poniedziałek, 30 czerwca 2014

Największy skandal w historii mundialu

Nie­miec­cy pił­ka­rze śmia­li się i szy­dzi­li ze swo­ich ry­wa­li. „Siód­mą bram­kę za­de­dy­ku­ję ro­dzi­nie, a ósmą swo­je­mu psu" – miał po­wie­dzieć jeden z za­wod­ni­ków przed star­ciem z Al­gie­rią w 1982 roku. Tre­ner Jupp Der­wall za­po­wie­dział, że jeśli jego dru­ży­na prze­gra, na­za­jutrz wraca z Hisz­pa­nii do kraju po­cią­giem. Miał taśmy z na­gra­nia­mi me­czów Al­gie­rii, ale nawet ich nie po­ka­zał za­wod­ni­kom, bojąc się, że go wy­śmie­ją. Spo­tka­nie za­koń­czy­ło się szo­ku­ją­cym zwy­cię­stwem Lisów Pu­sty­ni 2:1. Jak się oka­za­ło, był to do­pie­ro po­czą­tek praw­do­po­dob­nie naj­więk­sze­go skan­da­lu w hi­sto­rii mi­strzostw świa­ta.

Mecz Niemcy - Algieria z 1982 roku Foto: AFP

Sam prze­bieg meczu Niem­ców z Al­gie­rią, mimo iż z sen­sa­cyj­nym za­koń­cze­niem, dla całej hi­sto­rii nie ma więk­sze­go zna­cze­nia. W pierw­szej po­ło­wie żadna z dru­żyn nie zdo­by­ła bram­ki. Sztu­ki tej do­ko­nał do­pie­ro w 54. mi­nu­cie Rabah Ma­djer. Gdy 13 minut póź­niej Karl-He­inz Rum­me­ni­ge do­pro­wa­dził do re­mi­su, wy­da­wa­ło się, że Niem­cy od­wró­cą losy spo­tka­nia. Kilka chwil póź­niej Lisy Pu­sty­ni po­now­nie jed­nak ob­ję­ły pro­wa­dze­nie po golu La­kh­da­ra Bel­lo­umie­go i tym razem przy­pil­no­wa­ły go do końca. Przed Al­gie­rią, de­biu­tu­ją­cą wów­czas na mun­dia­lu, otwo­rzy­ła się ogrom­na szan­sa awan­su do ko­lej­nej fazy tur­nie­ju.


Lisy Pu­sty­ni sy­tu­ację skom­pli­ko­wa­ły sobie w dru­gim meczu, prze­gry­wa­jąc z Au­strią 0:2. W ostat­niej serii gier po­dej­mo­wa­li naj­słab­sze w gru­pie Chile i wy­so­kie zwy­cię­stwo za­pew­ni­ło­by im prawo gry w II run­dzie. Dru­ży­na z Afry­ki pro­wa­dzi­ła już 3:0, ale osta­tecz­nie wy­gra­ła tylko 3:2 i mu­sia­ła cze­kać na wie­ści z Gijon. Wtedy nie było jesz­cze prze­pi­su mó­wią­ce­go o roz­gry­wa­niu ostat­nich spo­tkań fazy gru­po­wej jed­no­cze­śnie. Mecz Niem­ców z Au­strią od­by­wał się dzień po star­ciu Al­gier­czy­ków z Chile. Aby Afry­ka wy­wal­czy­ła pierw­szy, hi­sto­rycz­ny awans do ko­lej­nej fazy, Au­stria mu­sia­ła­by nie prze­grać z Niem­ca­mi lub Niem­cy mu­sie­li­by swo­je­go ry­wa­la po­ko­nać trze­ma bram­ka­mi.

Wszyst­ko za­czę­ło się bły­ska­wicz­nie. W 11. mi­nu­cie do­środ­ko­wa­nie z lewej stro­ny bo­iska otrzy­mał Horst Hru­besch i z naj­bliż­szej od­le­gło­ści wpa­ko­wał piłkę do siat­ki. Był to ostat­ni emo­cjo­nu­ją­cy mo­ment tego meczu. Przy okrzy­kach wście­kłych al­gier­skich ki­bi­ców, obie dru­ży­ny sku­pi­ły się wy­łącz­nie na po­da­wa­niu piłki w stre­fie obron­nej. Sta­ty­sty­ki bru­tal­nie po­ka­zy­wa­ły, że Niem­cy i Au­stria­cy, mając wynik da­ją­cy awans jed­nym i dru­gim, zwy­czaj­nie nie chcia­ły sobie zro­bić już krzyw­dy. Cel­ność podań była na po­zio­mie 98 proc., gdyż nie­mal wszyst­kie wy­ko­ny­wa­no na wła­snej po­ło­wie. Nie od­da­no już żad­ne­go strza­łu w świa­tło bram­ki.

Ki­bi­ce z Al­gie­rii, któ­rych na sta­dio­nie było kilka ty­się­cy, za­czę­li w trak­cie meczu wy­ma­chi­wać bank­no­ta­mi, su­ge­ru­jąc, że spo­tka­nie było usta­wio­ne. Hisz­pa­nie krzy­cze­li „wy­no­cha, wy­no­cha" i su­ge­ro­wa­li, by pił­ka­rze po ostat­nim gwizd­ku jesz­cze się po­ca­ło­wa­li. Jeden z nie­miec­kich fanów spa­lił na­to­miast na try­bu­nach flagę swo­je­go kraju.

Ga­ze­ty też nie zo­sta­wi­ły su­chej nitki na pił­ka­rzach. Nie­miec­kie dzien­ni­ki swoje re­la­cje ty­tu­ło­wa­ły „Wstydź­cie się!". Ho­len­der­ska prasa mecz okre­śli­ła, jako „pił­kar­skie porno". Willi Schulz, były re­pre­zen­tant kraju, na­zwał wszyst­kich za­wod­ni­ków gra­ją­cych w tym spo­tka­niu gang­ste­ra­mi, a sam mecz prze­szedł do hi­sto­rii jako „pakt o nie­agre­sji" lub po pro­stu „hańba w Gijon".

Re­zer­wo­wy w tam­tych cza­sach Lo­thar Mat­theus na za­rzu­ty od­po­wia­dał krót­ko: awan­so­wa­li­śmy i to jest naj­waż­niej­sze.   Gdy wście­kła na swo­ich pił­ka­rzy grupa nie­miec­kich fanów udała się pod ich hotel, zo­sta­ła przez za­wod­ni­ków ob­rzu­co­na ba­lo­na­mi z wodą. Naj­da­lej w swo­jej hi­po­kry­zji po­su­nął się na­to­miast Hans Tschak, szef au­striac­kiej de­le­ga­cji, kry­ty­ku­jąc wście­kłych al­gier­skich fanów. – Oczy­wi­ście dzi­siej­szy mecz zo­stał zdo­mi­no­wa­ny przez tak­ty­kę. Ale 10 000 synów pu­sty­ni po­ja­wia się na sta­dio­nie, by wy­wo­łać skan­dal tylko dla­te­go, że mają w kraju za mało szkół. Jakiś szejk wy­cho­dzi ze swo­jej oazy, po trzy­stu la­tach czuje za­pach Pu­cha­ru Świa­ta, i myśli, że może otwie­rać swój pysk – mówił wów­czas.

Al­gier­czy­cy zło­ży­li ofi­cjal­ny pro­test do FIFA, ale trzy i pół go­dzi­ny po spo­tka­niu przy­szła od­po­wiedź: wynik nie może być zmie­nio­ny. Fe­de­ra­cja po­sta­no­wi­ła je­dy­nie, że od tego mo­men­tu ostat­nie mecze fazy gru­po­wej roz­gry­wa­ne będą w tym samym cza­sie. – Nasza hi­sto­ria zmu­si­ła FIFA do do­ko­na­nia zmian. To nawet lep­sze, niż nasze zwy­cię­stwa. To ozna­cza, że Al­gie­ria zo­sta­wi­ła nie­za­tar­ty ślad w hi­sto­rii piłki noż­nej – po­wie­dział strze­lec zwy­cię­skiej bram­ki z Niem­ca­mi, La­kh­dar Bel­lo­umi. – Było warto zo­ba­czyć dwie po­tę­gi uma­wia­ją­ce się na wynik i trzę­są­ce się ze stra­chu przed Al­gie­rią. Oni awan­so­wa­li sprze­da­jąc swój honor, my od­pa­dli­śmy z pod­nie­sio­ny­mi gło­wa­mi – dodał Cha­aba­ne Me­rze­ka­ne, prawy obroń­ca Lisów Pu­sty­ni.

Po la­tach za­czę­ły na­to­miast wy­cho­dzić nie­zna­ne wcze­śniej fakty – pił­ka­rze z Al­gie­rii mogli w tam­tym cza­sie grać po nie­świa­do­mym za­ży­ciu środ­ków do­pin­gu­ją­cych. Sen­sa­cyj­ne in­for­ma­cje w me­diach o moż­li­wej afe­rze sprzed ponad 30 lat po­ja­wi­ły się za spra­wą Mo­ha­me­da Cha­iba. Był on w ka­drze Al­gie­rii na mi­strzo­stwa świa­ta w Mek­sy­ku (1986), ale nie ro­ze­grał na tej im­pre­zie ani jed­ne­go spo­tka­nia. Chaib po­in­for­mo­wał kilka lat temu agen­cję AFP, że ośmiu byłym pił­ka­rzom re­pre­zen­ta­cji uro­dzi­ły się nie­peł­no­spraw­ne dzie­ci. On sam ma trzy córki, które uro­dzi­ły się z za­ni­kiem mię­śni. Za­żą­dał on, by ujaw­nio­no praw­dę, su­ge­ru­jąc jed­no­cze­śnie, że tra­gicz­ne wy­pad­ki mogę mieć zwią­zek z za­ży­wa­niem przez pił­ka­rzy pi­gu­łek nie­zna­ne­go po­cho­dze­nia.

