niedziela, 17 sierpnia 2008

CIĘŻ: Szymon Kołecki wicemistrzem! "Sześć tygodni temu byłem zerem"

Rafał Stec, Jakub Ciastoń, Pekin
2008-08-17, ostatnia aktualizacja 2008-08-17 19:03
Zobacz powiększenie
Fot. YVES HERMAN REUTERS

Osiem lat temu w Sydney srebro było kolorem rozpaczy, w niedzielę oznaczało cudowny triumf nad przeciwnościami losu. Szymon Kołecki po raz drugi wicemistrzem olimpijskim

Zobacz powiekszenie
Fot. YVES HERMAN REUTERS
Polak trzymał nad głową ważącą 224 kg sztangę dłużej niż ktokolwiek inny tego wieczoru na pomoście, jakby obleciał go strach, że sędziowie będą mieli wątpliwości, czy rzeczywiście jest aż tak silny.

Gdy szarpnął za 228 kg i nie dał rady, oparł się o sztangę. Znieruchomiał, tym razem chyba najdłużej ze wszystkich nie schodził z pomostu. Wiedział już, że przeciwnicy się wykruszyli i medalu nie straci, ale chyba nie całkiem godził się z oddaniem złota.

- Musiałem spróbować wygrać. Powiedziałem sobie przed zawodami, że jedno podejście zostawiam sobie na zapas, że jak będzie trzeba, to chwycę nawet 240. Że bez względu na ciężar przynajmniej spróbuję. 228 było do wzięcia, ale zarzuciło mnie na pięty. I w siadzie oczywiście od razu mnie zaćmiło. Jak zaczynałem wstawać, to z każdym ułamkiem sekundy słabłem - opowiadał.

Sześć tygodni temu byłem zerem

Kołecki to sportowiec w naszym kraju najrzadszego gatunku. Zawsze nienawidził drugich miejsc, nazywał je z obrzydzeniem klęskami, bywał po nich wściekle samokrytyczny. Jak w 2000 roku w Sydney, kiedy czuł nad wszystkimi rywalami ogromną wyższość, lecz zajął drugie miejsce. Coś chrupnęło w lewej nodze, spalił podejście, poszedł do szatni. Popłakał się. Srebrny medal zerwał ze złością z szyi tuż po dekoracji.

- Nigdy nie będę się z niego cieszył. Nigdy go nie polubię, bo nie w walce go zdobyłem - mówił sztangista wówczas niespełna 20-letni. - Owszem, uwzględniałem porażkę, ale do głowy mi nie przyszło, że w taki sposób. Wolałbym, żeby rywale okazali się lepsi. A oni dzisiaj wszyscy byli słabi. Znam siebie, nie mogłem przegrać inaczej niż przez kontuzję.

Teraz po dekoracji był rozanielony. Srebro smakuje inaczej, gdy zawieszają ci je trzy lata po operacji kręgosłupa, o której lekarze mówią: po czymś takim nie wraca się do sportu. Gdy tuż przed igrzyskami znów dopada cię kontuzja - naderwą się przyczepy, porobią zwapnienia, utworzą blizny.

Dwaj przeciwnicy wydawali się nie do pokonania. Kazach Ilja Ilin przez dwa lata ćwiczył gdzieś w odosobnieniu, nie przyjeżdżał na żadne zawody, wszystkie poświęcał dla Pekinu. Azer Nizami Paszajew pokonał już Kołeckiego na mistrzostwach Europy we Władysławowie. Potem tytuł stracił, zdyskwalifikowany za doping. Dlatego też miał sporo czasu, by spokojnie szykować się na igrzyska.

Paszajewa dotknęło w niedzielę to, co Polaka w Sydney. Kontuzja. Spalił dwie próby w rwaniu i dwie w podrzucie. Kiedy z potwornym grymasem na twarzy złapał się za nogę, poczuliśmy ból na trybunach. Po ostatnim nieudanym podejściu zrozpaczony położył się na plecach. W sumie uciułał, bagatela, 396 kg.

Jeden konkurent odpadł, rozszaleli się słabiej rozpoznani. Po rwaniu drugie miejsce zajmował Aszgar Ebrahimi z Iranu.

- Jego się nie bałem - mówił Kołecki. - Któregoś dnia w wiosce, idąc na saunę, zobaczyłem że ćwiczy na sali. Usiadłem, założyłem kaptur na głowę i w ukryciu trochę na niego popatrzyłem. Wiedziałem, że nie ma szans.

Lepszy okazał się tylko Ilin. 20-latek, który przez trzy dni nic nie jadł, by stracić 4 kg wagi, a wczoraj również walczył z samym sobą. Doznał urazu, zrezygnował z ostatniej próby w rwaniu, by przetrwać do podrzutu. Po zawodach powtarzał, że zdaniem lekarza mógł sobie urwać ramię, ale uznał, że za medal warto.

- Myślałem, że Kazach będzie jeszcze mocniejszy - opowiadał Kołecki. - Wystarczy spojrzeć na innych zawodników z jego kraju, na dwie srebrne medalistki, chociaż ich kobiety nigdy żadnego medalu, nawet brązowego poza mistrzostwami Azji, nie zdobyły. Nie tylko Ilja, cała drużyna nie startowała od dwóch lat. Ale nie wolno im zarzucać, że się kryją. Ilja powiedział, że leczył kontuzję, a ja nie mam powodu, by mu nie wierzyć.

- Kazach był oczywiście do ogrania, chociaż... Zdradzę wam, że na treningu najwięcej wyrwałem 165 kg, a podrzuciłem 210. 28 kg mniej niż tutaj. Trenowałem tylko pięć tygodni, sześć tygodni temu byłem zerem. Nie ćwiczyłem, zastanawiałem się, czy w ogóle tutaj przyjadę. Nie blefowałem z kontuzją. Pierwsze, co mnie czeka w Polsce, to operacja kolana. Kolano bolało, cały czas boli, ale co, mam się z tego powodu popłakać? Nie pierwszy raz boli.

Teraz czas na Londyn

Kołecki pokazał też poharataną dłoń, która, jak powiedział, pękła mu przy drugim podejściu. I którą całował po udanych próbach. W dwuboju uzyskał 403 kg. Tyle nie udźwignął od 2001 roku. Zwycięzca podniósł 406 kg.

- Łudziłem się, że na medal wystarczy pięć kilo mniej - wyznał. - Prawdę mówiąc, to zaćmiło mnie już przy 224 kg, różnie to wszystko się mogło skończyć. Nie dałem rady przed samymi igrzyskami nadrobić zaległości. Przez sześć tygodni przed Pekinem podniosłem z 600 ton. Mało, ale musiałem jeździć od lekarza do lekarza, nie było czasu. Ostatnie mocne treningi można przeprowadzić osiem, dziewięć dni przed startem. No, chyba że ktoś stosuje system "bułgarski", wtedy można dźwignąć coś cięższego nawet sześć dni przed. Ja od czasu problemów z kręgosłupem już go nie stosuję. W Pekinie nie jeździłem więc nawet na salę treningową, chodziłem tylko na siłownię w wiosce. W dzień zawodów pierwszy raz w życiu ją opuściłem. Jeszcze nigdy w życiu tak mało nie trenowałem.

Teraz Kołecki jedzie na urlop. Nie wie gdzie, bo po trzech miesiącach poza domem trochę "podecydować o wszystkim musi żona". Czy potem dotrwa do igrzysk w Londynie?

