poniedziałek, 17 listopada 2008

Zacharski: nie mam wątpliwości - "Olin" to Oleksy

"Kropka nad i" TVN24, ABa/17.11.2008 20:36

Marian Zacharski

- Według moich informacji, nie mam wątpliwości, że Oleksy to "Olin", ale nie podważam werdyktu sądu - powiedział w "Kropce nad i" w TVN24 Marian Zacharski, słynny polski szpieg.
Jak opisuje "Gazeta w Wyborcza", w lipcu 1995 roku były rosyjski dyplomata i oficer KGB Władimir Ałganow spędzał wakacje na Majorce. Przylecieli za nim oficerowie UOP, pułkownik Marian Zacharski i kapitan Dariusz I. Prowadzili tajną operację. Szukali Ałganowa, by wydobyć od niego potwierdzenie, że Oleksy jest rosyjskim szpiegiem o pseudonimie "Olin".

Według gazety, w hali lotniska do Zacharskiego podszedł Edward Mazur. Potem Zacharski pojechał do hotelu, w którym zatrzymał się Rosjanin. Według gazety okoliczności spotkania wskazują, że to Mazur wystawił Ałganowa Zacharskiemu. Według źródeł gazety takie zeznania ma prokuratura badająca sprawę zabójstwa byłego komendanta głównego policji Marka Papały. O zlecenie zamachu podejrzewany jest właśnie Edward Mazur. Największym problemem prokuratorów jest brak motywu - czytamy w "Gazecie Wyborczej". Według niej musi to być tajemnica, której ujawnienia Mazur się bał. Taką tajemnicą może być udział w sprawie "Olina".

- Nie spotkałem Mazura na Majorce. Nie mam z nim nic wspólnego - powiedział w "Kropce nad i" Marian Zacharski.

- Sprawa "Olina" politykom nie udało się najbardziej - ocenił.

- Nie mieliśmy wrócić z Majorki z dokumentami, bo Ałganow był tam na urlopie, więc dokumentów ze sobą nie miał - powiedział Zacharski. Przyznał, że nie nagrał wypowiedzi Ałganowa, bo po trzech godzinach skończyła mu się taśma.

Zacharski próbował werbować Ałganowa, ale bezskutecznie. - Nie wiem, czy pieniądze, które mu oferowaliśmy, były skromne. Polski wywiad nie nosi pieniędzy kuframi, jak Amerykanie. Musimy działać bardziej wyrafinowanie - powiedział.

Monika Olejnik przeprowadziła wywiad z Zacharskim w Niemczech.

Czesi już mogą jeździć do USA bez wiz

mar, PAP
2008-11-17, ostatnia aktualizacja 2008-11-17 11:37

Obywatele Czech i Litwy już od dziś mogą podróżować do USA bez wiz; amerykańskie władze wymagają od nich jedynie rejestracji w elektronicznym systemie ESTA i paszportów, zawierających dane biometryczne.

Zobacz powiekszenie
Fot. KEVORK DJANSEZIAN AP
Oficer imigracyjny na granicy USA
Z Pragi do Nowego Jorku wylatuje więc przy tej okazji pierwszy "bezwizowy" samolot, na którego pokładzie znajdą się wicepremier Alexandr Vondra i minister spraw wewnętrznych Ivan Langer. Rejestracja podróżnych w ESTA jest darmowa i wymaga się jej na 72 godziny przed odlotem. System prosi o podanie szeregu danych osobowych i pyta o sprecyzowanie celu wizyty.

Turyści w USA mogą legalnie przebywać przez 90 dni. Ponadto Czesi, którzy w swych dokumentach wciąż mają amerykańskie wizy, mogą do Stanów Zjednoczonych jechać bez rejestracji.

W połowie października amerykański prezydent George W. Bush ogłosił zniesienie wymogu wizowego przy wjeździe do USA dla obywateli siedmiu krajów: Litwy, Łotwy, Estonii, Węgier, Republiki Czeskiej, Słowacji i Korei Południowej.

Kraje te spełniły ustalone w ubiegłym roku przez Kongres USA kryterium włączenia do programu ruchu bezwizowego, tj. zejście poniżej progu 10 procent odmów wiz wnioskującym o nie obywatelom danego państwa. Polska nadal ma większy odsetek odmów, choć znacznie zmniejszył się on w ostatnich latach.

Mirosław Drzewiecki był 9 lat temu zatrzymany w USA

us
2008-11-17, ostatnia aktualizacja 2008-11-18 11:19

W programie "Teraz My" zaprezentowano amerykańskie dokumenty, z których miało wynikać, że obecny minister sportu Mirosław Drzewiecki w czasie spędzania sylwestra na Florydzie w 1999 r. pobił swoją żonę i został zatrzymany. - To kompletne nieporozumienie - odpowiada Drzewiecki i wyjaśnia, że do zatrzymania doszło, bo oboje z żoną znaleźli się na ulicy, gdzie doszło do bijatyki i policja zatrzymywała tam wszystkich obecnych. Jego żona jest oburzona zarzutami twórców programu: - Mąż nigdy nie podniósł na mnie ręki - zapewnia.

