Foto: Kuba Atys / Agencja GazetaKruczek zostaje i nigdzie się nie wybiera
Koledzy ze skoczni wołali na niego "Mega". Nie przepadali za nim, bo się wywyższał. Gdy Łukasz Kruczek sam wziął się za szkolenie, stał się znowu obiektem drwin. Usta krytykom już zamknął. Pomógł wypłynąć polskim skokom na medalową powierzchnię i zapomnieć, że kończą się na Adamie Małyszu. - Już dawno mnie przerósł - przyznaje Apoloniusz Tajner.
Zaledwie kilka...
czytaj dalej » Przerósł nie tylko Apoloniusza Tajnera, ale też innych swoich poprzedników, słynnych Heinza Kuttina i Hannu Lepistoe. Jako pierwszy trener doprowadził polskich skoczków do medalu mistrzostw świata w konkursie drużynowym. Dwa dni wcześniej jego podopieczny, Kamil Stoch został mistrzem świata. Szkoleniowcem kadry Łukasz Kruczek został trochę z konieczności. – Nie mieliśmy dużego wyboru – przypomina w rozmowie z tvn24.pl Tajner, jego były trener, obecnie zwierzchnik. Prezes Polskiego Związku Narciarskiego postawił na swojego byłego podopiecznego, bo związkowa kasa świeciła pustkami. Za drobne nie był w stanie ściągnąć żadnego szanowanego trenera z zagranicy. Zwyciężyła opcja tania i krajowa. Kiedy ogłoszono nominację Kruczka, wielu pukało się w czoło. - Jak to? Kiepski zawodnik ma uczyć skakać? – pytali się. Kombinator i mistrz studentów
Był ambitnym zawodnikiem, zawsze dobrze przygotowanym motorycznie, ale po prostu brakowało mu trochę talentu
Jan Szturc
Przyszły opiekun brązowych medalistów mistrzostw świata przygodę ze skocznią rozpoczął od kombinacji norweskiej. Skupił się na skokach, gdy zorientował się, że na biednym i podupadającym w Polsce "kombinowaniu" nie zarobi.
W skokach, poza trzecim miejscem w drużynie i zwycięstwami na stojącej na przeraźliwie niskim poziomie uniwersjadzie, też niczego nie osiągnął. - Był ambitnym zawodnikiem, zawsze dobrze przygotowanym motorycznie, ale po prostu brakowało mu trochę talentu - przyznaje bez ogródek Jan Szturc, wujek i pierwszy trener Adama Małysza.
W reprezentacji wręcz zaniżał poziom. Dlatego dwukrotnie z niej wypadł. – Nie dorównywał poziomem Małyszowi, Matei ani Skupniowi – przyznaje Tajner, który wtedy prowadził reprezentację.
Na skocznię z książkami
Na zawody woził ze sobą książki. Gdy inni odpoczywali, on się dokształcał. Był pracowity
Apoloniusz Tajner
Kruczek, pomijany i nie do końca lubiany przez kolegów (jako jedyny w grupie był studentem, wymądrzał się i ich pouczał) uparł się jednak. Szlifował formę w samotności i wracał do reprezentacji.
Ale zwrócił na siebie uwagę Tajnera nie tylko charakterem. – Na zawody woził ze sobą książki. Gdy inni odpoczywali, on się dokształcał. Był pracowity. Od początku było widać, że ma zadatki na dobrego trenera - opowiada prezes PZN.
