piątek, 2 listopada 2007

Polski konwój w Iraku wjechał na minę. Jeden żołnierz nie żyje, trzech rannych

Jacek Brzuszkiewicz, awe, met
2007-11-02, ostatnia aktualizacja 2007-11-02 13:27

Dzisiaj w nocy w Iraku polski konwój wjechał na minę. Na miejscu zginął jeden żołnierz z Trzeciej Brygady Zmechanizowanej w Lublinie. Rannych zostało trzech żołnierzy. Jeden z nich to kolega z jednostki zabitego. Jest ciężko ranny. Podczas wybuchu stracił rękę.

Polski żołnierz zginął w Iraku, trzech dalszych zostało rannych - poinformował minister obrony Aleksander Szczygło. Polski patrol został zaatakowany przy użyciu miny. Szczygło dodał, że zabity to 31-letni st. kapr. Andrzej Filipek a jeden z trzech rannych odniósł ciężkie obrażenia.

Ranny przebywa w wojskowym szpitalu w bazie Echo w Diwaniji. Żołnierze poruszali się samochodem opancerzonym Humvee. Minister zapewnił, że podjęto działania zmierzające do złapania sprawców.



Wielonarodowa Dywizja Centrum-Południe poinformowała w przesłanym oświadczeniu, że atak na żołnierzy przeprowadzono w godzinach porannych. Na miejsce zdarzenia niezwłocznie wysłano siły szybkiego reagowania oraz zespół ewakuacji medycznej. Spośród trzech rannych żołnierzy, dla st. kpr. Sylwestra W. była to trzecia misja zagraniczna, sierż. Mariusza W. - druga, a mł. chor. Roberta C. - pierwsza.

Zabity żołnierz to dwudziesta druga śmiertelna ofiara misji w Iraku. W Iraku przebywa obecnie dziewiąta zmiana polskiego kontyngentu. Liczy około 900 żołnierzy. Kontyngent wyleciał do Iraku w lipcu. Żołnierze wrócą do kraju w styczniu 2008. Z Trzeciej Brygady Zmechanizowanej w Lublinie w Iraku służy około 50 żołnierzy.

Najzgrabniejsze pośladki świata

Konkurs wygrała Bułgarka!

2007-11-02 08:22

Konkurs na najzgrabniejsze pośladki na świecie rozstrzygnięty! Właścicielką superpupy jest Bułgarka, Kristina Dimitrova, która w wielkim finale w Monachium pokonała 42 pośladki z 26 krajów. Zwycięski tyłeczek zgarnął: kontrakt modelingowy, premię pieniężną w wysokości 10 tys. euro i... ubezpieczenie pupy.

Z inicjatywną wyszła marka Sloggi ogłaszając międzynarodowy konkurs na najzgrabniejszą pupę świata - "Show me your sloggi". Aby wziąć w nim udział, wystarczyło przesłać zdjęcie swoich pośladków w bieliźnie lub w ubraniu na stronę internetową organizatorów. Warunkiem było ukończenie 18 lat. Międzynarodowe jury i internauci oceniali je pupy w czterech kategoriach: "Najgorętsze", "Najzabawniejsze", "Najlepiej ubrane", "Wytatuowane".

Laureaci konkursu w Polsce zostali wybrani w głosowaniu on-line. W nagrodę otrzymali bieliznę i iPody oraz wzięli udział w międzynarodowym finale w Monachium.



Do finału zakwalifikowały się 42 osoby z 26 krajów.



Uczestnicy konkursu prezentowali się na wybiegu w majteczkach marki Sloggi.

Oto najpiękniejsze pośladki na świecie:



Najzgrabniejsze pośladki na świecie i ich właścicielka, Kristina Dimitrova z Bułgarii

Tusk: Premier powinien ważyć słowa

mig, PAP
2007-11-02, ostatnia aktualizacja 2007-11-02 19:32

Szef PO Donald Tusk odnosząc się do wypowiedzi premiera Jarosława Kaczyńskiego o "putinadzie", i "politycznym prześladowaniu" redaktorów "Gazety Polskiej" powiedział, że premier powinien ważyć słowa.

Zobacz powiekszenie
Fot. Cezary Aszkiełowicz / AG
Donald Tusk
"Premier powinien ważyć słowa. Jest mimo wszystko, mimo wyborów ciągle premierem tego rządu, więc dobrze byłoby żeby premier polskiego rządu uważał na to co mówi" - powiedział "Panoramie" TVP szef Platformy.

J. Kaczyński na piątkowej konferencji prasowej po spotkaniu z szefem "GP" Tomaszem Sakiewiczem i jego zastępczynią Katarzyną Hejkę, których sąd nakazał doprowadzenie przez policję na rozprawę powiedział, że "szykuje się tutaj 'putinada'".

"Szykuje się 'putinada', polegająca na tym, że ci, którzy mają poglądy inne niż ekipa rządząca, niż media, które wywierają dziś największy wpływ na opinię publiczną, tak jak 'Gazeta Wyborcza', będą sekowani" - mówił J. Kaczyński.

W opinii Tuska słowa o "putinadzie" wcale nie są najostrzejszymi z tych dotychczasowych.

"Wolałbym, żeby premier wrócił na ziemię, żeby stanął twardo na nogach i żeby widział wokół siebie to co dzieje się naprawdę, a nie jakieś swoje imaginacje i fałszywe wyobrażenia, chyba zbudowane na jakiejś goryczy i emocjach" - powiedział z kolei Tusk w "Faktach" TVN.

Spór o krocze Marii Szarapowej

zczuba
2007-11-02, ostatnia aktualizacja 2007-11-02 11:46
Zobacz powiększenie
Nogi Marii Szarapowej - 17. najseksowniejszej kobiety świata wg magazynu "Maxim".
Reuters

Ludzie mają różne zainteresowania, jedni zbierają znaczki, drudzy jedzą hamburgery na czas, jeszcze inni kolekcjonują fotografie przedstawiające damskie krocza (w tym krocze Szarapowej). Tego typu koneserem jest Toyo Shigeta, dyrektor wykonawczy japońskiej agencji reklamowej Dentsu Holdings - przynajmniej tak twierdzi były pracownik firmy, Steve Biegel, który stracił pracę po tym, jak doniósł na Japończyka.

