowanych obrócone ku widocznemu przez drzwi ołtarzowi, pośrodku zamyślony [Andrzej] Łapicki, na lewo nad pulpitem kościelnej ławki siedzący na niej [Aleksander] Gieysztor pisze komunikat o zawieszeniu kongresu i zatrzymaniu czterech pisarzy" (13 grudnia 1981)." - czytamy w książce "Lawina i kamienie" Anny Bikont i Joanny Szczęsnej

9.15

Od rana przed siedzibą Regionu Mazowsze "Solidarności" na Mokotowskiej gromadzi się tłum. Widać dziennikarzy i kamery kilku zachodnich stacji telewizyjnych. Ludzie podają sobie z rąk do rąk ulotki informujące o nocnym wkroczeniu sił ZOMO do budynku i zatrzymaniu działaczy "Solidarności" oraz wzywające do rozpoczęcia strajku generalnego. - Wraz z córeczką powróciłem pod siedzibę Mazowsza. Ludzie wynosili to wszystko, czego nie zniszczyli i nie zarekwirowali milicjanci. Papier, urządzenia drukarskie - wspomina Paweł Śpiewak. - Udało się wówczas wynieść składopis, który potem służył wydawcom podziemnego tygodnika "Mazowsze" - mówi Tadeusz Ruzikowski.

9.15

Kazimierz Kaczor stał przed bramą telewizji od strony ul. Samochodowej. Za chwilę miał się rozpocząć kolejny dzień zdjęciowy do serialu "Alternatywy 4". Ale zdjęcia były odwołane.

- To wtedy usłyszałem o stanie wojennym. Zaraz też postanowiłem jechać na Mokotowską do siedziby "Solidarności" regionu Mazowsze, by zobaczyć, co się dzieje z kolegami - wspomina aktor.

9.30

- Na Mokotowskiej znalazłem się przed dziesiątą. To był piękny, słoneczny dzień. Cała zachodnia pierzeja ulicy zalana była światłem. Odbijało się ono od dużych pryzm śniegu - opowiada Tomasz Gutry, który tego dnia nie rozstawał się z aparatem fotograficznym. Na jego zdjęciach widzimy tłum przed budynkiem "Solidarności". Kobiety ubrane w modne kożuchy i kozaczki. W oddali widoczne siły milicyjne.

- Gdy robiłem zdjęcia, na Mokotowską pojechało ZOMO. Stanęli w pewnej odległości. Zablokowali wylot Mokotowskiej od placu Zbawiciela. Około trzydziestu milicjantów z tarczami. Za nimi stały dwie szaro-niebieskie nyski milicyjne nazywane popularnie "sukami"- wspomina. W ciągu dnia zomowcy trzykrotnie rozpraszają tłum na Mokotowskiej. Znikają, by po jakimś czasie pojawić się ponownie.

9.45

Spod telewizji Kazimierz Kaczor pojechał pod siedzibę regionu Mazowsze na Mokotowską. - W środku zastałem Stanisława Rusinka, nieinternowanego dotąd członka zarządu regionu Mazowsze. Pod jego wodzą postanowiliśmy powielić ulotkę z Ursusa, która do nas dotarła. Informowała o wydarzeniach w kraju. W budynku wciąż stały powielacze. Milicjanci plądrujący i rewidujący budynek nie dali rady ich wywieźć. Próbowali je jednak zdewastować - opowiada Kazimierz Kaczor. Ulotki nie udało się jednak wydrukować.

Około 10 na Mokotowską wróciło ZOMO. Stali szpalerem u wylotu ulicy przy placu Zbawiciela. - Zdołaliśmy jedynie odczytać treść ulotki ludziom gromadzącym się na ulicy i natychmiast zabraliśmy się za demontowanie i wynoszenie powielaczy, maszyn poligraficznych i wszystkiego, co mogłoby się przydać. Zabieraliśmy je tylnym wejściem od Natolińskiej i dalej bocznymi uliczkami do kościoła Zbawiciela - wspomina aktor. Gdy dźwigał jakieś urządzenie, natknął się na dwuosobowy patrol milicji.

- Milicjant uniósł pałkę do góry. Krzyknąłem: "Co? Kurasia bijesz?". On nawet nie patrzył na mnie. Od niechcenia, dla zasady uderzył mnie pałką - wspomina aktor i mówi, że historia urosła do rozmiarów anegdoty. - Koledzy opowiadali że na okrzyk "Kurasia bijesz" zomowiec mi zasalutował - śmieje się aktor. Dodajmy jeszcze, że w postać Leona Kurasia Kazimierz Kaczor wcielił się w popularnym serialu "Polskie drogi". Akcja wynoszenia sprzętu powiodła się.

10.00

Do biura Associated Press przy Koszykowej 68 dotarł pracujący dla agencji fotograf Czarek Sokołowski. Zachodnie agencje skupione były w budynku Agromy tuż przy rogu Emilii Plater. - Zabrałem aparat i wraz z fotografem "New York Timesa" Josefem Czarneckim ruszyliśmy na miasto. Fotografowaliśmy to, co działo się na ulicy przez szybę samochodu - opowiada i dodaje, że nie czuł wtedy jakiegoś wielkiego strachu. - To, że jest stan wojenny, w gruncie rzeczy jeszcze do mnie nie docierało.

Następnego dnia, w poniedziałek, o 8 rano musiał oddać sprzęt fotograficzny. - Nasz szef Tom Neter zabrał mi aparat i zamknął go do metalowej szafy. Powiedział, że dostanę go z powrotem, gdy agencja otrzyma oficjalne zezwolenie na pracę. Chodziło o bezpieczeństwo, nasze i dziennikarzy. Sama Agencja nadal działała, a aparat otrzymałem dopiero 11 stycznia 1982 r. - mówi Sokołowski

11.45

Przed katedrą św. Jana zbiera się coraz więcej ludzi. Przychodzą na południową mszę. Przed kościołem przechodniom wręczane są ulotki nawołujące do strajku.

12.00

Telewizja Polska po raz pierwszy nadaje przemówienie Jaruzelskiego. Potem Miron Białoszewski w rozmowie z Tadeuszem Sobolewskim będzie zastanawiał się, czy generał nie jest aby sztuczny: "Ta sztywność korpusu i rąk".

