Grażyna J. Leśniak 27-07-2009, ostatnia aktualizacja 27-07-2009 06:48
Dyrektor Izby Skarbowej w Warszawie zapłaci spółce ponad 200 tys. zł tytułem zwrotu kosztów pomocy prawnej, po którą musiała sięgnąć, by obronić się przed niesłuszną decyzją fiskusa
Tak orzekł XXV Wydział Cywilny Sądu Okręgowego w Warszawie, a jego wyrok jest już prawomocny (sygn. akt XXV C 1415/08). To dobry znak i precedensowa sprawa – twierdzą zgodnie eksperci prawa podatkowego. Bo orzeczenie sądu jest dowodem na to, że administracja podatkowa nie może czuć się bezkarna. Daje też nadzieję na przełamanie lęku podatników przed dochodzeniem odszkodowań od Skarbu Państwa.
W obronie podatnika
Mazowiecka spółka wystąpiła 12 grudnia 2008 r. o zasądzenie od Skarbu Państwa, reprezentowanego przez dyrektora warszawskiej Izby Skarbowej, ponad 173 tys. zł z odsetkami – tytułem naprawienia szkody, jaką wyrządziła wydana przez dyrektora ostateczna decyzja. Jej nieważność prawomocnie stwierdził Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie w wyroku z 23 stycznia 2008 r. oraz poprzedzająca ją decyzja dyrektora Urzędu Kontroli Skarbowej uchylona tym samym wyrokiem.
Według spółki wysokość szkody to kwota wydatków poniesionych przez nią na wynagrodzenie profesjonalnych pełnomocników (prawników z kancelarii prawnej Chadbourne & Parke), z których pomocą broniła swoich praw w długotrwałych i skomplikowanych postępowaniach administracyjnych i sądowo-administracyjnych. Trwały one prawie cztery lata. Nie obeszło się bez egzekucji oraz wzywania członków zarządu spółki do Urzędu Kontroli Skarbowej w charakterze podejrzanych w sprawie uszczupleń w VAT za grudzień 1999 r. Dyrektor UKS w Warszawie określił je w decyzji na kwotę 988 754 zł plus odsetki za cztery lata. Roszczenie spółki stanowiło zatem zaledwie część bezprawnie dochodzonych przez organy podatkowe i egzekucyjne należności.
Zaniechanie obrony i zapłata nienależnego VAT, tak jak żądał fiskus, mogłyby spowodować zapaść finansową firmy, a nawet doprowadzić do jej upadłości. Dlatego, jak twierdziła spółka, zmuszona była szukać wysokiej jakości profesjonalnej pomocy prawnej. Wynagrodzenie prawników stanowiło lwią część zasądzonego na rzecz spółki odszkodowania. A ponieważ ta sama kancelaria reprezentowała ją przed Sądem Okręgowym, to zasądzona kwota przekroczyła 200 tys. zł.
Dyrektor izby próbował zakwestionować koszty poniesione na profesjonalnych pełnomocników w celu obrony przed fiskusem. Twierdził bowiem, że prowadząc działalność gospodarczą, spółka z ograniczoną odpowiedzialnością musi się liczyć z kosztami obsługi prawnej w celu ochrony swoich interesów i być na nie finansowo przygotowana.
Sąd nie podzielił jednak jego argumentów.
Fiskus nie może przerzucać ryzyka
Według sądu państwo co do zasady może odpowiadać za niezgodne z prawem decyzje. „Przerzucenie ryzyka konsekwencji finansowych za uznane za bezprawne decyzje fiskusa na obywateli czy firmy nie wydaje się stosowne w sytuacji, gdy angażują oni dla skutecznej obrony swoich racji kosztownych fachowców” – czytamy w uzasadnieniu wyroku.
Co więcej, zdaniem sądu błędne byłoby założenie, że strona ma trwać w bezczynności, a dopiero potem dochodzić odszkodowania. Logika wymaga, aby czynności obronne podejmowane były w stosownym czasie. Poniesione przez spółkę koszty były zatem w ocenie sądu okręgowego naturalną konsekwencją skutecznej obrony przed decyzją dyrektora Izby Skarbowej w Warszawie wydaną z naruszeniem prawa.
Problem polega na tym, że związek wydatków na pomoc prawną, świadczoną czy to przez radców prawnych, czy doradców podatkowych, z uzyskiwanymi przez podatników przychodami nie zawsze jest tak oczywisty dla organów podatkowych. Stąd stałą praktyką fiskusa jest kwestionowanie prawa firm do zaliczenia w koszty podatkowe tego rodzaju wydatków. Niestety, w tej kwestii nie jest jednoznaczne także orzecznictwo sądów administracyjnych.
Nie wiadomo, ile podobnych wyroków zapada w całym kraju i ile musi płacić Ministerstwo Finansów. Nikt bowiem nie prowadzi takiej ewidencji.
Opinia: Grażyna Tomiczek, doradca podatkowy z PricewaterhouseCoopers
Począwszy od 2007 r., podatnicy mają dużo większe pole do obrony przy zaliczaniu wydatków związanych z bieżącą obsługą prawną do kosztów uzyskania przychodów w podatku dochodowym. Oczywiście każdy wydatek musi być analizowany indywidualnie. Z udostępnianiem opinii prawnych przygotowanych dla podatnika byłabym jednak ostrożna. Zawsze można się też powołać na poufność zawartych w niej danych (wynikającą z przepisów o tajemnicy zawodowej doradzającego) i ograniczyć się do udostępnienia kilku stron niezawierających informacji wrażliwych. Można też poprosić prawnika czy doradcę podatkowego o przygotowanie podsumowania opinii bez wchodzenia w szczegóły. Sama opinia nie jest jedynym sposobem dokumentowania faktu poniesienia tego wydatku.
Meksyk wygrał w East Rutherford koło Nowego Jorku z USA 5:0 (0:0) w finale turnieju o Złoty Puchar CONCACAF - piłkarskich mistrzostw strefy Ameryki Północnej, Środkowej i Karaibów
Fot. Bill Kostroun AP
Fot. Mel Evans AP
Fot. Bill Kostroun AP
Meksykanie sprawili dużą niespodziankę wygrywając aż 5:0 z triumfatorem dwóch poprzednich edycji turnieju o Złoty Puchar CONCACAF. Mecz rozstrzygnął się na początku drugiej połowy, gdy w ciągu dziesięciu minut gospodarze stracili trzy bramki po trafieniach Gerardo Torrado, Giovaniego Dos Santos i Carlosa Veli.
Na stadionie w East Rutherford zasiadło aż 79 tys. kibiców, z których większość dopingowała zespół Meksyku.
Bramki: Gerardo Torrado (56-karny), Giovani Dos Santos (62), Carlos Vela (66), Jose Antonio Castro (79), Guillermo Franco (90). Czerwona kartka: Jay Heaps (USA, 88).
Sztafeta Holandii 4x100 metrów stylem dowolnym, płynąca w składzie Inge Dekker, Ranomi Kromowidjojo, Femke Heemskerk i Marleen Veldhuis ustanowiła w niedzielnym finale rzymskich MŚ rekord świata - 3.31,72
W tym samym wyścigu płynąca na pierwszej zmianie Niemka Britta Stefen wymazała z tabel dotychczasowy własny rekord rekord globu na 100 m dowolnym uzyskując 52,22. 27 czerwca w Berlinie Steffen zanotowała rekordowy wynik 52,56.
