środa, 30 czerwca 2010

Co zeznał porucznik Wosztyl

Wojciech Czuchnowski, Roman Imielski
2010-06-30, ostatnia aktualizacja 2010-06-30 11:51

Szczątki polskiego samolotu na lotnisku w Smoleńsku
Szczątki polskiego samolotu na lotnisku w Smoleńsku
Fot. AP/

"Jak na wysokości 50 m nie zobaczycie pasa, odlatujcie" - taką komendę miała wydać wieża lotniska w Smoleńsku załodze prezydenckiego Tu-154, który rozbił się 10 kwietnia. Śladu po komendzie nie ma w stenogramach z czarnych skrzynek

Ułożone szczątki Tu-154
Ułożone szczątki Tu-154

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



O takim poleceniu zeznał w prokuraturze por. Artur Wosztyl, pilot polskiego jaka-40, który w Smoleńsku lądował godzinę przed tupolewem.

Wymianę zdań między wieżą a Tu-154 słyszał na odsłuchu przez radio, bo kanał porozumiewania się kontrolerów z pilotami jest publiczny.

Według portalu Niezalezna.pl zeznania Wosztyla znajdują się na karcie 1165 w aktach śledztwa prowadzonego w sprawie katastrofy przez polską prokuraturę wojskową. Porucznik mówił, że polecenie z wieży miało paść tuż po godz. 8.40 (czas lokalny 10.40), gdy tupolew znajdował się na wysokości około 80 m, a system ostrzegawczy (TAWS) od ponad 40 s alarmował o niebezpiecznym zbliżaniu się do ziemi.

Piloci lądowali w tragicznych warunkach - przy widoczności poziomej 200-400 m, a pionowej poniżej 50 m (minimalne warunki dla Tu-154 to 1000 i 100 m). Załoga nie wiedziała, że w gęstej mgle samolot leci nad głębokim na 60 m jarem. W dodatku nawigator odczytywał wysokość z radiowysokościomierza, wskazującego faktyczną odległość od ziemi, a nie jak powinien - z wysokościomierza barycznego pokazującego wysokość nad poziomem morza.

Kontrolerzy przed prokuratorem składali sprzeczne zeznania o tym, czy widzieli wtedy samolot na monitorze radaru.

Osoba znająca materiały śledztwa potwierdza nam, że Wosztyl rzeczywiście złożył takie zeznania. On sam odmówił wczoraj skomentowania informacji o tym, co mówił w trakcie przesłuchania, zasłaniając się tajemnicą śledztwa. Komentarza nie uzyskaliśmy także od płk. Zbigniewa Rzepy z Naczelnej Prokuratury Wojskowej.

Śladu komendy, o której zeznał Wosztyl, nie ma w stenogramie rozmów pilotów z wieżą kontrolną zapisanych w czarnej skrzynce, a przekazanych Polsce przez stronę rosyjską. Kontroler mówi w nich, że zezwala na zniżenie do 100 m (tzw. wysokość decyzji), a jeśli załoga tupolewa nie zobaczy ziemi, odleci. Potem dodaje komendę "Pasadku dapałnitielno" ("Lądowanie warunkowo") używaną tylko w Rosji. Oznacza ona, że jeśli na wysokości decyzji wszystko jest w porządku, kontroler musi wydać jeszcze ostateczną zgodę na lądowanie. Taka zgoda jednak nie pada.

Zapis mówi też, że pomiędzy godz. 8.39,52 a 8.40,39 s kontroler kilka razy potwierdził, iż samolot jest "na kursie i na ścieżce", czyli prawidłowo podchodzi do lądowania. Gdy o 8.40,53 tupolew był na 50. m, kontroler po raz pierwszy krzyknął: "Horyzont", co oznacza natychmiastowe wyrównanie kursu.

Samolot nadal zbliżał się jednak do ziemi - nawigator odczytywał wysokość aż do 20 m. O 8.41,04 Tu-154 zahaczył o pierwsze drzewo.

Od momentu, gdy kontroler po raz pierwszy potwierdził "kurs i ścieżkę", do chwili rozbicia się samolotu w stenogramie jest tylko jedno zdanie określone jako "niezrozumiałe". Ale zostało ono wypowiedziane, gdy maszyna była około 250 m nad ziemią. Poza tym z całego stenogramu wynika, że wszystkie komendy kontrolerów nagrały się wyraźnie.

Czarne skrzynki polskiego samolotu zostały szybko odnalezione na miejscu katastrofy przez Rosjan. Na prośbę polskich władz Rosjanie ich nie otwierali. Zrobili to dopiero w Moskwie w obecności polskich prokuratorów i specjalistów. Nagrania czarnych skrzynek zostały wtedy zgrane na cyfrowy nośnik, a oryginały ponownie zaplombowane i zdeponowane w sejfie.

Polscy specjaliści od fonoskopii oraz piloci z 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego (do niego należał tupolew) cały czas uczestniczyli w pracach nad zapisem czarnych skrzynek, m.in. rozpoznając nagrane głosy.

Mecenas Rafał Rogalski reprezentujący część rodzin ofiar katastrofy pod Smoleńskiem (w tym Jarosława Kaczyńskiego) uważa jednak, że "wiarygodność stenogramu i kopii nagrań od początku budziła wątpliwości i że od początku był zwolennikiem zweryfikowania tego materiału. Zdaniem Rogalskiego nie ma żadnego powodu, by przypuszczać, że Wosztyl może kłamać. - A jeżeli jego zeznania okazałyby się prawdziwe, to by znaczyło, że strona rosyjska co najmniej mataczy w tej materii, by ukryć odpowiedzialność za katastrofę własnych służb - dodaje Rogalski.

Kopie nagrań z tupolewa są obecnie badane w krakowskim Instytucie Ekspertyz Sądowych. Nie wiadomo, kiedy badania zostaną zakończone.

Piloci 36. pułku anonimowo mówili mediom po publikacji stenogramów, że kontrolerzy źle naprowadzali tupolewa, sugerując, iż prawidłowo podchodzi do lądowania.

Wielu pilotów podkreślało jednak, że lotnisko w Smoleńsku nie ma tzw. radaru precyzyjnego podejścia. A w takiej sytuacji załoga wie, że musi polegać głównie na przyrządach samolotu, bo kontrolerzy mogą tylko pomagać w lądowaniu, a nie kierować nim.

Źródło: Gazeta Wyborcza

sobota, 26 czerwca 2010

Co internet robi nam z mózgiem?

Nicholas Carr*
2010-06-21, ostatnia aktualizacja 2010-06-18 18:41

Fot. NIR ELIAS REUTERS

Wystarczy pięć godzin w sieci, a zaczynamy czytać szybciej i mniej uważnie. I tak nam zostaje nawet po wyłączeniu komputera

W 2007 r. profesor psychiatrii z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles Gary Small zaprosił sześciu ochotników - troje doświadczonych internautów i troje nowicjuszy - do udziału w badaniu aktywności mózgu. Każdemu wręczył gogle, wewnątrz których można było wyświetlać teksty i strony internetowe, a sam metodą rezonansu magnetycznego skanował ich mózgi w poszukiwaniu obszarów o wzmożonej aktywności. Przy czytaniu zwykłego tekstu różnic nie było. Ale w przypadku stron internetowych mózgi doświadczonych internautów wykazywały znacznie większą aktywność niż mózgi początkujących, zwłaszcza w obszarze kory przedczołowej, odpowiedzialnym za rozwiązywanie problemów i podejmowanie decyzji.

A zatem... ścieżki neuronalne w mózgach doświadczonych użytkowników sieci powstały właśnie w wyniku korzystania z internetu.
Najciekawsze zjawisko w ramach eksperymentu zaobserwowano, kiedy Small powtórzył badanie po sześciu dniach. W ciągu tych sześciu dni nowicjusze zgodzili się spędzać godzinę dziennie, surfując po internecie. Nowe badanie wykazało, że aktywność ich mózgów zmieniła się i przypominała już to, co działo się w mózgach weteranów. "Pięć godzin w internecie wystarczyło, by przeprogramować mózgi " - pisał Gary Small. Później powtórzył wszystkie badania z 18 innymi ochotnikami. Wyniki były takie same.

Kiedy po raz pierwszy podał je do publicznej wiadomości, zostały przyjęte z entuzjazmem - wydawało się, że dzięki Google'owi stajemy się bardziej inteligentni, bo to on sprawia, że komórki naszego mózgu utrzymywane są w ciągłej aktywności. Jednak większa aktywność niekoniecznie oznacza lepsze funkcjonowanie mózgu, czego nie omieszkał podkreślić Small. Prawdziwym objawieniem było to, w jakim tempie i w jak wielkim zakresie internet przeprogramowuje ścieżki neuronalne. "Eksplozja technologii cyfrowej nie tylko wpływa na zmianę naszego stylu życia i sposobu porozumiewania się - podsumowuje Small - ale też wywołuje szybkie i głębokie zmiany w naszych mózgach".

W jaki sposób internet kształtuje nasz mózg? To pytanie bez wątpienia będzie przedmiotem wielu badań w nadchodzących latach. Jednak już dziś sporo na ten temat wiemy lub możemy się domyślać - a informacje te są dość niepokojące. Dziesiątki badań przeprowadzonych przez psychologów, neurobiologów czy pedagogów prowadzą do tych samych wniosków - kiedy łączymy się z siecią, wchodzimy w środowisko, które promuje pobieżną lekturę i brak koncentracji oraz powierzchowne przyswajanie wiedzy. Internet daje nam wprawdzie łatwy dostęp do ogromnej ilości informacji, ale jednocześnie sprawia, że nasze myślenie staje się bardziej powierzchowne i dosłownie zmienia się struktura naszego mózgu.

W latach 80., kiedy szkoły zaczęły inwestować w komputeryzację, z wielkim entuzjazmem opowiadano o oczywistej wyższości wypracowań w formie cyfrowej nad pracami pisanymi na papierze. Wielu wykładowców było przekonanych, że wprowadzenie hiperlinków do tekstów wyświetlanych na monitorze będzie nieocenioną pomocą w nauczaniu. Hipertekst miał rozwijać umiejętność krytycznego myślenia, umożliwiając uczniom łatwe i szybkie przełączanie się na inny punkt widzenia. Nieograniczeni tempem czytania wymuszonym przez drukowany tekst, czytelnicy mogli odtąd dokonywać wszelkiego rodzaju nowych intelektualnych połączeń między rozmaitymi tekstami. Hiperlink miał być technologią wyzwolenia.

Jednak pod koniec dekady w miejsce owego entuzjazmu pojawił się sceptycyzm. Z kolejnych badań wyłonił się nieco inny obraz wpływu hipertekstu na nasze zdolności kognitywne. Okazało się, że surfowanie po stronach połączonych ze sobą za pomocą linków to umysłowy aerobik - trzeba nieustannie dokonywać szybkiej oceny wszystkich linków, decydować, w który z nich warto kliknąć, szybko przestawiać się z jednego formatu na drugi - to wszystko było obce tradycyjnemu procesowi czytania. Ponieważ pociąga to za sobą zaburzenia koncentracji, takie działanie obniża nasz poziom rozumienia czytanego tekstu. Badanie z 1989 roku wykazało, że osoby czytające tekst miały tendencję do bezładnego klikania podczas czytania fragmentu zawierającego hiperłącza do innych wybranych informacji. Eksperyment z 1990 roku ujawnił, że niektórzy uczestnicy „nie pamiętali nawet, który tekst przeczytali, a którego nie".

Zdekoncentrowani

Internet to system oparty na przerywaniu. Angażuje naszą uwagę jedynie po to, aby za chwilę odciągnąć ją w inną stronę. Mamy tu do czynienia z problemem hipertekstu i wielu różnych rodzajów mediów, które atakują nas jednocześnie. Liczne badania - między innymi eksperyment oparty na śledzeniu ruchów gałek ocznych, ankieta przeprowadzona wśród internautów, a nawet badanie analizujące przyzwyczajenia użytkowników dwóch różnych uniwersyteckich baz danych - wykazały, że kiedy tylko łączymy się z internetem, zaczynamy czytać szybciej i mniej uważnie. W dodatku, internet ma setki sposobów na odciągnięcie naszej uwagi od tekstu. Większość aplikacji mailowych sprawdza automatycznie nowe wiadomości co pięć lub dziesięć minut, a my sprawdzamy to częściej - klikając w „Pobierz pocztę" nawet trzydzieści lub czterdzieści razy na godzinę. A ponieważ każdy rzut oka w inną stronę zakłóca naszą koncentrację i obciąża naszą pamięć roboczą, kognitywne koszty takiego postępowania mogą być bardzo duże.

Koszty te są dodatkowo powiększone o to, co naukowcy zajmujący się badaniami mózgu nazywają switching costs (koszty przełączenia). Za każdym razem, gdy przenosimy uwagę na inny obiekt, mózg musi się przekierować i przesunąć nasze mentalne zasoby. Wiele badań wykazało, że przeskakiwanie od jednego zadania do drugiego może w znacznym stopniu zwiększyć nasze obciążenie kognitywne, utrudniając nam myślenie i zwiększając prawdopodobieństwo przeoczenia lub niezrozumienia istotnych informacji. Korzystając z internetu, zwykle żonglujemy różnymi zadaniami, toteż koszty takiego przeskakiwania są jeszcze większe.

