czwartek, 20 marca 2008

5 milionów dla każdego (NIE 47/2007)

Poruszaj myszką, by się wzbogacić.

Ameryka ma Bonnie i Clydea – legendarną parę obrabiającą banki. Od dziś Polska też będzie mogła się pochwalić genialnym duetem: Michał i Eliza rąbnęli 5,1 mln zł z banku.

Eliza jest 53-letnią inżynier budownictwa obdarzoną zjawiskową urodą, która z wiekiem wcale nie przeminęła. Kobietą majętną i od pewnego czasu samodzielną, w trakcie rozwodu. Michał jest inżynierem górnictwa, specjalistą od BHP. Całe życie ciężko pracował w kopalni. To właśnie Michał przesłał do redakcji „NIE” nietypowy list w formie pliku audio nagranego na pendrive’ie. Oddajmy mu głos:

„Mam 52 lata. Od 2 lat jestem emerytem górniczym. Większość z tych 2 lat mieszkałem z Elizą pod Warszawą w jej pięknym domu. A historia ta dotyczy naszej dwójki oraz banku Polbank. W czerwcu zeszłego roku Eliza chciała zrobić przelew z konta w Polbanku, żeby zapłacić za drzwi. No więc ona robi ten przelew, robi, robi i nie może zrobić. Popatrzyłem na monitor, kliknąłem ze dwa razy i wtedy już w ogóle nic się nie dało zrobić. Jeszcze mi się dostało, za to co zrobiłem. Na drugi dzień znowu zaczęła robić ten przelew i też go nie umiała wysłać. Zadzwoniła więc do firmy i mówi, że ona ich przeprasza, ale nie da się zrobić tego przelewu. A główna księgowa mówi, że przelew doszedł. Wyszło na to, że firma ma kasę, a z konta w Polbanku nic nie zeszło. Postanowiliśmy sprawdzić to dziwadło, ten nonsens, który nie mieścił nam się w głowie, bo jak może być, że pieniądze są tu i tam.

Eliza przelała pieniądze na moje konto. Przelew doszedł prawidłowo następnego dnia na moje konto. Wówczas, tak dla zgrywy, weszliśmy na stronę Polbanku, na ten właśnie przelew i znowu tam dwa razy kliknąłem w tę opcję »odwołaj«. Wszystko jest na filmikach, które załączyłem. Kasa była i tu, i tu. Jakby to powiedziała młodzież, masakra jakaś.

Zaczęliśmy robić te przelewy, założyliśmy konta w bankach i tak to szło. Co przelew, to byliśmy bardziej zdziwieni. Jak to jest możliwe, że bank robi takie jaja. Robiliśmy to na spokojnie, powoli, jakoś tak, że tak powiem radośnie. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby robić kilka przelewów dziennie. Gdybyśmy tak robili, to przekręcilibyśmy ten bank na... no sam nie wiem, na jakąś astronomiczną kwotę. Chociaż 5 baniek to też nie licho. Nie usprawiedliwiam się, broń Boże, wiem że to jest przestępstwo i Eliza już siedzi, no a ja będę siedział.

Wreszcie jak »odwołaliśmy« te 5 milionów złotych, postanowiliśmy ten przestępczy proceder przerwać. Podkreślam, że zrobiliśmy to sami w okresie, gdy jeszcze można to było dalej robić. Jak długo jeszcze było to możliwe, nie wiem, tak samo jak nie wiem, od kiedy było to możliwe, zanim myśmy na to wpadli. Metodę tą nazwałem »dwoma kliknięciami«. Później zmieniłem na lepszą nazwę, czyli »ciastko«, bo chyba byliśmy z Elizą pierwszymi ludźmi, którzy ciastko zjedli i ciastko mieli”.

Na pendrive’ie znaleźliśmy dokładny film instruktażowy pokazujący, jak Michał i Eliza ogołacali bank. Widać na nim monitor komputera, na którym kolejne operacje na kilku kontach kończą się pełnym sukcesem – forsa cudownie się rozmnaża. Michał opisuje to tak:

„Z Polbanku przelewa się jakąś kwotę na inne konto w innym banku. To dochodzi na drugi dzień. Wtedy wchodzi się na stronę Polbanku, na swój rachunek i klika się w tę opcję »odwołać przelew«. Forsa jest i tu, i tu, na jednym i na drugim koncie. Można sobie tak odwracać w nieskończoność”.

Z jakichś powodów para naszych bohaterów się rozstała. Michał pojechał szaleć nad morze, Eliza została pod Warszawą. O tym, że sprawa się wydała, Michał dowiedział się przez telefon od Elizy. Zadzwoniła, by mu powiedzieć, że w domu jest prokurator i policja. Michał w rozmowie z synem Elizy ustalił, że wspólniczka trafiła do aresztu:

„Prokuratorzy i policja przyszli do niej kilkanaście dni temu. Ma podobno areszt na 3 miesiące. Po mnie przyszli do Katowic, ale mnie nie zastali. Na moją komórkę zadzwonił jakiś gościu, przedstawił się, powiedział, że z Komendy Wojewódzkiej w Katowicach i powiedział, żebym do niego przyszedł. Ale do tej pory jakoś nie przyszedłem. Od razu z tej komórki wyciągnąłem baterię i nie gadam z niej do dzisiaj. Nie chcę być namierzony, przynajmniej na razie”.

Michał kończy swoje nagranie stwierdzeniami, które dają do myślenia:

„My jesteśmy na pewno przestępcami, ale tak sobie myślę, co z tym Polbankiem? Ci prezesi, wiceprezesi, dyrektorzy, nie znam ich struktury organizacyjnej, ale przecież musi być tam jakiś dział informatyczny, przecież ci ludzie za coś odpowiadają. Mają ekstra wypasione pensje. Miliony ludzi zawierzyły im swoje oszczędności, być może oszczędności życia. Ja się pytam, czy nie ma winnych w Polbanku? Ludzie powinni wiedzieć, jak oni działają, komu powierzają swoje pieniądze w najlepszej wierze. Już były w Polsce banki i kasy, które padały, ludzie mieli konta pozamiatane, a winni sytuacji, znani z imienia i nazwiska, z reguły mają się dobrze.

W każdej chwili mogę zostać zatrzymany. Miałem już takie momenty, że chciałem iść na policję i mieć święty spokój, niech mnie już zatrzymają. Taki ze mnie haker. Dwa kliknięcia i coś koło ósemki (czyn, którego dopuścili się Eliza i Michał, jest zagrożony karą pozbawienia wolności do lat 8 – przyp. A.R.). Nie sądzę, żebym z tego pudła wyszedł, bo jestem poważnie chory.

W mediach głośno jest ostatnio o tym, że służby specjalne, konkretnie CBA, zbyt nachalnie dają łapówki różnym ludziom. Tak sobie pomyślałem, że jak ktoś przede mną otwiera bank i mówi weź sobie kasę, to ja sobie też wziąłem i już.

Na koniec coś na wesoło, choć wesoło wcale mi nie jest. Jest taki kultowy polski film, w którym Kargul i Pawlak płyną »Batorym« przez ocean. Pawlak gra na »jednorękim bandycie« i w pewnym momencie wysypuje się strumień żetonów. Ktoś do Pawlaka mówi: – Rozbił pan bank! A on na to: – Ja tylko pociągnąłem. Tak sobie pomyślałem, że jak prokurator powie do mnie: – Okradł pan bank, to ja powiem: – Ja tylko kliknąłem”.