13.00

Na Żoliborzu tłum wiernych przed kościołem św. Stanisława Kostki. Po mszy św. spod świątyni do sąsiedniego kościoła Dzieciątka Jezus przy ul. Czarnieckiego wyrusza (wcześniej już przygotowana) procesja z kopią obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, który nawiedzał warszawskie parafie. W procesji idą m.in. ks. proboszcz Teofil Bogucki i ks. Jerzy Popiełuszko.

- Do końca nie było wiadomo, czy procesja w ogóle się odbędzie. Był przecież pierwszy dzień stanu wojennego. Ale ksiądz Bogucki zdecydował, że planów nie zmieniali. Za to sąsiednia parafia, do której odprowadzaliśmy obraz, widocznie się przestraszyła, bo zrezygnowała z przystrojenia placu Inwalidów - przypomina sobie ks. Czesław Banaszkiewicz, uczestnik tamtej procesji. To przejście z obrazem utrwalił na zdjęciach Chris Niedenthal.

16.00

Delegacja intelektualistów - Aleksander Gieysztor, Jan Józef Szczepański, Andrzej Wajda i Jerzy Puciata - udaje się do gmachu KC PZPR, by upomnieć się o aresztowanych ludzi kultury. Spotykają się z ministrem Kultury Józefem Tejchmą.

19.25

Oddział ZOMO przystępuje do ostatecznego ataku na siedzibę Regionu "Solidarności" przy Mokotowskiej. Przerywają blokadę i ponownie zajmują budynek. Wyprowadzają z niego osiem osób, które się tam zabarykadowały. Wydarzenie to w charakterystyczny sposób relacjonuje nazajutrz "Trybuna Ludu", obok "Żołnierza wolności" jedyna gazeta, jaka ukazuje się w pierwszych dniach stanu wojennego: "200-osobowe grupy agresywnie zachowującej się młodzieży pod adresem blokującego ulicę oddziału ZOMO rzucały obraźliwe okrzyki. Zachowując dużą powściągliwość, po kilkakrotnych wezwaniach - w imieniu prawa - do rozejścia się siły porządkowe kilkakrotnie rozproszyły zbiegowisko."

19.30

Kościół jezuitów przy Świętojańskiej na Starym Mieście nie jest stanie pomieścić wszystkich, którzy chcą wysłuchać kazania prymasa ks. Józefa Glempa, który wrócił ze spotkania z młodzieżą w Częstochowie. Ludzie stoją na ulicy. (...) "Władza przestaje być władzą dialogu z obywatelem, a przynajmniej w większości przestaje być taką władzą, a staje się władzą wyposażoną w środki doraźnego przymusu i wymaga posłuszeństwa. Sprzeciwianie się postanowieniom władzy w stanie wojennym może wywołać gwałtowne wymuszenie posłuszeństwa aż do rozlewu krwi włącznie, ponieważ władza dysponuje siłą zbrojną. Możemy się oburzać, krzyczeć na niesprawiedliwość takiego stanu, protestować przeciw naruszaniu praw obywatelskich, praw człowieka i tak dalej. Może to jednak nie przynieść spodziewanego rezultatu" (...) - mówi prymas, apelując o spokój, by nie doszło do rozlewu krwi. Słowa głowy polskiego Kościoła dla wielu osób są druzgocące. Oznaczają pogodzenie się prymasa ze stanem wojennym. Niektórzy wychodzą z nabożeństwa. Wierni śpiewają chorał: "Święty Boże, Święty Mocny, Święty a Nieśmiertelny." Władze homilię kilkakrotnie nadają przez radio.

Ostatnia misja Kalksteina

Adam Zadworny
2009-12-12, ostatnia aktualizacja 2009-12-11 19:49

Bohater wywiadu AK, agent gestapo, pisarz, esesman, pijak i mitoman, uwodziciel, kapuś bezpieki. Ludwik Kalkstein nie umarł - jak sądzono - w latach 80. w Paryżu. Jeszcze w latach 90. prowadził bibliotekę w Monachium

Ludwik Kalkstein
Fot. ARCHIWUM PRYWATNE
Ludwik Kalkstein
Ludwik Kalkstein jako Edward Ciesielski w Wigilię 1986 r. w Monachium z żoną Teresą
Ludwik Kalkstein jako Edward Ciesielski w Wigilię 1986 r. w Monachium z żoną...
18-letni Ludwik Kalkstein w 1938 r. w Rabce z kuzynką Hanną Bylińską, późniejszą
Fot. Sebastian Wołosz/ AG
18-letni Ludwik Kalkstein w 1938 r. w Rabce z kuzynką Hanną Bylińską...
ZOBACZ TAKŻE
RAPORTY
Losy Kalksteina od lat próbują odtworzyć historycy, dziennikarze i służby specjalne. Trop urywa się w listopadzie 1981 r., kiedy to - jako Ludwik Ciesielski, to jego 16. nazwisko - wyjeżdża z PRL.

Prywatne śledztwo Kiszczaka
Umarł w Paryżu w latach 80. - taka wiadomość dotarła do jego warszawskiej rodziny. Nikt jednak nie odnalazł grobu. Szczeciński IPN, który w 2007 r. umorzył pięcioletnie śledztwo w sprawie śmierci Grota, ustalił tylko przedostatni polski adres Kalksteina. IPN liczył, że Kalkstein mógł znać niewyjaśnione do dzisiaj okoliczności śmierci gen. Grota straconego w 1944 r. w Sachsenchausen.

Z akt IPN wynika, że w 1986 r. poszukiwała go SB na zlecenie samego gen. Czesława Kiszczaka.

- To było moje prywatne śledztwo - mówił mi w ub.r. Kiszczak, który zawsze interesował się wpadką Grota. - Nie odnaleźliśmy go.

Dwa tygodnie temu historyk Andrzej Kunert ujawnił, że w połowie lat 90. Kiszczak przekazał mu dokumenty w sprawie aresztowania Grota otrzymane w latach 80. od Stasi.

O tym, że Kalkstein miał wtedy nowe życie, dowiedziałem się od Witolda Pronobisa, byłego dziennikarza Radia Wolna Europa mieszkającego dziś w Berlinie. Pronobis jest krewnym Grota ze strony matki i od lat interesował się losami zdrajców.