Na ła­mach dzien­ni­ka "El Watan" Ra­chid Ha­ni­fi, który kie­dyś też był le­ka­rzem w al­gier­skiej eki­pie, przy­po­mi­na, że przed mi­strzo­stwa­mi świa­ta w 1982 roku tre­ne­rem re­pre­zen­ta­cji był Ro­sja­nin Gien­na­dij Rogow, który przy­wiózł ze sobą le­ka­rza. Ha­ni­fi bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał do­trzeć do do­ku­men­tów me­dycz­nych ekipy.

Dja­mel Menad, który brał udział w eli­mi­na­cjach do MŚ w 1982 roku, ale na fi­na­ły nie po­je­chał, mówił w te­le­wi­zji "Nes­sma TV" o tym, że pił­ka­rzom po­da­wa­no "żółte ta­blet­ki". Za­wod­ni­kom mó­wio­no jed­nak, że są to zwy­kłe wi­ta­mi­ny. Wiel­ce praw­do­po­dob­ne jest jed­nak, że tak nie było. Zresz­tą sam Ha­ni­fi po­dej­rze­wa, że pił­ka­rze zo­sta­li ofia­ra­mi do­pin­gu, nie wie­dząc o tym.

- Po­łą­cze­nie przy­pad­ków cho­rób dzie­ci ze sto­so­wa­niem do­pin­gu przez pił­ka­rzy nie jest ewi­dent­ne, ale bar­dzo moż­li­we - stwier­dził były le­karz re­pre­zen­ta­cji Al­gie­rii.

- Wszy­scy by­li­śmy kró­li­ka­mi do­świad­czal­ny­mi - miał po­wie­dzieć jeden z by­łych re­pre­zen­tan­tów na ła­mach "El Watan", który pra­gnął po­zo­stać ano­ni­mo­wy.

Afera do­pin­go­wa nie zmie­nia jed­nak ha­nieb­nej hi­sto­rii z usta­wie­niem meczu mi­strzostw świa­ta. Hi­sto­rii, za którą obec­na re­pre­zen­ta­cja Al­gie­rii bę­dzie chcia­ła się już w po­nie­dzia­łek zre­wan­żo­wać  Niem­com. Po­czą­tek meczu 1/8 fi­na­łu o godz. 22.

Współ­pra­ca: To­masz Ka­lem­ba, Eurosport.​Onet.​pl

sobota, 28 czerwca 2014

Zlokalizowanie groźnego terrorysty i operacja Zen. To za nią Sikorski chciał "zaj...ć PiS komisją specjalną"

apa, PAP
27.06.2014 14:35
A A A Drukuj
Afganistan, prowincja Ghazni

Afganistan, prowincja Ghazni (Fot. Damian Kramski / AG)

- To, co jest w materiałach prokuratorskich, jest miażdżące. Można zrobić dwuletni cyrk. I niech oni się tłumaczą. Tam są straszne rzeczy. Wiem, bo byłem przy tym - mówi w ujawnionej przez "Wprost" rozmowie Radosław Sikorski. O co chodzi? O Antoniego Macierewicza i tzw. operację Zen, którą Polacy prowadzili wspólnie z Amerykanami.
Radosław Sikorski w rozmowie z Jackiem Rostowskim mówi m.in. o możliwości pogrążenia PiS dzięki uderzeniu w Antoniego Macierewicza, który w 2007 roku w raporcie z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych ujawnił polsko-amerykańską operację. Był to pierwszy przypadek ujawnienia operacji w czasie jej trwania oraz zidentyfikowania agenta.

- Wiesz, na czym polegała operacja "Zen", którą Macierewicz ujawnił? To była operacja, nadzorowałem ją osobiście, zlokalizowania Al-Zawahiriego - opisuje sytuację Sikorski. - I ten skur...n ujawnił operację - dodaje. O co chodziło w operacji "Zen" i jaką rolę odegrali w tym Polacy?

Polski szpieg jedzie do Afganistanu

Po stronie polskiej głównym bohaterem wydarzeń jest pułkownik Aleksander Makowski. Pułkownik Makowski, w Afganistanie działający jako biznesmen, był negatywnie zweryfikowanym oficerem wywiadu PRL, współpracował z UOP i WSI. Z czasów komunistycznych zachował dobre kontakty w kręgach Sojuszu Północnego, a także części byłych mudżahedinów. Obiecał dotrzeć do najważniejszych działaczy Al-Kaidy na terenie północnego Afganistanu, jego zdaniem możliwe byłoby dotarcie nawet do Osamy bin Ladena.

Kulisy tych działań opisał w książce "Tropiąc bin Ladena. W afgańskiej matni". Jak można przeczytać w materiałach wydawcy, "opowiada, jak w 1997 roku po raz pierwszy odwiedził Afganistan i poznał dowódcę Sojuszu Północnego, Ahmada Szaha Masuda. Była to wprawdzie podróż biznesowa, jednak kontakty, jakie wówczas nawiązał, okazały się bardzo cenne dla polskiego wywiadu. W efekcie zaczął pracować na rzecz Zarządu Wywiadu Urzędu Ochrony Państwa, uczestnicząc w realizowanych na terenie Afganistanu działaniach operacyjnych, częściowo finansowanych przez CIA. Uzyskiwane przez polski wywiad informacje dotyczyły między innymi miejsc pobytu Bin Ladena, jego podróży oraz planowanych ataków terrorystycznych".

Zaczęło się od polowania na Osamę

Zanim pułkownik Makowski wziął udział w operacji "Zen", wspólnie z Amerykanami pracował w latach 1999-2000 przy operacji Jewbraker, której celem było ujęcie Osamy bin Ladena. Jak podkreśla, informacje o przemieszczaniu się przywódcy al-Kaidy i planowanych atakach terrorystycznych pochodziły także z pracy operacyjnej polskiego wywiadu, który na terenie Afganistanu działał o 1997 roku.

Doświadczenia i kontakty pułkownika Makowskiego zostały wykorzystane, gdy po zamachu 11 września 2001 roku Polska stała się członkiem koalicji antyterrorystycznej. To właśnie wtedy polscy żołnierze rozpoczęli misje na terenie Afganistanu. Współpraca polskiego wywiadu z amerykańskimi służbami miała zwiększać poziom ich bezpieczeństwa.

Operacja Zen i prawa ręka Osamy

W 2006 roku UA rozpoczęły operację "Zen". Jej celem było wyeliminowanie Ajmana Al-Zawahiriego, nazywanego wówczas "terrorystą nr 2". Al.-Zawahiri był prawą ręką Osamy, a po jego śmierci w 2011 roku stanął na czele al-Kaidy. Jak mówił sam Makowski, jednocześnie kontynuowano ściganie Obamy i operacja - gdyby zakończyła się sukcesem - miała doprowadzić do jego likwidacji.

Jednak w 2007 roku tajną operację ujawnił Antoni Macierewicz w swoim raporcie z likwidacji WSI. Było to wydarzenie bezprecedensowe - do tej pory nie zdarzały się przypadki ujawniania operacji, które były w toku. Co więcej, w raporcie podano też nazwisko agenta pracującego przy tym zadaniu, czyli właśnie Aleksandra Makowskiego. Oznaczało to konieczność natychmiastowego przerwania działań.

Makowski oskarża Macierewicza

Publikacja raportu pociągnęła za sobą liczne procesy cywilne przeciwko MON wytoczone przez osoby wymienione w raporcie. Jedną z nich był właśnie Aleksander Makowski. W raporcie napisano m.in , że Makowski chciał "wyłudzić od sojuszników" pieniądze i wprowadzał w błąd najwyższe osoby w państwie. "W sprawie 'Zen' służby, działając na zlecenie hochsztaplera, okradały państwo polskie i były gotowe narazić polskich żołnierzy i zwierzchników sił zbrojnych na najwyższe niebezpieczeństwo i międzynarodową kompromitację" - głosił raport.

Wszystkim tym zarzutom pułkownik zaprzeczył w sądzie. - Zdradzono mnie i oszukano. Zdradzono, bo ujawniono fakt współpracy i tożsamość obcym wywiadom, a oszukano, bo we współpracy z agentem każda służba i państwo zobowiązuje się wieczyście strzec jego tożsamości i faktu współpracy. Zdrada i oszustwo zawsze niosą dla zdradzonego i oszukanego wielką dolegliwość psychiczną, moralną i fizyczną - czy to w stosunkach małżeńskich, biznesowych czy międzyludzkich - mówił w sądzie Makowski.

Makowski o Macierewiczu: Zdrajca

Jak podkreślał w swoich zeznaniach Makowski, w 2007 r. Polska i jej siły zbrojne w ramach koalicji NATO były w stanie wojny z reżimem talibów, który działa do dziś, a także ze strukturami Al-Kaidy. - W stanie wojny ujawniono operację Wojska Polskiego, żołnierzy i agentów biorących w niej udział wrogowi - wywiadowi talibów i innym wywiadom. W mojej ocenie to przestępstwo udziału w obcym wywiadzie. Coś takiego robią zdrajcy - powiedział Makowski.

W 2012 r. Sąd Okręgowy w Warszawie nakazał MON przeprosić Makowskiego za bezprawne podanie w raporcie nieprawdziwych informacji o jego nadużyciach oraz za ujawnienie jego nazwiska i szczegółów działań w sytuacji, gdy sprawa nie kwalifikowała się do ujawnienia w raporcie. Sąd częściowo uwzględnił pozew Makowskiego i uznał, że raport naruszył jego dobra osobiste. Według sądu przepraszać za to ma jednak tylko MON, a nie także prezydent i premier - jak wnosił Makowski. W ubiegłym roku prokuratura prawomocnie umorzyła po pięciu latach sprawę operacji "Zen", nie stwierdzając popełnienia żadnego z przestępstw zarzucanych przez Antoniego Macierewicza. Uzasadnienie umorzenia jest tajne.