Udało mi się spotkać z Michałem, który ukrywa się gdzieś w Polsce i zmienia często miejsce pobytu. Dowiedziałem się, że para dzieliła się łupem w ten sposób, że jedna część przypadała dla Michała, a dwie części dla Elizy. W sumie udało im się wyprowadzić z Polbanku 5,1 mln zł. Pieniądze z kont w innych bankach podejmowali w gotówce. Eliza swoją dolę pakowała w plastikowe czarne worki i okręcała taśmą klejącą. Każda paczuszka zawierała dokładnie 100 tys. zł. Z zagrabionych pieniędzy nie wydała ani złotówki. Jak już zaznaczyłem, jest kobietą majętną, nie miała takiej potrzeby. Mówiła, że w razie czego, jak przyjdą, to wszystko odda – opowiada Michał. Gdzie chowała pieniądze, Michał nie wie, ale przypuszcza, że zgodnie z zapowiedzią wszystko oddała w momencie zatrzymania. W przeciwieństwie do Elizy Michał korzystał z niespodziewanego bogactwa. Imprezował z kumplami, rozbijał się po całym kraju taksówkami. Żył jak król, chociaż większość jego otoczenia mogła niczego nie zauważyć.

Michał, emeryt górniczy ze skromną emeryturą 2 tys. zł, dorabiał jako ochroniarz w supermarkecie Alma. Wspomina, jak bardzo często po zakończeniu służby, za którą mu płacono 6 zł na godzinę, wędrował do pobliskich banków, z których podejmował gotówką 20, 30, a nawet 50 tys. Upychał grube pliki banknotów w kieszeniach. Sporą część wpłacał na lokaty w bankach, co z perspektywy czasu okazało się bardzo nieroztropnym posunięciem. Teraz boi się sięgnąć po „oszczędności” spodziewając się, że zostanie nakryty przez policję.

Po blisko tygodniu usilnych próśb udało nam się wydobyć stanowisko Polbanku w tej sprawie. Pytaliśmy, czy bank potwierdza sytuację, czy zna skalę zjawiska itp. W odpowiedzi przeczytaliśmy: ... obowiązujące przepisy prawa nie pozwalają bankom na komentowanie informacji prasowych dotyczących spraw tego rodzaju. Generalnie, w oparciu o obserwacje doniesień prasowych w podobnych sprawach możemy powiedzieć, że systemy i procedury kontrolne banków oraz ścisła współpraca banków z policją połączona ze skutecznością organów ścigania, owocuje właściwie całkowitą wykrywalnością sprawców przy jednoczesnym braku negatywnych konsekwencji finansowych dla klientów banków.

Ciekawiło nas też, kto jest autorem aplikacji służącej do obsługi kont Polbanku przez internet. Paweł Maliszewski, dyrektor Departamentu Marketingu i PR, oświadczył, że Polbank EFG używa systemu informatycznego FLEXCUBE opracowanego przez I-flex Solutions, renomowanego producenta oprogramowania bankowego. Spółka I-flex Solutions jest kontrolowana przez Oracle, jedną z największych na świecie firm programistycznych ze Stanów Zjednoczonych, będącą liderem w sektorze projektowania infrastruktury informatycznej używanej przez wiodące instytucje finansowe. Używany przez Polbank EFG system informatyczny został wielokrotnie sprawdzony w warunkach rynkowych będąc wdrożonym przez wiele banków na świecie, w tym banki zaliczane do największych w Polsce. Jeśli to prawda, stanowiłoby to poszlakę, że nie tylko z Polbanku wybierać sobie można miliony klikając od niechcenia.

Redakcja zna nazwiska Elizy i Michała. Pan Michał zgodził się na podanie jego personaliów i opublikowanie fotografii. Postanowiliśmy jednak bohaterów tej relacji nie ujawniać ze względu na dobro ich niczemu niewinnych rodzin.

Autor : Andrzej Rozenek

Sądy sięgają po wyroki Trybunału Konstytucyjnego

Danuta Frey 20-03-2008, ostatnia aktualizacja 20-03-2008 07:40

Dla sądów nie ma ważniejszej sprawy niż wykonanie wyroków Trybunału - mówi Janusz Trzciński, prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego, w rozmowie z "Rz"

Rz: Podczas niedawnego Zgromadzenia Ogólnego Sędziów Trybunału Konstytucyjnego podkreślano, że Sejm nie wykonuje jego wyroków i że takich niewykonanych wyroków uzbierało się już ponad 100. Jakie to może mieć skutki dla orzecznictwa sądów?

Janusz Trzciński: Dla sądów nie ma ważniejszej sprawy niż wykonanie wyroków Trybunału. Muszą przecież rozwiązywać konkretne sprawy obywateli. Jeżeli Trybunał orzekł, że przepis jest niekonstytucyjny, i go uchylił, parlament powinien uchwalić nowy, poprawny. Ale skoro nie reaguje, sądy muszą sobie z tym poradzić.

W jaki sposób?

Od dłuższego czasu obserwuje się, że zaczynają stosować orzeczenia Trybunału wprost. Nie jest to próba wprowadzenia ich do systemu źródeł prawa, tylko rozwiązania konkretnej sprawy, z którą obywatel przyszedł do sądu. Zamiast przepisu usuniętego z porządku prawnego sąd wprowadza wyrok Trybunału i na jego podstawie orzeka.

Nie wszyscy to akceptują. Niektórzy teoretycy prawa i niektórzy politycy stawiają zarzut, że w ten oto sposób wyroki Trybunału mają charakter prawotwórczy, czyli kształtujący prawo.

Czy się to komuś podoba, czy nie, taki charakter rzeczywiście mają. Proszę zauważyć, że wyroki Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości oraz Europejskiego Trybunału Praw Człowieka weszły do krwiobiegu prawniczego i są podstawą orzekania. Jeżeli taką podstawą może być wyrok ETS, to dlaczego nie może być nią wyrok Trybunału Konstytucyjnego?

A co się dzieje, kiedy Trybunał orzeka, że przepis jest niekonstytucyjny, ale odsuwa utratę jego mocy obowiązującej, powiedzmy na rok czy półtora?

Ostatnio zarówno w Sądzie Najwyższym, jak i w NSA daje się zauważyć nowe podejście do tej kwestii. Sąd ocenia, czego wymaga sytuacja, w której znalazł się obywatel: stosowania się do orzeczenia, że ten przepis wciąż obowiązuje, czy też uwzględnienia wyroku Trybunału, że jest niekonstytucyjny. Jeżeli jeszcze można poczekać, to sąd czeka. Ale jeśli interes jednostki wymaga, żeby już zastosować wyrok Trybunału, to go stosuje, nie czekając na akt normatywny. O ile więc dotychczas chroniony był raczej obiektywny porządek prawny, o tyle obecnie, bez lekceważenia tej wartości, przechodzi się na ochronę praw jednostki. Często bowiem brak podstawy prawnej nie jest zawiniony przez obywatela ani przez sąd.

Czy są już takie wyroki?

