sobota, 9 marca 2013

Prof. Bartoś o zakonie Matki Teresy: Nie pomagały chorym. Napawały się własną dobrocią


klep
 
08.03.2013 , aktualizacja: 08.03.2013 14:59
A A A Drukuj
Matka Teresa

Matka Teresa (Fot. Wikipedia)

- Te siostry nie pomagały chorym i umierającym. Miały tylko być, modlić się, asystować przy umierających - powiedział prof. Tadeusz Bartoś o misjonarkach miłości. Jak donoszą kanadyjscy naukowcy, założycielka tego zakonu, Matka Teresa z Kalkuty, trzymała miliony dolarów pomocy charytatywnej na tajnych kontach. A w tworzonych przez nią przytułkach panowały skandaliczne warunki. - Mamy przekręcony świat. Czcimy i uwielbiamy tych, którzy robią rzeczy na pokaz. A ci, którzy robią konkretne rzeczy, są traktowani jak wyrzutki - mówił prof. Bartoś.
Badania kanadyjskich naukowców ujawniają nierozliczone miliony dolarów z utrzymywanych w tajemnicy kont bankowych Matki Teresy. Bulwersują także opisy przytułków prowadzonych przez Zgromadzenie Sióstr Misjonarek Miłości. Brakowało pomocy medycznej, nie dochowywano elementarnych zasad higieny. Niektórzy lekarze opisywali je jako "domy dla umierających".

Naukowcy obalają mit Matki Teresy? Tajemnicze konta bankowe, nierozliczone miliony

Naukowcy postawili tezę, że beatyfikacja Matki Teresy została przeprowadzona dzięki skutecznej kampanii w mediach. - Rzeczywiście, Matka Teresa wytworzyła pewien medialny obraz siebie - mówił w Radiu TOK FM prof. Tadeusz Bartoś, filozof i teolog z Akademii Humanistycznej w Pułtusku. - Stała się medialną ikoną, która teraz ma upaść.

"Wyszło jak wyszło. Niesmacznie"

Zdaniem prof. Bartosia kazus Matki Teresy można rozszerzyć na cały Kościół katolicki, w którym wiele rzeczy pozostaje w sferze prywatnej i nie ma nadzoru przy obrocie pieniędzmi. - Wątpię, by Matka Teresa zarządzała pieniędzmi przez fundację. Pewnie środki były przesyłane na wskazane przez nią prywatne konta - stwierdził teolog, dodając, że fundacja zapewniłaby tu przejrzystość finansową. Prof. Bartoś nie chciał spekulować, co było powodem tych błędów. Zła wola? Nieumiejętność poruszania się w świecie? - Wyszło jak wyszło. Niesmacznie.

Teolog podkreśla jednak, że cała sprawa jest wciąż w początkowej fazie: - Mamy jedno źródło. Jeśli to się potwierdzi w inny sposób, wtedy sprawa stanie się bezdyskusyjna.

"Te siostry nie pomagały chorym i umierającym. Napawały się swoją dobrocią"

Spore kontrowersje wzbudzały tez poglądy Matki Teresy. "Jest coś pięknego w widoku wielu ubogich, których przyjmuję. Muszą cierpieć, jak Chrystus na krzyżu. Świat zyskuje wiele dzięki cierpieniu" - te słowa błogosławionej przytaczał dziennikarz Christopher Hitchens.

- Zachwyt nad cierpieniem, bólem, wpatrywanie się w brud, nędzę, umieranie i dostrzeganie w tym Jezusa to specyficzna duchowość - przyznał prof. Bartoś. - To było atrakcyjne, Jan Paweł II brał to bez zastrzeżeń - zaznaczył. Przytułki zakładane przez misjonarki miłości trudno nazywać lecznicami. - Te siostry nie pomagały chorym i umierającym. Miały tylko być, modlić się, asystować przy umierających.

- Dlaczego modlitwa przy cierpiącym miałaby być lepsza? - dopytywał prowadzący program Jakub Janiszewski. - Chcą się napawać swoją dobrocią - stwierdził prof. Bartoś. - Są momenty duchowości, które są perwersyjne, narcystyczne. Ja tego nie wymyśliłem, wystarczy poczytać wielkich mistrzów mistyki chrześcijańskiej.