środa, 25 czerwca 2014

Za aferą podsłuchową mogą stać Rosjanie - poszlaki są mocne

Roman Imielski, ricz, mc, wb
24.06.2014 , aktualizacja: 24.06.2014 19:25
A A A Drukuj
Aman Tulejew (po lewej) ma pwoiązania z KTK. Igor Prokudin (po prawej) to jeden z członków zarządu spółki. Czy mają coś wspólnego z

Aman Tulejew (po lewej) ma pwoiązania z KTK. Igor Prokudin (po prawej) to jeden z członków zarządu spółki. Czy mają coś wspólnego z "aferą podsłuchową" w Polsce? (Fot. materiały prasowe rządu Rosji i KTK)

Niewykluczone, że uderzając w ważnych polskich polityków i urzędników, ktoś chciał utopić plany rządu mocnego ograniczenia importu węgla. A ten surowiec sprowadzamy przede wszystkim z Rosji.
We wtorek ABW zatrzymała Marka Falentę, właściciela firmy Składywęgla.pl. To u niego w firmie pracował kilka lat temu Łukasz N., menadżer w restauracji Sowa&Przyjaciele, pierwszy zatrzymany w aferze podsłuchowej, który zdaniem śledczych nagrywał rozmowy polityków tej restauracji.

- Mój klient nie przyznaje się do udziału w tym procederze. Nie miał z tym żadnego związku. To zatrzymanie jest niesłuszne i niepotrzebne - mówił po południu "Wyborczej" Grzegorz Radwański, obrońca Marka Falenty.

CBŚ wkracza do Składów. Aresztuje 11 osób

Składy Węgla to jeden z potentatów na rynku handlu węglem w Polsce. I, co ważne, głównie węgla pochodzącego zza naszej wschodniej granicy - dużo tańszego, choć niekoniecznie równie dobrej jakości jak z polskich kopalń.

Falenta kupił 40 proc. udziałów w Składach w styczniu 2014 r., miał za nie zapłacić ponad 100 mln zł. Po transakcji we władzach spółki niewiele się zmieniło - prezesem był Arkadiusz P., znany w Bydgoszczy karateka, dyrektorem generalnym Marcin W., a właścicielem pozostałych udziałów jego dzieci, ponieważ Składy zostały zbudowane na bazie firmy należącej do ojca Marcina W.

Nie ujawniamy nazwisk wielu osób, bo 3 czerwca policjanci z Centralnego Biura Śledczego zatrzymali 11 osób z kierownictwa spółki, w tym prezesa, dyrektora, radcę prawnego, główną księgową. Prokuratura Okręgowa w Bydgoszczy postawiła im zarzuty m.in. prania brudnych pieniędzy na kwotę 85 mln zł i wyłudzania podatku VAT. Część podejrzanych została zwolniona za kaucją, ale główni podejrzani wciąż pozostają w areszcie. Kierownictwo nad spółką przejął wiceprezes nominowany przez Falentę.

Według osób zbliżonych do Marka Falenty twierdził on, że przed akcją dostał z rządu "propozycję nie do odrzucenia", by sprzedał swoje udziały Skarbowi Państwa, który chciał przejąć kontrolę nad obrotem węglem w Polsce. Odmówił. Po zatrzymaniu zarządu spółki stracił dziesiątki milionów zł. Znajomym mówił, że padł ofiarą rządu i konkurencji.

Wcześniej swoje śledztwo przeprowadzili dziennikarze TVN Uwaga. Zarzucili kierownictwu Składów wprowadzanie klientów w błąd: niedoważanie węgla oraz sprzedawanie rosyjskiego jako pochodzący z polskich kopalni. Te zarzuty potwierdziła kontrola UOKiK, który nałożył na firmę 500 tys. zł kary.

Falenta: Rosjanie się wystraszyli i wstrzymali dostawy

Sam Falenta jeszcze w poniedziałek w wywiadzie udzielonym "Pulsowi Biznesu" zapewniał: "W pierwszym tygodniu po aresztowaniu mieliśmy prawdziwy szturm na Składy. Obroty wzrosły o 700 proc. i dzięki temu firma dalej funkcjonuje. Obecnie ją restrukturyzujemy, dostosowujemy do nowej sytuacji. Rozglądamy się też za nowym dostawcą węgla, bo Rosjanie się wystraszyli, wstrzymali dostawy węgla i wycofali się ze współpracy. Jesteśmy i zawsze byliśmy otwarci na współpracę z polskimi kopalniami. Na razie poza Bogdanką, której węgiel również sprzedawaliśmy w tamtym roku, żadna ze śląskich kopalń nie była otwarta na nasze prośby o sprzedaż węgla. Nasze składy są tak duże, że w boksach może leżeć zarówno polski, jak i afrykański czy rosyjski węgiel. Wybór zostawmy konsumentowi".

Na pytanie, czy możliwy jest scenariusz, że to rosyjska mafia węglowa stoi za wyciekiem do mediów podsłuchów polskich polityków i urzędników, odpowiedział: " O to należy pytać rosyjskie służby - robiących politykę, a nie rodzimych inwestorów - robiących biznes".

Nokia Lumia 630
Wszystkie aplikacje pod ręką! Poznaj Lumia 630!
#
Reklama BusinessClick
Aż 50 proc. swojego węgla rosyjska KTK sprzedawała Składom

Składy Węgla reklamowały się hasłem "Największa polska firma w branży". Ich siedziba mieści się w Białych Błotach pod Bydgoszczą, a surowiec był sprzedawany na 350 placach w całym kraju. Firma działa od 12 lat, ale od trzech ekspansywnie zdobywała rynek. Trudno było nie natknąć się na jej reklamę w prasie, radiu czy telewizji. Sponsorowała akcje charytatywne, klub żużlowy, kajakarzy, karateków.

Węgiel sprzedawała po 599 zł za tonę - to o blisko 200 zł taniej niż ten sprzedawany z polskich kopalń. Bo kupowała je od Rosjan, głównie spółki KTK Polska, która w całości należy do rosyjskiej KTK (to skrót od Kuzbasskaja Topliwnaja Kompanija).

To jedna z największych rosyjskich firm węglowych - oferuje surowiec bardzo tani, bo wydobywany w Zagłębiu Kuzbaskim metodą odkrywkową. Z 10,7 mln ton wyprodukowanych w 2011 r. przez kopalnie KTK (ostatnie oficjalne dane ze strony internetowej firmy) aż 6,5 mln zostało wyeksportowane. I - uwaga! - aż 3,2 mln ton do Polski.

KTK de facto finansowała w dużej mierze działalność Składów, bo udzielała firmie MM Group - właścicielowi Składów - kredytów kupieckich.

Tusk zleca Sienkiewiczowi tropienie nieprawidłowości w branży węglowej

To jednak nie koniec rosyjskiego wątku. Ponieważ wiele polskich kopalń ma dramatyczne problemy ze sprzedażą węgla, a zwałów przybywa, rząd podejmuje próbę ograniczenia importu. 2013 był pierwszym rokiem od 2008, gdy minimalnie więcej węgla sprzedaliśmy za granicą, niż go kupiliśmy.

W maju br. premier Donald Tusk obiecał górnikom w Katowicach, że żadna kopalnia nie zostanie zamknięta i że będzie się starał ograniczyć nieuczciwy import. Dlatego rząd myśli m.in. o zaostrzeniu norm zanieczyszczenia węgla radem i uranem, bo to uderzy w surowiec ze Wschodu. Tusk zleca też szefowi MSW Bartłomiejowi Sienkiewiczowi sprawdzenie, czy w sieciach sprzedaży surowca nie dochodzi do nieprawidłowości.

Wciąż najważniejszy jest tu wątek rosyjski, bo z ok. 11 mln ton importowanego węgla gros stanowi ten z Federacji Rosyjskiej. Jak podał we wtorek "Puls Biznesu", 40 proc. surowca kupowanego przez Polaków do celów grzewczych to właśnie tani węgiel rosyjski. Dla Rosjan to też coraz ważniejsza gałąź eksportu, w ciągu dekady eksport wzrósł o kilkaset procent. Samo Zagłębie Kuzbaskie - tam działa KTK - produkuje aż 200 mln ton węgla rocznie, z czego zdecydowaną większość eksportuje. Głównie do Chin, ale w Europie niezwykle ważnym rynkiem jest Polska.

Jak twierdzi "Puls Biznesu", to właśnie po zatrzymaniu kierownictwa Składów Węgla zaoferowano podsłuchy rozmowy Sienkiewicza z prezesem NBP Markiem Belką kilku redakcjom. Zdecydowało się je opublikować tylko "Wprost".

Właściciel rosyjskich kopalń nie lubi Polski

Sprawdziliśmy koncern KTK. Ma kilka kopalń odkrywkowych w Kuzbaskim Zagłębiu Węglowym na południowym zachodzie Syberii. Należy do dziesięciu największych firm węglowych w Rosji, jego obroty sięgają 500 mln dol.

Firma nie jest jednak związana w wielkim rosyjskim przemysłem, przykremlowskimi oligarchami. Ponad połowa jej akcji należy do miejscowego biznesmena i byłego wicegubernatora obwodu kemerowskiego (to tam znajduje się Zagłębie Kuzbaskie) Igora Prokudina. To typowy dla prowincji rosyjskiej przedsiębiorca, który doszedł do fortuny dzięki wysokiemu miejscu w nomenklaturze i dobrym stosunkom z miejscową władzą.