Sieć dysponuje ogromnymi możliwościami śledzenia wydarzeń i automatycznego wysyłania powiadomień, co jest oczywiście jedną z największych jej zalet jako technologii komunikacji. Korzystamy z tej możliwości, aby spersonalizować strony, używać baz danych tak, by odpowiadały naszym potrzebom i oczekiwaniom. Chcemy, aby odrywano nas od naszej pracy, ponieważ każda taka krótka przerwa - e-mail, brzęczyk, SMS, reklama - oznacza ważną dla nas informację. Wyłączając funkcję "wysyłanie powiadomień", ryzykujemy, że stracimy kontakt ze światem, a nawet zostaniemy społecznie odizolowani. Napływ nowych wiadomości odwołuje się do naszej naturalnej skłonności do przeceniania bieżących informacji. Chcemy otrzymywać nowe wiadomości, nawet jeśli wiemy, że są one zupełnie trywialne.

Chcemy zatem, aby internet nadal nam przeszkadzał w pracy na różne sposoby. Chętnie godzimy się na zakłócenia koncentracji i na fragmentację naszej uwagi, na spłycenie myśli w zamian za bogactwo różnych ważnych, a przynajmniej zabawnych informacji, jakie otrzymujemy. Rzadko zatrzymujemy się, aby pomyśleć, że być może większym pożytkiem byłoby, gdybyśmy się z tego wszystkiego wyłączyli.

W mgnieniu oka

Skutki naszego internetowego przetrawiania informacji nie są jednoznacznie niekorzystne. Niektóre zdolności kognitywne ulegają rozwinięciu w wyniku korzystania z komputera i z sieci. Najczęściej są to bardziej prymitywne funkcje umysłu, takie jak koordynacja oczu i rąk, reakcje odruchowe oraz przetwarzanie bodźców wzrokowych. Jedno z często przytaczanych badań dotyczących gier komputerowych, którego wyniki opublikowało w 2003 roku "Nature", wykazało, że po zaledwie dziesięciu dniach grania młodzi ludzie zaczęli znacząco szybciej przenosić punkt skupienia wzroku z jednego obrazu czy zadania na drugi.

Bardzo możliwe zatem, że przeglądanie stron w sieci rozwija funkcje mózgu związane z szybkim rozwiązywaniem problemów, zwłaszcza jeśli wymaga to rozpoznania pewnych schematów w labiryncie danych. Brytyjskie badanie, jak kobiety szukają w sieci informacji z dziedziny medycyny, wykazało, że doświadczona użytkowniczka internetu potrafi ocenić wiarygodność strony i jej merytoryczną wartość w ciągu zaledwie kilku sekund. Im większą mamy praktykę w przeglądaniu stron, tym bardziej nasz mózg przystosowuje się do tych zadań (Clay Shirky uważa, że sieć to znakomity sposób skanalizowania narastającej "nadwyżki kognitywnej" - zobaczcie jego "Cognitive Surplus: The Great Spare-Time Revolution").

Popełnilibyśmy jednak poważny błąd, koncentrując się jedynie na korzyściach. W artykule opublikowanym w "Science" na początku roku 2009 psycholog Patricia Greenfield przeanalizowała ponad 40 rożnych badań dotyczących wpływów wywieranych przez media na naszą inteligencję i zdolność uczenia się. W podsumowaniu napisała, że "każde medium rozwija pewne zdolności kognitywne kosztem innych". Coraz intensywniejsze korzystanie przez nas z sieci i innych technologii ekranowych doprowadziło według niej do "powszechnego i wyrafinowanego rozwoju umiejętności wizualno-przestrzennych". Te zyski idą jednak w parze z obniżoną zdolnością do "głębokiego przetwarzania bodźców", które leży u podstaw "świadomego zdobywania wiedzy, analizy intuicyjnej, krytycznego myślenia, wyobraźni i refleksji".

Wiemy, że ludzki mózg jest bardzo plastyczny: komórki nerwowe i synapsy zmieniają się, dostosowując się do okoliczności. - Kiedy przystosowujemy się do nowego zjawiska kulturowego, a do takich należy korzystanie z nowego medium, nasz mózg ulega w końcu przeprogramowaniu - mówi Michael Merzenich, pionier w dziedzinie neuroplastyczności. A to oznacza, że nasze internetowe obyczaje wpływają na funkcjonowanie naszego mózgu nawet wtedy, gdy wyłączymy komputer. Korzystamy z tych samych ścieżek neuronowych związanych z wielozadaniowością, a omijamy te, które związane są z czytaniem książek czy głębokimi przemyśleniami.

W ubiegłym roku naukowcy z Uniwersytetu Stanforda zaobserwowali sygnały świadczące o tym, że ta zmiana może już być mocno zaawansowana. Przeprowadzili całą masę badań, zarówno na grupie osób doświadczonych w multitaskingu (pracy w trybie wielozadaniowym), jak i na grupie ludzi, którzy rzadko pracowali w ten sposób. Odkryli, że wielozadaniowcy znacznie częściej ulegali pokusom rozproszenia uwagi, znacznie trudniej było im zapanować nad pamięcią roboczą i ogólnie rzecz biorąc, znacznie więcej wysiłku kosztowało ich skoncentrowanie się na poszczególnych zadaniach. Wytrawni wielozadaniowcy wręcz "chłonęli każdą zupełnie niepotrzebną informację" - twierdzi prof. Clifford Nass z zespołu, który przeprowadzał badania. Michael Merzenich sformułował jeszcze bardziej dosadny wniosek. Według niego, wykonując w internecie wiele zadań naraz, "tresujemy nasze mózgi, aby koncentrowały się na różnych śmieciach".

Nie ma nic złego w szybkim przyswajaniu sobie pofragmentowanych informacji. Zawsze raczej przeglądaliśmy gazety, zamiast czytać je od deski do deski, i rutynowo przesuwaliśmy oczami po tekście w książce lub czasopiśmie, aby zorientować się w ogólnej treści danego fragmentu i zdecydować, czy zasługuje na uważniejsze przeczytanie. Umiejętność szybkiego przeglądania tekstu jest równie ważna jak umiejętność czytania i uważnego myślenia. Problem polega na tym, że takie szybkie przeglądanie staje się coraz bardziej dominującym wzorcem. Kiedyś stanowiło ono jedynie sposób dotarcia do celu, oceniania i wybierania informacji do szczegółowego przestudiowania, a dziś coraz częściej jest celem samym w sobie; wolimy taką metodę od nauki i szczegółowej analizy. Oszołomieni bogactwem skarbów, jakie znajdujemy w sieci, jesteśmy ślepi na zniszczenia, które może ono spowodować w naszym życiu intelektualnym, a nawet w naszej kulturze.

W tej chwili przechodzimy, w sensie metaforycznym, odwrócenie wczesnego procesu rozwoju cywilizacji - od uprawiania i pielęgnowania osobistej wiedzy przechodzimy do łowiectwa i zbieractwa w lesie elektronicznej informacji. I wygląda na to, że w ramach tego procesu nieuchronnie będziemy musieli poświęcić wiele z tego, co czyni nasz umysł tak interesującym.



tłumaczyła Katarzyna Witakowska



*Nicolas Carr, „The Shallows: What the Internet is doing to our brains" („Płycizna: Co internet robi z naszym mózgiem"), W.W. Norton & Company, czerwiec 2010

Wybrany fragment ukazał się też w najnowszym "Wired".

Nicholas Carr jest także autorem "The big switch and does it matter?" ("O wielkim przełączaniu i o tym, czy ono naprawdę ma znaczenie").

Źródło: Gazeta Wyborcza

piątek, 25 czerwca 2010

Sprzeczne zeznania kontrolera

Cezary Gmyz , Justyna Prus , Katarzyna Borowska 25-06-2010, ostatnia aktualizacja 25-06-2010 07:34

W rosyjskich dokumentach są dwa różne protokoły przesłuchania tej samej osoby – z tą samą datą

Nie wiadomo,  kiedy Tu-154  zniknął z ekranu radaru
autor: Kuba Kamiński
źródło: Fotorzepa
Nie wiadomo, kiedy Tu-154 zniknął z ekranu radaru
Pomocnik  kierownika kontroli lotów z lotniska Siewiernyj miał jednocześnie  zeznawać przed dwoma śledczymi
źródło: Rzeczpospolita
Pomocnik kierownika kontroli lotów z lotniska Siewiernyj miał jednocześnie zeznawać przed dwoma śledczymi

„Rz” dotarła do informacji na temat rosyjskich protokołów przesłuchań świadków, które jako pierwsze – jeszcze przed dokumentacją przekazaną oficjalnie – trafiły do polskich śledczych.

To m.in. zeznania kontrolerów z lotniska Siewiernyj, w pobliżu którego 10 kwietnia rozbił się prezydencki tupolew.

Dwa przesłuchania w jednym czasie?

Z naszych informacji wynika, że według tych dokumentów Wiktor Anatoliewicz Ryżenko, pomocnik kierownika kontroli lotów, był przesłuchiwany w tym samym czasie przez dwóch różnych śledczych.

To właśnie Ryżenko sprowadzał polski samolot w ostatniej, newralgicznej fazie lotu, podczas której doszło do tragedii.

Według protokołów 10 kwietnia między godziną 14 a 16 czasu moskiewskiego przesłuchiwał go kapitan nauk prawnych A.A. Aleszyn, a między 14 a 15 – porucznik nauk prawnych O.N. Macakow.

Zbigniew Ćwiąkalski, były minister sprawiedliwości: – To, że jedna osoba jest przesłuchiwana w tym samym czasie przez dwóch różnych śledczych, jest nietypowe. Trzeba wyjaśnić szczegóły, dopytać, czemu to miało służyć.

Z taką sytuacją nie spotkał się też w swojej pracy prokurator Dariusz Barski, były zastępca prokuratora generalnego. – Jeśli jest tak, jak ustaliła „Rz”, to jest to zupełnie niezrozumiałe – ocenia. – W polskiej procedurze nie jest możliwa sytuacja, by przeprowadzać dwa różne przesłuchania tej samej osoby w tym samym czasie.

To niejedyne kontrowersje. Oba zeznania Ryżenki różnią się też treścią.

W protokole przesłuchania, którego dokonywał A.A. Aleszyn, kontroler twierdzi, że przy odległości 1,1 km (co zostało poprawione na 1,5 km), tuż przed podaniem polskiej załodze komendy wzywającej do przerwania lądowania, widział Tu-154 na wskaźniku monitora. W drugim protokole Ryżenko zeznał, że przy odległości 1,5 – 1,7 km– nie widział już samolotu na monitorze.

Jak to możliwe, że kontroler dwa razy zeznał zupełnie co innego? Zadaliśmy to pytanie rosyjskiej prokuraturze. Odpowiedzi dotąd nie otrzymaliśmy.

Zdaniem Barskiego nawet gdyby się okazało, że rosyjska procedura przewiduje przesłuchanie świadka przez dwóch śledczych, którzy sporządzają odrębne protokoły, ich treść powinna być zbieżna.

– Jeśli przesłuchiwany zmienia zdanie, co się czasem zdarza, to obowiązkiem śledczego jest natychmiast dopytać, czemu teraz mówi inaczej niż podczas poprzedniego przesłuchania – podkreśla prokurator Barski.

Jego zdaniem natychmiast po pojawieniu się takich sprzecznych zeznań rosyjscy śledczy powinni się zająć wyjaśnieniem tej kwestii. Jeśli tego nie zrobili, muszą się tym zająć polscy śledczy. – Ten materiał dowodowy przekazany przez stronę rosyjską jest na tyle niejasny, że wymaga uzupełnienia. To bardzo ważny świadek w sprawie o ogromnej wadze – podkreśla Barski.

Mrugnięcie i ciśnienie

Między zeznaniami Ryżenki jest jeszcze jedna różnica. Według jednego protokołu zeznał on, że gdy samolot był w odległości dwóch kilometrów od pasa lotniska, wskaźnik na czujniku lokatora lądowania mrugnął (takiego zdania nie ma w drugim protokole).

Prokuratorzy przypuszczają, że mógł być to moment, kiedy Tu-154 zawadził skrzydłem o drzewo. Ten moment miał być decydujący – wówczas pilotom nie udało się już poderwać maszyny.

Ryżenko przyznał, że kiedy wydawał komendę „horyzont”, oznaczającą natychmiastowe przerwanie lądowania, samolot nie był już widoczny na ekranie monitora. Co w praktyce oznaczało, że katastrofa jest nieunikniona.

Z zeznań wynika, że nic nie zapowiadało katastrofy. Wręcz przeciwnie. Ryżenko mówił, że załoga Tu-154 zakomunikowała kontrolerom, iż przystąpi nie do lądowania, lecz do kontrolnego podejścia do lądowania. Manewr ten miał pozwolić pilotom na ocenę, czy w ogóle da się posadzić maszynę.

W odpowiedzi Paweł Plusnin, który był kierownikiem kontroli lotów, podał polskiej załodze warunki pogodowe: temperaturę oraz ciśnienie atmosferyczne. Szczególnie ważny był ten ostatni pomiar, bo na jego podstawie ustawia się w samolocie wysokościomierz baryczny. W protokołach nie ma informacji, jaką wartość podał wówczas pilotom Plusnin.

