piątek, 2 maja 2008

Tusk: Mam osobistą satysfakcję po orędziu

awe
2008-05-05, ostatnia aktualizacja 2008-05-05 14:09

- Mam osobistą satysfakcję, że można wypowiedzieć więcej niż jedno zdanie i nikogo nie obrazić - tak premier Donald Tusk ocenił w TVN24 swoje pierwsze telewizyjne orędzie. Dodał, że spodziewał się krytycznych uwag opozycji i "nie oczekuje od niej pochwał".

Zobacz powiekszenie
Fot. Aleksander Prugar / AG
Premier Donald Tusk


Premier podkreślił, że PiS był w trudnej sytuacji, bo musiał porównywać orędzia prezydenta i premiera. Odrzucił też zarzuty o jałowość wystąpienia i brak konkretów. - Co się porobiło z uczestnikami debaty publicznej, że uważają za pierwszą cnotę awanturę - pytał Tusk. Zaznaczył, że w wystąpieniu mówił o głodnych dzieciach. - Nie wiem, czy to jest słodki temat - stwierdził. Nie zgodził się, że orędzie nie niosło treści, bo nie używał "rekwizytów typu gej z Kanady. - Wszyscy stajemy się ofiarami nasyconego teatru, bo jeśli coś co nie ocieka krwią nie znajduje uwagi w mediach - stwierdził.

Tusk nie wykluczył, że "jego rząd czasem nie umie przekazać tego co robi", choć stwierdził, że jego rząd raczej zbiera pochwały za politykę informacyjną.

- Kiepscy to dobry serial - przyznał premier pytany producenta orędzia. Firma producencka, która przygotowywała wystąpienie szefa rządu produkuje również serial komediowy "Świat według Kiepskich". - Dla mnie jest ważne, żeby orędzie było przygotowane tanio i sprawnie - powiedział. Według niego koszt podobnej produkcji w telewizji publicznej zostałby pokryty z kieszeni podatnika. Premier przekonywał, że oszczędził w ten sposób ok. 10 tys. zł. Pytany w jaki sposób został wybrany wykonawca stwierdził, że "mieliśmy do tej firmy zaufanie".

Słowa premiera potwierdziła także rzeczniczka rządu Agnieszka Liszka. Poinformowała, że całkowity koszt produkcji orędzia wyniósł 11 tysięcy 36 złotych. - Było bardzo mało czasu na przygotowanie i zorganizowanie orędzia przed długim weekendem. Zależało nam na tym, żeby orędzie było sprawnie nagrane przez ekipę do której mamy stuprocentowe zaufanie. W związku z tym zdecydowaliśmy się na zamówienie pracy u firmy zewnętrznej - wyjaśniła Liszka. Jak dodała, firma nie została wybrana w przetargu, ponieważ kwota zamówienia była bardzo niska.

"W 2011 chcemy być gotowi do wejścia do strefy Euro"

- Chcielibyśmy tworzyć budżet nie na podstawie tego, co resorty chciałyby mieć, ale skłoniliśmy z ministrem finansów do przyjęcia zasady: zaczynamy od zera i każdy wydatek musi być uzasadniony - powiedział Tusk pytany o oszczędności w budżecie. Zapewnił, że dzięki temu ministrowie znajdują pieniądze wydawane nie zgodnie z przeznaczeniem. Przypomniał, że

od 1 stycznia wchodzi w życie nowa ustawa podatkowa. Do budżetu wpłynie przez to od 7 do 8 mld mniej. - Musimy zaoszczędzić i mniej tych pieniędzy wydać - powiedział. Pytany o planowane podwyżki dla nauczycieli stwierdził, że nie ukrywa, że pewne zapisy w Karcie nauczyciela trzeba zmienić, a najlepiej ograniczyć do minimum. Wówczas jego zdaniem takie podwyżki będą możliwe. Podkreślił, że zależy to od decyzji nauczycieli, a zwłaszcza nauczycielskich związków zawodowych.

- Chciałbym żeby w roku 2011 Polska była gotowa do wejścia do strefy Euro - przyznał premier. -Zrobimy wszystko, żeby być gotowymi, ciekawe czy będzie wola polityczna do przyjęcia Euro - dodał.

"Wiem, z kim rozmawiałem w Juracie"

- Treść ustawy kompetencyjnej nie była przedmiotem, ustaleń w Juracie - przyznał Tusk Marcowe spotkanie na Helu miało służyć wypracowaniu kompromisu w sprawie ratyfikacji Traktatu z Lizbony. Prezydent i szef rządu ustalili m.in., że nastąpi nowelizacja ustawy o współpracy rządu z parlamentem w sprawie członkostwa Polski w UE, czyli tzw. ustawy kompetencyjnej z 2004 r.

- Treść ustawy kompetencyjnej nie była przedmiotem ustaleń; bo nikt tego nie ukrywał, przecież także prezydent i wszyscy byli tego świadomi, że tak naprawdę w Juracie prezydent szukał wyjścia z tego zaułka, w który został wpędzony trochę własnym orędziem, a trochę działalnością swojego brata i jego partii"- powiedział Tusk.

Premier podkreślił, że dzień po spotkaniu na Helu bardzo szczegółowo zreferował na konferencji prasowej ustalenia spotkania z prezydentem i - jak zaznaczył - mimo że minęło wiele tygodni, "nikt tego nie kwestionował".

W zeszłym tygodniu własny projekt ustawy kompetencyjnej przedstawił klub PiS. Przedstawiciele tej partii przekonywali, że projekt został skonsultowany z Kancelarią Prezydenta; zakłada on m.in., że przedstawiciele Polski na forum UE będą musieli dysponować zgodą prezydenta, Sejmu, Senatu i Rady Ministrów w sprawach dotyczących zmiany sposobu podejmowania decyzji przez instytucje UE (np. zmiany zasad głosowania).

Tusk przyznał, że "PiS ma prawo złożyć własny projekt", ale - jak stwierdził - zawartość tego projektu "nie ma nic wspólnego" z jego ustaleniami z prezydentem. - Niezależnie od tego, że prezydent i były premier są do siebie bardzo podobni, dokładnie wiem z kim rozmawiałem w Juracie i to był z całą pewnością prezydent - dodał premier.

Tusk poinformował, że rząd przesłał założenia dotyczące zmian ustawy kompetencyjnej do Prezydium Sejmu. "Przekazałem do Prezydium Sejmu, zgodnie z moim zobowiązaniem, założenia, taki projekt ustawy, który z punktu widzenia rządu i prawników rządu byłby optymalny" - podkreślił. Pytany co jest w przesłanym projekcie, powiedział: "w założeniach szanujemy konstytucyjne uprawnienia poszczególnych organów władzy". Tłumaczył, że rząd podejmując jakiekolwiek decyzje dotyczące kluczowych spraw - Polska w UE" odpowiadałby przed całym Sejmem, a nie tylko przed jego komisjami. "Ale to jest tak naprawdę drobna korekta - ocenił szef rządu.

"Podoba mi się bycie premierem"

Tusk przypomniał w tym kontekście, że w czasie zeszłorocznego szczytu UE, na którym negocjowany był Traktat Lizboński, Lech Kaczyński samodzielnie podejmował decyzje dotyczące zmiany polskiego stanowiska w sprawie sposobu podejmowania decyzji w UE. - Chciałbym jeszcze raz zwrócić państwa uwagę, że wtedy, kiedy prezydent Lech Kaczyński zmieniał ustalenia, które zapadły w kraju, dotyczące np. sposobu ważenia głosów w przyszłym Traktacie Lizbońskim, to nikt w PiS - mimo uchwały sejmowej - nie podnosił krzyku i alarmu, że Lech Kaczyński prowadzi zbyt samodzielną politykę, mimo że odstąpiono na tym spotkaniu od korzystnego zapisu dla Polski - dodał Tusk.

- Nie wiem, czy będę kandydował na prezydenta - tak Tusk ocenił opublikowany przez dzisiejszy "Dziennik" sondaż prezydencki, w którym znalazł się czołowej pozycji. - Podoba mi się bycie premierem. Rząd jest miejscem, gdzie zapada więcej decyzji - przyznał.


Pełny tekst orędzia premiera Donalda Tuska

02-05-2008, ostatnia aktualizacja 02-05-2008 21:22

Szanowni Państwo!

W polskim kalendarzu pierwsze dni maja to czas radości i dumy. Odzyskując wolność i normalność, odzyskaliśmy możliwość świętowania. Nie musimy już w tych dniach demonstrować za lub przeciwko czemuś. Dziś święta państwowe to po prostu czas odpoczynku dla obywateli, a dla premiera okazja, by powiedział o tym, co uważa za ważne.

W cieszącym się wolnością bezpiecznym kraju nie ma lepszej demonstracji niż spędzająca ze sobą czas rodzina ani lepszego pochodu niż uśmiechnięci ludzie, spacerujący po parku. Pierwszy maja jest znów po prostu dniem, kiedy docenia się tych, którzy ciężko pracują. Zwyczajnie przypominamy sobie o tym, że praca jest wartością, a ludzie, którzy ją wykonują, zasługują na najwyższy szacunek.

Jutro w rocznicę uchwalenia pierwszej polskiej i pierwszej w Europie konstytucji będzie nas wszystkich, bez względu na podziały partyjne, rozpierać duma z naszej historii, osiągnięć państwa i tradycji prawodawstwa.