Tarcia i rozstanie z Małyszem
Źródło: Grzegorz Momot/PAPTrener reprezentacji Polski Łukasz Kruczek, Dawid Kubacki i Adam Małysz czekają na ogłoszenie wyników. Za chwilę dowiedzą się o brązowym medalu
Gdy Kruczek skończył studia, został asystentem Heinza Kuttina w reprezentacji Polski. Najpierw juniorów, później seniorów. Eksperyment z austriackim mistrzem świata nie wypalił. Kuttina zwolniono, ale jego pomocnik się utrzymał. Dostał tylko nowego profesora, od którego miał chłonąć wiedzę, Fina Hannu Lepistoe. Z czasem Kruczek wskoczył na jego miejsce i w wieku 33 lat został trenerem Małysza, mistrza świata i wicemistrza olimpijskiego. - On ma uczyć mistrza? – znów odezwali się złośliwi. Ich współpraca trwała kilka miesięcy. Skończyła się przy pierwszym niepowodzeniu "Orła z Wisły" w Pucharze Świata. Małysz dostał zgodę na indywidualną pracę z Lepistoe. - Łukasz z Adamem od lat skakali razem, na zgrupowaniach spali w jednym pokoju, byli kolegami. Adam go cenił, ale wtedy potrzebował kogoś starszego, bardziej doświadczonego - tłumaczy Robert Mateja, bliski znajomy obu zawodników jeszcze z czasów wspólnego skakania w reprezentacji, obecnie trener kadry B. - Na pewno nie był takim autorytetem dla Adama, bo był trenerem młodym, na dorobku – dodaje Szturc.
Polak poleciał...
czytaj dalej » Codziennie chce być lepszy Na autorytet u skoczków Kruczek musiał mozolnie zapracować. Najpierw jednak stał się dla nich bardziej otwarty. Mówią sobie po imieniu, ale każdy zna swoje miejsce w szeregu. To już nie jest ten mało dostępny, stojący jakby na uboczu Łukasz z czasów zawodniczej kariery. Imponuje im wiedzą i tym, że ciągle zdobywa nową. - Jest niespokojnym duchem. Cały czas szuka nowinek, czyta książki, grzebie w Internecie, analizuje. Bez przerwy chce coś w skokach poprawiać. Zawodnicy to widzą - mówi z uznaniem prezes Tajner. Trener Szturc dodaje: - Interesuje go każdy szczegół, czy to w szkoleniu motorycznym, czy też w technicznym. Cały czas się rozwija.
Może moja krytyka przyniosła skutek i wzięli się do roboty? Kruczek teraz ma moje wsparcie. Nie chcę być drugim Jankiem Tomaszewskim i mącić przed ważną imprezą, igrzyskami w Soczi. Chcę, żeby polski skoczek po 42 latach usłyszał Mazurka Dąbrowskiego. Bo stać nas na medal, nawet dwa
Wojciech Fortuna
Zagroził dymisją
Gdy w listopadzie, po serii słabych występów, zwołał zebranie i postraszył skoczków dymisją, usłyszał od nich: - Bez ciebie nie skaczemy.
Kruczek nie zrezygnował. Znaleziono przyczynę słabych startów - wymieniono słabo dopasowane kombinezony. Wkrótce przyszły wyniki. Polacy regularnie w komplecie meldują się w drugiej serii każdego konkursu. Z mistrzostw świata przywieźli dwa medale, w tym historyczny w drużynie.
- Jeśli chodzi o wiedzę i orientację w temacie to już dawno mnie przerósł. To teraz jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy trener na świecie. Satysfakcja ogromna, bo do tego to nasz wychowanek - chwali się Tajner.
Nawet Fortuna mu sprzyja
Trener kadry przekonał do siebie nawet zaciekłych krytyków. Wojciech Fortuna, nasz jedyny mistrz olimpijski, już nie chce jego dymisji. Z Kruczka nie kpi i nie wysyła, jak to było jeszcze niedawno, do pracy na skocznię dla dzieci.
- Fakt, mówiłem mocne słowa, ale to było dwa lata temu. Może moja krytyka przyniosła skutek i wzięli się do roboty? Kruczek teraz ma moje wsparcie. Nie chcę być drugim Jankiem Tomaszewskim i mącić przed ważną imprezą, igrzyskami w Soczi. Chcę, żeby polski skoczek po 42 latach usłyszał Mazurka Dąbrowskiego. Bo stać nas na medal, nawet dwa – przekonuje nas Fortuna.
Autor: Tomasz Wiśniowski
/ Źródło:
tvn24.pl