Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BARACK OBAMA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BARACK OBAMA. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 maja 2011

Królewski splendor dla Obamy

Jacek Różalski, IAR
2011-05-24, ostatnia aktualizacja 2011-05-24 16:54
Prezydent Barack Obama z żoną Michelle i królowa Elżbieta II z mężem księciem Filipem
Prezydent Barack Obama z żoną Michelle i królowa Elżbieta II z mężem księciem Filipem
Fot. AP/TOBY MELVILLE

Trzydniowa wizyta prezydenta Baracka Obamy i pierwszej damy USA w Wielkiej Brytanii będzie obfitować w pokazy królewskich ceremonii, dworskiej etykiety i wyjątkowej pompy

Powitanie prezydenta Baracka Obamy i Michelle Obamy przez królową Elżbietę II i ksiecia Filipa
fot. Reuters
Powitanie prezydenta Baracka Obamy i Michelle Obamy przez królową Elżbietę II i...
Spotkanie Baracka i Michelle Obamów z Williamem i Catherine, księciem i księżną Cambridge
fot. Reuters
Spotkanie Baracka i Michelle Obamów z Williamem i Catherine, księciem i księżną...
Prezydencki orszak przejechał tuż przed południem The Mall - główną aleją prowadzącą do Pałacu Buckingham. Punktualnie o 12.00 przed głównym wejściem do pałacu prezydenta USA i Michelle Obamę powitała królowa Elżbieta II i jej mąż książę Filip. Chwilę później królowa i Obamowie przeszli do ogrodów Pałacu Buckigham, gdzie brytyjska monarchini podjęła amerykańskich gości lunchem. Później Elżbieta II osobiście pokaże amerykańskiej parze królewską kolekcję dzieł sztuki, w skład której wchodzą m.in. dzieła Rembrandta, Rubensa oraz Canaletto.

Będzie to już drugie spotkanie Obamów z królową. Po raz pierwszy rozmawiali w 2009 r., ale tamta wizyta prezydenta USA nie miała charakteru państwowego.

Obamowie spotkali się też z księciem Williamem i księżną Katarzyną (do 29 kwietnia Kate Middelton). Wiadomo, że złożyli im życzenia z okazji ślubu. Wizyta prezydenta USA jest okazją do pierwszego (poza dniem ślubu) zaprezentowania się Kate w roli członkini rodziny królewskiej i księżnej Cambridge.

ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ ze spotkania Baracka Obamy z królową Elżbietą II

Spotkanie z lordami i Cameronem

Jutro prezydenta USA spotka rzadki zaszczyt - będzie przemawiał przed obiema izbami brytyjskiego parlamentu, który to przywilej przysługuje tylko królowej w czasie corocznego otwarcia parlamentu.

Prezydent Obama będzie też rozmawiał na Downing Street z premierem Davidem Cameronem m.in. o wydarzeniach w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie, gdzie USA i Zjednoczone Królestwo są zaangażowane w pomoc dla powstańców w Libii i próby zażegnania konfliktu palestyńskiego.

W czwartek Francja, w piątek Warszawa

W czwartek Obama będzie uczestniczył w spotkaniu grupy G8 we francuskim kurorcie Deauville. W piątek wieczorem przyleci do Warszawy, gdzie będzie uczestniczył w spotkaniu liderów państw Europy Środkowej i Wschodniej. W sobotę będzie rozmawiał z prezydentem Bronisławem Komorowskim i premierem Donaldem Tuskiem.

Prof. Kuźniar powiedział w Sygnałach Dnia w Polskim Radiu, że "jest to prawdopodobne", że prezydent Obama spotka się w Warszawie z rodzinami ofiar katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem.. Dodał, że ewentualne spotkanie zależy między innymi od jednolitego stanowiska rodzin.

Prezydencki doradca zdementował też pojawiające się pogłoski, jakoby amerykański prezydent miał odwiedzić Kraków. - Nigdy nie było planów takiej wizyty - powiedział stanowczo prof. Kuźniar. Nie wykluczył jednak, że prezydent Obama odwiedzi katedrę polową Wojska Polskiego w Warszawie.

Obama w Polsce. Cimoszewicz: Nie widzę wielkiego wymiaru tej wizyty


rik
2011-05-24, ostatnia aktualizacja 39 minut temu
Włodzimierz Cimoszewicz
Włodzimierz Cimoszewicz
Fot. Grzegorz Dąbrowski / AG

- Tak naprawdę ja nie widzę tutaj materii na wielki wymiar tej wizyty - mówił w Polsat News Włodzimierz Cimoszewicz o wizycie prezydenta USA w Polsce.

Włodzimierz Cimoszewicz mówiąc na temat oczekiwań towarzyszących wizycie prezydenta Baracka Obamy w Polsce, zwrócił uwagę, że wizyta ta "następuje w 2 lata i 4 miesiące po objęciu urzędu przez tego prezydenta i to jest chyba najdłuższa przerwa w tego typu kontaktach w ostatnich kilkunastu latach. - To jest znaczące - stwierdził Cimoszewicz w programie "Gość Wydarzeń".

Dalej rozmówca Jarosława Gugały mówił: - Czy wizyta będzie czymś więcej niż sympatycznym gestem, bo na pewno takim jest w tej chwili. Oczywiście, wszystko będzie zależało od przebiegu i tematyki rozmów. Moim skromnym zdaniem te tematy, które zostały podane do publicznej wiadomości raczej nie zapowiadają wielkiego wymiaru tej wizyty.

"Polska nie jest przez nikogo bezpośrednio zagrożona"

- Od lat zabiegaliśmy o to, żeby z Ameryki trafiało tutaj więcej inwestycji w zakresie wysokich technologii, ale przecież nie ze złej woli poprzedników Baracka Obamy ten proces postępował i postępuje bardzo powoli - mówił W. Cimoszewicz.

Były premier skomentował też sprawę obecności wojskowej Amerykanów w Polsce. - Jak wiemy, ostatnio wiele w Polsce mówiono o naszych oczekiwaniach związanych z obecnością jakiegoś oddziału wojskowego amerykańskiego w Polsce i tu wydaje mi się, że problem jest pozorny. Polska nie jest przez nikogo bezpośrednio zagrożona. W związku z tym mówienie, że stacjonowanie niewielkiego oddziału amerykańskiego zasadniczo wpłynie na nasze bezpieczeństwo jest grubą przesadą.