Wczoraj minęła czwarta rocznica wejścia Polski do Unii Europejskiej. Nam również, tak samo jak autorom Konstytucji 3 Maja, nie zabraknie odwagi i nowoczesności myślenia, abyśmy w nowej Europie znaleźli się wśród liderów i abyśmy to my wyznaczali kierunki jej rozwoju.

W wolnej Polsce, w Najjaśniejszej Rzeczypospolitej święta 1 i 3 maja nie mogą być obchodzone przeciwko komukolwiek. Są wspólne, należą do wszystkich Polaków. Symbolicznie spina je dzisiejszy Dzień Flagi Narodowej - sztandaru, pod którym każdy z nas, bez wyjątku, ma prawo stanąć z uniesioną głową.

Właśnie z tego wynikają zadania rządu i mnie jako premiera. Wszyscy mamy prawo do dumy, ale wszyscy mamy też prawo do korzystania z silnej, dostatniej Polski. Budując tę siłę i dostatek nie możemy zapominać o obowiązku wyrównywania szans. W interesie państwa i narodu jest bowiem, aby nikt z tego procesu nie był wykluczony. Dlatego jednym z podstawowych założeń mojego rządu jest zasada solidarności pokoleń.

Są dwa pokolenia, którymi musimy zająć się w szczególności. Seniorzy, których doświadczenie i odpowiedzialność są nam bardzo potrzebne oraz dzieci i młodzież, od których zależy nasza przyszłość.

Dla seniorów stworzyliśmy program przywracania do pracy osób po 50. roku życia. Sam skończyłem już 50 lat i nieskromnie powiem, że to niezły wiek na odpowiedzialną pracę. Przygotowując program prywatyzacji, przewidzieliśmy stworzenie rezerwy emerytalnej, która zagwarantuje nam godziwe emerytury. Do Sejmu skierowaliśmy już ustawę zwalniającą emerytów z płacenia abonamentu radiowo-telewizyjnego. Uważam, że państwo polskie powinno być stać na taki gest. Gest wobec ludzi, którym tak wiele zawdzięczamy.

Naszym najważniejszym zadaniem - i na tym chciałbym dziś skupić swoją uwagę - jest najmłodsze pokolenie. Moją największą ambicją jest, aby polskie dzieci miały takie same szanse rozwoju, jak dzieci w najlepiej rozwiniętych krajach Europy. Takie same, a może nawet większe. I jestem pewien, że jest to możliwe i że jest to najlepszy sposób, aby Polska wykonała drugi wielki krok, aby stanęła wśród europejskich liderów i najwyżej rozwiniętych krajów świata.

Zaczniemy od sprawy podstawowej, od bezwarunkowego prawa do ciepłego posiłku. Głodne dziecko to hańba, z którą walczyły już poprzednie rządy. W wyniku tych działań skala problemu znacznie się zmniejszyła, ale ja sam nie zaznam spokoju, dopóki nie będę miał pewności, że w Polsce żadne dziecko nie chodzi głodne.

Wprowadzimy program, dzięki któremu każde dziecko w publicznej szkole podstawowej będzie miało prawo zjeść obiad bez pokazywania zaświadczeń, kwitków, udowadniania, że jest wystarczająco biedne. Jeśli dziecko prosi o jedzenie to znaczy, że jest głodne i ma być nakarmione.

Nie mniej ważnym warunkiem rozwoju jest poczucie bezpieczeństwa. Doniesienia mediów o tragediach, których ofiarami padają dzieci, budzą grozę. Niestety, znaleźć można także opisy dramatów, które rozegrały się w naszym kraju.

Rząd w swych działaniach nie może opierać się jedynie na doniesieniach prasowych. Dlatego poprosiłem odpowiednie ministerstwo o przygotowanie raportu w tej sprawie. Na jego podstawie powstanie program walki z przemocą wobec dzieci. I żeby było jasne - mówimy tu o ochronie przed znęcaniem się i gwałtem, o elementarnym bezpieczeństwie, do którego niezbywalne prawo mają wszyscy, a szczególnie ci, którzy sami nie mogą się bronić.

Dzieciom najedzonym i bezpiecznym trzeba zapewnić odpowiedni rozwój fizyczny i umysłowy. Jeśli chodzi o rozwój fizyczny, to nie ma nic lepszego niż sport. Uruchomiliśmy zatem program "Boisko w każdej gminie" i zainteresowanie gmin jest naprawdę ogromne. Pierwsze kilkaset boisk powstanie już w tym roku. Sztuczna murawa do piłki nożnej, dobra nawierzchnia do koszykówki, oświetlenie, ogrodzenie, prysznice, a ponadto odpowiedzialni i profesjonalni opiekunowie i trenerzy. Być może będzie to miało dobry wpływ na nasz sport wyczynowy, ale przede wszystkim kolejne pokolenia Polaków będą zdrowsze, sprawniejsze, przyzwyczajone do aktywnego wypoczynku.

Szanowni Państwo, nad rozwojem umysłowym młodych Polaków czuwają polscy nauczyciele i z dumą możemy powiedzieć, że wywiązują się z tego zdania wspaniale. Polscy uczniowie na tle swoich rówieśników z innych krajów wypadają zazwyczaj rewelacyjnie. Jednak we współczesnym świecie nawet najlepszy polski uczeń przegra rywalizację ze swoim kolegą z Zachodu, jeśli komputer i internet nie będą dla niego środowiskiem naturalnym.

Oczywiście wiele polskich dzieci ma swoje komputery i godzinami buszuje po internecie, a rodzice wręcz zamartwiają się, że ich pociechy spędzają zbyt wiele czasu przed ekranem. Ale równie wiele polskich dzieci dostępu do komputera nie ma, a w dzisiejszym świecie jest to najprostsza droga do wykluczenia. Tu może pomóc państwo.

Na świecie odbyła się już informatyczna rewolucja. Przyszedł czas, abyśmy my urządzili informatyczną rewolucję w naszych szkołach. Chciałbym Państwu ogłosić, że powołuję zespół, który opracuje program pod wszystko mówiącym hasłem - "Dostęp do komputera dla każdego ucznia". Tak jak każdy polski uczeń ma prawo do ciepłego posiłku, tak powinien mieć też dostęp do komputera, oprogramowania edukacyjnego i internetu. To zrewolucjonizuje polską edukację i wyrówna szanse między dziećmi z rodzin biednych i bogatych.

Jak Państwo wiecie, w tych dniach prowadzę ze swoimi ministrami prace nad budżetem. Zapowiedziałem już, że będę bezwzględnie obcinał zbędne wydatki, ale - drodzy Państwo - są takie cele, na które trzeba wydawać pieniądze, bo to, co zainwestujemy dziś, przyniesie nam stokrotne zyski w przyszłości.

Chcę dzisiaj przy okazji święta obiecać, że na jedzenie dla dzieci, na ich bezpieczeństwo, edukację i rozwój - pieniędzy nie zabraknie. Tak, byśmy patrząc jak rośnie nowe pokolenie Polaków, z coraz większą dumą mogli patrzeć na nasz narodowy sztandar. W takie święto jak dziś, a także każdego dnia.

Życzę Państwu w tych dniach spokojnego, radosnego świętowania, spacerów i pięknej pogody.

Źródło : PAP

Premier: "Głodne dziecko to hańba"

Tusk, w orędziu, obiecał dzieciom boiska i obiady

W orędziu premiera nie było fajerwerków - muzycznych podkładów ani scen z filmów.

Telewizja wyemitowała pierwsze orędzie premiera Donalda Tuska do narodu. Pod względem technicznym realizacja programu była bardziej niż poprawna. Jeśli chodzi o treść, w orędziu znalazło się kilka obietnic - jak zagwarantowanie dzieciom jedzenia w szkole, czy zapewnienie uczniom dostępu do internetu. Tusk nie mówił jednak nic o takich problemach rządu jak odebranie prawa do wcześniejszych emerytur nauczycielom. A na koniec wystąpienia życzył Polakom udanej majówki

Zgodnie z zapowiedziami, premier skoncentrował się na problemach dwóch grup wiekowych - osób po pięćdziesiątce i dzieci. "Zasada solidarności pokoleń jest podstawowym założeniem mojego rządu" - mówił Tusk i obiecał 50-latkom stworzenie rezerwy emerytalnej, która ma powstać przy okazji kolejnego etapu prywatyzacji. Przypomniał też o trwającym programie zawodowej aktywizacji skierowanym do ludzi, którzy skończyli 50 lat.

Dodał też, że jego rząd zwolni wreszcie emerytów od płacenia abonamentu radiowo-telewizyjnego. "Państwo polskie powinno być stać na taki gest wobec ludzi, którym wszyscy tak wiele zawdzięczamy" - mówił premier.

Ciepły obiad dla każdego ucznia

"Zaczniemy od sprawy podstawowej - od bezwarunkowego prawa do ciepłego posiłku. Głodne dziecko to hańba" - powiedział premier, po czym obiecał uczniom program dożywiania prowadzony w szkołach podstawowych - ciepły posiłek ma być zagwarantowany każdemu dziecku. Premier nie chce też, by uczniowie musieli pokazywać zaświadczenia w stołówkach, że są biedni, tak, by nie czuli się upokorzeni. Każde dziecko "będzie miało prawo zjeść obiad bez pokazywania zaświadczeń, kwitków, udowadniania, że jest wystarczająco biedne. Jeśli dziecko prosi o jedzenie, to znaczy, że jest głodne i ma być nakarmione" - obiecywał Tusk.