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Surdziel / AG
Mirosław Drzewiecki w ''Teraz My''
Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Surdziel / AG
Mirosław Drzewiecki w programie ''Teraz My''
Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Surdziel / AG
Prowadzący program ''Teraz My'' Andrzej Morozowski i Tomasz Sekielski oraz gość programu Mirosław Drzewiecki - rozmowa na temat zatrzymania Drzewieckiego przez policję na Florydzie w 1999 r.
Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Surdziel / AG
Prowadzący program ''Teraz My'' Andrzej Morozowski i Tomasz Sekielski oraz gość programu Mirosław Drzewiecki - rozmowa na temat zatrzymania Drzewieckiego przez policję na Florydzie w 1999 r.
Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Surdziel / AG
Prowadzący program ''Teraz My'' Andrzej Morozowski i Tomasz Sekielski oraz gość programu Mirosław Drzewiecki - rozmowa na temat zatrzymania Drzewieckiego przez policję na Florydzie w 1999 r.
Mirosław Drzewiecki w czasie świętowania Sylwestra 1999/2000 r. na Florydzie został zatrzymany przez amerykańską policję. W programie powoływano się na raport amerykańskiego oficera, który zatrzymał Drzewieckiego: "Zaraz po moim przyjeździe pani Janina Drzewiecka żona Mirosława Drzewieckiego powiedziała, że jej mąż chwycił ją za szyję i rzucił na ziemię. Te wersję potwierdzili świadkowie. Od obojga czułem bardzo silną woń alkoholu. Pani Drzewiecka stała na ulicy, a jej mąż siedział w aucie po drugiej stronie".

Zatrzymanie wynikiem zamieszania i nieporozumienia

Tej wersji zaprzeczają Mirosław Drzewiecki oraz jego żona. Wyjaśnili, że do zatrzymania doszło, ponieważ w czasie świętowania sylwestra znaleźli się na ulicy, na której doszło do bijatyki. Relacjonowali, że w czasie, kiedy próbowali dodzwonić się do dzieci z życzeniami noworocznymi, ktoś uznał, że Drzewiecki próbuje wyrwać żonie telefon komórkowy.

Żona Drzewieckiego zaprzecza, jakoby mówiła policjantowi, że mąż ją pobił. Twierdziła, że w czasie zdarzenia nie rozmawiała z żadnym policjantem. Zapewniła, że jej mąż nigdy nie podniósł na nią ręki.

Z raportu oficera, który przesłuchiwał ministra, wynika również, że podczas przesłuchania Drzewiecki powiedział, że jest polskim dyplomatą. Sam Drzewiecki temu zaprzeczył podczas poniedziałkowego programu. Wyjaśnia, że takiej rozmowy nie było i że policjanci traktowali wszystkich zatrzymanych i przywiezionych z owej ulicy "hurtowo". - Jedni wchodzili, drudzy wychodzili - opowiadał.

Noc w areszcie

Na resztę sylwestrowej nocy Mirosław Drzewiecki trafił do aresztu stanowego w Miami. Wyszedł po wpłaceniu 1,5 tys. dolarów kaucji następnego dnia.

1 stycznia sędzia podczas rozmowy z Drzewieckim i jego żoną sprawę zamknęła. Według Drzewieckiego - z powodu zrozumienia, że doszło do pomyłki. Według autorów "Teraz My" dlatego, że na przesłuchanie nie zgłosili się świadkowie.

Oświadczył, że jest bezrobotny?

Twórcy programu dotarli do dokumentów podpisanych w tamtym czasie przez Mirosława Drzewieckiego. Podpisał on wniosek o przyznanie mu adwokata z urzędu, zaświadczając, że nie ma pieniędzy na opłacenie prawnika. Na Florydzie ubiegając się o obrońcę z urzędu, trzeba zapewnić, że jest się biednym. We wniosku Drzewiecki zapewnił, że nie pracuje, nie zarabia, nie pobiera zasiłku i nie ma funduszy na koncie bankowym, dlatego nie stać go na adwokata. (Autorzy programu przypomnieli, że 2 lata wcześniej Drzewiecki znalazł się na liście najbogatszych Polaków publikowanej we "Wprost".)

- Podpisałem, ale nie mam pojęcia, kto tam co pozakreślał - tłumaczył Drzewiecki. Dodał też, że oświadczenie, które podpisał, było w języku angielskim, a przy rozmowie nie było tłumacza. Relacjonował, że dane z paszportu spisywał oficer, a on sam miał jedynie to oświadczenie podpisać. Zapewnił, że nikt go nie pytał o majątek i dochody.

Na dowód swojej niewinności powiedział, że w czasie następnej wizyty na Florydzie, jego żona mogła odebrać pieniądze wpłacone jako kaucję, a przez ostatnie 9 lat wielokrotnie wjeżdżał do USA i nigdy nie miał w związku z tym żadnych problemów. Powiedział też, że kilka lat temu kupował w USA mieszkanie i otrzymał kredyt z amerykańskiego banku. - Czyli jestem wiarygodnym obywatelem - tłumaczył minister.

