sobota, 19 kwietnia 2008

Euro 2012 w Warszawie - ostatni gwizdek

Michał Wojtczuk, Paweł Świąder, RMF FM
2008-04-16, ostatnia aktualizacja 2008-04-16 22:26

Rok po przyznaniu Polsce wraz z Ukrainą prawa do organizacji piłkarskich mistrzostw Europy w 2012 przygotowania do tej imprezy w Warszawie pozostają na papierze. Nie sposób wymienić choćby jednej inwestycji, co do której nie ma obaw o ukończenie jej na czas.

SERWISY
Czy Euro 2012 uda się w Warszawie? Jest co najmniej dziesięć zagrożeń dla powodzenia tej imprezy:

1. Czy uda się bez odwołań przeprowadzić przetarg na wzmocnienie Stadionu Dziesięciolecia betonowymi palami? To lukratywny kontrakt na ponad 120 mln zł, co oznacza zaciętą walkę oferentów, a to z kolei może zaowocować opóźnieniem.

2. Czy palowanie starego stadionu uda się skończyć do maja 2009 r.? Pali do wbicia jest aż dwa tysiące, a misa Stadionu Dziesięciolecia może kryć dużo niespodzianek.

3. Czy miejskie biuro ochrony środowiska zgodzi się z tezą, że budowa Stadionu Narodowego to modernizacja Stadionu Dziesięciolecia? W przeciwnym warunku konieczne będzie przeprowadzenie wielomiesięcznej procedury ustalania uwarunkowań środowiskowych, co może opóźnić inwestycję.

4. Czy rząd, który ma sfinansować budowę Stadionu Narodowego, nie zmieni zdania co do tej inwestycji, gdy w przetargu na jego budowę oferenci podadzą ceny? Koszt inwestycji już dziś szacowany jest na 1 mld 150 mln zł, a do składania ofert jest jeszcze rok.

5. Czy budowę Stadionu Narodowego uda się rozpocząć w planowanym terminie (znowu przetarg) i bez przeszkód zakończyć w połowie 2011 r. Inwestycji sportowej tej skali nikt jeszcze w Polsce nie budował. Stadion ma mieć 200 tys. m kw. powierzchni, prawie dwa razy więcej niż Pałac Kultury, a na jego budowę są tylko dwa lata.

6. Czy UEFA w ogóle zgodzi się na to, żeby stadion był gotowy dopiero w 2011 r., czyli rok później, niż Polska się zobowiązała, zgłaszając swoją kandydaturę?

7. Czy na Stadion Narodowy w 2012 r. da się przyjechać drugą linią metra? Przetarg na budowę śródmiejskiego odcinka drugiej linii jest jeszcze w toku, a harmonogram prac jest tak napięty, że w najbardziej optymistycznym wariancie prace będą toczyć się jeszcze dosłownie w przeddzień mistrzostw.

8. Czy na mistrzostwa zostaną zmodernizowane warszawskie dworce kolejowe, przede wszystkim Wschodni i Stadion? Czy ten ostatni będzie funkcjonalnie powiązany z metrem i stadionem?

9. Czy do Warszawy w 2012 r. da się dojechać autostradą A2 od granicy z Niemcami? Czy gotowe będą łączniki i trasy ekspresowe prowadzące do tej arterii?

10. Czy Warszawa w 2012 r. będzie potrafiła zaprezentować się jako ciekawe, nowoczesne miasto z charakterem, w którym jest co robić wieczorami?

Dziś i jutro w "Gazecie Stołecznej" oraz w radiu RMF FM będziemy oceniać stan przygotowań do Euro 2012 w Warszawie. Już dziś piszemy o tym, jak ma się zmienić miejska infrastruktura i czy jest szansa, by ze wszystkimi inwestycjami zdążyć. Jutro zaś opowiemy o tym, jak zmienia się projekt Stadionu Narodowego i jak będzie wyglądać budowa tej gigantycznej inwestycji.

Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna

Euro 2012 - ostatni gwizdek

Maciej Grzyb, RMF FM, Wojciech Pelowski, "Gazeta Wyborcza"
2008-04-16, ostatnia aktualizacja 2008-04-18 13:28

Mija rok od momentu, kiedy UEFA ogłosiła, że organizatorami Euro 2012 będą Ukraina i Polska. Co przez ten czas zrobił Kraków, aby znaleźć się wśród miast, w których zagrają uczestnicy turnieju? Wspólnie z reporterami Radia RMF FM oceniamy aktualny stan przygotowań.

Zobacz powiekszenie
SERWISY
Mistrzostwa w Krakowie możemy sobie wyobrazić bez centrum kongresowego i bez hali widowiskowej. Miasto zaprezentuje się mizerniej, ale turniej się odbędzie. Trudno jednak wyobrazić go sobie bez stadionu i porządnych dróg. Dlatego poniżej przedstawiamy te zagrożenia dla Krakowa, które mogą nam pokrzyżować europlany.

1. Euro nie dla Krakowa?

Czy Kraków w ogóle może być pewny, że te mistrzostwa będzie miał u siebie? Na razie dzieli ławkę rezerwowych razem z Chorzowem - magistrat przespał tworzenie w Warszawie listy miast organizatorów turnieju. Jeśli nie stanie na głowie i nie pokaże się dobrze UEFA, ale też polskiemu rządowi, będzie tylko miłym historycznym zapleczem dla jednej z największych światowych imprez sportowych. Trzeba wskoczyć do podstawowego składu reprezentacji. Po przeciekach z ostatniego raportu UEFA można mieć spore nadzieje.

2. Stadion

Budujemy obiekt na 33,68 tys. widzów za ponad 300 mln zł. Będzie to - według planów - najmniejszy stadion spośród polskich aren turnieju. I też najmniej efektowny - zgrzebny projekt zakłada rozbudowę obecnego stadionu Wisły przez dokładanie do niego kolejnych klocków, jak pawilon medialny (niedawno oddany do użytku), trybuny, parkingi. Problem w tym, że nawet na tę nieprzystającą do światowych standardów budowlę Krakowa nie stać. Miasto na inwestycję ma zarezerwowane w budżecie tylko nieco ponad 100 mln zł. Gdzie reszta?! Miały być gwarancje rządowego dofinansowania. Gwarancji nie ma, jest tylko obietnica, że w czerwcu premier Tusk zatwierdzi przyznanie Krakowowi 110 mln zł. A jeśli miasto samo będzie musiało za stadion zapłacić, to nie wybuduje dróg na lotnisko ani centrum kongresowego.

Czytaj: Stadion Wisły: wariant minimum

3. Lotnisko

Port w Balicach ma przyznane setki milionów euro na rozbudowę terminalu, płyty postojowej, drogi kołowania dla samolotów. To unijne pieniądze na rozładowanie tłoku w szybko rozwijającym się porcie. Nic z nich jednak nie będzie, bo teren przyszłych inwestycji wciąż należy do wojska i UE w takiej sytuacji pieniędzy nie da. Od lat kolejni premierzy i ministrowie obrony obiecują przekazanie gruntów samorządowi województwa - półtora roku temu Jarosław Kaczyński, a przed paru tygodniami Bogdan Klich. I co? I nic! Tymczasem Balice, jakie znamy, do obsługi Euro nadają się słabo.

Czytaj: Lotnisko: konieczna rozbudowa

4. Drogi

Zapowiedzi są optymistyczne, jak to zapowiedzi. Autostradą A4 mamy dojechać na Ukrainę, gotowa ma być wschodnia obwodnica Krakowa, wybudowana dwupasmówka na lotnisko. Co się uda? Można być pewnym zakończenia w przyszłym roku niewielkiego fragmentu autostrady do Szarowa, ruszy też budowa obwodnicy. Ale czy będzie skończona - tu duże wątpliwości. Bo choć pieniądze na te inwestycje w budżetach są, to nie ma jak ich wydać - mozolne procedury pozwoleń środowiskowych, protesty mieszkańców i odwołania opóźniają proces budowy o miesiące i lata. Te zagrożenia widać już na A4, widać też w Nowej Hucie, której mieszkańcy protestują przeciw przebiegowi obwodnicy. Na powstanie porządnej drogi na lotnisko praktycznie nie ma szans, bo to inwestycja miejska, a samorząd z procedurami wywłaszczeń i odwołań radzi sobie wyjątkowo marnie (niestety, miasto już odpuściło budowę tej trasy). Widać to dobrze przy rondzie Ofiar Katynia, którego przebudowa opóźniona jest już o trzy lata. Co z nowym mostem na Wiśle? Co z tunelem pod Wzgórzem Świętej Bronisławy? Zapomnijmy, przed Euro nie ma na to szans.

Czytaj: Infrastruktura: plan minimum realny

5. Koleje

Pieniądze są, pozwolenia też powinny być. Ale PKP nigdy jeszcze nie prowadziło tak dużych inwestycji! A trzeba wybudować równe tory na lotnisko, zelekrtyfikować całą linię i wybudować stację w Balicach. Do tego przebudowa Dworca Głównego. To spora i czasochłonna inwestycja, która miała się rozpocząć w tym roku. Ale konkretów nie widać.

Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków

Dziesięć zagrożeń dla Euro 2012 w Gdańsku

Mikołaj Chrzan, Wojtek Jankowski (RMF FM)
2008-04-16, ostatnia aktualizacja 2008-04-16 20:38

Rok temu Michel Platini ogłosił: Euro 2012 odbędzie się w Polsce i na Ukrainie. Czyli także w Gdańsku! Ale by przygotować się do tej imprezy, mamy jeszcze masę roboty do wykonania i wiele zagrożeń do uniknięcia

Zobacz powiekszenie
ZOBACZ TAKŻE
Dewizą Gdańska jest sentencja "Nec temere, nec timide", czyli "Bez strachu, ale z rozwagą". Ta dewiza powinna przyświecać pracującym przy przygotowaniach do Euro 2012. Bez wątpienia by podjąć się takiego zadania (przy braku stadionów, dróg, kolei), trzeba być odważnym. Ale potrzeba też rozwagi, czyli zdawania sobie sprawy z zagrożeń, które przed nami stoją.

Dla przypomnienia największych zagrożeń na drodze Gdańska do Euro 2012, przygotowaliśmy wspólnie z radiem RMF FM ich listę. Razem z radiem przedstawimy też jutro osoby z Gdańska, które odpowiadają za nasze przygotowania do mistrzostw. Pokażemy również plan i koszty budowy stadionu Baltic Arena.

1. Mało czasu

Do Euro 2012 pozostały zaledwie cztery sezony budowlane. Przed jesienią największe inwestycje nie ruszą (Baltic Arena, Obwodnica Południowa czy Trasa Sucharskiego). Rozpoczną się dopiero w przyszłym roku. Pamiętajmy, że budowa prostszej w konstrukcji hali na granicy Gdańska i Sopotu trwa też trzy lata. A jeśli na wyzwania dla budowlańców nałożą się problemy z przetargami (np. długotrwałe odwołania), to mamy duże szansę, że nie zdążymy.

2. Brak doświadczenia

Euro 2012 narzuciło nam wyzwania, których nikt w Polsce jeszcze nie podjął. Nikt nie zbudował nowoczesnego stadionu na 40 tys. kibiców, ani tunelu samochodowego pod rzeką. Nie mamy doświadczenia, ludzi, którzy takie obiekty wznosili.

3. Kłopoty z pieniędzmi

Gdańsk nie jest biedną gminą, ale nie ultra bogatą. Gdyby nie pieniądze z UE, o większości zrealizowanych ostatnio inwestycji moglibyśmy jedynie marzyć. Do stadionu Bruksela się jednak nie dołoży, a rząd dał tylko 140 mln zł (ok. 25 proc. wydatków). Oczywiście, Gdańsk i miejskie spółki będą mogły resztę pieniędzy pożyczyć, ale to ograniczy inne inwestycji, warunki zaciągania kolejnych kredytów będą także mniej atrakcyjne niż te na początku.

4. Autostrada A1

Niestety, autostradą kibice raczej do nas nie przyjadą, no chyba że z Torunia. Odcinek Gdańsk-Grudziądz ma być otwarty w tym roku. Rząd negocjuje z firmą GTC realizację odcinka Grudziądz-Toruń, ale już teraz wiadomo, że jeśli się dogadają, droga zostanie otwarta najszybciej w 2011 r. (mimo że dla tego odcinka jest już gotowy projekt!). Dla odcinka Toruń-Stryków, czy Stryków-Katowice nie ma nawet gotowego projektu.

5. Trasa Sucharskiego i Obwodnica Południowa

Nawet jeśli kibice podczas Euro 2012 zdecydowaliby się korzystać z autostrady A1 na odcinku Toruń-Gdańsk, muszą jeszcze wjechać do naszego miasta, a później dojechać do stadionu. Umożliwić im to mają Obwodnica Południowa i Trasa Sucharskiego. Pierwsza finansowana jest z budżetu centralnego, na drugą pieniądze ma dać w większości Bruksela (resztę dołoży miasto). I o ile z pieniędzmi nie powinno być problemu, to problemem może być krótki czas na realizację inwestycji.

6. Trasa Słowackiego

Gdańscy urzędnicy starają się, by Trasa Sucharskiego nie kończyła się przy stadionie, a dochodziła aż do lotniska.. Nie wiadomo jednak, czy uda się zdobyć na to fundusze unijne.

7. Kolej Metropolitalna

Z lotniska kibice mogliby przyjechać do centrum Gdańska także koleją. Ale najpierw musiałaby powstać Kolej Metropolitalna, czyli nowa linia SKM, łącząca m.in. Wrzeszcz z lotniskiem. Przygotowania do tej inwestycji są w rozsypce. Problemem są też wątpliwości Gdańska, którego władze obawiają się, że przez realizacji tego projektu nie starczy pieniędzy z Unii na rozbudowę sieci tramwajowej.

8. Konkurencja innych miast

Kraków deklaruje od kilku miesięcy, że chce zając miejsce Gdańska, a na obecnym etapie to UEFA decyduje które miasta będą gościły piłkarzy. Na szczęście po tym, jak 2 kwietnia na działce, na której ma stanąć stadion ruszyły prace porządkowe, pozycja Gdańska uległa wzmocnieniu.

9. Hotele

W Trójmieście trwa boom na inwestycje hotelowe. Jednak gdy nad światową gospodarką krąży widmo kryzysu, nie możemy spać spokojnie. Jeśli rynek się załamie i nowe hotele nie będą powstawały jedyne co pozostanie to plan awaryjny w postaci statków wycieczkowych zacumowanych w porcie i duży wstyd na wiele lat.

10. Bezpieczeństwo i zdrowie

Bez odpowiedniego zaplecza medycznego i policyjnego nie mamy szans na organizacje meczów. Gdańska policja zahartowana bojami kibiców trójmiejskich drużyn nie powinna mieć problemów z angielskimi kibolami. Gorzej ze szpitalem - co prawda ruszyły prace przy budowie nowej placówki Akademii Medycznej, ale trudno być pewnym realizacji inwestycji przy permanentnych problemach finansowych tej intytytucji.

Źródło: Gazeta Wyborcza Trójmiasto

BCC: Poznań i Kraków najlepsi w przygotowaniach do Euro 2012

las, PAP
2008-04-17, ostatnia aktualizacja 2008-04-17 15:34

W przygotowaniach do organizacji piłkarskich mistrzostw Euro 2012 przodują Poznań i Kraków, najgorzej wypadają: Chorzów i Warszawa - poinformował w czwartek na konferencji prasowej wiceprezes Business Centre Club Bogusław Piwowar.

Zobacz powiekszenie
Stadion Wisły w Krakowie
Zakończenie rozbudowy: 2010 r.
Pojemność: 33 000
Planowane mecze EURO 2012: mecze grupowe
Wiceprezes BCC powiedział, że "pierwszy rok przygotowań do Euro 2012 nie był rokiem straconym". Podkreślił jednak, że "nie możemy być w pełni zadowoleni z tempa postępujących prac".

Poinformował, że w miastach - w których odbędą się mistrzostwa - powołano komitety organizacyjne oraz przyjęto plany i harmonogramy inwestycyjne.

"Kraków, Poznań i Gdańsk realizują zadania zgodnie z planem. Pozostałe miasta mają opóźnienia, choć przyspieszyły swoje działania" - powiedział Piwowar.

Sprawdź stan przygotowań w Warszawie

Sprawdź stan przygotowań we Wrocławiu

Sprawdź stan przygotowań w Poznaniu

Sprawdź stan przygotowań w Krakowie

Sprawdź stan przygotowań w Trójmieście

Sprawdź stan przygotowań w Chorzowie

Dodał, że zdecydowanie najwięcej do zrobienia mają władze stolicy. Jak mówił, opóźnienia inwestycyjne w Warszawie to wynik nie wykupionych jeszcze gruntów pod budowę. Jego zdaniem, stolica może nie zdążyć również z budową drugiej nitki metra do 2012 roku.

Zdaniem Jarosława Błaszczaka, dyrektora ds. Euro 2012 w firmie doradczej Ernst&Young, przygotowania do Euro 2012 będzie można zweryfikować dopiero pod koniec 2008 roku. Przypomniał, że do końca tego roku Polska zobowiązała się wydać 12 mld euro na rozwój infrastruktury z funduszy unijnych, przeznaczonych na lata 2004- 2006.

Optymistycznie o przygotowaniach do mistrzostw mówił członek rady nadzorczej spółki Euro-Poznań 2012 Józef Bejnarowicz. "Euro 2012 to wyzwanie dla całego kraju. Musimy zdążyć i na pewno zdążymy" - zapewniał Bejnarowicz.

Według eksperta BCC Jana Króla, zmian wymagają przepisy związane z prawem zamówień publicznych i ustawą o Euro 2012. Chodzi m.in. o uproszczenie procedur przetargowych.

65 lat temu wybuchło powstanie w Getcie

rik, PAP
2008-04-19, ostatnia aktualizacja 2008-04-19 16:33

Kończą się obchody 65. rocznicy powstania w Getcie Warszawskim. Ich zwieńczeniem był "łańcuch pamięci". Wieczorem odbędzie się "Pascha dla nieobecnych". Uroczystości ku czci poległych odbyły się przed pomnikiem Bohaterów Getta.

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
Uroczystości pod pomnikiem Bohaterów Getta
ZOBACZ TAKŻE
Ostatni żyjący przywódca powstania w Getcie Warszawskim Marek Edelman złożył dziś kwiaty pod stołecznym Pomnikiem Bohaterów Getta. Dobiegły końca obchody 65. rocznicy powstania w Getcie Warszawskim.

Marek Edelman jak co roku uczcił pamięć tych, z którymi wspólnie walczył w powstaniu w Getcie, złożeniem kwiatów pod Pomnikiem Bohaterów Getta i przy Umschlagplatz.