Mówił też o dostępie do komputerów i sportu - co mają zapewnić dwa kolejne programy: informatyczny i akcja "Boisko w każdej gminie". Premier pochwalił także pracę nauczycieli, ale nie wspomniał ani słowem o planach rządu dotyczących odebrania im prawa do wcześniejszych emerytur. Donald Tusk wie, że polscy uczniowie są o wiele lepiej wykształceni, niż ich rówieśnicy z innych krajów, ale muszą dostać komputery i internet, by móc pogłębiać wiedzę.

"We współczesnym świecie nawet najlepszy polski uczeń przegra rywalizację z kolegą z zachodu, jeśli komputer i internet nie będą dla niego środowiskiem naturalnym" - twierdził premier. "Wiele dzieci ma swoje komputery, godzinami buszuje po internecie (...), ale równie wiele polskich dzieci dostępu do komputera nie ma, a w dzisiejszym świecie to najprostsza droga do wykluczenia" - dodał.

Rząd zamierza też zająć się szczególną ochroną najmłodszych przed przemocą fizyczną i seksualną.

Polska będzie liderem!

Na koniec wystąpienia premier obiecywał, że Polska wkrótce będzie jednym z liderów Europy, tak, jak była przed wiekami, gdy uchwalono Konstytucję 3 Maja. Według Donalda Tuska 3 maja to dzień, kiedy "będzie nas wszystkich, bez względu na podziały partyjne, rozpierać duma z naszej historii, z osiągnięć państwa i tradycji prawodawstwa". Dodał też, że "tak jak autorom Konstytucji 3 Maja nie zabraknie odwagi ani nowoczesności myślenia, abyśmy w nowej Europie znaleźli się wśród liderów i wyznaczali kierunki jej rozwoju".

Po raz pierwszy orędzie premiera przygotowała zewnętrzna firma produkcyjna, a nie ekipa telewizji publicznej. W ten sposób premier chciał uniknąć jakichkolwiek kontaktów z Patrycją Kotecką, wiceszefową Agencji Informacyjnej TVP. Platforma Obywatelska zarzuca jej sympatyzowanie z Kancelaria Prezydenta i PiS.

Pod względem technicznym orędzie premiera zrealizowano w sposób bardziej niż poprawny. Nie było w nim muzycznych podkładów ani scen z filmów - tak jak podczas ostatniego orędzia prezydenta, które przygotował Jacek Kurski. Zobaczyliśmy spokojne przejścia pomiędzy kolejnymi ujęciami i... usłyszeliśmy śpiew ptaków. Orędzie nakręcono w parku na tle kilku rosłych drzew.

Safjan: Prezydent nie może odmówić ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego, chyba że skieruje sprawę do Trybunału Konstytucyjnego

Rozmawiał Jacek Żakowski
2008-05-02, ostatnia aktualizacja 2008-05-02 11:51

- Konstytucja mówi, że Trybunał powinien badać ustawę na wniosek prezydenta, jeżeli ten ma wątpliwości konstytucyjne. Wobec tego, jeżeli nie ma tych wątpliwości, powinien podpisać możliwie najszybciej. To jest kwestia interpretacji samej Konstytucji - powiedział Marek Safjan w "Poranku Radia TOK FM"

Zobacz powiekszenie
fot. Kamil Wróblewski / TOK FM
Marek Safjan
Jacek Żakowski: Jest z nami pan profesor Marek Safjan, były prezes Trybunału Konstytucyjnego. Patrzę na relacje między władzami w Polsce i widzę tak: Pan Prezydent jest z Panem Premierem w konflikcie o generałów, ambasadorów, o profesorów, o Traktat Lizboński, o Gruzję, o Ukrainę, mógłbym jeszcze dalej ciągnąć i ciągnąć. We wszystkich tych sprawach nie chodzi o różnicę zdań, ale o to, że sprawy się nie dzieją, bo nie wiadomo którędy mają się dziać. I to zaczyna być moim zdaniem niepokojące. Ta kohabitacja jest nie tyle konfliktowa, co paraliżująca. Czy pana zdaniem to jest wina, jak wiele osób twierdzi, Polskiej Konstytucji?

Marek Safjan: Sądzę, że przyczyny przede wszystkim leżą po stronie osobowości politycznych sposobów wykonywania urzędu. Sądzę, że mamy tutaj do czynienia rzeczywiście z niepokojącą sytuacją. Jest bardzo niedobrze dla państwa, jeżeli bardzo istotne decyzje, które powinny być podjęte muszą oczekiwać, przy czym ich podjęcie jest traktowane jako akt arbitralny ze strony tych, którzy mają odpowiednie kompetencje. Proszę zwrócić uwagę, że mamy do czynienia z bardzo długim wyczekiwaniem na nominacje sędziowskie. Poza tym wspomniał pan redaktor o generałach, profesorach, ambasadorach i powstaje pytanie rzeczywiście. Co się dzieję z tego rodzaju kompetencjami? Czy one mogą być traktowane jako przedmiot całkowicie swobodnej decyzji prezydenta, głowy państwa, czy też nie. Ja mam wątpliwości polegające na tym, że w demokratycznym państwie prawa wszystkie organy państwa muszą działać w sposób dostatecznie klarowny. Nie może być tak, że jakaś decyzja, jakiś ważny akt władzy publicznej nie jest uzasadniony, jest wynikiem całkowicie swobodnych i bliżej nieokreślonych intencji osoby podejmującej decyzję.

Jacek Żakowski: No tak, ale Konstytucja żadnych kryteriów panu prezydentowi tutaj nie narzuca poza ogólnymi, prawda?

Marek Safjan: To nie jest sprawa wyraźnych regulacji w samej Konstytucji, czy w innych aktach prawnych. To jest sprawa pewnego standardu prawnego. I jeżeli spoglądamy na funkcjonowanie mechanizmów prawnych, to jednym z podstawowych postulatów, który się wyłania najczęściej na tym tle, jest żądanie, żeby decyzje władz były podejmowane zawsze w sposób racjonalny, uzasadniony, przekonywujący dla opinii publicznej, pokazujący takie, a nie inne motywy.

Jacek Żakowski: To znaczy prezydent ma obowiązek tłumaczyć się z tego, dlaczego tych generałów nie powołał?

Marek Safjan: Uważam, że odmowa nominacji generalskich, profesorskich, czy sędziowskich, jeżeli to przechodzi odpowiedni tryb poprzedzający ten ostatni etap, jakim jest nominacja prezydencka, to powinna być zawsze oparta o wyraźne motywy. Przecież w istocie nikt nie wpisuje do Konstytucji, że decyzje dotyczące takiej, a nie innej sfery polityki, takiego, a nie innego programu w sferze społecznej, gospodarczej powinny być podejmowane w sposób racjonalny, mądry z uwzględnieniem określonych racji społecznych. Bo to jest wpisane w naturę demokracji. To jest po prostu nieodzowny element funkcjonowania społeczeństwa demokratycznego. I to trzeba zrozumieć. Myślę, że niestety w Polsce mamy do czynienia z sytuacją, w której piastowanie poszczególnych funkcji, czy tak zwani piastuni organów traktują to troszeczkę na zasadzie wyłączności swoich prerogatyw zapominając o tym, że jest to funkcja pełniona w imieniu i dla społeczeństwa. To nie jest funkcja pełniona w charakterze jakiegoś daru politycznego, czy trofeum politycznego, tylko jest to funkcja, która jest umiejscowiona w społeczeństwie demokratycznym i dla tego społeczeństwa realizowana.

Jacek Żakowski: Ale zaraz. Jeżeli konstytucja mówi, że pan prezydent mianuje na stopnie generalskie, to znaczy, że to pan prezydent, nie minister, nie szef sztabu, nie rząd. Z tego rozumiem, że sugestie rządu mają tylko charakter doradczy, a mówiąc inaczej pan prezydent mógłby na przykład mianować pana albo mnie generałem, jakby chciał albo profesorem? No profesorem to już pana mianować nie może, bo to się stało.

Marek Safjan: Ale to jest pytanie dokładnie tak samo dotyczące profesorów, znaczy czy profesor mógłby być mianowany w całkowicie dowolny sposób, bez kryteriów.

Jacek Żakowski: Czy pan mógłby zostać profesorem?

Marek Safjan: Mniej więcej tak można postawić to pytanie. Uważam właśnie, że nie.

Jacek Żakowski: Ale dlaczego Konstytucja tego nie pisze?

Marek Safjan: Konstytucja dzisiaj w Polsce jest przedmiotem zarzutów między innymi dlatego, że jest za bardzo rozgadana. Że ma zbyt wiele przepisów, że one są zbyt szczegółowe, a niektóre może za mało precyzyjne, ale za to składają się z wielu wyrazów.

Jacek Żakowski: Ale mogłaby być na przykład taka dyspozycja w konstytucji, że na wniosek Prezesa Rady Ministrów Pan Prezydent powołuje ambasadorów, generałów, profesorów, sędziów.