Holenderki Inge Dekker, Ranomi Kromowidjojo i Femke Heemskerk po pobiciu rekordu świata PAP
Sześć rekordów świata padło w niedzielę podczas odbywających się w Rzymie 13. Mistrzostw Świata w Pływaniu. Cztery z nich widzowie oglądali w finałach konkurencji, pozostałe w wyścigach półfinałowych.
Faworytka gospodarzy Federika Pellegrini nie zawiodła oczekiwań i na basenie w Foro Italico zdobyła złoty medal na 400 metrów stylem dowolnym i jako pierwsza kobieta w historii zeszła poniżej czterech minut uzyskując 3.59,15. To ósmy rekord świata Włoszki w karierze. Poprzedni rekord Pellegrini na tym dystansie - 4.00,41, został ustanowiony 27 czerwca w Peskarze.
W tej samej konkurencji mężczyzn najlepszym, z rekordem świata - 3.40,07, okazał się Niemiec Paul Biedermann. Zacięta była walka o złoty medal w sztafecie 4x100 m stylem dowolnym kobiet. Czas 3.31,72 uzyskany przez Holenderki Inge Dekker, Ranomi Kromowidjojo, Femke Heemskerk i Marlenn Veldhuis to rekord świata. Drugi rekord globu w tym wyścigu ustanowiła płynąca na pierwszej zmianie Niemka Britta Steffen - 52,22. Jej własny rekord z 27 czerwca z Berlina był o 0,34 s gorszy. O rekord świata w półfinale rywalizacji na 100 metrów stylem motylkowym postarała się zaledwie 15-letnia Szwedka Sarah Sjostrom - 56,44. Aspiracje do złotego medalu w poniedziałkowym finale zgłosiła Amerykanka Ariana Kukors przepływając w niedzielę 200 m stylem zmiennym w 2.07,03.
Złoty medal w sztafecie 4x100 metrow przypadł Amerykanom (na pierwszej zmianie płynął ośmiokrotny triumfator olimpijski z Pekinu Michael Phelps). Po pasjonującej walce pływacy USA pokonali Rosję oraz Francję. To 18 złoty medal mistrzostw świata w kolekcji 14-krotnego złotego medalisty olimpijskiego i pierwszy z sześciu możliwych do zdobycia w Rzymie przez 24-letniego Amerykanina.
W pierwszym dniu żadnemu z ósemki startujących Polaków nie udało się przejść do dalszej fazy mistrzostw świata. Sztafeta 4x100 m pobiła rekord Polski stylem dowolnym mężczyzn - 3.16,35. O jedną setną lepiej od dotychczasowego rekordu popłynął też Marcin Babuchowski (Trójka Łódź) - 24,40 - 63. pozycja. Na koniec sesji Konrad Czerniak (Wisła Puławy), Marcin Tarczyński (Polonia Warszawa), Łukasz Gąsior (AZS AWF Warszawa) i Mateusz Stawiński (Śląsk Wrocław), rezultatem 3.16,35 pobili rekord kraju (3.21,03) sztafety AZS AWF Warszawa z 4 kwietnia 2008 roku. Zajęli jednak 13. miejsce i nie wystąpią w finale. Paweł Korzeniowski (AZS AWF Warszawa) był dopiero 48. na 50 metrów stylem motylkowym.
Ze startujących w niedzielę reprezentantów Polski najwyżej sklasyfikowana była Paula Żukowska (Zryw Opole), która z wynikiem 4.16,64 była 31. na 400 m stylem dowolnym. Dwie lokaty niżej na 200 m stylem zmiennym znalazła się Karolina Szczepaniak (AZS AWF Warszawa) - 2.16,52, a na 37. pozycji - Anna Kowalczyk (Korner Zielona Góra) - 2.17,06.
wyniki niedzielnych finałów:
kobiety 400 metrów stylem dowolnym 1. Federica Pellegrini (Włochy) 3.59,15 (rekord świata) 2. Joanne Jackson (W.Brytania) 4.00,60 3. Rebecca Adlington (W.Brytania) 4.00,79 4. Allison Schmitt (USA) 4.02,51 5. Coralie Balmy (Francja) 4.03,29 6. Camelia Potec (Rumunia) 4.03,41 7. Ophelie-Cyrielle Etienne (Francja) 4.04,54 8. Lotte Friis (Dania) 4.07,62 4 x 100 metrów stylem dowolnym 1. Holandia 3.31,72 (rekord świata) (Inge Dekker, Ranomi Kromowidjojo, Femke Heemskerk, Marleen Veldhuis) 2. Niemcy 3.31,83 (Britta Steffen - 52,22 (rekord świata), Daniela Samulski, Petra Dallmann, Daniela Schreiber 3. Australia 3.33,01 (Lisbeth Trickett, Marieke Guehrer, Shayne Reese, Felicity Galvez) 4. USA 3.35,23 5. Szwecja 3.35,35 6. Chiny 3.35,63 7. W.Brytania 3.36,99 8. Węgry 3.39,53 mężczyźni 400 m stylem dowolnym 1. Paul Biedermann (Niemcy) 3.40,07 (rekord świata) 2. Oussama Mellouli (Tunezja) 3.41,11 3. Zhang Lin (Chiny) 3.41,35 4. Peter Vanderkaay (USA) 3.43,20 5. Mads Glaeser (Dania) 3.44,40 6. Gergo Kis (Węgry) 3.46,30 7. Ryan Cochrane (Kanada) 3.46,60 8. David Davies (W.Brytania) 3.47,02 4x100 m stylem dowolnym 1.USA 3.09,21 (Michael Phelps, Ryan Lochte, Mattew Grevers, Nathan Adrian) 2. Rosja 3.09,52 (Jewgienij Łagunow, Andriej Greczyn, Daniło Izotow, Aleksander Suchorukow) 3. Francja 3.09,89 (Fabien Gilot, Alain Bernard, Gregory Mallet, Frederick Bousquet) 4. Brazylia 3.10,80 5. Włochy 3.11,93 RPA 3.11,93 7. W.Brytania 3.12,09 8. Australia 3.12,40
Sztafeta USA zwyciężyła w finale wyścigu 4x100 m st. dowolnym podczas mistrzostw świata w pływaniu w Rzymie.
Amerykanie w składzie Michael Phelps, Ryan Lochte, Mattew Grevers, Adrian Nathan zwyciężyli z czasem 3.09,21 ustanawiając w ten sposób nowy rekord mistrzostw świata. Poprzedni rekord (3.11,26) należał do Brazylijczyków a został ustanowiony w półfinale tego wyścigu w niedzielę rano.
Ekipa USA, aktualni mistrzowie olimpijscy z Pekinu, obroniła w ten sposób drugi raz z rzędu złoty medal mistrzostw świata. Amerykanie stawali na najwyższym stopniu podium w Melbourne (2007 r.) i Montrealu (2005 r.).
Aleksandra Dawidowicz i Maja Włoszczowska na podium MP (fot. Onet.pl)
Trener Andrzej Piątek mówi o niej "kolarz kompletny" i wróży jej świetlaną przyszłość. Do srebrnego medalu olimpijskiego dołożyła ostatnio złoty - z mistrzostw Europy. Przed nią kolejne wyzwania - wrześniowe mistrzostwa świata oraz igrzyska w Londynie. Maja Włoszczowska ma wszystko, by przez lata dominować w światowym kolarstwie i stać się megagwiazdą polskiego sportu.