Pod Pomnikiem Bohaterów Getta zebrało się dziś wielu warszawiaków pragnących złożyć hołd i dać wyraz swojej pamięci o bojownikach powstania. Po raz ostatni został odczytany apel poległych. Nazwiska poległych w powstaniu były czytane od wtorku w czterech punktach miasta. W ostatniej części apelu wzięła udział prezydent Warszawy, Hanna Gronkiewicz-Waltz; prezes Związku Artystów Scen Polskich, Krzysztof Kumor; aktor Tomasz Karolak oraz przedstawiciele organizacji żydowskich.

"Pamiętamy i chcemy pamiętać"

- To właśnie dzisiaj mija 65 lat od dnia wybuchu powstania. Było ono obroną najbardziej uniwersalnych wartości przeciw triumfującemu złu. Przed 70 laty stolica Polski była największym skupiskiem Żydów w Europie, byli oni częścią polskiej tożsamości kulturowej. Tegoroczne uroczyste obchody są wyrazem tego, że pamiętamy i chcemy pamiętać. Niech przenoszona w międzypokoleniowej sztafecie pamięć o tragicznych doświadczeniach stolicy i niezniszczalnej sile moralnej powstańców warszawskiego getta pozostanie dla Europy i świata przestrogą przed demonami nacjonalizmów, totalitaryzmów i przed rasizmem - mówiła prezydent stolicy.

Dyrektor stołecznego Teatru Żydowskiego Szymon Szurmiej odmówił za poległych w powstaniu w Getcie kadisz, a następnie zebrani pod Pomnikiem Bohaterów Getta utworzyli "łańcuch ludzkich rąk", jako wyraz pamięci o bojownikach getta. W tym samym czasie o godz. 13 w mieście na minutę zostały włączone syreny alarmowe w celu upamiętnienia rocznicy wybuchu powstania.

Kompania honorowa Wojska Polskiego oddała salwę honorową, a zebrani złożyli u stóp postumentu kwiaty, płonące znicze oraz opaski z Gwiazdą Dawida, które wcześniej założyli jako symbol pamięci.

Przeciwko garstce powstańców użyto artylerię i lotnictwo

Powstanie w Getcie Warszawskim, które wybuchło 19 kwietnia 1943 r., było próbą powstrzymania ostatecznej likwidacji getta przez Niemców. W walkach wzięło udział ok. tysiąca słabo uzbrojonych powstańców. Niemcy przeciwstawili im ponad 2 tys. żołnierzy Wehrmachtu, SS oraz pomocniczych oddziałów ukraińskich, litewskich i łotewskich. Użyto pojazdów opancerzonych, artylerii, a także lotnictwa.

Powstańcy walczyli do 16 maja. Tego dnia gen. SS Juergen Stroop ogłosił koniec akcji pacyfikacyjnej i na znak zwycięstwa rozkazał wysadzić Wielką Synagogę na Tłomackiem. Według raportów gen. Stroopa, od 20 kwietnia do 16 maja 1943 roku w wykrytych i zlikwidowanych bunkrach znajdowało się ponad 56 tys. Żydów. Około 6 tys. zginęło na miejscu w walce, na skutek pożarów lub zaczadzenia. 7 tys. Żydów zamordowano na terenie getta, tyle samo wysłano do Treblinki. Pozostała grupa ok. 36 tys. została wysłana do innych obozów, głównie do Auschwitz i Majdanka.

Abp Gocłowski żegna się z gdańską archidiecezją

Rod, Gdańsk
2008-04-19, ostatnia aktualizacja 2008-04-19 13:59

Zobacz powiększenie
Pożegnalna msza abp. Tadeusza Gocłowskiego w Archikatedrze Oliwskiej
fot. Rafał Malko / Agencja Gazeta

Ponad dwa tysiące osób przyszło do Archikatedry Oliwskiej na pożegnanie odchodzącego na emeryturę arcybiskupa gdańskiego Tadeusza Gocłowskiego. - Być może moja rola jest przeceniana - powiedział wzruszony arcybiskup, gdy wspominano o jego wkładzie w powstanie ruchu Solidarności.

Zobacz powiekszenie
fot. Rafał Malko / Agencja Gazeta
Pożegnalna msza abp. Tadeusza Gocłowskiego w Archikatedrze Oliwskiej
Zobacz powiekszenie
fot. Rafał Malko / Agencja Gazeta
W pożegnalnej mszy wziął udział m.in. premier Donald Tusk z rodziną
W rozpoczętej o godz. 11 mszy świętej dziękczynnej uczestniczyli m.in. Lech Wałęsa, premier Donald Tusk z rodziną i marszałek Senatu Bogdan Borusewicz. Tuż po mszy ok. 60 osób ustawiło się w kolejce do abp. Gocłowskiego, by raz jeszcze podziękować mu za lata pracy w archidiecezji.

Uroczystość uświetnia jubileusz 25-lecia przyjęcia sakry biskupiej przez abpa Gocłowskiego - rocznica przypadła w ostatni czwartek.

Spoza archidiecezji gdańskiej przybyli tylko nieliczni hierarchowie. Kazanie wygłosił biskup pelpliński Jan Szlaga.

- Arcybiskup Gocłowski nie wysyłał zaproszeń do biskupów. Kto chciał, ten przyjechał - tłumaczy jeden z księży.

Krótkie życzenia i błogosławieństwo nadesłał Benedykt XVI. O Gocłowskim pisze w nich jako o "czcigodnym bracie". Treść papieskiego listu odczytano zgromadzonym w świątyni.

Życzenia przesłali też nuncjusz apostolski abp Józef Kowalczyk i przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Józef Michalik.

Po uroczystościach zaplanowano obiad dla 150 osób w sąsiadującym z archikatedrą oliwskim seminarium.

Źródło: Gazeta Wyborcza Trójmiasto

SdPl wychodzi z klubu Lewica i Demokraci

jg, PAP, IAR
2008-04-19, ostatnia aktualizacja 2008-04-19 16:15

Szef SdPl Marek Borowski poinformował, że konwent SdPl zdecydował, że partia utworzy odrębne koło poselskie. Podkreślił, że powołanie nowego koła, oznacza rozłam w klubie Lewicy i Demokratów i usamodzielnienie SdPl.

Zobacz powiekszenie
Fot. Sławomir Kamiński / AG
Marek Borowski
Marek Borowski zaznaczył, że jego partia nie zgadza się na pomysł SLD na zjednoczenie lewicy, określając go jako "sekciarski". Borowski zadeklarował gotowość współpracy z innymi ugrupowaniami lewicowymi, a także z Partią Demokratyczną. Dodał, że jego ugrupowanie chce też współpracy z Sojuszem Lewicy Demokratycznej, ale - jak powiedział - na zasadach partnerskich.

Borowski podkreślił, że "mamy tutaj do czynienia nie z tworzeniem nowej partii, tylko z usamodzielnieniem partii, której przedstawiciele znajdują się w Sejmie".

Szef SdPl określił rozstanie się jego partii z SLD jako "rozdział przyjazny". "Nie odchodzimy w jakiś gniewie" - dodał. Zapewnił, że SdPl jest gotowa do współpracy z SLD, ale już "na równych prawach i mówiąc własnym głosem".

Wyjaśniając motywy sobotniej decyzji Konwentu powiedział, że "decyzja SLD sprzed 3 tygodni o zerwaniu wspólpracy z Partią Demokratyczną praktycznie niszcząca porozumienie LiD praktycznie nie zostawiła nam szans".

Borowski dodał, że SdPl czeka teraz na stanowisko wszystkich partii, które mieszczą się na "lewo od Platformy Obywatelskiej"

SLD: Borowski i jego partia opuścili wyborców centrolewicy

- Socjaldemokracja Polska podejmując decyzję o wyjściu z klubu parlamentarnego LiD "opuściła wyborców centrolewicy" - uznało kierownictwo Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

- Marek Borowski poszedł w kierunku liberalnego-centrum, a w SDPL zwyciężyły jastrzębie i dawne urazy - czytamy w oświadczeniu kierownictwa SLD, podpisanym przez rzecznika SLD Tomasza Kalitę.

Zdaniem liderów SLD, to właśnie na ich partii spoczywa teraz "cała odpowiedzialność za jedność programową i organizacyjną ruchu lewicowego w Polsce".

"Wzywamy wszystkich ludzi lewicy do włączenia się w budowę bloku lewicy" - apeluje w oświadczeniu kierownictwo SLD

Dyrektor Śląskiego: zdążymy przed Euro 2012

Rozmawiał Przemysław Jedlecki
2008-04-18, ostatnia aktualizacja 2008-04-18 18:21

Marek Szczerbowski, dyrektor Stadionu Śląskiego, obiecuje, że nawet po finałach Euro 2012 Stadion Śląski nie będzie stał pusty. - Polska potrzebuje kilku dużych aren. Imprez starczy dla wszystkich - mówi

Zobacz powiekszenie
Fot. Maciej Jarzębiński / AG
Marek Szczerbowski, dyrektor Stadionu Śląskiego
Przemysław Jedlecki: Czy Śląski będzie gotowy na mistrzostwa w 2012 roku?

Marek Szczerbowski, dyrektor Stadionu Śląskiego: - Od roku jestem w środku tego projektu i wiem, że zdążymy z przygotowaniem Stadionu Śląskiego. Jestem o to spokojny.