- Zainteresowałem się bibliotekarzem Ciesielskim, bo doszły do mnie słuchy, że ma kompromitującą wiedzę na temat PPR z czasów okupacji - wspomina Pronobis. - Opowiadał, że dlatego był w PRL prześladowany. Pojechałem do niego do domu. Nie zapomnę tego spotkania. Rozmawiał ze mną z zamkniętymi oczami. Gdy powiedziałem, że pracuję dla RWE, odrzekł, że "nie będzie mówił do tej szczekaczki", i otworzył oczy - wtedy rozpoznałem Kalksteina. Nakłaniałem go do zwierzeń. Ale on mówił tylko o Petzelcie [zwerbowany przez wywiad AK szef kancelarii niemieckiej II Floty Powietrznej], że podstawiali mu dziewczynki. Powiedział, że ma wszystko spisane, wskazując teczkę. Dodał, że nas [Wolną Europę] też rozgryzł. Znów zamknął oczy, zaczął miarowo oddychać i zasnął. Wtedy zabrałem mu zdjęcie i teczkę. Niedługo potem dowiedziałem się, że zmarł, więc przestałem się nim interesować.

Ciesielski jednak nie umarł. Po rozpoznaniu przez Pronobisa nie wychodził z domu. Jego żona Teresa Ciesielska mówiła, że nie żyje.

Urodzony 13 marca 1920 r. w Warszawie Ludwik Kalkstein-Stoliński nie pierwszy raz sfingował swoją śmierć. Jako porucznik "Hanka" w Armii Krajowej kierował znaną z brawurowych akcji grupą wywiadowczą "H", która wykradła z kasy pancernej na Okęciu plan sytuacyjny lądowisk w okupowanej Europie - m.in. za to dostał Krzyż Walecznych.

Razem z nim odznaczona została Blanka Kaczorowska "Sroka" - piękna dziewczyna, która dzięki służbowemu romansowi wykradła plany mobilizacyjne Hamburga. Zostali kochankami.

Kalkstein wpadł w kocioł gestapo w Warszawie w kwietniu 1942 r. Załamał się po kilku miesiącach śledztwa, kiedy Niemcy aresztowali jego rodziców. Wtedy gestapo rozpuściło plotkę o jego rozstrzelaniu. Jako Paul Henchel, agent gestapo 97, wciągnął do zdrady Blankę, mówiąc jej, że w gestapo jest Wallenrodem (wzięli ślub), a także szwagra - b. oficera kontrwywiadu Eugeniusza Świerczewskiego "Gensa" (jego żona, siostra Kalksteina, była zakładnikiem gestapo). Razem wsypali wielu pracowników wywiadu AK, których czekały tortury i śmierć.

Ich głównym zadaniem było dotarcie do gen. Stefana Grota-Roweckiego. Według ustaleń kontrwywiadu AK i historyków to Świerczewski 30 czerwca 1943 r. rozpoznał generała na ulicy. 25 marca 1944 r. podziemny sąd skazał trójkę zdrajców na karę śmierci. Blanka miała zginąć na ulicy, ale żołnierze AK schowali broń, widząc jej ciężarny brzuch. W czerwcu 1944 r. Świerczewski został powieszony przez AK w piwnicy przy ul. Krochmalnej.

Ścigany przez AK Kalkstein ukrywał się, w końcu został esesmanem jako Konrad Stark. Chodził w mundurze, ale nie brał udziału w żadnych działaniach zbrojnych. Po wojnie uciekł na Ziemie Odzyskane.

W 1991 r. Pronobis głęboko schował ukradzioną Kalksteinowi teczkę, w której były nazwiska 60 członków polskiego wywiadu, którzy - według Kalksteina - współpracowali z gestapo. Bo w to nie wierzy.

Ciesielski pieścił książki

3 czerwca 1945 r. władze amerykańskie przeniosły 5 tys. Polaków z obozu koncentracyjnego w Dachau do dawnych koszar wojskowych na Freimannie w Monachium. Wśród nich było 450 księży. Tak zaczyna się historia Polskiej Misji Katolickiej, która w pierwszej połowie lat 80. stała się prężnym ośrodkiem polonijnym i punktem kontaktowym dla solidarnościowych uciekinierów zaczynających nowe życie na Zachodzie.

Właśnie wtedy do Misji zgłosił się Ciesielski. Dziś w Misji nie ma już osób, które go pamiętają. Ale w jej biurze przy Hessstrasse dostaję namiary na ojca Galińskiego, który pracował w Misji w latach 80.

- Ujął mnie miłością do książek - wspomina o. Galiński mieszkający dziś w górskim miasteczku Marktschellenberg. - Pieścił je, znał się na literaturze. Nie chciał za swoją pracę pieniędzy, co nie było typowe.

Kalkstein po wojnie i rozstaniu z Blanką, zmieniając nazwiska, został nauczycielem historii w szkole podstawowej i kierownikiem spółdzielni rybackiej na Wybrzeżu. W 1946 r. przyjechał do Szczecina, gdzie jako Wojciech Świerkiewicz zrobił karierę dziennikarza i pisarza marynisty. Jego powieść "Kapitan Sydney, jeden z wielu" wydana przez Czytelnika uchodziła za autobiograficzną. Świerkiewicz opowiadał, że w czasie wojny pływał w alianckich konwojach, a także że prawa do jego autobiograficznego scenariusza kupił Hollywood. Do ZLP przyjął go Jerzy Andrzejewski.

W 1953 r. były żołnierz AK rozpoznał Kalksteina na szczecińskiej ulicy. 20 sierpnia 1953 r. zatrzymało go UB. W jego domu ubecy znaleźli podpisaną umowę na scenariusz filmowy o walce wywiadów. Warszawski sąd skazał Kalksteina na karę śmierci, którą kolejne amnestie zamieniły na 15 lat więzienia (aresztowana osiem miesięcy wcześniej w Warszawie Blanka dostała 12 lat, ale sąd zwolnił ją warunkowo w 1958 r.). Kalkstein siedział w Strzelcach Opolskich, gdzie prowadził radiowęzeł i pracował w introligatorni.

Ze strony internetowej Polskiej Misji Katolickiej: "Edward Ciesielski służył czytelnikom nie tylko poradą w wyborze lektury, lecz również nauczył się introligatorstwa i ratował wartościowe wydania".

Inteligencja świń

O. Galiński opowiedział mi o nietypowym hobby Ciesielskiego. - Pasjonował się inteligencją świń - wspomina zakonnik. - Przeprowadzał jakieś naukowe badania, prowadził zapiski.