- Jasne, że powinienem dociągnąć. Nie jestem jeszcze taki stary. No i ciągle nie mam złotego medalu - powiedział, uśmiechając się do srebrnego. Wreszcie ten kolor polubił. Może za cztery lata polubi go los i pozwoli choć raz wystartować w pełnym zdrowiu, by Polak mógł wreszcie walczyć tylko z rywalami?

"Wojna Ukrainy z Rosją byłaby katastrofą"

Były minister obrony Ukrainy Anatolij Hrycenko powiedział w wywiadzie dla tygodnika "Dzerkało Tyżnia", że ewentualna wojna między Ukrainą a Rosją byłaby katastrofą dla Europy.- Konflikt zbrojny między Ukrainą i Rosją - dwoma największymi państwami Europy - stałby się prawdziwą katastrofą dla całego kontynentu we wszystkich aspektach: politycznym, gospodarczym, ekologicznym, energetycznym i innych. Powinniśmy wychodzić z założenia, że konflikt między Ukrainą i Rosją jest niedopuszczalny - podkreślił Hrycenko.

Wśród ukraińskich ekspertów pojawiły się opinie, że po zbrojnej interwencji Rosji w Gruzji w związku z konfliktem w Osetii Południowej, kolejnym celem Moskwy może być Ukraina, a jako pretekst zostanie wykorzystana sytuacja na Krymie, gdzie bardzo silne są nastroje prorosyjskie. Hrycenko, który kieruje obecnie parlamentarnym komitetem bezpieczeństwa narodowego i obrony zaznaczył, że ewentualne starcie między Rosją a Ukrainą, czyli między teoretycznie silniejszym i słabszym przeciwnikiem, niekoniecznie musi oznaczać zwycięstwo pierwszego.

- Wojny nie wygrywa ten, który ma więcej samolotów, okrętów i oddziałów wojskowych. Wygrywa ten, który może pochwalić się lepszą jednością w trójkącie władza-naród-armia" - powiedział deputowany.

W tym kontekście były minister skrytykował zdolności Ukraińców do prowadzenia walki z możliwym wrogiem. - W chwili obecnej Ukraina nie ma większych wrogów, niż my sami (Ukraińcy) - oświadczył.

Hrycenko ocenił przy tym, że reakcja ukraińskich polityków na wydarzenia w Gruzji była wyjątkowo nieskoordynowana.

- Nikt nie zorganizował skoordynowanej działalności (...) na poziomie międzyresortowym. Nie uporządkowano nadchodzących (z Gruzji) informacji operacyjnych, nie przeprowadzono systematycznej analizy uzyskiwanej informacji z podziałem na warianty możliwego rozwoju wydarzeń - powiedział.

Właśnie dlatego - zdaniem byłego ministra obrony - "w imieniu państwa publikowane są oświadczenia i postulaty, których państwo nie jest w stanie wykonać. Decyzje o niedopuszczeniu do powrotu do bazy w Sewastopolu okrętów Floty Czarnomorskiej Rosji można zrealizować na różne sposoby, ale czy gotów jest prezydent Ukrainy, który wydał taki rozkaz, do niesienia odpowiedzialności za prognozowane wyniki takiego kroku?" - pytał Hrycenko na łamach "Dzerkała Tyżnia".

Przed tygodniem ukraińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych ostrzegło, że może nie wpuścić do bazy w Sewastopolu (Krym) rosyjskich okrętów biorących udział w gruzińskim konflikcie.

W środę prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko podpisał dekret, zgodnie z którym Flota Czarnomorska zobowiązana jest do informowania władz w Kijowie o zamiarze przekroczenia przez jej jednostki granic Ukrainy z co najmniej 72-godzinnym wyprzedzeniem. Rosjanie mają też przedstawiać Ukraińcom dane dotyczące przewożonych osób, broni i sprzętu.

W reakcji rosyjskie MSZ oznajmiło, że te zmiany mogą poważnie skomplikować praktyczną działalność Floty Czarnomorskiej. Zdaniem Rosji stoją one także w sprzeczności z rosyjsko-ukraińskim porozumieniem z 1997 roku dotyczącym stacjonowania Floty Czarnomorskiej na Krymie.

Zaostrzenie zasad przemieszczania jednostek morskich i lotniczych rosyjskiej marynarki wojennej jest związane z jej zaangażowaniem w konflikt gruzińsko-rosyjski. Kijów, który politycznie opowiedział się w nim po stronie Tbilisi, uważa, że wysyłając w rejon konfliktu stacjonujące na Ukrainie rosyjskie jednostki, Rosja wciąga Ukrainę w działania wojenne w Gruzji.

LA Ziółkowski: nie było współpracy z młotem

PAP /18:21
AFP
Szymon Ziółkowski (AZS Poznań), który wynikiem 79,22 m zajął siódme miejsce w olimpijskim konkursie rzutu młotem, nie był zadowolony z tej lokaty. Winą obarczył "kulę na drucie", która w niedzielę nie chciała z nim współpracować.
Rywalizację w Pekinie złoty medalista igrzysk w Sydney (2000 r.) porównał do tej sprzed roku, w mistrzostwach świata w Osace. "Tam także młot nie chciał ze mną współpracować. No i dzisiaj też odmówił współdziałania. Może powinienem podejść do niego łagodnie, a ja za bardzo po chamsku z nim postąpiłem. Pierwszy rzut oddałem >>na pałę<<
, drugi na zaliczenie, by nie wypaść z konkursu - i jak się na koniec okazało najdalszy, a potem było już coraz gorzej" - żalił się Ziółkowski, który starał się maskować - co też przyznał - wygląd człowieka zmartwionego.

Pytany dlaczego nie było "współpracy" z młotem, odparł: "Sam chciałbym znać odpowiedź. Gdybym wiedział, stanąłbym na podium. Ale może dlatego, że za bardzo chciałem, tak na siłę, zmusić to żelastwo do współpracy. A jak się robi coś na siłę, to widać jakie są efekty. Cztery lata ciężkiej pracy zmarnowane".

Może Szymon Ziółkowski jest trudnym charakterem i nie tylko młot już nie chce współpracować? - Może? - zastanawiał się przez chwilę zawodnik, który w Pekinie pełnił także rolę trenera. Nie przyjechał z nim Krzysztof Kaliszewski, z którym związał się od maja, po rozstaniu się z - chwalonym początkowo - Białorusinem Piotrem Zajcewem.

"To prawda, że nie powiedziałem na Zajcewa złego słowa dotąd, dopóki nie było powodów" - przyznał poznaniak, znany w lekkoatletycznym środowisku jako "Ziółek". A co będzie jak po przyszłorocznych mistrzostwach świata stwierdzi pan, że i Kaliszewski jest niedobry?

"Wtedy będzie koniec i rodacy pracujący czy też mieszkający w Londynie nie zobaczą mnie już w kole za cztery lata. Na pewno sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem nie będę. Do trzech razy sztuka (pierwszym był Czesław Cybulski, potem Piotr Zajcew i teraz Krzysztof Kaliszewski)".

Ale trener Kaliszewski mieszka w Warszawie, pan w Poznaniu, korespondencyjnie chyba się nie da? "Ano nie da - odparł. - Nie zastanawiałem się jeszcze nad tym, może przeniosę się do stolicy, może... Nie, na razie nie wiem".

