piątek, 15 lutego 2008

Uszkodzony amerykański satelita może spaść na Polskę

Piotr Gillert, agiel, pap 15-02-2008, ostatnia aktualizacja 15-02-2008 21:58

Amerykanie zestrzelą satelitę szpiegowskiego, nad którym stracili kontrolę. Czy może spaść na Polskę? Pentagon zapewnia "Rz": Polska nie jest w strefie szczególnego zagrożenia - pisze nasz korespondent z Waszyngtonu.

źródło: Rzeczpospolita
autor zdjęcia: Bartłomiej Kudowicz
źródło: Fotorzepa

Amerykański satelita szpiegowski wielkości furgonetki krąży wokół Ziemi jak setki innych satelitów, z jedną małą różnicą: nie ma z nim żadnego kontaktu. Po raz pierwszy władze Stanów Zjednoczonych podały tę wiadomość w zeszłym miesiącu, teraz jednak postanowiły, że niebezpieczny obiekt krążący wysoko nad naszymi głowami trzeba będzie zestrzelić. Pentagon planuje wystrzelenie specjalnie zmodyfikowanej w tym celu rakiety na początku marca.

Informacja ta zelektryzowała polskich polityków. Minister obrony narodowej ogłosił podwyższony stan gotowości bojowej od przyszłego tygodnia. – Czuwamy. Trzymamy rękę na pulsie – oświadczył Bogdan Klich. Gen. Franciszek Gągor, szef Sztabu Generalnego WP, tłumaczył, że oznacza to wzmocnienie elementów systemu reagowania, sprawdzenie systemów łączności, stały kontakt z instytucjami NATO, jak również z ambasadą amerykańską. – Musieliśmy uruchomić rutynowe procedury, ale prawdopodobieństwo, że ten satelita miałby spaść na Polskę, jest jak jeden do miliona. W ciągu kilku dni pewnie się okaże, że całe to zamieszanie jest śmiechu warte – mówi "Rz" jeden z ministrów w Kancelarii Premiera. Donald Tusk nie przerwał urlopu, ale na bieżąco jest informowany.

Gen. Roman Polko z Biura Bezpieczeństwa Narodowego też uważa, że prawdopodobieństwo, iż satelita spadnie na Ziemię, wynosi najwyżej 25 procent. – Ale nawet jeśli, dotyczy to przestrzeni dwóch boisk piłkarskich – powiedział "Rz".

Doradca ds. bezpieczeństwa narodowego USA James Jeffrey tłumaczy, że w ciągu ostatnich trzydziestu kilku lat wiele satelitów spadało na Ziemię, nie robiąc nikomu krzywdy. – Ale to, co sprawia, iż ten przypadek jest nieco inny, to prawdopodobieństwo, że, rozpadając się, satelita mógłby wypuścić do atmosfery duże ilości toksycznych gazów – wyjaśnił.

Chodzi o używaną do napędu silnika satelity hydrazynę. Ta gęsta, bezbarwna, żrąca i oleista ciecz jest toksyczna i groźna dla środowiska. W wysokich temperaturach przechodzi w stan gazowy. Zdaniem Jeffreya nie można całkowicie wykluczyć scenariusza wydarzeń, w którym szczątki – być może toksyczne – spadłyby na gęsto zaludnione tereny, powodując śmierć ludzi. Dlatego prezydent Bush w porozumieniu z Pentagonem uznał, że należy podjąć próbę zestrzelenia satelity.

Na pytanie "Rz", czy nasz kraj jest w strefie szczególnego zagrożenia w razie upadku szczątków satelity na Ziemię, rzecznik Pentagonu major Patrick Ryder odpowiedział przecząco. – Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, gdzie spadłby ten satelita, nawet w dużym przybliżeniu, i dlatego właśnie postanowiliśmy go zestrzelić: by zminimalizować i tak niewielkie prawdopodobieństwo, że wyrządzi jakieś szkody. Chcemy dopilnować, by jego fragmenty spadły w stosownym rejonie, czyli do morza – powiedział "Rz".

Polska jest jednym w wielu krajów, jakie Amerykanie poinformowali o potencjalnym zagrożeniu. – Władze USA poinformowały rządy innych państw o całej sytuacji i związanym z nią ryzyku. Uczyniliśmy to od razu – wyjaśnił nam Ryder.

Jak potwierdził zastępca szefa Sztabu Generalnego generał James Cartwright, umieszczony na orbicie w grudniu 2006 roku satelita bardzo szybko utracił wszelki kontakt z Ziemią. Jak wyjaśnił nam jeden z ekspertów, satelita ma niewielki silniczek, dzięki któremu można nim sterować tak, by po zakończeniu misji spadł w bezpiecznym rejonie. Normalnie robi się to nad Pacyfikiem. Ale przy braku łączności radiowej sterowanie jest niemożliwe.

Według generała Cartwrighta satelita waży około 2,5 tony, z czego co najmniej połowa przetrwałaby wejście w atmosferę. Cartwright przypomniał, że podczas katastrofy promu Columbia w 2003 roku zbiornik z hydrazyną przetrwał i wylądował w całości na Ziemi (w Teksasie). Podczas eksplozji prom był jednak u końca swej misji i zbiornik był niemal pusty.

Jak zapewnia Jeffrey, prawdopodobieństwo, że tym razem komukolwiek mogłoby się coś złego przytrafić, jest minimalne. Na wszelki wypadek rząd Stanów Zjednoczonych zapewnił jednak, że pokryje ewentualne szkody wyrządzone przez spadające fragmenty instalacji.

– Bez względu na to, czy próba zestrzelenia powiedzie się czy nie, USA gotowe są udzielić pomocy innym rządom w celu zadośćuczynienia szkodom wyrządzonym przez szczątki satelity – oświadczyła w piątek ambasador USA przy Konferencji Rozbrojeniowej w Genewie Christina Rocca.

Do pokrycia strat zobowiązuje Amerykanów zawarta w 1972 roku międzynarodowa konwencja, której Stany Zjednoczone są sygnatariuszem.

Położenie satelity: http://www.n2yo.com/?s=29651

S. Kazmierczak sprawcą masakry na uniwersytecie w Illinois

jas, PAP
2008-02-15, ostatnia aktualizacja 2008-02-15 21:18

Sprawcą strzelaniny na Uniwersytecie Northern Illinois (NIU) w czwartek był 27-letni były student socjologii tej uczelni Steven Kazmierczak - poinformowała w piątek miejscowa policja. Zabił on pięcioro studentów, zanim odebrał sobie życie.