Rzecznik prasowy Naczelnej Prokuratury Wojskowej płk Zbigniew Rzepa: – Prokuratura w tej chwili nie będzie odnosiła się do rzekomych treści protokołów z czynności procesowych wykonanych w śledztwie.

Słyszeli strzały

Ciekawe zeznanie złożyła też Irina Makarowa, funkcjonariuszka zatrudniona przez rosyjskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. 10 kwietnia pełniła służbę na lotnisku Siewiernyj. Makarowa twierdzi, że rozpoczęła służbę o godzinie 8 (czasu moskiewskiego). Według jej zeznań, kiedy rozpoczynała służbę na lotnisku, była tak gęsta mgła, że widoczność osiągała 1 – 1,5 metra.

Funkcjonariuszka opowiadała, że w momencie katastrofy w kierunku, skąd było słychać wybuch, wyruszyły wszystkie pododdziały rosyjskie, a za nimi również funkcjonariusze z Polski (chodzi najprawdopodobniej o BOR).

Rosjanka zeznała, że kiedy biegła w kierunku wybuchu, słyszała odgłosy przypominające strzały z broni palnej. Na miejscu katastrofy zastała jednak tylko płonące szczątki samolotu oraz zwłoki ofiar. Podobne zeznania złożyli funkcjonariusze. Aleksiej Nikołajewicz mówił o czterech wybuchach podobnych do wystrzałów z broni palnej, Irinina Winogradowa zaś określiła odgłosy jako cztery wybuchy.

Tuż po katastrofie w Internecie krążył amatorski film z miejsca katastrofy, na którym słychać było odgłosy podobne do wystrzałów. Według ekspertów prawdopodobnie w wyniku pożaru wystrzeliły magazynki zapasowe broni oficerów BOR.

– Wątek odgłosów przypominających wystrzał jest przedmiotem czynności procesowych podejmowanych w śledztwie – mówi „Rz” Rzepa.

—Justyna Prus z Moskwy

Rzeczpospolita

czwartek, 24 czerwca 2010

Nieznane rany na ciele Pyjasa

Ewa Łosińska 24-06-2010, ostatnia aktualizacja 24-06-2010 01:10

Ekshumacja szczątków zabitego w PRL studenta ujawniła obrażenia, których nie opisano po sekcji zwłok w 1977 r.

Stanisław  Pyjas
źródło: Forum
Stanisław Pyjas

Jak ustaliła „Rz”, podczas badania szczątków Stanisława Pyjasa odnotowano zmiany, których nie ujawniono tuż po jego śmierci.

– Mogę powiedzieć tylko, że te obrażenia zauważono w innej części ciała niż opisywane wcześniej i że są one dobrze widoczne – przyznaje prowadzący piąte już śledztwo w sprawie śmierci krakowskiego opozycjonisty prokurator Ireneusz Kunert z krakowskiego pionu śledczego IPN.

Prokurator czeka teraz na opinię biegłych po ekshumacji i oględzinach szczątków, która ma być gotowa najwcześniej po wakacjach. Sporządzą ją wspólnie specjaliści z Wrocławia, Bydgoszczy i Gdańska.

Część bliskich Pyjasa ma jednak zastrzeżenia do pracy śledczych. Jak pisała „Rz”, siostra opozycjonisty Alicja Przybysz chciała wstrzymania niedawnego pogrzebu i ponownych oględzin szczątków brata.

Siostrzenica ofiary Agnieszka Przybysz, która uczestniczyła w ekshumacji i oględzinach, twierdzi, że po ekshumacji zaginęły m.in. „dwa kuliste przedmioty wielkości ziaren grochu” wydobyte z grobu – być może kule.

Prokurator IPN odpiera zarzuty, by cokolwiek zaginęło między ekshumacją a badaniem zwłok we Wrocławiu. Ale wniosek, jaki złożyła do IPN Agnieszka Przybysz, został właśnie przekazany do krakowskiej prokuratury okręgowej. Ta zdecyduje, czy wszcząć w tej sprawie postępowanie.

– Osobne postępowanie wyjaśniające przeprowadzi także Główna Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, czyli kierownictwo pionu śledczego IPN – zaznacza Kunert.

Kilka dni temu Alicja Przybysz zwróciła się też do IPN o przeprowadzenie eksperymentu procesowego z użyciem broni, jaką stosowano w latach 70. Chodzi o to, by stwierdzić, czy strzał z takiej broni w głowę mógł pozostawić podobne ślady jak te, które zaobserwowano po ekshumacji Stanisława Pyjasa.

– Wniosek został złożony na podstawie obserwacji kości czaszki, jakich dokonałam w Zakładzie Medycyny Sądowej we Wrocławiu 24 maja. Okrągłe ciemnopopielato zabarwione wgłębienia wewnątrz mózgoczaszki zostały pominięte w opisie obrażeń do protokołu w zakładzie – mówi Przybysz. – Moja mama złożyła także wniosek o zbadanie, czy kości czaszki Stanisława Pyjasa miały kontakt z przedmiotami metalowymi.

Aby przeprowadzić taki eksperyment, trzeba by przestrzelić czaszkę innego zmarłego, którego zwłoki znajdują się w prosektorium. „Rz” dowiedziała się nieoficjalnie, iż prokurator raczej się na to nie zdecyduje.

Kunert zapewnia jednak, że podejrzenie, iż Pyjas mógł zostać zastrzelony, nadal jest jedną z wiodących hipotez śledztwa. – Chciałbym, aby uwagi do pracy biegłych były zgłaszane, kiedy sporządzą opinię. Inaczej podważa się ich wiarygodność, zanim jeszcze odpowiedzieli na zadane im w trakcie śledztwa pytania – komentuje prokurator.

Do IPN dotarły już materiały zbierane do filmu „Trzech kumpli”. To ponad 200 godzin nagrań, które mogą mieć znaczenie dla postępowania.

masz pytanie, wyślij e-mail do autorki e.losińska@rp.pl

Rzeczpospolita

sobota, 19 czerwca 2010

Kim jest agent Mosadu? Oto szczegóły

Miał wiele tożsamości

Kim jest agent Mosadu? Oto szczegóły

Gdy zatrzymywano go na lotnisku Okęcie w Warszawie, miał przy sobie paszport na nazwisko Uri Brodsky. Ale okazuje się, że to tylko jedna z jdego tożsamości. Podróżując po Niemczech, podawał się bowiem za kogoś innego. Tygodnik "Der Spiegel" ujawnia szczegóły działalności agenta izraelskiego Mosadu.

Przebywał on w Niemczech jako Alexander Verin. Analiza jego podróży, pobytów w hotelach i płatności, dokonywanych kartami kredytowymi wykazała, że posługiwał się także nazwiskiem Uri Brodsky - napisał "Spiegel".

Mężczyzna z paszportem wystawionym na nazwisko Uri Brodsky został zatrzymany 4 czerwca na Okęciu w Warszawie na podstawie Europejskiego Nakazu Aresztowania.

Niemiecka prokuratura zwróciła się do Polski o wydanie Izraelczyka, który podejrzany jest o poświadczenie nieprawdy i pomoc w sfałszowaniu dokumentów niemieckich.

Brodsky miał brać udział w przygotowaniach do zamachu na lidera radykalnego palestyńskiego ugrupowania Hamas w styczniu tego roku w Dubaju. Jak pisze "Spiegel", pomógł on w zdobyciu niemieckiego paszportu jednemu z późniejszych zamachowców, także domniemanemu agentowi izraelskich służb. To Brodsky miał zlecić adwokatowi z Kolonii złożenie wniosku o paszport.

"W Berlinie panuje spore oburzenie z powodu tego, że izraelskie służby specjalne powołały się w uzasadnieniu wniosku o przyznanie niemieckiego paszportu na rzekome prześladowania ze strony nazistów w III Rzeszy" - ujawnia "Spiegel".

Według mediów mężczyzna, któremu wydano niemiecki paszport na nazwisko Michael Bodenheimer, twierdził, że jego rodzice uciekli z III Rzeszy przed prześladowaniami Żydów.

"Spiegel" pisze, że rząd federalny nie wstrzyma ze względów politycznych dochodzenia przeciwko Izraelczykowi, pomimo nacisków ze strony izraelskich władz.

"W zaangażowanych w sprawę ministerstwach panuje zgodna opinia, że postępowanie odbywać się musi na podstawie czysto prawnych kryteriów" - cytuje "Spiegel" anonimowego członka rządu w Berlinie.

Rozmówca tygodnika dodaje, że ustawowo możliwe wstrzymanie postępowania ze względu na ważny interes publiczny nie wchodzi w grę.

Izraelski minister handlu Benjamin Ben-Eliezer powiedział "Spieglowi", że "zobowiązaniem Izraela jest chronić (zatrzymanego) przed wydaniem". "Ale nawet jeśli dojdzie do procesu w Niemczech, nie może to zaszkodzić dobrym stosunkom naszych państw" - dodał.

W czwartek polska prokuratura wysłała do Sądu Okręgowego w Warszawie wniosek o przekazanie Brodsky'ego do Niemiec.

czwartek, 10 czerwca 2010

Polscy śledczy mają zwiazane ręce

Cezary Gmyz 09-06-2010, ostatnia aktualizacja 10-06-2010 02:17

To nieprawda, że kontrolerzy nie mieli uprawnień, by zabronić lądowania prezydenckiego Tu-154

–   Premier   Tusk  powinien  poprosić  premiera  Putina,  by  strona rosyjska  przyspieszyła realizację pomocy prawnej – mówi „Rz” pełnomocnik rodzin  ofiar Rafał Rogalski
autor: Radek Pasterski
źródło: Fotorzepa
– Premier Tusk powinien poprosić premiera Putina, by strona rosyjska przyspieszyła realizację pomocy prawnej – mówi „Rz” pełnomocnik rodzin ofiar Rafał Rogalski

Jest pan jedną z niewielu osób, które znają materiał dowodowy zgromadzony przez polską prokuraturę w sprawie tragedii smoleńskiej. Czy podziela pan opinię o tym, że za katastrofę byli odpowiedzialni polscy piloci?

Rafał Rogalski, pełnomocnik rodzin ofiar, m.in. rodziny Kaczyńskich: Teoria o wyłącznej winie pilotów jest zdecydowanie przedwczesna. Z uwagi na rozwojowy charakter śledztwa być może powstanie nawet konieczność wykluczenia winy pilotów. To będzie zależało od wyników ostatecznych ustaleń. Aktualnie w aktach znajdują się już materiały, które wskazują na co najmniej współwinę innego podmiotu.

Jakiego?

Są wersje, które zakładają odpowiedzialność strony polskiej, ale są i takie, które zakładają odpowiedzialność strony rosyjskiej. W tym drugim przypadku chodzi o odpowiedzialność rosyjskiej kontroli lotów. W śledztwie prowadzonym przez polską prokuraturę żadna z tych wersji nie została wykluczona kategorycznie, a wszelkie przeciwne twierdzenia nie mają oparcia w materiale dowodowym.

Co wynika z zeznań rosyjskich kontrolerów, które ujawniła TVP?

Wynika z nich, że teza Edmunda Klicha (polskiego przedstawiciela przy Międzypaństwowej Komisji Lotniczej – red.) o wyłącznej odpowiedzialności polskich pilotów jest nieuprawniona i że rosyjscy kontrolerzy wprowadzali ich w błąd co do ścieżki lotu. Dopiero w ostatnich sekundach lotu pojawiły się komendy, które miały ten błąd naprawić. Porównując ścieżkę schodzenia samolotu z komendami wydawanymi przez Rosjan, nietrudno dojść do wniosku, że komendy były niewłaściwe. W zeznaniach obu kontrolerów są też zastanawiające sprzeczności. Nie wiemy dokładnie, jaką rolę w całej procedurze odgrywał kontroler, a jaką jego pomocnik. Nie wiem też, co podczas lądowania Tu-154 w wieży robiła trzecia osoba zidentyfikowana z imienia i nazwiska. Wersji powodów jej obecności i zadań można stworzyć wiele.

Pojawiły się też wątpliwości co do badań lekarskich, jakie kontrolerzy mieli przejść tuż przed katastrofą.

Tak. Nie jest jasne, w jakim byli stanie. Protokół w tym miejscu był poprawiany. Z pierwszej wersji wynikało, że kontrolerzy przeszli w tym dniu badania lekarskie. Z poprawionej – że badania się nie odbyły. To może rodzić podejrzenia, że ktoś chce ukryć, iż kontrolerzy byli niedysponowani. Nie dysponujemy na teraz jakimkolwiek materiałem dowodowym wykluczającym wątpliwości co do stanu dyspozycji kontrolerów.

Niedysponowani, czyli nietrzeźwi?

Nie mogę tego wykluczyć, zwłaszcza że nie mamy też informacji, czy po katastrofie przeszli testy na obecność alkoholu. Podkreślam jednak, że to hipoteza. Ale zastanawiające jest to, że – jak wynika ze stenogramu – wprowadzali pilotów w błąd i wydawali komendy z opóźnieniem.

Kim są ci kontrolerzy?