O mistrzostwach Europy w holenderskim Zoetermeer powiedziała już wszystko. Gościła w większości stacji telewizyjnych. Z nami, pomimo natłoku zajęć, zgodziła się porozmawiać w przeddzień wyścigu o mistrzostwo Polski. W spotkaniu wzięły udział także młodzieżowa mistrzyni Europy Aleksandra Dawidowicz oraz czołowa zawodniczka Starego Kontynentu, Magdalena Sadłecka.
- Obowiązków ostatnio nie brakowało - przyznaje Maja Włoszczowska. - W trakcie sezonu rzadko zdarza się, że przez tydzień jesteśmy w Polsce. Korzystając z naszej obecności, różni ludzie chcą załatwiać swoje interesy, natomiast kolarz musi przede wszystkim trenować i odpoczywać. Następny wyścig, Puchar Świata, mamy w Kanadzie, co z kolei wiąże się z koniecznością wyjazdu po wizy i tym sposobem w tygodniu, który miał teoretycznie być spokojny, nagromadziło się tyle spraw, że od kilku dni nie mamy ani chwili wolnego.
Po powrocie z Holandii udzieliła pani wielu wywiadów. Jakie pytanie powtarzało się najczęściej?
M.W.: Zdecydowanie, jak przebiegał wyścig - jak to się stało, że dojechałam do mety jako pierwsza. I czy w ten sposób zrewanżowałam się rywalkom za igrzyska olimpijskie.
Pojawiały się także zaskakujące pytania...
M.W.: Ludzie chcą usłyszeć różne rzeczy. Pytano mnie na przykład, czy zdarzyło mi się wsiąść na rower po spożyciu alkoholu. Owszem, słyszałam o sportowcach, którzy mają na koncie takie wybryki, ale przecież sportowcy to też ludzie. Lepiej jednak na rower nie wsiadać albo przynajmniej robić to wtedy, gdy nie widać, że się wcześniej piło (śmiech).
Złoty medal mistrzostw Europy oznacza dla pani jeszcze większą presję ze strony kibiców. Od najlepszej zawodniczki na Starym Kontynencie będzie się oczekiwać tylko zwycięstw. Każda inna lokata może być odbierana jako porażka...
M.W.: Tak naprawdę presja pojawiła się już po Pekinie. Sugerowano, że początek sezonu poolimpijskiego miałam kiepski, chociaż w rzeczywistości przydarzyły się tylko dwie małe wpadki - w Pucharach Świata, które ukończyłam w drugiej dziesiątce. Pozostałe wyniki były bardzo dobre: Puchary Świata, silnie obsadzony wyścig w RPA, Grand Prix. Nie zeszłam poniżej pewnego poziomu, a szczyt formy szykowałam na mistrzostwa Europy i wrześniowe mistrzostwa świata.
Andrzej Piątek o Mai Włoszczowskiej
"Majka to 'model mistrza' - zarówno jeśli chodzi o parametry wydolnościowe, jak i 'głowę'. To jest kolarz kompletny, taki talent trafia się raz na ileś lat. Moim zdaniem musi nadejść czas dominacji Majki w światowym kolarstwie, tym bardziej, że ma dopiero 25 lat i tak naprawdę wszystko przed nią".
Po raz ostatni aktualna mistrzyni Europy wywalczyła tęczową koszulkę mistrzyni świata w 2005 roku. Był to ostatni rok dominacji Norweżki Gunn Rity Dahle, najbardziej utytułowanej zawodniczki początku XXI wieku. Czy we wrześniu po złoty medal mistrzostw świata sięgnie Maja Włoszczowska i tym samym zapoczątkuje nową erę w kolarstwie górskim?
M.W.: Konkurencja jest silna. Owszem, są w stawce zawodniczki, które zbliżają się do końca kariery, ale nie brakuje również młodych. Po ubiegłorocznym zwycięstwie w Pucharze Świata w Schladming zamarzyłam o tym, by zostać numerem jeden na dłużej. Wiem, że jest to niesamowicie trudne - trzeba przez 24 godziny na dobę, 365 dni w roku być skoncentrowanym na tym celu i tak naprawdę nie ma kiedy odpoczywać. Ale na pewno zdobycie dwóch tytułów mistrzowskich w jednym roku jest możliwe i kto wie, może to będzie mój cel... Przypięto mi łatkę "srebrnej Mai" i jeśli mówimy o "srebrze" w kontekście wicemistrzostwa olimpijskiego - chętnie wezmę medal w tym kolorze w Londynie. Natomiast faktem jest, że do tej pory Polska nie miała w dorobku złotego medalu w imprezie mistrzowskiej w kategorii elity i może moje zwycięstwo w Zoetermeer będzie przełomowe.
Do wydarzenia bez precedensu może natomiast dojść, jeśli rywalizację w kategorii młodzieżowej podczas mistrzostw świata w Australii wygra Aleksandra Dawidowicz, aktualna mistrzyni Europy do lat 23.
Aleksandra Dawidowicz: Nie ukrywam, że moim marzeniem jest zdobycie mistrzostwa świata. Niekoniecznie w kategorii młodzieżowej, ale na pewno na zakończenie startów w U-23 będzie to teoretycznie najłatwiejsze. Po wyraźnym zwycięstwie w Holandii na pewno będę wymieniana jako główna faworytka, ale łatwo nie będzie. Tym niemniej, głęboko wierzę w złoty medal i tęczową koszulkę. Wspaniale byłoby jeździć już do końca kariery z "paskami" na koszulce (przywilej taki przysługuje mistrzom świata - red.).
Według trenera Andrzeja Piątka to, co pokazała pani na mistrzostwach Europy młodzieżowców, wystarczyłoby na podium wśród seniorek. Czy jest pani już gotowa do rywalizacji z najlepszymi zawodniczkami świata?
A.D.: Pokażą to najbliższe zawody. Na pewno chciałabym jak najszybciej dołączyć do światowej czołówki i pozostać w niej na dłużej. Kilka okazji do zmierzenia się z najlepszymi będę miała jeszcze w tym roku.
Po srebrnym medalu olimpijskim, a ostatnio po zwycięstwie w mistrzostwach Europy na forach pojawiły się głosy fanów chcących w nietypowy sposób wyrazić uznanie dla Mai Włoszczowskiej. Jeśli deklaracje zostaną zrealizowane, a pani będzie odnosić kolejne sukcesy - najpopularniejszym żeńskim imieniem będzie Maja...
M.W.: Rzadko zaglądam na fora internetowe. Oprócz bardzo miłych i pochlebnych opinii zdarzają się nieprzyjemne i niesprawiedliwe. Jeśli jesteśmy już przy niecodziennych zachowaniach kibiców, jakiś czas temu otrzymałam propozycję zostania matką chrzestną dziewczynki - Mai. To bardzo wzruszające, ale jako zupełnie obca osoba nie mogłam wziąć na siebie takiego obowiązku.
Przynajmniej dziesięć miesięcy w roku spędzają panie poza domem. Zgrupowania, treningi, starty - cały czas pod okiem Andrzeja Piątka. Jakie relacje panują na linii trener - zawodniczki?
M.W.: Ostatnio to określenie jest nadużywane, ale w przypadku naszej drużyny możemy mówić jak o rodzinie. Nawet do chłopaków z obsługi zwracamy się per "siostry" (śmiech).