Podczas konkursu Ziółkowski podszedł do trybun, gdzie siedział m.in. mistrz olimpijski w pchnięciu kulą Tomasz Majewski. Jak wyjaśnił, zrobił to by "zaczerpnąć trochę siły od nowego mistrza i poradzić się, co robić, by zdobyć medal. A on na to: zakręć szybciej i rzuć dalej. No to zakręciłem i ... Uparty jak osioł był ten młot i dalej nie chciał lecieć".

Ekstraklasa: Legia poległa w Wodzisławiu

MM/PAP /18:56
Sensacyjnym wynikiem zakończyło się spotkanie 2. kolejki Ekstraklasy piłkarskiej w Wodzisławiu, gdzie miejscowa Odra pokonała wicemistrzów Polski Legię Warszawa 2:0 (2:0).
Warszawski klub nie mógł gorzej rozpocząć tego spotkania - już w pierwszej minucie bramkę dla Odry strzelił Arkadiusz Aleksander, który wykorzystał wybicie bramkarza Legii Jana Muchy i dał prowadzenie Odrze.

W 26. minucie było już 2:0, a autorem bramki był ponownie Aleksander, który po raz drugi wykorzystał fatalną postawę obrony warszawskiego klubu.

Kontaktowego gola dla wicemistrza Polski mógł zdobyć w 55. minucie Iwański. Obrońcy Odry zostawili mu piłkę i bronić musiał Stachowiak. W większych opałach znalazł się za chwilę bramkarz warszawski - wygrał pojedynek sam na sam z Małkowskim, ratując swój zespół przed utratą trzeciej bramki. W ostatnich 20. minutach meczu mało ruchliwego w niedzielę Chinyamę zastąpił dobrze znany w Wodzisławiu Rocki. Niewiele to zmieniło. Goście mieli kilka rzutów rożnych i mogli... stracić dwie bramki. W 80. minucie Mucha obronił strzał Aleksandra z 16. metrów, a osiem minut później Seweryn przebiegł z piłką pół boiska, by spudłować mając przed sobą tylko bramkarza.

Po meczu powiedzieli:

Trener Legii Jan Urban: - Jedyne co mogę po takim meczu powiedzieć to przeprosić wszystkich sympatyków Legii. Obrona zagrała co prawda w eksperymentalnym z konieczności zestawieniu, ale Odra strasznie łatwo dochodziła do sytuacji bramkowych. Źle wyglądało wyprowadzenie piłki z defensywy, słabo zagraliśmy w środku pola, gdzie mieliśmy przewagę liczebną.

Trener Odry Janusz Białek: - Cały mój zespół zagrał bardzo dobrze. Mecz świetnie nam się ułożył, nie pamiętam abyśmy tak szybko zdobyli gola. Cieszą trzy punkty i fakt, że grając z takim rywalem nie straciliśmy bramki.

Odra Wodzisław - Legia Warszawa 2:0 (2:0)
Bramki: Arkadiusz Aleksander - dwie (1, 26).
Żółte kartki: Pance Kumbev, Piotr Rocki (Legia Warszawa).
Sędzia: Adam Kajzer (Rzeszów).
Widzów 4 500.

Odra Wodzisław: Adam Stachowiak - Błażej Radler, Jacek Kowalczyk, Marcin Dymkowski, Sławomir Szary - Jan Woś (61. Daniel Rygel), Jacek Kuranty, Piotr Gierczak, Maciej Małkowski (69. Damian Seweryn) - Arkadiusz Aleksander, Maciej Korzym (46. Tomasz Moskal).

Legia Warszawa: Jan Mucha - Wojciech Szala, Jakub Wawrzyniak, Pance Kumbev, Tomasz Kiełbowicz - Miroslav Radović, Ariel Borysiuk (66. Aleksandar Vukovic), Maciej Iwański, Piotr Giza (46. Maciej Rybus), Roger Guerreiro - Takesure Chinyama (70. Piotr Rocki).

Pekin: bunt polskich olimpijczyków

PAP /06:49
AFP
Polscy olimpijczycy, przedstawiciele wszystkich broni, złożyli w sobotę, poprzez media, apel do władz Polskiego Związku Szermierczego - domagają się zmian, których początkiem ma być nowa osoba na stanowisku prezesa związku.
Pod apelem zainicjowanym przez florecistkę Sylwię Gruchałę "podpisali" się niemal wszyscy reprezentanci - ze srebrnymi medalistami w szpadzie na czele. Zdaniem zawodników grudniowe Walne Zgromadzenie związku musi wybrać nowe, odmłodzone kierownictwo, które zadba o wszystkie potrzeby reprezentacji.

Lider szpadzistów Tomasz Motyka zasugerował w rozmowie z dziennikarzami, że prezes związku Adam Lisewski powinien rozważyć rezygnację z ubiegania się o ponowny wybór na stanowisko szefa zarządu. Funkcję tę sprawuje od 1980 roku (z czteroletnią przerwą w latach 1988-1992).

Jako uchybienia obecnej władzy szermierze wskazują, między innymi, brak, mimo zdobywanych medali, głównego sponsora związku, niedostateczne zaangażowanie w przygotowania oraz przestarzałe metody treningowe na zgrupowaniach reprezentacji.

Jak podkreślili wszyscy szpadziści - ich medal to wynik pracy z trenerami klubowymi. - To sukces nie przy pomocy związku, a raczej mimo jej braku - powiedział Motyka.

Zawodnicy wyrazili jednocześnie oburzenie na słowa prezesa Lisewskiego, który w sobotniej rozmowie z PAP negatywnie odniósł się do słów Gruchały i powiedział, że nie ma nic przeciwko zakończeniu kariery przez dwukrotną medalistkę olimpijską.

Jako reprezentacja grupy zawodników aspirujących do utworzenia Rady Zawodniczej przy Polskim Związku Szermierczym wystąpili Aleksandra Socha, Sylwia Gruchała, Tomasz Motyka, Radosław Zawrotniak i Adam Wiercioch. Jak wyjaśnili mają już nazwiska potencjalnych członków nowych władz, ale nie chcą przedwcześnie "odkrywać kart".

Oto co powiedzieli zawodnicy:

Tomasz Motyka (srebrny medalista w szpadzie): Nie tylko szermierka - cały polski sport potrzebuje świeżej krwi. Moim zdaniem szef związku wypalił się i nie służy polskiej szermierce. Powinien się więc zastanowić, czy nadal ma być prezesem. Przyszedł czas na zmiany - do związku muszą wejść nowi, młodzi ludzie. Oczywiście nie my - chodzi o wcześniejsze pokolenie zawodników, jak Adam Krzesiński. Świat idzie do przodu, rozwija się myśl szkoleniowa. My czujemy, że w naszym kraju nic się nie zmienia, jest stagnacja. Wszystko jest stare i już się zużyło. Wymaga więc wymiany. Szanujemy prezesa Lisewskiego za to co zrobił przez te 28 lat. Proszę go jednak by przemyślał sprawę - może warto pójść już na emeryturę. Zastanawiamy się czemu związek, mimo doskonałych wyników, nie ma sponsora. Przecież szermierka to jeden z czołowych sportów w Polsce. Oczywiście pracują w związku osoby, które dobrze wypełniają obowiązki - jak księgowa, do nich nie mamy pretensji. Chodzi nam o profesjonalne zarządzanie oraz dostosowany do współczesnych wymagań system szkolenia. Szkoda, że musimy z tym apelem wystąpić do mediów, ale z prezesem związku nie możemy już rozmawiać. Mamy świadomość, że powinno się to załatwiać inaczej, ale jesteśmy zdesperowani. Wszyscy myślimy w ten sam sposób i będziemy razem do samego końca. Mamy nadzieje na wprowadzenie nowej jakości do naszej dyscypliny.