"Wizy. Problem rozdęty"

- Pozostaje odwieczna kwestia wiz. Wydaje mi się to tematem sztucznie rozdętym. Już tutaj prezydent USA złożył pewne deklaracje i miejmy nadzieję, że tych swoich przyrzeczeń dotrzyma. Więc tak naprawdę ja nie widzę tutaj materii na wielki wymiar tej wizyty. A to, czego mi najbardziej brakuje, to rozmowy o czymś, co jest rzeczywiście szalenie ważne we współczesnym świecie, czyli relacji między Europą i Stanami Zjednoczonymi - mówił w Polsat News W. Cimoszewicz.

środa, 25 listopada 2009

Wielka wojna Obamy


Wojciech Jagielski
2009-11-25, ostatnia aktualizacja 2009-11-24 23:11

Wczoraj, prowincja Paktia na granicy z Pakistanem. Amerykański żołnierz robi zdjęcie tęczówki oka do identyfikacji
Wczoraj, prowincja Paktia na granicy z Pakistanem. Amerykański żołnierz robi zdjęcie tęczówki oka do identyfikacji
Fot. BRUNO DOMINGOS REUTERS

Amerykański prezydent posłuchał generałów - USA wyślą do Afganistanu w przyszłym roku ok. 35 tys. dodatkowych żołnierzy, by szybko przechylić na swoją korzyść szalę wojny z talibami. Kilka tysięcy mają dorzucić europejscy sojusznicy Ameryki, w tym Polska

Polscy żołnierze wyruszają na patrol, Afganistan
Fot. Damian Kramski / AG
Polscy żołnierze wyruszają na patrol, Afganistan
ZOBACZ TAKŻE
Amerykańskie media, powołując się na anonimowe źródła w rządzie, twierdzą, że po prawie stu dniach wahań prezydent Barack Obama podjął decyzję w sprawie wojny w Afganistanie. Stało się to po poniedziałkowej nocnej naradzie wojennej z najbliższymi współpracownikami.

- Chcę wreszcie zakończyć tę wojnę - mówił wczoraj Obama, który oficjalnie ogłosi decyzję 1 grudnia w orędziu do narodu. Już jednak wiadomo, że podzieli Amerykanów - wczorajszy sondaż telewizji CNN pokazał, że aż 49 proc. z nich nie chce wysłania tak wielu żołnierzy.

W przyszłym roku liczba wojsk USA w Afganistanie ma przekroczyć 100 tys. (dziś jest ich 68 tys.), a wszystkich zachodnich sił sięgnie 150 tys. Taką liczbę żołnierzy utrzymywał w Afganistanie w apogeum interwencji zbrojnej w połowie lat 80. Związek Radziecki.

30 tys. wojsk USA pojedzie na afgańskie południe i wschód, gdzie toczą się najcięższe walki z rosnącymi w siłę talibami. Pozostałe 4-5 tys. zajmie się szkoleniem afgańskiego wojska, by jak najpilniej mogło zastąpić zachodnie kontyngenty.

Amerykanie mają zluzować na południu przede wszystkim żołnierzy z Kanady i Holandii, których rządy postanowiły wycofać oddziały - Kanadyjczycy prawie 3 tys. żołnierzy w przyszłym roku, a Holendrzy ok. 2 tys. w 2011 r.

Waszyngton oczekuje jednak, że pozostali sojusznicy, głównie z NATO, także wyślą do Afganistanu dodatkowe wojska. Wczoraj Obama podkreślał, że cały świat musi czuć się odpowiedzialny za tę wojnę. Amerykańscy dyplomaci i wojskowi zamierzają twardo domagać się tego podczas grudniowej narady ministrów obrony i dyplomacji Sojuszu.

Jednak Europa bez entuzjazmu reaguje na ten pomysł. Wielka Brytania obiecała na razie pół tysiąca dodatkowych żołnierzy, tysiąc wyśle Gruzja, pół tysiąca Turcja, 250 Słowacja, a 120 - Niemcy.

Szef MON Bogdan Klich zapowiedział, że na wiosnę może dosłać 200 żołnierzy, a według informacji "Gazety" w kolejnym kontyngencie szkoli się jeszcze 600 wojskowych. W Afganistanie jest 2 tys. Polaków.

Waszyngton liczy też na Francuzów, Włochów i Rumunów.

Pilnego wzmocnienia wojsk w Afganistanie jeszcze pod koniec sierpnia domagał się ich dowódca, amerykański generał Stanley McChrystal. Ostrzegał, że bez tego nie wygra z talibami. Obecny rok jest dla zachodnich wojsk najkrwawszy w historii ośmioletniej wojny - zginęło już 481 żołnierzy.

W raporcie dla Obamy McChrystal przedstawił trzy rozwiązania: wysłanie 80 tys. żołnierzy, 40 tys. lub jedynie 10-15 tys., co oznaczałoby rezygnację z wojny z talibami i skupienie się na walce z członkami Al-Kaidy z użyciem bezzałogowych samolotów szpiegowskich.

Według amerykańskich mediów, decydując się na wysłanie 35 tys. żołnierzy, Obama chciał wybrać wariant najbezpieczniejszy, a jednocześnie dający nadzieję na przechylenie szali wojny na korzyść Zachodu, i to już w ciągu najbliższego półrocza. Najważniejsi politycy Partii Demokratycznej są coraz bardziej podzieleni w sprawie tego konfliktu. Boją się, by Afganistan nie zaciążył na prezydenturze Obamy jak Wietnam na rządach Lyndona B. Johnsona w latach 60.

Media w USA spekulują, że jeśli wysłanie dodatkowych wojsk nic nie da, już w czerwcu 2010 r. Obama może drastycznie zmienić strategię i zacząć przygotowywać się do wycofywania z Afganistanu. A pakistańska gazeta "Dawn" twierdzi, że przedstawiciele wywiadów USA i Wielkiej Brytanii za pośrednictwem Pakistanu i Arabii Saudyjskiej chcą jak najszybciej nawiązać rozmowy z przedstawicielami talibów. Ich emir mułła Omar wyznaczył do rokowań swego ministra dyplomacji Aghę Motsama.

wtorek, 10 listopada 2009

Ceremonia żałobna w Fort Hood. "Morderca odpowie za swoje czyny"

ga IAR, PAP
2009-11-10, ostatnia aktualizacja 2009-11-11 09:40
Barack Obama z żoną Michelle na ceremonii
Barack Obama z żoną Michelle na ceremonii
Fot. Donna McWilliam AP

Prezydent Stanów Zjednoczonych oddał hołd ofiarom masakry w bazie wojskowej Fort Hood w Teksasie. - Morderca odpowie za swoje czyny i w tym świecie i w następnym - mówił Barack Obama.