Kluczowa jest tu jego bliska znajomość z wieloletnim szefem obwodowej administracji Amanem Tulejewem, gubernatorem obwodu kemerowskiego od 1997 r. Za sobą ma karierę typową dla partyjnego aparatczyka z czasów ZSRR. Ten absolwent Nowosybirskiego Inżynieryjnego Instytutu Transportu Kolejnego i Akademii Nauk Społecznych przy Komitecie Centralnym Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego został w 1990 r. kierownikiem Kolei Kemerowskiej. Potem był przewodniczącym kemerowskiej obwodowej rady deputowanych ludowych, potem deputowanym Federacji Rosyjskiej i wreszcie członkiem Rady Federacji - izby wyższej parlamentu składającej się z przedstawicieli poszczególnych regionów.

W Polsce Tulejew zasłynął w 2004 r., gdy opublikował w "Izwiestiach" artykuł o zbrodni katyńskiej, zrównując ją z losem jeńców sowieckich w czasie wojny polsko-bolszewickiej. "Swego czasu podnosiłem kwestie winy Polski za zagładę jeńców czerwonoarmistów w obozach Piłsudskiego - stwierdził Tulejew. - Wobec Rosji nikt za te zbrodnie się nie pokajał. Ale za to skruchy kolejny raz żądają od nas". Tulejew był też jednym z pierwszych szefów rosyjskiego regionu, który zaoferował pomoc "obywatelom Krymu" rzekomo ciemiężonym przez ukraińskie władze. Chodziło nie tylko o zbiórkę pieniędzy czy ufundowanie stypendiów, ale też o ofertę przyjęcia u siebie blisko 2 tys. "uchodźców".

Już po aneksji Krymu przez Rosję Tulejew dostał od gubernatora nagrodę miasta - za "wkład Kuzbasu w ponowne przyłączenie Krymu i Sewastopola do Rosji".


Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75248,16208941,Za_afera_podsluchowa_moga_stac_Rosjanie___poszlaki.html#BoxSlotMT#ixzz35bQ3QpZu

wtorek, 24 czerwca 2014

Brytyjskie media o polskich nagraniach: "Sikorski ośmieszył politykę Camerona"

Michał Wachnicki, pap
24.06.2014 , aktualizacja: 24.06.2014 17:23
A A A Drukuj
David Cameron i Radosław Sikorski

David Cameron i Radosław Sikorski (Fot. Geert Vanden Wijngaert (AP Photo/Geert Vanden Wijngaert / AP / Krzysztof Szatkowski / AG)

"Sikorski skompromitował Camerona, mówiąc, że brytyjski premier uwierzył w swoją głupią propagandę wymierzoną w eurosceptyków" - media na Wyspach komentują fragmenty podsłuchanej rozmowy szefa polskiego MSZ dotyczące Wielkiej Brytanii. Wśród nich jest również wątek związany z burzliwą rozmową Donalda Tuska z Cameronem dotyczący ograniczenia świadczeń socjalnych dla imigrantów w Wielkiej Brytanii.
"Sikorski sądzi, że Cameron sp...ł swoją europejską politykę" - rozpoczyna artykuł "The Guardian".

Dziennik dodaje, że Sikorski, używając wulgarnego języka, ośmieszył "głupią propagandę" brytyjskiego premiera Davida Camerona mającą uspokoić eurosceptyków. Chodzi o propozycję Camerona dotyczącą skasowania zapomogi rodzinnej wypłacanej imigrantom, jeśli ich dzieci nie mieszkają z nimi, która jest jednym z tematów nielegalnie podsłuchanej rozmowy ministrów Sikorskiego i Rostowskiego, opublikowanej przez "Wprost".

"Niekompetentny, nieprzemyślane ruchy"

Chodzi o ten fragment (za "Wprost"):

Rostowski: "On [Cameron] myśli, że pójdzie, wynegocjuje i wróci, żaden polski rząd nie może się na to zgodzić. Tylko w zamian za górę złota.
Sikorski: Albo bardzo zły, nieprzemyślany ruch, albo to taka, nie po raz pierwszy, jego niekompetencja w sprawach europejskich. Pamiętasz? Spier... ł pakt fiskalny. Spier... ł. Po prostu (...)".

Dalej Sikorski stwierdza, że strategia Camerona, obliczona na stopniową neutralizację krytyki po prawej stronie, nie działa. Stwierdza, że brytyjski premier wierzy w swoją "głupią propagandę". A Rostowski komentuje dalej płonne nadzieje Camerona na zmianę polityki imigracyjnej UE:

R: Żeby polski rząd się zgodził, to ktoś musiałby nam dać jakąś górę złota. Brytyjczycy nam złota nie dadzą, a Niemcy, żeby trzymać Brytyjczyków, też nam gór złota prawdopodobnie nie dadzą. Wobec tego więc będzie: spier.....e.
S.: Nie, to nie. (...)
R.: Ja myślę, że paradoksalnie, wiesz, jaki będzie paradoksalny skutek tego dla niego?
S.: No?
R.: Nie dla nas specjalnie dobry.... (...) ogólnie niedobre dla nas, bo my chcemy, żeby Wielka Brytania została [w UE]. Ja myślę, że tak, on przegra te wybory. Wielka Brytania wyjdzie [z UE]. Oni wraz jak wyjdą, utrzymają otwarte granice. Nie dla żebraków, ale otwarte w sensie...
S: Tak jak Norwegia...
R.: - Tak, w sensie takim, że nie będą wpuszczać cygańskich żebraków.

Sikorski to ostry krytyk brytyjskiej polityki

"The Guardian" cytuje obszerne fragmenty podsłuchanej rozmowy, po czym pisze: "Sikorski i Rostowski to najbardziej anglofilscy wśród polskich polityków, choć Sikorski stał się ostrym krytykiem unijnej polityki Camerona".

"The Guardian" zwraca też uwagę, że w podsłuchanej rozmowie Pawła Grasia z prezesem PKN Orlen Jackiem Krawcem padają nieparlamentarne określenia dotyczące telefonicznej rozmowy ze stycznia tego roku, w której Donald Tusk miał ostro skrytykować Davida Camerona za jego propozycje dotyczące zasiłków dla dzieci imigrantów. Zdaniem gazety rozmowa Sikorskiego z Rostowskim pokazuje skalę rozdźwięku między Polską a Wielką Brytanią w kwestii zasiłków.

"Strategia Camerona się rozpadła"

"Guardianowi" wtóruje "The Independent": "Europejska strategia Davida Camerona rozpadła się dzisiaj, po tym jak szef MSZ Polski, sojusznika Wielkiej Brytanii w UE, oskarża premiera o niekompetencję i odwoływanie się do głupiej propagandy w celu przypodobania się eurosceptykom" - pisze dziennik. Jeszcze bardziej kategorycznych słów używa dziennik "The Times", który napisał, że Sikorski "wypatroszył" podejście Camerona do UE. Gazeta uznała, że "jest to oznaką, iż relacje między obu krajami pogorszyły się z powodu twardego kursu Camerona wobec migracji". Tabloid "Daily Mail" wybija w tytule, że Sikorski, używając wulgaryzmów, "zwrócił się przeciwko swemu przyjacielowi Cameronowi" w sprawie jego żądań wobec UE. Twierdzi, że Sikorski ośmieszył zabiegi o renegocjację brytyjskiego członkostwa w UE.

Cameron stracił sojusznika

"Daily Mail", "Telegraph", "The Times" i "The Guardian" zgodnie podkreślają, że brytyjski premier przez długi czas miał sojusznika w Sikorskim i zwracają uwagę, że sprawa podsłuchów w Polsce pojawiła się w czasie, gdy Cameron stoi w obliczu "kłopotliwej porażki", usiłując nie dopuścić do objęcia przez byłego premiera Luksemburga Jeana-Claude'a Junckera stanowiska przewodniczącego Komisji Europejskiej. Wskazuje, że Cameron może być pewien poparcia tylko jednego kraju - Węgier.

Kłopotliwa porażka Camerona

To właśnie zbieżność w czasie głosowania nad wyborem Junckera na szefa KE (odbędzie się ono w piątek) spowodowała, że słowa Sikorskiego odbiły się tak szerokim echem w Wielkiej Brytanii.

Od momentu przejęcia władzy w 2010 roku Cameron zaostrzył eurosceptyczny kurs brytyjskiej polityki. Premier blokował m.in. niektóre istotne unijne inicjatywy, chcąc w ten sposób odpowiedzieć na rosnący eurosceptycyzm własnego społeczeństwa. Doprowadziło to jednak do osamotnienia w unijnej dwudziestceósemce.

Podobnie jest też w tej sprawie - szef brytyjskiego rządu uporczywie zwalcza nieoficjalnie przyjętą już w większości europejskich stolic nominację Junckera.

Słowa Sikorskiego - mimo że o czym innym - podsumowują politykę Camerona również w tej sprawie i jak widać w ocenie brytyjskich mediów, w kontekście całej polityki europejskiej premiera.

Lepsza pewna emerytura niż deklaracje polityków. W ZUS ustawiają się kolejki

autor: Bożena Wiktorowska23.06.2014, 07:20; Aktualizacja: 23.06.2014, 09:19

Emerytura

Emeryturaźródło: ShutterStock

Każda zapowiedź zmian w systemie powoduje, że osoby spełniające warunki do zakończenia aktywności zawodowej natychmiast biegną do ZUS.

Kolejki w oddziałach zakładu. Kadrowe sprawdzające dokumentację coraz bardziej zdenerwowanych pracowników, którzy chcą zdążyć uciec na emeryturę. Biura rachunkowe zasypane pytaniami klientów o konsekwencje zmian w sposobie przyznawania lub obliczania wysokości emerytury. – Faktycznie tak do tej pory kończyły się wszystkie zapowiedzi zmian w systemie emerytalnym – potwierdzają właściciele biur rachunkowych w Lublinie, Białymstoku, Olsztynie czy w Warszawie.