UEFA jednak ciągle twierdzi, że organizacja spotkań na Stadionie Śląskim jest obarczona bardzo wysokim ryzykiem.

- To dlatego, że o wiele trudniej pokazać federacji, że spełnimy jej wszystkie oczekiwania w przypadku już gotowego stadionu. W innej sytuacji są miasta, które je dopiero budują i wszystko planują. Dlatego musimy drobiazgowo analizować uwagi UEFA i na nie odpowiadać. I to właśnie robimy.

Czy to znaczy, że UEFA się myli w ocenie stadionu i nas nie docenia?

- Nie, ale jednym z wymogów UEFA jest, by transmisja telewizyjna była prowadzona z trybuny głównej, która powinna być po zachodniej stronie. Chodzi o to, żeby słońce nie oślepiało kamer. Trudno jednak przenieść naszą trybunę z jednej strony na drugą. Dlatego projektant dachu nad miejscami dla widzów pracuje również nad rozwiązaniem tego problemu.

Trzeba było dawno temu obrócić stadion.

- Nie będę tego komentował. Teraz jest to już niemożliwe. Jeżeli mamy zdążyć ze wszystkimi robotami do 2012 roku, nie możemy się za coś takiego teraz zabierać, bo ryzyko opóźnienia byłoby zbyt duże.

Przecież modernizacja Śląskiego trwa od 14 lat. Dlaczego nikt wcześniej nie wpadł na to, że słońce może przeszkadzać w oglądaniu meczów? Przecież UEFA nie wymyśliła tego wczoraj.

- Gdy rozpoczynano prace na stadionie, nikt o takich wymogach nie wiedział. Na pewno nie było ich w 1994 roku.

A teraz się jeszcze okazuje, że rząd nie da pieniędzy na dokończenie prac i budowę dachu.

- Jeśli to prawda, to jestem pewien, że znajdziemy argumenty, by przekonać rząd, że to zły pomysł. Wiem, że państwo dało już dużo pieniędzy na Śląski. Ale przecież dzięki temu to właśnie tu odbywały się najważniejsze mecze reprezentacji, w tym ten, który dał nam awans do Euro 2008. Teraz rozmawiamy o zupełnie nowym wyzwaniu o nazwie Euro 2012. To przecież co innego.

Stadion Śląski potrzebuje jednak nie tylko dachu.

- Cała dyskusja skupia się wokół dachu, ale równie ważne są toalety, system biletowania, kasy, nagłośnienie, oświetlenie i parking.

Tylko czy marszałek województwa będzie miał na to wszystko 250 mln zł?

- Widziałem wszystkie dokumenty. Budżet inwestycji nie jest zagrożony. Pieniądze na pewno będą.

Niektóre pomysły na Euro 2012 trącą prowizorką. Pojawił się pomysł, by kibice parkowali na terenach zielonych w Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku.

- Są różne pomysły w tej sprawie. Z własnego doświadczenia uważam, że najlepiej byłoby, gdyby w sąsiedztwie stadionu powstał parking na co najmniej 5 tys. samochodów. Moje zdanie nie jest jednak jedyne...

Do Euro 2012 w Polsce powstaną nowoczesne areny w Gdańsku, Wrocławiu i Warszawie. Jak przy nich będzie wyglądał Stadion Śląski?

- Musimy pamiętać o tym, że w trakcie Euro 2012 na każdym stadionie odbędą się najwyżej trzy mecze. Dlatego nie można budować obiektów z myślą tylko o tej imprezie. Naszym atutem będzie wielofunkcyjność. Dobrym pomysłem jest np. pójście w stronę organizacji zawodów lekkoatletycznych, chcą tego środowiska sportowe. Oprócz tego nadal będzie można u nas organizować koncerty, mecze ligowe i reprezentacji.

Tylko czy gwiazdy sportu i muzyki będą chciały grać na jednym z najstarszych stadionów w Polsce?

- To nie one będą decydować, tylko np. władze klubów i federacji. A argumenty będziemy mieli naprawdę mocne. Wystarczy wspomnieć o świetnym zapleczu dla drużyn z nowoczesną szatnią i odnową biologiczną czy o boiskach treningowych. Do tego dodam doświadczenie w organizacji dużych imprez, doskonałe położenie stadionu i jego historię. Polska musi mieć kilka dużych stadionów i dla każdego starczy imprez.

Kiedy będziemy wiedzieć, czy UEFA zgodzi się na mecze Euro 2012 w Chorzowie?

- Najwcześniej jesienią tego roku. I do tego czasu będziemy ciężko pracować.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice

Piotrowa łódź zmienia kierunek

Benedykt XVI przejdzie do historii jako papież liturgicznego remanentu,a może wręcz rewolucji. Nie jest to droga Jana Pawła II.
Benedykt XVI z amerykańskimi biskupami w bazylice Niepokalanego Poczęcia, Waszyngton, 16 kwietnia 2008 r. /fot. KNA-Bild
Benedykt XVI z amerykańskimi biskupami w bazylice Niepokalanego Poczęcia, Waszyngton, 16 kwietnia 2008 r. /fot. KNA-Bild
Watykanista Marco Politi mówił w rozmowie z „Tygodnikiem” (nr 14/08), że wybór kard. Ratzingera na papieża „wyrażał przekonanie o konieczności dania Kościołowi chwili spokoju po pontyfikacie tak gigantycznym”. Tymczasem od kwietnia 2005 r. trudno mówić o spokoju. Papież (wraz z watykańskimi dykasteriami) podejmuje decyzje i działania, które wywołują burze. Przypomnijmy choćby ekumeniczne zawirowania po papieskiej rezygnacji z tytułu „patriarcha Zachodu”; sprzeciwy Indian po słowach, że krzewienie chrześcijaństwa w Ameryce nie wiązało się z narzuceniem kultury z zewnątrz; oburzenie świata islamu po wykładzie w Ratyzbonie; krytyczne głosy po odwołaniu spotkania z Dalajlamą; spory wokół sprawy „przywrócenia do łask” Mszy trydenckiej...

Charakterystyczne, że do „wybuchów” dochodzi w znacznej mierze w odniesieniu do spraw, które zajmowały Jana Pawła II i które w jakiejś mierze uważał on za rozwiązane albo co do których okazał się „papieżem przełomu”. Najważniejsza i najbardziej brzemienna w skutki będzie tu sprawa liturgii, jak mówił Sobór – „szczytu i źródła życia Kościoła”.

Benedyktowi XVI nie o spokój chodzi, ale o uporządkowanie Kościoła po pontyfikacie, owszem, gigantycznym, ale też w pewnym sensie szalonym, naruszającym jasne zdawałoby się kategorie. Symboliczne gesty Jana Pawła II, jak modlitewne spotkania z przywódcami innych religii w Asyżu, pocałunek złożony na Koranie czy ustawianie się papieża w jednym szeregu z innymi zwierzchnikami chrześcijaństwa podczas spotkań ekumenicznych, prowokowały skrajne interpretacje. W niejednym środowisku wyrażano niepokoje o katolicką tożsamość, dodatkowo znajdującą się pod naporem globalizacyjnego relatywizmu. Fakt, że w ostatnich latach pontyfikatu Jana Pawła II watykańskie dykasterie publikowały dokumenty przypominające tradycyjne nauczanie Kościoła (przypomnijmy słynną deklarację „Dominus Iesus”), dowodzi, że Kuria Rzymska poważnie traktowała te niepokoje. Poważnie traktuje je też Benedykt XVI i tu należy widzieć jedną z głównych przyczyn jego zwrotu ku sprawom liturgii, w której najgłębiej ma wyrażać się katolicka tożsamość.

Jaki Kościół, taka liturgia

To chyba nie przypadek, że Jan Paweł II wymieniając w Testamencie „teologiczne” wydarzenia pontyfikatu, mówi o dialogu międzyreligijnym i ekumenizmie, a nie wspomina o liturgii. Liturgia, odnowiona liturgia, nie przedstawiała problemu, z którym – inaczej niż w przypadku dialogu międzyreligijnego i ekumenizmu – musiał się mocować. Jego wcześniejsze wypowiedzi na ten temat, choćby encyklika „Ecclesia de Eucharistia” czy listy apostolskie z okazji rocznic soborowej Konstytucji o Liturgii, są klarowne: kształt zreformowanej liturgii odpowiada zamysłowi Soboru Watykańskiego II, który – pisał w „Novo millennio ineunte” – „został dany jako niezawodna busola”.

Soborowa wizja Kościoła znalazła wierne odbicie w reformie liturgicznej – nauczał Jan Paweł II. To dlatego reformę tę zamiennie określał jako „posoborową” i „soborową” – „posoborowa”, bo chronologicznie dokonała się po Soborze; „soborowa”, bo wiernie nawiązuje do eklezjologii Vaticanum II. A skoro tak, to liturgia nie potrzebuje zasadniczych zmian, bo musiałoby to prowadzić do zmian w wizji Kościoła.

Benedykt XVI jednak szybko zajął się zmianami w liturgii. Dla tych, którzy znali jego poglądy z czasów, gdy był kardynałem i prefektem Kongregacji Nauki Wiary, nie było to zaskoczeniem. Zaskakujący okazał się radykalizm podjętych przez Papieża kroków.

