15 milionów euro - na tyle wyceniają go specjaliści. Ale droga na szczyt asa naszejreprezentacji nie była łatwa.
"Jeszcze zanim się urodził, wiedzieliśmy, że zostanie gwiazdą sportu. Ojciec wybrał mu takie imię, żeby cudzoziemcy nie mieli problemu z wymową", wspomina Iwona, matka Roberta Lewandowskiego (24). Jeden z naszych najlepszych piłkarzy sport miał we krwi. "Tata był judoką, mama trenowała siatkówkę. A ja pokochałem futbol, gdy tylko zacząłem się bawić piłką" - zdradza Robert w rozmowie z SHOW.Jako mały chłopiec nie rozstawał się z piłką - nawet podczas posiłków trzymał ją pod stołem. Kiedy miał 8 lat, wszystko zostało podporządkowane meczom (w 1997 roku trafił do Varsovii Warszawa). Do tego stopnia, że tata Krzysztof prosił proboszcza, aby skrócił mszę komunijną, bo mały sportowiec śpieszył się na boisko. Koledzy nazywali wtedy Roberta "Bobkiem", bo był najmniejszy w drużynie. "Dziwiłam się, że w tych jego chudych nóżkach jest tyle siły"- uśmiecha się mama.
Czy rodzice namawiali go do trenowania? "Nie musieli, bo sam wiedziałem, do czego dążę" - mówi Lewandowski. I podkreśla, jak wiele zawdzięcza rodzicom. "To oni pomagali mi w dojazdach na treningi. Mieszkałem pod Warszawą, a w tamtym czasie nie było dobrej komunikacji". Robert musiał jechać 30 kilometrów busem, a później przesiadał się do tramwaju. Cała podróż zajmowała ponad dwie godziny. Trenował wtedy na boisku, które koledzy z Varsovii nazywali "kartoflanką". Przypominało pole, na którym sadzi się ziemniaki - sam piach, bez źdźbła trawy.
Kiedy miał 16 lat, stracił ukochanego ojca. Chłopak musiał szybko wydorośleć. Matka wspomina, że Robert chciał ją odciążyć w utrzymaniu domu. Podpisał kontrakt z klubem Delta Warszawa i zaczął zarabiać - 1,5 tysiąca złotych miesięcznie. Kiedy zespół się rozpadł, Lewandowski trafił do Legii. Na sukces musiał jednak poczekać. Grał wtedy w rezerwie i rzadko strzelał gole. Powód? Banalny: naderwany mięsień. Legia pozbyła się go bez żalu. "Syn był załamany, bo była dla niego najważniejsza. Zmienił nawet dla niej szkołę" - mówiła dziennikarzom mama Roberta. I dodawała: "Zostawili go samemu sobie. Nikt mu nie poradził, co dalej. A wiedzieli, że niedawno stracił ojca".
Pani Iwona wpadła wtedy w depresję. Ale, jak na silną kobietę przystało, wkrótce wzięła sprawy w swoje ręce. Wyprosiła, by syn mógł wrócić do poprzedniego liceum i zgłosiła go do trzecioligowego wówczas Znicza Pruszków, który zapłacił za transfer z Legii zaledwie 5 tysięcy złotych. Robert krzywił się na początku na zarobki, bo w Legii płacili mu 2,5 tysiąca złotych, a w Zniczu mniej. Nie stracił jednak motywacji. Wręcz przeciwnie: wyleczył kontuzję i w dwa sezony zdobył 38 goli. Wtedy klub sprzedał go z kolei Lechowi Poznań za... 1,5 mln zł. Był to najwyższy transfer w historii Znicza! Dalej wszystko potoczyło się jak w bajce.
Podczas debiutu w meczu z GKS Bełchatów Lewandowskiemu wystarczyły 4 minuty, by strzelić gola. A strzelił go pięknie, piętą. Już wtedy młodego piłkarza obserwowali selekcjonerzy. Widzieli, że był inny niż jego rówieśnicy, którzy po każdym zdobyciu bramki biegali wokół boiska jak szaleni. A Robert tylko lekko się uśmiechał i wracał do gry. Dzięki niemu Lech Poznań wywalczył Mistrzostwo Polski w 2010 roku, a sam piłkarz został najlepszym strzelcem ekstraklasy. W końcu po długich negocjacjach władze Lecha Poznań doszły do porozumienia z Borussią Dortmund i sprzedały swojego faworyta za bagatela 4,5 miliona euro. Początki piłkarza w Niemczech nie były łatwe. Polak siedział na ławce dla rezerwowych. Niemieckie media nazywały go "Lewandoofskim" (po niemiecku "doof" znaczy głupi). Przedstawiano go jako nieudacznika, który nie potrafi wykorzystać sytuacji bramkowych. Jego transfer w pierwszym sezonie okrzyknięto jednym z najgorszych w historii Borussii Dortmund. Ale Robert wierzył, że potrzebuje po prostu czasu i miał rację. Kiedy Lucas Barrios (dotychczasowa gwiazda zespołu) doznał kontuzji, Lewandowski dostał szansę, którą doskonale wykorzystał. Z drugiego napastnika stał się jednym z najlepszych piłkarzy Bundesligi.