Kalkstein hodował świnie w latach 70. Po przedterminowym zwolnieniu z więzienia w 1965 r. zaczął używać drugiego członu swojego nazwiska - Stoliński (z akt bezpieki wynika, że zarówno on, jak i Blanka Kaczorowska współpracowali z SB w więzieniu; ona także później). Chciał pisać, ale środowisko literackie odwróciło się od niego. Szukał bezpiecznej przystani, w czym pomagało mu powodzenie u kobiet. W latach 70. związał się z zamożną córką badylarza Teresą Ciesielską. Prowadzili najpierw kurzą fermę w Mysiadle, ale po rozpoznaniu przez dawnego żołnierza NSZ sprzedali majątek i przenieśli się do wsi Utrata pod Jarocinem. Założyli fermę świń. Tam odnalazł go żołnierz z grupy "H" Marian Karczewski, autor książki "Czy można zapomnieć" wydanej w latach 60. przez PAX. Namawiał do zwierzeń, bezskutecznie. W 1979 r. Kalkstein wziął ślub z Ciesielską i przyjął jej nazwisko. W listopadzie 1981 r. samotnie wyjechał do Francji. Tam ślad się urywa.

W Misji dowiedziałem się, że Teresa Ciesielska żyje w Monachium. Odnalazłem jej nazwisko w książce telefonicznej. Odebrała po siódmym dzwonku.

- Chciałbym się z panią spotkać i porozmawiać o pani mężu.

- O którym?

- O Ludwiku Kalksteinie.

- Nie spotkam się z panem. A on nazywał się Edward Ciesielski. Zmarł w 1994 r.

- Niektórzy myśleli, że w latach 80., a później w 1991 r.

- W 1994 r. zmarł naprawdę. Na raka. Nie chcę już wracać do przeszłości, zbyt wiele przeszłam. Mam już 85 lat.

- Proszę mi chociaż powiedzieć, jak to było z waszym wyjazdem na Zachód.

- Mąż chciał wyjechać z PRL, ale z jego prawdziwym nazwiskiem nie miał szans na paszport. Dlatego przyjął moje [pani Teresa z przyzwyczajenia zwracała się do Ludwika imieniem poprzedniego męża; Kalkstein zmienił więc również imię i stał się Edwardem]. Tak ich zmylił. Pojechał sam.

- Dlaczego wyjechał do Monachium?

- Nie wiem. Ja przyjechałam do niego dopiero w 1985 r. Mąż zajmował się książkami. Początkowo były w workach, a on zrobił z tego bibliotekę. Cierpiał, męczyły go wspomnienia. Mnie ta rozmowa też męczy.

- Pozostawił jakieś dokumenty, zapiski?

- Nic.

Wolałaby nie mówić

Kiedy ujawniłem o. Galińskiemu, że Ciesielski to Kalkstein, był zdziwiony, ale tylko trochę. - Czuło się, że skrywa tajemnicę - mówi. - Jeśli skierowała go do nas SB, to ma sens: wiele osób z Misji współpracowało z RWE, inni wspierali podziemie w Polsce. Ale może on, pracując za darmo, chciał odkupić grzechy?

Pronobis jest pewien, że Kalkstein w Monachium pracował dla SB: - We Francji żyje jego syn, a on jedzie do Monachium i oferując darmową pracę, wkręca się do "ośrodka dywersyjnego". Kto więc mu płaci? Ciekawe, że nigdy nie wystąpił o obywatelstwo RFN. Jako były folksdojcz i esesman dostałby je od ręki. No, ale wtedy wydałoby się, kim jest.

Dzwonię do Kiszczaka.

- Kalkstein w Monachium?! - dziwi się generał. - Nic o tym nie wiedziałem.

- Może był tam wtyczką bezpieki?

- To mógłby zrobić tylko nasz wywiad - mówi generał po chwili milczenia. - Ale ja na pewno bym o tym wiedział. A nic nie wiem.

Kiszczak przekonuje, że Kalkstein był agentem SB tylko w więzieniu, czyli do 1965 r. "Później był nieprzydatny". Jednak w aktach IPN odnalazłem dokument szczecińskiej SB z 18 lutego 1968 r. Porucznik SB Baran w tajnym raporcie do MSW opisuje odwiedziny byłego agenta gestapo: "Ponieważ nazwisko Kalkstein uniemożliwia mu normalne życie, chce wystąpić o zmianę i prosi o pomoc w tym względzie SB. Daje przy tym do zrozumienia, że chętnie dyskutowałby z nami na interesujące nas tematy z jego działalności".

Jeszcze raz dzwonię do Ciesielskiej. Gdy mówię o domniemanej współpracy jej męża z SB, zaczyna się śmiać. Kiedy wspominam, że Kiszczak twierdzi, iż w 1986 r. ich nie odnalazł, pani Teresa śmieje się jeszcze głośniej.

- Z czego żył w Monachium pani mąż?

- Wolałabym o tym nie mówić.

Nie ma grobu

Edward Ciesielski został pochowany 29 października 1994 r. w Monachium. Na pogrzebie był jego syn, który wiosną 1944 r. "uratował" życie swojej matce Blance Kaczorowskiej. Od lat mieszka na Zachodzie, we Francji został architektem.

Blanka Kaczorowska w PRL pracowała m.in. w centrali handlu zagranicznego. W 1975 r. wyjechała do Francji, ale z esbeckiej ewidencji znika dopiero w 1978 r. Wtedy właśnie, półnagą znaleźli ją na ulicy francuscy żandarmi. W 1979 r. na skutek "chronicznych stanów depresyjnych" umieszczono ją w szpitalu psychiatrycznym w La Quene en Briet (od 1942 r. męczyły ją nocne koszmary). Była w kilku szpitalach i domach opieki. W 1999 r. syn zabrał ją ze szpitala. Twierdzi, że zmarła w 2004 r., ale nie wyjawi, gdzie jest pochowana.

Według administracji monachijskiego cmentarza w 2005 r. grób Edwarda Ciesielskiego został zlikwidowany, bo nikt za niego nie zapłacił (Ciesielska żyje z pomocy społecznej). Urnę z prochami umieszczono w zbiorowej mogile.

Przed śmiercią Edward Ciesielski zwrócił się do monachijskiego sądu o przywrócenie nazwiska Kalkstein, którego nie używał od 1940 r., kiedy to został wywiadowcą.

Źródło: Gazeta Wyborcza

piątek, 16 października 2009

Kto zabił Makowieckich?