A.D.: Zdecydowanie, CCC Polkowice to nasza druga rodzina, a trener jest super!
Magdalena Sadłecka: Przerwa pomiędzy sezonami trwa jakieś półtora miesiąca. W tym czasie spotykamy się rzadko, ale tak naprawdę - nie mamy na to czasu.
A.D.: Na pewno są chwile, kiedy za sobą tęsknimy, ale mamy świadomość, że kiedy się spotkamy - znów będziemy ze sobą prawie cały rok bez przerwy, od rana do wieczora.
M.W.: Jeśli chodzi o trenera - wszystkie moje sukcesy, wszystko to, co osiągnęłam w kolarstwie, zawdzięczam jemu. Trenerzy nie dostają medali, statuetek, a Andrzej Piątek na pewno na nie zasługuje. Stąd pomysł, by dzielić się z nim swoimi trofeami (Maja Włoszczowska przekazała trenerowi Piątkowi swoją statuetkę za 6. miejsce w plebiscycie "Przeglądu Sportowego" - red.). Na nasze sukcesy ciężko pracuje cały sztab: trener, "Grzesio" (Grzegorz Dziadowiec, asystent - red.), "Mario" (Mariusz Rajzer, masażysta), "Hubi" (Hubert Grzebinoga, mechanik), a wszystkie laury zbieramy my. A o trenerze Piątku mogę powiedzieć, że jest moim przyjacielem.
Pani słabością jest czekolada z orzechami. Czy w trakcie sezonu może sobie pani pozwolić na takie "rarytasy"?
M.W.: Bardzo rzadko, niestety. Chociaż czasem, przed wyścigiem... No dobrze, muszę się przyznać, że zdarza nam się wyskoczyć na "ucztę" (deser McFlurry - red.).
"Jeśli chodzi o życie prywatne - mam dwóch chłopaków - 'górala' i rower szosowy" - powiedziała pani w jednym z wywiadów...
M.W.: To takie wymigiwanie się od prawdziwej odpowiedzi. Taka się spodobała dziennikarce, więc się udało (śmiech).
A.D.: Tak naprawdę na wszystko jest czas i jeśli spotka się właściwą osobę, kariera sportowa nie stanowi przeszkody.
M.W.: Tryb życia, jaki prowadzimy, sprawia, że mamy ograniczone możliwości, żeby poznawać ludzi. Jeśli już uda się poznać tę "drugą połowę" - czas się znajdzie. Zawsze przecież można jeździć razem na zgrupowania - tak mi się przynajmniej wydaje.
Ulubionym filmem Mai Włoszczowskiej jest "Za wszelką cenę" Clinta Eastwooda. Główna bohaterka jest osobą niezwykle zdeterminowaną i dąży do zrealizowania życiowego celu. W pani przypadku celem jest złoty medal olimpijski. Zakładając, że zdobędzie go pani w Londynie - co dalej?
M.W.: Na razie o tym nie myślę. Nie chcę rozpraszać swojej uwagi, bo jeśli to zrobię, niepotrzebnie stracę część energii. A żeby dojść do celu - będę potrzebować całej energii (śmiech).
A.D.: Ja też chcę "złoto" olimpijskie.
M.W.: Ale to na następnych igrzyskach. Teraz wystarczy Ci "srebro".
A.D.: Ja chcę już teraz!
Trener Andrzej Piątek jest w komfortowej sytuacji - ma do dyspozycji trzy zawodniczki ze światowej czołówki wśród elity i najlepszą w kategorii młodzieżowej. W przyszłym sezonie, kiedy Aleksandra Dawidowicz będzie jeździć w elicie, pojawi się problem bogactwa.
M.W.: Tak szczerze - myślę, że będzie kłopot. Na igrzyskach w Londynie będą mogły pojechać tylko dwie Polki. W tym momencie kandydatek jest pięć - oprócz nas na pewno Ania Szafraniec i Paula Gorycka. Eliminacje niestety nie będą przyjemne. Przykład innych krajów pokazuje, że takie kwalifikacje przynoszą czasem efekt odwrotny do zamierzonego. Zawodniczki były w dobrej formie na początku sezonu, wywalczyły kwalifikację, a później forma uciekła. Zatem sytuacja jest bardzo niekorzystna. Chociaż, mam nadzieję, że system eliminacji jeszcze się zmieni i do Londynu pojadą trzy reprezentantki Polski...
Na trwających właśnie mistrzostwach świata w pływaniu na rzymskim Foro Italico, Tom Daley teoretycznie nie miał szans na złoto, bo przeciwnikami byli dwaj Chińczycy Qiu Bo i Zhou Luxin oraz mistrz olimpijski Matthew Mitcham z Australii. Jednak w ostatniej kolejce Daley wykonał skok życia, zupełnie jak Mitcham w Pekinie, którym wydarł zwycięstwo Zhou. Daley oddał dość łatwy skok - potrójne salto w tył - ale perfekcyjnie przeprowadzony. Rywale nie dali rady - wszystkie trzy skoki zakończyły się wielkim chlupnięciem wody.
Daley wywołał burzę na świecie już rok temu - został najmłodszym reprezentantem Wielkiej Brytanii na igrzyska w Pekinie od 1960 roku. W Kostce Wody zajął rozczarowujące siódme miejsce. W ojczyźnie dziennikarze mimo wszystko obwołali go bohaterem, podziwiali na łamach i porównywali siebie z nim - bywało, że opisywali, co sami robili w jego wieku. I nie były to porównania dla nich korzystne. Powstawały fankluby jak Welovetomdaley.co.uk, bo Daley jest ładnie wyglądającym, proporcjonalnie zbudowanym nastolatkiem o twarzy dziecka.
Ale w publicznej szkole Eggbuckland Community College w Plymouth po powrocie z igrzysk nie było już tak różowo.
- Wzięli sobie mnie za cel. Najpierw nazywali Skoczek, SpeedoBoy, co ignorowałem z nadzieją, że im przejdzie. Rzucali we mnie długopisami, wyzywali na przerwach. Nie raz zwalono mnie na ziemię na przerwie między lekcjami. Kiedy zaczęli dołączać do tego młodsi uczniowie, przestałem wychodzić z klasy na przerwach. Wreszcie, któregoś dnia jeden z łobuzów podszedł do mnie i zapytał: "Ile warte są twoje nogi? Bo zaraz ci je połamię!" - wspomina Daley.
Rodzice postanowili, że ich syn nie będzie chodził do szkoły. Prasa nagłośniła historię i do Daleyów zgłosiły się najlepsze prywatne szkoły w okolicy z czesnym 18 tys. funtów miesięcznie, pływacka federacja zaś chciała wspomóc dzieciaka, wynajmując psychologa, a na dodatek doradcę w sprawie, jak żyć w nowoczesnym społeczeństwie.
Brytyjczyk stał się prawdopodobnie najmłodszym mistrzem świata w pływaniu. Prawdopodobnie, bo istnieją kontrowersje związane z wiekiem niektórych chińskich mistrzów. W środę Daley otrzymał list od premiera Gordona Browna, który napisał, że jego sukces powinien być inspiracją dla rówieśników.
Himalaizm to na pewno droga życiowa. A jeśli sport, to taki, w którym nie ma klaszczących kibiców emocjonujących się każdym dniem naszych wypraw. To nie zmaganie się z rywalem, ale z naturą, i to w samotności. Wygrywa ten, kto zrozumie, że nie jest wszechmocny
Fot. Filip Klimaszewski / AG
Kinga Baranowska zdobyła kolejny ośmiotysięcznik, piąty w jej karierze...