Przed trybuną z której przemawiał prezydent USA i amerykańscy dowódcy stały zdjęcia 13 ofiar masakry. Obok nich wojskowe buty, w które wetknięto karabiny z żołnierskimi hełmami
Fot. Pablo Martinez Monsivais AP
Przed trybuną z której przemawiał prezydent USA i amerykańscy dowódcy stały...
W ceremonii żałobnej wzięły udział rodziny zabitych, amerykańscy politycy, dowódcy sił zbrojnych i zwykli żołnierze
Fot. JESSICA RINALDI Reuters
W ceremonii żałobnej wzięły udział rodziny zabitych, amerykańscy politycy...
15 tysięcy osób uczestniczyło w uroczystościach w Fort Hood, jednej z największych baz wojskowych amerykańskiej armii. Przed ceremonią Barack Obama spotkał się z rodzinami ofiar tragedii.

Pojąć logikę sprawcy

W wygłoszonym później przemówieniu prezydent USA powiedział, że trudno jest pojąć logikę jaką kierował się sprawca masakry major Nidal Hasan. - Żadna wiara nie usprawiedliwia tego morderczego aktu. Żaden miłujący bóg nie spojrzy na niego przychylnie. Morderca odpowie za swoje czyny i w tym świecie i w następnym - mówił Barack Obama.

Zdjęcia trzynastu ofiar

Przed trybuną z której przemawiał prezydent USA i amerykańscy dowódcy stały zdjęcia 13 ofiar masakry. Obok nich wojskowe buty, w które wetknięto karabiny z żołnierskimi hełmami. Barack Obama oddał hołd każdemu z zabitych. Potem odbyła się tradycyjna ceremonia odczytywania nazwisk. Gdy wyczytywano stojącego w szeregu żołnierza ten meldował się oficerowi. Gdy padały nazwiska zabitych odpowiedzią była cisza.

W ceremonii żałobnej wzięły udział rodziny zabitych, amerykańscy politycy, dowódcy sił zbrojnych i zwykli żołnierze.

Morderca przeżył. Może mówić

Major Nidal Malik Hasan, który otworzył w miniony czwartek ogień do żołnierzy w bazie Fort Hood w Teksasie i zabił 13 osób jest ciężko ranny. W poniedziałek odzyskał przytomność w szpitalu.

W toku śledztwa w sprawie masakry ustalono m.in., że Hasan chodził do meczetu na przedmieściach Waszyngtonu, w którym imamem był Anwar al-Aulaqi, podejrzewany o sympatie i kontakty z ekstremistami islamskimi.

Imam wyjechał potem do Jemenu, ale Hasan korespondował z nim przez internet. Wywiad amerykański przechwycił kilkanaście e-maili wysłanych przez majora do al-Aulaqiego. Nie wzbudziły one jednak większych podejrzeń i nie skłoniły władz do wszczęcia dochodzenia przeciw Hasanowi.

Wielu komentatorów i członków Kongresu, zwłaszcza republikańskich, ma pretensje do władz wojskowych, że zlekceważyły sygnały, iż Hasan może stanowić poważne zagrożenie.

środa, 29 kwietnia 2009

CNN podsumowuje 100 dni Obamy


Barack Obama

Sądząc po histerycznych reakcjach na uścisk dłoni prezydenta Baracka Obamy z wenezuelskim prezydentem Hugo Chavezem lub na jego ukłon wobec króla Arabii Saudyjskiej Abdullaha, można by przypuszczać, że bezpieczeństwo narodowe Ameryki zależy wyłącznie od języka ciała, a nie od konkretnej polityki - pisze Christiane Amanpour z CNN.
Nie zapominajmy jednak tego, co robił prezydent W. Bush. Dla przypomnienia, ucałował on i ściskał rękę tego samego Abdullaha po 11 września, zaglądając też głęboko w duszę Władimira Putina. A jedno pokolenie wcześniej, namawiany przez brytyjską premier Margaret Thatcher, prezydent Ronald Reagan zdecydował, że to sowiecki prezydent Michaił Gorbaczow jest właściwym człowiekiem do robienia interesów – interesów związanych z zakończeniem zimnej Wojny.

Choć Obama nie zdołał pokonać w sto dni islamskich bojówkarzy, wprowadzić pokoju na Bliskim Wschodzie, czy rozbroić Korei Północnej, w tych i innych kwestiach stworzył już pewne, ważne podstawy do dalszych działań i rozmów. Co najważniejsze, globalne sondaże zrobione po jego pierwszej zamorskiej podróży pokazały, że zaczął on przywracać dobre imię oraz reputację Ameryce, co jest kluczowym czynnikiem prowadzącej do sukcesu polityki.

Jeszcze przed postawieniem kroku na obcej ziemi, Obama zaczął od zamknięcia niesławnego ośrodka więziennego w bazie Guantanamo, sprawiając tym samym, że Stany Zjednoczone zaczęły przestrzegać tego samego prawa, którego wymagają od innych narodów. Wielokrotnie powtarzał też, że "Ameryka nie prowadzi tortur" i przestrzega praw człowieka.

Tym, którzy podobnie jak były wiceprezydent Dick Cheney twierdzą, że tego rodzaju działania sprawią, że Ameryka będzie bardziej podatna na ataki, nawet niektórzy byli przedstawiciele administracji Busha odpowiadają, że nowe podejście w działaniach wywiadu i nie uciekanie się do kontrowersyjnych technik może przynieść większe efekty.

Obama stara się dotrzymywać swych obietnic wyborczych i podał już datę zakończenia niepopularnej w Stanach Zjednoczonych wojny w Iraku. - Pozwólcie, że powiem to tak wyraźniej, jak tylko potrafię: do 31 sierpnia 2010 roku nasz misja w Iraku dobiegnie końca – ogłosił.

Jednak niebezpieczeństwa są również dość wyraźne. Od stycznia w Bagdadzie i innych miastach zginęły setki irackich cywilów. Administracja Obamy oraz amerykańscy przywódcy wojskowi starają się umniejszać ten problem, oskarżając o zamachy samobójcze kilka komórek bojówkarzy. Bez wątpienia należy wykonać jeszcze wiele pracy, aby ustabilizować sytuację w Iraku pod względem militarnym i politycznym.

