Islandczycy nie kupują już dziś land roverów. Ale to nie największy problem mieszkańców i gospodarki tej wyspy. Wszyscy zastanawiają się, jak wielką katastrofę spowoduje krach islandzkich banków.
- Mocne cięcie stóp procentowych w Islandii (15-10-08, 11:54)
- "P": Nie tylko Islandii grozi bankructwo (15-10-08, 10:07)
- Giełda w Reykjaviku spadła o 76 proc.? "Islandczycy czekają na najgorsze" (14-10-08, 21:03)
- Islandia może wstąpić do UE i przyjąć euro (13-10-08, 13:20)
- Islandia odblokuje depozyty brytyjskich klientów Icesave (11-10-08, 20:34)
- Połowa Polaków chce wyjechać z Islandii (10-10-08, 12:05)
- "Niezawisimaja Gazeta": Rosja pożyczy pieniądze Islandii (10-10-08, 10:36)
- Islandzki zawał - kryzys pogłębia się (10-10-08, 01:00)
- Islandia: prezydent w szpitalu, giełda zamknięta, banki w ostrym kryzysie (09-10-08, 14:34)
- Brytyjskie gminy martwią się o swoje depozyty w islandzkich bankach (09-10-08, 11:54)
- Islandia: Największy bank pod zarządem państwowym (09-10-08, 09:54)
- Islandzkie banki zablokowały konta tysięcy Brytyjczyków (09-10-08, 01:00)
Teraz jest zupełnie inaczej. Od początku roku kupowane za granicą auta zdrożały o 50 proc. Wszystko przez spadek kursu islandzkiej korony. Salon podniósł ceny o 30 proc., bo tylko na tyle pozwalała coraz ostrzejsza konkurencja. Na sprzedaży nowych samochodów firma więc nie zarobi w tym roku. Pozostała tylko sprzedaż używanych i serwis.
Równie trudno za chwilę będzie właścicielom wszelkich innych firm na wyspie, a nawet pracownikom na etatach. Banki, które jeden po drugim stanęły na progu bankructwa, zostały znacjonalizowane. A były najszybciej rozwijającym się sektorem islandzkiej gospodarki. Ich aktywa przekraczały wielokrotnie PKB wyspy. To pracownicy bankowości dawali zarobić wszystkim innym: od budowlańców po restauratorów i sklepikarzy. - Potrzebowaliśmy np. coraz więcej pilotów i stewardes do wożenia bankowców między Islandią a Londynem i Nowym Jorkiem - tłumaczy poseł do islandzkiego parlamentu Bjarni Benediktsson. Największy bank Kaupthing płacił więcej podatków niż cały sektor rybołówczy, który stanowi podstawę islandzkiej gospodarki.
Islandczycy kupują świat
Jeszcze kilka miesięcy temu mało kto sądził, że islandzki cud gospodarczy może skończyć się tak szybko i tak gwałtownie. Wyspa wielkości jednej trzeciej Polski, zamieszkana przez zaledwie 320 tys. ludzi, ostatnio rozwijała się bardzo szybko i stała się jednym z najbogatszych krajów świata pod względem PKB na mieszkańca (w Europie wyprzedzają ją tylko Luksemburg i Norwegia). W dodatku - jeśli wierzyć rankingowi ONZ za 2007 r., w którym oprócz wysokości PKB na głowę bierze się pod uwagę takie czynniki jak długość życia czy wykształcenie - Islandia jest najlepszym krajem do mieszkania na świecie.
Boom ostatnich lat miał swe źródło w sektorze rybnym. W 1990 r. wprowadzono system dozwolonych kwot połowów, które rozdzielano między poszczególne firmy. Kwoty można było sprzedawać i kupować. - To sprawiło, że branża zaczęła działać efektywniej i odniosła sukces ekonomiczny. W dodatku handel kwotami uwolnił kapitał i przyczynił się do rozwoju sektora bankowego - tłumaczy Birgir Petursson, szef niezależnego Centrum Badań Społecznych i Ekonomicznych w Reykjaviku.