Wielki exodus

Zasady ustalania wysokości emerytur przez ZUS

Zasady ustalania wysokości emerytur przez ZUS

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

2006 rok. Ze względu na wybory samorządowe nikt nie mówi o potrzebie reformy systemuubezpieczeń społecznych. Wtedy wnioski o przyznanie pierwszej emerytury złożyło do ZUS 116,6 tys. osób. 2007 rok. W wyniku przyspieszonych wyborów Platforma Obywatelska zdobyła większość w Sejmie i zapowiedziała koniec wcześniejszych emerytur. Do zakładu trafiła 378,6 tys. nowych wniosków. Kiedy się okazało, że tylko do 31 grudnia 2008 r. będzie można nabywać prawo do wcześniejszego zakończenia pracy, do ZUS wpłynęły dokumenty 340,5 tys. nowych emerytów.

Scenariusz się powtarza w 2012 r. Wtedy Sejm rozpoczął pracę nad podniesieniem wieku emerytalnego. W 2010 roku pierwszorazowe wnioski o przyznanie emerytury złożyło zaledwie 92 tys. ubezpieczonych. W kolejnym roku było ich o 10 tys. więcej. Za to w 2012 roku takich wystąpień było już 120,1 tys. Najwięcej w drugim kwartale, czyli tuż po przyjęciu ustawy podnoszącej wiek emerytalny. Dla porównania w 2013 r. (czyli w pierwszym roku obowiązywania przepisów nakazujących dłuższą pracę) wnioski złożyło tylko 104,4 tys. osób. Nie wiadomo, ile w obowiązującym roku wpłynęło dokumentów. ZUS nie ma jeszcze takich danych.

Proste zasady

Eksperci rozumieją zachowanie Polaków.

– Jest absolutnie racjonalne – zauważa Joanna Staręga-Piasek, była wiceminister pracy, a obecnie wicedyrektor Instytutu Rozwoju Służb Publicznych. – Kolejna zmiana systemu emerytalnego powoduje pogorszenie ich sytuacji. Polacy stracili zaufanie do ustawodawcy, w efekcie każdą nowelizację traktują jak próbę odebrania im uprawnień – dodaje.

Podobnie uważa Krystyna Burzyńska-Kaniewska, psycholog pracy. – Nie ma się więc co dziwić, że kiedy politycy zapowiadają zmiany w emeryturach, to osoby z prawem do zakończenia aktywności zawodowej natychmiast składają wnioski do ZUS. Ludzie boją się zmian – wyjaśnia Krystyna Burzyńska-Kaniewska.

Eksperci wskazują, że Polacy nie mają zaufania do państwa. Nauczyli się bowiem, że tylko prawomocna decyzja wydana przez organ rentowy gwarantuje im zachowanie uprawnień. W ten sposób system sztucznie tworzy emerytów, którzy i tak dalej pracują. Ludzie rezygnują z pracy, aby po kilku dniach znów się zatrudnić u dotychczasowego pracodawcy. Zdaniem specjalistów cel jest tylko jeden. – Odebrać z ZUS to, co się należy, a więc uciec przed zmianami – stwierdza Joanna Staręga-Piasek.

– I tak ryzyko utraty praw minimalizują wszyscy, zarówno profesor, jak i robotnik – dodaje Krystyna Burzyńska-Kaniewska.

Prawnicy również się nie dziwią, że Polacy nie mają zaufania do wielu ważnych instytucji, skoro nawet Trybunał Konstytucyjny tylko w wyjątkowych sytuacjach uznaje, że nowe przepisyemerytalne łamią ustawę zasadniczą.

– Z wyrokami Trybunału Konstytucyjnego się nie dyskutuje. Można jednak z całą pewnością stwierdzić, że budżet państwa wygrywa z ubezpieczonymi – zauważa Karolina Miara, adwokat współpracująca z firmą prawniczą Kochański Zięba Rapala i Partnerzy. – Chociaż trzeba zaznaczyć, że udało się przekonać sędziów, że odebranie dorabiającym emerytom prawa do pobierania świadczeń jest niezgodne z konstytucją – dodaje.

Prawo do emerytury jest uzależnione od rozwiązania stosunku pracy

Niestety przeważnie wygrywa ustawodawca. TK uznał na przykład, że rząd miał prawo pozbawić prawa do emerytur pomostowych np. pilotów czy maszynistów tylko dlatego, że nie przepracowali jednego dnia przed 1 stycznia 1999 r. Za zgodne z ustawą zasadniczą uznano również przepisy podnoszące wiek emerytalny m.in. dla osób urodzonych przed 1948 r., które zachowały prawo do starych emerytur i nie zostały objęte reformą emerytalną w 1999 r.

– Także w tym przypadku nie udało się przekonać sędziów, że zmiana przepisów odbyła się bez odpowiedniego vacatio legis. Z tego powodu obowiązek dłuższej pracy spadł na wszystkie osoby bez względu na datę urodzenia – zauważa Wiesława Taranowska, wiceprzewodnicząca OPZZ, członek Rady Nadzorczej ZUS.

Natomiast Beata Mazurek, posłanka PiS, zwraca uwagę, że ustawa podnosząca wiek emerytalny z zaskoczenia wprowadziła także niekorzystne zmiany dla już pobierających wcześniejsze emerytury. Osoby te po przejściu na świadczenie w wieku powszechnym mają bowiem odliczane już dokonane wypłaty. Przy czym nie wiadomo, czy uda się namówić rząd do uchylenia tych przepisów.

– I to pokazuje, że każdy ubezpieczony musi sam pilnować swoich interesów – dodaje Marian Strudziński z Radomia, pracujący emeryt, który rozpoczął ogólnopolską akcję przeciwko ZUS, a teraz współorganizuje Ogólnopolskie Stowarzyszenie Emerytów.

Wielka niewiadoma

Premier Donald Tusk wielokrotnie przekonywał, że podniesienie wieku emerytalnego będzie korzystne dla ubezpieczonych, gdyż w zamian za dłuższą pracę otrzymają wyższe emerytury kapitałowe. Po blisko 1,5 roku funkcjonowania nowych zasad odchodzenia na emeryturę DGP chciał sprawdzić, ile osób faktycznie objęły zmiany. Zwróciliśmy się do Centrali ZUS o sprawdzenie, ilu ubezpieczonych przeszło na emeryturę w 2013 roku, a więc kiedy już obowiązywała ustawa podnosząca wiek emerytalny. Spytaliśmy także, jak dłuższa praca wpłynęła u tych osób na zwiększenie świadczeń. Okazało się, że sprawdzenie tego jest niemożliwe.

– Niestety nie gromadzimy tego typu danych statystycznych – przyznał Jacek Dziekan, rzecznik prasowy ZUS.

Okazuje się, że brak danych nie jest zaskoczeniem dla ekspertów.

– Działający w ZUS system informatyczny nie jest w stanie wygenerować takich danych. Sprawa jest poważna, bowiem ich brak utrudnia określenie faktycznych potrzeb Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Z tego też powodu w kolejnych latach mogą być problemy z określeniem wysokości deficytu budżetowego – tłumaczy prof. Leokadia Oręziak z katedry finansów międzynarodowych Szkoły Głównej Handlowej.

Ile kosztuje bycie taksówkarzem w Polsce


autor: Tomasz Jurczak22.06.2014, 16:00
taxi, taksówka

taxi, taksówkaźródło: ShutterStock

Taksówkarze domagają się obniżenia wysokości składek na ubezpieczenie społeczne z tytułu prowadzenia działalności gospodarczej. Ich zdaniem składka na poziomie 1042,46 złotych miesięcznie jest zbyt wysoka biorąc pod uwagę inne koszty, jakie muszą ponosić w związku z prowadzonym biznesem. Sumy te nie są bowiem małe.

Wiele osób wyobraża sobie, że taksówkarze osiągają dochody na poziomie kilkunastu tysięcy miesięcznie. Ale rzeczywistość nie jest taka kolorowa. Choć zdarzają się osoby, które są w stanie żyć godnie z zarobków taksówkarza - to jednak większość taksówkarzy, szczególnie w małych miastach, traktuje tę działalność jako dodatkowe źródło dochodu.

Koszty związane z prowadzeniem działalności Taxi

Zgodnie z prawem w Polsce taksówkarzem może zostać każdy kto ukończył 21 lat, posiada prawo jazdy kategorii B i nie był karany.

Aby ubiegać się o licencję taksówkarską należy odbyć tygodniowy kurs w Zakładzie Doskonalenia Zawodowego lub innej placówce – np. szkole jazdy, która posiada takie uprawnienia. Za egzamin kończący kurs trzeba zapłacić ok. 680 zł. Kiedy już uda się zdać egzamin, trzeba zapłacić ok. 250 zł za taksometr i ponad 1500 złotych za kasę fiskalną plus koszty montażu w aucie. Do tego dochodzi legalizacja taksometru za 55 zł (trzeba ją przeprowadzać raz na dwa lata).

Przyszły taksówkarz musi również przejść badania lekarskie u takich specjalistów jak laryngolog (ok. 100 zł), neurolog (100 zł) oraz przejść przez znane wszystkim kierowcom zawodowym psychotesty (150 złotych). Do tego dochodzi jeszcze badanie u okulisty (80 zł) oraz badania w laboratorium analitycznym. Takie badania lekarskie trzeba przeprowadzać raz na 5 lat.

Aby uzyskać licencję na prowadzenie działalności w konkretnym mieście, taksówkarz musi zdać jeszcze egzamin z topografii miasta, a to wydatek rzędu 250 zł. Po pozytywnym przejściu egzaminu taksówkarza czeka jeszcze wykupienie licencji od prezydenta miasta bądź innej osoby do tego uprawnionej (burmistrza, wójta). Koszt licencji jest uzależniony od długości jej ważności (od 200 zł do 300 złotych).