Ograniczanie wojsk w Iraku oznacza zwiększanie sił w Afganistanie, który wzdłuż granicy z Pakistanem nadal uznawany jest za centralny punkt wojny z terrorem. - Jeśli afgański rząd przejdzie w ręce talibów lub pozwoli na to, by al Kaida mogła spokojnie działać – powiedział Obama w marcu – "ten kraj stanie się na nowo bazą terrorystów".

Prezydent nakazał więc wysłanie tam do lata nowych 21 tysięcy amerykańskich żołnierzy. Jednak wszelkie rozmowy o zwiększonych siłach naziemnych, negocjacje z umiarkowanymi talibami i wspomaganie afgańskich sił bezpieczeństwa nie zmniejszą ryzyka, dopóki sami mieszkańcy Afganistanu nie zobaczą, że pokój może przynieść im korzyści. Jak mówi Obama, "nie będzie trwałego pokoju, jeśli nie poszerzymy pola możliwości ludności w Afganistanie i Pakistanie".

Ogromna bieda i desperackie poszukiwanie możliwości wyżywienia siebie i swych rodzin są ogromnym problemem obu państw. Poza tym afgańskie społeczeństwo zaczyna odwracać się od koalicji, której przewodzą Stany Zjednoczone częściowo także dlatego, że coraz więcej cywilów ginie w atakach powietrznych prowadzonych przeciwko terrorystom. Jak pokazują sondaże, pod koniec roku 2007 talibowie mieli zaledwie 8 procent poparcia w społeczeństwie w Afganistanie, ale teraz dane te zmieniają się na niekorzyść koalicji.

Podobna sytuacja jest Pakistanie. Kiedy bezzałogowe samoloty lub lotnictwo koalicji atakuje bojówkarzy, ale giną przy tym również cywile, ludność zwraca się przeciwko Stanom Zjednoczonym. Około miesiąc temu prezydent Obama ujawnił afgańsko-pakistańską strategię zmierzającą do ustabilizowania sytuacji w regionie, ale w następnych tygodniach sytuacja pogorszyła się tak bardzo, że przedstawiciele Wielkiej Brytanii oraz inni przywódcy obawiają się przejęcia władzy przez talibów w uzbrojonych nuklearnie Pakistanie.

Zirytowany rząd Pakistanu oskarża Stany Zjednoczone o sianie paniki i podkreśla, że ma pełną kontrolę nad swoim krajem i swoim arsenałem nuklearnym. Trudno jednak lekceważyć niebezpieczeństwo, kiedy talibowie przejmują kolejne ziemie i w ramach tak zwanej "umowy pokojowej" coraz bardziej zbliżają się do stolicy kraju, Islamabadu. 6 i 7 maja Obama ma spotkać się w Waszyngtonie z prezydentami Pakistanu i Afganistanu. Rok 2009 może się bowiem okazać przełomowym w walce z pakistańskimi i afgańskimi bojówkarzami.

Jeśli chodzi o Iran, nic formalnego nie dzieje się po żadnej ze stron, choć jeszcze dwa lata temu kandydat Obama zapowiadał, że będzie bezpośrednio zaangażowany w tą sprawę. Po 30 latach wrogości prezydent Obama zaoferował jednak Iranowi "obietnicę nowego początku" i od tego czasu wyraźnie sygnalizował, że Stany Zjednoczone zmieniają swoje podejście. Rząd irański odpowiadał w sposób uprzejmy zapowiadając, że jest otwarty, jeśli administracja amerykańska rzeczywiście zmieni swą politykę wobec Iranu.

Tego rodzaju rozwój wydarzeń z pewnością nie będzie dobrze przyjęty przez rząd izraelski, który chce przekonać, że jest gotów zbombardować ośrodki nuklearne Iranu. Relacje z tym państwem są również ważne dla Obamy, który wyznaczył nowego wysłannika pokojowego do spraw Bliskiego Wschodu, senatora Goerge'a Mitchella, sygnalizując tym samym, że chce negocjacji miedzy Izraelem i Palestyńczykami. Problem jednak polega na tym, że nowy premier Izraela Benjamin Netanyahu sugeruje nawet, że jego państwo nie zaangażuje się w rozmowy z Palestyńczykami, dopóki Stany Zjednoczone nie zajmą się kwestią irańską.

W zeszłym tygodniu Obama powiedział królowi Jordanii Husseinowi w Białym Domu: - Mam nadzieję, że w ciągu następnych kilku miesięcy zaczniemy obserwować gesty dobrej woli po wszystkich stronach.” Dodał jednak: „Nie możemy wiecznie rozmawiać; w pewnym momencie trzeba podjąć jakieś kroki tak, aby ludzie mogli zobaczyć postępy na swojej ziemi". Prezydent zaprosił też do Białego Domu przywódców Izraela, Egiptu i Autonomii Palestyńskiej.

Kolejne sto dni administracji prezydenta Baracka Obamy będą wypełnione mniejszymi spotkaniami w Białym Domu oraz wielkimi szczytami poza granicami kraju – w lipcu w Rosji, a następnie w Chinach.

Poprzez swą aktywność Obama wyraźnie zmienia politykę Stanów Zjednoczonych odchodząc od "izolacyjnego i karnego" podejścia swego poprzednika. Sygnalizuje on, że oczyszczające atmosferę spotkania, na których omawiane są kwestie spójne, są lepsze niż ukrywanie głowy w piasek z nadzieją, że pewne rzeczy same przeminą.

Tłumaczenie: Onet.pl

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Media w USA: pierwszy "militarny" sukces Obamy

PAP, PKo/13.04.2009 18:30

Barack Obama

Szczęśliwy finał historii z porwaniem amerykańskiego statku przez piratów u wybrzeży Somalii i odbicie jego kapitana przez amerykańskie siły specjalne komentuje się w USA jako osobisty sukces prezydenta Baracka Obamy.
- Wynik konfrontacji - dramatyczna i udana akcja ratunkowa sił specjalnych - dały Obamie wczesne zwycięstwo, które może pomóc w budowie zaufania do jego zdolności kierowania operacjami wojskowymi za granicą - pisze poniedziałkowy "Washington Post".

Nawet konserwatywny "Wall Street Journal", zwykle bardzo krytyczny wobec nowej administracji, wyraża uznanie prezydentowi za wydanie rozkazu użycia siły.

Podkreśla też, że Obama podjął w ten sposób ryzyko, ponieważ "byłby krytykowany w pewnych kręgach - chociaż nie przez nas - gdyby kapitan Philips zginął po wydaniu rozkazu strzelania do piratów".