Perwersja Shigety znana była rzekomo ekipie kręcącej reklamy Dentsu Holdings. Dyrektor wykonawczy miał zwyczaj fotografowania kobiet aparatem w swojej komórce, wtedy gdy ofiara była zajęta czymś innym - na przykład pozowaniem do innego obiektywu. Tak właśnie było w przypadku zdjęcia, które zrobił Szarapowej w kwietniu 2005 roku podczas kręcenia reklamy dla Canona w centrum tenisowym w Key Biscayne. Oficjalny efekt końcowy pracy Dentsu Holdings z piękną Marią wygląda tak:



A efekt (i afekt) pracy Toyo Shigety wygląda tak:



Zboczeńca zgubiła śmiałość i beztroska. Swoimi fascynacjami dzielił się ze współpracownikiem, Stevem Biegelem, któremu fotkę Szarapowej nawet przesłał drogą elektroniczną. Biegel widywał wcześniej Shigetę fotografującego z ukrycia, m.in. na plaży w Brazylii - Japończyk bynajmniej, nie cykał zdjęć zjawiskowej florze i faunie. Teraz czeka go proces, wyrzucony z pracy były kolega jest bardzo wylewny, raport z jego zeznań ze szczegółami opisuję perwersyjne praktyki oskarżonego.

Wciąż nie wiadomo, jak do sprawy odniesie się tenisistka. Jest zbulwersowana, czy tylko troszkę zakłopotana? Wytoczy indywidualny proces pracownikowi agencji reklamowej? Jeśli tak, co się stanie z innymi autorami zdjęć tego typu? Czy majtki tenisistek pójdą do lamusa?

Premier broni dziennikarzy "Gazety Polskiej"

man, PAP
2007-11-02, ostatnia aktualizacja 2007-11-02 20:25
Zobacz powiększenie
Premier Jarosław Kaczyński chce bronić demokracji i wolnych mediów
Fot. Dominik Sadowski / AG

- To niebywała i niespotykana decyzja. Szykuje się tu putinada - tak Jarosław Kaczyński skomentował decyzję sądu o nakazie doprowadzenia przez policję redaktora naczelnego "Gazety Polskiej" i jego zastępczyni na rozprawę sądową. Premier podkreślił, że tego typu działania noszą znamiona politycznego prześladowania i tym samym godzą w wolność mediów.

SONDAŻ
Czy wolne media w Polsce są zagrożone?

tak
nie

Tusk: Premier powinien ważyć słowa

Sąd nakazał doprowadzić - Tomasza Sakiewicza i Katarzynę Hejkę na następny termin procesu karnego o znieważenie, wytoczonego im przez TVN. Jarosław Kaczyński po spotkaniu ze wspomnianymi dziennikarzami "Gazety Polskiej" oświadczył, że z całą energią będzie monitorował tą sprawę i przyglądał się wolności mediów w naszym kraju.

J. Kaczyński: Grozi nam putinada!



Zdaniem premiera Sakiewicz i Hejke są prześladowani, gdyż mają inne poglądy, niż większość mediów. Nie są też entuzjastycznie nastawieni do nadchodzącej władzy. - Ta sprawa jest niesłychanie ważna dla demokracji w Polsce. To próba antycypacji tego, co ma się w Polsce zdarzyć. Szykuje się putinada - dodał premier. Jarosław Kaczyński wyjaśnił, że "putinada" będzie polegała na tym, że ci, którzy mają poglądy inne niż ekipa rządząca, czy media, które wywierają dziś największy wpływ na opinię publiczną "będą sekowani". Zapewnił, że będzie bronił wszystkich dziennikarzy, którzy będą prześladowani przez władzę.

Stołeczny sąd nakazał doprowadzenie przez policję redaktora naczelnego "Gazety Polskiej" i jego zastępczyni na następny termin procesu karnego o znieważenie, wytoczonego im przez TVN. Powodem wtorkowej decyzji Sądu Rejonowego dla m.st. Warszawy była nieusprawiedliwiona nieobecność obojga oskarżonych - powiedział w minioną środę rzecznik Sądu Okręgowego w Warszawie sędzia Wojciech Małek. Dodał, że sąd uznał za niewystarczające usprawiedliwienie Sakiewicza, który napisał sądowi, że "jest na ślubie przyjaciół za granicą", a jego zastępczyni Katarzyna Hejke nie podała powodów niestawiennictwa. Sakiewicz uznał decyzję sądu za "błędną i skandaliczną".

Prezes TVN Piotr Walter napisał do Sądu Okręgowego w Warszawie: "Zwracamy się do Wysokiego Sądu z apelem o niestosowanie wobec oskarżonych dziennikarzy tak drastycznych środków choć w pełni podtrzymujemy zarzuty wobec autorów szkalującego nas artykułu. Sugerowano w nim, że publikacja tak zwanych taśm Beger była sterowana przez służby specjalne. Stwierdzenie to było nieprawdziwe i łamało podstawowe standardy dziennikarskie. Nie było i nie jest jednak naszym celem doprowadzenie do pozbawienia wolności któregokolwiek dziennikarza."

Premier: Prześladowanie ludzi, którzy mają inne poglądy

"Mamy do czynienia z politycznym prześladowaniem ludzi, którzy mają inne poglądy, radykalnie odmienne od tych, które głosi dzisiejsza ekipa rządząca in spe i radykalne odmienne niż większość mediów" - mówił premier.

W jego opinii, taka decyzja sądu jest drastycznym naruszeniem wolności. Jak mówił, jeżeli samej zapowiedzi objęcia rządów przez Donalda Tuska towarzyszą takie "niebywałe decyzje, ze strony młodych, sądzę, że chcących zrobić jakąś szybką karierę funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości" to jest to "symptomatyczne i niesłychanie niepokojące".



"Będziemy się zajmowali monitorowaniem sprawy wolności mediów, bo szykuje się tutaj "putinada". Szykuje się "putinada", polegająca na tym, że ci, którzy mają poglądy inne niż ekipa rządząca, niż media, które wywierają dziś największy wpływ na opinię publiczną, tak jak "Gazeta Wyborcza", będą sekowani" - mówił J. Kaczyński.

Zdaniem premiera, ta sprawa jest niezwykle ważna dla przyszłości demokracji w Polsce. "W demokrację nie godzi walka z korupcją, w demokrację godzą tego rodzaju wyczyny" - zaznaczył premier.

Pytany, dlaczego za czasów jego rządów nie zniesiono przepisu w oparciu o który można zamykać dziennikarzy za słowo powiedział, że przepisy te są potrzebne. Nie ma powodu - mówił - by ludzie obrażani nie mogli się bronić w tym trybie.

Indagowany dlaczego łączy tę decyzję sądu właśnie z PO powiedział, że ludzie podejmujący takie decyzje kierują się tym co głosi partia, która będzie przy władzy.

"Ja nie mówię o bezpośrednim wpływie (PO na sąd - PAP), ja mówię o pewnej antycypacji, pewnym ustawianiu się młodego funkcjonariusza wymiaru sprawiedliwości, kandydata na sędziego" - powiedział.

J. Kaczyński ocenił, że do władzy dochodzi grupa, która stanowi realne zagrożenie dla demokracji. "Mamy liczne przesłanki, żeby sądzić, że z polską demokracją teraz tak naprawdę może być bardzo, ale to bardzo niedobrze, że prawa opozycji, wolnej prasy zostaną realnie ograniczone" - podkreślił.