Tutaj też pojawiają się wątpliwości, zwłaszcza co do kontrolera o nazwisku Ryżenko. Zastanawiające jest, że jego delegacja na lotnisko Siewiernyj kończyła się 10 kwietnia, czyli w dniu katastrofy.

Jak ocenia pan decyzję o ujawnieniu stenogramów z kokpitu Tu-154?

Jako pełnomocnik rodzin ofiar byłem zdecydowanie za ujawnieniem treści tych zapisów. Ale chciałem, by odbyło się to na określonych zasadach. Z zapisami powinna się najpierw zapoznać prokuratura. I to ona powinna po analizie zadecydować, kiedy ujawnić stenogram, tak by nie zaszkodziło to dobru śledztwa. Przed publikacją z zapisem powinny zapoznać się rodziny osób, które zginęły w katastrofie, a dopiero potem społeczeństwo. Wątpliwe prawnie są też kompetencje Rady Bezpieczeństwa Narodowego do podjęcia decyzji o publikacji stenogramu. Myślę, że polscy prokuratorzy, którzy prowadzą to postępowanie, nie byli zachwyceni nagłym ujawnieniem stenogramu. Osobiście nie byłbym na ich miejscu zadowolony.

To nie jest przecież standardowa sytuacja, gdy prokurator zmuszony jest powziąć wiedzę o bardzo ważnym dowodzie z mediów, nikt nawet nie pyta go o zdanie, czy natychmiastowe ujawnienie nie zaszkodzi śledztwu. Stawiam w tym miejscu retoryczne pytanie: czy decydenci ujawnienia zapoznali się choćby z jedną kartą akt sprawy, czy przeprowadzili jakąkolwiek rozmowę z prokuratorami bezpośrednio zaangażowanymi w sprawę, czy ktokolwiek zapytał ich o zdanie? Wątpię. Fakt, iż rosyjscy kontrolerzy mogli się zapoznać z tymi zapisami zanim zostaną być może ponownie przesłuchani w drodze pomocy prawnej na wniosek polskiej prokuratury, może zaszkodzić śledztwu. O innych komplikacjach ze względu na dobro postępowania wspominać nie będę.

Jak decyzja o ujawnieniu stenogramu może wpłynąć na kontakty polskiej i rosyjskiej prokuratury?

Mariusz Kazana przed wylotem mówił wyraźnie, że wizyta nie jest przygotowana

Obawiam się, że niekorzystnie. Ujawnienie odbyło się mimo sprzeciwu Rosjan. A polskie śledztwo bazuje na tym, co ustalą Rosjanie. Boję się, że teraz może stanąć w miejscu, bo Rosjanie niechętnie będą przekazywać materiały ze swojego postępowania. Błędem było, że na początku nie podjęto z nimi negocjacji, by prowadzić wspólne śledztwo nie zaś dwa odrębne. Polscy prokuratorzy sformułowali już hipotezy śledcze, ale bez rosyjskich materiałów nie ma szansy, by je potwierdzić lub wykluczyć.

Jakich ważnych materiałów brakuje polskim śledczym?

Jest ich bardzo wiele. Przede wszystkim chodzi o protokoły oględzin miejsca katastrofy, protokoły przesłuchań świadków, zapisy rozmów na stanowisku kontroli, dokumentację ostatniego remontu tupolewa w Samarze w Rosji. Chcielibyśmy też ustalenia, jak często kontrolerzy kontaktowali się z Moskwą, bo wiemy, że były takie kontakty. Chcielibyśmy poznać treść tych rozmów. Niezbędne są też zapisy rozmów, jakie były prowadzone z iłem-76, który nie zdecydował się na lądowanie w Smoleńsku. Mamy niepotwierdzoną informację, że załoga iła sama zrezygnowała z lądowania. Trzeba jednak sprawdzić, czy to nie wieża zakazała im lądowania. Nie jest bowiem prawdą, że kontrolerzy nie mieli uprawnień, by zabronić lądowania.

Czy to prawda, że wieża podawała pilotom nieprecyzyjne dane?

Tak. Kontrolerzy twierdzą, że podali polskiej załodze gorsze dane na temat widoczności, niż były w rzeczywistości. Tłumaczą, że chcieli zniechęcić tupolewa do lądowania. Moim zdaniem to było działanie absolutnie niedopuszczalne. Pilot, podejmując decyzję, powinien dysponować danymi nie gorszymi ani nie lepszymi, lecz prawdziwymi. Rodzi się w tym miejscu pytanie, ile jeszcze nieprawdziwych informacji podali rosyjscy kontrolerzy polskim pilotom.

Na podstawie opublikowanego stenogramu formułowane są tezy o naciskach na pilotów. Czy są uprawnione?

Z formułowaniem tez powinniśmy poczekać na ustalenia polskich ekspertów, którzy dostali kopię zapisów z kokpitu. Z tego, co do tej pory opublikowano, nie wynika, że był jakikolwiek nacisk ze strony generała Andrzeja Błasika (szefa Sił Powietrznych, który aż do katastrofy był w kokpicie – red.). Jeżeli chodzi o dyrektora protokołu dyplomatycznego Mariusza Kazanę, to właśnie jemu mogło szczególnie zależeć na lądowaniu w Smoleńsku, a nie na lotniskach zapasowych. Problem w tym, że można było lądować w Mińsku lub Witebsku, ale nic nie było tam przygotowane, by przetransportować polską delegację na miejsce uroczystości. Mamy relacje świadków twierdzących, że Kazana przed wylotem mówił wyraźnie, iż wizyta nie jest przygotowana i w grę wchodzi tylko lądowanie w Smoleńsku. Podkreślam jednak: powinniśmy poczekać na odczytanie zapisu z kokpitu przez polskich ekspertów. W tej chwili 20 proc. materiału jest niezrozumiałe. Z tego, co na razie wiemy, formułowanie tezy o naciskach ze strony gen. Błasika, a tym bardziej prezydenta jest niedorzeczne i świadczące o złej woli tych, którzy takie oświadczenia składają.

Dlaczego stenogram ujawniono tak szybko?

Było to spowodowane naciskiem ze strony opinii publicznej. Wydaje mi się jednak, że bezpośrednią przyczyną była bardzo kłopotliwa dla rządzących informacja, która pojawiła się rano w dniu ujawnienia stenogramów, że z pułku specjalnego chce odejść 30 osób.

Reprezentuje pan pięć rodzin, które straciły bliskich w katastrofie. W jakiej są sytuacji?

Bardzo chcą poznać prawdę o katastrofie, niezależnie od tego, jaka ta prawda jest. Ogromnie przeżywają to, co się stało. To się czuje. Są też zaniepokojeni, że choć od tragedii minęły dwa miesiące, Rosjanie nie przekazują materiałów ze śledztwa i że do tej pory żaden wniosek o pomoc prawną nie został zrealizowany. Rodziny chcą skonsolidować swoje działania, powołując stowarzyszenie. Chodzi też o to, by skoordynować działania z pełnomocnikami innych rodzin.

Jak odebrał pan wiadomość o tym, że okradziono ofiary tragedii?

To kolejny sygnał, że teren katastrofy nie był prawidłowo zabezpieczony. Można też domniemywać, że oględziny miejsca tragedii były przeprowadzone niezgodnie z zasadami kryminalistyki. Źle świadczy to o stronie rosyjskiej. Oględziny miejsca katastrofy to czynność zasadniczo niepowtarzalna, tylko wyjątkowo przeprowadza się je po raz drugi. Już po rosyjskich oględzinach znajdowano części maszyny, nie mówiąc już o fragmentach ciał. Teren nie był zabezpieczony, a w dodatku ziemia została przekopana. Nie przyczynia się to do wyjaśnienia przyczyn tragedii.

Co wiemy dziś na temat wyników sekcji zwłok ofiar?

Niewiele. Właściwie to nie wiadomo, czy sekcje zostały w ogóle wykonane. Do Moskwy wysłano trzy grupy patomorfologów, kryminalistyków i biologów, którzy chcieli brać udział w sekcjach zwłok. Kiedy jednak dotarli na miejsce, Rosjanie oświadczyli, że sekcje zostały już wykonane.

Media przecież donosiły o tym, że w sekcjach brała udział minister zdrowia Ewa Kopacz, która ma doświadczenie w medycynie sądowej.

To przekłamanie. Pani minister pomagała w identyfikacji. Z całą odpowiedzialnością mówię – nie ma żadnych informacji, by w którejkolwiek sekcji zwłok brał udział jakiś polski patomorfolog. Bulwersuje mnie też sposób traktowania szczątków ofiar. Nie wszystkie ciała, które zachowały się w stosunkowo dobrym stanie, zostały ubrane przed włożeniem do trumien. Wiem o kilku takich przypadkach udokumentowanych fotograficznie. Ubierano tylko ofiary, których rodziny na czas dostarczyły odzież. Ponosi za to odpowiedzialność również strona polska.

Co można zrobić, by przyspieszyć śledztwo?

Polscy śledczy liniowi bardzo chcą dotrzeć do prawdy, ale wobec braków dowodowych (te są przecież w Rosji) mają związane ręce. Potrzebna jest wola najwyższych władz polskich oraz Prokuratury Generalnej (apeluję w tym miejscu), by wymusić na Rosjanach przekazanie wszelkich materiałów i zrealizowanie naszych wniosków o pomoc prawną. Tymczasem premier Donald Tusk twierdzi, że nie chce ingerować w śledztwo, bo prokuratura jest niezależna. Tu jednak nie chodzi o żadną ingerencję w śledztwo. Jestem przekonany, że szef rządu zaskarbiłby sobie przychylność opinii publicznej, gdyby zadzwonił do premiera Putina, który okazywał mu tyle sympatii, z prośbą o to, by strona rosyjska przyspieszyła realizację pomocy prawnej. Wszak sam minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski przyznał, że ze strony rosyjskiej idzie to wolno.

Czym wobec braku rosyjskich materiałów zajmuje się polska prokuratura?

Badany jest np. wątek związany z być może polskimi zaniedbaniami w toku przygotowania wizyty w Katyniu. Chodzi m.in. o zaniedbania związane z ochroną, przelotem czy też jakże specyficzną odrębnością organizacyjną wizyt premiera i prezydenta. Niestety, mamy do czynienia nie tylko z opóźnieniami ze strony Rosjan, ale także polskiego MSZ. Z tego, co wiem, polscy prokuratorzy wciąż czekają na komplet dokumentacji dotyczącej przygotowań wizyty Lecha Kaczyńskiego i wcześniejszej o trzy dni Donalda Tuska. Dokumentacja może nam odpowiedzieć na kilka jakże istotnych pytań.

—rozmawiał Cezary Gmyz

sobota, 5 czerwca 2010

Nigeryjska mafia. Szpetne żony i narkotyki

Po przyjeździe rozglądają się za polskimi żonami. "Trudno o tym mówić, ale są one mało atrakcyjne" - powiedział nam urzędnik infiltrujący środowisko stadionowych handlarzy z Nigerii. Według informatora z policji, imigranci ci - wyglądający często jak "gangsta raperzy" - handlują też narkotykami.

Początkowo media niemal pominęły tragiczne zajścia na targowisku w pobliżu dawnego Stadionu Dziesięciolecia w Warszawie. Zajęte były relacjonowaniem walki strażaków o utrzymanie wałów chroniących stolicę przed powodzią.

Bezspornych faktów jest niewiele. 23 maja na bazar przyjeżdża sześciu nieumundurowanych policjantów, którzy mają za zadanie uderzyć w handlujących podrabianymi ciuchami. Dochodzi do szarpaniny. Postrzelony przez funkcjonariusza Maxwell Itoya mimo wysiłków lekarzy umiera. Zostawia żonę Polkę i trójkę dzieci. Policjant, z którego broni padł śmiertelny strzał, trafia na kilka dni do szpitala. Przez cały czas są przy nim żona i trójka dzieci. – To młody funkcjonariusz, ma cztery lata doświadczenia. Bez kar, chwalony za swoją pracę – wylicza Maciej Karczewski, rzecznik stołecznej policji.

Policjanci nie ukrywają, że po zatrzymaniu wnikliwie prześwietlili wszystkich 33 uczestników bójki. – Każdy z nich był już klientem naszego wymiaru sprawiedliwości – mówi oficer z komendy na Pradze-Południe, na której terenie znajduje się bazar.

Jak się dowiedzieliśmy, przeważają informacje o postępowaniach karnych za łamanie ustawy o znakach towarowych. Itoya odpowiadałby za to samo. Czyli straciłby towar, zapłacił grzywnę (od 200 do 1000 zł) i dostał wyrok w zawieszeniu.

Oficjalnie toczą się dziś dwa śledztwa. – Jedno w sprawie ewentualnego przekroczenia uprawnień przez policję – tłumaczy rzecznik prokuratury dla prawobrzeżnej Warszawy Renata Mazur. Równolegle ta sama prokuratura prowadzi drugie postępowanie: w sprawie czynnej napaści na policjantów. Spośród 33 zatrzymanych 25 usłyszało już zarzuty. Grozi im kara do 10 lat więzienia.

Wśród nich przeważają obywatele Nigerii, tylko nieliczni mieli karty pobytu. Jak to możliwe, że żyją bez przeszkód w kraju Unii? Odpowiedź znają urzędnicy zawodowo zajmujący się problemami imigracyjnymi. Nigeryjczycy do perfekcji wykorzystują patent na żonę.