Fot. ARCHIWUM PRYWATNE
Kinga Baranowska
fot. Tomasz Stanczak / AG
Kinga Baranowska, alpinistka - na swoim koncie ma już trzy ośmiotysięczniki
Kilka tygodni temu 34-letnia Kinga Baranowska stanęła na Kanczendzondze (8598 m n.p.m), górze, której nie zdobyła dotąd żadna Polka. 17 lat temu zginęła tam najwybitniejsza polska himalaistka Wanda Rutkiewicz. Dla Baranowskiej był to szósty ośmiotysięcznik, wkrótce planuje wyprawy na kolejne.
Przemysław Iwańczyk: Nasza rozmowa ukaże się na stronach sportowych, ale nie mam przekonania, czy himalaizm to sport.
Kinga Baranowska: I ja do końca nie wiem, choć moje ostatnie wejście na Kanczendzongę na pewno miało wymiar sportowy. Żadna z moich wypraw nie miała charakteru komercyjnego, a mimo to w Polsce próżno szukać w mediach informacji o himalaizmie na stronach sportowych. Zupełnie inaczej niż w Hiszpanii, gdzie wejście na Kanczendzongę, Dhaulagiri (8167 m) czy Manaslu (8156 m) to sportowe wydarzenie tygodnia.
Himalaizm to na pewno droga życiowa. A jeśli sport, to taki, w którym nie ma klaszczących kibiców emocjonujących się każdym dniem naszych wypraw. To nie piłka nożna, siatkówka, koszykówka, to nie zmaganie się z rywalem, ale z naturą, i to w samotności. Wygrywa ten, kto zrozumie, że nie jest wszechmocny.
Ludzie słyszą o himalaistach tylko wtedy, kiedy zaliczą kolejny szczyt lub dojdzie do tragedii. I dziwią się, po co ktoś podejmuje tak ekstremalne ryzyko.
- Ekstremalne ryzyko? Trudno mi się z tym zgodzić, zwłaszcza kiedy oglądam mecz piłki nożnej. Wolę iść samotnie w góry, niż znaleźć się w sytuacji futbolisty narażonego na to, że ktoś porachuje mu kości.
Noga piłkarza się zrośnie, a himalaiści...
- To rzadkość, wypadków w Himalajach jest bardzo mało, ale jeśli już się zdarzają... Z himalaizmem jest jak z lataniem samolotem. To najbezpieczniejszy transport ze wszystkich, ale jeśli już dojdzie do katastrofy, mówią o niej wszyscy.
Na marginesie, nie lubię latać. Im częściej to robię, tym bardziej za tym nie przepadam. A już nienawidzę śmigłowców. Często docieram nimi w mało dostępne pasma gór, ale już na sam ich widok robi mi się źle. Najczęściej maszyny te prowadzą rosyjscy piloci, których kabiny wyłożone są obrazkami świętych. Kiedyś w Kirgizji po prostu zatrzymali się i zaczęli majstrować coś przy śmigle, zdejmować je, zakładać z powrotem.
Będzie chciała mnie pani przekonać, że himalaizm to zabawa dla każdego?
- Himalaizm nie jest dla wszystkich, trzeba mieć do tego predyspozycje, zwłaszcza psychiczne. Żeby wyjść w góry, trzeba się tam dobrze czuć. Przekonują się o tym choćby ci, którym idzie nieźle na ściankach - wychodzą w góry i mówią: "Kurczę, to nie dla mnie". Ryzyko można zmniejszyć, trzeba się tylko umieć poddać naturze, zaakceptować to, że na górze od człowieka już niewiele zależy, bo rządzą tam pierwotne prawa przyrody. Dopiero wówczas można coś zdziałać. Wykorzystać umiejętności, kiedy pozwoli na to natura.
W klasycznym wyczynowym sporcie jest odwrotnie. Zawodnik przygotowuje się kilkanaście lat, wierzy w swoją siłę, dopiero wtedy może myśleć o sukcesie. To paradoks, który powoduje, że trudno zrozumieć himalaizm i żądze, które kierują nas do wyjścia w góry.
A skąd u pani te żądze? Chce pani sobie podnieść adrenalinę?
- Nic z tych rzeczy. Wchodząc na Kanczendzongę, dwa miesiące byłam poza domem. Nie wytrzymałabym tak długo w stanie ciągłego napięcia, spaliłabym się już drugiego dnia. Znów wrócę do porównań z futbolem. Piłkarz wychodzi na mecz, jest skoncentrowany, podekscytowany, ale to trwa półtorej, najwyżej dwie godziny. Później gwizdek, koniec.
Podczas wypraw jestem tak wyciszona, że gdyby ktoś mnie tam zobaczył, dziwiłby się: o co tej dziewczynie chodzi, czemu ona jest tak spokojna?
Oglądałem filmy, kiedy wracała pani z wypraw. Myślałem, że rozmawia pani z dziennikarzami wolno, cedząc każde słowo, z powodu zmęczenia.
- Im dłużej się wspinam, tym bardziej jestem spokojna i opanowana. Góry uczą cierpliwości. Ktoś, kto nie posiadł tej umiejętności, nie ma szans, czekając tydzień na poprawę pogody w namiocie o powierzchni trzech metrów kwadratowych. Może co najwyżej pociąć namiot z bezsilności.
Mówię sobie: "Kinga, uspokój się, tam wysoko dekoncentracja to strata energii. Zachowaj ją na atak szczytowy". Ja się w ogóle nie denerwuję.
Wciąż nie wiem, po co się pani wspina.
- To stało się jakby poza mną. Kiedy pierwszy raz poszłam w Tatry, wiedziałam, że będę tam wracać, poznawać je coraz lepiej. Pochodzę z Wejherowa, studiowałam w Gdańsku. Na pierwszym roku pojechaliśmy na praktyki geologiczne. Tam wszystko się zaczęło. Przygodę z górami można zacząć w każdym wieku. Są tacy, którzy kończą od razu, nie wszyscy marzą o tym, by wyprawiać się w Himalaje.
Jak było z panią?
- Nie odhaczam w notesie szczytów, na które się wspięłam. Potraktowałam to jak drogę, na której się dobrze czuję. W górach jestem szczęśliwa, to dla mnie najważniejsze.
Jak wybiera pani szczyty, na które chce się wspiąć?
- Nie ma specjalnego kryterium. Wybieram ośmiotysięczniki - Himalaje, Karakorum. O tym, który konkretnie, decydują często względy praktyczne, np. jak się tam dostać. Wiem, że niektóre są po prostu dla mnie zbyt trudne. Mam dwie-trzy propozycje, wybieram najlepszą. Przez wiele miesięcy krążę wokół tego szczytu myślami, oswajam go, układam sobie w głowie plan wyprawy. Potrzebuję czasu. Wiem np., że w tym roku nie czuję się na tyle mocna, by wybrać K2. Nie tyle fizycznie, ile psychicznie.
Jak wyglądają pani przygotowania fizyczne?
