czwartek, 15 stycznia 2009

Migalski – persona non grata na uczelniach

Jarosław Stróżyk 15-01-2009, ostatnia aktualizacja 15-01-2009 09:07

Popiera lustrację i występuje w mediach – to wystarczyło, by kilka uczelni odmówiło mu habilitacji.

Marek Migalski
autor zdjęcia: Bartosz Siedlik
źródło: Fotorzepa
Marek Migalski

Znany politolog doktor Marek Migalski nie może rozpocząć przewodu habilitacyjnego. Na swoim macierzystym Uniwersytecie Śląskim nawet nie próbował. – Powiedziano mu, że nie ma po co, bo i tak go uwalą – mówi „Rz” jeden z jego kolegów. Nie udało się też na Uniwersytecie Wrocławskim, a przedwczoraj wszczęcia przewodu habilitacyjnego odmówiła Migalskiemu Rada Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

– Nikt nie przedstawił w czasie dyskusji ani jednego merytorycznego argumentu przeciwko tej habilitacji – mówi „Rz” Antoni Dudek biorący udział w posiedzeniu Rady Wydziału.

Wcześniej rada powołała zespół, który miał ocenić dorobek naukowy Migalskiego i przedstawić swoją rekomendację. Członkowie zespołu zgodnie uznali, że warunki zostały spełnione i przewód powinien ruszyć. Stało się jednak inaczej. Za wszczęciem procedury głosowało 16 osób, przeciw było 11, a pięć się wstrzymało. Zabrakło jednego głosu.

Migalski posiada odpowiedni dorobek naukowy. Jest autorem lub współautorem 11 książek, napisał też rozprawę habilitacyjną. Skąd w takim razie jego problemy?

– Naraził się wielu osobom w środowisku akademickim. Po pierwsze jest zbyt medialny, co wielu się nie podoba. Po drugie ośmielił się publicznie skrytykować swojego szefa prof. Iwanka, a takich rzeczy się nie zapomina – mówi „Rz” nieoficjalnie jeden z jego uczelnianych kolegów.

Chodzi m.in. o udział Migalskiego w grudniowym programie „Bronisław Wildstein przedstawia”. Temat lustracji na uczelniach zilustrowano w nim przykładem profesora Jana Iwanka, dyrektora Instytutu Nauk Politycznych i Dziennikarstwa na Uniwersytecie Śląskim. Iwanek (były tajny współpracownik SB) ostro występował przeciw lustracji na polskich uczelniach. A Migalski w rozmowie z Wildsteinem ostro skrytykował zachowanie profesora.

Po programie większość pracowników naukowych Instytutu Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu Śląskiego wystosowała list otwarty w obronie Iwanka. „Protestujemy przeciwko szykanowaniu, obrażaniu, pomawianiu i dezawuowaniu pracowników Instytutu. Pragniemy podkreślić, że emocjonalna i oparta na osobistych urazach opinia jednego pracownika nie może być utożsamiana i rozumiana jako stanowisko wszystkich jego pracowników” – napisali autorzy.

List rozsyłano m.in. do osób, które decydowały w sprawie habilitacji Migalskiego. – Jeśli w Polsce nie mogę tego zrobić, zastanawiam się nad wyjazdem za granicę i zrobieniem tam habilitacji – mówi „Rz” Migalski.

Rzeczpospolita

Księga obelg Janusza Palikota

Księga obelg

Farbowanym estetom, strażnikom moralności, purystom językowym, wrażliwcom wszelkiej maści, których tak wielu objawia się w Prawie i Sprawiedliwości – dedykuję dzisiejszy wpis. To księga obelg, jakie aktyw Prawa i Sprawiedliwości oraz partyjny prezydent miotał i miota zarówno pod adresem Platformy Obywatelskiej, jak i zwykłych obywateli. I żebym nie pozostał posądzony o brak obiektywizmu – moje: „prezydent cham” i „polityczna prostytucja” pewnie mieszczą się gdzieś w tym nurcie, ale obłudnikom z PiS – dziś walczącym o kulturę debaty politycznej – warto czasem przypomnieć ich własne dokonania. Choćby po to, by pokazać rozmiar politycznej hipokryzji, która ogarnęła Polskę.

Jakież więc poznaliśmy określenia znamionujące faryzejską mentalność PiS? Jakich określeń NIE WSTYDZĄ się kobiety z Prawa i Sprawiedliwości, które NIGDY nie zaprotestowały przeciwko retoryce swoich liderów?

„Najlepszym przykładem pustaka jest premier Donald Tusk” – to Zbigniew Ziobro.

„Wszystkie raporty Julii Pitery można wsadzić tam, gdzie nie powinno się wsadzać” – a to już inny znany wrażliwiec, Joachim Brudziński.