Marek Safjan: Ale w dalszym ciągu musi pozostawać jednak pewna sfera decyzyjności głowy państwa. I można by sobie wyobrazić oczywiście wskazanie w samej Konstytucji wyraźnych przesłanek mianowania profesorów, generałów, etc., tylko wyobraźmy sobie, jak wtedy wyglądałaby Konstytucja, byłoby to już całkowicie nieprzejrzyste. Po drugie, ponieważ to jest jednak decyzja głowy państwa, to musiałaby pozostać bliżej nieokreślone w samej Konstytucji przesłanki, które pozwalałyby Prezydentowi podjąć inne decyzje. Czyli krótko mówiąc, klauzula generalna: z ważnych powodów prezydent może odmówić.

Jacek Żakowski: Ale tryb odwoławczy musiałby być, jak w przypadku weta prezydenckiego. Może tak powinno być właśnie?

Marek Safjan: Niekoniecznie jak w przypadku weta prezydenckiego, ponieważ tutaj mamy do czynienia nie z ustawą, tylko z decyzjami indywidualnymi. Ustawa podlega bardzo swoistej procedurze, to jest jednak efekt prac całego parlamentu i prezydent musi mieć w takiej sytuacji dość ograniczone kompetencje, chociaż one są silne, ale ograniczone chociażby przez tą kwalifikowaną większość, która doprowadza do odrzucenia weta. Natomiast mi się wydaje, to jest problem jednak cały czas, nieustannie to powtarzam, standardu i kultury politycznej. Pamiętam, że niedawno, kilka miesięcy temu, w Radzie Europy pracowaliśmy nad takimi rekomendacjami dotyczącymi powołania sędziów. Statusu sędziów w krajach członkowskich Rady Europy. W większości krajów, które były tam reprezentowane przez ekspertów, głowa państwa ma tę ostateczną decyzję do aktów nominacyjnych. Ale też nikt nie podnosił problemu, jaki występuje w Polsce. Nikt. W efekcie, na moją zresztą prośbę zostało wprowadzone do projektu tych rekomendacji postanowienie, że nawet jeżeli mamy do czynienia w ostatniej fazie z podejmowaniem decyzji przez głowę państwa, jest to akt w zasadzie natury czysto oficjalnej i ceremonialnej, ale nie pozwalający na to, aby przedstawiciele władzy politycznej, a prezydent jest przedstawicielem władzy politycznej ingerowali w proces podejmowania decyzji, która powinna przechodzić przez możliwie zobiektywizowane i transparentne procedury. I to jest bardzo wyraźnie powiedziane w tych rekomendacjach, na razie jeszcze prace nad tym trwają i dobrze to oddaje intencje występujące pomiędzy relacjami głowa państwa - inne organy państwa. Te napięcia prawdopodobnie są niemożliwe do uniknięcia całkowicie, ale można je na pewno zmniejszać. Ja bym przestrzegał w każdym razie przed jednym. Przed tym, aby przez zmianę Konstytucji, poprzez odpowiednio precyzyjne zapisy prawne, poprzez taką a nie inną formułę próbować od razu, znakomicie poprawić jakość życia demokratycznego w Polsce. To jest nieprawda. To jest taka naiwna wiara bardzo często ludzi, którzy mają słabe doświadczenie prawne i są przekonani, że tylko poprzez zmianę prawa może następować poprawa sytuacji. Jestem przekonany, że jest inaczej.

Jacek Żakowski: Pan był bronił kształtu konstytucyjnego?

Marek Safjan: Generalnie bym bronił tego kształtu konstytucyjnego.

Jacek Żakowski: Bo na przykład profesor Markowski, który był tu przed chwilą, on co prawda jest politologiem, nie prawnikiem, ale zajmuje się systemami konstytucyjnymi, nie wyborczymi uważa, że albo silny prezydent albo senat. Że nadmiar jest tych przeszkód legislacyjnych w tych Polskich warunkach i że to powoduje to całe zamieszanie i zachęca do zamieszania właśnie.

Marek Safjan: Ja bym utrzymał ten kształt ustrojowy, natomiast, gdyby do tego miało dojść, chociaż nie jestem entuzjastą pomysłów szybkich zmian Konstytucji, zastanawiałbym się nad pewnymi korektami. Na przykład taka korekta mogłaby polegać na tym, że jeżeli Prezydent ma wątpliwości, powinien kierować sprawę do Trybunału Konstytucyjnego. Czyli ograniczyłbym zakres weta, dlatego, że rzeczywiście jest sytuacją niepokojącą, kiedy weto jest wykorzystywane z powodów czysto politycznych. Mieliśmy do czynienia z takimi przypadkami w przeszłości również, mam wrażenie, że decyzja podjęta w swoim czasie przez Aleksandra Kwaśniewskiego dotycząca podatku była decyzją o charakterze politycznym, przy czym argumentacja była konstytucyjna, ale pytanie zawsze powstaje w takiej sytuacji, dlaczego ustawa nie jest kierowana do Trybunału Konstytucyjnego. Więc ograniczyłbym tę możliwość ingerowania przez Prezydenta w proces ustawodawczy na rzecz poszerzenia kontroli tak zwanej prewencyjnej przez Trybunał Konstytucyjny, być może inaczej bym też ukształtował funkcje izby wyższej, czyli senatu. Uważam, że można by się zastanowić poważnie nad tym, czy senat nie powinien być zbudowany, jako swoista izba samorządowa jednak, powoływana według zupełnie innych kryteriów niż parlament, dlatego, że dzisiaj mamy do czynienia z takim refleksem tej samej partycypacji politycznej na poziomie każdej izby parlamentu i stąd dochodzi do niepotrzebnego powielania się tego samego układu w obu izbach. Tymczasem wydaje się, że senat mógłby pełnić ważną funkcję w państwie, gdyby był inaczej powoływany. Zdecydowanie według innej ordynacji, czy według innego klucza krótko mówiąc. Właśnie jako przedstawiciele samorządów, tego rodzaju system funkcjonuje zwłaszcza w państwach o strukturze federalnej. My nie jesteśmy federalnym krajem, ale jednak dąży się do tego, aby samorządy miały większy wpływ na bieg spraw, niż dotychczas i myślę, że takie umocowanie senatu, przyznanie mu kompetencji swoistej izby samorządowej bardzo mocno mogłoby dowartościować samorząd terytorialny, którego my ciągle nie jesteśmy w stanie docenić.

Jacek Żakowski: Na koniec twarde pytanie: czy prezydent Kaczyński nadużywa swojej władzy?

Marek Safjan: Nie chciałbym wprost na to pytanie odpowiadać. Powiem ogólnie: jest przejawem nadużywania standardu demokratycznego w państwie sytuacja, w której osoby odpowiedzialne, pełniące ważne funkcje publiczne podejmują swoje decyzje, czy występują na scenie publicznie w sposób, który nie respektuje wyraźnie określonego interesu, jest związany z motywacją polityczną, nie opiera się na jasnych, transparentnych przesłankach. Myślę, że każda sytuacja, w której mamy do czynienia z naruszeniem standardu demokratycznego jest zawsze w państwie demokratycznym niepokojąca. Dzisiaj moim zdaniem znacznie ważniejszy problem dotyczy nie tylko tych nominacji, o których mówimy, ale ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego. Muszę powiedzieć, że z ogromnym niepokojem spoglądam na sytuację swoistego pata, który zaistniał dzisiaj, ponieważ słyszymy, że ta ratyfikacja nie jest wcale oczywista, tymczasem ja powtórzę swoją tezę, która nie jest podzielana jednomyślnie przez wszystkich prawników: Pan Prezydent po podpisaniu ustawy wyrażającej zgodę na ratyfikację, nie może odmówić ratyfikacji, chyba, że skieruje sprawę do Trybunału Konstytucyjnego.

Jacek Żakowski: Nie może odmówić, ale może nie podpisywać.

Marek Safjan: Nie może odmówić, więc ma obowiązek podpisać, ma obowiązek podpisać, jeżeli nie skieruje Trybunału Konstytucyjnego. Konstytucja mówi, że Trybunał powinien badać ustawę na wniosek prezydenta, jeżeli ten ma wątpliwości konstytucyjne. Wobec tego należy uznać, że jeżeli nie ma tych wątpliwości konstytucyjnych i nie kieruje do Trybunału, powinien podpisać. Powinien podpisać możliwie najszybciej. To jest kwestia interpretacji samej Konstytucji.

Jacek Żakowski: No właśnie Polska tradycja jest taka, że interpretacja Konstytucji jest wyraźnie celowościowa, to znaczy każdy polityk ją interpretuje tak jak ma ochotę.

Marek Safjan: Taka jest dzisiaj interpretacja prawa w całej Europie. Ona powinna być celowościowa, tylko, że powinno się te cele określać w sposób racjonalny, mądry i zgodny z interesem publicznym, a nie politycznym.

Źródło: TOK FM

Prezydent odwiedzi żołnierzy w Kosowie

ika 02-05-2008, ostatnia aktualizacja 02-05-2008 11:41

Prezydent Lech Kaczyński opuścił Macedonię i jest w drodze do Kosowa, gdzie odwiedzi polskich żołnierzy stacjonujących tam w ramach misji KFOR

Lech Kaczyński
autor zdjęcia: Jakub Ostałowski
źródło: Fotorzepa
Lech Kaczyński

Informację tę potwierdziła rano Kancelaria Prezydenta.