Zobacz powiekszenie
Student socjologii Steven Kazmierczak zabił pięć osób zanim sam popełnił samobójstwo
ZOBACZ TAKŻE
Szef policji Donald Grady określił zabójcę jako "bardzo dobrego studenta", który w 2006 r. otrzymał nagrodę dziekana wydziału socjologii, na którym studiował. "Wydawał się całkiem normalny" - powiedział, dodając, że motywy jego czynu są na razie nieznane.

Kazmierczak nie był karany, ani aresztowany; nigdy też nie wykryto u niego zaburzeń psychicznych. Pozwoliło mu to bez trudu kupić broń palną. Trzy sztuki takiej broni nabył w poprzednią sobotę, a więc na pięć dni przed masakrą. Zdaniem władz wskazuje to, że planował masowe zabójstwo na co najmniej kilka dni wcześniej.

Sprawca, ubrany na czarno i w czarnej masce na twarzy, wszedł w czwartek na teren uniwersyteckiego kampusu i około godz. 15.15 zaczął strzelać do około 120 studentów zgromadzonych w jednej z sal na zajęciach z geologii.

Ze strzelby i pistoletu oddał 54 strzały, co najmniej raz przeładowując broń. Zabił pięciu studentów i ranił 17, po czym sam się zastrzelił. Studenci - świadkowie masakry opowiadają, że strzelał z wyrazem twarzy nie wyjawiającym żadnych uczuć.

Kazmierczak otrzymał bakalaureat (najniższy stopień naukowy w szkolnictwie anglosaskim) w NIU na wiosnę ub.r., a w obecnym roku akademickim studiował na Uniwersytecie Illinois w Urbana na studiach magisterskich. Studenci tej uczelni opowiadają, że w ostatnich tygodniach zachowywał się "dziwnie i nieobliczalnie".

Szef policji Grady powiedział na konferencji prasowej, że zabójca "brał leki", ale nie chciał ujawnić jakie. W grudniu NIU zamknięto na jeden dzień po otrzymaniu sygnałów, że uczelni grozi podobna tragedia, jak na Virginia Tech w kwietniu 2007 r., kiedy student tej szkoły, koreańskiego pochodzenia, zabił ponad 30 osób.

Zajęcia na NIU jednak wznowiono, kiedy po dochodzeniu uznano, że nie ma bezpośredniego zagrożenia.

25 lat dla "Krakowiaka" i "Oczki"

2008-02-13 14:39
Na 25 lat więzienia skazał w środę Sąd Okręgowy w Katowicach Janusza T., ps. Krakowiak w najważniejszym procesie jego grupy. Zgodnie z wyrokiem, będzie on mógł się ubiegać o warunkowe przedterminowe zwolnienie najwcześniej po 20 latach.


Komentarz audioPosłuchaj: Wyrok ws. Krakowiaka
Zgodnie z orzeczeniem, dopiero po 30 latach może wyjść na wolność skazany na dożywocie Zdzisław Ł., ps. Zdzicho, uważany za egzekutora gangu. Karę 25 lat więzienia sąd wymierzył byłemu szefowi mafii szczecińskiej Markowi M., ps. Oczko, za zlecenie ludziom "Krakowiaka" zabójstwa konkurenta na Wybrzeżu.

Pozostałym 28 oskarżonym sąd wymierzył kary od 3,5 roku w zawieszeniu do 10 lat bezwzględnego pozbawienia wolności. Wyrok w zawieszeniu dostał jedynie Andrzej K., który przyznał się do większości zarzutów i szczegółowo opisał popełniane przez siebie i dawnych kompanów przestępstwa.

Zakończony proces był jedną z największych w Polsce spraw przeciwko zorganizowanej przestępczości. Oskarżeni odpowiadali za najpoważniejsze przestępstwa - m.in. cztery zabójstwa, rozboje, handel bronią i narkotykami. Sprawa toczyła się przed katowickim sądem siedem lat. Jej akta liczą 184 tomy, przed sądem przesłuchano 180 świadków, w tym czterech świadków koronnych.

Akt oskarżenia opisuje 57 zarzutów, od niektórych oskarżeni zostali uniewinnieni. Sam wyrok, bez uzasadnienia, sędzia Grażyna Łukaszewicz odczytywała przez dwie godziny, w tym same zarzuty - przez godzinę. Orzeczenie jest nieprawomocne. Część obrońców zapowiadała, że zwróci się o pisemne uzasadnienie i rozważy apelację.

"Krakowiak", który na początku procesu groził sądowi, środowego orzeczenia wysłuchał ze spokojem, podobnie jego kompani. Prokurator domagał się dla niego dożywocia, z zastrzeżeniem, że o zwolnienie mógłby on się starać po 50 latach. Podobnej kary oskarżyciel żądał dla "Zdzicha".

W środowym wyroku sąd potwierdził, że Janusz T. założył i kierował związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym. Tylko za to przestępstwo dostał 5 lat więzienia. Karę 25 lat pozbawienia wolności sąd wymierzył mu za przyjęcie od "Oczki" zlecenia zabójstwa Białorusina Wiktora F. Do zbrodni tej doszło w 1997 r. Do F. strzelał "Zdzicho" - wynika z ustaleń prokuratury i sądu. Zdzisław Ł. został za tę zbrodnię skazany na dożywocie, "Oczko" - na 25 lat więzienia za jej zlecenie.

Drugie dożywocie sąd wymierzył "Zdzichowi" za mord na właścicielu kantoru w Przemyślu w 1997 roku, zaś od dokonania w tym samym roku kolejnego morderstwa, na inkasencie krakowskiej firmy "Rovita", uniewinnił oskarżonego.

Za zabójstwo - właściciela kantoru ze Stalowej Woli - odpowiadał przed sądem także "Krakowiak". Sąd uniewinnił go z tej zbrodni. Janusz T. usłyszał jednak słowo "winny" przy większości postawionych mu zarzutów, chodzi m.in. o zlecanie podwładnym przestępstw, przede wszystkim napadów rabunkowych.

Nie wiadomo, jakimi motywami kierował się sąd wydając taki wyrok - uzasadnienie orzeczenia było tajne ze względu na zeznania świadków koronnych.

Liczący ponad 300 stron akt oskarżenia w głównym procesie gangu "Krakowiaka" katowicka prokuratura przesłała do sądu w czerwcu 2000 r. Wcześniej w śledztwie przesłuchano ponad 600 świadków. Proces ruszył w lutym 2001 roku w specjalnie przygotowanej sali na terenie koszar policji w Katowicach. Wtedy na ławie oskarżonych zasiadło 36 osób. Jeden z oskarżonych w trakcie procesu zmarł, sprawy czterech innych wyłączono do odrębnych postępowań.