Prezydent nie przemówi na pierwszym posiedzeniu Sejmu

jg
2007-11-02, ostatnia aktualizacja 2007-11-02 19:59

Prezydent Lech Kaczyński nie wygłosi przemówienia podczas inauguracyjnego posiedzenia Sejmu - poinformowały "Wydarzenia" Polsatu dodając, że taka sytuacja zdarzy się po raz pierwszy od 16 lat.

Zobacz powiekszenie
Fot. Mieczysław Michalak / AG Fot. Mieczysław Michalak / AG
Prezydent Lech Kaczyński
Materiał "Wydarzeń" telewizji Polsat:



- Prezydent będzie obecny i na otwarciu posiedzenia Sejmu, i na otwarciu posiedzenia Senatu, natomiast wystąpienie będzie miał w Senacie - powiedział Marcin Rosołowski z Kancelarii Prezydeta.

Politycy PiS, których o sprawę pytali dziennikarze "Wydarzeń" albo o braku wystąpienia prezydenta nie wiedzieli, albo nie chcieli tego komentować.- Czy przemówi, czy nie będzie przemówienia - to decyzja samego pana prezydenta, która w tym momencie jest dla mnie decyzją jeszcze nieznaną - powiedział marszałek senior Zbigniew Religa.

Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski zawsze występowali podczas inauguracyjnego posiedzenia Sejmu. - Mamy do czynienia z taką sytuacją, jak czasami dzieci w piaskownicy, pokazywaniu kto jest ważniejszy i kto ma lepsze zabawki - komentował poseł SLD Ryszard Kalisz.

Politycy PO byli w ocenach ostrożniejsi. - Jest to kwestia dobrego obyczaju i pewnych norm - mówił "Wydarzeniom" poseł PO Bronisław Komorowski.

Podczas otwarcia obrad Sejmu przewidziane jest natomiast przemówienie premiera Jarosława Kaczyńskiego.

Jerzy Kiciński nowym szefem ABW

awe, PAP
2007-11-02, ostatnia aktualizacja 2007-11-02 13:31

P.o. szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego jest Jerzy Kiciński, wieloletni oficer kontrwywiadu UOP i ABW - podała w piątek rzeczniczka ABW Magdalena Stańczyk. Potwierdziła, że Bogdan Święczkowski nie kieruje już Agencją. Jego dymisję przyjął premier.

Stańczyk potwierdziła nieoficjalne informacje PAP, że jeszcze 24 października Święczkowski podał się do dymisji, która weszła w życie w piątek. Powodów dymisji nie podano. Do dymisji podał się też jeden z trzech zastępców szefa ABW, płk Grzegorz Ocieczek; została ona przyjęta - dodała Stańczyk.

Rzeczniczka ABW poinformowała, że premier powierzył obowiązki szefa ABW 42-letniemu podpułkownikowi ABW Jerzemu Kicińskiemu. Dodała, że od grudnia 1991 r. służył on w Urzędzie Ochrony Państwa, a po jego rozwiązaniu - w ABW; w pionie operacyjnym kontrwywiadu. Według Radia Zet, Kiciński pracował ostatnio w departamencie bezpieczeństwa narodowego kancelarii premiera i "jest związany" z koordynatorem ds. służb specjalnych Zbigniewem Wassermannem.

Media spekulując od kilku dni o dymisji Święczkowskiego, podawały, że ma on wrócić do Prokuratury Krajowej, której członkowie są praktycznie nieusuwalni.

Zgodnie z ustawą o ABW, jej szefa powołuje oraz odwołuje premier po zasięgnięciu opinii prezydenta RP, rządowego Kolegium ds. Służb Specjalnych oraz sejmowej komisji ds. służb specjalnych. Premier może czasowo powierzyć obowiązki szefa ABW.

Święczkowski nie jest już szefem ABW

awe, PAP
2007-11-02, ostatnia aktualizacja 2007-11-02 13:25
Zobacz powiększenie
Bogdan Święczkowski - szef ABW
Fot. Krzysztof Miller / AG

Bogdan Święczkowski nie jest już szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego - dowiedziała się PAP w dobrze poinformowanych źródłach związanych ze służbami specjalnymi P.o. szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego został Jerzy Kiciński, wieloletni oficer kontrwywiadu UOP i ABW - podała rzeczniczka ABW Magdalena Stańczyk. Potwierdziła, że Bogdan Święczkowski nie kieruje już Agencją. Jego dymisję przyjął premier.

Stańczyk potwierdziła nieoficjalne informacje PAP, że jeszcze 24 października Święczkowski podał się do dymisji, która weszła w życie w piątek. Powodów dymisji nie podano. Do dymisji podał się też jeden z trzech zastępców szefa ABW, płk Grzegorz Ocieczek; została ona przyjęta - dodała Stańczyk.

Media spekulując od kilku dni o dymisji Święczkowskiego, podawały, że ma on wrócić do Prokuratury Krajowej, której członkowie są nieuswalni, natomiast ABW ma kierować tymczasowo jego zastępca Marek Wachnik. Na razie nie ma oficjalnego potwierdzenia tych informacji.

Zgodnie z ustawą o ABW, jej szefa powołuje oraz odwołuje premier po zasięgnięciu opinii prezydenta RP, rządowego Kolegium ds. Służb Specjalnych oraz sejmowej komisji ds. służb specjalnych. Premier może czasowo powierzyć obowiązki szefa ABW.

Od września 2006 r. Święczkowski (wcześniej szef Biura ds. Przestępczości Zorganizowanej w Prokuraturze Krajowej) był p.o. szefem ABW. Na mocy decyzji premiera Jarosława Kaczyńskiego zastąpił on wtedy kierującego ABW od listopada 2005 r. Witolda Marczuka (dziś szefa Służby Wywiadu Wojskowego). Od października 2006 r. Święczkowski był już formalnie szefem ABW.

"ABW popełniała błędy"

W okresie jego rządów, Agencja była oskarżana o upolitycznienie działań, zwłaszcza po samobójczej śmierci Barbary Blidy podczas zatrzymywania jej 25 kwietnia przez ABW oraz po oskarżeniach b. szefa MSWiA Janusza Kaczmarka o nadużywanie podsłuchów.

Święczkowski przyznawał, że ABW popełniła "pewne błędy" podczas zatrzymania Blidy (był on nawet na krótko urlopowany przez premiera do czasu zbadania okoliczności śmierci byłej posłanki SLD). Zarazem wiele razy odrzucał zarzuty o upolitycznieniu ABW.