Polski Kontyngent Wojskowy KFOR stacjonuje w amerykańskim Camp Bondsteel w południowym Kosowie. W lutym służyło w Kosowie 320 polskich żołnierzy.

Prezydent przebywał w Macedonii na szczycie państw Europy Środkowej. Wczoraj wieczorem z rozmawiał prezydentem Turcji Abdullahem Gulem o sytuacji w Gruzji.

"Polska i Turcja wyrażają pełne wsparcie, jeżeli chodzi o rozwiązanie napiętej sytuacji w Gruzji i przede wszystkim cofnięcie instrukcji rządu Federacji Rosyjskiej z 16 kwietnia i powrócenie do prowadzenia dalszego dialogu i wykorzystania wszystkich środków dyplomatycznych i politycznych dla zażegnania tej napiętej sytuacji" - powiedział po spotkaniu dyrektor Biura Spraw Zagranicznych Kancelarii Prezydenta Mariusz Handzlik.

Polski prezydent rozmawiał też z Gulem o sytuacji na Bliskim Wschodzie oraz współpracy energetycznej.

Lech Kaczyński pierwszego dnia pobytu w Macedonii spotkał się ponadto z Przewodniczącym Rady Państwowej Bośni i Hercegowiny Harisem Silajdżiciem. Według Handzlika, rozmowa dotyczyła jak najszybszej integracji BiH ze strukturami euroatlantyckimi.

Politycy mówili m.in. o kwestii umowy o stabilizacji i stowarzyszeniu BiH z Unią Europejską, a Kaczyński "wyraził pełne poparcie dla podpisania tego porozumienia".

Prezydent - zapowiedział Handzlik - jeszcze w tym roku złoży wizytę w BiH.

Ponadto Kaczyński spotkał się z gospodarzem szczytu, prezydentem Macedonii Branko Crvenkovskim. Handzlik podkreślił, że Polska ma nadzieje na szybkie rozwiązanie sporu o nazwę tego państwa.

W Bukareszcie szefowie państw NATO zgodzili się, że Sojusz nie zaprosi do członkostwa Macedonii, dopóki nie rozwiąże ona sporu o nazwę z sąsiednią Grecją, a delegacja macedońska opuściła szczyt.

Grecja sprzeciwia się używaniu nazwy Macedonia inaczej niż w odniesieniu do swej prowincji, położonej na północy kraju. "Chcemy, aby ta sprawa jak najszybciej została rozwiązana (...) i żeby w przyszłym roku na szczycie NATO Macedonia została zaproszona do Paktu" - podkreślił Handzlik.

Źródło : PAP

Wojna Rzecznika o stan wojenny

11:21, 02.05.2008 /PAP
ZASKARŻY UCHWAŁĘ WS. STOSOWANIA DEKRETU O STANIE WOJENNYM
Kochanowski: Sędziowie nie rozliczyli się i to wpływa demoralizująco.
TVN24
Rzecznik Praw Obywatelskich Janusz Kochanowski zapowiada, że do Trybunału Konstytucyjnego zaskarży uchwałę Sądu Najwyższego dotyczącą stosowania przez sędziów dekretu o stanie wojennym. W praktyce wyklucza ona rozliczenie sędziów za drakońskie wyroki wydawane w stanie wojennym.
Z przyjętej w zeszłym roku uchwały Sądu Najwyższego wynika, że w latach osiemdziesiątych sędziowie musieli stosować dekret o stanie wojennym z 12 grudnia 1981 r. m.in. dlatego, że nie było wtedy mechanizmu oceny konstytucyjności ustaw.

- Sędziowie nie rozliczyli się i to wpływa demoralizująco. Uchwała z 20 grudnia ubiegłego roku, która jak dotychczas przeszła bez echa, stanowi ukoronowanie tej niedobrej tendencji i będę przeciwko niej występował - zapowiedział Janusz Kochanowski w TVP1.

RPO zapowiedział , że zaskarży uchwałę i dodał, że jego zdaniem istnieje taka możliwość prawna. Nie podał jednak szczegółów.

Immunitetów nie uchylą

Sędziowie nie rozliczyli się i to wpływa demoralizująco. Uchwała z 20 grudnia ubiegłego roku, która jak dotychczas przeszła bez echa, stanowi ukoronowanie tej niedobrej tendencji i będę przeciwko niej występował.
Janusz Kochanowski
Decyzja Sądu Najwyższego oznacza w praktyce, że Instytut Pamięci Narodowej nie będzie mógł stawiać zarzutów sędziom za bezprawne - w ocenie prokuratorów IPN - stosowanie tego dekretu Rady Państwa.

Postawienie im zarzutów wymaga bowiem uchylenia immunitetu - co po uchwale SN praktycznie nie będzie możliwe.

Antydatowany dekret

Dziś wiadomo, że dekret Rady Państwa PRL z 12 grudnia ukazał się w Dzienniku Ustaw dopiero 17 grudnia 1981 r. - i dopiero od tej daty można mówić o jego obowiązywaniu. W Dzienniku widniała jednak data 14 grudnia, a uchwała z mocą wsteczną obowiązywania od 12 grudnia. Takie antydatowanie przez władze PRL wyszło na jaw dopiero w 1991 r.

Umorzą śledztwa

Katowicki IPN chciał postawić zarzuty przekroczenia uprawnień 24 prokuratorom i sędziom (w tym dwóm sędziom SN w stanie spoczynku), którzy w pierwszych miesiącach stanu wojennego oskarżali, skazywali i przedłużali areszty wobec działaczy "Solidarności" między 12 a 16 grudnia, kiedy ten akt prawny - jak dziś wiadomo - jeszcze nie obowiązywał. Po uchwale Sądu Najwyższego pion śledczy IPN zapowiedział, że umorzy część śledztw.

jaś/sk

Antropologia płatnego seksu

Marta Szarejko
2008-04-29, ostatnia aktualizacja 2008-04-29 13:40

Zobacz powiększenie
Domy publiczne na zachodzie Polski, Zdjęcia ilustrujące tekst zostaną także pokazane podczas Miesiąca Fotografii w Krakowie od 10 maja
Fot. Anna Bedyńska

Już 40 tysięcy mężczyzn ujawniło, czego szuka u prostytutek

Zobacz powiekszenie
Fot. Anna Bedyńska Zobacz powiekszenie
Fot. Anna Bedyńska Zobacz powiekszenie
Fot. Anna Bedyńska Zobacz powiekszenie
Fot. Anna Bedyńska Zobacz powiekszenie
Fot. Anna Bedyńska Zobacz powiekszenie
Fot. Anna Bedyńska
ZOBACZ WIDEO
SONDAŻ
Co sądzisz o forum wymiany ocen prostytutek?

Znakomity pomysł
W porządku, ale bez rewelacji
To obrzydliwe
Brak mi słów

Forumowicze posługują się bardzo prostym schematem - oceniają lokal, ciało prostytutki, stosunek oralny, klasyczny i analny w skali od 1 do 10. Społeczność użytkowników nazywają Wersalem, a prostytutki divami.

Regulamin

Forum jest instytucją prywatną. Albo akceptujesz obowiązujące tu zasady, albo żegnamy - informują moderatorzy. Każdy może tu wejść, zdobyć informacje, wkleić swoje oceny, obejrzeć zdjęcia, podzielić się wrażeniami, a także umówić się z innymi użytkownikami na wspólną wizytę u prostytutki.

Im więcej zamieszczonych postów, tym wyższy stopień wtajemniczenia. Największym powodzeniem cieszy się dział "strefa niskobudżetowa" (obejmująca opisy najtańszych prostytutek), "drogówka" oraz "Milf" (opisy najstarszych prostytutek). W innych kategoriach można znaleźć oceny prostytutek nieletnich lub ciężarnych. Jest także specjalny dział dla prostytutek, które chcą zamieścić informacje o swoich klientach. Nie jest jednak nadmiernie popularny.

Nad wypowiedziami użytkowników czuwa "Wielka Inkwizycja" składająca się z moderatorów i administratorów forum. Natomiast nad poprawnością jej działania - "Rada Najwyższa".

Jej decyzjom podlega niemal 40 tysięcy mężczyzn.

Klient nr 1

Jak na kurewskie standardy jej uroda plasuje się dość wysoko. Wprawdzie rzadkie włosy z odrostami nieco ją szpecą, ale za twarz mogę jej z czystym sumieniem wystawić 7/10. Figura bez zarzutu. Piersi rozmiaru B, ładne i zadbane. Panienka wyglądała na lekko speszoną, co jednak mi się podobało, niestety nie pozwalała na całowanie twarzy. Wprawdzie nie skończyłem po 30 minutach, ale to już zasługa mojej oziębłości.

Od wejścia do wyjścia (wliczając rozmowę, prysznic i wszystko inne) spędziłem z nią półtorej godziny. Diva nie należy do spoglądających na zegarek co pięć minut.

Przyjmuje całkiem prywatnie.

Cena: 150 zł.

Lokal 8/10. Jest w dobrym stanie, ładne, czyste, duże, wygodne łóżko. Choć ocenę psuje słabej jakości radio i brak telewizora. Łazienka duża i przestronna. Brak kabiny prysznicowej, jest wanna. Minusem jest to, że nie ma wieszaków, na których można powiesić ubrania (na szczęście jest pralka, na niej można wszystko zostawić). Ręczniki duże i czyste. Duży wybór płynów do kąpieli.