Marek Strok , Mariusz Olczak 10-10-2009, ostatnia aktualizacja 10-10-2009 22:17
13 czerwca 1944 r. został zastrzelony wraz z żoną mjr Jerzy Makowiecki, druga najważniejsza osoba w Oddziale VI Biura Informacji i Propagandy KG AK. Zabójstwo to pozostaje jedną z największych tajemnic polskiego podziemia z czasu ostatniej wojny
Jerzy Makowiecki (fot: archiwum elżbiety moczarskiej)
źródło: Fotonova
Jerzy Makowiecki (fot: archiwum elżbiety moczarskiej)
Andrzej Popławski (1908 – 1944) ps. Andrzej  Sudeczko, dowódca oddziału podporządkowanego Kontrwywiadowi Okręgu Warszawskiego AK  i Państwowemu Korpusowi Bezpieczeństwa Delegatury Rządu na Kraj. Zginął zastrzelony w Warszawie 5 lipca 1944 r. w niewyjaśnionych okolicznościach.  Na zdjęciu wraz z żoną  Kazimierą, ok. 1942 r. (fot: archiwum autorów)
źródło: Rzeczpospolita
Andrzej Popławski (1908 – 1944) ps. Andrzej Sudeczko, dowódca oddziału podporządkowanego Kontrwywiadowi Okręgu Warszawskiego AK i Państwowemu Korpusowi Bezpieczeństwa Delegatury Rządu na Kraj. Zginął zastrzelony w Warszawie 5 lipca 1944 r. w niewyjaśnionych okolicznościach. Na zdjęciu wraz z żoną Kazimierą, ok. 1942 r. (fot: archiwum autorów)
Badanie dziejów polskiej konspiracji lat II wojny światowej jest niezwykle skomplikowane, bo zachowało się niewiele oryginalnych dokumentów z tamtego czasu. Zmusza to historyków do korzystania z powojennych relacji, wspomnień, stenogramów przesłuchań, akt procesowych etc. Ma to wpływ na ustalenia czynione na takiej podstawie.
Jedną z najmniej zbadanych, z powodu braku oryginalnych dokumentów, jest sprawa śmierci 13 czerwca 1944 r. pracowników BIP KG AK – Jerzego Makowieckiego i Ludwika Widerszala. Co jakiś czas powraca ona na łamach czasopism naukowych i w publicystyce. Pada w nich wiele oskarżeń, niepopartych wiarygodnym materiałem źródłowym. Sprawa nadal jest pełna emocji i subiektywnych ocen, ale może przede wszystkim polityki, co rzutowało na wskazanie sprawców. Dyskusja, głównie w tym ostatnim kontekście, ożyła ponownie na łamach „Rzeczpospolitej” i „Gazety Wyborczej” jako echo debaty o IPN. Środowisko BIP, najbardziej politycznego oddziału w KG AK, utożsamiane z ludźmi o przekonaniach demokratycznych i socjalistycznych, ideowo związanych z lewicą, kierowało oskarżenia w stronę organizacji i ludzi o zapatrywaniach prawicowych.
Najpierw o śmierć Makowieckich oskarżano Narodowe Siły Zbrojne, potem skrajnie prawicową grupę mafijną, a także konkretnych ludzi: Andrzeja Popławskiego („Andrzeja Sudeczkę”), Władysława Jamontta, Witolda Bieńkowskiego i tajemniczego płk. „Karola”. Trudno przyjąć, że te tezy, sięgające korzeniami końca wojny i śledztwa przeprowadzonego w MBP, mają pokrycie w źródłach z czasu wojny i są w pełni udowodnione. Dotychczas wypowiadali się najczęściej, nadając ton dyskusji, żołnierze BIP KG AK – współpracownicy, uczniowie i podkomendni zabitych – wybitni historycy Aleksander Gieysztor, Tadeusz Manteuffel oraz Kazimierz Moczarski i Władysław Bartoszewski. Ich opinie nie zostały skonfrontowane z opiniami strony przeciwnej i w dużej mierze przyjęty został bezkrytycznie jeden punkt widzenia. Strona oskarżana nie miała szans w komunistycznej rzeczywistości na zabranie głosu w swojej obronie. Taką próbę parę lat przed śmiercią podjął jeden z oskarżonych Witold Bieńkowski, pisząc w listach do ks. Jana Ziei i Zofii Kossak, że obciążające go świadectwa były „pod zarzutem zrodzonym z plotek Bartoszewskiego i może już wówczas z samoobronnych kłamstw Jamontta” (KARTA nr 52/2007).

Łatwość „nowych ustaleń”

Żołnierze „Sudeczki”, prawie 60 lat noszący piętno bandytów i „morderców politycznych”, po latach spędzonych w więzieniach, po szykanach i inwigilowaniu zostali zepchnięci na margines. Nikt się nie zatroszczył o zebranie od nich relacji (poza jedną próbą, o czym poniżej). Przez 20 lat wolnej Polski badania nie posunęły się naprzód.
Dopiero w latach 80. Andrzej Krzysztof Kunert wykazał, że NSZ nie odpowiada za śmierć żołnierzy BIP. Coraz częściej przyjmuje się postawioną w monografii Polski Podziemnej tezę prof. Tomasza Strzembosza, który nie mając do dyspozycji nowych dokumentów, stwierdził, że kilku BIP-owców „zostało zamordowanych z rozkazu jakiejś samozwańczej, ekstremalnie radykalnej grupy podziemnej, dla której ich demokratyczny radykalizm zdawał się iść za daleko, zwłaszcza w świetle zbliżania się do granic kraju Armii Czerwonej. Kto nią kierował, do dziś nie ustalono”.
O ile jest bezdyskusyjne, że likwidację Ludwika Widerszala przeprowadził oddział „Sudeczki”, o tyle w przypadku śmierci Makowieckich nie było świadków ani dokumentów, które jednoznacznie mogły wyjaśnić to zdarzenie. Dotychczasowe ustalenia były wynikiem przede wszystkim informacji powojennych lub rozmów między świadkami, którzy wykazywali się wiedzą z drugiej lub trzeciej ręki. Często były to stwierdzenia, których nie da się zweryfikować, wypowiedziane bez świadków, podczas śledztwa itp. Właśnie na takiej podstawie źródłowej – złożonych w UB zeznaniach Alfreda Kurczewskiego ps. Ambrozja, Adama Gutowskiego ps. Bratkowski – w artykule w „Gazecie Wyborczej” z 13 czerwca 2009 r. Janusz Marszalec i Rafał Wnuk napisali, że do Makowieckich śmiertelne strzały oddał najprawdopodobniej sam „Andrzej”. Ten przykład pokazuje, jak łatwo przychodzi podawanie „nowych faktów” i „nowych ustaleń” na podstawie wątpliwej bazy źródłowej, bez krytycznej analizy i wnikliwych badań. Ale przecież wiele ich ustaleń opiera się nie na dokumentach z czasu wojny (jak piszą: „świstkach”), lecz na powojennych relacjach i zeznaniach, o których nierzetelności napisano obok, w redakcyjnej notce.
W sprawie zabójstwa Makowieckich jest zbyt dużo znaków zapytania, aby formułować kategoryczne stwierdzenia. Jak rewiduje się spojrzenie na tę sprawę, niech świadczy m.in. zmiana podejścia do ludzi z oddziału „Sudeczki”, traktowanych przez Marszalca i Wnuka już jako żołnierze, nie zaś bandyci.
Żyje jeszcze kilku żołnierzy oddziału „Sudeczki”. Wśród nich: Leszek Bettman ps. Leszek Orzechowski, z którym rozmawiał chyba jeszcze w latach 80. jedynie A.K. Kunert.