Odpierając zarzuty o bezzasadne stosowanie podsłuchów, ABW podkreślała, że może je zakładać przy "każdym przestępstwie, które godzi w bezpieczeństwo państwa" - a taka sytuacja miała, zdaniem ABW, miejsce w przypadku podejrzenia utrudnienia śledztwa i składania fałszywych zeznań przez Janusza Kaczmarka.

Jako szef ABW Święczkowski pozostawał w cieniu i rzadko udzielał wypowiedzi prasie; nieliczne były jego konferencje prasowe. We wrześniu, wraz z szefem CBA Mariuszem Kamińskim zaprzeczał, by podczas lipcowej akcji CBA wobec Ryszarda Krauzego, miało dojść do jej przerwania po telefonie biznesmena do prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Wtedy też Święczkowski zinterpretował podsłuchane słowa Konrada Kornatowskiego o Krauzem jako "największym płatniku", że Krauze opłaca b. szefa policji. Gdy we wrześniu w spocie wyborczym PO pojawił się biznesmen dzwoniący w trakcie akcji służb specjalnych do prezydenta i sugerujący, że miał on zlecić rzekome wstrzymanie akcji - ABW podawała, że rozważa "podjęcie stosownych kroków prawnych".

"Godzilla" od Ziobry

37-letniego Święczkowskiego, zwanego przez przyjaciół "Godzillą" z racji potężnej budowy ciała, do Prokuratury Krajowej ściągnął minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, z którym zna się on jeszcze z czasów studiów. Urodził się w 1970 r. w Sosnowcu. W latach 1989-1994 studiował prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. W latach 1994-1996 był aplikantem prokuratorskim w Prokuraturze Rejonowej w Tychach. W latach 1996-1998 pracował w Prokuraturze Rejonowej w Sosnowcu, w latach 1998-2000 - w Prokuraturze Rejonowej w Sosnowcu, a w latach 2001-2005 - w Prokuraturze Okręgowej w Katowicach.

Od lutego do lipca 2001 r. pracował jako prokurator delegowany do Ministerstwa Sprawiedliwości w zespole zajmującym się "mafią wyszkowską". Potem wrócił do Prokuratury Okręgowej w Katowicach, gdzie pracował wydziale śledczym oraz w wydziale ds. zwalczania przestępczości zorganizowanej. Od listopada 2005 r. Święczkowski był wiceszefem Biura ds. Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Krajowej, a od stycznia 2006 r. - jego szefem. Nadzorował najpoważniejsze śledztwa dotyczące zorganizowanych grup przestępczych oraz najpoważniejszej przestępczości o charakterze finansowym i ekonomicznym.

NHL: Red Wings wygrywają, a Wolski punktuje

ceg, pap
2007-11-02, ostatnia aktualizacja 2007-11-02 11:56

11. zwycięstwo w sezonie ligi NHL, a siódme z rzędu, odnieśli hokeiści Detroit Red Wings, pokonując na wyjeździe 4:1 Calgary Flames. Dwie bramki dla "Czerwonych Skrzydeł" zdobył Henrik Zetterberg, powiększając swój dorobek w obecnych rozgrywkach do 12 trafień.

Zetterberg, który zdobył punkty w 14. z rzędu meczu, najpierw zapewnił swojemu zespołowi prowadzenie 2:1, wpisując się na listę strzelców w 11. minucie, a następnie ustalił wynik meczu w trzeciej tercji (w 54 min).

Autorami pozostałych goli dla gości byli: na 1:1 wyrównał Jiri Hudler (10.), a na 3:1 podwyższył Daniel Cleary (46.). Po dwie asysty odnotowali Paweł Daciuk i Niklas Lidstroem. Bramkarz Chris Osgood udanie interweniował 26 razy, a pokonał go tylko Alex Tanguay (6.), zapewniając Flames prowadzenie 1:0.

W Denver miejscowy zespół Colorado Avalanche pokonał 3:2 Pittsburg Penguins, dzięki czemu z dorobkiem 16 punktów prowadzi w tabeli Northwest Division.

Mecz rozpoczął się dobrze dla "Pingwinów", które prowadziły po pierwszej tercji 2:0 dzięki trafieniom najskuteczniejszego hokeisty NHL w ubiegłym sezonie - Sydneya Crosby'ego (11. i 19.), a dwukrotnie Siergiej Gonczar.

W drugiej części gry do głosu doszli jednak gospodarze, uzyskując trzy gole po strzałach: Johna-Michaela Lilesa (31.), urodzonego w Zabrzu ale grającego z kanadyjskim paszportem - Wojtka Wolskiego (32.) oraz Bena Guite'a (34.).

Wolski zdobył punkty w ósmym z rzędu meczu, a taka seria zdarzyła mu się po raz pierwszy w karierze. Natomiast Avalanche po raz pierwszy w historii klubu są niepokonani w sześciu pierwszych występach przed własna publicznością.

W Ottawie miejscowi Senators - najlepszy zespół Konferencji Wschodniej - prowadził już 5:0 z Atlanta Thrashers, zanim w trzeciej tercji zrobiło się 5:4, za sprawą fantastycznej gry Ilii Kowalczuka, który zdobył trzy z czterech goli. W końcówce goście wycofali bramkarza, ale skończyło się to trafieniem Daniela Alfredssona i wygraną "Senatorów" 6:4.

Czwartkowe mecze NHL:

Boston Bruins - Buffalo Sabres 4:3 po dogrywce
NY Islanders - Tampa Bay Lightning 4:0
New York Rangers - Washington Capitals 2:0
Montreal Canadiens - Philadelphia Flyers 5:2
Anaheim Mighty Ducks - Columbus Blues Jackets 2:1 po karnych
Minnesota Wild - St. Louis Blues 2:3
Colorado Avalanche - Pittsburgh Penguins 3:2
Calgary Flames - Detroit Red Wings 1:4
Ottawa Senators - Atlanta Thrashers 6:4
Vancouver Canucks - Nashville Predators 0:3.

Tracy McGrady 47!

ceg
2007-11-02, ostatnia aktualizacja 2007-11-02 12:03
Zobacz powiększenie
Tracy McGrady w otoczeniu obrońców Utah
Fot. Douglas C. Pizac AP

Skrzydłowy Houston Rockets Tracy McGrady zdobył aż 47 punktów, a jego zespół pokonał na wyjeździe Utah Jazz 106:95. Gracze Jazz nie potrafili powstrzymać gwiazdora Rockets, który już w pierwszej kwarcie rzucił 13 z 24 punktów swojego zespołu.