Pracownik mazowieckiego urzędu wojewódzkiego opowiada: – Mam problem, gdy słyszę, że są tutaj legalnie. To skomplikowana prawnie sytuacja.

Mechanizmy zdobywania prawa pobytu jest proste i skutecznie powielane. Jeśli przyjeżdżają do Polski wprost z Nigerii, często mają dokumenty świadczące, że opłacili pierwszy semestr studiów. Równie popularną metodą jest zaproszenie od któregoś z klubów piłkarskich. Nie chodzi o Legię Warszawa. Zapraszają ich na testy prowincjonalne kluby, grające w najniższych ligach.

Żona do raju

Bywa, że przyjeżdżają po wojażach w innych krajach na zachodzie Europy. Urzędnicy twierdzą, że zależy to od aktualnej polityki migracyjnej różnych państw UE. – Ostatnio jest duża fala z Austrii – tłumaczy nasz rozmówca.

Po przekroczeniu granic zaczynają rozglądać się za polskimi żonami. Z obserwacji naszych rozmówców wynika, że rozpoznają trzy typy związków. Najrzadziej spotykane są przykłady prawdziwej miłości. Częściej małżeństwo bywa handlową transakcją. Przeważa metoda na rozkochanie w sobie Polki. Z rozmysłem, aby zdobyć dokumenty niezbędne do życia nad Wisłą i w kraju Unii. – Nie prowadzimy żadnych oficjalnych badań. Ale te obserwacje są rzetelne. Mamy obowiązek sprawdzać, czy związek małżeński nie jest fikcją i jest to wnikliwa procedura – tłumaczy nam oficer Straży Granicznej.

Dla badanych bywa ona upokarzająca. Rozpoczyna się wywiadem środowiskowym polegającym na dokładnym przepytaniu sąsiadów o pożycie pary. W kolejnym etapie funkcjonariusze odwiedzają mieszkanie. Niedawno na swoim blogu opisywał taką wizytę Jacek Łęski, współwłaściciel firmy z branży PR, którego żona pochodzi z Ukrainy: „...odwiedzili nas bez zapowiedzi dwaj panowie ze Straży...sprawdzili, ile mam skarpetek...zbadali, kto czym się myje i wyciera, zerknęli do bielizny, pokręcili się po ubikacji, potem kazali sobie pokazywać nasze zdjęcia...Kazali sobie pokazać wszystkie dokumenty: świadectwo ślubu, świadectwo urodzenia naszego syna, wyciągi bankowe, paszporty. Wszystko to Alina od pięciu lat zanosi co roku do urzędu do spraw obcokrajowców, by dostać przedłużenie karty czasowego pobytu”.


Sens takich wizyt tłumaczą nasi rozmówcy: – Najszybciej orientujemy się, gdy małżeństwo zostało kupione. Mężczyzna trzyma wtedy w mieszkaniu stanik i parę damskich majtek. Ma gotową legendę, że żona pojechała z chorym dzieckiem do teściowej. Gdy ją odszukujemy, okazuje się, że jest uzależniona od taniego wina i za małżeństwo dostała 2 tys. zł.

Niedawno stołeczni urzędnicy zajmowali się młodą efektowną dziewczyną, która za swoją rękę otrzymała 20 tys. zł. Wyznała, że potrzebowała gotówki na iPhone’a i dobrą zabawę. I że planowała przechytrzyć swojego męża, gdyż złożyła już podanie o rozwód.

– Dopiero podczas postępowania zrozumiała, że w rzeczywistości jest ofiarą. Że mąż nie da jej rozwodu. Że mają wspólnotę majątkową, co oznacza odpowiedzialność za jego długi. A także konieczność uzyskania jego podpisu przy niemal każdej prawnej czynności – tłumaczy jeden z naszych rozmówców.

Nie brakuje jednak kobiet, które są rzeczywiście zakochane w swoich Nigeryjczykach: – Trudno o tym mówić, ale są one mało atrakcyjne. Eufemistycznie ujmując: równie słabo rozwinięte intelektualnie. Przychodzą wraz z dziećmi i płaczą prawdziwymi łzami. Za późno orientują się, że zostały bezlitośnie wykorzystane – mówi urzędnik.

Dlaczego mimo bogatej wiedzy urzędników i skrupulatnych kontroli Nigeryjczyków w kraju przybywa? Chodzi o prawny kruczek: ważny akt małżeństwa z obywatelem kraju Unii Europejskiej wstrzymuje postępowanie uchodźcze. W praktyce oznacza to, że takiej osoby nie można wydalić. Choć Straż i urzędy ds. cudzoziemców mają świadomość fikcji, jaką jest ślub. Dlatego wojewodowie masowo odrzucają wnioski o karty czasowego pobytu, ale nie powoduje to wydalenia.


Reguły stadionu

Dziś handel w okolicach stadionu jest tylko bladym wspomnieniem po świetnych czasach sprzed rozpoczęcia budowy Stadionu Narodowego. Według szacunków policjantów oraz pracowników targowisk grupa Nigeryjczyków liczy 100 osób. Opanowali rynkową niszę: handlują podrabianymi markowymi ciuchami, butami i zegarkami.

– Klient widzi chaos. Dopiero wprawne oko zauważy, że tu wszystko jest dokładnie poukładane. Stadion ma swoje prawa i są one surowo przestrzegane – mówi właściciel firmy, która od 15 lat podnajmuje swój teren handlarzom.

Według jego relacji np. Ormianie i Gruzini zmonopolizowali handel przemycanymi papierosami i alkoholem. Murzyni zaś wyspecjalizowali się w handlu podróbkami markowych ubrań, butów i zegarków. Tyle że są detalistami. Grubymi rybami w tym biznesie są Azjaci. To oni sprowadzają kontenerami ciuchy szyte w chińskich fabrykach. Do Europy wjeżdżają jeszcze bez markowych naszywek. Dopiero w Polsce w pokątnych szwalniach dosztukowywane są metki Pumy, Adidasa czy Nike.

– Niedawno zlikwidowaliśmy taki warsztat. Kilka tysięcy par skarpetek, czapeczek leżało w magazynie gotowych do sprzedaży. Firmy tracą na tym piractwie dziesiątki milionów złotych – mówi Leszek Czaplicki, naczelnik warszawskiego wydziału zwalczania przestępczości gospodarczej.

Chcieliśmy dowiedzieć się, jakie straty ponoszą znane koncerny. Tyle że po śmierci Maxwella firmy nabrały wody w usta. Nie chcą być łączone z tragedią na stadionie. Gdy dopytujemy, że przecież policjanci byli tam w ich interesie, we wszystkich pada taka sama odpowiedź: – Sprawami kradzieży znaków towarowych zajmuje się specjalna komórka w naszej centrali.


Bracia w handlu

Choć Nigeryjczycy są detalistami, to zarabiają przyzwoicie. Według nieoficjalnych informacji parę butów kupują za 20 zł. Tę samą sprzedają za 100 zł. W dobrych czasach stadionu nawet drobniejsi handlarze zarabiali około 5 tys. Dziś – jak twierdzą – rzadko przez miesiąc zarobią 3 tys.

– Bywa, że podczas jednej akcji rekwirujemy towar wart 100 tys. zł. Takie same nieprzyjemności spotykają innych handlarzy, ale awantura jest tylko z Nigeryjczykami – mówi policjant z Pragi. Tłumaczy, że handlarze na stadionie zdają sobie sprawę z reguł gry. Wpadkę, utratę towaru i postępowanie karne wliczają w koszta swojej działalności.

– Wietnamczycy przyjmują kary bez słowa. Ormianie i Czeczeni tłumaczą się biedą i wojną. Dla czarnoskórych jesteśmy przez sekundę braćmi. Gdy to nie przynosi skutku, natychmiast stają się agresywni i krzyczą o rasistowskim podłożu kontroli – mówi doświadczony oficer policji.

– Moi ochroniarze mieli z nimi kilkanaście zatargów. Nigeryjczycy są po prostu agresywni, spodziewałem się od dawna tragedii – mówi jeden ze stadionowych handlarzy. I dodaje, że coraz bardziej przypominają oni bohaterów z teledysków gwiazdorów gangsta rap.

Zysków Nigeryjczyków nie uszczuplają podatki. Według naszych rozmówców z policji gotówka jest coraz częściej inwestowana w handel narkotykami. Tylko w tym tygodniu na Okęciu został zatrzymany Nigeryjczyk przemycający w swoim żołądku 1,5 kilograma kokainy. Także ich polskie oblubienice biorą udział w tym procederze. Wyroki wieloletniego więzienia w ciężkich, południowoamerykańskich więzieniach odsiaduje kilka z nich.

– Sprawa śmierci Maxwella I. jest śledztwem własnym prokuratury. To ona oceni zachowanie handlarzy i zakończoną tragedią akcję. Wykluczamy rasistowskie podłoże – mówi Mariusz Sokołowski, rzecznik komendanta głównego policji.

Kilkuset osobowy marsz upamiętniający śmierć Maxwella ruszył spod stadionu. Nigeryjczycy otwarcie handlowali swoimi podróbkami.

– Tym razem nie zareagowaliśmy. Ale nie możemy pozwolić na łamanie prawa. Bo jutro inni na naszych oczach będą sprzedawać podrabiany alkohol, a pojutrze już strzelać – mówi naczelnik Czaplicki.


RODZICE SIĘ MNIE BALI - wywiad z Jerzym Urbanem


Email
21.03.2008.

Jerzy Urban

Najpierw rozbudził w sobie talent, następnie kolejno wzbudzał: podziw w czytelnikach, nienawiść w opozycji i zgorszenie w wolnej Polsce. Libertyn, racjonalista, postkomunista. Wachlarz ocen jego postaci jest skrajnie rozpięty. Dla wielu obiektywnych dziennikarzy – mistrz w swoim fachu, dla społeczeństwa – wróg publiczny. 28 stycznia 2008 roku Jerzy Urban zgodził się porozmawiać z ekipą HomoDicit.pl.

Homodicit.pl: Czego oczekiwał pan, idąc na studia? Był to pana wybór czy wymóg rodziców?

Jerzy Urban: Musiałem iść na studia, ponieważ inaczej wzięliby mnie do wojska. To był główny motyw studiowania oraz uporczywego zmieniania placówek – jak mnie wyrzucali z jednego fakultetu, to szedłem na następny, żeby nie iść w kamasze. Drugi motyw był taki, że w moim środowisku każdy człowiek studiował, wobec tego automatycznie, samo przez się, rozumiałem, że trzeba iść na uczelnię. Co mam studiować? Szukałem czegoś możliwie najłatwiejszego, co by mnie najmniej obciążało. Ponieważ we wrześniu 1951 roku rozpocząłem pracę w redakcji tygodnika młodzieżowego Nowa Wieś, dziennikarstwo miało z tym związek, a także wiedziałem, że ten kierunek na pewno będzie lekki i nieabsorbujący. Ale na dziennikarstwo się nie dostałem, bo wówczas panowała pewna dowolność przyjmowania – decydowała rozmowa kwalifikacyjna. Wynaleziono jednak przepis, który mówił, że jedno miejsce na każdym wydziale uniwersytetu jest zarezerwowane dla syna kogoś z tego zawodu tzn. na medycynę miał prawo się dostać syn lekarza, na prawie – adwokata, a na dziennikarstwo – syn dziennikarza. Dziś to brzmi śmiesznie. W dobie, kiedy połowa studentów prawa to są synowie prawników. Nie wykluczam, że i wtedy znajomości działały, ale tak mówiły przepisy. Na te studia nie kandydował żaden syn dziennikarza, bo były to studia zalecane raczej dla młodzieży robotniczo-chłopskiej, aby odmienić klasowe oblicze polskiego dziennikarstwa, wobec tego ja się automatycznie na nie dostałem.

Nie dostał się mój kolega, przyjaciel, za którym ja tak właściwie szedłem do pracy, na studia, jak to bywa – gdzie on, tam ja. Berkowicz – on nie dostał się, bo w czasie rozmowy powiedział, że oboje jego rodzice byli przed wojną etatowymi funkcjonariuszami Komunistycznej Partii Polski. Zdyskwalifikowano go natychmiast mówiąc, że tak dobre pochodzenie jest niemożliwe, on kłamie.

Od początku studiowania miał pan tą sferę życia w głębokim poważaniu? Proszę opowiedzieć o historii odwiedzin rektora uczelni.

Jak dostałem się na dziennikarstwo, to uznałem, że grzecznie będzie, jeśli pójdę i przedstawię się rektorowi. Wybrałem się do rektora Uniwersytetu Warszawskiego – uczelni mającej kilkanaście tysięcy studentów – był nim wówczas prawnik, prof. Jan Wasiłkowski. Przyjął mnie jego sekretarz, dr jakiś tam. On mi powiedział, że nie jest w zwyczaju, aby studenci się przedstawiali, ale on przyjmuje do wiadomości, dziękuje mi i tej ceremonii stało się zadość.