Aleksandra Socha (szablistka): Mamy plan włączenia się w wybory władz związku - jako zawodnikom w klubach przysługuje nam prawo głosu przy wyborze delegatów. Liczymy, że jak najwięcej szermierzy dołączyło do nas. W dniu Walnego Zgromadzenia chcemy mieć prawo decydować, co się będzie działo z polską szermierką. Nie chodzi tylko o nas - to ważne także dla przyszłych pokoleń. Chcemy chociaż spróbować wprowadzić zmiany. Wierzymy, że zaowocuje to w przyszłości jeszcze większymi sukcesami. Mamy w kraju bardzo utalentowanych zawodników i stać nas na wielkie zwycięstwa. Czasami jednak zamiast walczyć na planszy musimy mierzyć się z tym co dzieje się w krajowej szermierce. Nie widzimy możliwości uzyskania zmian przy obecnych władzach. W innych krajach na każdego zawodnika pracuje sztab ludzi - lekarze, masażyści, fizjologowie, psychologowie, trenerzy od przygotowania fizycznego - u nas tego nie ma. Marzy nam się profesjonalny związek - żeby sztab szkoleniowy pomagał, żeby pomogli nam przy doborze odżywek, żeby masażyści nie odmawiali zabiegów.

Adam Wiercioch (srebrny medalista w szpadzie): Wiemy, że do spełnienia naszych postulatów potrzebne jest zaangażowanie dużej części środowiska szermierczego. Sami kadrowicze nie wystarczą i dlatego mówimy o tym na pół roku przed wyborami. Liczymy, że przyłączą się do nas inni zawodnicy i trenerzy. Z szermierki odchodzi bardzo wielu utalentowanych ludzi, bowiem nie widzą możliwości przebicia głową muru. Przez wiele lat nie było w związku Rady Zawodników i myślimy, żeby ją stworzyć. Może to spotkanie jest właśnie jej początkiem. Nasz głos powinien być respektowany.

Radosław Zawrotniak (srebrny medalista w szpadzie): Prezes ma bardzo autokratyczny sposób kierowania związkiem. Niemożliwe są inne opinie niż te, zgodne z jego myślą. Naszym zdaniem źle wykorzystywane są środki finansowe, które otrzymuje związek z Ministerstwa Sportu. Za nasze sukcesy odpowiadają trenerzy klubowi, którzy mają nowoczesne systemy szkoleniowe, mają gotowe plany na długi i krótki okres czasu. Zostały stworzone Akademickie Centra Szkolenia Sportowego i większość z nas trenuje właśnie w tych ośrodkach. W nich szermierze szkoleni są przez odrębnych trenerów. Brakuje porozumienia między nimi, a trenerami kadry. Mamy obawy, czy rozmawiać ostro, stawiać stanowcze warunki. Zdecydowaliśmy się poprzez media przedstawić problem i prosimy o pomoc. Nasi starsi koledzy, jak Adam Krzesiński czy Ryszard Sobczak też próbowali przeprowadzić zmiany - im się nie udało, nie mieli wsparcia zawodników i środowiska. Chcemy, żeby to był początek debaty o polskiej szermierce. Podam tylko jeden przykład fatalnej organizacji - po swojej przegranej walce indywidualnej prosiłem prezesa Lisewskiego o złożenie protestu. Czułem się skrzywdzony przez sędziego. Powiedział mi, że muszę go sam napisać i wtedy on ewentualnie go podpisze. Nie wiem, czy nie chciał, nie umiał, czy bał się napisać protest.

Magdalena Mroczkiewicz (florecistka): W związku brakuje profesjonalizmu, popełniono sporo błędów w przygotowaniach. Mamy porównanie jak się podchodzi do szermierki w innych krajach z czołówki. My na przykład nie pracujemy z psychologiem. Kiedy byłyśmy młode, wdzierałyśmy się "na salony", mogłyśmy walczyć na luzie. Teraz jesteśmy mistrzyniami świata i presja jest znacznie większa. To wymaga pracy nad psychiką, bowiem umiejętności szermiercze mamy, jesteśmy dobre. Dla mnie przygotowania były długie i ciężkie. By sobie pomóc sama zatrudniłam psychologa. Zaczęłam pracować nad detalami - na przykład nad oddechem. Było to jednak w końcowej fazie przygotowań - być może na początku należało zrobić więcej. Podkreślam jednak - to my przegrałyśmy najważniejszy mecz i nie zwalamy winy na kogokolwiek. Sytuacja wokół kadry powtarza się od lat i kilkakrotnie udawało nam się wygrywać mimo tego.

Małgorzata Wojtkowiak (florecistka): W polskiej szermierce nie ma profesjonalizmu. Włoszki, czy Rosjanki mają sztab ludzi od fizjologii, psychologii, czy sprzętu. Zawodniczki muszą się martwić tylko o osiąganie wyników. W Polsce tego brakuje. My jesteśmy utytułowaną drużyną i przy okazji najważniejszej imprezy w karierze oczekiwałyśmy większego wsparcia. Nie wiem czy możemy się spodziewać jakiejś poprawy jeśli na stanowiskach pozostaną te same osoby. Umiemy świetnie walczyć, ale by wyniki były cały czas na wysokim poziomie, to musi pojawić się nowe podejście. W przeciwnym razie polski team może się rozpaść - nie wygrywa się przecież tylko talentem.

LA: medal i rekord świata dla Rosjanki Gałkiny!

TK/PAP /15:43
Ozdobą niedzielnych finałów lekkoatletycznych był rekord świata Rosjanki Gulnary Gałkiny-Samitowej w biegu na 3000 metrów z przeszkodami i fantastyczny występ na 100 metrów sprinterek z Jamajki, które w trójkę stanęły na podium, choć... nie na wszystkich stopniach.
Gałkina-Samitowa jest pierwszą kobietą, która przebiegła 3000 metrów z przeszkodami w czasie poniżej 9 minut. 30-letnia Rosjanka wybrała nietypową taktykę. Od początku podyktowała bardzo ostre tempo, które potrafiły utrzymać tylko dwie Kenijki. Od półmetka biegła już sama, dublując kolejne rywalki. Finiszowała w czasie 8.58,81, poprawiając własny rekord świata o ponad trzy sekundy.

Bieg na 100 metrów kobiet zdominowały Jamajki. Przy bezwietrznej pogodzie triumfowała Shelly-Ann Fraser, bijąc wynikiem 10,78 rekord życiowy. Która zawodniczka była druga, a która trzecia - tego sędziowie nie potrafili rozstrzygnąć po długiej analizie fotofiniszu. Ostatecznie dwa srebrne medale otrzymały rodaczki Fraser - Sherone Simpson i Kerron Stewart. Oba fakty są ewenementem w historii kobiecego sprintu - po raz pierwszy na podium stanęły trzy zawodniczki z jednego kraju i po raz pierwszy przyznano ex aequo drugie miejsce. Żadna z trójki medalistek przed tym finałem nie zdobyła medalu w międzynarodowej imprezie, ale godnie zastąpiły w Pekinie mistrzynię świata - Veronikę Campbell-Brown, która w wewnętrznych eliminacjach na Jamajce zajęła dopiero czwarte miejsce.