"Mamy przekręcony świat. Czcimy tych, którzy robią wszystko na pokaz"

Prof. Bartoś przywołał jedną z religijnych grup, której członkowie pojechali do Afryki modlić się przy ubogich. - I znów. Oni nie będą im pomagać. Oni będą trwać przy nich w modlitwie - mówił teolog. Jego zdaniem to pogląd przeciwstawny krytykowanej często teologii wyzwolenia, która skupia się na faktycznej pomocy potrzebującym. - Mamy przekręcony świat. Czcimy i uwielbiamy tych, którzy robią rzeczy na pokaz. A ci, którzy robią konkretne rzeczy, są traktowani jak wyrzutki.

Zdaniem teologa Zgromadzenie Misjonarek Miłości zdradza cechy sekty. Prof. Bartoś zaznaczył, że przyglądał się trybowi życia sióstr. - Deprywacja snu, silna kontrola wewnętrzna... To są elementy struktury sekty. Brzmi nieładnie, ale proszę przeczytać podręcznik Hassana o sektach - mówił teolog. 

Megaprzemiana Łukasza Kruczka. Z lichego skoczka w trenera mistrza


Foto: Kuba Atys / Agencja GazetaKruczek zostaje i nigdzie się nie wybiera

Koledzy ze skoczni wołali na niego "Mega". Nie przepadali za nim, bo się wywyższał. Gdy Łukasz Kruczek sam wziął się za szkolenie, stał się znowu obiektem drwin. Usta krytykom już zamknął. Pomógł wypłynąć polskim skokom na medalową powierzchnię i zapomnieć, że kończą się na Adamie Małyszu. - Już dawno mnie przerósł - przyznaje Apoloniusz Tajner.

Szóstka Kruczka na Lahti. Medaliści, Miętus i Hula

Zaledwie kilka...
czytaj dalej »
Przerósł nie tylko Apoloniusza Tajnera, ale też innych swoich poprzedników, słynnych Heinza Kuttina i Hannu Lepistoe. Jako pierwszy trener doprowadził polskich skoczków do medalu mistrzostw świata w konkursie drużynowym. Dwa dni wcześniej jego podopieczny, Kamil Stoch został mistrzem świata. 

Szkoleniowcem kadry Łukasz Kruczek został trochę z konieczności. – Nie mieliśmy dużego wyboru – przypomina w rozmowie z tvn24.pl Tajner, jego były trener, obecnie zwierzchnik. 

Prezes Polskiego Związku Narciarskiego postawił na swojego byłego podopiecznego, bo związkowa kasa świeciła pustkami. Za drobne nie był w stanie ściągnąć żadnego szanowanego trenera z zagranicy. Zwyciężyła opcja tania i krajowa. Kiedy ogłoszono nominację Kruczka, wielu pukało się w czoło. - Jak to? Kiepski zawodnik ma uczyć skakać? – pytali się. 

Kombinator i mistrz studentów 

Był ambitnym zawodnikiem, zawsze dobrze przygotowanym motorycznie, ale po prostu brakowało mu trochę talentu

Jan Szturc

Przyszły opiekun brązowych medalistów mistrzostw świata przygodę ze skocznią rozpoczął od kombinacji norweskiej. Skupił się na skokach, gdy zorientował się, że na biednym i podupadającym w Polsce "kombinowaniu" nie zarobi.

W skokach, poza trzecim miejscem w drużynie i zwycięstwami na stojącej na przeraźliwie niskim poziomie uniwersjadzie, też niczego nie osiągnął. - Był ambitnym zawodnikiem, zawsze dobrze przygotowanym motorycznie, ale po prostu brakowało mu trochę talentu - przyznaje bez ogródek Jan Szturc, wujek i pierwszy trener Adama Małysza.

W reprezentacji wręcz zaniżał poziom. Dlatego dwukrotnie z niej wypadł. – Nie dorównywał poziomem Małyszowi, Matei ani Skupniowi – przyznaje Tajner, który wtedy prowadził reprezentację. 

Na skocznię z książkami 

Na zawody woził ze sobą książki. Gdy inni odpoczywali, on się dokształcał. Był pracowity

Apoloniusz Tajner

Kruczek, pomijany i nie do końca lubiany przez kolegów (jako jedyny w grupie był studentem, wymądrzał się i ich pouczał) uparł się jednak. Szlifował formę w samotności i wracał do reprezentacji. 

Ale zwrócił na siebie uwagę Tajnera nie tylko charakterem. – Na zawody woził ze sobą książki. Gdy inni odpoczywali, on się dokształcał. Był pracowity. Od początku było widać, że ma zadatki na dobrego trenera - opowiada prezes PZN. 