Obama 17 razy naradzał się z dowódcami wojsk na temat porwania statku i wydał armii polecenie "użycia odpowiedniej siły, aby ratować życie kapitana".

Podobnie komentują uwolnienie kapitana Richarda Philipsa stacje telewizyjne. Pojawiają się nawet głosy, że sukces może podnieść na duchu kraj pogrążony w kryzysie i nastroju pesymizmu.

Przypomina się, że fiasko wojskowych operacji politycznie kosztowało poprzednich prezydentów.

Skazą na reputacji prezydenta Jimmy'ego Cartera była nieudana akcja na rzecz odbicia zakładników w ambasadzie USA w Teheranie w 1980 r., kiedy na pustyni rozbiły się dwa helikoptery amerykańskie powodując śmierć ośmiu żołnierzy.

Podobnie, prezydentowi Billowi Clintonowi zaszkodziła porażka pierwszej próby desantu na Haiti w październiku 1993 r., kiedy okręt USS "Harlan County" wycofał się napotkawszy na ogień kilkuset Haitańczyków.

Po uratowaniu kapitana i schwytaniu jednego z piratów rozlegają się głosy, aby go surowo ukarać, a także zaatakować bazy piratów w Somalii.

"Administracja Obamy ma teraz obowiązek ukarania i odstraszenia piratów, tak aby nigdy więcej nie ryzykowali porwania statku pod amerykańską banderą albo amerykańskiej załogi" - pisze w artykule redakcyjnym "Wall Street Journal".

Dziennik wyraża opinię, że aresztowany pirat powinien być sądzony przed sądem w USA - gdzie groziłaby mu kara dożywotniego więzienia - a nie deportowany do Kenii, co zwykle czyni się ze sprawcami ataków pirackich u wschodnich wybrzeży Afryki.

"Jeszcze lepiej będzie, jeśli przewiezie się go do Guantanamo (więzienia wojskowego w bazie amerykańskiej na Kubie -PAP) i będzie tam przetrzymywać jako +enemy combatant+ (wrogi bojownik), czy jakkolwiek administracja Obamy woli nazywać terrorystów" - pisze "WSJ".

"A ponieważ marynarka wojenna nie jest w stanie zapobiec każdemu porwaniu, potrzebna może być pewnego rodzaju operacja wojskowa przeciw piratom na lądzie" - dodaje.

czwartek, 22 stycznia 2009

Obama w Gabinecie Owalnym

Piotr Gillert 22-01-2009, ostatnia aktualizacja 22-01-2009 01:55

Zawieszenie działania trybunałów wojskowych w Guantanamo to pierwsza decyzja administracji Baracka Obamy

Szef gabinetu prezydenta USA Rahm Emanuel był pierwszym urzędnikiem, jakiego przyjął wczoraj Barack Obama
źródło: EPA
Szef gabinetu prezydenta USA Rahm Emanuel był pierwszym urzędnikiem, jakiego przyjął wczoraj Barack Obama

Około wpół do dziewiątej rano Barack Obama pojawił się w Gabinecie Owalnym, by rozpocząć pierwszy dzień pracy. Na początek poprosił o 10 minut spokoju. W tym czasie przeczytał w samotności list, jaki zostawił mu na biurku jego poprzednik George W. Bush.

Obama miał prawo czuć się wyczerpany. Pełen przeżyć dzień zaprzysiężenia skończył się później, niż planowano. Nowy prezydent i jego żona Michelle do późna w nocy uczestniczyli w balach organizowanych z okazji inauguracji.

Pierwszą osobą, jaką przyjął w środę w swym biurze Obama, był szef gabinetu Rahm Emanuel. Wkrótce potem odwiedziła go pierwsza dama. Wspólnie udali się do waszyngtońskiej katedry, by wziąć udział w ekumenicznym nabożeństwie z okazji Narodowego Dnia Modlitwy.

Jeszcze we wtorek, w czasie trwania uroczystości, do trybunału wojskowego, przed którymi toczą się postępowania wobec więźniów Guantanamo, wpłynął podpisany przez nowego prezydenta wniosek o wstrzymanie tych procedur na 120 dni. Wczoraj trybunał na to przystał, a Biały Dom przedstawił projekt rozporządzenia nakazującego zamknięcie więzienia na Kubie w ciągu roku.

Pierwsze rozporządzenie, jakie wydał Obama, dotyczyło reguł etycznych obowiązujących w jego administracji. Wprowadził ograniczenia dla lobbistów chcących pracować w jego rządzie, nakazując im podpisanie zobowiązania, że przez dwa lata po odejściu z urzędu nie będą zajmować się lobbingiem w dziedzinie, którą zajmowali się w pracy dla rządu. – Przejrzystość i rządy prawa będą fundamentem tej prezydentury – oświadczył Obama. Podjął też decyzję o zamrożeniu płac doradców Białego Domu.

Pierwsze rozporządzenie, jakie wydał Obama, dotyczy reguł etycznych w jego administracji

W środę po południu odbyć się miało spotkanie zespołu gospodarczego. Potem w programie zajęć Obama miał spotkanie w sprawie Iraku i Afganistanu z udziałem m.in. szefa Pentagonu Roberta Gatesa i doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Jamesa Jonesa.

O tym, jakie jeszcze kwestie Obama uznaje za najbardziej palące, świadczyć może to, że pierwszym przywódcą, z którym kazał się wczoraj połączyć, był prezydent Autonomii Palestyńskiej Mahmud Abbas. Potem prezydent zadzwonił jeszcze do premiera Izraela Ehuda Olmerta, do króla Jordanii Abdullaha oraz do prezydenta Egiptu Hosniego Mubaraka.

W tym samym czasie na Kapitolu trwał proces zatwierdzania nominowanych przez niego członków nowego gabinetu. Pierwszą “transzę” kandydatur Senat zatwierdził jeszcze we wtorek, a wczoraj większością głosów 94 do 2 zaaprobował nominację Hillary Clinton na szefową dyplomacji.

Tymczasem kilku sędziów oświadczyło wczoraj, że prezydent powinien ponownie złożyć przysięgę. Według konstytucjonalistów za pierwszym razem zarówno Barack Obama, jak i sędzia, który odbierał przysięgę, popełnili błędy. Niewykluczone więc, że trzeba będzie powtórzyć ceremonię, aby przysięga była ważna.

Rzeczpospolita

Druga przysięga Obamy

ika 22-01-2009, ostatnia aktualizacja 22-01-2009 10:58

Barack Obama złożył w środę po raz drugi przysięgę prezydencką po tym jak, we wtorek podczas inauguracji, pomylił formułę.