Tłumy milionerów pojawiły się jednak dopiero wraz z zawrotnym rozwojem sektora bankowego. Od prywatyzacji w 2002 r. banki rozpoczęły gwałtowną ekspansję na europejskim i światowym rynku finansowym. Brały kredyty za granicą, skutecznie pomnażały pieniądze, po czym inwestowały je w Europie i nie tylko. Dziś w islandzkich bankach mają swe pieniądze Brytyjczycy, Holendrzy, Duńczycy i inni (tyle że część klientów nie może ich wypłacić). Islandzkie firmy są właścicielami lub współwłaścicielami wielu sklepów i firm za granicą np. brytyjskiego Woolworths czy drużyny piłkarskiej West Ham United, a w Polsce - operatorów telefonicznych Netia i Play.
Wysoko kwalifikowani i świetnie opłacani pracownicy inwestowali w kraju. Coraz bardziej ostentacyjna konsumpcja napędzała krajową gospodarkę. Islandczycy zaczęli wierzyć, że nic ich nie zatrzyma. Brali coraz więcej kredytów, za które kupowali coraz lepsze domy, samochody, a nawet grali na giełdzie. Banki ułatwiały to, nie stawiając kredytobiorcom wysokich wymagań. Znakiem firmowym młodego pokolenia jest Range Rover.
Game over
Dziś dowcipni Islandczycy przechrzcili to auto na "game over". Bańka pękła, gdy światowy kryzys finansowy uderzył w wyspę szczególnie boleśnie. Nic dziwnego, w końcu Islandia była uzależniona od sektora finansowego. W ciągu zaledwie kilku dni rząd musiał upaństwowić wszystkie trzy wielkie banki. Dziś Islandczycy zastanawiają się, czy tak musiało się stać. Bo na złą sytuację na światowych rynkach nałożyły się jeszcze liczne błędy islandzkich bankierów władz.
Wszyscy zgadzają się, że banki zbyt się rozrosły. Niewielki kraj mający niewielkie rezerwy walutowe nie był w stanie wpływać na sytuację w sektorze finansowym, który wart był wielokrotnie więcej niż PKB całego kraju. - Na wiosnę przyjęliśmy prawo, które miało zwiększyć rezerwy walutowe. Było to jednak za mało i za późno - przyznaje poseł Bjarni Benediktsson.
Islandzki bank centralny próbował co prawda powstrzymać szaleństwo kredytowe i ekspansję banków, podnosząc stopy procentowe (do 15,5 proc.), ale z tego powodu na świecie zaczęto spekulować islandzkimi obligacjami.
Kolejnym błędem było to, że część islandzkich banków zamiast zakładać za granicą miejscowe spółki, otwierała po prostu swoje oddziały. To oznaczało, że w razie bankructwa to islandzkie, a nie miejscowe władze muszą wypłacać klientom gwarantowaną prawem kwotę 20 tys. euro. Właśnie dlatego, gdy banki się zachwiały, premier ostrzegł współobywateli, że zbankrutować może całe państwo.
- Na Islandii miała miejsce wyolbrzymiona wersja tego, co dzieje się w wielu krajach. Specyficznie islandzkim problemem była lokalna waluta, która nie mogła utrzymać stojącej za nią gospodarki. Pozostałe problemy były jednak takie same jak na całym świecie: zbyt dużo kredytów mieszkaniowych, które nie zostaną spłacone, nadmiernie wysokie ceny akcji spółek finansowych - mówi profesor Gylfi Magnusson z Uniwersytetu Islandii.
Ości zamiast ryb
Bardziej niż przyczyny kryzysu zwykłych Islandczyków interesują dziś jego skutki. Nikt nie jest w stanie przewidzieć ich dokładnie, ale jedno jest pewne: ucierpi cała gospodarka wyspy.
Niektóre branże, np. budowlana czy samochodowa, czuły że sytuacja się pogarsza już od wielu miesięcy. Gdy zagraniczni spekulanci zaczęli pozbywać się islandzkich obligacji, a rynek kredytowy coraz bardziej się kurczył, islandzka korona zaczęła tracić na wartości. Coraz bardziej brakowało środków na inwestycje.