Taksówkarz może prowadzić działalność na ryczałt, kartę podatkową lub książkę przychodów i rozchodów. Przy korzystaniu z karty podatkowej trzeba płacić co miesiąc ok. 270 zł do ZUS. Jeżeli taksówkarz spóźni się z opłatą choćby jeden dzień, musi liczyć się z dodatkowym wydatkiem rzędu 215 zł.

A do tego wszystkiego dochodzą jeszcze największe koszty - a więc wydatki na paliwo i naprawy samochodu. Należy też pamiętać, że taksówkarze w wielu firmach ubezpieczeniowych płacą zawyżone stawki polis, ze względu na podwyższone ryzyko wypadku. Taksówkarze, którzy nie zdecydują się  na przystąpienie do korporacji lub nie mają takiej możliwości muszą sami starać się o kursy, reklamę - czyli de facto o klientów i swoje zarobki. Z drugiej strony przystąpienie do korporacji daje szansę na wyższe i stałe dochody, ale za to też trzeba płacić - miesięczna opłata dla korporacji to ok. tysiąc złotych. 

poniedziałek, 23 czerwca 2014

10 typów kobiet, których lepiej unikać

Autor: Agata Wilska

Dziś przegląd skutecznych odstraszaczy. Czy obiektywny? Nie bardzo. Oparty na doświadczeniach własnych, ale przede wszystkim na doświadczeniach moich klientów.

Oto typy kobiet, z którymi lepiej się nie wiązać.

"Miłość jest ślepa". "To wszystko przez to początkowe zauroczenie". To autentyczne cytaty z mojej praktyki zawodowej. Zasłyszane oczywiście od pacjentów. Pacjentów, którym przyszło skonfrontować się z dysonansem pomiędzy szczęśliwym (czasem pozornie) początkiem znajomości, a ich późniejszym rozwojem.

Radosne początki

Wielu z nas jest zapewne zdania, że każdy początek miłosnej relacji jest fascynujący, a później puka do nas szara rzeczywistość. Innymi słowy – wychodzi szydło z worka. Następuje rozczarowanie. Oczywiście pojawia się pytanie, co to znaczy rozczarowanie i co to znaczy szydło z worka.

Jeśli rozczarowanie oznacza urealnianie się, czyli świadomość, że związek nie polega jedynie na spijaniu sobie z dzióbków, że partner czasem miewa humory i grypę, że bywa trudno i temperatura namiętności ulega zmianie -  to jest ono naturalne i rozwojowe. Jeśli owo szydło z worka to właśnie nastroje partnera, grypa czy spadek libido – to wszystko jest w najlepszym porządku.

Czasem jednak naszym szydłem z worka jest coś, co trudno akceptować, coś, co bardzo utrudnia nam wspólne życie, coś nad czym trudno przejść do porządku dziennego, coś, co nam szkodzi. Moi klienci często wydają się być zadziwieni tym, kim okazał się ich partner: "pijakiem", "psem na baby", "maminsynkiem" czy też "księżniczką", "desperatką", "zimną rybą".

Lekcje życia

Zdarzają się historie, którymi i ja bywam zadziwiona. To historie pt. "wydawał się takim miłym, spokojnym człowiekiem, a tu proszę". Naturalnie – to się zdarza. Bywa, że się mylimy, że to bolesne, zupełnie niezawinione przez nas życiowe lekcje. Ale mam wrażenie, że gros rozczarowań i cierpienia moglibyśmy uniknąć, wybierając odpowiedniego partnera. Gdybyśmy już na początku byli wrażliwi na niepokojące sygnały. Gdybyśmy ich nie ignorowali.

Pytam moich pacjentów. czy przed ślubem były oznaki, że będzie tak, jak się okazało. Wielu przyznaje, że owszem – były. Ale nie chcemy widzieć. Łudzimy się, że się zmieni, że czas pewne rzeczy zweryfikuje, że my przywykniemy.

Tylko żadna z tych rzeczy się nie zdarza. Stąd lista poniżej.

 

Czy każde z tych zachowań grozi klęską?

No, życie byłoby proste, gdyby świat emocji i relacji byłby łatwy do przewidzenia. Niestety, reguły te nie są aż tak oczywiste. Nie można nigdy nikomu powiedzieć: "Partner, który... (wstawić odpowiednie zachowanie) sprawi, że za rok... (wstaw, co się wydarzy)". Możemy mówić o prawdopodobieństwie (nawet wysokim), o ryzyku. I o takich ryzykownych symptomach dzisiaj w wersji dla panów.

Jakich kobiet unikać? Oto 10 typów:

  • Nielubiących mężczyzn

O mężczyznach wypowiada się z pogardą. Według niej są głupi, puści, niezadbani, nieporadni, słabi. Twierdzi, ze nie są jej potrzebni. Że są tylko balastem i problemem. Że nie dorastają kobietom do pięt. Słowa, jakich używa, są obraźliwe. Nie chcę się wdawać w dywagacje dotyczące podłoża takiego stanowiska. Jedno jest pewne – małe szanse, żeby którykolwiek mężczyzna był w stanie wyprowadzić taka panią z błędu. Szkoda życia.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------

Poznaliście się w Sympatii Plus? Zgłoście się do konkursu!

Uważacie, że jesteście świetną parą i chcielibyście się tym pochwalić? Podzielcie się z nami Waszą historią - wygrajcie romantyczny weekend w zamku, profesjonalną sesję zdjęciową i elegancką biżuterię z diamentami!

Uwaga: Nagradzamy każdą parę, która zgłosi się do konkursu!

Czekamy na Was! Zobacz, jak się zgłosić>>


------------------------------------------------------------------------------------------

  • Niepoprawnych romantyczek

Dla takiej kobiety związek ma wyglądać tak jak na ukochanym filmie lub w ulubionej piosence. Życzy sobie kwiatów, kolacji przy świecach, romantycznych wycieczek, wieczorów pod gołym niebem, gorących wyznań, nieprzerwanych uniesień w sypialni, zachwytów nad jej urodą i umysłem. Kiedy zaczyna zauważać, że już nie mówisz tak często kocham, że już nie dzwonisz 10 razy dziennie – wpada w panikę lub rozpacz. Że już nie kochasz wcale, że się zmieniłeś, że miało być tak pięknie, że coś się wypaliło. Romantyzm jest przepiękny, ale jeśli oznacza ciągłe patrzenie sobie w oczy i brak akceptacji dla naturalnych procesów w związku – jest nie do zniesienia.

  • Księżniczek

Wymagająca. Oczekująca. Roszczeniowa. Życząca sobie. Ma mocno sprecyzowane zadania i warunki do zrealizowania. Przez ciebie oczywiście. Jest też jednak kapryśna, więc owe zadania mogą ulec zmianie. Często stroi fochy, obraża się. Manipulacje, jakie stosuje, są przeróżne. Ewidentnie szuka ideału. Nikt jej nie pasuje. Ty też będziesz zawsze nie dość. I będziesz musiał być w ciągłej gotowości. Potrzebne ci to?

  • Niepoprawnych flirciar

Lubi być w centrum zainteresowania. Lubi być obiektem męskiego pożądania. Czuje, że jest piękna i często to wykorzystuje. Uśmiechy, pocałunki rozdaje w dowolnej ilości. Gdyby zabrać jej urodę, piękne ciało lub widownię - "umarłaby" z rozpaczy. Przy takiej kobiecie będziesz zawsze czuł się spięty i niespokojny. Nigdy nie poczujesz, że tym jedynym jesteś właśnie ty.

  • Desperatek

Nigdy nie miała chłopaka. Albo wszystkie koleżanki mają już mężów. Bardziej zależy jej na określonym stanie cywilnym niż na tobie. Zrobi niemalże wszystko, żebyś ją chciał. Nie przebiera w  środkach – prosi, grozi, żąda. Dzwoni, nachodzi cię, zasypuje prezentami. Oplata cię jak bluszcz. Desperacja potrafi być naprawdę niebezpieczna.

  • Utrzymanek

Nigdy nie pracowała i nie pracuje. Ma za sobą kilka prób podjęcia pracy, ale wszystkie nieudane. W każdej pracy było coś nie tak – zbyt duże wymagania, zbyt małe wynagrodzenie, nieodpowiednie warunki pracy, niemiłe koleżanki. Od razu uderza z grubej rury, że praca jest nie dla niej. Lub deklaruje chęć do pracy, ale odpowiedniej, a takiej jeszcze nie znalazła. Jednocześnie lubi pieniądze. Interesują ją jedynie mężczyźni z wypchanym portfelem. Chętnie korzysta z dobrodziejstw sytuacji, w której mężczyzna jest ją w stanie utrzymać. Jest gotowa wiele takiemu zaoferować, na wiele się zgodzić, wiele poświęcić. Wszystko jest fajnie do momentu, kiedy ty będziesz musiał liczyć na pomoc i wsparcie.

  • Niedostępnych

To typ kobiety pt: "patrz na mnie, ale mnie nie dotykaj". Oczekuje podziwu, zachwytu, ale nie bliskości. Często mocno kontrolująca: siebie, siebie, otoczenie. Nierzadko perfekcjonistka i pedantka. Przy takiej kobiecie jest po prostu zimno.