Alarmistyczne meldunki

W materiałach z Archiwum „Startu” – Ekspozytury Urzędu Śledczego Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa – konspiracyjnej policji podporządkowanej Delegaturze Rządu RP na Kraj, znajdują się dokumenty rzucające nowe światło na ostatnie dni życia Makowieckiego.
Na kilka dni przed śmiercią wysłał on meldunek do Wydziału Walki Cywilnej BIP, który następnie trafił do Oddziału Bezpieczeństwa „Źrenica” Wydziału Spraw Wewnętrznych Delegatury Rządu RP na Kraj:
Zgłaszam sprawę niejakiego inż. Karwida /pseudonim/, ofic(er) rez(erwy) 36 p.p., brał udział w kampanii 39 r. Obecnie jest czynny w życiu podziemnym, w r. 1942 zgłosił się do współpracy w AK i miał powierzone opracowanie zagadnienia alimentacji wojska w paliwa płynne /wybitny spec(jalista) od nafty przed wojną (...) Dzięki swojej wiedzy fachowej oddaje liczne usługi. Inż. Karwid jest pochodzenia niearyjskiego. Od dłuższego czasu jest on szantażowany, z nadania niejakiego Gołębniaka, którego znał przed wojną. Mimo parokrotnej zmiany nazwiska i miejsca zamieszkania ciągle trafiają na jego trop. (...) Dwaj szantażyści, których personalia podane w zał., – przed rokiem natknęli się na niego (...) Byli to agenci policji kryminalnej /jeden, którego nazwisko podane w zał. okazał legitymację/. Dozorca i administrator domu, w którym mieszka Karwid, znają ich dobrze jako zawodowych szantażystów od spraw „niearyjskich”. (...) Przed rokiem zgłaszałem do 369 wniosek o likwidację owych szantażystów, podając wiele faktów z ich działalności; widać wniosek nie został uwzględniony. Sprawa ta wiąże się z moim osobistym bezpieczeństwem, gdyż wskutek przypadku Karwid /który nie był moim osobistym znajomym/ zna moje obecne nazwisko policyjne i miejsce zamieszkania i wie, że jestem oficerem Sztabu AK, orientując się również w pewnym stopniu w zakresie moich obowiązków służbowych. Nie znam go dostatecznie, aby w razie aresztowania być pewnym jego wytrzymałości. Ma on również powiązania osobiste /adresy/ z szeregiem innych czynnych działaczy konspiracyjnych.
Z tego tytułu proszę o jak najszybsze zajęcie się tą sprawą i likwidację podanych szantażystów.
Kuncewicz w/z Szefa BIP. KGSZ
Do pisma Makowiecki załączył dane kripowców. Byli to: Bronisław lub Bolesław Zakrzewski, „ajent służby śledczej granat. Zawodowo uprawia szantaż na Polakach, niearyjczykach”, oraz Leon Gołębniak. „Gołębniak »ratował« w 1940 r. szereg niearyjczyków, zaopatrując ich w dokumenty lewe, a od roku szantażuje wzgl. wymusza od swoich ofiar »pożyczki«”.
Za tym meldunkiem, dzień przed śmiercią Makowieckiego, poszedł następny, wprost błagalny, kierowany do Michała Gieysztora ps. Krajewski, zastępcy Stefana Korbońskiego, szefa Wydziału Walki Cywilnej BIP.
12/VI p. Krajewski (osobiście – do rąk wł(asnych)
Proszę Pana bardzo o pomoc w sprawie, którą zgłosiłem. Jestem zagrożony mocno osobiście – inż. Karwid ukrywał się dłuższy czas w domu, gdzie obecnie mieszkam. To mieszkanie zawdzięczam Karskiemu (mój dawny ref(erent) polit(yczny) Stefan – emis(ariusz) do Lond(ynu). – znał go Pan) – stąd powiązania. Jego aresztowanie naraża wiele bliskich nam osób (m. in. Waldę)Kuncewicz.
Wspomniany w meldunkach inż. Karwid to najpewniej inżynier Wacław Bóbr, odpowiedzialny za kontakty pomiędzy zespołem specjalistów od przemysłu, węgla i nafty w Delegaturze Rządu a Komendą Główną AK. Nie można wykluczyć, że Karwid mógł wydać kripowcom Makowieckiego, ratując swoje życie. Karwid miał zginąć 1 sierpnia, w grupie ludzi pędzonych przed czołgami niemieckimi na Polu Mokotowskim.
Sprawę Karwida i szantażystów Makowiecki sygnalizował już rok wcześniej. Dlaczego przez rok nic nie zrobiono, ażeby zapewnić mu bezpieczeństwo? Szczególnie że sam Makowiecki był pochodzenia żydowskiego. Jego przełożeni o szantażu byli poinformowani. O tym, że o zagrożeniu wiedziano, świadczy meldunek z sierpnia 1943 r., w którym pisano, że „Wpływy Makowieckiego na terenie Prostokąta obecnie słabe. Wokół jego osoby toczy się wiele osób i panuje opinia, że chcą go wykończyć”. Rzepecki wspominał na spotkaniu w Instytucie Historii PAN: „Zagęszczało się około Makowieckiego. Makowiecki w 1944 r. bardzo zdenerwowany”.
Nic nie wiemy o Zakrzewskim i Gołębniaku. Nie ma ich na sporządzanych przez AK, NSZ i Delegaturę Rządu RP listach pracowników policji, szantażystów, osób, którymi interesował się kontrwywiad, czy wreszcie osób współpracujących z Niemcami. Dlaczego przez rok ich nie zlikwidowano, skoro byli znani w Warszawie?
Pismo wysłane 12 czerwca 1944 r. przez Makowieckiego nie pozostało jednak bez echa. Trafiło ostatecznie do „Malskiego”, czyli Bolesława Kontryma, który, jak można sądzić na podstawie długiego procedowania dokumentów, spowalniał sprawę likwidacji kripowców. To właśnie Kontrym miał przekazać Moczarskiemu dezinformującą wiadomość od Bieńkowskiego o znalezieniu zwłok Makowieckich na Polu Mokotowskim. Dopiero 16 czerwca 1944 r., trzy dni po śmierci Makowieckich, „Malski” wysłał meldunek do „Startu” w sprawie Zakrzewskiego i Gołębniaka, informując, że szantażują oni „działacza BIP KGSZ zamieszkałego na rogu ul. Suchej i Filtrowej. Sprawa bardzo ważna i ściśle poufna”. Zarówno nazwisko, jak i adres zostały zaszyfrowane. 1 lipca 1944 r. prokurator Czarnecki zwrócił uwagę na brak rozwiązania tej sprawy właśnie przez szyfr, którego nie dosłał „Malski”. Niewiele to zmieniło, gdyż kripowcom włos z głowy nie spadł. Żyli jeszcze 27 lipca 1944 r., skoro wtedy proszono, aby „sprawę załatwić jeszcze przed zakończeniem wojny”. Można przypuszczać, że Gołębniak i Zakrzewski mogli być użyteczni np. jako informatorzy dla jednej ze struktur konspiracyjnych.