Wiele rozpraw było utajnionych ze względu na zeznania świadków koronnych, dzięki którym policji i prokuraturze udało się rozbić gang i poznać jego strukturę. W procesie zeznawało czterech świadków koronnych - dwóch do sprawy gangu "Krakowiaka" i dwóch, którzy uzyskali ten status w innych procesach, m.in. Jarosław S., ps. Masa.

Proces od początku napotykał na wiele trudności, dwa razy musiał być rozpoczynany od początku. Po raz pierwszy został zawieszony już po dwóch rozprawach w lutym 2001 r. Główny oskarżony zachowywał się wtedy jak osoba chora psychicznie. Po awanturach, jakie wywoływał na sali rozpraw, został skierowany na badania. Janusz T. trafił na krótko do szpitala psychiatrycznego przy Areszcie Śledczym we Wrocławiu. Po kilku tygodniach lekarze uznali, że nic nie stoi na przeszkodzie, by mógł odpowiadać przed sądem. Po wznowieniu sprawy prokurator po raz drugi odczytał akt oskarżenia w lipcu 2001 roku.

W 2003 r. okazało się, że jeden z czterech świadków koronnych w tej sprawie - Włodzimierz C. założył własny gang, specjalizujący się w porwaniach dla okupu. C. stracił status świadka koronnego, wznowiono zawieszone przeciwko niemu śledztwo, a później oskarżono i skazano.

Bez większych przeszkód sprawa toczyła się do 2004 r. Wtedy zachorowała ławniczka. Powstał poważny problem, bo drugi ławnik, zapasowy, półtora roku wcześniej zrezygnował z uczestniczenia w rozprawach i wyjechał za granicę. Trzeba było wylosować nowy skład ławników i powtórzyć ponad 130 rozpraw. Po wylosowaniu nowego składu orzekającego proces wznowiono w styczniu 2005 r.

Gang "Krakowiaka" był - zdaniem prokuratury - jedną z najgroźniejszych grup przestępczych działających w kraju. Według ustaleń śledczych, grupa działała od 1991 do 1999 roku, głównie w południowej Polsce i - jak zeznawali świadkowie koronni - w szczytowym okresie działalności liczyła około 300 osób.

Według prokuratury, gang miał ustaloną strukturę i hierarchię, z niekwestionowanym przywódcą i "organami" wyznaczonymi do poszczególnych zadań - np. "egzekutor" zajmował się zabójstwami i wyznaczaniem kar niepokornym gangsterom, "skarbnik" dbał o pomoc prawną dla aresztowanych członków grupy i ich rodzin.

Poza głównym aktem oskarżenia przeciwko członkom grupy do sądów trafiło blisko 20 innych. Niektóre sprawy zakończyły się już wyrokami. Np. w listopadzie 2006 roku katowicki sąd skazał Janusza T. na 25 lat więzienia, a "Zdzichowi" wymierzył karę dożywocia. Sprawa dotyczyła śmierci czterech osób i planowania zabójstwa trzech kolejnych - policjanta, prokuratora i świadka koronnego.

W listopadzie ubiegłego roku katowicki sąd apelacyjny zmienił tamten wyrok, skazując Janusza T. - już prawomocnie - na 15 lat więzienia za zlecenie napadu i pobicia oraz za podżeganie do zabójstwa świadka koronnego. Zgodnie z decyzją sądu apelacyjnego, najważniejsze zarzuty, stawiane szefowi grupy i innym oskarżonym, muszą zostać zbadane w ponownym procesie.

W grudniu 2005 były świadek koronny Włodzimierz C. został skazany na 14 lat więzienia, m.in., za kierowanie gangiem.

pap, ss

Prokuratura odwołała się od decyzji ws. chorego Jasia

2008-02-14 20:30
Lubelska prokuratura odwołała się od orzeczenia sądu o wydaniu Białorusi 10-miesięcznego chorego na mukowiscydozę chłopca, obywatela tego kraju urodzonego w Polsce.

"Sporządziliśmy i złożyliśmy apelację od decyzji lubelskiego sądu o wydaniu dziecka Białorusi. Będzie ją rozpatrywać Sąd Okręgowy" - poinformowała rzeczniczka prokuratury okręgowej w Lublinie Beata Syk-Jankowska.

Prokuratura wystąpiła już do sądu z wnioskiem o wstrzymanie wykonania orzeczenia o wydaniu chłopca Białorusi. Dziecko od wtorku przebywa w szpitalu w Gdańsku. Jest chore na nieuleczalną chorobę - mukowiscydozę. Jego matka, Białorusinka, po urodzeniu dziecka zrzekła się praw do niego.

Prokuratura zamierza też ustalić tożsamość ojca dziecka. Jak powiedziała Syk-Jankowska, w czwartek po południu została przesłuchana w tej sprawie matka chłopca. Rzeczniczka nie ujawniła treści zeznań kobiety.

Według prokuratury, nie można wykluczyć, że ojcem chłopca jest Polak, a jeśli tak, to dziecko miałoby podwójne obywatelstwo, polskie i białoruskie.

Matka dziecka w czwartek w rozmowie z "Faktami" TVN powiedziała, że ojcem chłopca jest Polak. Oświadczenie tej treści podpisane przez kobietę trafiło już do lubelskiej prokuratury okręgowej.

"Jeżeli matka złoży zeznania, których treść będzie zbieżna z tym oświadczeniem, niewątpliwie jest to bardzo istotna sprawa dla naszego postępowania" - powiedziała rzeczniczka prokuratury okręgowej w Lublinie Beata Syk-Jankowska.

Wskazany przez Białorusinkę ojciec dziecka będzie teraz musiał poddać się badaniom DNA.

Chłopczyk urodził się kwietniu ub. roku w Lublinie. Przez kilka miesięcy dziecko przebywało w jednym ze szpitali na Lubelszczyźnie. Lubelski sąd w październiku ub. roku umieścił go w rodzinie zastępczej, którą stała się młoda kobieta z Gdyni.

Zgodnie z polsko-białoruską umową władze Białorusi zostały o tym poinformowane. Niedługo potem Białoruś upomniała się o chłopca i zwróciła się do władz polskich o wydanie swojego obywatela. Polski sąd zdecydował o przekazaniu dziecka Białorusi.

Sąd w Polsce - według przepisów umowy - mógłby ustanowić opiekę dla chłopca jedynie wtedy, gdyby nie zrobiła tego strona białoruska. Jak tłumaczyła PAP przewodnicząca wydziału rodzinnego i nieletnich lubelskiego Sądu Rejonowego Wiesława Stelmaszczuk- Taracha, umieszczenie dziecka w rodzinie zastępczej było rozwiązaniem tymczasowym.