  • Rządnych zmiany

Ledwie się znacie, a ona już wprowadza zmiany: w wystroju twojego mieszkania, w twoim ubiorze, w sposobie w jaki się wyrażasz, w twoim planie tygodnia. Nie myśl, że kiedykolwiek przystopuje. Jedna z moich klientek narzekała na narzeczonego. "Ale zamierza pani mimo wszystko wyjść za niego za mąż?" - zapytałam. "Oczywiście. Ja go zmienię. Mężczyzna zakochany dla swojej kobiety jest w stanie zrobić wszystko". "W porządku" - pomyślałam. Faktycznie kochający mężczyźni mogą wiele, ale zawsze rodzi mi się pytanie: czy taka kobieta chce właśnie tego mężczyzny? I dlaczego, skoro wszystko ma robić inaczej niż do tej pory. Taka kobieta wiąże się nie z mężczyzną z krwi i kości o określonej osobowości i przyzwyczajeniach, ale jakąś kukłą, którą można poustawiać po swojemu. Chcesz być plastelinową figurką?

  • Nadopiekuńczych

To typ kobiety matkującej. Zakłada ci czapkę, żebyś nie zmarzł. Co pół godziny pyta, czy nie jesteś głodny. Nawet jak nie jesteś – ona i tak ci zrobi ulubioną kanapeczkę. Tak na wszelki wypadek, gdybyś jednak nabrał ochoty. U znajomych mówi o tobie jakbyś miał 5 latek: "Mój kotek jest taki chorowity", "A wiecie co ostatnio zrobił Maciuś?", "Mój miś jest taki słodki"... Przy rodzinnym obiedzie każe ci wziąć tę część kurczaka, bo wygląda na smaczniejszą. Często się o ciebie martwi. Mniej w ciebie wierzy. Kobieta nadopiekuńcza w mojej ocenie kastruje mężczyznę. Potem często narzeka, że "w jej domu nie ma prawdziwego faceta". Mnie już robi się duszno.

  • Niepewnych i zakompleksionych

Ma bardzo niską samoocenę. Nie wierzy w siebie. Właściwie to myśli o sobie jak najgorzej. W swoich oczach jest brzydka, gruba, głupia i nieporadna. Wszystkiego się boi. Kobiet z problemem niskiego poczucia własnej wartości jest masa. Jednak większość z nich względnie sobie radzi. Lepiej lub gorzej, ale jednak funkcjonuje. Jednak bycie z kobietą o znacznie zaburzonej samoocenie może być trudne. Ryzyko uzależnienia się od ciebie, wymagania opieki to tylko część z trudności, jakie możesz napotkać.


Unikaj kobiet, przy których czujesz: że się boisz, że jesteś spięty, że jesteś zażenowany, że jest ci nudno, że się za bardzo starasz, że nie jesteś sobą, że się męczysz, że ci duszno, że czujesz się ograniczany...

Dalej wstaw te uczucia i stany, których chcesz unikać w relacji. Pamiętaj, że chodzi o proporcje i realną ocenę.

Jeśli nie chcesz się przy kobiecie nudzić, to jedna wspólna nudnawa niedziela nie musi być powodem rozstania. Pamiętaj również, że wiele z tych stanów w dużej mierze zależy również od ciebie. Powodem twojego spięcia nie musi być partnerka, ale coś "twojego" (kompleks, lęk).

Powyższe sugestie potraktuj jedynie jako wskazówkę, a nie jedynie słuszny drogowskaz czy wręcz pewnik. Powodzenia!

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Agata Wilska - to psycholog, mediator. Prowadzi indywidualną pomoc psychologiczną i psychoterapię, grupy wsparcia oraz warsztaty rozwoju osobistego. Z zamiłowania radiowiec. Jako konsultant współpracuje z kilkoma rozgłośniami w kraju oraz prowadzi własny Magazyn Psychologiczny "Ego Psychologii".

sobota, 21 czerwca 2014

Lolo Jones: dziewictwo stracę dopiero po ślubie!


Lolo Jones nie zo­sta­nie już naj­bar­dziej uty­tu­ło­wa­ną lek­ko­atlet­ką w hi­sto­rii ame­ry­kań­skie­go spor­tu, ale pod wzglę­dem roz­po­zna­wal­no­ści i uwagi, którą po­świę­ca­ją jej media, mało która ko­le­żan­ka po fachu może się z nią rów­nać.

Lolo Jones Foto: JOHN MACDOUGALL / AFP

Dwu­krot­na ha­lo­wa mi­strzy­ni świa­ta była naj­więk­szą gwiaz­dą mi­tyn­gu Byd­goszcz Cup. Po zwy­cię­skim biegu uro­dzi­wa płot­kar­ka i... bob­sle­ist­ka opo­wie­dzia­ła nam o pla­nach wy­stę­pu na swo­ich czwar­tych i pią­tych igrzy­skach, re­ak­cji na kry­ty­kę za­zdro­śni­ków, za­cho­wy­wa­niu dzie­wic­twa do ślubu i... roz­bie­ra­nej sesji.

REKLAMA

Ostat­nio czę­ściej niż na bież­ni oglą­da­li­śmy panią na to­rach bob­sle­jo­wych. Pod­czas igrzysk olim­pij­skich w Soczi za­ję­ła pani 11. lo­ka­tę. To za­do­wa­la­ją­cy re­zul­tat?

Lolo Jones: Je­stem tro­chę roz­cza­ro­wa­na. Moja pi­lot­ka z dwój­ki Ja­zmi­ne Fen­la­tor ro­bi­ła wszyst­ko, co było w jej mocy, by osią­gnąć jak naj­lep­szy wynik w pierw­szych dla niej igrzy­skach. Dla mnie igrzy­ska olim­pij­skie nie są ni­czym nowym, Ja­zmi­ne z kolei była no­wi­cju­szem na tak wiel­kiej im­pre­zie. Po­mi­ja­jąc wynik, cią­ży­ła na niej duża pre­sja, przede wszyst­kim dla­te­go, że była w parze wła­śnie ze mną. Dla mnie za­szczy­tem był fakt zna­le­zie­nia się w wą­skim gro­nie spor­tow­ców, któ­rzy wzię­li udział w za­rów­no let­nich, jak i zi­mo­wych igrzy­skach. Oczy­wi­ście jest mi tro­chę żal, że z Ja­zmi­ne nie po­wal­czy­ły­śmy o medal.

Pani start w igrzy­skach wią­zał się ze spo­ry­mi kon­tro­wer­sja­mi. Mó­wio­no, że de­cy­do­wa­ły wzglę­dy re­kla­mo­we, a nie spor­to­we. Było w tym tro­chę racji?

- Nie! Kry­ty­ko­wa­ły mnie tak na­praw­dę dwie dziew­czy­ny, które nie do­sta­ły się do dru­ży­ny – Emily Aze­ve­do i Katie Eber­ling. W rze­czy­wi­sto­ści przy­krych słów nie szczę­dzi­ły mi osoby, któ­rych miej­sce za­ję­łam i dzię­ki temu po­je­cha­łam do Soczi. W ry­wa­li­za­cji za­wsze są dwie drogi: można być lep­szym lub prze­grać i po­gra­tu­lo­wać zwy­cię­stwa temu, który cię po­ko­nał. Ja oka­za­łam się lep­sza we wszyst­kich star­tach i przed­olim­pij­skich te­stach. By­ły­śmy bli­sko sie­bie, róż­ni­ca oka­za­ła się nie­wiel­ka, ale ko­niec koń­ców to ja wy­szłam z tej walki zwy­cię­sko. A one, za­miast po­dzię­ko­wać za ry­wa­li­za­cję i za­cho­wać się z klasą, za­czę­ły mnie ata­ko­wać. Kry­ty­ko­wa­li mnie też pewni za­wod­ni­cy, któ­rzy rów­nież nie za­kwa­li­fi­ko­wa­li się do dru­ży­ny i spo­ty­ka­li się z tymi dwie­ma dziew­czy­na­mi! Naj­waż­niej­sze jest jed­nak to, że po­zo­sta­li człon­ko­wie ze­spo­łu, w tym póź­niej­si me­da­li­ści, chcie­li, abym była z nimi. Wie­dzie­li, że je­stem naj­lep­szą kan­dy­dat­ką do wy­jaz­du na igrzy­ska. To przy­kre, że w me­diach w ogóle się o tym nie mó­wi­ło.

Kto prze­ko­nał panią do bob­sle­jów?

- Elana Mey­ers, która w Soczi zdo­by­ła dla USA olim­pij­skie sre­bro w dwój­kach, za­pro­po­no­wa­ła mi, abym spró­bo­wa­ła swo­ich sił w tej dys­cy­pli­nie. Temat po­ja­wił się po raz pierw­szy już kilka lat temu. Wtedy jed­nak byłam sku­pio­na na lek­ko­atle­ty­ce i przy­go­to­wa­niach do do­ce­lo­wej im­pre­zy – igrzysk w Lon­dy­nie. Obie­ca­łam jej wów­czas, że do­łą­czę do dru­ży­ny póź­niej. I tak też się stało.

Myśli już pani o wy­stę­pie w ko­lej­nych zi­mo­wych igrzy­skach – w Py­eong­chang w 2018 roku?

- Start w Korei jest jak naj­bar­dziej moż­li­wy. Byłam już wie­lo­krot­nie na­ma­wia­na, by nie koń­czyć ka­rie­ry w bob­sle­jach. Wszy­scy ro­zu­mie­ją jed­nak, że obec­nie sku­piam się głów­nie na lek­ko­atle­ty­ce i bie­ga­niu przez płot­ki, dla­te­go nie na­ci­ska­ją. Nie­wy­klu­czo­ne, że na razie będę po pro­stu wy­ko­ny­wa­ła plan tre­nin­go­wy i brała udział w za­wo­dach je­dy­nie w okre­ślo­nym za­kre­sie. Oczy­wi­ście ko­cham bob­sle­je, ale w ich przy­pad­ku zda­rzyć może się wszyst­ko. Dziś moim głów­nym celem jest start w Rio de Ja­ne­iro.

Miała już pani dwie szan­se na zdo­by­cie olim­pij­skie­go krąż­ka w płot­kach. Do trzech razy sztu­ka?