To nie oddział „Sudeczki”

Jerzy Makowiecki w czerwcu 1944 r. zamieszkiwał w willi przy ul. Jesionowej 13, co ważne, w dawnym mieszkaniu Witolda Bieńkowskiego ps. Wencki. Od października 1940 r. Makowiecki był kierownikiem Wydziału Informacji BIP KG ZWZ, a później AK. Od maja 1943 r. stał na czele Stronnictwa Demokratycznego (kryptonim „Prostokąt”). Przypuszczalnie napastnicy weszli do mieszkania Makowieckich i sterroryzowali ich. Trudno sądzić, żeby tak doświadczony konspirator jak „Sudeczko” ryzykował przejazd przez pół Warszawy z osobami, które zdawały sobie sprawę z zagrożenia śmiercią. Jest czerwiec 1944 roku, na ulicach Warszawy trwa wzmożony ruch patroli policji, wojska oraz żandarmerii. Pomysłodawca wyjazdu pod Boernerowo ryzykował, że Makowieccy albo usiłowaliby się wydostać z samochodu, albo też, widząc zagrożenie śmiercią, staraliby się zwrócić uwagę posterunków niemieckich. Urągało to zasadom bezpieczeństwa akcji i trudno przypuszczać, aby było dziełem „Sudeczki” lub jego żołnierzy. W przypadku przewiezienia Makowieckich przez kripowców Zakrzewskiego, Gołębnika i ich kolegów lub też przez innych niemieckich funkcjonariuszy, nie szukaliby ratunku, wiedząc, że i tak nie uwolnią się z rąk oprawców. Gdyby akcję tę wykonał oddział „Sudeczki”, przeprowadziłby likwidację Makowieckich w mieszkaniu, podobnie jak w przypadku Widerszala. Nie było do tego przeciwwskazań.
W raportach sporządzonych najprawdopodobniej przez Kontrwywiad Obszaru Warszawskiego AK odnalazł się raport z miejsca śmierci Makowieckich:
11. 13. VI. br. godz. 8.40 na szosie Chrzanów — Groty zatrzymał się samochód zielony, koloru policyjnego, z którego wysiadło 6 osób, w tym jedna kobieta. Kobieta i mężczyzna szli przodem, za nimi postępowali 4 mężczyźni. Na drodze bocznej do Jelonek zatrzymali się, odczytując prawdop(odobnie) wyrok, nast(ępnie) jeden z 4 oddał serię strzałów z pm. Na miejscu znaleziono zwłoki mężczyzny i kobiety oraz 22 łuski. Po zastrzeleniu osobnicy udali się w kierunku W-wy. (...)

Kie (ownik) gr(upy)