Są. Osobiście mam nadzieję, że ten sposób myślenia, z akcentem na ochronę praw jednostki, a nie na ochronę porządku prawnego – co oczywiście jest bardzo ważne – też będzie brany pod uwagę. Na początku spotka się pewnie z krytyką jako wkraczanie przez sądy w sferę zastrzeżoną dla ustawodawcy. Ale nie sądzę, aby te argumenty okazały się mocne w zderzeniu z ochroną praw jednostki. W Europie następuje unifikacja modelu systemu źródeł prawa. Wyroki ETS i Trybunału Strasburskiego zaczynają mieć charakter prawotwórczy. Jest to bardzo ważne dla sądów i od tej tendencji nie uciekniemy. Bo niby dlaczego uznawać, że wyroki ETS czy Trybunału Strasburskiego mają charakter prawotwórczy, a wyroki naszego Trybunału już nie? Należy podkreślić, że wprowadzanie ich w życie jest formą bezpośredniego stosowania konstytucji, o której mówi jej art. 8.

Czy tylko Trybunał może orzekać o zgodności z konstytucją jakiegoś przepisu? A sądy?

W przeszłości zrodził się w sądach pogląd, iż każdy sąd może orzec, że przepis jest niekonstytucyjny, i go nie stosować. W Trybunale z kolei uważano, że tylko on może rozstrzygać o niekonstytucyjności przepisu. A jeśli sądy mają jakąś wątpliwość, powinny zadać pytania prawne.

Współpraca na płaszczyźnie orzeczniczej SN, NSA i Trybunału doprowadziła do pewnego konsensusu. Sądy nie kwestionują, że to Trybunał powinien przede wszystkim badać konstytucyjność ustaw. A sądy mogłyby oceniać ją tylko w dwóch przypadkach: wtórnej niekonstytucyjności (chodzi o przepisy przedkonstytucyjne) albo oczywistej. Wykształciła się też praktyka tolerowana przez Trybunał, że sądy mogą nie stosować rozporządzenia, jeśli dojdą do wniosku, że jest ono sprzeczne z konstytucją. Ta praktyka opiera się na art. 178 konstytucji, który mówi, że sędziowie podlegają konstytucji i ustawom, a nie rozporządzeniom.

Źródło : Rzeczpospolita

Kiedy potrzebny jest wniosek o ściganie sprawcy przestępstwa?

Data: 20.03.2008 r.

Jakie przestępstwa ścigane są na wniosek pokrzywdzonego?

Niektóre przestępstwa ścigane są na wniosek pokrzywdzonego. Są to tzw. przestępstwa wnioskowe. Należy do nich m.in. groźba bezprawna lub kradzież popełniona na rzecz osoby najbliższej, np. kradzież rzeczy rodzicom czy małżonkowi. Przestępstw wnioskowych nie należy utożsamiać z przestępstwami ściganymi z oskarżenia prywatnego.

W przypadku przestępstw wnioskowych po złożeniu wniosku postępowanie toczy się tak samo, jak w przypadku przestępstw ściganych z oskarżenia publicznego (a zatem potrzebne jest przeprowadzenie postępowania przygotowawczego, zaś akt oskarżenia wnosi oskarżyciel publiczny, a nie sam pokrzywdzony). Jednakże bez takiego wniosku postępowanie nie może się toczyć. To zatem od decyzji pokrzywdzonego zależy, czy sprawca będzie ścigany, czy też nie.

Najważniejsze przestępstwa ścigane na wniosek:

  • nieumyślne narażenie na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu (art. 160 § 3 k.k),
  • grożba bezprawna (art. 190 § 1 k.k.),
  • zgwałcenie (art. 197 k.k.),
  • niealimentacja (art. 209 § 1 k.k.),
  • kradzież (art. 298 k.k.), kradzież z włamaniem (art. 279 k.k.), przywłaszczenie na rzecz osoby najbliższej (art. 284 k.k.).

Jak składa się wniosek o ściganie?

Wniosek o ściganie należy złożyć do organu ścigania. Najczęściej będzie on składany razem z zawiadomieniem o przestępstwie lub w trakcie przesłuchania i może nawet zostać wciągnięty do jednego protokołu, z którego jednak powinno wyraźnie wynikać, iż pokrzywdzony żąda ścigania sprawcy. Pokrzywdzony powinien być pouczony o możliwości złożenia wniosku.

Jeżeli o przestępstwie zawiadomi inna osoba niż pokrzywdzony, organy ścigania mają obowiązek pojąć kroki w celu ustalenia, czy wniosek będzie złożony, czy też nie. Pokrzywdzony zostanie zatem wezwany do złożenia oświadczenia, czy taki wniosek składa. Podobnie będzie, gdy postępowanie zostanie już wszczęte i w jego toku okaże się, że przestępstwo jest ścigane na wniosek (np. doszło do kradzieży, wszczęte zostało postępowanie, a potem się okazało, że rzecz ukradł syn pokrzywdzonego).

Wniosek o ściganie może być złożony na piśmie, np. razem z zawiadomieniem o popełnieniu przestępstwa lub też na wezwanie prokuratora, by pokrzywdzony się oświadczył, czy składa wniosek. Należy zwrócić uwagę na wymogi pism procesowych w postępowaniu karnym.

Czy wniosek obejmuje wszystkich sprawców przestępstwa?

Jeżeli przestępstwo popełniło kilka osób, to wniosek obejmie ich wszystkich, nawet jeśli pokrzywdzony wiedział tylko o niektórych i tylko o nich zawiadomił organy ścigania. Jest to tzw. niepodzielność podmiotowa wniosku. Pokrzywdzony nie może też wybrać, kto będzie ścigany, a kto nie. O tym także pokrzywdzonego mają obowiązek pouczyć organy ścigania.

Przykład:

  • Janowi Kowalskiemu skradziono traktor. Zgłosił on zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa i jako sprawcę wskazał Krzysztofa Nowaka. W toku postępowania Policja ustaliła, że Krzysztofowi Nowakowi pomagał w popełnieniu przestępstwa Piotr Nowak. Jan Kowalski zna Piotra Nowaka i z pewnych względów nie chciałby, by był on ścigany. Jednakże jego wniosek obejmuje obu współsprawców i wobec obu będzie się toczyło postępowanie.

Wyjątek dotyczy osób najbliższych – tu potrzebny jest osobny wniosek.

Przykład:

  • Janowi Kowalskiemu skradziono samochód. Jako sprawcę wskazał on Krzysztofa Nowaka. Wszczęte zostało dochodzenie. Po kilku dniach okazało się, że samochód ukradło dwóch sprawców, a drugim był wnuk Jana Kowalskiego, Paweł Kowalski. W tej sytuacji, by móc prowadzić postępowanie wobec Pawła Kowalskiego, organy ścigania muszą uzyskać osobny wniosek o ściganie od Jana Kowalskiego. Jeśli oświadczy on, że nie składa wniosku, postępowanie wobec Pawła Kowalsiego nie zostanie wszczęte.

Czy można żądać ścigania tylko niektórych przestępstw?

Może się zdarzyć, że ta sama osoba padnie ofiarą kilku przestępstw ściganych na wniosek. Tu już możliwy jest wybór, które przestępstwa mają być ścigane. Inaczej mówiąc – wniosek o ściganie nie obejmuje automatycznie wszystkich przestępstw popełnionych na szkodę pokrzywdzonego.

Przykład:

  • Jan Kowalski w poniedziałek groził Krzysztofowi Nowakowi, że podpali jego samochód. Następnie w piątek Paweł Kowalski groził mu, że go pobije. Krzysztof Nowak może złożyć jeden wniosek o ściganie tylko jednego z tych przestępstw bądź dwa wnioski o ściganie każdego z tych przestępstw z osobna.

Co gdy pokrzywdzony jest osobą małoletnią?