- Nie ma tak, że miesiąc przed wyprawą zaczynam intensywny trening. Ostatnio dość często jestem w górach, staram się być w pogotowiu non stop. Będąc w Warszawie, biegam i jeżdżę na rowerze, co poprawia wydolność, przyzwyczaja serce do długotrwałego wysiłku. Wspinam się też na ściance. Nie mam ustalonego programu, chodzi o to, żeby się nie znudzić. Siedzenie godzinami w siłowni to nie dla mnie, choć i tam zaglądam, wzmacniając kręgosłup i mięśnie szyi.
Specjalnej diety nie trzymam, choć odżywiam się regularnie, by podczas wypraw nie zapaść na jakieś choroby. Tam nie ma czasu na leczenie, poza tym branie antybiotyku na wysokości 5500 metrów to hardkor. Krótko mówiąc, idąc w góry, muszę mieć zdrowie jak koń.
Co się dzieje z organizmem na takich wysokościach?
- Wszystkich to ciekawi, dlatego piszę o tym na bieżąco na swojej stronie internetowej.
Każdy inaczej reaguje na wysokość. Różnice ciśnień powodują ból głowy. Krew gęstnieje, wszystko robisz jakby w zwolnionym tempie. Niektórym dokucza jadłowstręt, każda próba posiłku kończy się odruchem wymiotnym.
Przy następnych wejściach, przy coraz większych wysokościach dolegliwości te mogą ustąpić, bo organizm zacznie wytwarzać więcej czerwonych krwinek, które dostarczą więcej tlenu do komórek. Tak przebiega proces aklimatyzacyjny, trzeba podjąć tyle prób, by później z powodzeniem zaatakować szczyt.
Mówimy oczywiście o wspinaczce bez tlenu, bo niektórzy idą z butlami, ale takie wejście traci wtedy walor sportowy. Wejście na ośmiotysięcznik z tlenem to tak jak wejście na sześciotysięcznik siłami natury.
Wchodząc bez tlenu, zyskuje się uznanie innych himalaistów?
- Tak. Na forach internetowych dyskutuje się o wspinaczce sportowej, a nie komercyjnej. Ma pan marzenie wejść na ośmiotysięcznik, jakiś łatwy, np. Mount Everest? Przygotuje się pan rok, dwa, może trzy, weźmie pan butlę z tlenem dla własnego bezpieczeństwa i każdy to zrozumie. Ale jeśli ktoś jest himalaistą, powinien spróbować wejść bez pomocy.
Góry są dla pani ucieczką?
- Nie, świetnie czuję się także na nizinach. Tam na górze wszystko jest proste: mam cel, muszę się wspiąć. Tu na ziemi też staram się nie komplikować sobie życia. To dwa współistniejące światy, które u mnie żyją w harmonii. To, co najcenniejsze dla mnie w górach, przenoszę tutaj.
Pracowałam wiele lat w korporacji. Patrzyłam na ludzi, którzy pieklili się, że nie działa drukarka, że ktoś knuje intrygi. To było poza mną, myślałam sobie: szkoda energii.
Dowiedziałam się o sobie w górach miliona rzeczy, poznałam siebie. Podam przykład z jedzeniem. Nie używam już liofilizatów [wysokokaloryczne posiłki w proszku zalewane wrzątkiem], są ohydne. Dzięki temu nauczyłam się wsłuchiwać w swój organizm. Tam na wysokości, gdzie nie mogę sobie kupić ani kawy, ani ciastka, a trzeba uzupełniać energię, dostajesz od organizmu informację, czego mu potrzeba.
Zabieram na wyprawy sery, kawałki kiełbasy suchej krakowskiej, kaszki smakowe, herbatę miętową. Himalaiści tego nie jedzą, oni sięgają po liofilizaty, a ja jem, co lubię, tego potrzebuje mój organizm.
Góry wzmacniają indywidualizm czy uczą działania w grupie?
- Żeby się wspinać, podejmować takie wyzwania, trzeba być indywidualistą. Współpraca z innymi jest dla indywidualistów ciężką pracą, ale warunki są tam tak skrajne, że nie ma innego wyjścia. Nauczyłam się pracować w zespole. Wbrew pozorom jestem normalna. Wypady z przyjaciółmi do miasta, posiadówki przy winie, koncerty jazzowe, które uwielbiam...
Polski sport kobietami stoi? Justyna Kowalczyk, Maja Włoszczowska, wcześniej Otylia Jędrzejczak, pani...
- ...Monika Pyrek. Przede wszystkim jestem za tym, by dzielić sport ze względu na płeć. To dwa różne światy, kobiety miewają słabsze dni.
Uwielbiam sportowe emocje, są najczystsze z możliwych, podziwiam wspomniane dziewczyny, emocjonowałam się każdym ich startem. Chciałabym jednak wspomnieć o innej kobiecie, Wandzie Rutkiewicz, naszej znakomitej himalaistce. Zadedykowałam jej moje wejście na Kanczendzongę, gdzie zginęła.
Poszukiwany od trzech miesięcy szyfrant wojskowych specsłużb Stefan Zielonka najpewniej zaplanował swoje zniknięcie. To w tej chwili najbardziej prawdopodobny scenariusz. Samobójstwo i wypadek są mniej pewne - ustalił DZIENNIK. Śledczy stanęli przed pytaniem: czy szyfrant zdradził?
O tajemniczym zaginięciu chorążego Zielonki napisaliśmy jako pierwsi na początku maja. Od początku zakładano trzy najpoważniejsze hipotezy: samobójstwo, wypadek, a także wywiezienie przez obce służby za granicę. Teraz jak się dowiadujemy, najpoważniej rozpatrywana jest ta trzecia.
"Wywiezienie przez obcy wywiad to silna teoria" - potwierdza jeden ze śledczych zajmujących się sprawą. Udało się ustalić, że wychodząc z domu chorąży zabrał ze sobą część osobistychpamiątek, w tym te, do których był mocno przywiązany. Pozostawił za to paszport oraz inne ważne dokumenty. Dla osób, które starają się rozwikłać jedną z największych zagadek w historii polskich służb, to poważny sygnał, że chorąży sam wszystko zaplanował. Są przekonani, że tylko Zielonka mógł zabrać rzeczy.
"Na początku przyjęliśmy, że wyszedł z domu i stał się ofiarą jakiegoś wypadku bądź napadu" - przyznaje nasz rozmówca proszący o zachowanie anonimowości. Jednak śledztwo w tym kierunku nic nie dało. Wszystko to według funkcjonariuszy może świadczyć o działaniach obcego wywiadu.
Takiej hipotezy nie wyklucza były szef Wojskowych Służb Informacyjnych generał Marek Dukaczewski. "Służby muszą się zmierzyć choćby z najbardziej brutalną teorią. Nie można wykluczyć, że chorąży zdradził i został wywieziony za granicę. Takie działania są rzadkie, ale nadal mają miejsce na świecie. To nie są historie znane tylko z kart szpiegowskich książek" - podkreśla Dukaczewski.
Na inną sprawę zwraca uwagę Zbigniew Wassermann (PiS), członek sejmowej komisji do spraw służb specjalnych. "Teraz dowiadujemy się o wyczyszczeniu mieszkania z pamiątek. Wcześniej dotarły do nas informacje o problemach osobistych funkcjonariusza. To wszystko świadczy, że nikt nie monitoruje pracowników służb" - uważa poseł.