Druga przysięga Baracka Obamy
źródło: AFP
Druga przysięga Baracka Obamy

Przysięgę odebrał od Obamy w Białym Domu prezes Sądu Najwyższego John Roberts.

Wyjaśniono przy tym, że nie ma wątpliwości, iż Obama we wtorek został zaprzysiężony prawidłowo. Jednakże, ponieważ dokładny tekst przysięgi zawarty jest w konstytucji, powtórzono ją przez wzgląd na zachowanie ostrożności.

W ocenie prawników - pisze agencja AP - powtórzenie przysięgi prawdopodobnie nie było konieczne, ale też nie zaszkodzi.

Wtorkowe pomyłki wynikły z winy Robertsa. Sędzia, za którym Obama powtarzał złożony z 35 słów tekst przysięgi, recytował ją z pamięci i pomylił się przestawiając szyk słów w zdaniu. Zamiast: "Uroczyście przysięgam, że będę wiernie sprawował urząd prezydenta USA...", powiedział: "Uroczyście przysięgam, że będę sprawował urząd prezydenta USA wiernie".

Obama w tym momencie zawahał się, gdyż - jak się przypuszcza - sam znał tekst prawidłowo (jest z wykształcenia prawnikiem konstytucyjnym po Harvardzie). Dopiero gdy Roberts sam się skorygował, powtórzył za nim zdanie w całości - ale błędnie stawiając słowo "wiernie" na końcu.

Sędzie Roberts nie poniesie konsekwencji żadnych konsekwencji swojej pomyłki. Obama pocieszał go poklepując po ramieniu. W USA za taką pomyłkę nie można dymisjonować sędziego, bo jest to funkcja dożywotnia.

W historii USA dwukrotnie składali przysięgę, także z powodu niewielkich pomyłek, prezydenci Calvin Coolidge i Chester A. Arthur.

PAP

środa, 21 stycznia 2009

Pierwszy dzień Obamy: Zajmie się kryzysem i wycofaniem wojsk z Iraku

awe, Gazeta.pl
2009-01-21, ostatnia aktualizacja 2009-01-21 17:06
Zobacz powiększenie
Barack Obama tańczy z żoną podczas jednego z balów inauguracyjnych w Waszyngtonie
Fot. Charles Dharapak AP

- Dzisiaj świętujemy, ale od jutra zabieramy się do pracy - powiedział Barack Obama na balu wydanym przez Głównodowodzącego Armii USA, jednej z 10 oficjalnych imprez, na której świętowano jego inaugurację na prezydenta. W pierwszym dniu urzędowania w Białym Domu Obama ma się zająć kryzysem ekonomicznym i terminem wycofania wojsk z Iraku.

Zobacz powiekszenie
Fot. Charles Dharapak AP
Pierwszy dzień pracy Obama zaczął od mszy w waszyngtońskiej katedrze
Zobacz powiekszenie
Fot. RICHARD DREW AP
Czarny wtorek na giełdzie. Mimo inauguracji na Wall Street odnotowano rekordowe spadki
SERWISY
Barack Obama i jego żona Michelle zakończyli inauguracyjny dzień o 12. 45. Pierwsza para Ameryki opuściła wtedy ostatni z 10 oficjalnych, inauguracyjnych bali, na których pojawili się tego wieczora. Na pierwszym z nich Obamowie tańczyli do piosenki, którą śpiewała dla nich Beyonce.

Obama swój pierwszy dzień pracy w Białym Domu zaczął od porannej mszy w waszyngtońskiej katedrze. Na dziś nowy prezydent ma zaplanowane dwa spotkania. Z ekipą doradców ekonomicznych będzie ustalał szczegóły 900 -miliardowej pożyczki dla gospodarki.

- Kongres chce jak najszybciej zacząć pracę i przyjąć plan ratunkowy dla gospodarki. Na tym będziemy się skupiać w pierwszej kolejności - powiedział prezydent w wywiadzie dla telewizji ABC. Mimo inauguracyjnego entuzjazmu nowojorska giełda odnotowała wczoraj rekordowe spadki.

Ustalą, kiedy wyjść z Iraku

Później prezydent z najważniejszymi przedstawicielami Pentagonu omówi plan wycofania amerykańskich wojsk z Iraku. Według wcześniejszych obietnic, składanych jeszcze w kampanii wyborczej amerykańscy żołnierze mieliby opuścić Irak w ciągu 16 miesięcy.

- Prezydent twierdzi, że jest to realny termin - powiedział jego główny doradca David Axelrod w wywiadzie dla CNN. Zaznaczył jednak, że będzie on jeszcze dyskutowany z przedstawicielami armii. - Wszyscy zgadzamy się, że powinniśmy zmierzać w kierunku wycofania wojsk z Iraku. Będziemy dyskutować nad tym w jaki sposób się to stanie - dodał.

Według CNN w spotkaniu ma wziąć udział m.in. gen David Petraeus, głównodowodzący amerykańskich wojsk w Iraku i Afganistanie. Ma om przedstawić nowemu prezydentowi informacje o obecnej sytuacji w Afganistanie i Pakistanie. Zaproszeni na spotkanie są także sekretarz obrony Robert Gates i szef połączonych sztabów, admirał Mike Mullen. Obama ma też odbyć wideokonferencję z generałami dowodzącymi na dwóch frontach, w Afganistanie i Iraku.

Wysłannik na Bliski Wschód i Guantanamo

Pierwszą decyzją nowej administracji było jednak ogłoszone jeszcze wczoraj wstrzymanie na 120 dni procesów wobec podejrzanych o terroryzm więźniów Guantanamo.

- Sędziowie przyjrzą się prośbie - powiedział Jeffrey Gordon, rzecznik Departamentu Obrony.

Kolejną ze spodziewanych decyzji jest mianowanie wysłannika na Bliski Wschód, który ma reprezentować amerykańskiego prezydenta w rozmowach palestyńsko-izraelskich i obserwować warunki zawieszenia broni między obiema stronami konfliktu.

Rahm Emanuel, szef sztabu Białego Domu wydał dziś polecenie wszystkim urzędom i agencjom federalnym, aby wstrzymały podejmowanie decyzji aby nowa ekipa mogła się im przyjrzeć.