Zaczęło się od tzw. uwolnienia Mszy trydenckiej, co Benedykt XVI ogłosił w lipcu ub.r. listem apostolskim „Summorum pontificum”. To, co dla Jana Pawła II było jedynie wyjątkiem od reguły: warunkowa możliwość sprawowania liturgii trydenckiej, w lipcu 2007 r. zostało „unormalnione” i „unormowane” przez jego następcę. W liście do biskupów Benedykt podkreślił, że liturgia stara i nowa stanowią „podwójne używanie jednego i tego samego rytu”. Tu już nie chodzi o decyzję prowizoryczną, w sensie tzw. papieskiego indultu (odstąpienie od tego, co z prawnokościelnego punktu widzenia jest normą), jak w przypadku uchylenia przez Pawła VI i Jana Pawła II tradycjonalistom „furtki” do starej Mszy. Obecny papież w istocie „zrównał” obie liturgie.

Pytania o tożsamość

W tym kontekście rodzą się jednak ważne pytania. Co począć z wizją Kościoła, która kryje się za starą liturgią? Czy ta, która nosi na sobie „blaski i cienie” burzliwych czasów kontrreformacji, odpowiada sytuacji Kościoła naszych czasów? „Która teologia laikatu jest normatywna – pytał Zbigniew Nosowski na łamach „Więzi” (nr 8-9/07) – starej liturgii, gdzie świeccy są biernymi uczestnikami Mszy celebrowanej przez kapłana, czy nowej, gdzie są (przynajmniej teoretycznie) aktywnym współpodmiotem celebracji; która teologia słowa Bożego i historii zbawienia jest obowiązująca: liturgii trydenckiej, gdzie praktycznie nieobecne są czytania ze Starego Testamentu, czy liturgii odnowionej, gdzie co niedziela (a nawet częściej) Kościół korzysta ze skarbów Pierwszego Przymierza; która wizja ekumenizmu jest właściwa: ta ze starego Mszału, gdzie modlimy się za »schizmatyków i heretyków«, czy ta, w której nazywamy ich »braćmi wierzącymi w Chrystusa«?”. Która – można pytać dalej – teologia judaizmu jest normatywna: starej liturgii, z modlitwą, by Bóg „oświecił ich [Żydów], aby poznali Jezusa Chrystusa” (tekst po zmianach Benedykta XVI, wcześniej modlono się o nawrócenie „ludu zaślepionego”), czy nowej liturgii, gdzie modlimy się, by Bóg, „pomógł im wzrastać w miłości ku Niemu i w wierności Jego Przymierzu”? Która teologia innych religii jest właściwa: starego Mszału, który ich wyznawców nazywa „poganami” i „bałwochwalcami”, z „nieprawością w sercach” czczących „swoje bałwany”, czy nowego Mszału, modlącego się, „aby niewierzący w Chrystusa, postępując zgodnie z sumieniem, znaleźli prawdę; i abyśmy przez wzrost we wzajemnej miłości (...) stali się w świecie doskonalszymi świadkami Twojej miłości”?

Pytania można mnożyć. Jeśli obie liturgie są normalne i normatywne, to czy oznacza to, że – przykładowo i z jednej strony – powinienem uważać innych chrześcijan i inne chrześcijanki za braci i siostry w Chrystusie, „których uświęcił jeden chrzest” (jak w nowej liturgii); że mogę się z nimi modlić i uczestniczyć we wspólnych nabożeństwach; że mogę czcić pamięć ich męczenniczek i męczenników; że mogę pamiętać, iż mój Kościół (w wyjątkowych sytuacjach) może udzielać im Komunii św., a jednocześnie i z drugiej strony – czy powinienem mieć ich za „schizmatyków i heretyków”? Jak jedna tożsamość katolicka może udźwignąć ciężar takiego napięcia, takiej wewnętrznej, mówiąc delikatnie, nieprzystawalności doktryn?

Benedykt XVI w liście do biskupów, komentarzu do „Summorum pontificum”, napisał: „Nie ma żadnej sprzeczności między jednym a drugim wydaniem [Piusa V i Pawła VI] Mszału Rzymskiego”. Jak rozumieć to stwierdzenie w kontekście powyższych pytań?

Co wolno papieżowi

Kard. Joseph Ratzinger nie raz podkreślał konieczność przywrócenia Kościołowi liturgii trydenckiej. W 2001 r., w benedyktyńskim klasztorze Fontgombault, tradycjonalistycznym ośrodku zwolenników zreformowania zreformowanej liturgii, mówił: „to, co było aż do 1969 r. właściwą liturgią Kościoła, czymś najświętszym dla nas wszystkich, nie może po 1969 stać się – na mocy niewiarygodnego pozytywizmu – czymś nie do przyjęcia. (...) powstaje jednak problem: w jaki sposób uregulować używanie obu rytów?”. Podkreślmy: kardynał starą liturgię i liturgię nową jeszcze w 2001 r. zdawał się mieć za dwa ryty!

Odpowiedź na postawione przez niego pytanie znajdujemy w „Summorum pontificum”: rozwiązaniem okazała się rezygnacja z nazywania starej liturgii i liturgii odnowionej osobnymi „rytami”, a uznanie ich za dwie formy jednego jedynego rytu rzymskiego. Taki krok papieża jest nowością w dziejach liturgii Kościoła.

Po pierwsze, innowacją jest ustanowienie starej liturgii „nadzwyczajną formą liturgii”. Andrew Cameron-Mowat, jezuicki liturgista z Uniwersytetu Londyńskiego, na łamach „The Pastoral Review” pisał: „Jest liturgiczną i być może kanoniczną nowością, że to, co wcześniej było »zwyczajne«, teraz staje się »nadzwyczajne«”. Nowością jest także uznanie starej liturgii i nowej liturgii za „podwójne używanie jednego i tego samego rytu”. Cameron-Mowat: „Poprzednio dozwolone było celebrowanie rytów rzymskiego, mozarabskiego czy ambrozjańskiego (by ograniczyć się do najsłynniejszych), nie zaś »używań«, które są wariantami jednego rytu”.

Determinacja Benedykta XVI, by uwolnić liturgię trydencką, doprowadziła go do nieznanej wcześniej formy papieskiej ingerencji w historię liturgii. A jest to również ingerencja, która dokonała się bez odwołania do zasady kolegialności biskupów, tj. do zasady ich wspólnego, na czele z biskupem Rzymu, kierowania Kościołem. Trudno zharmonizować to z poglądem kard. Ratzingera, że podstawą i źródłem teologii kolegialności biskupów jest eklezjologia eucharystyczna, tj. że kolegialność wyrasta z liturgii. Problem w tym, że wielu biskupów krytycznie odnosiło się i odnosi do powrotu Mszy trydenckiej.

Spór o kolegialność jest bodaj najważniejszym teologicznym sporem toczącym się w Kościele od Soboru Watykańskiego II. Warto podkreślić, że kard. Ratzinger – prywatnie i jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary – był jednym z głównych uczestników tego sporu. Do historii przejdzie jego publiczna gorąca i niedokończona debata na ten temat z biskupem, a potem kardynałem Walterem Kasperem, przewodniczącym Papieskiej Rady Popierania Jedności Chrześcijan. Kard. Kasper przestrzegał przed odrodzeniem w Kościele przedsoborowego rzymskiego centralizmu.

Wielu teologów, ale też biskupów i kardynałów, uważa, że Watykan od dawna, także podczas poprzedniego pontyfikatu, zawęża doktrynę kolegialności Soboru Watykańskiego II. Że stara się ograniczyć zakres współodpowiedzialności i współdecydowania biskupów za kierowanie Kościołem. Sądzę, że to jedna z głównych przyczyn, dla których część biskupów krytycznie zareagowała na „Summorum pontificum” i uwolnienie Mszy trydenckiej. Sytuacja stała się tak poważna, że w listopadzie 2007 r. abp Malcolm Ranjith, sekretarz watykańskiej Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, mówił wręcz o narodzinach „rebelii przeciwko papieżowi” i „grzechu pychy, czyli jednym z grzechów ciężkich”. „Istnieją – podkreślił – diecezje i kraje, a nawet wysocy dostojnicy kościelni, którzy nie posłuchali Benedykta XVI” w sprawie Mszy trydenckiej.

W tym kontekście znacząco brzmią słowa Josepha Ratzingera, który w książce „Duch liturgii” pisał: „Po Soborze Watykańskim II powstało wrażenie, że w sprawach liturgii papież może właściwie wszystko, szczególnie jeśli działa w imieniu soboru powszechnego. Ostatecznie w świadomości Zachodu idea odgórności liturgii, która nie jest podatna na dowolne jej »robienie«, w dużym stopniu zanikła. (...) Pełnomocnictwo papieża nie jest nieograniczone, znajduje się na służbie świętej tradycji. (...) Wielkość liturgii polega właśnie na jej niedowolności”.

Marini musi odejść

Jan Paweł II daleki był od poglądu, że w odnowionej liturgii tkwią błędy, z konieczności prowadzące do nadużyć. W obliczu zaniedbań w sprawowaniu liturgii wzywał nie do „reformy reformy”, ale do większej wierności zasadom odnowionej liturgii, która jest kryterium i punktem odniesienia.

Taki pogląd poprzedniego papieża znalazł wyraz urzędowo-praktyczny: za jego pontyfikatu na czele watykańskiej „strażniczki” liturgii Kościoła – Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów – stali, przynajmniej liturgiczni, konserwatyści: kardynałowie Jorge A. Medina Estévez i Francis Arinze. Ich stanowisko równoważył jednak Mistrz Papieskich Ceremonii Liturgicznych abp Piero Marini, w środowiskach tradycjonalistycznych uznawany za progresistę. To znaczące, że najbliższymi liturgicznymi współpracownikami Jan Pawła II byli przedstawiciele różnych (równoważących się) opcji.