SERWISY
W drugiej połowie gospodarze kilkakrotnie zrywali się do ataku i odrabiali straty. Ale wówczas do akcji wkraczał McGrady. Kiedy za dwa punkty trafił Mehmet Okur (89:82 dla Rockets), McGrady odpowiedział trójką. Później Utah przegrywało tylko 91:96, ale rewelacyjny skrzydłowy Rockets wykorzystał dwa wolne. W całym meczu trafił 17 z 27 rzutów z gry i 11 z 14 z linii rzutów wolnych. McGrady miał też cztery zbiórki i cztery asysty. A 47 punktów to nowy rekord sezonu. Poprzedni - 45 punktów - należał do Kobe Bryanta.

Houston zrewanżowało się Utah za porażkę w I rundzie zeszłorocznego play-off. W zespole gospodarzy najskuteczniejszy był Carlos Boozer - 30 punktów i 16 zbiórek.

Seattle Supersonics roztrwonili dziewięciopunktowe prowadzenie z końcówki trzeciej kwarty i przegrali u siebie z Phoenix Suns 99:106. Przez większość meczu dobrze grał nr 2 draftu Kevin Durant, ale w decydujących akcjach to jego złe zagrania dawały szansę na punkty dla Suns.

Durant zdobył 27 punktów, trafiając 11 z 23 rzutów z gry. Miał też pięć zbiórek, ale i sześć strat. Cztery minuty przed końcem jego rzut z półdystansu zmniejszył straty gospodarzy do trzech punktów (90:93). Za trzy punkty trafił Raja Bell, ale Durant za chwilę odpowiedział takim samym zagraniem. W kolejnej akcji, przy wyniku 93:98, w ataku piłkę zabrał mu jednak Shawn Marion, a następnie Durant popełnił faul ofensywny. Steve Nash trafił za trzy punkty i mecz został rozstrzygnięty. Nash zdobył w sumie 18 punktów i miał 12 asyst. Najlepszym strzelcem Phoenix był Amare Stoudamire - 23 punkty i 11 zbiórek.

W trzecim czwartkowym meczu Detroit Pistons pokonali na wyjeździe Miami Heat 91:80. Najlepszy mecz w karierze rozegrał Tayshaun Prince, który pod nieobecność Richarda Hamiltona (nie zagrał ze względu na sprawy rodzinne), zdobył 34 punkty (13/23 z gry) i miał 12 zbiórek. Chauncey Billups dodał 19 punktów i 11 asyst.

Heat, którzy występują bez rzucającego Dwyane'a Wade'a (przechodzi jeszcze rehabilitację) większość akcji mieli grać przez Shaquille'a O'Neala. Ale środkowy wielu piłek nie dostawał - w sumie oddał ledwie sześć rzutów, zdobył dziewięć punktów. Żadnego z nich w pierwszej połowie.

W zespole Heat zadebiutował Anfernee Hardaway - grał przez siedem i pół minuty. Oddał jeden niecelny rzut, miał dwie zbiórki i asystę.

"Złotka" przegrały z Brazylią 0-3

d,mm
Nie udał się polskim siatkarką start w Pucharze Świata. W swoim pierwszym meczu wyraźnie uległy Brazylii 0:3, tylko w ostatnim secie prowadząc z rywalkami wyrównaną walkę
Brazylijki dobrze rozpoczęły to spotkanie, szybko zdobywając kilkupunktowe prowadzenie. Korzystnie zaprezentowała się brazylijska libero Fabi, która umiejętnie przyjmowała ataki Małgorzaty Glinki. Po przerwie technicznej sytuacja na boisku praktycznie się nie zmieniła. Trochę lepiej zaczęła grać Glinka, ale rywalki umiejętnie blokowały lub przyjmowały jej ataki. Zawodniczki Marco Bonitty natomiast miały wielkie problemy z przyjęciem zagrywki rywalek. Przy stanie 13:7 dla Brazylii trener "Złotek" poprosił o czas.

Druga przerwa techniczna to 8:16 dla Brazylii i ciężkie chwile Marii Liktoras, która po drugiej stronie siatki miała za przeciwniczką świetnie dysponowaną i bardzo wysoką (193 cm) Fabianę.

W całym secie Polki popełniały błąd za błędem, nie będąc w stanie, ani skutecznie zagrać w obronie, ani wyprowadzić dobrego ataku. Punkty przez nie zdobywane bardziej były dziełem przypadku, niż konsekwentnej gry.

Pierwszą osdłonę tego spotkania wygrały wysoko, bo 25:12, Brazylijki.

Brazylijki mistrzyniami gry z kontry


Na początku drugiego seta doszło do zmiany sędziego. Zasłabł bowiem główny arbiter tego spotkania. Zamieszanie nie wpłynęło jednak w żaden sposób na grą Brazylijek, które prezentowały radosną i bardzo skuteczną siatkówkę. Udowodniły również, że są mistrzyniami gry z kontry - obnażyły bowiem wszystkie błędy polskiego bloku. Zeszły na przerwą techniczną prowadząc 8:5.

Po przerwie rywalki, grając na całej szerokości siatki, powiększały przewagę rozbijając kompletnie naszą grę obronną i zmuszając Marco Bonittę to poproszenia o czas na krótko przed przerwą techniczną.

Przerwa dała dużo, Polki wreszcie zaczęły grać skutecznie w ataku i zdobyły trzy punkty z rzędu zmniejszając przewagę rywalek do dwóch punktów (14:12). Ostatnie słowo należało jednak do Brazylijek, które na drugą przerwę techniczną zeszły prowadząc 16:12.

W końcówce seta Polki złapały wiatr w żagle i pokazały grę jakiej oczekiwali od nich kibice. Świetną zmianę dała Anna Podolec i "Złotka" zmniejszyły straty do dwóch punktów (19:17).

Brazylijki zachowały jednak zimną krew i pewnie straty odrobiły wygrywając drugiego seta 25:20.

Wyrównany trzeci set


Początek trzeciej części spotkania był wyrównany. Minimalnie lepsze były jednak Brazylijki, które na przerwę techniczną zeszły prowadząc 8:6. Fantastycznie grała Fabi, która pewnie broniła nawet w najtrudniejszych sytuacjach.

Przy stanie 12:8 dla rywalek Marco Bonitta poprosił o czas. Polki grały coraz lepiej w ataku, jednak gra w obronie i następujące po niej kontry Brazylijek były zabójcze. Druga przerwa techniczna to 16:11 dla siatkarek z kraju kawy.

Bardzo dobra zmianę ponownie dała Anna Podolec, która zdobyła kilka ważnych punktów i, grając razem z Glinką, znacząco wzmocniła siłę polskiego ataku.

Jednak to Brazylia była lepsza w całym meczu. Końcówkę ostatniej odsłony spotkania zagrały tak, jak cały mecz - spokojnie w obronie i skutecznie w ataku, pewnie wygrywając go 25:22, a cały mecz 3:0.