Uroda 7/10. Diva jest bardzo ładna i zgrabna, zaokrąglona tam, gdzie trzeba. Zresztą sami zobaczcie zdjęcia, podsyłam linki.

Oral 6/10. Poprawny, trochę płytki, bez okolic. Delikatny, w jednym tempie. Przeżyłem już lepsze, przeżyłem też gorsze.

Klasyka 8/10. Wyśmienite wrażenia wzrokowe, spostrzegłem dużą ruchliwość jeździecką. Postękiwanie nawet nieźle grane, ale kompletnie nie pasowało do całokształtu.

Atmosfera 8/10. Oceniam dość wysoko. Diva jest ładna, miła. Podczas spotkania nie przeszkadzały żadne telefony. Na pewno jeszcze ją odwiedzę.

Klient nr 2

To moja pierwsza warszawska przygoda. Umówiłem się z nią telefonicznie w słynnym już wieżowcu przy ul. Ł. Między 12.00 a 16.00 łatwo tam zaparkować. Cieć nie jest zainteresowany wchodzącymi. Wpisuję kod, jadę windą na górę, człowiek czuje się tam jak w labiryncie drzwi i korytarzy, ktoś, kto to projektował, musiał być nieźle pokręcony. Drzwi otwiera niewysoka lala z długimi, ciemnymi, farbowanymi włosami, ubrana w jakiś peniuarek. Rzut oka na mieszkanie - czysto, nowocześnie, coś w rodzaju kawalerki, żeby nie powiedzieć garsoniery. Dziewczyna wykąpana, pachnąca, żadnej gry na zwłokę. Akcja zaczyna się niespiesznie na jasnej sofie. K. nawet na moment nie przestaje mnie głaskać i przytulać, co jej się bardzo chwali. Rozpoczynamy akcję od tyłu. K. ma bardzo zgrabne i proporcjonalne ciałko, mimo iż bardzo małe. Zaproponowała wspólną kąpiel, ale nie skorzystałem.

Lokal 10/10. Absolutna dyskrecja, bez fauny i flory. Łóżko duże i nowoczesne, ale niezbyt wygodny materac i jakaś taka rozchwiana konstrukcja. Łazienka - duża wanna (chyba mogło być fajnie), ręczniki, mydło w płynie, bez zastrzeżeń.

Uroda 7/10.

Oral 9/10.

Klasyk 8/10.

Anal - nie próbowałem.

Atmosfera 8/10. Mały minus za prostą gadkę, zbyt dużo komentarzy o klientach, akcent i powtarzane "no nie?".

Cena: 120 zł. Stosunek ceny do otrzymanej satysfakcji według mnie 10/10.

Klient nr 3

Z samym umówieniem nie było problemu. Przez telefon poprosiłem, żeby założyła pończoszki, a ona tego nie zrobiła. Kasa przed. Cena: 100 zł (francuz, 69, klasyka nie oferuje). Dziewczyna przeciętnej urody, ale całkiem miła, w piątym miesiącu ciąży.

Ogólnie rzecz biorąc, już do niej nie wrócę. Odwiedziłem ją, bo miałem akurat ochotę na ciężarną.

Klient nr 4

Mieszkanie - jakieś 18 m, ciasno, duszno, bez cudów i blichtru. Jeden pokój z wnęką kuchenną przedzielony ścianką. Osoby mierzące powyżej 2 metrów wzrostu nie zmieszczą się nie tylko na łóżku, ale też w tymże pokoju, ponieważ tyle on ma długości.

Pościel nie pierwszej świeżości, ale i nie brudna.

Nieistotne, do rzeczy.

Widać wyraźnie, że ta Pani będzie miała problem za parę lat z powodu zaczynającego się tu i ówdzie bielactwa bądź też zjarała się w solarium i skóra nierówno jej pozłaziła (choć obstawiam to pierwsze). Kontakt werbalny ograniczony - po pierwsze, intelektem owej, a po drugie piwskiem, które, siedząc tam, najwyraźniej bezustannie żłopie.

Łazienka czysta, ręcznik jak zwykle gabarytów niewielkich, prany chyba w samej wodzie, bo zapachu środków piorących nie wykazywał.

Po przejściu do łóżka panna kładzie się na boku i się gapi. Na mnie. I nic. Leży, jakby wpadła w katatonię. Jedyne doznania, jakie pamiętam, to przeraźliwy smród piwska z jej, pardon, gęby. Ponieważ nie jest zbyt szczupła, ale raczej zaokrąglona, to sytuacja mimo moich gabarytów przypominała próbę uduszenia wieloryba przez morświna.

Nigdy w życiu nie komentowałem ani nie oceniałem spotkanych kobiet, ale w tym przypadku musiałem po prostu zasugerować zmianę zawodu. Nie zrozumiała.

Uiściłem 300 zł za maks. 7 minut pobytu tam. W odróżnieniu ode mnie ona kompletnie nie wywiązała się z umowy. Nie polecam.

PS Rozmawiała przy mnie z kolejnym klientem, że jest wolna, i zachęcała, żeby przyszedł. Gość czekał pod klatką, aż skończymy. Na jego telefon odpowiadała, że dopiero przyszła i musi się przygotować.

Skandal.

Klient nr 5

Na wstępie wyjaśniam Szanownemu Towarzystwu, że nie będzie tu ocen w niektórych dyscyplinach, ponieważ nie były uprawiane. Z uwagi na wiek starczy nie mogę już wykonywać owych niegodnych filozofa, a niezbędnych ruchów z taką intensywnością jak niegdyś. Pozostaje oczywiście francuz, ale w moim przypadku warunkiem powodzenia tej zabawy jest nieco bliższe poznanie się. Jestem okrutnie staromodny. Postanowiłem więc poprzestać na miłych pieszczotach i dobrym masażu, bo uważam, że dobrze wykonany handjob daje dużo satysfakcji. To tyle tytułem wstępu.

Gdy za pierwszym razem otworzyły się przede mną drzwi tego przybytku, zostałem dość stanowczo wciągnięty, a następnie przepędzony przez kuchnię, nawet nie wiem, przez kogo. Wprawiło mnie to jednak w dobry humor, o dziwo. Kątem oka ujrzałem dość obfitych kształtów jejmość zabawiającą się przy komputerze układaniem pasjansa. Zaraz też znalazłem się w pokoju za kuchnią, pomarańczowym czy też żółtym, z zasuwanymi drzwiami. Ponad połowę jego powierzchni wypełniało przestronne łoże, światło łagodne, ale nie przyćmione, pozwalające dobrze widzieć, a nawet czytać, bo - bardzo rozsądnie - na widocznym miejscu znajdował się cennik precyzyjnie określający, co się należy za jaką usługę. Aranżację tego wnętrza oceniam na 8.

Po chwili pojawiły się dziewczyny z pytaniem, czego też bym sobie życzył. Wysoka i bardzo szczupła rudowłosa O. w siatkowych pończochach nie jest może pięknością, ale ma miłą twarz zdradzającą poczucie humoru. Wydaje mi się, że ma wschodni akcent. Biust - mała dwójka. Ciemna karnacja. Za wygląd 7.

M. - blondynka z pasemkami. Zgrabna, ciało pełniejsze niż O., jasna karnacja, biust 3, sympatyczny pyszczek, obejście miłe i ciepłe.

Po uiszczeniu opłaty zostałem wysłany do łazienki (natrysk, ręczniki dla klientów, dość ciasno, zwłaszcza że trzeba na powrót wskakiwać w łachy, bo droga do łazienki wiedzie przez kuchnię i korytarz).

Umiejętności obu pań raczej skromne (3/10). Najwyraźniej moje nietypowe zachcianki zbiły obie panie z tropu.

W sumie duży plus za przyjacielską, ciepłą atmosferę, minus za natychmiastowe przystąpienie do porządków i pozostawienie mnie samego. Ogólne wrażenie pozytywne, 7.

Trzęsienia ziemi jednak nie było.

Klient nr 6

Nie pojechałem tam po to, żeby być traktowanym jak sułtan w istambulskim haremie, tylko po to, żeby się wcielić w rolę, że się tak wyrażę, rzeźnika, który bez pardonu eksploatuje burdelowe mięso armatnie. Przychodząc z takim nastawieniem, można wyjść z uśmiechem na twarzy. W przeciwnym razie wychodzi się z poczuciem, że to klienta wyruchano.

To tylko moja skromna rada, którą być może ktoś sobie weźmie do serca. Oczywiście zawsze można ją odrzucić, ale nie radzę.

Tak czy inaczej wybrałem E. Twarz nawet ładna, choć raczej tępa - oczy E. przybierają wyraz tęsknoty za inteligencją, zwłaszcza gdy próbuje zastanowić się nad czymś, chociażby najbardziej trywialną sprawą. Kolejna wada to jej peruka. Niestety, lubię czuć zapach kobiecych włosów.

Summa summarum powłoka zewnętrzna jest jak najbardziej na zadowalającym poziomie, przynajmniej na tle warszawskiej podaży.

Reszty nie komentuję. To istny dramat.

Klient nr 7

Byłem ostatnio na ul. Rz. - 100 zł, standard.

Lokal na poziomie, czyściutko, miłe panie, szefowa też niczego sobie. Nie ma panów bezkarkowców, przynajmniej ich nie widać.