Amerykanie złożyli protest, sugerując, że Fraser popełniła falstart. Szybko otrzymali odpowiedź: protest zostaje odrzucony.

W biegu na 10 000 metrów zwyciężył Etiopczyk Kenenisa Bekele, popisując się na ostatnim okrążeniu finiszem godnym czterystumetrowca. Bekele jest piątym lekkoatletą, który triumfował na tym dystansie w dwóch igrzyskach. Wyrównał w ten sposób osiągnięcia legendarnych biegaczy: Fina Paavo Nurmiego (1920/1928), reprezentanta Czechosłowacji Emila Zatopka (1948/1952), Fina Lasse Virena (1972/1976) i swego rodaka Haile Gebrselassie (1996/2000).

35-letni Gebrselassie startował w niedzielnym biegu, ale zajął dopiero szóste miejsce. Na ostatniej prostej wyprzedzili go znacznie młodsi rywale.

W trójskoku kobiet zwyciężyła mistrzyni z Aten, reprezentantka Kamerunu Mbango Etone, uzyskując drugi w historii wynik - 15,39.

Konkurs rzutu młotem nie stał na najwyższym poziomie. Słoweńcowi Primozowi Kozmusowi wystarczył do zwycięstwa rezultat 82,02.

Przed południem złoty medal w maratonie zdobyła dość niespodziewanie 38-letnia Constantina Tomescu-Dita. Wcześniej największym sukcesem Rumunki było trzecie miejsce w mistrzostwach świata w 2005 roku.

Grad polskich medali w Pekinie

Dziś wreszcie doczekaliśmy się medaliGalerię

To była wspaniała niedziela polskich sportowców na igrzyskach. Szczególne brawa należą się wioślarzom! Nasza męska czwórka podwójna zdobyła złoto, a czwórka bez sternika - srebro. Potem brązowy krążek niespodziewanie dorzuciła w zapasach Agnieszka Wieszczek, a dzień srebrem zakończył sztangista Szymon Kołecki.

czytaj dalej...
REKLAMA

Konrad Wasielewski, Marek Kolbowicz, Marek Jeliński i Adam Korol pokazali, że nie na darmo określa się ich najlepszą czwórką podwójną świata. Od samego początku wyścigu płynęli na prowadzeniu i pierwszego miejsca nie oddali do samego końca.

Tak wyglądała uroczystość wręczenia złotych medali polskim wioślarzom:

Polskie wiosła także ze srebrem

Polska czwórka bez sternika wagi lekkiej zdobyła w Pekinie srebrny medalGalerię
Kilkanaście minut wcześniej na tym samym torze polska czwórka bez sternika wagi lekkiej wywalczyła srebrny medal.

To był niesamowity wyścig. Nasi zaczęli na samym końcu, a dopłynęli na drugim miejscu. Niewielu wierzyło, że Łukasz Pawłowski, Bartłomiej Pawelczak, Miłosz, Bernatajtys i Paweł Rańda są w stanie zdobyć srebrny medal! A jednak.

Jeszcze w połowie dystansu Polacy zajmowali 4-5 miejsce, ale finisz w wykonaniu polskiej czwórki bez sternika wagi lekkiej był wręcz genialny.

Brązowe zapasy

Agnieszka Wieszczek zdobyła brązGalerię
Ale na sukcesach wioślarzy się nie skończyło. Debiutanka na igrzyskach Agnieszka Wieszczek przeszła do historii jako pierwsza zapaśniczka, która zdobyła dla Polski medal olimpijski. W walce o brązowy medal w kategorii 72 kg pokonała Hiszpankę Maider Undę.

Polka w półfinale przegrała w rundach 0:2 z mistrzynią świata, Bułgarką Stanką Zlatewą.

Kołecki wicemistrzem

Kołecki zdobył srebro
Szymon Kołecki po raz drugi w karierze stanął na olimpijskim podium. Podobnie jak osiem lat temu w Sydney, także w Pekinie mógł cieszyć się ze srebra. Naszego ciężarowca po wspaniałej walce w kategorii 94 kg wyprzedził tylko niesamowity Kazach Ilia Ilin.

I my, i Kołecki mieliśmy ogromne apetyty na złoto. Ale srebrny medal sztangisty, który do uprawiania sportu powrócił po bardzo poważnej operacji kręgosłupa to i tak ogromny sukces.

Merkel w Tibilisi

Merkel: Gruzja będzie w NATO

Gruzja będzie członkiem NATO - oświadczyła twardo w Tbilisi kanclerz Niemiec Angela Merkel. Wcześniej prezydent Francji Nicolas Sarkozy ostrzegł przywódcę Rosji Dmitrija Miedwiediewa przed "poważnymi konsekwencjami", jeśli Rosja nie zacznie wycofywać swych wojsk z Gruzji. Odpowiedź przyszła błyskawicznie. Rosja ma zacząć odwrót jutro.

czytaj dalej...
REKLAMA

Angela Merkel nie zostawiła żadnych wątpliwości co do poparcia, jakiego największe kraje Starej Europy udzielają Gruzji. "Gruzja będzie członkiem NATO, jeśli tego chce, a właśnie tego chce" - oświadczyła w niedzielę w Tbilisi przed spotkaniem z prezydentem Gruzji Micheilem Saakaszwilim.

To ogromny głos wsparcia dla Gruzji. Wielkim orędownikiem jej członkowstwa w Pakcie Północnoatlantyckim była Polska. Między innymi dzięki poparciu prezydenta Kaczyńskiego Gruzja usłyszała w tym roku obietnicę objęcia Planem Działań na rzecz Członkostwa w NATO. Wielu ekspertów mówiło, że jednym z celów wojny na Kaukazie było zablokowanie gruzińskiego członkostwa w Sojuszu.

Merkel odwiedziła gruzińską stolicę dwa dni po rozmowach z prezydentem Rosji Dmitrijem Miedwiediewem. Merkel powiedziała mu, że rosyjskie wojska powinny jak najszybciej wycofać się ze środkowej Gruzji. Podkreśliła też, że reakcja Moskwy w konflikcie z Gruzją była "nieproporcjonalna".

Sarkozy ostrzega Rosję

Merkel i Sarkozy krytykują Rosję
W ostrych słowach wypowiedział się też prezydent Francji Nicolas Sarkozy. Ostrzegł on przywódcę Rosji Dmitrija Miedwiediewa przed "poważnymi konsekwencjami" w stosunkach Moskwy z Unią Europejską, jeśli Rosja nie zacznie wycofywać swych wojsk z Gruzji. Powodem złości francuskiego prezydenta były powtarzające się informacje o tym, że Rosjanie nie zamierzaja wycofać się z zajętych gruzińskich terenów.

W odpowiedzi na krytykę Paryża prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew zapowiedział, iż wojska rosyjskie zaczną wreszcie opuszczać Gruzję. Ma to nastapić w poniedziałek około południa - podało biuro prezydenta Francji.