Jeśli pokrzywdzony jest małoletni, wtedy wniosek mogą złożyć za niego jego przedstawiciele ustawowi, czyli z reguły rodzice (o ile nie zostali pozbawieni władzy rodzicielskiej, bo jeśli tak, to złożony przez nich wniosek nie miałby mocy prawnej).

Gdyby przedstawiciel ustawowy nie złożył wniosku o ściganie, a byłoby to sprzeczne z dobrem dziecka, wtedy ingerować może sąd opiekuńczy (np. nakazując rodzicom złożenie takiego wniosku na podstawie art. 109 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego).

Kiedy pokrzywdzony osiągnie pełnoletność, nie musi ponownie składać wniosku. Może jednak samodzielnie już złożony wniosek cofnąć.

Do kiedy można złożyć wniosek?

Wniosek o ściganie można złożyć dopóty, dopóki nie doszło do przedawnienia karalności przestępstwa. Wniosek można złożyć nawet po tym, gdy postępowanie wcześniej już umorzono, gdyż brak było wniosku lub też pokrzywdzony oświadczył, że wniosku nie będzie składał.

Kiedy wniosek można cofnąć, a kiedy nie?

Wniosek o ściganie można cofnąć, ale wymaga to zgody prokuratora – w postępowaniu przygotowawczym (dochodzeniu lub śledztwie), albo sądu – w postępowaniu przed sądem, na dodatek tylko do czasu rozpoczęcia przewodu sądowego na pierwszej rozprawie głównej, czyli do chwili odczytania aktu oskarżenia. O możliwości cofnięcia wniosku organy ściagania mają obowiązek pouczyć pokrzywdzonego. Oświadczenie o cofnięciu wniosku powinno być wyraźne. Może być złożone na piśmie lub ustnie do protokołu.

Nie można jednak cofnąć wniosku w odniesieniu do przestępstwa zgwałcenia (art. 197 k.k.). Pouczenie o braku możliwości cofnięcia wniosku o ściganie nie jest obowiązkowe. Jednakże brak takiego pouczenia, a także pouczenia o znaczeniu wniosku o ściganie dla możliwości wdrożenia postępowania, może spowodować sytuację, w której pokrzywdzony nie ma podstawowej wiedzy na temat trybu ścigania. W takiej zaś sytuacji nie sposób przyjąć, że u podstaw wniosku o ściganie legła swobodnie podjęta decyzja - czyli że został złożony wniosek (Postanowienie Sądu Najwyższego - Izba Karna z dnia 20 lutego 1996 r., sygn. akt II KRN 166/96, OSNKW 1996/5-6 poz. 28).

Podstawa prawna:

Bush w 5. rocznicę wojny w Iraku: Wojna jest słuszna

awe, PAP
2008-03-19, ostatnia aktualizacja 2008-03-19 17:37

W piątą rocznicę rozpoczęcia wojny w Iraku prezydent USA George W. Bush wygłosił przemówienie w Pentagonie, w którym oświadczył, że usunięcie siłą reżimu Saddama Husajna było słusznym krokiem i wojnę trzeba kontynuować, bo jest głównym frontem walki z terroryzmem islamskim.

Zobacz powiekszenie
Fot. LARRY DOWNING REUTERS
Prezydent George W. Bush
ZOBACZ WIDEO
Prezydent zaczął od wychwalania rozpoczętej 19 marca 2003 roku operacji "Iracka Wolność", przypominając udział w niej m.in. wojsk polskich, których ograniczony kontyngent walczył u boku sił USA, Wielkiej Brytanii, Australii i kilkunastu innych krajów.

- Walka w Iraku jest szlachetna, jest konieczna i sprawiedliwa. Z waszą odwagą, zakończy się zwycięstwem - powiedział zwracając się do sali wypełnionej wojskowymi.

W ciągu pięciu lat w Iraku zginęło już prawie 4 tys. żołnierzy amerykańskich, kilkuset żołnierzy innych krajów międzynarodowej koalicji - w tym Polacy - oraz nieznana bliżej liczba Irakijczyków. Szacunki wahają się od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy. Bush oświadczył, że "surge" (dosł. wezbranie fali), czyli wzmocnienie sił USA w Iraku o dodatkowych około 30 tysięcy żołnierzy w zeszłym roku, zaowocowało zdecydowaną poprawą stanu bezpieczeństwa w Iraku - zmniejszyło się natężenie przemocy, liczba ataków na wojska USA i koalicji, zamachów terrorystycznych i walk między sunnitami a szyitami.

- Strategia "surge" całkowicie zmieniła sytuację w Iraku, utorowała drogę do ważnego zwycięstwa w wojnie z terrorem. Jesteśmy świadkami powstania arabskiego przeciw Al-Kaidzie, złowrogiej ideologii Osamy bin Ladena i jego siatce terrorystycznej. Nie można przecenić znaczenia tych wydarzeń - powiedział.

Słowa te odnosiły się zerwania współpracy z Al-Kaidą w Iraku przez sprzymierzonych poprzednio z tą organizacją sunnickich partyzantów. Sunnici zmienili front w dużej mierze dzięki temu, że amerykańskie władze okupacyjne płacą im za współpracę z nimi.

Eksperci podkreślają również, że kluczem do zwycięstwa w Iraku - tzn. pozostawienia tam silnego, stabilnego i reprezentatywnego rządu - jest rozwiązanie politycznych konfliktów, czyli głównie zawarcia kompromisów między sunnitami a szyitami. Poprawa bezpieczeństwa miała stworzyć sprzyjające warunki ku temu, ale postępy polityczne nie są na razie duże.

W Iraku działa obecnie około 160 tys. żołnierzy amerykańskich. Do lata liczba ta ma się zmniejszyć do ok. 140 tysięcy. Bush sugerował jednak w przemówieniu w Pentagonie, że dalszego wycofywania wojsk nie będzie, dopóki nie nastąpi jeszcze wyraźniejsza poprawa w zakresie stablizacji i spadku przemocy.

- Wyzwanie na przyszłość polega na tym, by umocnić zdobycze, które osiągnęliśmy, i przypieczętować klęskę ekstremistów. Wiemy co się dzieje, kiedy wycofujemy nasze wojska zbyt szybko - terroryści wypełniają wtedy próżnię, tworzą sobie bezpieczne schronienia i używają ich do szerzenia chaosu i do rozlewu krwi - powiedział prezydent.

Chiny na apel papieża: Żadnej tolerancji dla kryminalistów

ulast, PAP
2008-03-20, ostatnia aktualizacja 2008-03-20 16:49

Chiny negatywnie zareagowały na środowy apel Benedykta XVI o zaprzestanie przemocy oraz dialog i tolerancję w Tybecie, gdzie w zeszłym tygodniu doszło do antychińskich wystąpień, stłumionych przez władze. Dziś również duchowy i świecki przywódca Tybetańczyków Dalajlama XIV powiedział, że chce spotkać się z przywódcami Chin, w tym z prezydentem Hu Jintao.

Zobacz powiekszenie
Fot. Anonymous AP
Duchowy przywódca Tybetańczyków Dalajlama XIV


Rzecznik chińskiego MSZ, cytowany w czwartek przez włoską agencję ANSA, w odpowiedzi na wczorajszy apel papieża, wykluczył możliwość tolerancji dla - jak to ujął - "kryminalistów". Za takich uważa sprawców zamieszek w stolicy regionu Lhasie.

- Tak zwana tolerancja - dodał rzecznik MSZ - nie może istnieć dla kryminalistów, którzy muszą zostać ukarani zgodnie z prawem.