Miałem niestety mały wybór, bo dwóch Anglików przede mną zwinęło dwie gołąbeczki. Zostały tylko dwie dziewczyny (ale za to jakie) - perełki dosłownie. Oliwia - cudeńko. Niska, krótkie włosy, małe piersi, ale ciekawie się prezentowała w staniku. Najciekawsze jest w tej dziewczynie to, że nie wygląda jak pani do towarzystwa, tylko jak zwykła studentka. Jest w niej coś bardzo naturalnego. I Edyta - po prostu miód. Kochałem się z nią ponad godzinę. Ciemne włosy, superbiodra, duża pupa i jej największy atut - biust. Twarz - rewelacja. Delikatnie jęczy i widać, że lubi to, co robi. Ma duże poczucie humoru (można z nią konie kraść, równa dziewczyna). Nie pozwoli, żebyś wyszedł niezadowolony.

Nie mogłem się zdecydować, wziąłem obie. Polecam.

Klient nr 8

Byłem w O. kilka razy i myślę, że nie ma sensu opisywanie konkretnych dziewczyn (których zresztą nie pamiętam), bo rotacja jest naprawdę spora.

Istotne jest to, że:

a) lokal jest mało dyskretny (zanim misiek - wartownik otworzy, trzeba stać przy drzwiach, a patrzy na ciebie cały przystanek tramwajowy i ludzie z przejeżdżających tramwajów - ja tego nie lubię);

b) w środku syf - dziurawe koce, zapach petów i taniego dezodorantu, w łazienkach na dole nie ma ciepłej wody (sic!);

c) szansa trafienia fajnej, naprawdę młodej i ładnej panny jest raczej duża;

d) ceny standardowo niskie, czyli 100 zł/h.

Polecam tym, którzy są w stanie znieść klimat syfu, szukają młodych dziewczyn zza wschodniej granicy i mają czas odwiedzić ten przybytek najlepiej popołudniową porą.

Klient nr 9

Drzwi otworzyła mi panienka bardzo wesoła, takiej sobie urody. Zachowanie świadczyło, jakby była z lekka po używkach miękkich. Cała chata dosyć obszerna, ale nie w tym rzecz. Na dole pokój do oblukania panienek, oczywiście przyciemniony, w rogu tradycyjnie rurka do tańca, na niej wyginająca się laska. Na kanapie dwóch ciemnych typków (na pewno nie klienci).

Myślę sobie, tragedii nie ma, walnę jeszcze lufę w skroń i jakoś to przejdzie, pytam, ile kosztuje 50 g wódki, a ona mi na to, że 50 zł. Oż w mordę mać, se myślę, 20 zł już płaciłem kiedyś, ale żeby 50 - nigdy. Od razu dymać mi się odechciało, więc spokojnie wstałem i wyszedłem jak najszybciej.

Klient nr 10

Doszedłem do wniosku, że mężczyzna ponad podwójnie pełnoletni powinien już dyskretnie dbać o zdrowie i urodę. Zainwestowałem więc w quasi-masaż. Było późne sobotnie popołudnie. Pierwsze piętro, chwila zastanowienia, czy czekać na windę, jednak nie, forsowny marsz schodami na piętro, 3 minuty odpoczynku na korytarzu, dzwonek i jestem w środku. Zza drzwi wyłoniła się masażystka ubrana w krótką, obcisłą spódniczkę i coś na górze - wszystko w ciapki. Zasugerowała, żebym pozbył się obuwia, ale ja jakoś nie mogę się przyzwyczaić do takich arabskich zwyczajów i wkroczyłem do pokoju w całym rynsztunku, także w czystych butach.

Mieszkanie czyste. Pokój dość duży, w rogu po lewej stronie od wejścia coś jakby stół do masażu, a bliżej okna kremowa kanapa, nierozkładana, z niebiańskim obiciem (znaczy ze skaju).

Pani Teresa, bo tak chyba miała na imię, to zgrabna, szczupła, ale nie anorektyczna kobieta o wzroście 165 cm. Biust śladowy, ale jak się okazało, z żywo reagującymi sutkami. Włosy farbowane, jasne, kolor nijaki, twarz trudno mi opisać. Trochę nieświeża, ziemista cera. Ręce zdradzają, że ma więcej niż deklarowane 42 lata. Po autokorekcie okazało się, że pani ma lat 47 i jak na ten wiek naprawdę dobrą figurę.

Złapałem już nieco oddech po marszu na piętro, więc pytam, jak z masażem. Pani T. zakłopotana pyta, czy mi się podoba i czy zostaję. Potem okazało się, że uznała, że jest dla mnie zbyt mało atrakcyjna. Potwierdziła też moje przypuszczenia, że masować nie potrafi, ale się stara.

Klient nr 11

Powiedziała, że ma 18 lat, ale jak na mój gust ma mniej (o dowód nie prosiłem). Mieszka z rodzicami, więc spotkanie u niej nie jest możliwe. A teraz konkrety. Panna ma 172 cm wzrostu, 70 kg, włosy długie (ciemny blond). Podobno zbiera na wakacje. Chciała 80 zł za godzinkę, ale jak jej zaproponowałem 60, to też się zgodziła.

Zaangażowanie niewielkie, ale na szczęście wszystkie zachcianki spełnia od razu.

Klient nr 12

Jest czysta i pachnąca. Stara się porozmawiać przed seksem, żeby zawiązała się mała więź. Jest to imponujący poziom dyskusji i nie należy się obawiać, że rozmowa służy skracaniu czynności seksualnych, raczej intensywnie podkreśla jej kobiecą naturę. Spytałem ją, czemu pracuje tylko w weekendy, przecież przy takiej jakości usług mogłaby zarabiać dużo więcej. W odpowiedzi strzeliła mi mowę, że ona myśli już o emeryturze i chce zachować ciągłość kariery w CV, dlatego nie chce rezygnować z pracy.

Byłem pod wrażeniem.

Cena: 80 zł/h.

Klient nr 13

Stawka za wieczór: 1400 zł.

Wiek: 28 lat.

Wzrost: 164 cm.

Włosy: ciemny blond, delikatnie kręcone (długość do zapięcia biustonosza).

Kolor oczu: zielone (duże i wyraziste).

Sylwetka: szczupła i smukła.

Biust: 2.

Wykształcenie: wyższe magisterskie.

Godzina 16.30, otrzymuję telefon, że czeka na mnie tam i tam. Pojechałem, a mym oczom ukazał się rzadki taki typ urody, chyba że w pismach z modelkami. Chwila rozmowy w samochodzie, propozycja południowej kuchni oraz szczerej rozmowy spotkała się z aprobatą.

Pojechaliśmy.

Kolacja - wyśmienita, zawsze lubiłem pieszczoty podniebienia. Po wypiciu kilku lampek wina język damy zaczął się rozwiązywać, zaś sama rozmowa przybrała konstruktywną i rzeczową formę. Przerwana telefonem, kiedy to owa dama wykazała się perfekcyjną znajomością języka włoskiego (klient zapraszał ją na weekend do Wenecji). Dobiegała godzina 21.00, poprosiłem o rachunek i wyszliśmy. Dama zapytała, czy mógłbym ją dostarczyć do domu z uwagi na jej lekko wstawiony stan. Zgodziłem się. Mieszkanie - dwa pokoje, nowoczesna kuchnia, łazienka duża i czysta (jak można mieć tak ogromną ilość perfum i kosmetyków?), czyściutkie, urządzone ze smakiem, w stylu Ikea.

Dama zrobiła herbatkę waniliową, chwila rozmowy, podczas której dowiedziałem się, że jestem pierwszym (obcym) facetem w jej mieszkaniu. Zazwyczaj wieczory i noce spędza w hotelach.

O tym, co było potem, nie będę się rozpisywał. Było zbyt namiętnie i romantycznie.

Pozwolę sobie na oceny zgodnie z szablonem przyjętym na forum.

Pocałunki 8/10 (rewelacyjnie miękkie i duże usta).

Seks oralny 8/10 (mogłaby delikatniej, ale każdy ma swoje zdanie na ten temat).

Seks klasyczny 8/10 (niesamowicie aktywna, uwielbia pozycję siedzącą).

Dodatki: włoskie sandałki na paseczki (10--centymetrowe szpilki), koronkowe stringi itd. Moje gusta "Fetish" zaspokojone w 98 proc. Ona też chyba uwielbia się przebierać. 9/10.

Koszty: posiłek z napiwkiem ok. 400zł + wynagrodzenie dla damy.

Ogólna ocena: 8,8/10.

Na koniec pozostaje mi zadać sobie pytanie: czym owa pani różni się od innych (oczywiście poza ceną)? Odpowiedzi na razie nie znam, ale wiem jedno - ta diva na pewno była warta poniesionych kosztów.

Teraz już wiesz, dlaczego. I po co

K. (43 lata, stomatolog, żonaty, ma dwójkę dzieci, od roku jest użytkownikiem forum, na wizyty u prostytutek wydaje ok. 1000 zł miesięcznie).

- No więc tak. Chodzi o to, że znam się na czymś i to lubię, to moje hobby. Faceci lubią mieć hobby. Tak jak wędkarze opisują łowiska, a hodowcy gołębi pocztowych gołębie, tak ja opisuję divy. Tu można złapać rybę i polecam, a tu nie można i nie polecam. A to, że jest to sprawa większa niż ryba, to opisuję ją dokładniej. Nie ma w tym żadnej filozofii.