Natomiast Gruzja zaakceptowała bułgarską propozycję, by negocjacje w sprawie uregulowania konfliktu z Rosją były prowadzone w Sofii - powiedział bułgarski wiceminister spraw zagranicznych Milen Keremidczijew. Gruzińska strona nie potwierdziła jednak tej informacji.

LA: Fraser królową sprintu

Shelly-Ann Fraser to olimpijska królowa sprintu

Królową sprintu w igrzysk olimpijskich Pekinie została Shelly-Ann Fraser. Jamajka pokonała "setkę" w rewelacyjnym czasie 10.78. Tuż za nią linię mety minęły jej rodaczki - Kerron Stewart i Sherone Simpson. Sędziowie nie mogli rozstrzygnąć, która była druga, więc przyznali dwa srebrne medale.

czytaj dalej...
REKLAMA

Fraser jest pierwszą mistrzynią olimpijską na 100 z Jamajki. W sobotę pierwsze złoto dla swego kraju zdobył jej rodak Usain Bolt.

"Teraz naszym celem jest zwycięstwo w sztafecie 4 x 100 metrów" - deklarowała po finale złota medalistka sprintu.

Sprinterzy z karaibskiej wyspy, którą zamieszkuje 2,7 mln mieszkańców, marzą o Wielkim Szlemie - po triumfie w stumetrówce chcą wygrać także oba biegi na 200 m. Marzenia nie są pozbawione podstaw - wśród mężczyzn wielkim faworytem jest Bolt, a w gronie pań pierwszego miejsca z Aten bronić będzie Campbell-Brown.

medalistki w biegu na 100 m

złoty - Shelly-Ann Fraser (Jamajka)
srebrny - Kerron Stewart (Jamajka)
srebrny - Sherone Simpson (Jamajka)

SZER: Krzesiński: dramatem polskiej szermierki jest alkoholizm

mo, PAP
2008-08-17, ostatnia aktualizacja 2008-08-17 08:17
Zobacz powiększenie
Adam Krzesiński, sekretarz generalny PKOl., przewodniczący jury odczytuje wyniki konkursu.
Fot. SAMSUNG

Prawdziwym dramatem polskiej szermierki jest nieprofesjonalne zarządzanie oraz alkoholizm - uważa sekretarz generalny PKOl Adam Krzesiński. Podkreślił, że wypowiada się jako były zawodnik i były członek władz zarządu Polskiego Związku Szermierczego, a nie działacz PKOl.

Szermierze domagają się zmian »

Gruchała się tłumaczy: Chore klimaty w polskiej szermierce »

- Największy dramat polskiej szermierki, i jestem gotów to wszędzie powtórzyć - to alkoholizm. Zaczynając od samej góry, a kończąc na trenerach i niestety niektórych zawodnikach. Objawia się on na każdym kroku i nie udało się tego wyplenić przez wiele lat. Tylko radykalne cięcia mogą coś zmienić. Musi być jednak wola całego środowiska szermierczego - podkreślił Krzesiński.

- Wiem, że panuje ogólne niezadowolenie, szczególnie zawodników. Nie oszukujmy się - moje wyjście z zarządu oraz próba zwołania zjazdu, który miał wyłonić nowe władze i poszukać innej drogi działania, wynikała z nieprofesjonalnego zarządzania

związkiem przez prezesa. Brak jest podstawowych komórek organizacyjnych - sztabu szkoleniowego, działu marketingu. Kiedy ja byłem zawodnikiem, czy działaczem, decyzje podejmował jednoosobowo prezes Adam Lisewski. Myślę, że to się nie zmieniło - kontynuował.

Zarzuty Sylwii Gruchały o złej pracy związku na pewno są w części słuszne. W rozmowach zawodnicy mówią mi, że nie dzieje się tak, jak by oni chcieli. Dla szermierzy igrzyska się już skończyły, więc mogę powiedzieć jedno - związek funkcjonuje źle. Wszystko jest oparte na grupie ulubieńców prezesa, którzy działają zgodnie z jego wolą. Już dwa lata temu środowisko szermiercze - przede wszystkim działacze i trenerzy, nie opowiedzieli się za zamianami. Wygrywają małe interesy - prezes może dać więcej sprzętu, czy prawo organizacji turnieju. To takie polskie typowe piekiełko, bagienko, w którym przestałem uczestniczyć - dodał.

Zapytany, czy PKOl otrzymywał informacje o złej organizacji przygotowań szermierzy Krzesiński wyjaśnił, że nie. Podkreślił jednocześnie, że mimo niedobrych doświadczeń z przeszłości, musiał uwierzyć trenerom. Dodał, że nie było możliwości dokładniejszej analizy we wszystkich związkach, a nie chciał narażać się na zarzut faworyzowania szermierki.

- Po wyjściu z zarządu związku - jakieś dwa lata temu, nie miałem tak ścisłego kontaktu z szermierką, by oceniać przebieg przygotowań. Jako osoba odpowiedzialna w PKOl za przygotowania olimpijskie wszystkich dyscyplin nie otrzymałem sygnału, że były problemy. Kontakty opierały się jednak na rozmowach z trenerami, którzy na każdym spotkaniu chwalili związek, mówiąc że zapewnił im wspaniałe warunki. Trudno było w to nie wierzyć - powiedział Krzesiński.

W grudniu odbędzie się Walne Zgromadzenie Polskiego Związku Szermierczego. Sekretarz generalny PKOl podchodzi jednak do przebiegu obrad sceptycznie. Podkreślił jednocześnie, że zawodnicy mogą mieć wpływ na wybór delegatów na zjazd w swoich klubach i mogą zadecydować, kto ich będzie reprezentował. Najczęściej szermierze nie mają jednak pojęcia o tym, że odbywają się podobne wybory.

- Środowisko się określi - czy podoba mu się stan obecny, czy też spodziewa się zmian. Najsmutniejsze jest to, że przez bałagan tracimy masę wspaniałych ludzi. Wielu byłych zawodników, którzy mogli pracować jako trenerzy, czy działacze wolontariusze, odchodzą od szermierki. Nie chcą się babrać w bagienku. Każdy, kto

chce coś zmienić natrafia na ścianę w postaci działaczy pracujących od +stu+ lat i żerujących na szermierce. Oni nie dopuszczą do wprowadzenia nowej jakości- - ocenił dwukrotny medalista igrzysk olimpijskich.

Zdaniem Krzesińskiego patrząc na wyniki widać, że postęp nastąpił w dyscyplinach, w których w ostatnim czasie zmieniono metody zarządzania - w badmintonie, łucznictwie, piłce ręcznej, piłce siatkowej. - Trzeba w polskim sporcie dać szansę ludziom, którzy mają inne spojrzenie na organizację pracy związków - profesjonalnym menedżerom - powiedział.

Srebrny medalista z Atlanty nie chciał komentować wypowiedzi trenera Tadeusza Pagińskiego, którego zdaniem słabsza postawa Gruchały w Pekinie wynikała z kłopotów w życiu osobistym. Zdaniem Krzesińskiego życie prywatne zawodników nie powinno być tematem dyskusji publicznej.

- Z kolei wypowiedź prezesa, który nonszalancko sugeruje Gruchale zakończenie kariery, jest dla niego typowa. Jeszcze jako zawodnik niejednokrotnie słyszałem, że to nie związek jest dla szermierzy, ale oni dla związku. Mówiono wtedy: jak nie wy, to będą następni, a my będziemy zawsze. I okazało się to prawdą - prezes prawie od 30 lat jest u steru - powiedział.