Papież w środę po raz pierwszy wypowiedział się na temat zajść w Tybecie, gdzie pokojowe manifestacje przerodziły się w największe od prawie 20 lat antychińskie wystąpienia. Tybetańskie władze na wygnaniu twierdzą, że w starciach zginęło co najmniej 99 osób. Pekin mówi o kilkunastu.

Dalajlama chce spotkać się z przywódcami Chin

Dalajlama XIV powiedział, że chce spotkać się z przywódcami Chin, w tym z prezydentem Hu Jintao.

Zastrzegł przy tym, że zrobi to pod warunkiem otrzymania "konkretnych wskazówek" ze strony Pekinu świadczących o jego gotowości do dialogu. Dodał, że spotkanie może nastąpić "gdziekolwiek".

Dalajlama wyraził niepokój, że zeszłotygodniowe protesty w Tybecie przyniosły "wiele ofiar", choć - jak powiedział - dokładna ich liczba nie jest znana.

W regionie, zaanektowanym przez Chiny w 1950 roku, wybuchły największe od prawie 20 lat antychińskie wystąpienia. Tybetańskie władze na wygnaniu twierdzą, że w starciach zginęło co najmniej 99 osób. Pekin mówi o kilkunastu.

Przywódcy Chin oskarżają dalajlamę o sprowokowanie starć, by w ten sposób zaszkodzić organizacji tegorocznych letnich igrzysk olimpijskich w Pekinie. Dalajlama odrzuca te oskarżenia. Sam mówi o dokonywaniu przez Chiny w Tybecie "czegoś w rodzaju ludobójstwa kulturowego".


Leterme premierem Belgii - po 9 miesiącach kryzysu

mar, PAP
2008-03-20, ostatnia aktualizacja 2008-03-20 14:21
Zobacz powiększenie
Nowy premier Belgii Yves Leterme i jego poprzednik Guy Verhofstadt
Fot. THIERRY ROGE REUTERS

Po dziewięciu miesiącach kryzysu politycznego przywódca flamandzkich chadeków Ives Leterme otrzymał z rąk króla Alberta II nominację na premiera Belgii.

Zobacz powiekszenie
Fot. FRANCOIS LENOIR REUTERS
Yves Leterme, zwyciężył w wyborach w czerwcu 2007 r., ale dopiero teraz udało mu się utworzyć rząd
SERWISY
- Król przyjął dymisję premiera Guy Verhofstadta i zgodnie z jego propozycją nominował na premiera Yves Leterme'a - poinformował w komunikacie prasowym pałac królewski.

Verhofstadt, szef rządu od 1999 roku, pokonany w czerwcowych wyborach parlamentarnych w 2007 roku, zgodził się w grudniu pokierować tymczasowym gabinetem, by zakończyć kryzys polityczny, w jakim znalazła się Belgia po wyborach.

Przyczyną tego najdłuższego w historii Belgii kryzysu politycznego był konflikt między Flamandami, stanowiącymi 60 proc. 10-milionowej Belgii, a frankofonami. Ci pierwsi domagają się wzmocnienia regionów kosztem państwa federalnego.

Zwycięzcy czerwcowych wyborów, 47-letniemu Leterme'owi, liderowi Partii Chrześcijańsko-Demokratycznej i Flamandzkiej, który pod hasłami przekazania regionom większej władzy zdobył ponad 800 tys. głosów., aż dwukrotnie nie udało się jednak sformować nowego rządu.

Dlatego w grudniu król Belgów Albert II powierzył Verhofstadtowi misję kierowania rządem przejściowym.

Przejęcie przez Leterme'a urzędu premiera jest następstwem porozumienia programowego, które kilka dni temu osiągnęło pięć partii tworzących tymczasowy rząd.

Ustalono skład rządu

W nocy ze środy na czwartek osiągnięto też porozumienie w sprawie składu nowego gabinetu. Zasiądzie w nim 15 ministrów i 7 sekretarzy stanu, wybranych z trzech partii frankofońskich (socjaliści, liberałowie, centryści) oraz dwóch niderlandzkojęzycznych (chrześcijańscy demokraci, liberałowie). Główni ministrowie pozostaną bez zmian: Karel de Gucht (minister spraw zagranicznych), Patrick Dewael (minister spraw wewnętrznych), Pieter De Crem (minister obrony) oraz Jo Vandeurzen (minister sprawiedliwości).

Porozumienie programowe pięciu partii politycznych dotyczy m.in. polityki gospodarczej, imigracji, spraw społecznych i służby zdrowia. Nie obejmuje natomiast najtrudniejszej kwestii, która uniemożliwiała powołanie rządu od wyborów, czyli dalszego wzmocnienia regionów kosztem państwa federalnego.

Decyzje w sprawie znalezienia nowych zasad współżycia niderlandzkojęzycznych Flamandów oraz frankofonów z Brukseli i Walonii w federalnej, podzielonej na trzy regiony Belgii zostały odłożone do lipca.

Z uwagi na istniejące różnice zdań analitycy już teraz przepowiadają nowy kryzys polityczny w połowie roku. - Załatwiono tylko to, co i tak było najłatwiejsze. W porównaniu z 10 czerwca nasz kraj nie posunął się ani o krok do przodu - komentował sceptycznie dziennik "Le Soir".

"Będą premierem wszystkich Belgów"

Punktem spornym pozostaje wciąż zakres władzy regionów w sprawach podatków, polityki zatrudnienia, zdrowia, rodziny i spraw społecznych oraz ostateczne wyjaśnienie drażliwej kwestii praw językowych i wyborczych frankofonów mieszkających we Flandrii.

Leterme obejmie rządy w niezbyt komfortowej sytuacji - z sondaży opinii publicznej wynika, że zaufanie do niego ma tylko co dziesiąty frankofon i 45 proc. Flamandów.

63 proc. populacji "nie ma zaufania" do nowego rządu.

Na brak popularności wśród frankofonów Leterme zasłużył sobie m.in. fotografując się na tle flamandzkiej flagi z czarnym orłem oraz myląc na oczach telewidzów słowa narodowego hymnu Belgii z francuską Marsylianką w dniu obchodów święta narodowego Belgii 21 lipca.

Leterme przyznał się ostatnio, że popełnił kila błędów, ale się zmienił. - Będą premierem wszystkich Belgów - zapowiedział.

Orzechowski: Palikot obraża moje uczucia religijne

awe, alx, PAP
2008-03-20, ostatnia aktualizacja 2008-03-20 17:27

Poseł PO Janusz Palikot, nazywając o. Tadeusza Rydzyka "Belzebubem z Torunia" i "diabłem" obraża moje uczucia religijne - napisał były wiceminister edukacji i były poseł LPR Mirosław Orzechowski we wniosku do prokuratury. Poseł PO ripostuje, tłumacząc, że zachowanie redemptorysty jest zgodne z definicją diabła.

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
Poseł Janusz Palikot
Zobacz powiekszenie
Fot. Sergiusz Pęczek / AG
Mirosław Orzechowski
Czy nazywając o. Tadeusza Rydzyka ''Belzebubem z Torunia'' i ''diabłem'', Janusz Palikot obraził Twoje uczucia religijne? - Sondaż



Odnosząc się do wniosku Orzechowskiego, Palikot powiedział, że o. Rydzyk nie jest przedmiotem kultu, co uniemożliwia, jego zdaniem, zastosowanie paragrafu o obrazie uczuć religijnych.