Dziś wszyscy zastanawiają się, na ile krach finansowy pociągnie za sobą całą gospodarkę. Od tego sektora zależeli na wyspie wszyscy. Gdy wielu bankowców i innych wysoko kwalifikowanych pracowników straci pracę, nie będzie komu napędzać boomu konsumpcyjnego. - Z pewnością pojawi się duże bezrobocie - prognozuje profesor Gylfi Magnusson.
W hiszpańskiej restauracji w centrum Reykjaviku goście - nawet obcy ludzie - licytują się prognozami. "Będzie lepiej za dwa lata?" "Nie, raczej za 10". "No, to ustalmy, że za pięć". W mediach króluje czarny humor. Angielskojęzyczne pismo "Reykiavik Grapevine" umieściło na pierwszej stronie monetę jednokoronową. Zamiast ryby jest na niej szkielet. "Witamy w Islandystanie!" - głosi tytuł.
Będzie równiej
Mimo to większość Islandczyków się nie poddaje. Niektórzy zwracają wręcz uwagę, że kryzys może mieć pewne pozytywne skutki. Wyjątkowo egalitarne islandzkie społeczeństwo w ostatnich latach rozwarstwiło się. - Wraz z pojawieniem się nowobogackich, którzy latali swoimi prywatnymi samolotami i budowali sobie pałace, po raz pierwszy byliśmy podzieleni - mówi dziennikarz publicznej telewizji Ingolfur Sigfusson. - Teraz kryzys może ponownie zjednoczyć ludzi.
Na tym nie koniec. Zdaniem niektórych skurczenie się sektora bankowego może sprawić, że zaczną bardziej dynamicznie rozwijać się inne, bardziej realne sektory gospodarki. - Dotychczas wszyscy najlepsi i najambitniejsi, nie tylko absolwenci kierunków ekonomicznych, lecz także np. inżynierowie, szli do sektora bankowego. Teraz będziemy mieli wiele talentów do zagospodarowania - uważa Birgir Petursson. Być może będzie to w energetyce wodnej i geotermalnej, z której słynie Islandia, a którą zapewne będą potrzebowały rozwijać inne państwa. Być może w przetwórstwie aluminium, które wydobywa się na wyspie. Niewykluczone, że w turystyce, której sprzyja tania waluta. - A może wymyślą jeszcze coś zupełnie nowego - zastanawia się Petursson.
To jednak bardziej długoterminowa perspektywa. Tymczasem nikt nie ma wątpliwości, że ta zima będzie na wyspie wyjątkowo surowa. Pojawiły się plotki, że w sklepach zabraknie produktów żywnościowych, które Islandczycy kupują za euro. Jak na razie sklepy są pełne. Mieszkańcy boją się jednak, że nawet jeśli towary będą, nie będzie ich na nie stać. - Koleżanki z pracy, które mają dzieci, zastanawiają się, czy już teraz nie kupić im zimowych ubrań, bo mogą zdrożeć. Atmosfera jest napięta - opowiada Anna Leoniak, polska architekt pracująca w Reykjaviku.
Mimo to przedsiębiorczy mieszkańcy Islandii już obmyślają sposoby, jak przetrwać trudny czas. Uniwersytet Islandii postanowił, że będzie przyjmował na studia od semestru wiosennego. - Lepiej żeby się czegoś uczyli niż próżnowali - mówi profesor Magnusson.
Także Heidar Sveinsson z salonu samochodowego pod Reykjavikiem znalazł już dla siebie i swoich pracowników sposób, by mimo braku klientów nie próżnować. - Malujemy nasze biura. Gdy wrócą, będziemy gotowi - tłumaczy. - Bo my, Islandczycy, łatwo się nie poddajemy - dodaje.
Pytanie brzmi jednak, ile Islandczykom przyjdzie poczekać na powrót dobrych czasów. - Poprawa może przyjść już za kilka miesięcy - uważa Magnusson. Jest jednak jedno wielkie "ale". - Wszystko będzie zależało od stanu całej światowej gospodarki, od tego, czy będziemy mieli komu sprzedawać nasze towary i usługi.