- Wypowiedziami samej Gruchały o rezygnacji bym się nie przejmował. Florecistka jest rozżalona porażką w spotkaniu, które należało wygrać (ćwierćfinał z USA przegrany 30:31 -). Za miesiąc inaczej spojrzy na sytuację. Jest zbyt ambitna i za dużo serca włożyła w ten sport. Nie wierzę, że zrezygnuje z dalszej kariery. Musimy jednak stworzyć w Polsce takie warunki, by sportowcy tak wybitni jak Gruchała, mogli się idealnie przygotowywać. Trzeba więc słuchać czego im brakuje. Nie da się dziś uprawiać wyczynowego sportu bez wsparcia technologicznego, naukowego - dodał Krzesiński.

- Co do zmiany trenera - nie chcę się wypowiadać. Trzymanie jednego szkoleniowca przez 20 lat na stanowisku trenera kadry sprawia, że całe środowisko floretu oparte jest na jego sposobie myślenia. Przez to brakuje konkurencji i alternatywy w szkoleniu. Mimo, że fechmistrz Pagiński jest znakomitym trenerem, floret kobiet jest na granicy dramatu. Magdalena Mroczkiewicz pewnie zakończy karierę, a jeśli w jej ślady pójdzie jeszcze Gruchała, to nie będziemy się liczyć na świecie. Pokazują to turnieje w młodszych kategoriach wiekowych- ocenił były florecista.

- Sposób mówienia o sprawie jaki wybrali zawodnicy -czyli przekazanie postulatów poprzez media, nie przyniesie zapewne rezultatu. Prezes Lisewski przeczekał niejedną burzę. Psy szczekają, karawana jedzie dalej - zakończył Krzesiński.

PŁY: Gdyby Michael Phelps ogłosił niepodległość...

... w klasyfikacji medalowej (stan na niedzielę, 12:00) zajmowałby 7. miejsce, wyprzedzając takie potęgi jak Rosja, Francja czy Włochy. Zrobiliśmy tabelę traktującą Phelpsa jako oddzielny kraj występujący na igrzyskach. Wygląda to naprawdę zabawnie.

Ósmy cud świata - wszystkie medale Phelpsa

Największy z cudów - złoto o 0,01 sekundy

Nowy kraj (Phelpsoland? Phelpslandia?) w tabeli medalowej prezentowałby się naprawdę imponująco.

miejsce kraj złoto srebro brąz
1 Chiny 30 13 10
2 USA 14 19 24
3 Wielka Brytania 11 6 7
4 Niemcy 9 5 6
5 Australia 8 10 11
6 Japonia 8 5 7
7 Michael Phelps 8 0 0
8 Korea Południowa 7 9 4
9 Rosja 6 10 9
10 Włochy 6 6 5
11 Ukraina 5
3
6
12 Francja 3 9 12
13 Rumunia 3 1 3
14 Słowacja 3 1 0
15 Holandia 2 4 4
16 Czechy 2 3 0
17 Polska 2 2 1
18 Kanada 2 1 4
19 Nowa Zelandia 2 1 2
20 Hiszpania 2 1 1

[W zestawieniu odjęliśmy USA indywidualne złota rekordzisty, pozostawiając te w sztafecie]

STRZ Matthew Emmons znów przegrywa ostatnim strzałem

KD
2008-08-17, ostatnia aktualizacja 2008-08-17 18:05
Zobacz powiększenie
Matthew Emmons (z prawej) i Rajmund Debevec (z lewej)
Fot. Sergey Ponomarev AP

Dla Amerykanina Matthew Emmonsa dramatycznie zakończył się konkurs strzelania w trzech postawach z 50 m. Przegrał ostatnim strzałem. Tak jak cztery lata temu.

W 2004 roku w Atenach Emmons prowadził przed ostatnią serią strzałów. Do złotego medalu wystarczyło, by trafił 7,2 (centralne koło tarczy liczy się za 10 punktów). Strzelił, trafił w tarczę, ale... obok. Złoto wywalczył Jia Zhanbo z Chin, a Emmons został bez medalu. Wtedy jednak - na pocieszenie - zdobył złoty medal w strzelaniu w pozycji leżącej.

Wczoraj historia się powtórzyła. Emmons wywalczył już w Pekinie srebrny medal w strzelaniu w pozycji leżącej, ale chciał naprawić błąd sprzed czterech lat. Nie udało się. Przed ostatnią rundą konkursu trzech postaw amerykański strzelec o 3,3 pkt wyprzedzał Ukraińca Jurija Sukorukowa i o 3,4 pkt Chińczyka Qiu Jiana. W ostatnim strzale trafił jednak zaledwie w 4,4. W niewyjaśniony sposób karabin wypalił, zanim Amerykanin wycelował. - Po prostu sam wystrzelił - wyjaśniał Emmons, który był faworytem i w serii finałowej na dziewięć poprzednich strzałów tylko dwukrotnie nie trafił w dziesiątkę. Chińczyk nie miał takich problemów i trafił w dziesiątkę, a Sukorukow w 9,8 i to właśnie oni zajęli najwyższe stopnie podium. Emmonsa wyprzedził jeszcze rekordzista olimpijski Rajmond Debevec ze Słowenii. - Pozostaje mi tylko upić się hektolitrami piwa - skomentował zawody pechowiec.

Na pocieszenie dla Amerykanina trzeba przypomnieć, że cztery lata temu, tuż po feralnym konkursie strzeleckim, spotkał reprezentującą Czechy Katerinę Kurkovą, która wtedy zdobyła brąz w strzelaniu z karabinka pneumatycznego z 10 m. Czeszka po zakończeniu startów komentowała zawody dla telewizji i chciała poznać człowieka, który w niezwykły sposób stracił medal. W Pekinie zdobyła już złoty i srebrny medal. Tym razem jako Katerina Emmons. - Takie rzeczy nie dzieją się bez powodu. Ostatnim razem powodem była Katie. Teraz więc pewnie też spotka mnie coś dobrego - dodał na zakończenie Amerykanin.

KOL Mistrzyni w kolarstwie torowym w Atenach wygrała w wioślarstwie

Kuba Dybalski
2008-08-17, ostatnia aktualizacja 2008-08-17 18:56
Zobacz powiększenie
Rebecca Romero
Fot. Ricardo Mazalan AP

Rebecca Romero zwyciężyła w kolarskim torowym wyścigu indywidualnym na 3 km. Cztery lata temu w Atenach zdobyła srebrny medal w... wioślarskiej czwórce podwójnej

Rok po poprzednich igrzyskach zdobyła jeszcze w wioślarstwie mistrzostwo świata. I postanowiła zrezygnować, gdy przedłużające się kontuzje pleców przerodziły się w trwały ból. Długo bez uprawiania sportu Brytyjka jednak nie wytrzymała. W 2006 r. pojechała do Narodowego Centrum Kolarskiego w Manchesterze, aby przekonać trenera Dana Hunta, by pozwolił jej na starty na torze. Zgodził się, choć pierwszy raz spotkał się z transferem z toru wioślarskiego do kolarskiego. - Tym, co mnie zaskoczyło, była jej wola wygrywania. Każdy chce wygrać. Są jednak tacy, którzy tego potrzebują - mówi dziś trener Hunt.