Były poseł złożył zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez posła Palikota. Orzechowski oskarża go o obrazę uczuć religijnych w dwóch wypowiedziach na antenie TVN.

Jak napisał Orzechowski, 17 marca w programie "Teraz My", poseł PO nazwał o. Rydzyka "Belzebubem z Torunia", a 18 marca w programie "Kuba Wojewódzki" określił go jako "diabła".

"Palikot znieważył kapłana i Kościół"

Orzechowski chce, żeby prokuratura wszczęła postępowanie karne w tej sprawie.- Jestem katolikiem i treść tych wypowiedzi narusza bezpośrednio moje uczucia religijne. Ojciec Tadeusz Rydzyk jest księdzem Kościoła Rzymsko-Katolickiego, jest osobą powszechnie znaną i szanowaną w naszym społeczeństwie - uzasadnia swój wniosek Orzechowski. Według byłego wiceministra edukacji, Palikot znieważył nie tylko o. Rydzyka, ale także "Kościół Katolicki, którego Ojciec jest kapłanem".

"Belzebub" to "samo zło"

Zdaniem Orzechowskiego, słowa, których użył poseł PO, czyli "belzebub", "diabeł", są "jednoznacznie kojarzone w naszej kulturze z samym złem". W jego opinii, dla kapłana, który reprezentuje Kościół katolicki są one tym bardziej obraźliwe. - Natomiast użyte wobec kapłana, który tak aktywnie uczestniczy w życiu i działalności misyjno-duszpasterskiej Kościoła są oszczerstwem, które uderza w wierzących Kościoła Katolickiego - twierdzi. Według Orzechowskiego, działanie Palikota miało charakter publiczny i było w pełni świadome.

- Swoje słowa wypowiedział w trakcie programów emitowanych w telewizji, przez co dotarły one do wielkiego, nieokreślonego kręgu odbiorców, co jeszcze bardziej potęguje negatywne skutki takiego zachowania. Przedstawione zachowanie zasługuje nie tylko na surowe potępienie moralne, ale i społeczne - ocenia były poseł LPR.

- Zachowanie pana Palikota jest tym bardziej naganne, że jako osoba uczestnicząca w życiu publicznym ma on świadomość odpowiedzialności za wypowiadane publiczne słowa i ich skutki - dodaje.

Rydzyk podlega ocenie jak wszyscy

Z kolei zdaniem posła PO określenie "diabeł", którego użył wobec o. Rydzyka odzwierciedla biblijną definicję -To istota, która skłóca ludzi i wzywa do podziałów między nimi - powiedział - Ta definicja odpowiada postępowaniu Rydzyka - stwierdził Palikot.

W jego opinii, redemptorysta nawołuje do ksenofobii o podłożu zarówno narodowościowym, jak i seksualnym i "podlega takiej samej ocenie jak wszyscy".


Prokuratura: Twardy dysk w laptopie Engelkinga - uszkodzony

asz
2008-03-20, ostatnia aktualizacja 2008-03-20 17:54

Biegły prokuratury stwierdził, że twardy dysk w laptopie prokuratora Engelkinga został uszkodzony - dowiedziało się Radio Zet. Informację potwierdza rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie Katarzyna Szeska.

Zobacz powiekszenie
Fot. Filip Klimaszewski/AG
Prokurator Jerzy Engelking podczas konferencji
Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
Zbigniew Ziobro z "gwoździem"
ZOBACZ TAKŻE
- Z wniosków zawartych przez biegłego w opinii częściowej wynika, że iż dysk badanego komputera został uszkodzonych, jednakże z opinii nie wynika jaki charakter mają uszkodzenia i w jakich okolicznościach one powstały - przyznała Szeska w rozmowie z reporterem Radia Zet.

Prokuratura oddała biegłemu do zbadania jeden z dwóch laptopów prokuratora Jerzego Engelkinga po tym jak stwierdziła, że nagranie na słynnym ''gwoździu'' ministra Ziobry nie jest oryginalne.

Zbigniew Ziobro tłumaczył, że nagranie z rozmowy z Andrzejem Lepperem wgrał na laptop Engelkinga, a ten, kiedy zaistniała konieczność przedstawienia nagrania, wgrał mu je ponownie na dyktafon.

Nie chodzi więc o pokazywane przez ministra Ćwiąkalskiego na konferencji prasowej uszkodzone dwa laptopy, a o kolejny. Biegły na razie nie ustalił, czy to ten sam komputer, na który Ziobro przegrał swoją rozmowę z Lepperem. Prokuratorzy tydzień temu wystąpili do biegłego z wnioskiem o przeprowadzenie dodatkowych badań.

Wideo: tajemnicze problemy z laptopami ludzi Ziobry




Doda kontra Grupa Operacyjna: będzie mediacja

Artur Łukasiewicz, rota, Zielona Góra
2008-03-20, ostatnia aktualizacja 2008-03-20 12:26

Sąd w Zielonej Górze: prawnicy Dody i liderzy hiphopowej GO mają miesiąc na załatwienie między sobą porachunków. Poszło o słowo "blachara" w tekście piosenki.

Zobacz powiekszenie
Fot. Sebastian Rzepiel / AG
Adwokat Andrzej Kosik i Mieszko z GO na sali rozpraw.
Zobacz powiekszenie
Fot. Sebastian Rzepiel / AG
Mieszko Sibilski z Grupy Operacyjnej przed salą rozpraw.
Zobacz powiekszenie
Fot. Renata Dabrowska / AG
Doda
Zobacz powiekszenie
Fot. Łukasz Giza / AG
ZOBACZ TAKŻE
POSŁUCHAJ
SONDAŻ
Czy piosenka obraża Dodę?

Tak.
Nie.

Znana wokalistka ponad pół roku temu poczuła się urażona piosenką „Podobne przypadki" Duet Mieszko Sibilski i Ziemowit Brodzikowski (tworzą GO) śpiewali o rzekomym rozwodzie Dody z bramkarzem Radosławem Majdanem. Wykorzystali w utworze śmiech Dody, porównując go do rżenia ogiera. Piosenkarkę nazywali również m.in. „blacharą".

Mieszko po premierze tłumaczył "Gazecie": Doda w sposób ostentacyjny i wulgarny sprzedaje się w mediach. Mam prawo do swojej opinii. Mogę nie lubić jej scenicznego wizerunku i wypowiedzieć się o nim w utworze lirycznym. Jestem w stanie bronić przed sądem wolności wypowiedzi. Szkoda, że dziewczyna, która dysponuje niezłym głosem, nie promuje swoich piosenek, tylko swoją cielesność. Osłabia mnie, gdy muszę oglądać jej teledyski, w których udaje, że uprawia seks oralny. Ona sama się kreuje na osobę wyuzdaną. Ja to tylko nazwałem - twierdził Mieszko "Fox" Sibilski.

Dorota Rabczewska "Doda" zażądała przeprosin i zwrot kosztów procesu. Z Sądu Okręgowego w Warszawie, proces przeniesiono do jego odpowiednika w Zielonej Górze. Dziś na sali rozpraw pojawili się prawnik piosenkarki i obaj liderzy GO w towarzystwie adwokata.

- Proszę się nie śmiać. Sprawa jest bardzo ważna i ciekawa ze względu na problematykę ochrony dóbr osobistych. Nasza klientka jest osoba powszechnie znaną, ale jest też prywatną. Swoboda wypowiedzi artysty kończy się tam, gdzie zaczynają się dobra osobiste innych. Artyści nie stoją ponad prawem - tłumaczył dziennikarzom przed salą rozpraw aplikant Dawid Biernat z warszawskiej kancelarii Macieja Lacha.