Kwestia samochodu też wskazuje, że to nie oddział „Sudeczki” zabił Makowieckich. Jak wynika z meldunku, na miejscu egzekucji widziano samochód osobowy koloru zielonego, „taksówkę”. Z relacji Bettmana wynika, że takiego samochodu w oddziale nie było. A w Warszawie w czasie okupacji zielonymi samochodami poruszali się właśnie m.in. kripowcy.
Dlaczego wywieziono Makowieckich poza Warszawę? I dlaczego w kierunku zachodnim? Do Lasów Chojnowskich było bliżej i bezpieczniej. „Andrzej Sudeczko” teren ten znał doskonale, gdyż robił tam ćwiczenia wraz z oddziałem. Ryzykowne było też wybrane miejsce egzekucji. Wokół masztów radiostacji w Boernerowie znajdowały się posterunki niemieckie. Strzały mogły zaalarmować Niemców, zwłaszcza że wystrzelono do Makowieckich aż 22 pociski z pistoletu maszynowego. Ktoś, kto strzelał, widać nie obawiał się Niemców. Co więcej, egzekucją nie zainteresowała się, jak podkreśla meldunek PKB, ani niemiecka żandarmeria, ani policja, co może wskazywać na wykonawców związanych z okupantem.
Wart zwrócenia uwagi jest passus mówiący o „odczytaniu prawdopodobnie wyroku” przed zastrzeleniem Makowieckich. Osoba obserwująca nie mogła jednak dokładnie widzieć, co to jest za dokument. Równie dobrze świadek mógł widzieć oprawców z kennkartami Makowieckich.
Z relacji Bettmana wiemy, że dzień lub dwa po egzekucji w lokalu oddziału „Sudeczki” na odprawie „Sudeczko” powiedział: „jakieś sukinsyny zabiły Makowieckiego z żoną, a przypisują to mnie”. 14 lub 15 czerwca 1944 r. na miejsce znalezienia zwłok Makowieckich udał się sam „Sudeczko”. Informacja ta brzmi tym bardziej interesująco, że Zakrzewski „Oskar” mówił później właśnie o wysłaniu tam ludzi w celu zbadania sprawy. Według Bettmana „Sudeczko”, jadąc na miejsce zabójstwa, chciał też pokazać swoim żołnierzom, że to nie on zabił Makowieckich.
Przedstawione wyżej okoliczności świadczą, że porwania i zabójstwa Makowieckich nie dokonał oddział „Andrzeja Sudeczki”. Dziś wiemy, że jednym z naocznych świadków najścia dwóch ludzi podających się za kripowców (nie musieli to być Zakrzewski i Gołębniak) na dom Makowieckich był mjr „Nawrot” – Stanisław de Thun, szef oddziału VII KG AK. Wynika to z meldunku „Waldy” (Aleksandra Gieysztora) z 27 czerwca 1944 r.
Jedyną osobą chwalącą się wiedzą o osobach, które weszły do mieszkania Makowieckich, był Kazimierz Moczarski. Przeprowadził prywatne śledztwo po ich śmierci, będąc dowódcą Wydziału Dywersji Osobowej KWP, w tym komórki mającej za zadanie m.in. rozpracowywanie szmalcowników. W swoich „Zapiskach” stwierdził, że znał wygląd i zachowanie napastników, ale nie podzielił się swoją wiedzą nabytą 26 lat wcześniej. Tym bardziej to zastanawia, że na odprawie KWP Moczarski był przeciwny podejmowaniu przez tę komórkę śledztwa w sprawie śmierci Makowieckich i Widerszala, mówiąc: „Nie wtrącajmy się w nie swoje rzeczy, bo jesteśmy zbyt małą komórką i nas wszystkich polikwidują”. Umieszczona w „Zapiskach” relacja Moczarskiego jest obarczona osobistym uprzedzeniem do „Sudeczki”. Informacje podawane przez innego żołnierza BIP, Władysława Bartoszewskiego, są bardziej efektem powojennych rozmów i analiz aniżeli wiedzy zdobytej bezpośrednio w trakcie odpraw i przy podejmowaniu kluczowych decyzji w czasie wojny. Sam płk Jan Rzepecki nie mówił i nie pisał o sprawie śmierci Makowieckich tak dużo jak Moczarski i Bartoszewski, a wiedział od nich znacznie więcej. Latem 1944 r., zgodnie z zasadami konspiracji, BIP-owcy nie byli informowani o postępach prowadzonego w tej sprawie przez kontrwywiad śledztwa. Pod koniec czerwca 1944 r. sami zaczęli szukać sprawcy zabójstwa we własnych szeregach. Nic o tym jednak nie wspominali po wojnie.

Potrzeba dalszych badań

Na podstawie posiadanych dziś źródeł nie można bezkrytycznie utrzymać tez i oskarżeń formułowanych w czasach PRL. Potrzebna jest wnikliwa analiza różnych wątków i informacji. Już podczas wojny zastanawiano się nad kilkoma hipotezami dotyczącymi śmierci BIP-owców. Brano pod uwagę porachunki partyjne, likwidację „żydokomuny”, inspirację NSZ, inspirację niemiecką, ale i likwidację wpływów masonerii. Zarówno zbliżanie się wojsk sowieckich do Warszawy, jak i rozmowy scaleniowe AK i NSZ mogły dać motyw zabójcom. Dokładnie należy przebadać rolę w tej sprawie komunistycznego wywiadu, który penetrował zarówno PKB, jak i BIP.
Jerzy Makowiecki publikował w periodyku SD „Nowe Drogi”. Artykuły z numerów wydanych między marcem i czerwcem 1944 r. podważające, w czasie zajmowania Kresów przez wojska sowieckie, integralność granic wschodnich, poniekąd mogły się stać przyczyną jego śmierci. Takie poglądy mogły zostać odczytane jako zdrada.
Nazwisko Makowieckiego znalazło się w powstałych w strukturach Polskiego Państwa Podziemnego raportach i analizach wpływów komunistycznych. Dokumenty te, nazywane m.in. przez Bartoszewskiego i Marszalca listami proskrypcyjnymi, nie mają jednak takiego charakteru. W żaden sposób nie można tych dokumentów traktować jako wykazu osób do likwidacji. Są to raczej raporty analityczne opisujące zarówno osoby, jak i relacje między nimi, poglądy, ich umocowanie organizacyjne etc. Sporządzanie ich należało do obowiązków struktur kontrwywiadu AK.
Zaprezentowane w naszym artykule dokumenty i relacje bezpośrednich świadków wnoszą wiele nowych informacji i stawiają wiele nowych pytań oraz problemów. Pokazują też, że z ostatecznymi werdyktami w tej sprawie trzeba się wstrzymać i kontynuować badania bez prawicowego lub lewicowego zacietrzewienia, gdyż w opisie tej sprawy można dostrzec po obu stronach „brak obiektywizmu wypływający z polityczno-ideowej formacji”, cytując Marszalca i Wnuka. Udawanie, że jest to problem tylko jednej strony, jest niepoważne.
Makowieccy nie musieli zginąć z tych samych powodów co Widerszal. Ich śmierć mogła mieć kilka innych przyczyn. Wiedząc to, nie można zaniedbywać badań mających wyjaśnić kulisy śmierci Makowieckich, tak jak zaniedbano ich mogiłę na warszawskich Powązkach.
Mariusz Olczak – historyk, absolwent Instytutu Historycznego Uniwersytetu Wrocławskiego, badacz Polskiego Państwa Podziemnego, pracuje w Archiwum Akt Nowych w Warszawie, kieruje w nim Archiwum Czynu Niepodległościowego.
Marek Strok – badacz i dokumentalista warszawskiej konspiracji oraz powstania warszawskiego, konsultant Muzeum Powstania Warszawskiego, zgromadził największą bazę danych żołnierzy biorących udział w walkach powstańczych w 1944 r., autor monografii „Bataliony Iwo i Ostoja”.
Autorzy artykułu przygotowują książkę o oddziale„Andrzeja Sudeczki”.
Rzeczpospolita