W tym roku "Lewy" dwukrotnie upokorzył najsłynniejszą niemiecką drużynę - Bayern Monachium. Najpierw zdobył bramkę w meczu, który decydował o mistrzostwie Niemiec, a potem strzelił tzw. hat-tricka, czyli trzy bramki w jednym meczu podczas rozgrywek o Puchar Niemiec. Na miejscu "Lewangolskiego" (jak ochrzcili go dziennikarze) wielu sportowców poczułoby się jak gwiazda. Ale nie on. Choć Robert jest dziś wyceniany na 15 milionów euro i został okrzyknięty największą nadzieją Polaków na najbliższe mistrzostwa, zachowuje się nad wyraz skromnie. Na pytanie SHOW, czy czuje na swoich barkach ciężar odpowiedzialności, odpowiedział: "Podchodzę do tego spokojnie. Rozegrałem już chyba pięćdziesiąt kilka meczy, ale nie jestem wyczerpany, bo dbam o siebie".
O jego życiu prywatnym wiadomo niewiele. Jego serce należy do Anny Stachurskiej, zawodniczki karate, którą poznał jeszcze w liceum. Robert niechętnie o niej opowiada, ale dla SHOW zrobił wyjątek: "Kiedy przy piłkarzu jest ta druga bliska osoba, to jest mu dużo łatwiej. My często przeżywamy na boisku wzloty i upadki, więc potrzebujemy z kimś bliskim porozmawiać". Jak spędzają wolny czas? "Lubię siedzieć w domu. Zwykle mam tylko dwa, trzy dni, by na kanapie przed telewizorem pooglądać film. Takie proste rzeczy najbardziej mnie cieszą".
Robert nie jest typem faceta, który wymaga od partnerki, by rezygnowała dla niego z własnej kariery. Właśnie dlatego para żyje trochę na odległość. Raz wyjeżdża na zgrupowanie on, raz ona, często się mijają. "Ale przecież nie jesteśmy na tyle starzy, żeby sobie z tym nie poradzić" - śmieje się Robert i dodaje: "Pobierzemy się w przyszłym roku, ale nic więcej na razie nie zdradzę".
Iwona Zgliczyńska, Dor
sobota, 9 czerwca 2012
Cała nadzieja w Lewym
PRZEMYSŁAW TYTOŃ: NIE ZALEŻY MI NA TYM

Wszystko jest otwarte. Na pewno zwycięstwo by nas przybliżyło do awansu, ale musimy szanować ten punkt - powiedział po inauguracyjnym meczu Euro 2012 z Grecją (1:1) bohater polskiej drużyny, Przemysław Tytoń. Przypomnijmy, golkiper PSV Eindhoven rozpoczął mecz na ławce rezerwowych, a po wejściu na murawę obronił rzut karny.
Onet Sport: Chyba nie spodziewałeś się jeszcze przed meczem, że po nim będziesz tym najbardziej rozchwytywanym z Polaków?
Przemysław Tytoń: Szczerze powiem, nie zależy mi na tym. Bardziej bym się cieszył, gdybyśmy wygrali ten mecz. Ale cóż, było 1:1, jest jak jest.
Zaraz po wejściu na murawę, podniosłeś ustawioną przez Karagounisa piłkę i ją ucałowałeś. Grek po tym ustawiał ją ponownie. Chciałeś go w ten sposób zdekoncentrować?
Nie, nie... Zrobiłem to tylko dlatego, żeby poczuć piłkę w rękawicach. Na stadionie jest bardzo sucho. Innego celu nie miałem.
Przy ławce Wojtek Szczęsny zdążył jeszcze coś ci powiedzieć. O czym mówił?
Szczerze mówiąc, nie pamiętam. Podchodzę do tego tak, że był to miły gest z jego strony. Nieważne, kto gra. Dla każdego liczy się tylko drużyna.
A trener Smuda co powiedział?
Że obronię rzut karny.
Jak oceniasz szanse na wyjście z grupy po tym remisie?
Wciąż one są. Wszystko jest otwarte. Na pewno zwycięstwo by nas przybliżyło do awansu, ale musimy szanować ten punkt. Grecy naprawdę nie są złą drużyną i pokazali tutaj, że mimo tak niekorzystnych okoliczności, potrafili strzelić nam bramkę. Ale teraz już musimy myśleć o kolejnym spotkaniu. W nim trzeba zwyciężyć.
Dlaczego Grecy w "10" okazali się mocniejsi, niż przed stratą zawodnika?
Nie wiem... Może po prostu siadło im to wszystko na ambicję. Widziałem, że bardzo gestykulowali, gdy sędzia wyrzucił ich zawodnika. Nie spodobało im się to i obudziła się ich natura.
Czy zmieniło się twoje nastawienie do całego turnieju? Teraz przyszedł czas na ciebie w bramce...
Nie, przygotuję się do meczu z Rosją normalnie. Do dzisiejszego meczu też się przygotowywałem. Różne rzeczy przecież się zdarzają i kolejny raz wyszło to dzisiaj.