Syn tego Wasiłkowskiego, też późniejszy profesor prawa, Andrzej był moim kolegą, pracownikiem naukowym i dziennikarzem. Raz musiałem go ratować z opresji. Było to w Grand Hotelu, gdzie on z kolegą i dwiema kurwami balowali trzy doby. Mieszkałem w sąsiedztwie, słyszałem ciągłe śmichy-chichy i widziałem jeżdżące wózki z szampanem. Potem, gdy mnie Wasiłkowski spotkał na korytarzu, to błagał, żebym go ratował, bo nie mogą się wykupić ani tym kurwom, ani temu hotelowi. Dzwoniliśmy w tej sprawie do Warszawy, ale nie pamiętam, jak to się skończyło.

Pan w kontekście swoich dwóch pierwszych żon mówi, że poszły na łatwiznę wybierając zawód dziennikarza. Jak pan to odniesie do samego siebie? Pan też poszedł na łatwiznę?

Oczywiście. Ja niczego nie umiałem, do niczego się nie nadawałem, wobec tego właśnie dziennikarstwo było dla mnie fachem stosownym. Miało ono i miewa dzisiaj jeszcze ten walor, że daje dosyć dużą swobodę życiową. Nie zmusza nawet debiutanta do siedzenia określonej ilości godzin.

Ale chyba tylko w wypadku, kiedy jest się dobrym…

Nie, nikt nie zaczyna jako dobry, to się okazuje z czasem. W ówczesnych redakcjach, tak jak i w części dzisiejszych nawet debiutant, praktykant nie jest zobowiązany do siedzenia od 8 do 16. Ma zajęcia dosyć luźne i wiele zależy nie od jego pozycji hierarchicznej, ale od tego, jakimi umiejętnościami się wykaże i jak go ocenią czytelnicy, widzowie czy słuchacze. Jednym słowem ma w ręku i słowie instrumenty stanowienia o sobie. Poza tym wówczas, było to zupełnie inaczej niż dzisiaj, dziennikarze należeli do pewnej sfery takiego lepszego towarzystwa. To nie był liczny zawód, jak dziś. On się jakoś kontaktował towarzysko, a czasem rodzajem zajęć, z literatami, ci z kolei z reżyserami i aktorami. Istniały kluby dziennikarskie, aktorskie. Dzisiaj też takie kluby istnieją, ale obecnie jest to tylko nazwa byle knajpy, a wtedy to był wstęp tylko dla wybranych. To były przywileje mające raczej towarzyski charakter, natomiast dla mnie najważniejsze było to, że jak jechałem w teren, to w każdym mieście wojewódzkim była delegatura wydawcy mojej prasy, gdzie zawsze mogłem przyjść, gdy nie miałem pieniędzy. Dostawałem je, musiałem się z tego oczywiście rozliczyć. W sytuacjach, kiedy z kolegami podróżowaliśmy, przepijając te pieniądze, mogliśmy przyjść i na legitymację dostać kilkaset złotych – był to nadzwyczaj imponujący przywilej. Tym bardziej, że były to czasy, gdy nie było banków i człowiek bez złotówki w kieszeni znajdował się w sytuacji dramatycznej.

Interesuje nas ta elita, bo wszystkie nazwiska przewijające się w latach pana młodości wybiły się potem. Przykładami choćby Dziewanowski czy Hłasko.

Po pierwsze trzeba wziąć poprawkę na to, że pamięta się i wspomina ludzi, którzy potem coś znaczyli. Ci, którzy nie utrwalili swojego nazwiska w jakiejkolwiek dziedzinie są łatwiej zapominani. W ostatnich latach czy też dziesięcioleciach kolejno umierają ludzie, z którymi byłem zaprzyjaźniony, miałem bliskie znajomości czy balowałem. I dopiero teraz, z okazji publikacji pośmiertnych dowiaduję się, z jakimi to wybitnymi osobami się kolegowałem. Czytając te wspomnienia pośmiertne, żałuję, że traktowałem ich per noga, że takie ciekawe i wybitne osoby odrzucałem ze swojego towarzystwa. To dotyczy Hłaski, Osieckiej, Himilsbacha, Tyrmanda, Kobieli, Cybulskiego. Było to towarzystwo, z którym się nie zaprzyjaźniałem, bo to wszystko byli pijacy, a ja nie znoszę pijaków. I ten mechanizm sprawiał, że odrzucałem najciekawszych ludzi.

Zazwyczaj artyści i ludzie z wyobraźnią to pijacy…

W tamtej epoce tak, bo nie wymagała tych zabiegów, co dzisiaj. Wszyscy wyżej wymienieni byli alkoholikami, a obecnie bardzo trudno alkoholikowi utrzymać się w sytuacji rynkowej, wymagającej PR-u, kooperacji, starań itd.

I w obecnych czasach nie ma tak, jak dawniej czegoś takiego jak cyganeria artystyczna, bohema…

Wtedy, jak się miało jakąś pozycję, to się z niej żyło. Między innymi dlatego, że do życia nie potrzeba było tak wiele. Niepotrzebny był samochód, niepotrzebne były pieniądze na mieszkanie, ani nawet na meble i mnóstwo innych rzeczy jak dziś – na ubezpieczenia i cholera wie, co jeszcze… Pieniądze były wtedy potrzebne, żeby jeść i pić, a większość tych pijaków stroniła od jedzenia. I oczywiście istniała bohema jako silne zjawisko socjologiczne. Nie łączyła się wówczas z innymi – ani z elitą pieniądza, ani z elitą władzy, ponieważ wszystkie one były zamknięte w sobie. Elita pieniądza była wtedy tak traktowana, jak dziś elita bandycka, która się kryje. Elita polityczna to był pewien zakon zamknięty we własnym sosie. Oczywiście istniały kontakty. Ta elita polityczna miała swoich ulubieńców, byli w niej ludzie należący też do bohemy. Pełnili oni różne urzędy i byli od tego, by z tą bohemą się kontaktować. Jednak jako towarzystwo, które wymienia myśli i razem się bawi, to były to wszystko elity odrębne. Elita artystyczno - dziennikarska była oczywiście najbardziej społecznie interesującą, pożądaną towarzysko.

Dziewczyny wchodziły do tej elity wedle nie kryteriów talentu, tylko kryteriów urody, dupodajstwa i wdzięku. Istniały miejsca i mechanizmy, poprzez które dziewczyny wchodziły do tego towarzystwa.

Mówi pan o Hłasce, Cybulskim itd., że nie kolegował się pan z nimi, bo byli pijakami. Pan też prowadził hulaszcze życie, więc jaka była różnica między nimi, a panem?

Ja zawsze tęgo piłem, natomiast nigdy nie miałem skłonności do uzależnienia od tego nałogu. Moje picie po dziś dzień jest jak jedzenie, to znaczy, że jak wypiję, to mam dosyć i nie mogę więcej. A oni wszyscy byli nałogowcami.

Himilsbach to była postać poniewierana. Chodził po ulicy, żebrał o 10 złotych. Tu nie chodzi o deklasację, bo wszystko mieściło się w akceptowanym stylu życia, tylko po prostu ja po dziś dzień nie lubię ludzi, którzy przekraczają w piciu pewną miarę. Tacy ludzie zamęczają i nudzą mnie. Osiecka potrafiła przez kilka godzin powtarzać jedno zdanie. Hłasko był kabotynem, którego kabotyństwa bardzo bawiły, ale do czasu. Mnie to nie rajcowało, jak już piątą szklankę wódki zjadał.

Jednym słowem tego rodzaju mechanizmy sprawiały, że – tak jak narkomani mogą wytrzymać tylko ze sobą, bo człowiek nieszprycujący się długo z takim nie może – tak ja nie wytrzymywałem bardzo interesujących postaci.

Osiecka była na pewno bardzo interesującą narratorką, która wymyślała, co opowie wraz z puentą. Jej towarzyski sposób bycia był jak gdyby literacko opracowany. No, ale do momentu, kiedy nie wypiła tyle, że jakieś zdanie ze swojej opowieści w kółko powtarzała. Byli wokół niej ludzie tak samo pijani, którzy tak samo bełkotali. Ewentualnie byli ci, którzy byli takimi wielbicielami piosenek Osieckiej, że wytrzymywali wszystko. Ja miałem inne czynniki, które sprawiały, że czasem byłem z nią blisko, czasem nieco dalej. Jednak w ostatnim okresie jej życia już jej nie wytrzymywałem. Jak była kwestia spotkania Osieckiej w kawiarni na Saskiej Kępie z innymi moimi znajomymi w określone dni i godziny, to ja za chińskiego Boga tam nie szedłem i w ten sposób znajomość się rozpływała. Uciekałem do trochę innego towarzystwa.

W  trakcie rozmowy

Czy uważa pan, że w polskim showbiznesie – zarówno w tamtych czasach, jak i w tych – nie ma takiej artystki, aktorki, kobiety będącej wysoko w branży, która nie da dupy komuś?

Ja odrzucam tego rodzaju stereotypy, bo są one zawsze nieprawdziwe…

To skąd się biorą?

Biorą się z uogólniania przypadków. Opowiem o pewnej instytucji…

To są raczej lata 60-te, istnieje w Warszawie kawiarnia PIW-u (Państwowy Instytut Wydawniczy – przyp. red.) przy Foksal. Jest to malutkie pomieszczenie, lada z książkami i byle jakie stoliki, można zamówić kawę. Ale zbierają się tam pisarze, opozycjoniści w sensie ówczesnej opozycji politycznej, czyli eksdziałacze partyjni. Siedzi tam mały Michnik, stary Słonimski, Jasienica itd. Drugim takim miejscem był Czytelnik, ale tam nie było panienek. I przychodziły takie dziewczynki, które przyjeżdżały do Warszawy z wiosek. Jedna przyprowadzała drugą. Nie miały mieszkania, nie miały z czego żyć, ale miały urodę i apetyt na życie. Czy to były kurwy? One się po prostu bawiły. Ktoś je brał zawsze do restauracji, by zjadły. Musiały sobie zapewnić nocleg, a przy okazji dupy dały. Choć czasem nie dały, bo różni byli dziwacy czy pedały. Czasem panienki prowadziły taką politykę, że jak im się facet nie podoba, to wykorzystywały jego podrajcowanie, a na koniec nie dały, bo był pijany. I nigdy się nie przechwalały, komu dały dupy, tylko zawsze, komu nie dały. Niedawno jedna z nich, Frykowska, wydała żałosną książkę, w której głównie opowiada, komu nie dała dupy.

Namawiałem kiedyś jednego i drugiego kolegę, żeby napisać książkę o dziewczynach z PIW-u. To były półkurwia. Jak dało im się pieniądze, to oczywiście wzięły, ale to było na zasadzie „pożycz dwie stówy”. To nie była transakcja: wynajęta-zapłacone i do widzenia. To były koleżanki, które potrzebowały pieniędzy i wiadomo było, że nie mają skłonności do oddawania. Wracając do książki, chciałem ich losy opisać, bo one prawie wszystkie zrobiły kariery kobiece. Np. Frykowska została żoną milionera w Ameryce. Tak samo Lolita, jeszcze ładniejsza. One nawet w Nowym Jorku się spotykały.

Kiedyś, w latach 90-tych, będąc w Nowym Jorku, zszedłem w hotelu do baru. Usiadłem, a tu nagle z jednej strony Ewa Frykowska, z drugiej jeszcze jedna Ewa – już starsze panie. Czułem się jak w domu.

Gdyby zbadać opłacalność drogi życiowej, to okazuje się, że takie dupodajstwo było całkiem dobrym sposobem, żeby wyfrunąć w świat i zrobić karierę finansową. A nawet umysłową, bo one się więcej uczyły słuchając rozmów przy stolikach, niż ich koleżanki na uniwersytetach.

Jednak to nie było regułą, bo pamiętam panienkę o ksywie Kaja, która wyszła za jakiegoś psychopatę, matematyka, poetę. Zaczynało się pijaństwo, nędza, bicie i potem ślad po niej ginął.

Są wg pana jakieś idee, za które warto dać dupy?

Pod słowem warto zakłada się kalkulacje. Warto dać dupy, kalkulując, że teraz przegram, ale potem wygram. Warto dać dupy w imię silnego przekonania, że się działa dla dobra, które dla mnie jest ważniejsze niż uszczerbek na mojej dupie. Post factum uznałem, że warto było dać dupy w sensie politycznym w czasach, kiedy miałem w dwóch turach przez sześć lat zakaz pracy w zawodzie, a przez dziewięć lat zakaz posługiwania się nazwiskiem. Wtedy sprawdziłem siebie, iż tak potrafię sobie dawać radę, że już potem zawsze czułem się niezależny. Nie bałem się niełaski politycznej, utraty pracy, potępień środowiska. Miałem dobre samopoczucie, wiedziałem, że zawsze sobie dam radę. Człowiek, który ma takie przekonanie jest wolny, niepodległy, ma inny stosunek do przełożonych, do poleceń, pracy czy otoczenia. Uważam, że w moim bilansie życiowym ta korzyść przeważyła nad dolegliwościami.

Opozycjoniści, którzy dawali dupy wobec władzy jednocześnie mieli poczucie, że nie dają dupy w sensie ideowym i politycznym. Działali w środowisku (bo nikt nie żyje w społeczeństwie w ogóle, tylko żyje się w jakimś środowisku) i ono akceptowało dawanie dupy wobec władzy. I byłoby daniem dupy wobec tego środowiska, gdyby ktoś z opozycjonistów przedwcześnie się z władzą sprzymierzał.