Polskie media opisujące historię dziecka - nazwanego Jasiem - wyrażały obawy, że chłopczyk na Białorusi nie będzie miał należytej, specjalnej opieki wymaganej przy jego chorobie.

Ambasada Białorusi w Polsce zapewniła we wtorek, że po powrocie na Białoruś dziecko - jego prawdziwe imię i nazwisko to Paweł Iwanow - będzie miało bardzo dobrą opiekę. Poinformowała m.in., że zostanie umieszczone "w specjalistycznym ośrodku opiekuńczo- medycznym w Grodnie, który specjalizuje się w leczeniu mukowiscydozy", jest wyposażony we wszelką niezbędną aparaturę i leki. Zapewniła także działania w celu znalezienia rodziny zstępczej dla chłopca.

Ambasada przypomniała, że postanowienia konwencji o ochronie dzieci i współpracy w dziedzinie przysposobienia międzynarodowego oraz przepisy umowy polsko-białoruskiej zawartej w 1994 r. przewidują, iż w sprawach opieki i kurateli decydują organy tego państwa, którego obywatelem jest osoba, dla której tę opiekę się ustanawia.

Na podstawie tej umowy decyzję o wydaniu dziecka Białorusi podjął Sąd Rejonowy w Lublinie.

O pomoc małemu Jasiowi i "wykorzystanie wszelkich możliwych prerogatyw" zaapelowało do prezydenta Lecha Kaczyńskiego Stowarzyszenie Federacja Młodych Socjaldemokratów. Losami dziecka interesują się także Rzecznik Praw Obywatelskich i Rzecznik Praw Dziecka.pap, ss, ab

"Prezydent dowiedział się ode mnie, a ja z Onet.pl"

Michał Kamiński. Fot. PAP/Tomasz Gzell
PAP

- Prezydent o sprawie satelity, który może spaść na terytorium Polski dowiedział się ode mnie, a ja przeczytałem w portalu Onet.pl - powiedział w wieczornym programie TVN24 prezydencki minister Michał Kamiński.
Kiedy prowadząca program Anna Jędrzejowska dopytywała się czy prezydent nie powinien zostać o tym poinformowany przez Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, Kamiński powiedział, że Biuro także chyba dowiedziało się z mediów.

Zobacz fragment programu w Onet.tv - Pierwszą informację otrzymałem około 11.00 ze strony Amerykanów - powiedział później w programie Anny Jędrzejowskiej szef MON Bogdan Klich. - O 14.00 dostałem informacje pisemną. Później próbowałem łączyć się bezpośrednio z panem prezydentem, ale to się nie udało, więc zadzwoniłem do szefa BBN i opowiedziałem mu o wszystkim - mówił w TVN24 Bogdan Klich.

Onet.pl informował o zapowiedziach zestrzelenia satelity już wczoraj wieczorem. Przeczytaj wczorajszą informację.

W związku z ostrzeżeniem o możliwości rozbicia się amerykańskiego satelity na terytorium Polski, polski rząd powołał sztab kryzysowy.

Informacje o groźbie upadku satelity dotarły do polskiego Ministerstwa Obrony Narodowej ze Stanów Zjednoczonych dzisiaj.

Strona amerykańska przyznaje, że gdyby nie udało się zestrzelić tego satelity pociskiem rakietowym, "około 6 marca może dojść do jego niekontrolowanego powrotu do atmosfery ziemskiej", jak powiedziała na konferencji rozbrojeniowej w Genewie ambasador USA Christina Rocca. Prezydent George W. Bush nakazał w czwartek swym wojskowym zestrzelenie satelity pociskiem rakietowym, który ma zostać odpalony z okrętu.

Planuje się wykorzystanie rakiety taktycznej, która ma trafić w satelitę zanim ten wejdzie w atmosferę ziemską. Nie wiadomo jeszcze, kiedy operacja się rozpocznie.

Ważący około dwóch ton satelita oznaczony kodem US193 trafił na orbitę w grudniu 2006 roku. Wkrótce jednak doszło do awarii jego komputera i stracono nad nim kontrolę.

Na satelicie są tajne urządzenia. Prawdopodobnie znajduje się w nim także około 500 kilogramów hydrazyny, silnie trującego i łatwopalnego związku wykorzystywanego jako paliwo kosmiczne. Niekontrolowany powrót satelity na Ziemię grozi silną eksplozją. Amerykanie mają nadzieję trafić pociskiem rakietowym w zbiornik z hydrazyną, co znacznie zmniejszyłoby zagrożenie.

Czechy: Vaclav Klaus wybrany na prezydenta

jas, PAP
2008-02-15, ostatnia aktualizacja 2008-02-15 21:21

Obecny prezydent Vaclav Klaus został w piątek po południu wybrany przez czeski parlament na drugą 5- letnią kadencję - poinformowały oficjalne źródła w Pradze.

Zobacz powiekszenie
Fot. CZAREK SOKOLOWSKI AP
Vaclav Klaus
W czwartej turze głosowania na wspólnym posiedzeniu Izby Poselskiej i Senatu kandydat rządzącej prawicowej Obywatelskiej Partii Demokratycznej (ODS) 66-letni Klaus otrzymał większość 141 głosów - oświadczył przewodniczący niższej izby Miloslav Vlczek.

Klaus wyprzedził w końcu swojego rywala, mieszkającego przez wiele lat w USA profesora ekonomii Jana Szvejnara, który uzyskał 111 głosów.

Kandydująca w wyborach Jana Boboszikova wycofała się w piątek z rywalizacji.

Ponownego wyboru na urząd prezydenta Czech pogratulował Klausowi w rozmowie telefonicznej prezydent Lech Kaczyński - poinformował dyrektor Biura Spraw Zagranicznych w Kancelarii Prezydenta Mariusz Handzlik.

Sylwetka Vaclava Klausa

W Czechach Klaus jest powszechnie uważany za jednego z twórców transformacji ustrojowej, ale kojarzony zarówno z sukcesami, jak i porażkami gospodarczej przemiany kraju.

Jest ultraliberałem. Sceptycznie ocenia Traktat Reformujący Unię Europejską, uważając go za przemianowaną konstytucję UE.

Od zwycięstwa aksamitnej rewolucji jesienią 1989 r. Klaus uczestniczył w niemal wszystkich przełomowych wydarzeniach. Był pierwszym ministrem finansów postkomunistycznej Czechosłowacji, jednym z twórców prywatyzacji metodą kuponową. Obok Vladimira Mecziara był tym politykiem, który faktycznie dokonał podziału Czechosłowacji.