- Nie ukry­wam, że liczę na zdo­by­cie upra­gnio­ne­go me­da­lu olim­pij­skie­go. Pró­bo­wa­łam na różne spo­so­by – dwu­krot­nie latem i raz zimą. Do tej pory jed­nak nie udało mi się speł­nić ma­rze­nia, jakim jest wej­ście na po­dium igrzysk, naj­le­piej na naj­wyż­szy sto­pień. W Bra­zy­lii chcia­ła­bym to zmie­nić.

Ma pani wciąż z tyłu głowy fe­ral­ny bieg fi­na­ło­wy z Pe­ki­nu, w któ­rym po­tknę­ła się pani o przed­ostat­ni pło­tek i stra­ci­ła pewne – wy­da­wa­ło­by się – złoto?

- Na­praw­dę rzad­ko zda­rza się, by za­wod­nik po­tknął się o pło­tek i nie sądzę, aby tam­ten przy­pa­dek wpły­nął na moją pod­świa­do­mość i spo­wo­do­wał obawę przy po­ko­ny­wa­niu prze­szkód w ko­lej­nych bie­gach. Szan­sa na olim­pij­ski krą­żek zda­rza się jed­nak tylko raz na czte­ry lata i chyba wła­śnie zmar­no­wa­nie tak nie­po­wta­rzal­nej oka­zji fru­stru­je mnie bar­dziej niż sam fakt zde­rze­nia z płot­kiem.

Stać panią jesz­cze na po­pra­wie­nie re­kor­du ży­cio­we­go, który od 2008 roku wy­no­si 12.43 se­kun­dy?

- Już w ubie­głym roku było bli­sko – za­bra­kło 0.07 se­kun­dy – lecz ry­wa­li­za­cję na bież­ni za­koń­czy­łam sto­sun­ko­wo wcze­śnie z po­wo­du przy­go­to­wań do igrzysk w Soczi. Wpraw­dzie nie jest teraz łatwo po­now­nie po­ja­wić się na tar­ta­nie, pre­zen­tu­jąc dobrą formę, lecz wszyst­ko po­wo­li wraca do normy. Czuję się w pełni przy­go­to­wa­na do no­we­go se­zo­nu i sama je­stem cie­ka­wa, na ile bę­dzie mnie w tym roku stać.

W śro­do­wi­sku spor­to­wym wzbu­dza pani spore emo­cje. Nie­któ­rzy za­rzu­ca­ją pani zbyt dużą ob­rot­ność w kwe­stiach mar­ke­tin­go­wych.

- Nie muszę ni­cze­go udo­wad­niać. To do mnie na­le­ży ha­lo­wy re­kord Sta­nów Zjed­no­czo­nych na 60 me­trów przez płot­ki (7,72 z 2010 roku, trze­ci re­zul­tat w hi­sto­rii lek­ko­atle­ty­ki – przyp. red.), je­stem pierw­szą ko­bie­tą, któ­rej udało się obro­nić tytuł ha­lo­wej mi­strzy­ni świa­ta na tym dy­stan­sie i jedną z bar­dzo nie­wie­lu, które po­je­cha­ły na let­nie i zi­mo­we igrzy­ska. Nie­któ­rzy mi po pro­stu za­zdrosz­czą. Ow­szem, je­stem atrak­cyj­na na rynku re­kla­mo­wym, ale uwa­żam, że każdy spor­to­wiec po­wi­nien umieć się sprze­dać! To jest jed­no­cze­śnie nasza praca – w końcu po­trze­bu­je­my wspar­cia i mu­si­my przy­ku­wać uwagę po­ten­cjal­nych spon­so­rów. Jeśli tego nie ro­zu­miesz, nie wy­ko­nu­jesz do­brze swo­jej pracy. Oczy­wi­ście, je­stem przede wszyst­kim spor­tow­cem, ale z dru­giej stro­ny muszę też za­dbać o to, co nie do­ty­czy bież­ni w spo­sób bez­po­śred­ni. Sama sta­ram się do­ra­dzać za­wod­ni­kom, któ­rzy nie do końca od­naj­du­ją się w re­aliach mar­ke­tin­gu, któ­rzy mają pro­blem z za­cho­wa­niem ba­lan­su po­mię­dzy spor­tem a biz­ne­sem. Wy­star­czy spoj­rzeć na tych naj­lep­szych i naj­bar­dziej zna­nych spor­tow­ców – Ko­be­go Bry­an­ta, Cri­stia­no Ro­nal­do, Mi­cha­ela Phelp­sa. Ich dzia­łal­ność to esen­cja ro­zu­mie­nia biz­ne­su w do­brym tego słowa zna­cze­niu. To już nie są zwy­czaj­ni spor­tow­cy, tylko pro­duk­ty mar­ke­tin­go­we. Sta­ra­ją się być ak­tyw­ni w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych i mają me­ne­dże­rów od­po­wia­da­ją­cych za spra­wy zwią­za­ne z mar­ke­tin­giem. Każdy za­wo­do­wiec po­wi­nien iść tym tro­pem, jeśli chce prze­trwać w dzi­siej­szych re­aliach. Bycie me­dial­nym po pro­stu za­pew­nia byt.

Wła­śnie z mar­ke­tin­giem wiąże pani swoją przy­szłość?

- Ra­czej z te­le­wi­zją. Wy­da­je mi się, że jako były spor­to­wiec mia­ła­bym do po­wie­dze­nia kilka faj­nych rze­czy przed ka­me­rą. Nie­mniej ni­cze­go jesz­cze szcze­gó­ło­wo nie pla­no­wa­łam.

Licz­ne kon­trak­ty re­kla­mo­we to jed­nak nie wszyst­ko. Po­zo­wa­ła pani także nago dla ESPN The Ma­ga­zi­ne Body Issue, po­dob­nie jak pol­ska te­ni­sist­ka Agniesz­ka Ra­dwań­ska. Obie zo­sta­ły­ście za to mocno skry­ty­ko­wa­ne, choć­by dla­te­go, że na co dzień opo­wia­da­cie się za kon­ser­wa­tyw­ny­mi war­to­ścia­mi.

- Ko­bie­ty za­wsze na­ra­żo­ne są na więk­szą kry­ty­kę niż męż­czyź­ni. Kiedy Ryan Hall, ame­ry­kań­ski re­kor­dzi­sta w pół­ma­ra­to­nie, rów­nież kon­ser­wa­tyw­ny i re­li­gij­ny, zde­cy­do­wał się na taką samą sesję dla ma­ga­zy­nu ESPN, nikt go nie kry­ty­ko­wał. Lu­dzie, wi­dząc zdję­cia na­gie­go Ryana bie­gną­ce­go przez las, re­ago­wa­li bar­dzo en­tu­zja­stycz­nie. To praw­dzi­wa sztu­ka! Widok jego pra­cu­ją­cych w trak­cie ruchu mię­śni jest nie­sa­mo­wi­ty – za­chwy­ca­li się. Ryan nie spo­tkał się z ne­ga­tyw­nym od­bio­rem tylko dla­te­go, że jest męż­czy­zną. Jeśli na taki krok de­cy­du­je się jed­nak ko­bie­ta, sły­szy od razu, że jej zdję­cia ocie­ka­ją sek­sem, że nie może być praw­dzi­wą chrze­ści­jan­ką. To nie­do­rzecz­ne, po­nie­waż mu­si­my pa­mię­tać, że Bóg stwo­rzył nas na­gich. Lu­dzie nie­ste­ty robią z tego pro­blem, ina­czej trak­tu­jąc ko­bie­ty.

Co do ko­biet i męż­czyzn – dwa lata temu ogło­si­ła pani, że ze wzglę­du na chrze­ści­jań­skie prze­ko­na­nia za­cho­wa czy­stość aż do za­mąż­pój­ścia. Czy zna­la­zła już pani od­po­wied­nie­go kan­dy­da­ta?

- Nie­ste­ty, nadal nie spo­tka­łam przy­szłe­go męża. Gdyby tak się stało, praw­do­po­dob­nie od razu za­czę­ła­bym umiesz­czać nasze wspól­ne zdję­cia na In­sta­gra­mie. Przy za­wo­do­wym upra­wia­niu dwóch dys­cy­plin jed­no­cze­śnie spo­tka­nie tej wła­ści­wej osoby jest na­praw­dę trud­ne. Nie mam czasu na życie pry­wat­ne, a już na pewno nie na rand­ki. Brak wła­ści­we­go kan­dy­da­ta nie zmie­nił jed­nak mo­je­go świa­to­po­glą­du. Nie mam in­ne­go zda­nia co do słusz­no­ści za­cho­wa­nia dzie­wic­twa dla tego je­dy­ne­go. Po tylu la­tach cze­ka­nia by­ła­bym głu­pia, gdy­bym nagle ode­szła od wła­snych zasad. Poza tym czuję, że już nie­dłu­go wszyst­ko może się zmie­nić!

***

Lori Lolo Jones

Uro­dzi­ła się 5 sierp­nia 1982 roku. Ha­lo­wa mi­strzy­ni świa­ta (2008, 2010) w biegu na 60 me­trów przez płot­ki, dwu­krot­na fi­na­list­ka igrzysk olim­pij­skich (2008, 2012) na 100 me­trów ppł.

W Pe­ki­nie mknę­ła do mety po złoto, ale po­tknę­ła się na przed­ostat­niej prze­szko­dzie i za­ję­ła 7. lo­ka­tę. W Lon­dy­nie była 4. Na trze­cie igrzy­ska po­je­cha­ła do... Soczi, gdzie w bob­sle­jo­wej dwój­ce ukoń­czy­ła ry­wa­li­za­cję na 11. po­zy­cji.

Tekst po­cho­dzi z "Ty­go­dnia Prze­glą­du Spor­to­we­go"