Jak się dowiedzieliśmy, poszukiwania szyfranta Zielonki prowadzone są dwutorowo. Oficjalnie prowadzą je eksperci z wydziału poszukiwań celowych komendy stołecznej policji. Jednak swoje działania prowadzi również służba wywiadu i kontrwywiadu wojskowego. "Ci ostatni twierdzą, że nie mają sygnałów, by Zielonka uciekł lub został porwany za granicę. Również sojusznicze wywiady nic o tym nie wiedzą" - mówi nam osoba związana z Agencją Wywiadu.
ROBERT ZIELIŃSKI: Czy trudno wywieźć kogoś z Polski? Chodzi o przekroczenie wschodniej granicy.
ADAM Z*.: To zawsze jest bardzo niebezpieczna operacja. Służby, które chciałyby tego dokonać, muszą zakładać, że są obserwowane przez nasz kontrwywiad. Przyłapanie na gorącym uczynku skończyłoby się gigantycznym skandalem. Może kiedyś udałoby się go ukryć, ale we współczesnych realiach funkcjonowania mediów to niemożliwe. Trudno wyobrazić sobie konsekwencje, ale w ramach retorsji mogłoby dojść np. do wydalenia większości dyplomatów kraju, który chciał wykręcić taki numer. Co więcej, nie ograniczyłyby się to jedynie do Polski, jesteśmy przecież częścią NATO.
Czyli hipoteza, że szyfrant służb wojskowych został wywieziony, jest błędna? To pana zdaniem niemożliwe? Nie, przeciwnie - należy ją bardzo poważnie rozważać. Rosja, może Chiny, a także USA - te kraje mogłyby zdecydować się na taki krok. A już samo zorganizowanie takiego przerzutu jest dość banalne.
Bagażnik samochodu? O ile jest to auto z numerami dyplomatycznymi, to tak. Ale raczej nie bagażnik, a fotel obok kierowcy. Ale przecież równie łatwo można wyposażyć kogoś w fałszywe dokumenty, dzięki którym sam przekroczy granicę. Tym bardziej że żyjemy w zjednoczonej Europie. Mam na myśli fakt, że szyfrant-zdrajca mógł pojechać do Frankfurtu i dopiero tam wsiąść do samolotu lecącego do Moskwy.
Przedstawiciele służb bagatelizują sprawę. Jacek Cichocki, szef kolegium do spraw służb specjalnych, mówi, że chorąży nie miał wiedzy istotnej z punktu widzenia innych krajów. To kpina. Jak można twierdzić, że facet, który ponad 20 lat pracował w wywiadzie i kontrwywiadzie nie miał interesujących informacji? Szyfrant może mieć większą wiedzę niż szef któregoś z wydziałów. Na jego biurku lądują kodowane depesze od rezydentów i agentów działających poza granicami. W drugą stronę szyfruje polecenia dla nich. Dzięki temu ma w głowie gigantyczną wiedzę.
*Adam Z. jest emerytowanym oficerem polskiego wywiadu.
Policji i służbom specjalnym nie wystarczyły trzy miesiące, aby rozwikłać tajemnicę zaginięcia szyfranta Służby Wywiadu Wojskowego Stefana Zielonki. "To niepokojące, bo świadczy o słabości państwa. Taka sprawa nie może być bagatelizowana" - oceniają zgodnie eksperci od specsłużb.
Chorąży Zielonka wyszedł ze swojego warszawskiego mieszkania w drugi dzień świąt wielkanocnych. Do dziś nie jest jasne nawet to, kiedy dokładnie. Poszukiwania rozpoczęto dopiero kilka dni później, gdy żona poinformowała policję o zaginięciu męża. Dlaczego tak późno? "Była przekonana, że wyjechał służbowo. W służbie wywiadu wojskowego zareagowano dopiero następnego dnia po tym, gdy miał przyjść do pracy po zakończeniu zwolnienia lekarskiego" - mówi nam jeden z posłów sejmowej komisji ds. służb specjalnych.
Od początku stołeczni policjanci mówili o trzech najpoważniejszych hipotezach: został zamordowany przypadkowo, popełnił samobójstwo lub jako wieloletni współpracownik innego wywiadu został wywieziony za granicę. Jednak szef kolegium ds. służb specjalnych Jacek Cichocki bagatelizował sprawę. "Nic nie wskazuje, aby chorąży nadal żył. Cierpiał na depresję, a jego wiedza nie jest niebezpieczna dla państwa" - mówił, gdy DZIENNIK na początku maja ujawnił zaginięcie chorążego.
Teraz prowadzący poszukiwania skupili się na dwóch hipotezach. Według pierwszej był na tyle cennym źródłem informacji, że obcy wywiad zaproponował mu rozpoczęcie nowego życia poza granicami Polski. Według drugiej teorii popełnił samobójstwo. Dlaczego dotąd nie został jednak odnaleziony? "Brutalna prawda jest taka, że jeśli powiesił się na jakimś drzewie, zostanie odnaleziony dopiero jesienią, gdy opadną liście" - tłumaczy poseł speckomisji.
Za tą wersją może przemawiać fakt, że korzystał z pomocy psychologa - rzeczywiście miał depresję wywołaną prawdopodobnie przedłużającą się weryfikacją (oczekiwał na nią od dwóch lat) oraz problemami rodzinnymi.
"Służby boją się przyznać, że mógł przejść na stronę wroga. To byłby cios w ich prestiż i wiarygodność wśród innych wywiadów krajów NATO-wskich. Tym bardziej że chorąży miał do czynienia z tak zwanymi nielegałami. To agenci szpiegujący na terenie innych krajów bez immunitetu dyplomatycznego" - twierdzi emerytowany oficer wywiadu.
Jeśli zaginiony szyfrant wywiadu wojskowego Stefan Zielonka zdradził, to miał niezwykle cenny towar do zaoferowania w zamian za nowe życie. Przez 30 lat pracy poznał dziesiątki osób z polskich służb specjalnych: na podstawie jego charakterystyk można planować, kogo i jak należy próbować zwerbować.
W aferze zaginionego szyfranta, którego polskie służby nie mogą odnaleźć od trzech miesięcy, pojawia się coraz więcej sygnałów przemawiających za uczestnictwem w tej sprawie obcych służb. W sobotę DZIENNIK ujawnił, że chorąży Zielonka przed opuszczeniem domu zabrał osobiste pamiątki - nie wziął paszportu ani pieniędzy. To oznacza, że wiedział, iż nie wróci do domu.
Czy zdradził? Byli wysocy oficerowie polskich służb specjalnych przyznają, że taka hipoteza jest bardzo prawdopodobna. Co gorsza, według rozmówców DZIENNIKA ewakuacja za granicę to zazwyczaj zakończenie współpracy trwającej od dłuższego czasu - czyli szyfrant nie zdradził trzy miesiące temu, kiedy zniknął, ale o wiele wcześniej. Zdaniem fachowców nieprawdą jest, że chorąży z 30-letnim stażem pracy "nic nie wiedział”, jak twierdzą władze - wręcz przeciwnie, jego wiedza może być wykorzystana do zadania poważnego ciosu polskiemu wywiadowi.
DANIEL WALCZAK: Jeśli szyfrant jest w obcych rękach, to polskie służby poniosły straty. Pytanie tylko, czy poważne.
GROMOSŁAW CZEMPIŃSKI*: Poważne. Najcenniejsza wiedza, jaką posiadał, nie dotyczyła środków czy technik łączności, jakich używamy. To mniej więcej obce służby wiedzą. Jeśli on szyfrował dokumenty przez wiele lat, to z ich treści mógł się domyślać, gdzie były uplasowane źródła naszych informacji.