Syn urzędnika, absolwent handlu zagranicznego w praskiej Wyższej Szkole Ekonomicznej. Po studiach pracował w Instytucie Ekonomicznym Czeskiej Akademii Nauk (do 1970 r.), a później przez kilkanaście lat w Czechosłowackim Banku Państwowym. W 1987 r. rozpoczął pracę w Instytucie Prognoz Czeskiej Akademii Nauk. Nie był członkiem Komunistycznej Partii Czechosłowacji.

Karierę polityczną zaczął jesienią 1989 r., kiedy wstąpił do Forum Obywatelskiego, by w roku 1990 zostać jego przewodniczącym. Kiedy zorientował się, że Forum stanowi hamulec dla jego kariery politycznej, wraz z grupą zwolenników założył Obywatelską Partię Demokratyczną (ODS), z którą w roku 1992 wygrał wybory parlamentarne. Dzięki temu został premierem Czech.

Był nim do roku 1997, kiedy po aferze korupcyjnej upadł jego drugi gabinet. Udało mu się jednak ocalić osłabioną partię i po wyborach w 1998 r. podpisać tzw. umowę opozycyjną z kierowaną wówczas przez Milosza Zemana Czeską Partią Socjaldemokratyczną (CzSSD), która wygrała wybory. Umowę tę nazywano umową o podziale władzy. Na jej podstawie Klaus został na cztery lata przewodniczącym Izby Poselskiej, a jego ODS tolerowała mniejszościowy rząd socjaldemokratów.

W roku 2002 ODS znów przegrała z socjaldemokratami wybory parlamentarne, a Klaus zrezygnował z szefowania partii.

W marcu 2003 roku wrócił do polityki już jako głowa państwa. Obecnie jest honorowym przewodniczącym ODS.

Vaclav Klaus w wolnym czasie słucha muzyki jazzowej; znany jest ze sportowego trybu życia, nienagannej elegancji, podziwu dla Margaret Thatcher, forsowania podatku liniowego. Jest autorem książek i artykułów, głównie o tematyce ekonomicznej i dotyczącej środowiska naturalnego. Krytyk teorii o globalnym ociepleniu klimatu.

Zna angielski, rosyjski i niemiecki.

Od 1968 roku jest żonaty z Livią; ma dwóch synów: Vaclava i Jana oraz pięcioro wnucząt.

Zmarł legendarny dowódca partyzantów AK

Janusz Kędracki
2008-02-15, ostatnia aktualizacja 2008-02-15 19:48

Zobacz powiększenie
Fot. Jarosław Kubalski / AG

Zmarł generał Antoni Heda "Szary", legendarny dowódca oddziałów partyzanckich AK na Kielecczyźnie. W brawurowych akcjach rozbijał więzienia gestapo i UB. - Był wspaniałym człowiekiem i dowódcą - mówią jego podkomendni.

Mieczysław Cukrowski, pseudonim "Konar", trafił do oddziału "Szarego" w 1943 roku. Uczestniczył m.in. w ataku na więzienie w Końskich i w walkach pod Radoszycami. Doskonale pamięta słowa piosenki, jaką śpiewali o swoim dowódcy:

"My zbieraliśmy się krótko, rozmawiali cichutko, / każdy głowę napiętą z nas miał. / Krew po żyłach krążyła, nasze siły burzyła, / gdy nam "Szary" rozkazy dał. / Obstawiamy koszary, warta stoi u bramy, / Antek z grupą wskakuje do drzwi. / Hände hoch! - krzyczy głośno, / szwaby ręce podnoszą, a ze strachu skakają im łby. / Broń na wrogu zdobyta, każdy z chęcią ją chwyta..."

Jako podporucznik "Konar" brał udział w słynnej akcji w więzieniu w Kielcach, w nocy z 4 na 5 sierpnia 1945 roku. Uwolniono wówczas kilkaset osób, w tym więzionych przez UB i NKWD. - To był doskonały strateg. Dla odwrócenia uwagi upozorował atak na Szydłowiec. Gdy ubowcy tam pojechali, my ruszyliśmy na Kielce - wspomina pan Mieczysław. - Nikt z nas złego słowa o nim nie może powiedzieć. Wspaniały dowódca i człowiek. Mówię to jako jego żołnierz, płakać mi się teraz chce...

- To już jeden z ostatnich dowódców AK, piękna postać - opowiada Henryk Pawelec "Andrzej". Bliżej poznali się podczas marszu na odsiecz walczącej Warszawie w sierpniu 1944 roku. Po wojnie gościł "Szarego" w swoim domu na emigracji w Anglii, a w ostatnich latach w Kielcach.

Ryszard Peas "Pegaz" ze Skarżyska poznał osobiście Antoniego Hedę już po wojnie. Zapamiętał m.in. spotkanie w auli Technicznych Zakładów Naukowych, po tym jak "Szary" wyszedł z więzienia. - Była to wielka manifestacja poparcia dla niego - mówi.

- Był wspaniałym dowódcą. To nie są naciągane słowa. Rzadko się spotyka człowieka z taką charyzmą. Wiem, bo widziałem, jak był traktowany przez swoich podkomendnych, którzy założyli koło "Szaraków" AK - opowiada Andrzej Lange z Muzeum im. Orła Białego w Skarżysku. I podkreśla zasługi "Szarego" z ostatnich lat. - W każdej imprezie patriotycznej uczestniczył. Zawsze się rozglądał, gdzie są młodzi ludzie, bo do nich głównie chciał mówić - wspomina Lange.

"Szary" przyjeżdżał m.in. na kolejne rocznice rozbicia więzienia kieleckiego. Ostatni raz był w 2006 roku. - Założyliśmy ładunki pod bramę. Nie mieliśmy kluczy, musieliśmy rozwalać każde drzwi - opowiadał długo, choć był już bardzo schorowany.

Nabożeństwo żałobne odbędzie się w najbliższy czwartek w Katedrze Polowej Wojska Polskiego w Warszawie. Generał, który zmarł w wieku 91 lat, zostanie pochowany w Podkowie Leśnej.