Jeden z aspektów tego paradoksu ukazał niedawno John Allen, watykanista tygodnika „National Catholic Reporter”, na przykładzie jednej z papieskich liturgii w Meksyku w 2002 r. (scenariusz tej liturgii, rzecz jasna, musiał uzyskać aprobatę abp. Mariniego). Oto wśród rzucanych konfetti i dźwięków gorącej muzyki pojawia się grupa tancerzy z plemienia Indian Zapotec. W środku starsza kobieta, szamanka, z naręczem ziół dokonuje rytualnego oczyszczenia, egzorcyzmu zwanego limpia. Chodzi – podkreślmy – o indiański obrzęd wyrzucania złych duchów. W końcu czyni to również w odniesieniu do głównego celebransa – Jana Pawła II. Na ten widok Allen chwycił za telefon i zadzwonił do znajomego z Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. Jego rozmówca wypowiedział trzy słowa: „Marini must go!” – „Marini musi odejść”.

Abp Piero Marini odszedł ze stanowiska papieskiego ceremoniarza w październiku 2007 r., a na jego miejsce Benedykt XVI mianował ks. Guido Mariniego. Obaj sytuują się na liturgicznych antypodach. Abp Piero Marini, uznawany, powtórzmy, za „progresistę”, z wykształcenia jest liturgistą (doktorat); całe kapłańskie życie przed objęciem funkcji ceremoniarza papieskiego w 1987 r. poświęcił sprawom liturgii. Ks. Guido Marini nie kształcił się w liturgice, ale w prawie kanonicznym (doktorat) i w psychologii środków masowej komunikacji.

Reforma do reformy

Kard. Ratzinger nie krył sympatii do tradycjonalistycznego ruchu „reformy reformy liturgicznej”. Uważał, że w samej odnowionej liturgii znajdują się miejsca niejednoznaczne, błędne, podatne na nadużycia itp. W klasztorze Fontgombault krytykował promowanie „fałszywej twórczości, która nie jest kategorią liturgii”. Chodzi o pozostawianie celebransom swobody w konstruowaniu – „robieniu”, jak z dezaprobatą lubił powtarzać kardynał – niektórych aspektów liturgii. „W nowym mszale – mówił – znajdujemy dość często sformułowania w rodzaju: sacerdos dicit sic vel simili modo [kapłan mówi w ten czy podobny sposób]..., albo: hic sacerdos potest dicere [kapłan może powiedzieć]... (...) wraz z tą fałszywą wolnością (...) niszczy się jedność liturgii i jej kościelność”. Kolejny liturgiczny krok Benedykta XVI zapewne skieruje się w stronę oczyszczenia liturgii z tego rodzaju formuł.

W książce „Duch liturgii” kardynał wskazywał z kolei na negatywne konsekwencje usytuowania ołtarza między celebransem a wiernymi i odprawiania liturgii przez księdza „twarzą do ludu”. Wraz z tym zabiegiem zerwano z istotnym ukierunkowaniem liturgii na Wschód, który symbolizuje Chrystusa. Innymi słowy, głównym „aktorem” odnowionej liturgii jest nie Chrystus, ale duchowny. To trzeba naprawić – podkreślił Ratzinger. W jaki sposób? Owszem, „błędem byłoby całościowe odrzucenie przekształceń zaistniałych w naszym stuleciu (...). Istotną kwestią jest jednak wspólne zwrócenie się na Wschód w czasie Modlitwy eucharystycznej”. Pytał: „Czy mamy więc teraz wszystko na nowo przestawić?”. I odpowiadał: „Nic przecież nie jest tak szkodliwe dla liturgii, jak właśnie ciągłe jej »robienie«, nawet jeśli wydaje się, że chodzi o rzeczywistą odnowę”. Zatem przestawienie ołtarza nie wchodzi w rachubę, ale możliwe jest zwrócenie się księdza i wiernych podczas Modlitwy Eucharystycznej ku krzyżowi, symbolicznemu Wschodowi. „Do prawdziwie absurdalnych zjawisk ostatnich dziesięcioleci zaliczam fakt, że krzyż jest odstawiony na bok, aby nie zasłaniał kapłana. Czy krzyż przeszkadza Eucharystii? Czy kapłan jest ważniejszy od Chrystusa? Ten błąd należy naprawić możliwie jak najszybciej”.

Co ważne, pierwszy krok w tę stronę Benedykt XVI zrobił 13 stycznia, w uroczystość Chrztu Pańskiego [zob. zdjęcie na str. 20 – red.]. Innowacyjną celebrację wyjaśnił wówczas ks. Guido Marini: Papież nie sprawował Mszy trydenckiej, bo korzystał z posoborowego Mszału Pawła VI. „Mogą zaistnieć – stwierdził Marini – szczególne okoliczności, w których, ze względu na warunki artystyczne miejsca i jego wyjątkowe piękno, wypadałoby odprawiać Eucharystię przy dawnym ołtarzu, gdzie zachowana jest właściwa orientacja akcji liturgicznej”. Mamy wtedy do czynienia nie tyle z odwróceniem się celebransa plecami do wiernych, ile ze wspólnym zwróceniem się ku Chrystusowi. „Trzeba pamiętać – tłumaczył papieski ceremoniarz – że kapłan pozostaje w takiej postawie stosunkowo niedługo. Podczas całej Liturgii Słowa celebrans zwrócony jest jak zwykle twarzą do ludu, wskazując w ten sposób na dialog zbawienia, jaki Bóg nawiązuje ze swym ludem. Nie jest to więc żaden powrót do czasów minionych, ale przywrócenie sposobu celebracji, który żadną miarą nie podważa nauczania czy wskazań współczesnego Kościoła”.

***

Papieżowi nie chodzi tylko o przywrócenie starej Mszy, o której jako kardynał powiedział w Fontgombault, że „jest punktem odniesienia, kryterium (...) semaforem”. W komentarzu do „Summorum pontificum” napisał: „obie formy używania Rytu Rzymskiego mogą się wzajemnie wzbogacać”. Nowy Mszał może wzbogacić stary, ale stary – będąc punktem odniesienia, kryterium, semaforem – jeszcze bardziej może wzbogacić nowy, wszak to nie odnowiona liturgia jest kryterium dla starej, ale odwrotnie.

Jan Paweł II, przypomnijmy, wskazywał na liturgiczne błędy i zaniedbania, ale podkreślał, że jest to wynik niewłaściwej realizacji zasad zreformowanej liturgii. W 2003 r.­ w liście z okazji 40. rocznicy soborowej Konstytucji o Liturgii Świętej apelował o „duszpasterstwo liturgiczne prowadzone w całkowitej wierności (ad una piena fedelt?) nowym obrzędom”.



Głos z drugiej strony - artykuł Pawła Milcarka pt. "W porę i nie w porę" publikujemy w najnowszym "Tygodniku Powszechnym" - już w kioskach!

Benedykt XVI jest kimś w rodzaju nonkonformistycznego tradycjonalisty. Jako myśliciel, przeciwstawia dominującemu relatywizmowi chrześcijańskie "roszczenie do prawdziwości", czyli przekonanie, że w świecie różnych duchowości chrześcijaństwo jest po prostu religią prawdziwą" - pisze Milcarek.



Dr hab. Józef Majewski jest teologiem i medioznawcą, profesorem Uniwersytetu Gdańskiego, wykładowcą Wyższej Szkoły Zarządzania w Gdańsku, redaktorem „Więzi” i stałym współpracownikiem „TP”, nominowanym do tegorocznej nagrody dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka.

Bendykt XVI w synagodze w Nowym Jorku

mar, PAP
2008-04-19, ostatnia aktualizacja 44 minuty temu
Zobacz powiększenie
Papież Benedykt XVI w synagodze Park East w Nowym Jorku
Fot. Stephen Chernin AP

W piątek po południu (czasu lokalnego) papież Benedykt XVI odwiedził nowojorską synagogę Park East, co komentuje się jako gest w kierunku społeczności żydowskiej i judaizmu.

Zobacz powiekszenie
Fot. MAX ROSSI REUTERS
Papież z rabinem Arthurem Schneierem
Zobacz powiekszenie
Fot. Seth Wenig AP
Benedykt XVI i rabin Arthur Schneier
Zobacz powiekszenie
Fot. Seth Wenig AP
To gest w kierunku judaizmu - komentarze do wizyty papieża w synagodze
Była to trzecia wizyta przywódcy Kościoła katolickiego w świątyni żydowskiej. Jako pierwszy odwiedził centralną synagogę w Rzymie papież Jan Paweł II w 1986 r. Benedykt XVI odwiedził w 2005 r. synagogę Kolonii w Niemczech, która była zburzona w czasie II wojny światowej i potem odbudowana.

Wizyta w synagodze Park East trwała około 20 minut. Papieża przywitał rabin Arthur Schneier. Benedykt XVI wręczył mu w darze kopię średniowiecznego manuskryptu żydowskiego z Biblioteki Watykańskiej. Sam otrzymał od rabina kilka przedmiotów z liturgii judaistycznej, m.in. hagadę i srebrny talerz sederowy.

Rabin Schneier w swoim przemówieniu przypomniał o Holokauście i wielowiekowych napięciach w stosunkach między judaizmem a chrześcijaństwem. Podkreślił, że dopiero II sobór watykański przyniósł ich poprawę, gdyż potępił antysemityzm.