Tarcia i rozstanie z Małyszem

Źródło: Grzegorz Momot/PAPTrener reprezentacji Polski Łukasz Kruczek, Dawid Kubacki i Adam Małysz czekają na ogłoszenie wyników. Za chwilę dowiedzą się o brązowym medalu
Gdy Kruczek skończył studia, został asystentem Heinza Kuttina w reprezentacji Polski. Najpierw juniorów, później seniorów. Eksperyment z austriackim mistrzem świata nie wypalił. Kuttina zwolniono, ale jego pomocnik się utrzymał. Dostał tylko nowego profesora, od którego miał chłonąć wiedzę, Fina Hannu Lepistoe. Z czasem Kruczek wskoczył na jego miejsce i w wieku 33 lat został trenerem Małysza, mistrza świata i wicemistrza olimpijskiego. - On ma uczyć mistrza? – znów odezwali się złośliwi. 

Ich współpraca trwała kilka miesięcy. Skończyła się przy pierwszym niepowodzeniu "Orła z Wisły" w Pucharze Świata. Małysz dostał zgodę na indywidualną pracę z Lepistoe. 

- Łukasz z Adamem od lat skakali razem, na zgrupowaniach spali w jednym pokoju, byli kolegami. Adam go cenił, ale wtedy potrzebował kogoś starszego, bardziej doświadczonego - tłumaczy Robert Mateja, bliski znajomy obu zawodników jeszcze z czasów wspólnego skakania w reprezentacji, obecnie trener kadry B. 

- Na pewno nie był takim autorytetem dla Adama, bo był trenerem młodym, na dorobku – dodaje Szturc. 

Jak nie Stoch, to Kot. Polacy skoczą bez medalisty

Polak poleciał...
czytaj dalej »


Codziennie chce być lepszy 

Na autorytet u skoczków Kruczek musiał mozolnie zapracować. Najpierw jednak stał się dla nich bardziej otwarty. Mówią sobie po imieniu, ale każdy zna swoje miejsce w szeregu. To już nie jest ten mało dostępny, stojący jakby na uboczu Łukasz z czasów zawodniczej kariery. 

Imponuje im wiedzą i tym, że ciągle zdobywa nową. - Jest niespokojnym duchem. Cały czas szuka nowinek, czyta książki, grzebie w Internecie, analizuje. Bez przerwy chce coś w skokach poprawiać. Zawodnicy to widzą - mówi z uznaniem prezes Tajner.  

Trener Szturc dodaje: - Interesuje go każdy szczegół, czy to w szkoleniu motorycznym, czy też w technicznym. Cały czas się rozwija.

Może moja krytyka przyniosła skutek i wzięli się do roboty? Kruczek teraz ma moje wsparcie. Nie chcę być drugim Jankiem Tomaszewskim i mącić przed ważną imprezą, igrzyskami w Soczi. Chcę, żeby polski skoczek po 42 latach usłyszał Mazurka Dąbrowskiego. Bo stać nas na medal, nawet dwa

Wojciech Fortuna



Zagroził dymisją 

Gdy w listopadzie, po serii słabych występów, zwołał zebranie i postraszył skoczków dymisją, usłyszał od nich: - Bez ciebie nie skaczemy. 

Kruczek nie zrezygnował. Znaleziono przyczynę słabych startów - wymieniono słabo dopasowane kombinezony. Wkrótce przyszły wyniki. Polacy regularnie  w komplecie meldują się w drugiej serii każdego konkursu. Z mistrzostw świata przywieźli dwa medale, w tym historyczny w drużynie. 

- Jeśli chodzi o wiedzę i orientację w temacie to już dawno mnie przerósł. To teraz jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy trener na świecie. Satysfakcja ogromna, bo do tego to nasz wychowanek - chwali się Tajner. 

Nawet Fortuna mu sprzyja 

Trener kadry przekonał do siebie nawet zaciekłych krytyków. Wojciech Fortuna, nasz jedyny mistrz olimpijski, już nie chce jego dymisji. Z Kruczka nie kpi i nie wysyła, jak to było jeszcze niedawno, do pracy na skocznię dla dzieci. 

- Fakt, mówiłem mocne słowa, ale to było dwa lata temu. Może moja krytyka przyniosła skutek i wzięli się do roboty? Kruczek teraz ma moje wsparcie. Nie chcę być drugim Jankiem Tomaszewskim i mącić przed ważną imprezą, igrzyskami w Soczi. Chcę, żeby polski skoczek po 42 latach usłyszał Mazurka Dąbrowskiego. Bo stać nas na medal, nawet dwa – przekonuje nas Fortuna.