M. (28 lat, grafik, od kilku miesięcy jest użytkownikiem forum. Wydaje ok. 600 zł miesięcznie na wizyty w agencjach towarzyskich).

- Ja się czuję trochę jak kolekcjoner wrażeń, pewnie większość tak ma, tylko o tym nie myśli. Każdy by chciał osiągnąć wreszcie 10/10 we wszystkich kategoriach za jak najmniejszą cenę, ale nawet jak ktoś to osiągnie, to i tak się nie przyzna, bo ktoś inny pójdzie i napisze, że to ledwie 6/10 i że tamten to jednak za wiele w tym życiu nie doświadczył.

A jak kolekcjonować seks, w dodatku nielegalny? Nie tylko na forum ocenia się kobiety punktami. Opis, punktowanie, wszystko jest tu uporządkowane i zapisane, nie ginie, ktoś inny może z tego skorzystać. W ten sposób można też przedłużyć sobie w głowie wizytę w lokalu albo wybić ją z głowy komuś innemu.

W. (34 lata, kierowca, ma żonę, dziecko, od prawie dwóch lat dzieli się swoimi doświadczeniami na forum. Wydaje ok. 300 zł miesięcznie na wizyty u prostytutek).

- Dla mnie ważne są informacje. Jeśli to jest usługa, to muszę mieć dane, żeby podjąć decyzję, i tyle.

A. (37 lat, pracuje w agencji reklamowej, ma żonę, nie ma dzieci, jest użytkownikiem forum od kilku miesięcy, na wizyty w lokalach wydaje ok. 800 zł miesięcznie).

- Panowie lubią wtajemniczenie. To takie chłopakowate trochę, ale ważne, żeby przynależeć do czegoś, do jakiegoś klubu, bractwa, tajnej grupy. Żeby żona, znajomi, rodzina nigdy się o tym nie dowiedzieli. Stąd wszystkie stopnie wtajemniczenia, nicki, hasła, rejestracje. Przez nie możesz chwalić się swoimi posiadłościami. A to, że napiszesz o tym szczegółowo, tylko uwiarygodni twoją pozycję. Teraz już wiesz, dlaczego i po co.

Źródło: Duży Format


Seks "sport" dla młodych?

Maricel Chavarria/24.04.2008 07:00
Mężczyźni rozprawiają swobodnie o swoich kontaktach z prostytutkami, jak gdyby chodziło o zakup każdej innej usługi
Płacą, więc wymagają. Jeśli ktoś zwraca im uwagę na los kobiet, bronią się, że "przecież sprawiają im przyjemność".


Prostytucja jest dziś dla młodych Hiszpanów jeszcze jedną formą rozrywki. Korzystanie z płatnych usług seksualnych pociąga już nie tylko panów po 45. roku życia, jak obserwowano to jeszcze kilkadziesiąt lat temu. I oczywiście nie tylko tych mężczyzn, którzy nie mogą liczyć na niezobowiązujący seks za darmo. Dziś klientami prostytutek są również młodzi chłopcy w wieku 18-20 lat, traktują oni płatny seks jak każdy inny towar. Nieważne, jaki jest ich poziom wykształcenia ani do jakiej klasy społecznej należą, wszyscy mają mentalność konsumpcyjną.

Fot. Getty Images/FPM


Organizacje zajmujące się niesieniem pomocy prostytutkom oraz wyspecjalizowani psychoterapeuci próbowali odkryć za pomocą ankiet i kwestionariuszy rozdawanych w domach publicznych, jaka jest motywacja i modus operandi klientów domów publicznych.

Płacą i wymagają

Organizacja pozarządowa APRAMP zajmująca się resocjalizacją prostytutek chce uwrażliwić społeczeństwo na los osób świadczących usługi seksualne. Jej członkowie rozdają każdego roku ok. 400 kwestionariuszy, a uzyskane w ten sposób informacje budzą niepokój. – Widać wyraźnie, że jest to nierówny układ: klienci płacą i wymagają. Nie dopuszczają możliwości, aby kobieta mogła negocjować czy żądać choćby użycia prezerwatywy: po prostu płacą więcej za to, że nie muszą jej nakładać. Nie mają wystarczającej wiedzy na temat AIDS i nie myślą o ryzyku zarażenia chorobami wenerycznymi. Tu nie chodzi wyłącznie o seks, liczy się przede wszystkim relacja oparta na dominacji. Na to właśnie skarżą się wszystkie prostytutki – mówi Rocío Mora, koordynatorka projektów w APRAMP.

Organizacja zaobserwowała, że młodzi ludzie traktują korzystanie z usług prostytutek jako coś normalnego, o czym można swobodnie rozmawiać. Przychodzą do nich pojedynczo lub całą grupą. Rocío Mora twierdzi, że młodzi mężczyźni często zabierają prostytutkę samochodem w jakieś ustronne miejsce, na przykład za miasto, i tam "w samochodzie kolejno korzystają z usług tej samej osoby".

APRAMP uważa, że ma wciąż przed sobą bardzo ważne i trudne zadanie: uwrażliwić klientów na los prostytutek. Zdarza się, że mężczyźni dzwonią na całodobowy telefon organizacji, aby powiadomić o konkretnym przypadku wykorzystywania i handlu kobietami, nie przyznając się, że sami korzystali z tego rodzaju usług. Zazwyczaj jeśli któraś z wykorzystywanych kobiet prosi klienta o pomoc, ten po prostu oferuje jej więcej pieniędzy. – W naszej działalności musimy zwracać się do typowego klienta. Uświadomić mu, że to, co on widzi korzystając z usług prostytutek, to jedno, a to, co przeżywają te kobiety, to zupełnie inna historia – tłumaczą nam w APRAMP.

Psychoterapeuta Péter Szil, który rozmawiał ostatnio z wieloma klientami prostytutek, twierdzi, że te osoby doskonale zdają sobie sprawę z tego, że to co robią, to gwałt. – Wiedzą, że kobiety zmuszane do nierządu cierpią, ale okłamują sami siebie wmawiając sobie, że dla ich partnerek seks jest przyjemny, bo oni obdarzają je czułością – opowiada badacz. – Powtarzają to aż do chwili, gdy udowodni im się, że to nieprawda i wtedy zmieniają ton. "Chodzę na dziwki, bo taką mam fantazję i stać mnie na to" – bronią się. Chociaż nie chcą tego przyznać wprost, doskonale zdają sobie sprawę, że prostytutki cierpią na stres pourazowy, że do tego, co robią, zmuszają je inni ludzie lub sytuacja życiowa, że fałszywie zakładają, jakoby ich ciało pozostało oddzielone od ich prawdziwego "ja". Wszystko to wiedzą.

Zdaniem Pétera Szila pomoc udzielana osobom prostytuującym się, na przykład w postaci rozdawanych prezerwatyw czy specjalnych programów ochrony zdrowia, nie zastąpi uwrażliwiania klientów na zjawisko maltretowania kobiet i handel nimi. – Mężczyźni upowszechniają błędne przekonanie, że prostytucja jest związana z seksualnością, podczas gdy w rzeczywistości wiemy, że tak nie jest. Tu chodzi przede wszystkim o dominację. Namawiając klientów prostytutek, aby ograniczyli korzystanie z usług seksualnych, utwierdzamy ich w przekonaniu, że prostytucja istnieje sama przez się. Tymczasem powinniśmy im przypominać, że bez nich prostytucji w ogóle by nie było.

Uległe Kolumbijki, rosyjskie księżniczki

Jak każda inna forma konsumpcjonizmu, korzystanie z prostytucji podlega modom. Aby się o tym przekonać, wystarczy wejść na fora internetowe, gdzie mężczyźni wymieniają informacje na temat prostytutek w taki sposób, jakby rozmawiali o kolorach czy fasonach modnych ubrań. – Podobnie jak seksizm polega na przypisywaniu kobietom pewnych cech, właściwych dla ich płci, tak samo pewne cechy przypisuje się również prostytutkom określonej narodowości – wyjaśnia psychoterapeuta Péter Szil.

– Panuje więc przekonanie, że Kolumbijki są uległe, kobiety ze Skandynawii wyzwolone, a Rosjanki to księżniczki. Te mity pojawiają się i znikają lub ulegają modyfikacjom w zależności od oferty na rynku. Klienci – ciągnie Szil – wymyślają różne teorie próbując ukształtować cały wszechświat na własne podobieństwo. To logiczne: przykro jest im myśleć o tym, że po upadku muru berlińskiego wśród prostytutek pojawiło się wiele Rosjanek i że oni sami wykorzystują ich ubóstwo.

Péter Szil analizował przekonania klientów, ich postrzeganie samych siebie w odniesieniu do zjawiska prostytucji i zaobserwował, że w tych wizjach Rosjanki są zwykle eleganckie i wyrafinowane. – Nie są to cechy obiektywne, które klienci są gotowi w nich cenić. Chodzi raczej o to, że panowie chcą myśleć o sobie jako o wytrawnych koneserach kierujących się dobrym gustem. W rzeczywistości jednak to, co robią, to zwykłe barbarzyństwo – podsumowuje psychoterapeuta.