Papież przemawiał tylko 3 minuty i nie poruszył tematu zagłady Żydów w czasie II wojny światowej.

Niektóre środowiska żydowskie mają Bendyktowi za złe, że przywrócił w liturgii katolickiej starą modlitwę, w której mówi się o potrzebie nawracania Żydów. Mają też do obecnego papieża pretensję za to, że rzadko porusza temat Holocaustu i że uważa katolicyzm za jedyną prawdziwą wiarę.

Pochodzący z Niemiec papież był jako kilkunastoletni chłopiec przymusowo wcielony do Hitlerjugend, a potem do Wehrmachtu. Zawsze jednak podkreśla, że nigdy nie sympatyzował z nazizmem

Po wizycie w synagodze papież odprawił w Nowym Jorku nabożeństwo i przemawiał do przywódców innych wyznań chrześcijańskich.

George Bush to mistrz gaf

"Proszę Państwa, Prezydent Stanów Zjednoczonych - mistrz gaf" - tak powinien być od dziś zapowiadany George Bush na oficjalnych wystąpieniach i rautach. Amerykański prezydent znów dał prawdziwy koncert indolencji i niewiedzy na szczycie gospodarczym krajów Azji i Pacyfiku APEC w Australii.

czytaj dalej...
REKLAMA

George Bush, delikatnie mówiąc, słabo przygotował się do wystąpienia na szczycie. Na tyle słabo, że kpią z niego teraz wszystkie światowe agencje.

Amerykański prezydent zaczął od podziękowania australijskiemu premierowi Johnowi Howardowi za zorganizowanie szczytu OPEC, choć w rzeczywistości był to szczyt APEC (Australia w ogóle nie należy do Organizacji Państw-Eksporterów Ropy Naftowej OPEC). Sala wybuchnęła śmiechem, ale nie powstrzymało to bynajmniej Busha od kolejnych wpadek.

Prezydent USA chciał zatrzeć tę kompromitację i wpadł jeszcze bardziej. Był wdzięczny australijskiemu premierowi za służbę w Iraku żołnierzom... austriackim, których w ogóle tam nie ma. Stacjonuje tam natomiast 1500 żołnierzy australijskich.

Gdy Bush skończył swe kuriozalne wystąpienie, wydawać by się mogło, że to już koniec wpadek amerykańskiego prezydenta. Nic bardziej mylnego. Schodząc z mównicy, pomylił drogę i właściwy kierunek musiał mu wskazać premier Howard.

To nie pierwsze gafy Busha, o których zrobiło się głośno. Brazylijskiego prezydenta spytał kiedyś wprost: "Czy wy też macie czarnych?", a potem stwierdził "Wow! Brazylia jest duża". Chciał też utrzymywać dobre stosunki z "Grecjanami" i był przekonany, iż "nadszedł już czas, by rodzaj ludzki wkroczył do Układu Słonecznego".

O tym, że Bush jest niezłym luzakiem, świadczy też styl, w jakim powitał w ubiegłym roku premiera Tony'ego Blaira na szczycie G-8 w Petersburgu. Kamery uchwyciły, jak amerykański prezydent podszedł do brytyjskiego premiera i rzucił rozbawiony "Yo Blair".

Abchazja i Południowa Osetia dzielą Rosję i NATO

Rozmawiała Dominika Pszczółkowska
2008-04-18, ostatnia aktualizacja 2008-04-17 18:50

Reakcja szefa NATO na rosyjską zapowiedź nawiązania bliskich związków ze zbuntowanymi prowincjami Gruzji świadczy o tym, że Sojusz jest po stronie Tbilisi

Zobacz powiekszenie
Fot. Yves Logghe ASSOCIATED PRESS
Jaap de Hoop Scheffer
Prezydent Władimir Putin zalecił w środę rządowi ustanowienie ściślejszych kontaktów z Abchazją i Południową Osetią, separatystycznymi republikami Gruzji. Tbilisi zaprotestowało, a sekretarz generalny NATO Jaap de Hoop Scheffer oświadczył, że jest "głęboko zaniepokojony". - Sojusznicy z NATO podczas niedawnego szczytu w Bukareszcie powtórzyli, że wspierają integralność terytorium i suwerenność Gruzji. Rosyjskie kroki podważają tę suwerenność. Wzywam Federację Rosyjską do wycofania się z nich, a gruzińskie władze, by nadal zachowywały się rozważnie - oświadczył de Hoop Scheffer.

Dominika Pszczółkowska: Jak pan ocenia reakcję szefa NATO na słowa Putina? Czy to zdecydowany krok? Czy zareagowałby tak samo przed szczytem NATO w Bukareszcie?

Dr Henning Riecke*: Zdecydowanym posunięciem była przede wszystkim zapowiedź Putina zmierzająca w kierunku uznania Abchazji i Południowej Osetii. Myślę, że Jaap de Hoop Scheffer zareagowałby tak samo przed szczytem w Bukareszcie, lecz może nie użyłby tak mocnych słów. Niewątpliwie otrzymał pewien impuls w sprawie Gruzji - w Bukareszcie przywódcy NATO dali do zrozumienia, że choć nie zapraszają tego kraju do Sojuszu, to stoją po jego stronie w konflikcie z Rosją. Jednocześnie jednak NATO apeluje o rozważne działanie do Tbilisi. Sojusz nie ma żadnego interesu w zaognianiu się sytuacji w regionie.

W grudniu NATO oceni postępy Gruzji i Ukrainy w dostosowywaniu się do standardów Sojuszu. Czy jest szansa, że zostanie im wtedy zaproponowany plan dochodzenia do członkostwa?

- Na pewno nie, bo w USA będzie okres przejściowy, administracja George'a Busha de facto nie będzie już rządziła. Nie będzie całej tej machiny, która mogłaby wpływać na decyzję Sojuszu. Większa presja będzie na szczycie w 2009 r. w Strasburgu/Kehl.

Czy do tego czasu Niemcy i Francuzi, którzy są przeciwni członkostwu Gruzji i Ukrainy w NATO, zmienią zdanie?

- Nie sądzę. Wiele będzie zależało od rozwoju wydarzeń w innych miejscach świata, np. Kosowie, Iranie, na których Berlinowi zależy o wiele bardziej. Rosyjska współpraca jest tam kluczowa, więc Niemcy nie będą chcieli pogarszać stosunków. W Niemczech zdecydowana większość jest przeciw rozszerzaniu NATO, wolą raczej mniejszy Sojusz działający w konkretnych punktach, a nie z niekończącą się listą zadań.

Niemieccy przywódcy wyciągają konkretne argumenty przeciw zapraszaniu Kijowa i Tbilisi: na Ukrainie, przekonują, poparcie społeczeństwa dla wchodzenia do NATO jest wątpliwe, a w Gruzji wejście do Sojuszu może przyczynić się do rozpadu kraju. Jednocześnie zawsze pojawia się kwestia reakcji Rosji.

Czy krok Moskwy ku uznaniu Abchazji i Południowej Osetii nie jest dowodem, że argument w sprawie Gruzji jest trafiony?

Być może Rosja faktycznie nie zrobiłaby tego, gdyby nie zbliżenie Gruzji do NATO. Niewątpliwie Moskwa robi wszystko, by pokazać, że zaproszenie do NATO byłoby dla Gruzji niebezpieczne.

*Dr Henning Riecke jest ekspertem ds. bezpieczeństwa europejskiego Niemieckiej Rady Stosunków Międzynarodowych (DGAP)

Źródło: Gazeta Wyborcza

Prezydent Kaczyński wstawia się za Gruzją

pap
2008-04-18, ostatnia aktualizacja 2008-04-18 12:23

Prezydent Kaczyński wyraził "głębokie zaniepokojenie wszelkimi próbami naruszenia integralności terytorialnej Gruzji" i wezwał Rosję "do powstrzymania się od jakichkolwiek jednostronnych działań, sprzecznych z prawem międzynarodowym".

Zobacz powiekszenie
Fot. POOL REUTERS
Prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili jeździ po Europie, budując progruzińską koalicję
SONDAŻ
Czy to dobrze, że prezydent Kaczyński ujął się za Gruzją?

Tak
Nie

Prezydent Lech Kaczyński w wydanym w czwartek wieczorem oświadczeniu wyraził "głębokie zaniepokojenie wszelkimi próbami naruszenia integralności terytorialnej Gruzji" i wezwał Rosję "do powstrzymania się od jakichkolwiek jednostronnych działań, sprzecznych z prawem międzynarodowym".

Gruzja zażądała zwołania nadzwyczajnego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ, po tym gdy Rosja oznajmiła, że zacieśni swoje kontakty z Abchazją i Osetią Południową. Wcześniej w czwartek Tbilisi zażądało od Rosji, by wycofała się z wszystkich decyzji, które naruszają suwerenność Gruzji.

"Jako Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej wyrażam niniejszym pełne poparcie dla integralności terytorialnej Gruzji oraz jej suwerenności" - napisał Lech Kaczyński.

Prezydent wezwał też - w nawiązaniu do stanowiska UE, NATO, OBWE oraz Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy - "do powstrzymania się przez Federację Rosyjską od jakichkolwiek jednostronnych działań, sprzecznych z prawem międzynarodowym".

"W nawiązaniu do informacji o czystkach etnicznych na terenie Abchazji, wzywam wspólnotę międzynarodową do zdecydowanego potępienia tych zdarzeń" - napisał Lech Kaczyński.