Zawsze daje się dupy wobec jakiegoś systemu wartości, środowiska czy otoczenia. Dawanie dupy jest zawsze rzeczą względną.

Pana pierwsza żona była asystentką profesora…

Kiedy wyszła za mnie, przeniesiono ją na Uniwersytet Warszawski, gdzie została asystentką profesora Jana Kota. Była nią dopóty, dopóki czekając na swojego szefa w przedpokoju, on wyszedł do niej i powiedział „ach, to jeszcze pani na egzamin”. Po prostu w ogóle nie rozpoznawał swej asystentki. Potem żona zrezygnowała, nie zrobiła doktoratu i przestała być pracownikiem naukowym.

Między 20, a 40 rokiem życia więcej czasu spędzał pan w redakcjach czy w knajpach?

Na początku pracowałem w Nowej Wsi i Po Prostu. W redakcji Nowej Wsi spędzałem 3-4 godziny dziennie, czyli w knajpach sądzę, że więcej. Wieczorem szło się do knajpy, wówczas Kameralna przy ulicy Foksal. Bywało tak, że szedłem spać w domu, a w nocy wstawałem i jechałem do Kameralnej, bo nie mogłem usnąć z niepokoju, co tam się beze mnie dzieje. Koszt pobytu singla wynosił mniej więcej równowartość dzisiejszych 50 złotych. Było mnie stać, żebym co noc swoją normę tam wypił, zagryzając jabłkiem i frytkami. To było miejsce, gdzie się rozmawiało i piło. Natomiast słabiej się romansowało. Tam znajomości się nie pojawiały. Tak to pamiętam, ale to niekoniecznie była norma. W każdym razie kobiet było tam o wiele mniej niż samców. Bar był obsadzony przez elitę, pisarzy - Konwickiego, Andrzejewskiego, czołowych filmowców. Trudno tam było się dopchać, ale jak już człowiek się dopchał, to na kredyt się piło.

Raz chciałem oddać w zastaw zegarek, ale usłyszałem „panie redaktorze, proszę tu pięćset złotych” – nie wziął zegarka, a jeszcze pożyczył na ciąg dalszy zabawy.

Balangi w latach 60-tych to już oznaczało Bristol – nocny lokal, jeszcze nie dyskoteka. Albo tzw. Ścieg na Trębackiej – to taka piwniczka filmowców, taka już superalkoholicka. Zacząłem spędzać tam mniej czasu niż w latach 50-tych, ponieważ po zamknięciu Po Prostu miałem zakaz pisania. Brak posady i stałych dochodów utrudniał balowanie, bo musiałem codziennie biegać po mieście i szukać zarobku. Dziś już nie pamiętam częstotliwości bywania w tych modnych knajpach, którymi były najpierw Kameralna, potem Bristol. Później jeszcze Ścieg, który był raczej do kończenia picia niż zaczynania. W tych trzech knajpach pilnie bywałem do końca lat 70-tych.

Wspomniał pan o zakazie pisania… W pana wspomnieniach wyczytaliśmy, że w czasie zakazu napisał pan za kolegę książkę oraz felietony. Ta książka odniosła sukces czy przeszła bez echa?

Bez echa, bo to była prowincjonalna książka, wydana w Łodzi. Właściwie to była przeróbka książki, innego zupełnie autora, odrzuconej przez wydawnictwo. Mówiła ona o Oskarze Konie, który był właścicielem Widzewskiej Manufaktury, wielki fabrykant żydowski w Łodzi o bardzo bujnych dziejach. Nie warto o tym dokładnie opowiadać. Po prostu był pewien łódzki dziennikarz, który napisał rzetelną, grubą, nudną monografię tego faceta. Powiedziano mu w wydawnictwie, że to jest ciekawe, ale nie nadaje się do wydania, bo jest zbyt obszerne. Wtedy znaleziono innego dziennikarza, który miał to przerobić na rzecz ciekawą do czytania. Ale ten inny dziennikarz nie umiał przerobić, nie miał też na to czasu, więc wynajęto Murzyna. No i ja byłem tym Murzynem. Pod jakimś pseudonimem napisałem książkę, która się nazywa Widzewski Królik. Wyszła ona w Łódzkim Wydawnictwie. To był przykład pisania za kogoś.

Ja za tego dziennikarza łódzkiego pisałem również co tydzień felieton i on uchodził za pierwszego felietonistę miasta Łodzi. Ja brałem pieniądze, on brał sławę i mieliśmy taki deal.

Pokornieje pan na starość?

Pokornieję w sensie zawodowym. Czuję się niepełnosprawny zawodowo. Czuję się gorszy od zdolniejszych, którzy w międzyczasie wyrośli. Ale nie pokornieję życiowo. Nie pokornieję w tym, co piszę, w stylu bycia.

Ogrom tak dużego doświadczenia jak pańskie skłania do refleksji. Wobec tego, jaka jest wg pana najkrótsza definicja miłości?

Stawiacie mi zbyt ambitne zadanie. Nad tym głowili się najwięksi pisarze i najwięksi myśliciele. Powstawały definicje równorzędne. Ja z własnych doświadczeń nazwałbym miłość czymś wykraczającym poza moją zdolność rozumienia. Jestem człowiekiem, który ma ambicje racjonalnego panowania nad tym, co mi się podoba lub nie, do czego mam skłonność lub jej nie mam. Jednym słowem reżyseruję nie tylko swoje życie, ale swoje skłonności, emocje i oceny. Natomiast miłość jest jakąś chemią, która jest dla człowieka poniżająca, ponieważ traci on panowanie nad swoimi chęciami. To znaczy, mimo że nie chce, dalej przez pewien czas kocha. Kiedy to się nie spotyka z wzajemnością i ten romans nie staje się sprzężeniem zwrotnym, to wówczas to zanika.

Ale panu zdarzyło się ulec tej chemii?
Tak, kilkukrotnie. To jest dużo.

A jak to jest z przyjaźnią damsko-męską? Pan mówi, że nie przyjaźni się z kobietami, z którymi nie utrzymuje stosunków erotycznych. Ale wiele kobiet nazywa pan przyjaciółkami, np. Hannę Krall…

Po pierwsze Hanna Krall nigdy nie była moją przyjaciółką. To była moja koleżanka ze studiów, którą znam, choć już się nie kontaktuje. Te znajomości się pourywały w czasach Solidarności, gdy jedni poszli do opozycji, a drudzy do reżimu.

W moim życiu nie było kobiet, z którymi przyjaźniłem się trwale bez romansu. Były kobiety, z którymi kolegowałem się przez jakiś czas. Zaspakajały one jakieś potrzeby towarzyskie i intelektualne. Lubiłem z nimi spędzać czas, ale nigdy wtedy nie rodziła się przyjaźń. Przyjaźń rodziła się jako uboczny produkt miłości.

Przyjaźniłem się raczej z mężczyznami, niewieloma zresztą, choć w młodości z dosyć liczną grupą. Jest to oczywiście jakimś mimowolnym seksizmem, do którego ja się nie przyznaję, bo nie potrafię tego zracjonalizować. Mój krąg zainteresowań, przede wszystkim politycznych, był jednym z czynników eliminujących trwałe przyjaźnie z kobietami. Działo się tak, ponieważ rzadziej kobiety są pasjonatkami politycznymi lub są nimi przy boku swojego mężczyzny, ewentualnie przez krótki czas jakichś wzlotów czy szczególnych okresów politycznych.

Był pan niepokornym synem. Jak pan rozmawiał z rodzicami? Pytał ich pan o zdanie, radził się?

W pewnych sprawach tak… Jakie ubranie uszyć, na jakie studia iść. W pewnych praktycznych sprawach tak, w politycznych nie.

Z rodzicami miałem w różnych okresach różnego typu stosunki. Inne miałem, kiedy z nimi mieszkałem i obcowanie było codzienne, a ja byłem zależny mieszkaniowo, w kuchni i po trosze finansowo. Choć nawet, gdy już zarabiałem, to dalej żarłem, spałem i dostawałem 10 złotych dziennie na kawę i papierosy, bo to, co zarabiałem, zaraz wydawałem.

Potem ożeniłem się, wyprowadziłem. Moja zależność zmniejszyła się wtedy pod każdym względem.

Z pewnym zakłopotaniem sobie przypominam, że kiedy moi rodzice byli już bardzo starzy – a oboje umarli mając po 93 lata – to byli już przeze mnie zastraszeni. Byłem apodyktyczny, ważny, czułem się mądrzejszy od nich i niecierpliwiłem się nimi.

To znaczy, że oni się pana bali?
Lękali się wtrącić w moje sprawy, uczynić uwagę o jakiejś kobiecie, z którą się włóczyłem. Bali się mojej niecierpliwości na różne tematy.

Byłem bardzo bogaty, a matka mi zaczynała opowiadać, jak jej gosposia kupiła na targu marchewkę o pięć groszy tańszą niż w pobliskim sklepie. Mówiłem jej, że nie rozumie, w jakich kategoriach finansowych ja tkwię, ile mam dochodów i co sądzę o pięciu groszach z marchewki. To było wbrew jej przyzwyczajeniom.

Ale wspierał ich pan?

Gdy matka była wdową, a ja zamożnym człowiekiem, to tak. Ona nie mogła pojąć wyobraźnią moich pieniędzy, bo w tak późnej starości nawyki do oszczędzania, do gaszenia światła czy szukania tańszej marchewki są nawykami oderwanymi od rzeczywistej sytuacji materialnej.

Byłem ważnym ministrem, rodzice non stop widzieli mnie w telewizorze. To dawało mi nad nimi przewagę, bo wszystko mogłem załatwić. Te okoliczności sprawiały, że w tym okresie byłem chyba synem bardzo nieprzyjemnym w spełnianiu roli opiekuńczej.

Wcześniej znowu byłem synem nadmiernie niezależnym. Już w czasie szkolnym pierwsze awantury dotyczyły tego, że dom jest dla mnie hotelem. Przychodzę o 22 wieczorem, wychodzę rano i mnie nie ma. Mówili, żebym wynajął sobie pokój w hotelu, bo na to samo wyjdzie.

Były różne okresy. Bo najpierw jest się przedmiotem opieki, nawet mając te trzydzieści parę lat. Potem człowiek staje się opiekunem. I w obu tych rolach byłem nieudany.

Żałuje pan, że nie spełnił się w tych rolach?

Tej pierwszej roli nie żałuję, bo uważam, że im wcześniej się uzyskuje dorosłość i niezależność, tym lepiej. Jestem za nastolatkami, którzy odrzucają rodziców. Natomiast żałuję tego, że w roli opiekuńczej byłem niestaranny, niewyrozumiały, szorstki i rzadko się pojawiałem. Po śmierci rodziców każdy tego żałuje.

Czego jeszcze pan żałuje? Co uważa pan za swoje życiowe porażki?

Żałuję, że nie znam języka angielskiego. To jest mój największy po dziś dzień odczuwalny mankament. Żałuję, że nie zmusiłem się do opanowania komputera, telefonu komórkowego i innych gadżetów – przez to czuję się wykluczony ze współczesnej cywilizacji, z jej rozumienia i używania. Żałuję, że jako rzecznik rządu nadmiernie byłem usłużny wobec policji politycznej.

A czy mógł pan nie być?

Oczywiście, byłem rzecznikiem rządu i mogłem mówić, żeby rzecznik ministerstwa spraw wewnętrznych pewne rzeczy przedstawiał do publicznej wiadomości, co do których nie byłem przekonany, że podają mi prawdę. Czasem mnie oszukiwali. Jeszcze do dziś mnie oszukują i nie zawsze jest na to rada.

Pan wymienia bardziej techniczne kwestie, a jakieś moralne grzechy? Może ma pan wyrzuty sumienia, że skrzywdził pan kogoś swoimi tekstami?

Nie mam takiej możliwości moralnej. Oczywiście w sensie rzeczowym mogę powiedzieć, że żałuję, że kogoś skrzywdziłem, jeśli napisałem nieprawdę na jego temat. Natomiast jeśli komuś dopieprzyłem, wyrażając swoje prawdziwe przekonania i nie używając nieprawdziwych faktów, to dalej to lubię. To jest mój żywioł, bodziec do pisania i nie żałuję tego. Na swoje usprawiedliwienie powiem jedynie, że nie jestem takim – jak to często bywa – co lubi innemu dopieprzyć, a jak mnie się dostanie, to czuję się skrzywdzony, obrażony i nie przyjmuję tego. Lubię, sam dopieprzać i jak mnie dopieprzają. Lubię ten sport.

Gdzie jest z dziennikarskiego punktu widzenia granica pomiędzy prawdą, a słowną agresją?

Źle postawione pytanie, ponieważ agresja to jest używanie emocji w tym, co się pisze. Agresja może być towarzyszką i prawdy i nieprawdy. Natomiast kategoria prawdy to jest kategoria, czy tak jest czy nie jest, czy tak było czy nie było.