Antoni Heda "Szary"

Urodził się 14 października 1916 roku w Małomierzycach koło Iłży. Tuż przed wybuchem wojny rozpoczął pracę w Zakładach Starachowickich. We wrześniu 1939 roku walczył pod Iłżą i na Lubelszczyźnie. Został schwytany przez NKWD i osadzony w twierdzy Brześć. Po wybuchu wojny radziecko-niemieckiej trafił do obozu jenieckiego, z którego udało mu się uciec. Wrócił w rodzinne strony i włączył się w działalność Związku Walki Zbrojnej, później Armii Krajowej. Jego najsłynniejsze akcje przeciw Niemcom to: zdobycie więzień w Starachowicach, Iłży i Końskich, opanowanie starachowickiej fabryki i wyniesienie z niej broni, rozbrojenie oddziału wroga w majątku Pakosław, bitwy pod Jeleńcem, Radoszycami i Szewcami. Po wojnie odbijał akowców z ubeckich więzień w Kielcach, Radomiu i Olszynce Grochowskiej. Aresztowany przez UB w 1948 roku otrzymał kilka wyroków śmierci, które ostatecznie zamieniono mu na karę dożywotniego więzienia. Siedział na Rakowieckiej w Warszawie, w Rawiczu i we Wronkach. Wyszedł z więzienia w 1956 roku. Trafił tam ponownie w stanie wojennym, gdy został internowany w Białołęce jako przewodniczący "Solidarności" kombatantów.

Odznaczony m.in. orderem Virtuti Militari i Krzyżem Walecznych. 3 maja 2006 roku mianowany na generała brygady. Był honorowym obywatelem Iłży, Skarżyska-Kamiennej, Starachowic, Końskich i Stąporkowa.

Źródło: Gazeta Wyborcza Kielce

Prof. Adam Rotfeld dla "Gazety": Niepodległość trochę nielegalna, ale nieuchronna

mz
2008-02-15, ostatnia aktualizacja 42 minuty temu

Zobacz powiekszenie
Fot. Łukasz Giza / AG
Prof. Adam Daniel Rotfeld
Mariusz Zawadzki: W rezolucji z 1999 r. ONZ zapewniał, że szanuje integralność terytorialną Serbii (wtedy Jugosławii). Czy zatem oderwanie Kosowa od Serbii będzie zgodne z prawem międzynarodowym?

Prof. Adam Rotfeld, były szef MSZ: Może nie będzie w pełni legalne, ale inne rozwiązanie byłoby gorsze. Zgodnie z prawem międzynarodowym każdy naród ma prawo do samostanowienia, jednak jest ono obłożone pewnymi warunkami. Europejczyków obowiązuje Akt Końcowy Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie z 1975 r. stanowiący, że oderwanie musi nastąpić za porozumieniem stron. Ten warunek nie jest spełniony.

Może należało poszukać innego rozwiązania, dać Kosowu jakiś specjalny status, co pozwoliłoby Serbii zachować twarz i nie stwarzałoby niebezpiecznego precedensu. Podobnych regionów prących do niepodległości jest wiele, a społeczność międzynarodowa nie ma dość pieniędzy, żeby je wszystkie utrzymać.

Ale teraz jest już za późno - mleko się rozlało, a Serbowie już dawno stracili Kosowo, głównie za sprawą swojego przywódcy Slobodana Miloszevicia. Cały konflikt zaczął się od głupiego antyalbańskiego przemówienia Miloszevicia z 1989 r. (w 600. rocznicę bitwy pod Kosowym Polem). Potem Miloszević odebrał kosowskim Albańczykom część autonomii przyznanej im w Jugosławii. Powstał mur, który nie zniknie w jednym pokoleniu.

Jak powinien zachować się polski rząd?

- Trzeba zrobić wszystko, by nie zrazić Serbów obolałych i obitych przez historię, stworzyć im uprzywilejowaną ścieżkę do UE. Jeśli i oni, i kosowscy Albańczycy wejdą do Unii, problem zniknie. Nie słyszymy jakoś o sporach Węgrów z Rumunią czy ze Słowacją mającymi duże mniejszości węgierskie. A przecież jeszcze niedawno tego się obawiano.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Godziny od niepodległości Kosowa

Agnieszka Skieterska, dp, tobi
2008-02-15, ostatnia aktualizacja 46 minut temu

Choć premier Kosowa odmówił w piątek podania daty ogłoszenia niepodległości, źródła parlamentarne poinformowały, że stanie się to w niedzielę 17 lutego o godz. 15

Także przedstawiciel ONZ w Kosowie, z którym rozmawiała "Gazeta", potwierdził nieoficjalnie niedzielną datę. W piątek wszystko wskazywało na to, że jeszcze zanim Kosowo ogłosi niepodległość, Unia Europejska podejmie decyzję o rozpoczęciu misji policyjnej w prowincji. Członkowie UE mieli czas do północy na ewentualny sprzeciw. Nie spodziewano się go jednak nawet ze strony Cypru, który nie chce niepodległości Kosowa.

Stacjonujące w Kosowie od wojny w 1999 roku wojska KFOR zastąpi misja UE, która ma nadzorować powstawanie nowego państwa. Ma ona liczyć 1,8 tys. policjantów i sędziów, w tym ok. 140 Polaków, którzy służą już na miejscu w ramach sił ONZ. Siły te, w liczbie 17 tys. żołnierzy, zostają w Kosowie. Na czele misji UE stoi wysoki przedstawiciel cywilny, którym został Holender Pieter Feith. Jego rola w pierwszych latach niepodległości będzie ogromna.

W piątek nadal nie było jasne, ile dokładnie krajów i kiedy uzna niepodległość Kosowa. Może się to stać przy okazji spotkania szefów MSZ 27 państw w poniedziałek w Brukseli. Cała 27 przyjmie deklarację, w której będzie mowa m.in. o tym, że prowincja powinna być demokratyczna i wieloetniczna, a także że tak jak cały region może w przyszłości liczyć na członkostwo w UE. Uznanie niepodległości leży jednak w gestii poszczególnych krajów. W piątek dyplomaci nie wykluczali, że zrobi to jednocześnie 25 (bez Cypru i Hiszpanii, bojącej się oderwania kraju Basków).

Z kolei rosyjski MSZ powtórzył wczoraj, że uznanie niepodległości Kosowa bez zgody Serbii będzie można wykorzystać przy rozważaniach nad przyszłością Abchazji oraz Osetii Płd., czyli dwóch separatystycznych republik w Gruzji. Choć Rosjanie jednocześnie potwierdzili, że dążą do rozwiązania konfliktu w Gruzji wyłącznie na drodze rozmów, to wczorajsze spotkanie ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa z prezydentami Abchazji oraz Osetii Płd. wywołało duży niepokój w Tbilisi. Jednak Kreml nie odpowie zapewne uznaniem niezależności samozwańczych republik. Zdaniem komentatorów boi się, że byłby to impuls dla nowej fali separatyzmu na rosyjskim Północnym Kaukazie.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Odkryliśmy układ bis

Piotr Cieśliński, Tomasz Ulanowski
2008-02-15, ostatnia aktualizacja 2008-02-15 07:58

To układ planetarny, prawie taki jak nasz - donosi dzisiejsze "Science". Gwiazda i dwie planety są oddalone o pięć tysięcy lat świetlnych od nas. W ich odkryciu brali udział Polacy. Czy krąży tam druga Ziemia?