Gromadził elementy wiedzy i składał sobie układankę?
Nie on, lecz ci, którzy z nim teraz rozmawiają. On nie dałby sobie z tym rady. Ale oprócz tego ma inną cenną wiedzę - o ludziach, których zna. Potrafi ich opisać, powiedzieć, jakie kto ma słabe punkty. To jest najpoważniejsza strata: on charakteryzuje ludzi, z którymi pracował.
I to - jeśli rzeczywiście zdradził - jest towarem, którym płaci za nowe życie?
Tak. Ci, którzy mówią, że on nic nie wiedział, nie znają pracy wywiadowczej. To jest właśnie sukces dla każdej służby: mieć człowieka w środku struktury przeciwnika, który będzie typował, kim warto się zająć.
Tylko tyle?
Odpowiem tak: w 1975 r. wyjechałem do Stanów Zjednoczonych i w tym samym roku musiałem wracać. Jedna osoba z naszego rocznika w szkole wywiadu, którą skończyłem w 1972 r., uciekła za granicę i zdradziła. Ten facet, chociaż nigdy nie pracował w centrali, a w wywiadzie był półtora roku, miał jednak taką wiedzę, że trzy czwarte rocznika zostało wycofane z zagranicy. To nie oznaczało, że obce służby, podchodząc do tych ludzi, miałyby szanse werbunku, ale one wiedziały, kogo szukać. Bo ten facet znał ludzi. I tak samo jest w przypadku tego chorążego.
Czyli gdyby nasz szyfrant nagle zapukał do ambasady obcego kraju i powiedział: "Nazywam się chorąży Zielonka i chcę do was przejść”, toby go wzięli?
A dlaczego nagle? Wywiady rzadko zgadzają się na natychmiastową ucieczkę - najczęściej proszą, by człowiek trochę popracował, zasłużył na wyjazd. A jak już ktoś taki zacznie rozmawiać z przeciwnikiem, to jest stracony, nie pójdzie zameldować przełożonym. Dlatego przy hipotezie o zdradzie trzeba zakładać, że współpraca mogła trwać od dawna.
*Gromosław Czempiński, wieloletni oficer wywiadu PRL, w latach 1993 - 1996 szef Urzędu Ochrony Państwa
DANIEL WALCZAK: Jeśli szyfrant rzeczywiście zdradził, to czy wywiezienie go z Polski bez alarmowania kontrwywiadu byłoby czymś trudnym?
MAREK DUKACZEWSKI*: Nie. Skoro można to było zrobić w czasie zimnej wojny z Ryszardem Kuklińskim czy z Olegiem Gordijewskim, który został wywieziony przez Brytyjczyków z ZSRR, to dziś przy otwartych granicach nie ma z tym najmniejszego problemu. Mógł pojechać pociągiem np. do Berlina, gdzie dostałby nowe dokumenty, a stamtąd do jakiegoś portu. Wsiadłby na statek i ślad by po nim zaginął.
Dobrze, wiemy jak. Ale dlaczego?
Nie chcę dopuszczać myśli, że on to zrobił. Ale gdyby - byłby to efekt sytuacji związanej z akcją weryfikacją w służbach wojskowych. Na rynku pojawiła się kilkusetosobowa grupa żołnierzy, których weryfikacja zwyczajnie upodliła. Oni ufali swojemu państwu, a to państwo się od nich odwróciło. Zostali pozostawieni sobie. W identyczny sposób po likwidacji SB w latach 90. wielu oficerów, którym dano wilczy bilet, przeszło na drugą stronę do świata przestępczego.
Zielonka pracował w WSI 30 lat, czekał na weryfikację.
Rozmawiałem z ludźmi, którzy go znali. Pracował w kraju i za granicą, dużo wiedział. Gdyby pan z nim rozmawiał, jestem pewien, że byłby pan zdziwiony, że jest tylko chorążym. A on wrócił do kraju, gdzie w WSI tacy jak on zaczęli być traktowani jak ludzie drugiej kategorii, jak przestępcy. Taki czynnik psychologiczny to wspaniały prezent, jaki dostały obce służby. Daliśmy im na tacy ludzi zawiedzionych, sfrustrowanych. Nazywamy to bazą werbunkową - ludzie tak potraktowani to osoby, po które bardzo łatwo sięgnąć.
A jak się sięga? Mówi: "chodź do nas, u nas jest lepiej”?
To nie musi być od razu twardy werbunek. Może ktoś oferował mu pomoc w trudnej sytuacji, może nawet występował jako biznesmen potrzebujący informacji, pomocy. I dopiero potem, kiedy się zaangażował, padło stwierdzenie: „pracujesz z obcą służbą”.
*gen. Marek Dukaczewski, szef Wojskowych Służb Informacyjnych w latach 2001 - 2005
Fragment aktu zgonu Michaela Jacksona opublikowany na accesshollywood.com
Fot. za accesshollywood.com
Departament Zdrowia w Los Angeles ujawnił treść aktu zgonu Michaela Jacksona. Nie podano w nim przyczyny zgonu, nie jest ona jeszcze ostatecznie określona. Nie jest też pewne, gdzie ostatecznie spocznie ciało Jacksona. Wczoraj na publicznych uroczystościach fani i przyjaciele pożegnali króla popu.
Fot. za accesshollywood.com
Fragment aktu zgonu Michaela Jacksona opublikowany na accesshollywood.com
Fot. POOL REUTERS
Bracia Michaela Jacksona wnoszą jego trumną na pożegnalną galę
Fot. POOL REUTERS
Córka Michaela Jacksona, Paris, w otoczeniu rodziny na pożegnalnej gali
W akcie zgonu muzyka zaznaczono, że określenie przyczyny śmierci zostało "odłożone". Wciąż trwają badania mózgu króla popu. Dopiero po ich zakończeniu, będzie można podać dokładną przyczynę zgonu.
W akcie zgonu nie podano także miejsca pochówku króla popu. Nie wiadomo także, kiedy odbędzie się pogrzeb. Początkowo podawano, że jego ciało miało spocząć na cmentarzu Forest Lawn jeszcze przed oficjalnymi uroczystościami pogrzebowymi. Tak się nie stało. Po prywatnym pożegnaniu, trumna Jacksona została przewieziona na publiczną galę.
- Ostatnia wiadomość, jaką mam jest taka, że rodzina jeszcze chowa ciała - powiedział Ed Winter z policji w Los Angeles. Jak dodał, rodziny często zwlekają z pogrzebem do zakończenia badań mózgu. Dopiero wówczas odbywa się pogrzeb.
Pożegnanie
Wczoraj na wielkiej gali rodzina, przyjaciele i fani pożegnali króla popu. - Tatuś był najlepszym ojcem, jakiego można sobie wyobrazić - mówiła płacząc córka Jacksona, Paris. - Wiem, że Bóg jest dobry. Musiał go potrzebować. Michael, kochamy Cię - powiedział podczas pożegnalnej uroczystości Stevie Wonder. Czytaj więcej>>
artykuły z portali internetowych ONETGAZETADZIENNIKBBCCNN Uwagi, sugestie, komentarze? Redaktor Naczelny: mig29@prokonto.pl
Dziennik III RP działa w oparciu o przepisy art. 25, 26, 29, 33 i 49 ust. 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. Nr 24, poz. 83) nie stanowiąc prasy w rozumieniu przepisów prawa prasowego