Boni: Za nazywanie mnie agentem będę podawał do sądu

jas, IAR
2007-11-02, ostatnia aktualizacja 2007-11-02 09:48
Zobacz powiększenie
Michał Boni
Mikołaj Tocki, wideo.gazeta.pl

Nie donosiłem ani nie stworzyłem zagrożenia dla działalności podziemnej - powiedział w "Poranku radia TOK FM" kadydat na ministra pracy rządzie Donalda Tuska Michał Boni. Dodał, że za sugestie, że był agentem, będzie wytaczał procesy.

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Surdziel / AG
Andrzej Celiński
Zobacz powiekszenie
Fot. Marcin Kucewicz / AG
Przemysław Gosiewski
ZOBACZ TAKŻE
- Zawsze zaznaczałem kolegom (z PO), że nie zamierzam brać udziału w konkretnych pracach rządowych - powiedział Boni. - Sytuacja się zmieniła, zaproszono mnie do współpracy w rządzie. i wtedy uznałem, że nie jest możliwe podjęcie tej współpracy bez uwolnienia i zdjęcia z siebie tego ciężaru, który nosiłem przez prawie 20 lat - dodał mówiąc o swoim wyznaniu o podpisaniu zobowiązania do współpracy ze służbami bezpieczeństwa.

Zaznaczył, że nie przyznał się do współpracy z powodów koniunkturalnych, gdyż o żadne funkcje się nie ubiegał.

- W tych sprawach, gdzie została przekroczona granica przyzwoitości i normalności będę występował na drogę sądową - powiedział Boni, pytany jak zamierza zareagować na sugestie, że był agentem SB.

Były minister pracy dodał, że otrzymał wiele głosów wsparcia m.in. od ludzi, którymi współpracował w antykomunistycznym podziemiu.

Gosiewski: Boni nie powinien zostać ministrem

Przemysław Gosiewski (PiS) powiedział w "Sygnałach Dnia", że Michał Boni nie powinien zostać ministrem w rządzie Donalda Tuska. Wicepremier, że podczas rządów Prawa i Sprawiedliwości osoby, które podpisały papiery o współpracy ze służbami bezpieczeństwa, nie pełniły funkcji państwowych.

Gość Polskiego Radia zastrzegł, że ocena przypadku Michała Boniego należy przede wszystkim do Platformy Obywatelskiej. Dodał, że zna Boniego jeszcze z początku lat 80. i jego zdaniem był to człowiek bardzo odważny. - Uważam jednak, że osoby, które były współpracownikami nie powinny pełnić najwyższych funkcji w państwie - podkreślił wicepremier.

Celiński: Wolę postawę Boniego niż szlify Wassermana

Andrzej Celiński powiedział, że zna osobiście Michała Boniego i bardzo go ceni jako człowieka. Poseł Lewicy i Demokratów, który był gościem Sygnałów Dnia, podkreślił, że wierzy w uczciwość tego polityka i jego zapewnienia, że na nikogo nie donosił.

Andrzej Celiński podkreślił, że Michał Boni - jako jeden z szefów podziemnego"Mazowsza" - wiedział bardzo dużo o opozycyjnych strukturach i gdyby rzeczywiście chciał posłać kogoś do więzienia mógł wsypać każdego. W opinii gościa "Sygnałow Dnia" Boni to jeden z najwybitniejszych zanwców polskiego rynku pracy. Jednak decyzja w prawie jego nominacji na ministra w należy DonaldaTuska. Odstąpienie od nominacji byłoby - zdaniem Celińskiego - zrozumiałe.

Gość Polskiego Radia wyraził opinię, że lustracja przyniosła Polakom więcej szkód, niż korzyści. Zauważył też, że woli ułomność postawy Michała Boniego niż prokuratorskie szlify Zbigniewa Wassermana w tym samym czasie.

Hiszpania: Brakuje nazwisk dwóch Polek na pomniku ku czci ofiar zamachów z 11 marca

jas, PAP
2007-11-02, ostatnia aktualizacja 2007-11-02 13:03
Zobacz powiększenie
Po 11 marca w Madrycie. Ludzie zapalają znicze w miejscu zamachu
Fot. Paul White / AP

Po wydaniu w środę wyroku sądowego w sprawie zamachów z 11 marca w Madrycie w Dniu Wszystkich Świętych i w Dniu Zadusznym już 10 tysięcy osób odwiedziło Pomnik ku Czci Ofiar Terroryzmu, który znajduje się blisko dworca kolejowego Atocha w stolicy Hiszpanii. Brakuje na nim nazwisk kilku ofiar, w tym dwóch Polek.

Zobacz powiekszenie
Fot. Peter Dejong / AP
Ciała zabitych na stacji Atocha. Madryt, 11 marca 2004 r.
GALERIA ZDJĘĆ
Dopiero teraz, prawie osiem miesięcy po oficjalnej inauguracji monumentu, okazało się, że na tablicy wyryto nazwiska tylko 183 ofiar śmiertelnych. Brakuje nazwisk ośmiu osób, z których prawie wszyscy to imigranci, w tym Polek - Danuty Teresy Szpili i Aliny Marii Bryk.

W zamachach terrorystycznych 11 marca 2004 zginęło 191 osób, w tym czworo Polaków. Według attache prasowej ambasady RP w Madrycie, Moniki Domańskiej, polska placówka podejmie interwencję w sprawie brakujących nazwisk Polek, jeżeli otrzyma do tego upoważnienie ze strony rodzin ofiar.

Jako pierwszy brakujące nazwisko na tablicy pamiątkowej zauważył młody Rumun, którego siostra, Livia Bogdan, zginęła w zamachach. "Była na wszystkich listach ofiar, jest oficjalną ofiarą zamachów z 11 marca - powiedział. - Nikt się z nami nie konsultował w sprawie umieszczenia jej nazwiska na pomniku. Po prostu się tam nie znalazło, a my chcieliśmy, aby było".

Zdumienie z powodu braku nazwiska na tablicy ofiar wyraził Polak upoważniony do reprezentowania męża Aliny Marii Bryk w sprawach związanych z 11 marca. Według niego, "nie ma najmniejszej wątpliwości, że rodzina ofiary chciała, aby jej nazwisko widniało na tablicy". Mieszkający obecnie w Polsce brat Danuty Teresy Szpili także jest zdziwiony. "Wymieniono ją na tablicy pamiątkowej umieszczonej na dworcu kolejowym w Alcala de Henares pod Madrytem, gdzie mieszkała, tymczasem nie ma jej na tablicy pomnika w Madrycie" - powiedział. Brat ofiary zapowiedział, że złoży skargę do władz miejskich Madrytu.

Według hiszpańskiego dziennika "El Mundo", z ośmiu brakujących nazwisk tylko w dwóch przypadkach rodziny ofiar nie zgodziły się na upublicznienie nazwisk.