„Chętnie nazwałbym go wiejskim głupkiem” – to znów Brudziński, o Chlebowskim.

A to już Gosiewski o Pawle Zalewskim: „Do uzupełnienia kadr Platformy są używane spady czy odpady”.

Szczytem zakłamania są słowa prezesa Kaczyńskiego, który stwierdził, iż, „świadome niszczenie języka debaty publicznej, granice stosowności zostały całkowicie zniszczone, i to niesłychanie drastycznie”. I pewnie ma rację. Wystarczy wspomnieć słynne: „Stokrotka, stokrotka, jest pani na mojej krótkiej liście, pożałuje pani tego, wykończę panią, nie obronią pani agenci służb specjalnych”, rzucone w twarz Monice Olejnik przez jego prezydenta, i wystarczy przypomnieć PiS-owi choćby tę oto listę:

- ciemny lud to kupi (to o wyborcach)

- autor skłamał, jak bura suka (Dorn)

- jeszcze jedno pytanie, ale nie od tej małpy w czerwonym! (prezydent o dziennikarce)

- wiadomo, z jakiej rodziny wywodzi się ta pani (prezydent o sędzi)

- łże-elity III RP (to o polskiej inteligencji)

- spieprzaj, dziadu! (klasyka elegancji)

- fotoreporterzy to ścierwojady (Dorn)

- wybory wygrał front, który ciągnie się od mordercy Grzegorza Piotrowskiego po Donalda Tuska

- my jesteśmy tam, gdzie wtedy; oni tam, gdzie stało ZOMO

- w chamstwie, w agresji, w knajactwie nie mamy z tymi panami szans

- liberalna żuleria

- złogi gierkowsko-gomułkowskie

- front obrony przestępców (o krytykach Ziobry)

- sprostytuowani prawnicy (to Kaczyński w Sejmie, nie pod budką z piwem)

- ruski agencie, załatwimy cię! (to też Kaczyński)

- Obama to koniec cywilizacji białego człowieka.

Warto przypomnieć także nieco dłuższe frazy. „Jan Maria Rokita popełnił bardzo ciężkie przestępstwo przeciwko demokracji. Poza mordami to jest najcięższe przestępstwo, jakie w ogóle można popełnić” (to Kaczyński, zanim zapałał miłością do Rokity). Albo na przykład przesycone tolerancją zdanie: „Zwyciężymy, bo to zwycięstwo jest potrzebne Polsce. Jest potrzebne po to, by w tym państwie, w Rzeczypospolitej Polskiej, żył jeden naród polski, a nie różne narody” (Kaczyński ponad podziałami, na Podlasiu)

Godny prezentacji jest także poseł klasy europejskiej Ryszard Czarnecki, świeży-stary nabytek PiS, poświęcający mi trochę swojego czasu: „Palikot ma coś z głową, faceta bez piątej klepki czuć przecież na kilometr”, „obojętnie czy gryzie kundel, szczekający ratlerek czy Palikot (lub jakaś krzyżówka wymienionych ras i gatunków)”, „Palikot to intelektualny pigmej i polityczny liliput” oraz „Gdyby facet miał jaja” (a to akurat o Chlebowskim). Jakże blado wypada przy Czarneckim Piotr Kownacki, ze swoim „uważam Palikota za zwykłego chama” czy Kurski mówiący o nienazwanym ministrze Platformy, że był „nawalony jak messerschmitt”.

Zresztą Kurski – ze swoim „fetorem z rynsztoka” był łaskaw pociągnąć temat nawalonych messerschmittów nieco dłużej: „Na kilometr widać fioletowe nosy w tym rządzie. Białe, czerwone i fioletowe. Często widzę, jak inny fioletowy nos zatacza się na schodach hotelu sejmowego. W tej ekipie lubią wypić.” Było to wówczas, kiedy posłanka Kruk postanowiła cośtam-cośtam zaprezentować w Sejmie.

Nie rozwinę tematu „rządów hołoty dla hołoty”, bo Jarosław Kaczyński wolałby czas komuny, który scharakteryzował tymi słowami, pamiętać raczej przez pryzmat własnej pracy doktorskiej, w której pisał: „Już w referacie KC na III Zjazd PZPR stwierdzono pojawienie się zjawiska naporu ideologii burżuazyjnej, jednocześnie jednak podkreślona została zasada niestosowania metod administracyjnych w walce o ostateczny cel jakim jest według słów Władysława Gomułki całkowity triumf marksizmu leninizmu jako jedynej metodologicznej podstawy nauki”.

Można powiedzieć: nie rozumiem, co autor miał na myśli, ale powiem tylko, że w sferze retoryki politycznej uczeń przerósł mistrza Gomułkę z czasów „polemiki” z Jasienicą, a i wykształcić zdołał spore grono partyjnych czeladników.

Trochę się tego nazbierało…