Mirosław Drzewiecki przyznał, że o incydencie, do którego doszło w Miami, nie informował premiera Donalda Tuska.

Somalijscy piraci porwali tankowiec, na pokładzie był Polak

tan, Gazeta.pl, TOK FM
2008-11-17, ostatnia aktualizacja 2008-11-17 20:42
Zobacz powiększenie
Tankowiec Sirius Star podczas wodowania w marcu tego roku
Fot. za vela.ae

- W sobotę somalijscy piraci zaatakowali, zdobyli i uprowadzili tankowiec Sirius Star z 25 członkami załogi, w tym co najmniej jednym Polakiem - powiedziała komandor Jane Campbell z amerykańskiej V Floty w rozmowie z Gazeta.pl. Według informacji V Floty, która stacjonuje w Bahrajnie, jednostka płynie w stronę portu w Somalii. Inną informację podała telewizja Al-Arabija - według jej źródeł statek jest już wolny

Zobacz powiekszenie
Sirius Star na pełnym morzu
Zobacz powiekszenie
Fot. Google Maps
Tankowiec został porwany 450 mil morskich na południowy-wschód od kenijskiej Mombasy
Zobacz powiekszenie
Fot. Google Maps
Mapa z zaznaczonym portem docelowym, wskazanym przez V Flotę
SERWISY

Najnowsze informacje z Somalii - czytaj



Według nieoficjalnych informacji, na które powołuje się TVN24, Polak jest kapitanem tankowca porwanego przez somalijskich piratów.

Do ataku doszło 450 mil morskich na południowy-wschód od kenijskiej Mombasy. Tankowiec, który należy do saudyjskiego koncernu Aramco, płynął pod banderą Liberii.

W rozmowie z Gazeta.pl biuro prasowe V Floty potwierdziło wcześniejsze doniesienia, że załoga jednostki liczy 25 osób, w tym Brytyjczyków (według brytyjskiego MSZ dwóch), Filipińczyków, Chorwatów i "co najmniej jednego Polaka".

Polskie MSZ nie ma żadnych informacji na ten temat. Jak powiedział rzecznik ministerstwa Piotr Paszkowski w rozmowie z Gazeta.pl polskie placówki właśnie próbują potwierdzić informacje o Polaku, bądź Polakach na pokładzie.

O godzinie 15.30 telewizja Al-Arabija podała, że statek został uwolniony - powołując się na saudyjskie źródła. Nikt inny, włącznie z amerykańską V Flotą i właścicielem jednostki, tych informacji nie potwierdził.

"To już nie jest zadanie dla nas"

W rozmowie z Gazeta.pl komandor Campbell poinformowała, że "zwyczajowy wzorzec" takich sytuacji wygląda tak, że piraci cumują porwany statek i rozpoczynają negocjacje z właścicielem. - To już nie jest operacja wojskowa. To jest typowa sytuacja porwania i negocjacje prowadzi właściciel jednostki - poinformowała komandor V Floty. Dodała, że amerykańska marynarka nie wysłała żadnej jednostki w pościg, bo robi to tylko w sytuacji, gdy ładunek porwanego statku jest wojskowy.

Przypomniała przypadek "Fainy", która na pokładzie ma ponad 30 czołgów, dlatego jest pilnie obserwowana przez amerykańskie okręty .

Amerykanie nie planują żadnej ingerencji, bo "to nie jest misja wojskowa".

Kubiak: piraci rzadko robią załodze krzywdę

-Wszystko wskazuje na to, że w ręce sprawców wpadł wyjątkowo tłusty kąsek, za który można żądać stosunkowo wysokiego okupu. Składa się na to wartość statku, wartość ładunku no i oczywiście życie załogi - skomentował w rozmowie z TOK FM profesor Krzysztof Kubiak, historyk wojskowości. Jego zdaniem raczej nie zdarza się, żeby piraci "w jakiś okrutny sposób traktowali załogi".

Sirius Star

Tankowiec "Sirius Star" mierzy 330 metrów długości - mniej więcej tyle, co lotniskowiec. Jest w stanie wziąć na pokład 2 miliony baryłek ropy (nie wiadomo ile miał w momencie porwania), mając 318 tysięcy ton wyporności. Został zwodowany w stoczni w Korei Południowej w marcu tego roku.

200 marynarzy jest wciąż w rękach piratów

Według Międzynarodowego Biura Morskiego od stycznia u wybrzeży Somalii zaatakowano co najmniej 83 statki, porwano - 33. Dwanaście jednostek i ponad 200 marynarzy nadal pozostaje w rękach porywaczy. W zeszłym tygodniu UE ogłosiła rychłe rozpoczęcie pierwszej unijnej misji morskiej - mającej zwalczać piractwo u wybrzeży Somalii. W rejonie są już okręty wojenne m.in. Wlk. Brytanii i Rosji.