Sekretarz generalny NATO Jaap de Hoop Scheffer mówiąc w środę o swoim zatroskaniu działaniami Rosji zauważył, że kraje członkowskie NATO wyrażały poparcie dla integralności terytorialnej Gruzji na szczycie sojuszu w Bukareszcie. Zapadła wówczas zgoda co do przyjęcia Gruzji do sojuszu, co prawda w nieokreślonym terminie.

"Rosyjskie działania podważają tę integralność" - oświadczył de Hoop Scheffer w komunikacie. "Wzywam Federację Rosyjską do zmiany tych kroków i wzywam władze gruzińskie do dalszego okazywania powściągliwości" - apelował sekretarz generalny NATO.

Prezydent Lech Kaczyński przypomniał w oświadczeniu stanowisko NATO, przedstawione podczas niedawnego szczytu w Bukareszcie, w którym Sojusz poparł przyszłe członkostwo Gruzji.

Wyraził też "pełne poparcie dla pokojowego rozwiązania konfliktu, którego zwolennikiem jest prezydent Micheil Saakaszwili" oraz zadeklarował wsparcie dla działań władz Gruzji w tym zakresie.

Prezydent oświadczył, że "Polska wystąpi na forum ONZ, UE, NATO i innych organizacji międzynarodowych o jak najszybsze podjęcie wszelkich traktatowo określonych kroków, mających na celu zapewnienie poszanowania integralności terytorialnej i suwerenności Gruzji oraz cofnięcie działań Federacji Rosyjskiej, godzących w niepodległość Gruzji i sprzecznych z prawem międzynarodowym".

Jak poinformowało Biuro Prasowe Kancelarii Prezydenta, o wydarzeniach w Abchazji i Osetii Południowej Lech Kaczyński rozmawiał w czwartek telefonicznie z Micheilem Saakaszwilim.

Gruzja Polska misja przybyła do Gruzji

ga, PAP
2008-04-18, ostatnia aktualizacja 2008-04-18 22:34

Specjalna delegacja wysłana przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego przybyła w piątek do Tbilisi Polacy mają wesprzeć Gruzję w sporze z Moskwą.

ZOBACZ TAKŻE
Jak poinformował dziennikarzy na lotnisku w Tbilisi sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta Michał Kamiński, delegacja przybyła "w celu koordynacji działań i wsparcia Gruzji". Kamiński przekazał też wyrazy "solidarności z narodem Gruzji i poparcia jej integralności terytorialnej".

Szef dyplomacji gruzińskiej Dawid Bakradze, który przywitał gości, oświadczył, że Gruzja "docenia poparcie Polski i osobiście prezydenta Kaczyńskiego". "Wizyta delegacji Polski stanowi gest poparcia dla Gruzji" - dodał.

Gruzja: Rosja nas prowokuje

W środę prezydent Rosji Władimir Putin zalecił rządowi ustanowienie ściślejszych kontaktów z separatystycznymi republikami na terenie Gruzji, w tym z ich władzami.

Gruzja wezwała do zwołania nadzwyczajnego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ i zażądała od Rosji, by wycofała się z wszystkich decyzji, które naruszają jej suwerenność.

Prezydent broni Tibilisi

"Pan prezydent w związku z ostatnimi posunięciami Rosji w regionie postanowił wysłać swoich przedstawicieli do Gruzji w celu zapoznania się z sytuacją na miejscu oraz omówienia najważniejszych problemów, które w tej chwili występują" - powiedział w piątek dyrektor Biura Spraw Zagranicznych Kancelarii Prezydenta Mariusz Handzlik.

W skład delegacji, obok Handzlika wchodzą też sekretarze stanu w Kancelarii Prezydenta Robert Draba i Michał Kamiński. Obserwatorzy mają wrócić do kraju w sobotę i - jak powiedział Handzlik - natychmiast przedstawią sytuację L. Kaczyńskiemu. "Pan prezydent podejmie dalsze kroki" - dodał.

W czwartkowym oświadczeniu Lech Kaczyński wezwał do powstrzymania się przez Federację Rosyjską "od jakichkolwiek jednostronnych działań, sprzecznych z prawem międzynarodowym". "Jako Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej wyrażam niniejszym pełne poparcie dla integralności terytorialnej Gruzji oraz jej suwerenności" - napisał.

Prezydent rusza na Wschód

Jacek Pawlicki
2008-04-19, ostatnia aktualizacja 2008-04-19 10:36

Sikorski u Kaczyńskiego. Prezydent od dwóch dni bez porozumienia z rządem wspiera Gruzję w wojnie nerwów z Rosją. Wczoraj przyjął wreszcie ministra spraw zagranicznych.

Zobacz powiekszenie
Fot. FRANCOIS MORI AP
Prezydent Rosji Władimir Putin i prezydent Polski Lech Kaczyński
ZOBACZ WIDEO
Po wyjściu od prezydenta Radosław Sikorski podkreślał, że rozmawiali na jego prośbę, a rzecznik ministra dodał, że Sikorski zabiegał o spotkanie od kilku dni. Głównym tematem była prezydencka inicjatywa wobec sytuacji w Gruzji.

Konfliktu nie ma - zapewniał jak zwykle minister. Co innego mówią źródła w MSZ zaniepokojone aktywnością prezydenta.

Prezydent przebił wszystkich

Lech Kaczyński już dawno tak nie zaangażował się w sprawy międzynarodowe. Od czwartku wieczór posypały się inicjatywy. Kaczyński wydał ostre oświadczenie wymierzone w Rosję. Odbył rozmowę z prezydentem Gruzji. Napisał listy do szefów NATO, ONZ, Rady Europy, Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, szefa Komisji Europejskiej i Javiera Solany.

Wszystko dlatego, że Rosja postanowiła zacieśnić kontakty z Południową Osetią i Abchazją, które chcą się wydzielić z Gruzji. To odwet Moskwy za uznanie przez Zachód Kosowa i decyzję, że drzwi do NATO przed Ukrainą i Gruzją są otwarte.

Gruzini uznali, że Rosja narusza ich integralność terytorialną. Zaniepokojenie wyraziło NATO, ale polski prezydent przebił wszystkich.

Wezwał Rosję do "powstrzymania się od jakichkolwiek jednostronnych działań sprzecznych z prawem międzynarodowym". Ogłosił, że "Polska wystąpi na forum ONZ, UE, NATO i innych organizacji międzynarodowych o jak najszybsze podjęcie kroków mających na celu zapewnienie poszanowania integralności terytorialnej i suwerenności Gruzji".

Rząd nie wiedział, że prezydent wysłał swoich ludzi do Tbilisi

Wczoraj do Tbilisi polecieli specjalni wysłannicy prezydenta: dyrektor biura spraw zagranicznych Mariusz Handzlik oraz ministrowie Robert Draba i Michał Kamiński. Mają się spotkać z prezydentem Micheilem Saakaszwilim, zbadać sytuację i zdać raport. - Doceniamy poparcie Polski i osobiście prezydenta Kaczyńskiego - powitał wieczorem polską delegację szef MSZ Dawid Bakradze.

Tej ofensywie towarzyszyło znaczące milczenie gabinetu. - Rząd nic nie wiedział o prezydenckich inicjatywach - zapewniała nas wczoraj rzeczniczka rządu Agnieszka Liszka. Donald Tusk nie komentował sprawy.

Radosław Sikorski pytany w piątek, czy wie o prezydenckiej misji do Gruzji, odpowiedział tajemniczo: -Tak, ale nie z Kancelarii Prezydenta.

"Prezydent gra solo"

Nasz rozmówca z MSZ przypomina, że Kaczyński po raz trzeci ostatnio zaskoczył rząd: -Gra solo. Mamy z nim pójść na wojnę? Nie zrobimy tego.

Tydzień temu prezydent próbował uzależnić zniesienie polskiego weta na rozmowy UE -Rosja o umowie o partnerstwie od zgody Niemiec i Francji na wejście do NATO Ukrainy i Gruzji. Z tej akcji się wycofał, ale Rosjan rozjuszył.

W czwartek w obecności prezydenta Szymona Peresa wypowiedział słowa, które zdaniem naszych rozmówców strona izraelska mogła odebrać jako gwarancję bezpieczeństwa na wypadek ataku przez Iran.

A wieczorem prezydent zaczął "gruzińską ofensywę". Zdaniem źródeł w MSZ utrudni rządowi łagodzenie relacji z Rosją.

Świeboda: Spór jest

-To nowa odsłona sporu oto, kto pociąga za sznurki w polityce zagranicznej - tłumaczy Paweł Świeboda, szef think tanku demosEuropa. - Kaczyński chce zagospodarować Wschód.

Zdaniem Świebody to jedyny obszar, w którym może się wykazać, bo w polityce z UE i USA liczy się tylko rząd. Taki wyścig o wpływy nie jest optymalny dla kraju -komentuje. Dodaje, że jak pokazał szczyt NATO w Bukareszcie, kiedy prezydent i rząd działają ręka w rękę, Polska jest skuteczna. Udało się przeforsować zapis w komunikacie, że Ukraina i Gruzja staną się członkami NATO.

Moskwa na razie nie zareagowała na gruzińską ofensywę Kaczyńskiego. Nie zauważyły jej media. Publicysta "Kommiersanta" Siergiej Strokań: -To był czysty gest polityczny. Kaczyński niczym nie zagroził. Dlatego spotyka go milczenie.

Źródło: Gazeta Wyborcza