Prasa: Obama - kumpel Sarkozy'ego będzie jego rywalem

mm, PAP
2009-01-21, ostatnia aktualizacja 2009-01-21 12:56
Zobacz powiększenie
Obama podczas wizyty we Francji. Prezydent Nicolas Sarkozy jeszcze przed przybyciem do Paryża nazwał go swoim ''kolegą''
Fot. Jae C. Hong AP

Nowy prezydent USA Barack Obama może zepchnąć w cień na scenie międzynarodowej superaktywnego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy'ego - pisze prasa francuska.

Zobacz powiekszenie
Fot. REMY DE LA MAUVINIERE AP
Barack Obama w czasie spotkania z Nicolasem Sarkozy
SERWISY
"Amerykański kumpel"

"Amerykański 'kumpel' będzie dla Sarkozy'ego rywalem" - tytułuje swój artykuł dziennik "Le Figaro". "Obama prezydentem, Sarkozy na bocznym torze?" - pyta z kolei na swej stronie internetowej tygodnik "L'Express".

Według "Le Figaro", Sarkozy wykorzystał pustkę pozostawioną przez Stany Zjednoczone podczas kryzysu w Gruzji, podczas szczytu G20 w Waszyngtonie, a ostatnio także podczas konfliktu w Strefie Gazy, by "pod unijnym sztandarem przejąć rolę rozjemcy i reformatora światowego kapitalizmu". "Jego (Sarkozy'ego) aktywność będzie teraz musiała pójść na kompromis z nieuchronnie powracającym kierownictwem amerykańskim" - ocenia gazeta.

Obama zepchnie w cień Sarkozy'ego

"L'Express" zamieszcza natomiast opinię Philippe'a Brauda z Instytutu Nauk Politycznych w Paryżu, który ocenia, że objęcie urzędu przez Obamę "grozi zepchnięciem w cień Nicolasa Sarkozy'ego, choćby z powodu zainteresowania mediów, gdyż ciężaru gatunkowego jego kraju nie da się porównać z ciężarem Francji".

Braud przewiduje też "spektakularne zderzenie stylów" między "aktywnym, jeśli nie hiperaktywnym" Sarkozym a "zrównoważonym i głęboko rozważnym" Obamą. "Grozi to stałym kontrastem między impulsywnością jednego a siłą spokoju drugiego" - uważa politolog.

Oba tytuły podkreślają jednak, że Sarkozy aż rwie się do współpracy z Obamą. W dniu jego inauguracji oświadczył, że "spieszno mu zabrać się do pracy i zacząć zmieniać z nim (tzn. z Obamą) świat" - pisze "L'Express".

"Zgadzali się we wszystkim"

"Le Figaro" wybija natomiast fakt, że po spotkaniu z Obamą w lipcu 2008 roku Sarkozy oświadczył, iż "zgadzali się we wszystkim".

Dziennik pisze, że między starym i nowym kontynentem wieją obecnie przychylne wiatry. "Po raz pierwszy od bardzo dawna kwestia transatlantycka nie jest problemem" - cytuje gazeta francuskiego sekretarza stanu ds. unijnych Bruno Le Maire'a.

Według "Le Figaro" obiecujące zbliżenie stanowisk zarysowuje się m.in. w sferze walki ze zmianami klimatu. Dużo mniej optymistycznie wyglądają natomiast perspektywy działań w sferze reformy światowego kapitalizmu, handlu i reorganizacji wielkich instytucji, takich jak ONZ, MFW czy Światowa Organizacja Handlu. Entuzjazmu po tej stronie oceanu nie budzi także deklarowana przez Obamę chęć wznowienia dialogu z Iranem.

"Pierwsze spotkanie między prezydentami Sarkozym i Obamą jest przewidziane 2 kwietnia podczas szczytu G20 w Londynie(...) Prezydent Republiki wie jednak, że nie może być priorytetem dla swego nowego partnera, zaabsorbowanego przede wszystkim sprawami wewnętrznymi" - kończy swój artykuł "Le Figaro".

Na polecenie Obamy wstrzymano procesy w Guantanamo

alx, PAP, IAR
2009-01-21, ostatnia aktualizacja 2009-01-21 08:01

Prezydent Barack Obama w jednej ze swoich pierwszych decyzji nakazał prokuratorom, by doprowadzili do zawieszenia na 4 miesiące procesów więźniów Guantanamo.

Zobacz powiekszenie
Fot. Jae C. Hong AP
Przemówienie Baracka Obamy
Zobacz powiekszenie
Fot. BRIAN SNYDER REUTERS
Tłumy na ulicach Waszyngtonu gromadziły się od samego rana
GALERIA ZDJĘĆ
Prokuratorzy mieli wystąpić do wojskowych trybunałów o wstrzymanie toczących się tam procesów. Polecenie zostało wykonane natychmiast. Wnioski już zostały złożone. Dotyczą one 21 postępowań, w tym procesów 5 więźniów oskarżonych o udział w planowaniu zamachów terrorystycznych z 11 września. Dziś jeszcze sędziowie wojskowi mają podjąć decyzję w sprawie ewentualnego zawieszenia procesów.

Podczas kampanii wyborczej Barack Obama obiecywał zamknięcie Guantanamo, które - według niego - stało się symbolem łamania przez USA praw człowieka. Już po wyborze na prezydenta Obama podtrzymał swoją zapowiedź zaznaczając jednak, że zapewne nie zamknie więzienia w Guantanamo w ciągu stu pierwszych dni prezydentury. - To bardziej skomplikowane, niż wielu ludzi sądzi - wyjaśnił.
W ciągu najbliższych czterech miesięcy rządowi prawnicy mają dokonać analizy obecnych procedur postępowania z więźniami wojny z terroryzmem i ewentualnie opracować nowe.

wtorek, 20 stycznia 2009

Trzy błędy w przysiędze Obamy - padło wezwanie do powtórki

msnbc.msn.com/"San Francisco Chronicle", PH/17:56

Barack Obama

Podczas składania prezydenckiej przysięgi przez Baracka Obamę doszło do zgrzytu. W trakcie wypowiadania zwyczajowej formuły, Obama zapomniał kilku słów, co było wynikiem błędnego podyktowania mu fragmentu przysięgi. Jak się okazuje, podczas składania przysięgi, zostały popełnione trzy błędy, które wypaczyły jej treść.
Pełna treść prezydenckiej przysięgi brzmi: "Uroczyście przysięgam, że będę z oddaniem wypełniał urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by dochować, chronić i bronić Konstytucji Stanów Zjednoczonych".