Wobec tego teksty dziennikarskie powinny być osnute z wszelkich emocji?
Nie, natomiast powinny być wyzbyte nieprawdy, chociaż to w praktyce nie jest takie proste. Jeśli chce się uzasadnić jakąś tezę, to wszyscy – i czynią to zawsze – dobierają fakty i argumenty prawdziwe, ale tylko te tej tezie służące, bo inaczej to by pisali traktaty naukowe. Choć dziś i naukowcy raczej dobierają fakty do tez, niż odwrotnie. Przynajmniej w naukach, którymi zainteresowane jest życie publiczne.

Czy może pan nam, jako młodym dziennikarzom, dać jakieś rady na przyszłość?

Moją siłą w zawodzie było kierowanie się następującą zasadą. Jak jakieś zdanie, pogląd jest dominujący, to nie warto go przedstawiać. Nie warto pisać, kiedy chce się mówić, że zbrodnia jest paskudna, a kraść jest nieładnie. Jest sens pisać tylko wtedy, jeśli ma się coś do powiedzenia przeciw obiegowym opiniom, coś odrębnego lub coś, co sposób myślenia komplikuje. To znaczy iść pod prąd. Oczywiście na tym się wygrywa, ale to jest gra mocno hazardowa. Można przegrać, wtłaczając się w jakąś niszę pozbawioną posłuchu, w ekstremistów, oryginałów traktowanych niepoważnie. Można też nie mieć zbytu na takie poglądy, ale uważam, że należy próbować, bo ostrożniacy dużej puli nie wezmą, najwyżej spokojnie pograją.

Nie ma ryzyka, nie ma zabawy…

…i nie ma też dużego zysku.

Jerzy Urban i Jakub Wątor

Co to była za historia z papierem toaletowym z pana podobizną?

Zrobił to Aleksander Nasielski, mój przyjaciel z lat szkolnych w Łodzi. Potem pojechałem do Warszawy, on też, ale ta przyjaźń zanikła. Następnie on wyemigrował do Australii i stał się człowiekiem mi obcym, dalekim znajomym. Wtedy taki papier toaletowy to był ewenement. Dziś są różne papiery, można się podcierać, kim się zechce. Państwo nawet nie wiecie, ile papierów z różnymi podobiznami można kupić i nikt na to nie zwraca uwagi. Mnie to w żadnym sensie nie uraziło. On mi to przysłał i to była dla mnie zabawa. Nie czułem się obrażony, a raczej pochlebiono mi.

Był to bardziej żart niż cios?

Oczywiście. Jemu może się zdawało, że jest to jakimś ciosem. Z papierem toaletowym miałem inną istotniejszą przygodę, tylko wykracza ona poza kwestie obyczajowe, a raczej opowiada o poprzednim ustroju.

W PRL-u brakowało papieru toaletowego. Jako członek rządu i obrad nad papierem toaletowym wiedziałem, że produkcja i import tego produktu są za małe jedynie o 15%. Gdyby te 15% więcej było, to by ludzie przestali wykupywać po jakimś czasie papier i przestałby istnieć ośmieszający Polskę problem papieru toaletowego. Kiedy ukazała się broszura na ten temat, zwrócił się do mnie jakiś inżynier mówiąc, że wraca z Niemiec Zachodnich i zadał sobie trud zmierzenia szerokości tamtejszego papieru. Okazało się, że ten niemiecki jest 15% węższy niż polski. Wobec tego wystarczyłoby lekko przestawić maszyny krojące papier i będzie po problemie. Uznałem, że zabawie się, choć to nie była moja działka w rządzie, w zgłębianie tej sprawy, żeby uratować honor Polski. Zwróciłem się do przemysłu papierniczego, dlaczego nie robią o 15% węższego papieru toaletowego. Szef tego przemysłu powiedział mi, że nie robią, ponieważ polska norma wymaga, żeby papier miał minimum tyle i tyle. A skąd się bierze polska norma? Z Komitetu Miar i Wag. Zadzwoniłem do prezesa tego komitetu z pytaniem, skąd oni wzięli te normy? Czy siadali na sedesie i mierzyli? On mi odpowiedział po kilku dniach, że ta norma została skopiowana z normy niemieckiej. I to jest enigmatyczny koniec opowieści. Taki mieliśmy ustrój.

W czasach PRL-u nawzajem z opozycjonistami zwalczaliście się, a w III RP nawiązało się między wami wiele znajomości (vide pan i Adam Michnik), być może nawet przyjaźni. Konflikty wyblakły w imię interesów?

Nie. Po pierwsze środowisko zajmujące się polityką jest w Warszawie bardzo wąskie. Raz ja byłem opozycjonistą, a inni późniejsi opozycjoniści byli reżimowcami i na odwrót. Więzi, znajomości, lokale i miejsca, gdzie się ocierano o siebie, domy, w których razem bywaliśmy – to wszystko przeważnie tak funkcjonowało, że znaliśmy się i rozmawialiśmy. Były momenty, kiedy to się przerywało. Na przykład, gdy powstała Solidarność, ściślej rok 1981 stał się takim momentem.

Inny czynnik to taki, że okrągły stół jako symbol porozumienia nie był tylko znakiem od władzy, że nie jest w stanie dalej sama rządzić, nie ma mocy politycznej ku temu. Opozycja uznała, że nie może przejąć władzy bez jakiegoś porozumienia się z komunistami. Ten wspólny interes zmusił do dogadania się.

Istniały pewne procesy myślowe, polityczne, społeczne, które sprawiały, że ekipa rządząca zmieniała się i przekształcała nie tylko personalnie, ale też myślowo. Myśmy wiedzieli i czuli, że ten socjalizm przegrywa, nie ma przyszłości, nie może się zreformować, bo te reformy od razu napotykają na jakieś bariery. Wiedzieliśmy, że w oparciu o własną bazę polityczną reformy, które nam się wydają pożądane, są niemożliwe, bo ta baza jest konserwatywna i dba tylko o swoje zachowawcze interesy. Mnóstwo tego rodzaju czynników, jak lektury, dyskusje, otwarcie na świat, podróże sprawiały, że to nie byli z jednej strony jacyś zaciekli kominternowcy, a z drugiej strony ludzie od Andersa z Londynu. Wręcz przeciwnie, nasza myśl programowa zaczęła się zbiegać. Rakowski jako premier robił to, co później Mazowiecki kontynuował. Wprowadził ustawę o wolności gospodarczej, o napływie kapitału zagranicznego do Polski, o stosunkach z kościołem, któremu dał nadmierne przywileje. Rakowski robił to z własnego przekonania z ekipą, która w jakiś sposób wojowała z konserwatywnymi sferami partyjnymi, żeby uzyskiwać mandat polityczny do takich poczynań ustawodawczych i praktycznych. Okrągły stół nastąpił w momencie, gdy myśl była bardzo zbliżona. Rozmowy przy nim były oczywiście między tymi, którzy mówili, że trzeba demokrację wprowadzić, a tymi, którzy mówili, że trzeba powoli, ostrożnie i krok po kroku. Ale nie były to rozmowy między tymi, którzy mówili, że trzeba wprowadzić demokrację, a my mówiliśmy, że demokracji w ogóle nie chcemy, bo to jest konstytucyjnie zły ustrój. Oni reprezentowali żądania i rewindykacje różnych grup społecznych. My, jako trzymający władzę w ręku, broniliśmy budżetu. Reprezentowaliśmy punkt widzenia państwa, a oni społeczeństwa, co się zaraz zmieniło. To były takie różnice, a także kłótnie o to, jak dużo my oddamy i jak dużo oni wezmą. Ale to nie były spotkania ludzi, których system wyobrażeń o świecie, system myślowy i diagnozy polityczne były ze sobą w konflikcie.

Spodziewał się pan wtedy tak wielkiej kariery prezydenta Kwaśniewskiego?

Tak, spodziewałem się. Wówczas o prezydenturze Kwaśniewskiego się nie myślało. Natomiast pod koniec lat 80-tych już wiedziało się, że to jest nowy lider lewicy. On swoją osobowością zdobywał w rządzie pozycję o wiele wyższą niżby to wynikało ze skromnej teki ministra ds. spraw sportu i młodzieży. On po prostu był faktycznym wicepremierem, przewodniczącym komitetu społeczno-politycznego rządu, a przy okrągłym stole po stronie partyjno-rządowej nastąpił proces przejmowania władzy przez Kwaśniewskiego i jego grupę z rąk Jaruzelskiego i Biura Politycznego. To był pewien proces. Ci, którzy negocjowali bezpośrednio z opozycją, autonomizowali swoje posunięcia. Respektując nadrzędność Biura Politycznego, tworzyli fakty dokonane i bardzo szybko lepiej się rozumieli z partnerami z opozycji niż z politycznymi dysponentami z gmachu kancelarii.

Odejdźmy od polityki. Co pan uważa o napisaniu książki o panu przez byłą żonę?

Czytałem. To taka kuchenna książka. Nie ugodziła mnie ona, raczej rozśmieszyła. Tam są różne drobne nieprawdy, np. o tym, że chowam orzeszki do kieszeni, a mam taki zwyczaj, że niczego nie ładuję do kieszeni, bo mam obsesję czystych rąk. Nie wiem, skąd ona to wzięła. Widocznie jej się z kimś pomyliłem.

Tylko jedno zdanie w całej książce stworzyło mi pewne problemy życiowe. Córka mojej nowej, ówczesnej żony miała wtedy 12 lat. W książce ukazało się zdanie, że ożeniłem się z Daniszewską po to, żeby zerżnąć jej młodą córeczkę. Sprawiło mi to kłopot z tego powodu, że spowodowało jakiś mój paraliż wobec tej dziewczynki. Paraliż dotyku, sposobu zwracania się, coś się usztuczniło. Oziębiły się relacje, żeby ta dziewczynka czasem nie pomyślała w kategoriach swojej matki. Dzisiaj ta dziewczynka ma 33 lata i coś takiego dalej zostało w naszych serdecznych stosunkach, że ja jej nie całuję w policzek tak, jak to jest przyjęte. Nie poklepię czy nie pogłaszczę, bo został pewien rodzaj dystansu fizycznego.

Jakie ma pan stosunki ze swoją córką i z wnukami. Może w tym kontekście pan spokorniał?

Spokorniałem, jeśli chodzi o stosunki z moją córką. One się dość bardzo ociepliły i zbliżyły. To jest pani, która kończy 50 lat, więc to już nie są takie rzeczy, które mają bezpośrednią naturę stosunków między kimś młodym i kimś starszym. One są ciepłe, życzliwe, pełne zrozumienia, choć mieszkamy daleko i każdy ma swoje życie i swoje sprawy. Z wnukami nie znajduję wspólnego języka. Przedwczoraj byłem ze swoją żoną na jakiejś herbatce u wnuczki, gdzie był i jej brat. Była też ich matka i babka. Potem mnie moja żona opieprzała, że przez cały wieczór się nie zajmowałem tymi wnukami, które mnie zaprosiły, tylko ględziłem ze swoją byłą żoną.

Dziękujemy za rozmowę.

To ja dziękuję.

OPINIE EKSPERTÓW
Prof. Krzysztof Grysa
: Bardzo szanuję Jerzego Urbana, chociaż czasami nie zgadzam się z jego zdaniem. Jest wyrazisty, wyjątkowo inteligentny i świetnie potrafi ubrać myśli w słowa. Poza tym chyba nikogo się nie boi - czyli jest niezależny. Nie miałem okazji go poznać. Nie wiem, czy potrafiłbym z nim rozmawiać. On stanowi dla mnie inny świat, którego nie rozumiem, a przynajmniej nie za bardzo. Przy pomocy "NIE" i prześmiewania robi często bardzo dobrą robotę i już za to należy mu się wielkie uznanie - chociaż czasami niepotrzebnie nadużywa wulgaryzmów. Ale nie ma respektu dla nikogo i niczego - a tylko przy takiej postawie można twórczo działać. Czołobitność i postawa na kolanach to bardzo silne ograniczenie.

W wywiadzie obie strony znakomicie posługiwały się skrótami myślowymi, a pod warstwą fabularno-reportażową obie strony przekazały bardzo głębokie myśli i spostrzeżenia. Świetnie ujął w nim Urban kwestie doboru prawd w celu udowodnienia każdej tezy (także nie wyartykułowanej bezpośrednio). Cały fragment dotyczący "dupodajstwa" to majstersztyk z obu stron - bo obie strony używały tego skrótu myślowego do zadania pytań i udzielenia odpowiedzi dotyczących bardzo szerokich sfer życia. Urban to klasa, jak zwykle mówił bardzo do rzeczy i w oparciu o anegdoty, ale żeby to z niego wydobyć trzeba było zadać właściwe pytania...

Marek Tercz: Jerzy Urban jest osobą niezwykle, ale to niezwykle inteligentną. Nie bardzo zgadzam się z ludźmi, którzy po prostu nazywają go skandalistą, bo skandal może zrobić każdy i byle czym, a Jerzy Urban potrafi wyłuskać okrutną prawdę, która po prostu wszystkich boli. Bardzo skutecznie spełnia się on w roli wbijającego kij w mrowisko. Również ocenianie go przez pryzmat dawnych funkcji politycznych jest niesłuszne, bo Jerzy Urban jest przede wszystkim wielkim dziennikarzem. Sądzę, że jeżeli dziennikarstwo ma się kojarzyć z przenikliwym sprytem i błyskotliwością, to on jako człowiek niesamowicie inteligentny jest tego najlepszym przykładem.