I rzeczywiście, szło jej wyśmienicie. Już w pierwszym międzynarodowym starcie, podczas Pucharu Świata w Moskwie w grudniu 2006 r., zaledwie kilka miesięcy po rozpoczęciu treningów, zajęła drugie miejsce. Potem zdobyła srebrny medal w mistrzostwach świata w 2007 r., a w tym roku została mistrzynią świata zarówno indywidualnie, jak i w drużynie.

- Kiedy pierwszy raz wyjechałam na tor, byłam lekko zestresowana, ale potem wpadłam po uszy w ten magiczny sport - opowiada Romero. - Cały czas sobie myślę, że nie jestem wystarczająco twarda, zdyscyplinowana. Zdaję sobie sprawę ze swoich słabości i codziennie staram się je pokonywać, bo tak w sumie to jestem dość leniwą osobą - dodała. Jadąc do Pekinu, zapowiadała złoto: - Nie interesuje mnie bycie drugą, nie interesuje mnie srebrny czy brązowy medal.

W niedzielnym finale wyprzedziła swoją rodaczkę Wendy Houvenaghel o ponad dwie sekundy. Zamiana łodzi na rower okazała się trafna z jeszcze jednego powodu. Kilka chwil po triumfie Romero na torze jej dawne koleżanki przegrały złoty medal z osadą chińską.

Srebrna medalistka też zresztą trafiła do kolarstwa przez przypadek. Jest dentystką i na rowerze zaczęła jeździć, by towarzyszyć mężowi w jego treningach. Szybko okazało się, że jest od niego dużo szybsza.

Romero jest drugą kobietą, która zdobyła medale olimpijskie w dwóch różnych dyscyplinach. Roswitha Krause, reprezentująca NRD, była medalistką w pływaniu na igrzyskach w Meksyku w 1968 r., a następnie w piłce ręcznej w Montrealu (1976) i w Moskwie (1980).

Niedziela była dla nas! Starty Polaków w pigułce

mk
2008-08-17, ostatnia aktualizacja 2008-08-17 17:34
Zobacz powiększenie
Złota czwórka podwójna
Fot. ALY SONG REUTERS

Jedno złoto, dwa srebra, jeden brąz. W jeden dzień. To niedzielny dorobek medalowy Polski, choć może trudno w to uwierzyć. Sukcesy są dwóch wioślarskich czwórek, ciężarowca Szymona Kołeckiego i medalowej niespodzianki - Agnieszki Wieszczek.

Polski dzień igrzysk w relacji Z czuba »

Wioślarstwo

Polska czwórka podwójna w składzie Michał Jeliński, Marek Kolbowicz, Adam Korol, Konrad Wasielewski zdobyła medal złoty. Z czasem 5:41,33 nad drugą osadą Włoch mieli ponad dwie sekundy przewagi. Czwórka wagi lekkiej w składzie Miłosz Bernatajtys, Bartłomiej Pawełczak, Łukasz Pawłowski, Paweł Rańda wywalczyła srebrny medal. Ósemka była dopiero piąta.

Złota czwórka podwójna, srebrna czwórka wagi lekkiej »

Podnoszenie Ciężarów

Szymon Kołecki z wynikiem 403 kg zajął drugie miejsce w ponoszeniu ciężarów w kategorii 94 kg. Polak czuje niedosyt, bo osobiście liczył na złoty medal. Ubiegł go Ilya Ilin z Kazachstanu, który uzyskał łącznie 406 kg. Słabiej spisał się Bartłomiej Bonk.

Kołecki wicemistrzem olimpijskim »

Zapasy

Debiutantka Agnieszka Wieszczek, występująca w kategorii 72 kg, wywalczyła brązowy medal. W decydującym pojedynku pokonała 2:0 (2-1, 1-0) w rundach Hiszpankę Maider Undę.

Wieszczek wywalczyła brąz »

W kategorii 63 kg w ćwierćfinale odpadła Monika Michalik.

Lekkoatletyka

Szymon Ziółkowski (AZS Poznań) z wynikiem 79,22 m zajął siódme miejsce w rzucie młotem w zawodach lekkoatletycznych w Pekinie. Wczoraj w eliminacjach z wynikiem 79,55m był pierwszy.

Siódme miejsce Ziółkowskiego »

Anna Jesień z drugim czasem w czwartym biegu eliminacyjnym (55,35 s.) awansowała do poniedziałkowego półfinału biegu na 400 m przez płotki.

Anna Jesień w półfinale »

Aurelia Kollasch (AZS AWF Warszawa) awansowała do półfinału biegu na 100 metrów przez płotki w igrzyskach olimpijskich w Pekinie. W eliminacjach Polka uzyskała czas 12,98, zajmując czwarte miejsce w pierwszej serii.

Awans Kollasch »

Wioletta Frankiewicz zajęła ósme miejsce na piętnastu uczestników w finale biegu z przeszkodami na 3000 m kobiet. Osiągnęła swój najlepszy wynik w tym sezonie - 9.21,76.

Frankiewicz ósma »

Michał Bieniek w eliminacjach skoku wzwyż zajął 14 miejsce w swojej serii z wynikiem 2,20 m i odpadł z dalszej rywalizacji.

Bieniek poza finałem »

Żeglarstwo

Polski duet Mateusz Kusznierewicz i Dominik Życki startujący w klasie Star prowadzi w klasyfikacji generalnej po 4 wyścigach z wynikiem 21 pkt. Ostatni wyścig zakończyli na drugim miejscu.

Świetna passa Kusznierewicza i Życkiego »

Zofia Klepacka zajęła drugie miejsce w szóstym wyścigu klasy RS:X, a siódmy wyścig wygrała i awansowała na ósmą lokatę w klasyfikacji generalnej.

Przebudzenie Klepackiej »

Katarzyna Szotyńska zajęła piąte miejsce w szóstym wyścigu olimpijskiej rywalizacji w klasie Laser Radial na akwenie w Qingdao. W klasyfikacji generalnej Polka jest trzynasta.

Szotyńska piąta »

Rafał Szukiel (AZS UWM Olsztyn) zajął dziesiąte miejsce w klasyfikacji końcowej olimpijskiej rywalizacji w żeglarskiej klasie Finn. W finałowym wyścigu Polak zajął piąte miejsce.

Rafał Szukiel skończył na dziesiątym »

Maciej Grabowski w szóstym wyścigu w klasie Laser był dwudziesty trzeci. W każdej klasie na całość składa się 10 wyścigów plus wyścig finałowy, tzw. medalowy, w którym bierze udział już tylko najlepsza dziesiątka.

Siatkówka

Polskie siatkarki przegrały w ostatnim grupowym meczu z USA 2:3 (25:18, 21:25, 25:19, 19:25, 13:15) i nie mają już szans na awans do ćwierćfinału. Genialna postawa Katarzyny Skowrońskiej nie wystarczyła na pokonanie Amerykanek.

Polki odpadły z igrzysk po dramacie »

Kolarstwo torowe

Łukasz Kwiatkowski odpadł w repesażach o awans do 1/8 finału sprintu w olimpijskiej rywalizacji kolarzy torowych.

Kwiatkowski poległ w repasażach »

W końcu jest się z czego cieszyć! A może się nie zgadzasz? Skomentuj niedzielę Polaków. Załóż sportowego bloga, bloguj na Blogsport.pl!»