Zobacz powiekszenie
Fot. Science
Na razie nie wiemy, czy w Układzie Słonecznym bis krąży planeta podobna do naszej. Wiemy jednak, że starczyłoby dla niej miejsca. To pierwszy system planetarny w dalekim kosmosie,który tak bardzo przypomina nasz. Został odkryty za pomocą mikrosoczewkowania grawitacyjnego. Na pomysł,by wykorzystać je do poszukiwania planet, wpadł kiedyś prof. Bohdan Paczyński z Uniwersytetu Princeton - dziś już nieżyjący, praca w "Science" jest chyba ostatnią, pod którą się podpisał
ZOBACZ TAKŻE
Od 1992 r., kiedy prof. Aleksander Wolszczan poinformował o zaobserwowaniu pierwszego pozasłonecznego układu planetarnego, astronomowie znaleźli już prawie 250 obcych planet. Żadna jednak nie przypominała Ziemi, a żaden z 25 odkrytych układów nie był podobny do naszego. Znajdowaliśmy za to ogromne gazowe planety, tzw. gorące jowisze, które krążyły dziwacznie blisko swoich gwiazd.

Teraz po raz pierwszy teleskopy złapały coś, co wygląda znajomo.

Co prawda gwiazda OGLE-2006-BLG-109 będąca sercem obcego układu jest dwa razy mniejsza od Słońca, ale krążące wokół niej planety zachowują proporcje naszego Jowisza i Saturna. Nie chodzi tylko o ich rozmiary. Najważniejsza jest ich odległość od siebie i od gwiazdy. Okazuje się bowiem, że w nowo odkrytym układzie jest wystarczająco dużo miejsca dla mniejszych planet, być może podobnych do Ziemi. Na razie ich nie zaobserwowaliśmy, bo po prostu nie mamy odpowiednio czułych teleskopów.

Samą gwiazdę znaleźli niecałe dwa lata temu astronomowie pracujący pod wodzą prof. Andrzeja Udalskiego z Obserwatorium Uniwersytetu Warszawskiego w Chile. Zainteresowała ich, bo jest tzw. mikrosoczewką grawitacyjną. To takie kosmiczne "szkło powiększające". Zakrzywia promienie gwiazd czy galaktyk, zwiększając ich blask. Dzięki temu zjawisku można wyłuskać z kosmicznej otchłani planety, które normalnie są za małe i za ciemne, byśmy mogli je ujrzeć.

- Informację o odkryciu natychmiast rozesłaliśmy do innych obserwatorów - opowiada "Gazecie" prof. Udalski. - Już dwa dni później okazało się, że wzmocnienie jasności przebiega nietypowo.

Naukowcy zorientowali się, że gwieździe musi towarzyszyć planeta. Niczym zgrubienie na powierzchni soczewki sprawia ona, że powiększany obraz ulega deformacji.

Dzięki alarmowi, który wszczęli Polacy, soczewka była obserwowana przez 24 godziny na dobę. Kiedy jeden teleskop zamykał pokrywę, bo brzask rozjaśniał nad nim niebo, pałeczkę przejmował inny, położony na nocnej półkuli Ziemi. W tym kosmicznym śledztwie wzięło udział 12 teleskopów z Chile, Nowej Zelandii, Izraela, USA, Tasmanii i Wysp Kanaryjskich.

Sensacyjne okazały się analizy przeprowadzone przez naukowców amerykańskich. Pokazali oni, że soczewka ma dwa zgrubienia, tj. gwiazdę okrąża nie jedna planeta, lecz dwie.

Kiedy astronomowie zdobędą na tyle czułe teleskopy, by dostrzec w dalekim kosmosie planety wielkości Ziemi, na pewno skierują je na układ OGLE-2006-BLG-109. I wreszcie dostaniemy odpowiedź na jedno z najciekawszych pytań - czy nasza Ziemia, a my razem z nią, jest wyjątkowym, czy po prostu banalnym ciałem niebieskim.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Putin: Przekierujemy rakiety na Polskę

mar, PAP, IAR
2008-02-14, ostatnia aktualizacja 2008-02-14 11:48

- Rosja będzie zmuszona do przekierowania części swych rakiet na elementy tarczy antyrakietowej USA w Czechach i Polsce - powiedział Władimir Putin. Podkreślił, że tarcza w Polsce obniży bezpieczeństwo w Europie, po czym dodał, że Rosja nie planuje żadnego konfliktu z Zachodem i wyraził nadzieję, że nigdy do niego nie dojdzie. Wspomniał też o "osobistej chemii" między sobą a Miedwiediewem.

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
Władimir Putin
- Po prostu mu wierzę - powiedział Putin o Miedwiediewie i wyraził przekonanie, że jego następca będzie kontynuował jego, Putina, politykę.

Zdaniem Putina, poprzez instalację tarczy w Polsce rozbudzane są nastroje antyrosyjskie. - Rosja nie uczyniła ani jednego kroku dla skomplikowania stosunków z Polską - mówił z przekonaniem.

Putin zaznaczył, że jego kraj nie rozumie konfliktów w sprawie Gazociągu Północnego i importu polskiego mięsa. Dodał, że z podczas wizyty Donalda Tuska w Rosji przeprowadził z nim konstruktywną rozmowę. Wyraził też nadzieję, że taka sama będzie atmosfera kolejnych rozmów z Polską.

- Rosja będzie "zmuszona" skierować swoje rakiety na Ukrainę, jeśli "zostanie zagrożone rosyjskie bezpieczeństwo" z powodu rozmieszczenia w tym kraju baz NATO - mówił Putin. Dodał też, że spodziewa się pozytywnego dialogu ze Stanami Zjednoczonymi bez względu na to, kto zostanie następnym amerykańskim prezydentem.

Prezydent Rosji pochwalił też stan rosyjskiej gospodarki: - Jest w najlepszej kondycji od wielu lat - mówił. Putin powiedział, że rosyjska gospodarka rozwija się w tempie 8 procent PKB, co jest jednym z najlepszych wyników w ostatnich latach. Dodał, że jest ona na 7-m miejscu na świecie pod względem wzrostu. Wzrosły także realne dochody ludności. Rosyjski przywódca przypomniał, że poziom inwestycji zagranicznych jest najwyższy od ośmiu lat. Wśród problemów wymienił galopującą inflację i poziom biedy w kraju.