Kluczowym w sporze jest słowo "blachara". - Ma jednoznacznie negatywny wydźwięk. Mi kojarzy się z osobą płytką, z giętkim kręgosłupem moralnym - dodaje Biernat. Jako dowód przedstawił sędziemu opinie eksperta-językoznawcy.

Sędzia Andrzej Biernacki zaproponował stronom sądową mediację, na co obie strony przystały. Mają miesiąc na załagodzenie sporu. Mediacja odbędzie się Poznaniu.

- Z panią Dorotą możemy chętnie porozmawiać, jesteśmy ludźmi cywilizowanymi. Jednak nie sądzę, żebyśmy zgodzili się na przeprosiny, bo nie jesteśmy winni. Jestem jak i moi fani przekonany do treści piosenki - mówi Mieszko Sibilski.

- A blachara? - pytamy.

- Według mnie to młoda, wyuzdana kobieta, agresywna, podkreślająca swoja seksualność - odpowiada Mieszko.

Liderzy GO dziwią się Dodzie. Przecież to burza w szklance wody. Tym bardziej jesteśmy zaskoczeni, że od zawsze Doda wytwarza wokół siebie atmosferę skandalu. Jeśli celem ma być szum medialny, to raczej my dostaliśmy piękny prezent - mówią członkowie Grupy.

Źródło: Gazeta Wyborcza Zielona Góra

Chiński smok na ziemi mnichów

Robert Kowalik, Gazeta.pl
2008-03-19, ostatnia aktualizacja 23 minuty temu
Zobacz powiększenie
Mnich tybetański pobity przez policję podczas zamieszek w Katmandu
Fot. BRIAN SOKOL NYT

Dalajlama przeżywa właśnie trudne chwile, nie tylko z powodu śmierci swoich rodaków. Jego polityka porozumienia z potężnym sąsiadem oraz akceptacji chińskich zdobyczy cywilizacyjnych właśnie bierze w łeb. Nowymi drogami i linią kolejową do jego kraju jak do nowej kolonii przybywa coraz więcej Chińczyków, a wraz z nimi same Chiny. Tybet protestuje, bo coraz mniej w nim Tybetu. Nie zanosi się na to, by olimpiada powstrzymała Chińczyków, którzy zamiast demokratyzacji obiecują Tybetowi krew i ogień.

Zobacz powiekszenie
Fot. Greg Baker AP
Chińscy policjanci wyładowują swój sprzęt w pobliżu miejscowości Hutiaoxia
Zobacz powiekszenie
Fot. Jonathan Brady AP
Tybetańczycy palą rowery i motocykle należące do Chińczyków
ZOBACZ TAKŻE
Zobacz jak walczą mnisi w Tybecie

Tybet ma tego pecha, że wchodzi w skład jednego z najpotężniejszych państw świata. Nie jest Kosowem, a amerykański prezydent nie zbombarduje Chin, tak jak kiedyś Jugosławię. Wiedzą o tym sami Tybetańczycy, dla których niepodległość to mrzonka. Wszystko czego chcą, to poszanowanie odrębności ich kultury i przerwanie procesu wynaradawiania Tybetu. Chcą, zgodnego z ich religią, spokojnego życia w ramach obiecanej autonomii. Zamiast chleba mają jednak igrzyska. Wybrali dobry moment na protest, bo po olimpiadzie nikt o Tybecie nie będzie pamiętał.



Czołgi na klasztory

W Tybecie, w którym trudno odróżnić religię od życia, wszystko zaczyna się i kończy w klasztorach. To one są ostoją tradycji, rządem i uniwersytetem. Dlatego, kiedy 10 marca na ulice wyszli mnisi z klasztorów Sera i Drepung w Lhasie wiadomo było, że muszą mieć poważny powód. Bo w filozofii buddyjskiej jest tak, że mnich prędzej dokona samospalenia niż rzuci w kogoś kamieniem. Mnisi wzywali do uwolnienia braci, których aresztowano rok temu za radowanie się z medalu Kongresu USA dla Dalajlamy. Pokojowe początkowo demonstracje w 49. rocznicę krwawego stłumienia tybetańskiego powstania przeciwko Chinom przerodziły się w zamieszki, kiedy dołączyli do nich mieszkańcy stolicy, ośmieleni początkowo bierną reakcją policji. W końcu 11 marca Chińczycy użyli najpierw gazów łzawiących, a dwa dni później broni palnej. 13 marca policja aresztowała 500 studentów z Tibet University.



Powtarzające się przez kilka dni wystąpienia, które przeniosły się też na inne miasta i regiony zamieszkane przez Tybetańczyków, były brutalnie tłumione. W Lhasie pod koniec ubiegłego tygodnia pojawiły się nawet czołgi. Świadkowie opowiadają, że strzelano do tłumu ostrą amunicją, a na ulicach leżały dziesiątki ciał. Tybetański parlament na uchodźstwie mówi o blisko setce ofiar i wielu rannych. Klasztory otoczono kordonami wojska, przeprowadza się rewizje, przeszukuje dom po domu. W Lhasie panuje strach, przez miasto przejeżdżają w wolnym tempie ciężarówki z więźniami - donoszą agencje. W nocy z 15 na 16 marca upłynęło ultimatum władz nakazujące osobom, które wzięły udział w proteście, oddać się w ręce policji. Tym, którzy się zgłoszą, władze obiecały wybaczyć nieposłuszeństwo, ale złapanym po ultimatum zagroziły surowymi karami. Nie wiadomo, czy ktoś sam przyszedł na policję, ale więzienia już pękają w szwach.

Zniszcz chiński rower

Z odciętego od świata Tybetu dochodzą tylko skąpe informacje, a turyści sa zawracani z lotnisk. Jednemu z nich udało się jednak nagrać film, który pokazała telewizja ABC. Chińczycy przyznają się do kilkunastu ofiar, które miały zginąć z rąk demonstrantów określanych tradycyjnie w takich przypadkach wichrzycielami i chuliganami. Zapowiadają ostry kurs wobec zwolenników niepodległości Tybetu. - Prowadzimy walkę na śmierć i życie z kliką Dalajlamy - oświadczył Sekretarz Komunistycznej Partii Chin w Tybecie Zhang Qingli - jej wynikiem będzie krew i ogień. - Ostatnie manifestacje to dowód desperacji Tybetańczyków. Za udział w proteście w Tybecie grożą drakońskie kary. Przeciętna długość wyroku wynosi 11 lat - mówi Adam Kozieł z Fundacji Helsińskiej.

Tybet ma dość. Pokojowo nastawiony Dalajlama przyznał, że jego naród "cierpi prześladowania i nieludzkie traktowanie, jest zmuszony żyć w ciągłym strachu, ucisku i stanie podejrzenia w wyniku chińskich represji". Jego paktowanie z Chińczykami o autonomii nie przyniosło spodziewanych efektów, za co krytykują go młodzi radykałowie. Mimo przelanej krwi, wciąż chce spotkać się z przywódcami Chin, w tym z prezydentem Hu Jintao. Przeciwnie. Tybetańczycy we własnym kraju traktowani są obywatele drugiej kategorii. Bo ekspansja Chin dzieje się - poza urzędami, policją i wojskiem - przede wszystkim na polu ekonomicznym. Bogatsi Chińczycy chcą na siłę ucywilizować Tybet, ale tak naprawdę traktują go jako swoje dominium i ziemię obiecaną. Zbudowali lotniska, drogi i połączenia kolejowe, przejęli handel. Nieprzypadkowo gniew tłumu skupiał się właśnie na chińskich sklepach, motocyklach, a nawet rowerach.