Pomnik ku czci ofiar zamachów z 11 marca jest imponującą szklaną budowlą wysokości 11 m i szerokości 8 m, wzniesioną naprzeciwko dworca Atocha, gdzie wybuchły pierwsze bomby podłożone przez islamistów. Wewnątrz szklanej budowli znajduje się sala, gdzie umieszczono tablicę pamiątkową z nazwiskami ofiar.

Prezydent zmienia zarząd NBP

Patrycja Maciejewicz
2007-11-01, ostatnia aktualizacja 2007-11-01 19:43

Ekonomista z UW Zbigniew Hockuba będzie nadzorować kluczowy departament analiz w NBP. Do zarządu banku centralnego trafił też dawny współpracownik Lecha Kaczyńskiego z warszawskiego ratusza.

Nowych członków zarządu prezydent Kaczyński powołał w środę na wniosek prezesa NBP Sławomira Skrzypka.

Pierwszy z powołanych Zbigniew Hockuba ma nadzorować prace departamentu analiz makroekonomiczno-strukturalnych (DAMS). Z NBP odszedł dotychczasowy szef tego departamentu Adam Czyżewski, bliski współpracownik poprzedniego prezesa banku centralnego Leszka Balcerowicza.

DAMS to strategiczny departament. Opracowuje projekcje inflacji i PKB, które są ważnymi przesłankami dla Rady Polityki Pieniężnej przy podejmowaniu decyzji o stopach procentowych. Model ekonometryczny używany w obliczeniach uwzględnia obok twardych danych duży wkład wiedzy eksperckiej. Przebieg pewnych procesów w przyszłości, który wynika z modelu, może być korygowany na podstawie - jak to napisano w ostatniej projekcji - "intuicji ekonomicznej ekspertów NBP". Przykład: sezonowe zmiany cen żywności i obecny ich poziom sugerują, że w przyszłości będą one umiarkowanie rosły, eksperci uznają jednak, że zmiany cen będą gwałtowniejsze i korygują wyliczenia.

Jak ważny to departament, pokazuje dawny spór między Balcerowiczem a jego zastępcą Krzysztofem Rybińskim. Gdy się poróżnili (o "szeroko rozumianą politykę pieniężną" - relacjonował na swoim blogu Rybiński), Balcerowicz odebrał mu nadzór nad departamentami analitycznymi.

Zbigniew Hockuba jest profesorem UW, gdzie szefuje katedrze historii myśli ekonomicznej, i członkiem rady naukowej Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN. W PAN pod jego kierownictwem opracowywane są raporty makroekonomiczne o stanie polskiej gospodarki. W ostatnim z nich prognozuje się, że wzrost gospodarczy w tym roku wyniesie 6,8 proc., a RPP nie podniesie w tym roku już stóp, gdyż nie ma zagrożenia dla celu inflacyjnego. Tymczasem większość analityków bankowych spodziewa się podwyżki stóp w przyszłym miesiącu.

Hockuba ostatnio pełnił funkcję doradcy prezesa NBP Sławomira Skrzypka. Jego nazwisko pojawiało się na giełdzie potencjalnych kandydatów na szefa NBP po odejściu Leszka Balcerowicza. Wcześniej mówiono też, że zostanie doradcą ekonomicznym prezydenta.

Drugim nowym członkiem zarządu jest Jakub Skiba, który przechodzi do NBP z kancelarii premiera, gdzie był dyrektorem generalnym. To absolwent Krajowej Szkoły Administracji Publicznej, karierę urzędniczą rozpoczął w 1993 r. jako doradca ekonomiczny w NIK za czasów Lecha Kaczyńskiego. Potem współpracował z nim w ratuszu, gdy Kaczyński był prezydentem Warszawy (wówczas w ratuszu pracował też obecny szef NBP Sławomir Skrzypek).

Jest jednym z pomysłodawców wydziałów obsługi mieszkańców, które umożliwiają załatwienie sprawy w jednym miejscu, bez biegania po piętrach. Udało mu się usprawnić obsługę zmotoryzowanych warszawiaków - kolejki były mniejsze niż w innych miastach Polski.

- Jestem urzędnikiem, proszę nie robić ze mnie polityka. Wygrałem konkurs na dyrektora generalnego w kancelarii premiera - zastrzega w rozmowie z "Gazetą". - W NBP będę odpowiadał za sprawy administracyjne. To potężna instytucja, ma swój budżet, swoje kadry, budynki, informatykę - dodaje.

To nie koniec roszad. Z funkcją członka zarządu pożegnał się Józef Sobota szefujący departamentowi statystyki. To wieloletni współpracownik Leszka Balcerowicza. - Byłem członkiem zarządu pełne sześć lat, nadal będę zajmował się statystyką w NBP - powiedział Sobota "Gazecie".

To ostatni członek zarządu NBP, który objął swoje stanowisko jeszcze przed wejściem w życie ustawy ustalającej sześcioletnie kadencje dla członków zarządu banku centralnego. Nie musiał więc być odwołany. Jednak ustawa określa, że oprócz prezesa w zarządzie może być sześciu-ośmiu członków. Do wczoraj było ich siedmiu. Bez odwołania Soboty nie byłoby możliwe powołanie dwóch nowych członków.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Analitycy: Kurs dolara na granicy załamania

PAP, bci
2007-11-02, ostatnia aktualizacja 2007-11-02 13:23

Rekordowe spadki kursu dolara mogą przekształcić się w bardziej gwałtowną korektę, a to będzie wymagać interwencji USA, UE i Japonii na rynkach finansowych - oceniają analitycy Morgan Stanley.

"Możliwa jest skoordynowana interwencja na rynkach finansowych po tym gdy amerykański Fed zakończył obniżanie stóp procentowych, a EBC wstrzymał się z ich podwyższaniem" - napisali w komentarzu analitycy Morgan Stanley.

Oceniają oni, że trzy największe gospodarki świata prawdopodobnie nie zainterweniują na rynkach finansowych dopóki euro będzie poniżej 1,50 USD.

Rekordowa interwencja Fed

Wczoraj Fed dokonał największej interwencji od 11 września 2001 roku. Wpompował w system finansowy 41 miliardów dolarów, aby zabezpieczyć banki przed negatywnymi skutkami kryzysu na rynku kredytów hipotecznych.

Do interwencji, drugiej już w ciągu ostatnich sześciu tygodni, doszło na dzień po decyzji o obniżce głównej stopy procentowej o jedną czwartą punktu. Fed zdecydował się obniżyć koszty kredytów, aby pomóc spowalniającej gospodarce.

W sierpniu na największą jednorazową interwencję zdecydował się Europejski Bank Centralny. Wprowadził do obiegu międzybankowego dodatkowe 100 miliardów dolarów. Od tego czasu największe banki centralne starają się za wszelką cenę zmniejszyć koszty międzybankowych pożyczek.