Obama w pewnym momencie zapomniał treści przysięgi, którą powtarzał za prezesem Sądu Najwyższego Johnem Robertsem. Chodzi o fragment: "z oddaniem wypełniał urząd prezydenta". Obama wypowiedział te słowa, po ponownym ich przypomnieniu przez Robertsa. Roberts sam wcześniej pomylił kolejność słów, co spowodowało, że Obama przerwał na chwilę składanie przysięgi. Słowa "z oddaniem" miały paść bowiem przed "wypełniał urząd prezydenta", a Roberts wypowiedział je w sposób: "wypełniał urząd prezydenta z oddaniem".

Drugim błędem była pewna subtelność gramatyczna związana ze specyfiką języka angielskiego. Roberts popełnił następnie pomyłkę gramatyczną – powiedział "the Office of President to the United States" zamiast "of the United States". Obama wszedł Robertsowi w słowo już podczas pierwszych słów przysięgi, co było prawdopodobnie przyczyną rozproszenia uwagi sędziego.

Na samym końcu sędzia popełnił trzeci błąd, pytając Obamę: "Tak ci dopomóż Bóg?". Obama odpowiedział ze swej strony: "Tak mi dopomóż Bóg". Tymczasem słów "Tak mi dopomóż Bóg" nie ma w treści przysięgi i sędzia nie powinien był w ogóle zadać takiego pytania, ponieważ użycie tych słów ma charakter dobrowolny, a nie obowiązkowy.

W związku z pomyłkami w trakcie składania przysięgi, kilku sędziów zajmujących się prawem konstytucyjnym oświadczyło, że Obama powinien ponownie złożyć przysięgę prezydencką.

Kwestię przysięgi dokładnie reguluje amerykańska konstytucja, która stwierdza, że prezydent-elekt "powinien złożyć przysięgę, zanim zacznie wykonywać obowiązki prezydenta".

- Ponowne złożenie przysięgi zajęłoby 30 sekund i nie musi odbyć się w sposób publiczny. To nic takiego, Obama powinien jednak powtórzyć przysięgę na wszelki wypadek – przekonuje Jack Beermann, zajmujący się monitorowaniem decyzji Sądu Najwyższego. – Obama powinien złożyć dokładnie taką samą przysięgę, jak jego 43 poprzedników na stanowisku prezydenta USA – podkreśla.

Taki przypadek miał już miejsce dwukrotnie w historii USA. Przysięgi dwukrotnie składali prezydenci Calvin Coolidge i Chester Arthur, dokładnie w takich samych okolicznościach, jak w przypadku Obamy.

Media o przemówieniu Obamy: "Bez udawania", "Bywało lepiej"

asz, mm, PAP
2009-01-21, ostatnia aktualizacja 2009-01-21 13:24

"Bez tromtadracji, szowinizmu i udawanych uczuć", lecz z odwołaniem się do intelektu - tak inauguracyjne przemówienie Baracka Obamy podsumował "Financial Times". Z kolei publicysta "Timesa" nazwał mowę "powściągliwą". Najbardziej krytyczne były media włoskie. "La Stampa" napisała, że było to "słabe przemówienie w stylu gospel".

Zobacz powiekszenie
Fot. Elise Amendola AP
Barack Obama składał przysięgę trzymając dłoń na tzw. Biblii inauguracyjnej Abrahama Lincolna
GALERIA ZDJĘĆ
SERWISY
Przemówienie Baracka Obamy >>

"Obama dał jasno do zrozumienia, że jego inauguracja oznacza pogrzebanie nie tylko prezydentury George'a W. Busha, ale także neokonserwatywnego podejścia do polityki zagranicznej i nieingerencji rządu w gospodarkę" - podkreślił z kolei brytyjski "The Guardian".



Dziennik uwypuklił fragment przemówienia skierowany do świata muzułmańskiego, nazywając go "najbardziej dramatycznym". "Po ośmiu latach, w których Bush systematycznie demonizował muzułmanów i traktował ich jak głupków, często używając języka zaczerpniętego z Biblii (...), Obama zaoferował im nową perspektywę opartą na wspólnocie interesów i wzajemnym poszanowaniu" - napisał publicysta "Guardiana".

"The Times": Przemówienie było powściągliwe

Publicysta "Timesa" Daniel Finkelstein uznał, że przemówienie Obamy zakreśla granice tego, czego można oczekiwać po jego prezydenturze i nazwał je "powściągliwym". "Inauguracyjne przemówienie Obamy było przejawem sterowania oczekiwaniami. Już teraz uczula on swych zwolenników, by zrozumieli granice możliwych zmian i ograniczenia, którym podlega (...). Zwycięstwo Obamy było szeroko postrzegane jako początek nowej ery ambicji i optymizmu. Należy się przygotować na coś zgoła przeciwnego" - podkreślił Finkelstein.



Słowa Obamy świadczą o jego pokorze

W ocenie "Financial Times Deutschland" inauguracyjne przemówienie Obamy było skierowane do "wszystkich obozów i miało zamknąć stare rany". "Nawet ranę Wietnamu. Mimochodem Obama wymienił jedną z bitew wojny wietnamskiej, która rozdarła naród, w jednym rzędzie z symbolicznymi bitwami wojny o niepodległość i II wojny światowej" - zauważa "FTD"; chodziło o bitwę o Khe Sanh, która toczyła się od 1 stycznia do 8 kwietnia 1968 roku.

Według dziennika "Sueddeutsche Zeitung" "patetyczne słowa Obamy świadczą o pokorze, która nie jest czymś oczywistym dla prezydenta". "On wydaje się słuchać, a nie tylko rozkazywać. Wydaje się kimś, z kim można się spierać, a nie kimś, kto wszystko już wie" - ocenia gazeta. CZYTAJ WIĘCEJ>>

"Il Giornale": Liczyliśmy na więcej

Krytycznie do przemówienia Obamy odniósł się komentator włoskiej "La Stampa" . "Obama miał wczoraj okazję powiedzieć coś niezapomnianego, jak to uczynili Roosevelt, Kennedy, Reagan i sam Clinton, ale jego przemówienie okazało się mniej błyskotliwe od tych, wygłoszonych w czasie kampanii wyborczej" - napisał. Według "La Stampy" mowa Obamy była "wyrywkowa i poetycka, prawie w stylu gospel".

Jeszcze ostrzej wypowiedział się publicysta wydawanego przez rodzinę Silvio Berlusconiego "Il Giornale". W pełnym złośliwości artykule autor napisał, że "Obama powinien chociaż powiedzieć: 'I have a dream', albo posłużyć się jakimś reklamowym sloganem".