Rogge jest zadowolony

Świat ogranicza się do półoficjalnych protestów i... przygotowuje się do Igrzysk Olimpijskich. Rządy zastanawiają się jak potraktować problem tybetański, tak, by nie drażnić Chin i nie popsuć kontaktów gospodarczych. Bojkotu igrzysk nie ogłosi Unia, o czym jasno powiedzieli ministrowie sportu UE oraz rzecznik niemieckiej kanclerz Angeli Merkel. Unia Europejska nie pójdzie na razie dalej niż amerykańska szefowa dyplomacji Condoleezza Rice, która w drodze do Moskwy wezwała Pekin, by podjął rozmowy z Dalajlamą. Ten wciąż wierzący w filozofię "drogi środka" również nie wezwał do bojkotu sierpniowych igrzysk w Pekinie. Krytykowany za długie milczenie papież Benedykt XVI w końcu wypowiedział się o sytuacji w Tybecie. - Przemocą nie rozwiązuje się problemów, tylko się je pogarsza - powiedział.

Międzynarodowy Komitet Olimpijski, który przed siedmioma laty przyznał organizację igrzysk Pekinowi - choć już wtedy wiedziano nie tylko o Tybecie, ale i o Falun Gong, Ujgurach i nagminnym wykonywaniu kary śmierci - tłumaczy swoją decyzję chęcią demokratyzacji Państwa Środka. Kiedy już wiadomo, że na niewiele to się zdało, nie potrafi przyznać się do błędu. Za to przewodniczący MKOl Jacques Rogge wyraził zadowolenie, że żaden rząd nie wzywa do bojkotu olimpiady z powodu sposobu, w jaki władze chińskie rozprawiły się z ostatnimi protestami w Tybecie. - Nie było absolutnie żadnych apeli o bojkot i żadne nie miały miejsca ze strony rządów. Bardzo dodało nam otuchy stanowisko Unii Europejskiej i najważniejszych rządów na świecie, które niemal jednogłośnie powiedziały, że bojkot nie będzie rozwiązaniem - powiedział Rogge. Podobnie Komisja Europejska uznała, że bojkot igrzysk nie byłby "właściwym sposobem" zareagowania na problem łamania przez Chiny praw człowieka w Tybecie.

Politycy chcą Dalajlamy...

Donald Tusk pytany, czy będzie wyzwał ministrów, by nie pojawili się na otwarciu olimpiady odparł, że jest pierwszym premierem, który powiedział, że nie wybiera się na otwarcie olimpiady. - Jeśli oczekujecie państwo ode mnie, że stanę na czele krucjaty antychińskiej, to rozczaruję was - oświadczył. Chętnie jednak spotka się z Dalajlamą. Marszałek Senatu Bogdan Borusewicz wysłał wczoraj oficjalne zaproszenie do duchowego i politycznego przywódcy Tybetu. Z kolei wicemarszałek Sejmu Stefan Niesiołowski chciałby, aby Dalajlamę zaprosił cały Sejm - jego propozycję rozważa marszałek Bronisław Komorowski. Paweł Kowal z PiS mówi zdecydowanie - Ja bym do Pekinu nie pojechał - Podkreśla jednak, że jest zwolennikiem, by w podobnych sytuacjach polskie władze mówiły jednym głosem. Poseł Andrzej Halicki powiedział portalowi gazeta.pl, że nie wyobraża sobie, by znaleźli się parlamentarzyści, którzy w obecnej sytuacji udali się do Chin.

Protesty pojawiły się w kilku polskich miastach. Akcja zbierania podpisów pod listem do ambasady Chin, którą zainicjowało opolskie stowarzyszenie "Horyzonty", ruszyła też w wielu ośrodkach akademickich w kraju, m.in.: Warszawie, Łodzi, Toruniu, Katowicach, Wrocławiu i Krakowie. Gdy w rzeszowskiej hali na Podpromiu rozpoczynał się mecz piłki ręcznej kobiet między reprezentacjami Polski i Chin, przed halą odbywała się pikieta zorganizowana przez stowarzyszenie "KoLiber". Mnożą się publikowane w prasie apele i wysyłane do ambasady Chin listy protestacyjne Ze strony ambasady zniknęła wczoraj zakładka poświęcona prawom człowieka, wyparowały również teksty na temat Tybetu.

...a sportowcy olimpiady

Przed wielkim dylematem stoją sportowcy. Z jednej strony nie popierają łamania praw człowieka, z drugiej nie po to trenowali przez wiele lat, by teraz zrezygnować z olimpiady. Tyczkarka Monika Pyrek skłania się raczej do bojkotu produktów "made in china" niż samej olimpiady. - Ideę wycofania się z ceremonii otwarcia igrzysk uważam za wartą rozważenia - mówi Grzegorz Tkaczyk, kapitan reprezentacji piłkarzy ręcznych. Ale już sztangista Szymon Kołecki uważa, że należy dać Chińczykom szansę. - Może olimpiada coś zmieni? - zastanawia się. Tymczasem prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Piotr Nurowski powiedział, że sportowcy manifestujący swoje przekonania polityczne podczas Igrzysk Olimpijskich w Pekinie muszą się liczyć z dyskwalifikacją. - - Karta Olimpijska i regulamin igrzysk nie pozwala na demonstrowanie w sposób zewnętrzny swoich przekonań w czasie igrzysk na obiektach olimpijskich (...) Karta jest nieubłagalna, grożą dyskwalifikacje. I żeby to nie był nie wiadomo jaki kandydat do złotego medalu, poniesie konsekwencje - powiedział Nurowski. Zaledwie przed trzema tygodniami mówił co innego: - Polscy sportowcy, którzy wystąpią w igrzyskach olimpijskich w Pekinie (8-24 sierpnia), nie będą w żadnym stopniu ograniczani w wypowiadaniu swojego zdania. Mają pełną swobodę. Bez sensu jest wprowadzać jakieś zakazy. Zawodnicy bez żadnych późniejszych konsekwencji będą mieli pełne prawo mówić to, co myślą - powiedział prezes PKOl.

Wśród sportowców zagranicznych również nie słychać jakichś spektakularnych oświadczeń, a Brytyjski Komitet Olimpijski zabronił wręcz wypowiadania się w na temat praw człowieka w Chinach . "Nie będę wypowiadać się w żadnej politycznie drażliwej kwestii" - taką deklarację mieli podpisać brytyjscy sportowcy przed wyjazdem na olimpiadę do Pekinu. Kto nie podpisze, nie jedzie. Kto podpisze i coś piśnie - wyleci z igrzysk. Brytyjskie media od razu zauważyły, że podobnie było tylko raz w historii. W 1936 roku w Berlinie.

Choć nie można wykluczyć, że po rezygnacji kilku znanych nazwisk, przyłączą się następne, to na razie jedyną znaną osobą, która zrezygnowała z Pekinu jest Steven Spielberg, który miał reżyserować ceremonię otwarcia. Jeśli sprawdzą się zapowiedzi sportowców, którzy zbojkotują ceremonię, albo co najmniej pomachają na niej tybetańską flagą, Chińczykom przyda się naprawdę dobry reżyser, by pokazać światu swoją drugą twarz.