Zdaniem szefa Fed Bena Bernanke, rynki wciąż potrzebują czasu, aby odrobić straty spowodowane kryzysem na rynku ryzykownych kredytów mieszkaniowych.

Kryzys hipoteczny zmusza Fed do działań, które osłabiają kurs dolara. Tymczasem indeks dolara, wskaźnik dla notowań USD wobec sześciu innych walut, spadł 31 października do 76,47, najniższego poziomu od 1973 r., gdy go wprowadzono.

Andrzej Olechowski kandydatem na szefa Orlenu

PAP, bci
2007-11-02, ostatnia aktualizacja 2007-11-02 11:07

Jeden z założycieli Platformy Obywatelskiej, jest kandydatem na stanowisko szefa Orlenu - dowiedział się dziennik "Polska". "Jego nazwisko krąży po korytarzach naszej firmy. Trudno dziś ocenić, czy byłoby to dobre rozwiązanie, ale na pewno jest to fachowiec" - potwierdza Ryszard Maliszewski, szef branżowego związku zawodowego w Orlenie.

O pomyśle słyszał też Marek Sawicki, jeden z kandydatów PSL do rządu. "Będziemy rozmawiać o tej kandydaturze z Platformą Obywatelską" - zdradza dziennikowi.

Andrzej Olechowski to jedna z ważniejszych postaci polskiego życia politycznego lat 90. Był m.in. ministrem finansów i szefem MSZ. W przerwach swej politycznej kariery zajmował się biznesem, pracował w kilkudziesięciu radach nadzorczych, doradzał inwestorom i rządom. W 2001 r. był jednym z założycieli Platformy Obywatelskiej. Wycofał się z życia politycznego po przegranych wyborach na prezydenta Warszawy w 2003 r. Miał za złe Donaldowi Tuskowi, że poprowadził partię na prawo, zamiast szukać pola do współpracy z lewicą. W ostatnich wyborach parlamentarnych poparł kandydata LiD do senatu Roberta Smoktunowicza. Do 2006 r. zasiadał w radzie nadzorczej Orlenu.

W płockim gigancie Olechowski miałby zastąpić Piotra Kownackiego kojarzonego ze środowiskiem PiS. Od kilku miesięcy stanowczo lobbował on za połączeniem z gdańskim Lotosem, co - zdaniem ministra skarbu Wojciecha Jasińskiego - lepiej zabezpieczałoby polski interes energetyczny.

Według dziennika "Polska", nowa koalicja ma inne plany. PO i PSL chcą, by koncerny działały samodzielnie, ale założyły spółkę do pozyskiwania i eksploatacji złóż ropy. Taka minifuzja znacząco obniżyłaby koszty funkcjonowania firm (np. redukcja niektórych działów), a wspólna eksploatacja złóż zapewniłaby dostawy ropy do Polski.

Ta na razie bardzo mglista koncepcja przyszłego gabinetu ma się wykrystalizować za kilka miesięcy, gdy nowy minister skarbu dokładnie przeanalizuje dokumenty spółek. Politycy nie chcą na razie zdradzać szczegółów i ganią się nawzajem za podawanie dziennikarzom informacji o swoich zamysłach - zauważa dziennik.

"Jest to trochę odgrzewanie starych kotletów, bo już w 2005 r. Orlen, Lotos i PGNiG podpisały umowę o współpracy przy pozyskiwaniu ropy i gazu. Nic jednak wtedy z tego nie wyszło i dlatego pomysł nowego rządu, by ożywić tę koncepcję to krok w dobrym kierunku" - mówi dziennikowi "Polska" Tomasz Chmal, ekspert ds. paliw w Instytucie Sobieskiego.

Gdzie są mieszkania poniżej 4 tys. zł za m kw.?

mawi
2007-10-31, ostatnia aktualizacja 2007-10-31 13:46

W Warszawie, Trójmieście czy we Wrocławiu coraz trudniej jest znaleźć używane mieszkanie za mniej niż 6 tys. zł za m kw. Za to w Katowicach w ofertach tanich mieszkań można przebierać jak w ulęgałkach

Zobacz powiekszenie
ILE KOSZTUJE METR KWADRATOWY MIESZKANIA
ILE KOSZTUJE METR KWADRATOWY MIESZKANIA
Chcesz kupić mieszkanie lub dom? Przeszukaj nasze oferty

Chcesz sprzedać mieszkanie? Dodaj ogłoszenie w naszym serwisie



Nie dość, że w stolicy Górnego Śląska mieszkania na rynku wtórnym są najtańsze, to na dodatek we wrześniu potaniały jeszcze bardziej - wynika z najnowszego raportu firmy doradczej Reas i serwisu GazetaDom.pl. W żadnej innej dużej aglomeracji nie ma tak dużej oferty mieszkań w cenie poniżej 4 tys. zł za m kw. W Katowicach jest ich już 65 proc.! Dla porównania - w Warszawie, Krakowie i Trójmieście znalezienie takiego mieszkania graniczy niemal z cudem.

Ale choć podawane najczęściej przez analityków średnie ceny mieszkań w większości największych aglomeracji mogą przyprawiać o zawrót głowy, nie oznacza to, że w każdym z tych miast nie da się znaleźć o wiele tańszego lokum. Na przykład w Warszawie mieszkania kosztują średnio grubo ponad 9 tys. zł za m kw. Autorzy raportu zwracają jednak uwagę, że na tę cenę składają się oferty od 3,9 tys. zł za m kw. na Targówku czy Pradze-Południe do ponad 20 tys. zł za m kw. głównie w Śródmieściu. Niewątpliwie średnią zawyża 31 proc. mieszkań w cenie powyżej 10 tys. zł za m kw. Jednak prawie jedną czwartą ofert stanowią mieszkania oferowane za 6-8 tys. zł za m kw., czyli znacznie poniżej średniej.

Podobnie jest w innych aglomeracjach. We Wrocławiu według danych serwisu GazetaDom.pl średnia cena we wrześniu wynosiła niespełna 7,4 tys. zł za m kw. Mniej więcej tyle (6-8 tys. zł za m kw.) kosztowało tu 58 proc. oferowanych mieszkań. Ale można tu znaleźć mieszkania o wiele tańsze. Ok. 16 proc. z nich kosztuje od 4 do 6 tys. zł za m kw. Z kolei w Krakowie, który dorównuje średnią cen Warszawie, niemal co dziesiąte mieszkanie kosztuje 4-6 tys. zł za m kw.

Niestety, tych tańszych mieszkań ubywa z każdym miesiącem. Największą zmianę na rynku widać w Trójmieście. Udział ofert w cenie dużo poniżej średniej (4-6 tys. zł za m kw.) spadł tu z 33 proc. w czerwcu do 20 proc. we wrześniu.

Źródło: Gazeta Wyborcza