Putin podkreślił również wzrost wskaźników demograficznych. W 2007-m roku urodziło się w Rosji najwięcej dzieci od 15 lat. Rosyjski prezydent dodał, że coraz częściej rosyjskie rodziny decydują się na drugie i trzecie dziecko.

To ostatnia konferencja za jego kadencji. Akredytowano na nią rekordowa ilość dziennikarzy - 1364, w tym około 900 z Rosji. Dla porównania, na pierwszym tego typu spotkaniu - w 2001 roku - zgromadziło się 400 reporterów.

Amerykański satelita może spaść na Polskę

alx, jas, PAP
2008-02-15, ostatnia aktualizacja 2008-02-15 20:25
Zobacz powiększenie

Rząd USA ostrzegł wczoraj kraje, na których terytorium może spaść zepsuty, szpiegowski satelita. Na liście tej znajduje się też Polska. Informacje te w trakcie konferencji prasowej potwierdził szef MON. Rząd USA zapowiedział, że pokryje ewentualne straty spowodowane upadkiem satelity.

Satelita do zestrzelenia
Satelita do zestrzelenia
Jak zestrzelić satelitę - infografika



- Chciałbym przede wszystkim uspokoić Polaków - powiedział dziennikarzom Bogdan Klich. Szef MON poprosił media o pomoc w dokładnym informowaniu społeczeństwa o sprawie. - Prawdopodobieństwo, że satelita spadnie akurat na Polskę jest znikome - podkreślił.

Bogdan Kilch i Grzegorz Schetyna podjęli decyzję o podniesieniu stanu gotowości alarmowej sił zbrojnych. Sztab będzie zbierał informacje o wszystkim co wiąże się z satelitą i konsultował to z Amerykanami.

Tajne informacje i trujące substancje

Wczoraj prezydent Bush nakazał zestrzelenie uszkodzonego satelity przy pomocy pocisku odpalanego z okrętu wojennego. Planuje się wykorzystanie rakiety taktycznej, która ma trafić w satelitę zanim ten wejdzie w atmosferę ziemską. Nie wiadomo jeszcze, kiedy operacja się rozpocznie. Nie wiadomo kiedy operacja się zacznie, wiadomo natomiast, że satelita najprawdopodobniej sam spadłby z orbity w pierwszym tygodniu marca.

Pod koniec stycznia pojawiła się informacja, że satelita wyczerpał źródła zasilania i wymknął się spod kontroli , co grozi jego upadkiem na Ziemię. Dotychczas agencji NASA udawało się bezpiecznie sprowadzać na Ziemię z orbity nieczynne satelity. Zazwyczaj spalały się w atmosferze lub wpadały do oceanów.

Ważący około dwóch ton satelita oznaczony kodem US193 trafił na orbitę w grudniu 2006 roku. Wkrótce jednak doszło do awarii jego komputera i stracono nad nim kontrolę.

Na satelicie są tajne urządzenia. Prawdopodobnie znajduje się w nim także około 500 kilogramów hydrazyny, silnie trującego i łatwopalnego związku wykorzystywanego jako paliwo kosmiczne. Niekontrolowany powrót satelity na Ziemię grozi silną eksplozją. Amerykanie mają nadzieję trafić pociskiem rakietowym w zbiornik z hydrazyną, co znacznie zmniejszyłoby zagrożenie.

USA: Pokryjemy straty

Ambasador USA w Genewie Christina Rocca zapewniła, że USA są gotowe zaoferować pomoc rządom krajów, na które mogą spaść szczątki satelity. Wskazała, że jest to zgodne z traktatem z 1972 roku o odpowiedzialności za zniszczenia powodowane przez obiekty kosmiczne.

Czas podjęcia próby zestrzelenia satelity ma zostać wybrany tak, aby zminimalizować niebezpieczeństwo spadnięcia szczątków na obszary zamieszkane.

Ambasador Rocca przyznała, że na razie nie można przewidzieć, gdzie dokładnie mógłby spaść satelita, gdyby nie powiodła się próba jego zestrzelenia. Orientacyjnie przyjmuje się, że może to nastąpić w dowolnym miejscu między 58,5 stopnia szerokości geograficznej północnej a 58,5 stopnia szerokości geograficznej południowej.

Romney weźmie udział w kampanii McCaina

alx, PAP
2008-02-15, ostatnia aktualizacja 2008-02-15 14:04

Były gubernator Massachusetts Mitt Romney, który przed tygodniem wycofał się z wyścigu do republikańskiej nominacji prezydenckiej, w czwartek ogłosił poparcie dla swego niedawnego rywala senatora Johna McCaina. Zapowiedział też, że weźmie aktywny udział w jego kampanii wyborczej.

Zobacz powiekszenie
Fot. NEAL HAMBERG REUTERS
Senator McCain przemawia informując o poparciu, jakie otrzymał od Mitta Romneya, który właśnie wycofał się z wyborów.
Występując u boku McCaina na konferencji prasowej w Bostonie Romney powiedział: - Ten człowiek jest w stanie poprowadzić nasz kraj w niebezpiecznej godzinie.

- Jestem wdzięczny, że Rommney prowadził trudną, twardą i szczerą kampanię, która pozwoliła mi stać się lepszym kandydatem - wyznał z kolei McCain.

Senatorowi z Arizony z pomocą przyjdzie cały sztab byłego gubernatora Massachusetts, sam Romney zamierza zaś podróżować po Stanach Zjednoczonych prowadząc kampanię na rzecz McCaina i republikańskich kandydatów do Kongresu.

Przed rezygnacją Romney'a między tymi dwoma kandydatami nie było widać choćby cienia sympatii. Były gubernator podawał w wątpliwość konserwatyzm McCaina, ten zaś rewanżował się, wytykając Romneyowi zmienność poglądów.

Po przegranej w serii prawyborów w tzw. superwtorek 5 lutego milioner Romney postanowił wycofać się z wyścigu po republikańską nominację. Uznał bowiem, że w starciu z silnymi kandydatami Demokratów Barackiem Obamą i Hillary Clinton szanse Republikanów wzrosną, gdy zjednoczą się wokół jednego pretendenta do prezydentury.

Rdzeń elektoratu Romney'a stanowili republikańscy konserwatyści, którzy nie darzą uznaniem McCaina. Jednak poparcie udzielone temu weteranowi wojny w Wietnamie przez byłego gubernatora Massachusetts może nakłonić ich do zmiany zdania.

O republikańską nominację ubiegają się jeszcze były gubernator stanu Arkansas Mike Huckabee i libertarianin Ron Paul, jednak ich szanse na zdobycie większej niż McCain liczby delegatów na sierpniową konwencję Partii Republikańskiej, na której wybierze ona swego kandydata na prezydenta, są znikome.