piątek, 11 lipca 2008

Proces gen. Kiszczaka umorzony

Chybiony zarzut


Wczoraj sąd umorzył sprawę generała Czesława Kiszczaka, byłego ministra SW, oskarżonego o przyczynienie się do śmierci dziewięciu górników w kopalni Wujek w 1981 r. Sąd uznał, iż karalność nieumyślnego czynu przedawniła się w 1986 r. Górnicy i ich adwokaci zapowiadają apelację od tego wyroku.
11 VII 2008

To było trzecie orzeczenie sądu I instancji w trwającym od 1994 r. procesie gen. Kiszczaka. W 1996 r. uniewinniono go. W 2004 r. - skazano na dwa lata więzienia w zawieszeniu. Oba wyroki uchylił Sąd Apelacyjny w Warszawie.

Czesław Kiszczak. Fot. Tomasz Gzel/PAP
Akt oskarżenia zarzucał Czesławowi Kiszczakowi, iż umyślnie sprowadził powszechne niebezpieczeństwo dla życia i zdrowia ludzi, bo wysłał 13 grudnia 1981 r. tajny szyfrogram do jednostek milicji, mających pacyfikować zakłady strajkujące po wprowadzeniu stanu wojennego. Zdaniem prokuratury, bez podstawy prawnej Kiszczak przekazał w nim dowódcom poszczególnych oddziałów MO swe uprawnienia do wydania rozkazu użycia broni, co było podstawą działań plutonu specjalnego ZOMO, który 15 i 16 grudnia strzelał w kopalniach Manifest Lipcowy i Wujek.

Sąd uznał, że gen. Kiszczak, choć był jako minister MSW zobowiązany dekretem Rady Państwa z 12 grudnia 1981 r. do określenia prawnych zasad użycia broni przez oddziały MO, nie wypełnił tego obowiązku, poprzestając na wydaniu szyfrogramu, przez co nieumyślnie sprowadził niebezpieczeństwo powszechne dla życia i zdrowia górników.

Sędzia Ireneusz Szulewicz w ustnym uzasadnieniu wyroku powiedział, że zarzut o wydaniu szyfrogramu bez podstawy prawnej jest chybiony. Podzielił opinię Sądu Apelacyjnego w Warszawie, który ocenił, że dekret o stanie wojennym stanowił prawo obowiązujące od chwili jego uchwalenia, a nie zaś - ogłoszenia. Zdaniem sądu, szyfrogram nie był rozkazem, tylko powieleniem dekretu. Z jednym wyjątkiem. Generał dopisał na szyfrogramie, że strzelanie jest możliwe jedynie wobec zagrożenia życia milicjantów.

Sąd podkreślił, że Kiszczak zabronił użycia broni w Wujku, gdy 16 grudnia zwracał się o to do niego szef katowickiej milicji płk Jerzy Gruba - mimo to funkcjonariusze ZOMO użyli broni. Według sądu, mogli mieć przekonanie, że ich działanie było prawidłowe i akceptowane przez przełożonych.

Zdaniem sądu nie da się wykluczyć, iż to ówczesny szef MO, doktor prawa, gen. Józef Bejm przekonał Kiszczaka, że wydanie szyfrogramu wystarcza, by uregulować prawnie zasady użycia broni przez oddziały MO. Najważniejszy jednak - w ocenie sądu - był zakaz użycia broni w Wujku, który generał Kiszczak przekazał pułkownikowi Grubie. - Oznacza to, że nie chciał, by padły ofiary śmiertelne - uznał sędzia Szulewicz.

Górnicy obecni na sali przyjęli wyrok z oburzeniem. Stanisław Płatek - w rozmowie z PAP - nazwał wyrok "piłatowym'' i "nijakim''. Pełnomocnik oskarżycieli mecenas Maciej Bednarkiewicz zapowiedział złożenie apelacji. Marzena Matysik-Folga zapowiedziała, że Prokuratura Okręgowa w Katowicach zwróci się do sądu o pisemne uzasadnienie wyroku i dopiero wtedy zapadnie decyzja w sprawie ewentualnego złożenia apelacji. Generał Kiszczak nie będzie podejmował żadnych kroków.

* * *

Analizuję tamte dni

Generał Czesław Kiszczak dla "TRYBUNY'':

- Od samego początku prokuratura nie miała dowodów przeciwko mnie. Przeciwnie: sto procent dowodów, które były, tzn. zeznania świadków, dokumenty, ekspertyza profesora Wawrzyniaka - wszystko świadczyło na moją korzyść. Zrobiłem w tej sprawie wszystko, co mogłem zrobić, żeby nie doszło do rozlewu krwi.

Oskarżyciele posiłkowi bez przerwy wmawiali społeczeństwu, że ja wysłałem tajny szyfrogram, który zezwalał na użycie broni wobec strajkujących górników. To kompletna bzdura. Ten szyfrogram przewidywał użycie broni tylko w przypadkach nadzwyczajnych, kiedy nie można było inaczej uchronić życia ludzkiego.

Doskonale pamiętam, jak rano 16 grudnia 1981 r. pojechałem na posiedzenie kierownictwa partii. W trakcie obrad, około godz. 12.00, zadzwonił do mnie z Katowic pułkownik Gruba. Od niego dowiedziałem się, że jest odblokowywana kopalnia Wujek. Pułkownik mówił, że milicjanci są atakowani pikami, złomem, że kilkudziesięciu milicjantów jest rannych, że dowódcy pododdziałów proszą o zgodę na użycie broni do strzelania w górę, na postrach. Podjąłem momentalnie decyzję: nie wyrażam zgody. Powiedziałem: przerwać akcję, wycofać milicję i wojsko poza teren kopalni.

I ja, i mój adwokat prosiliśmy na wszystkich trzech procesach, żeby wezwać na rozprawę w Warszawie, albo przynajmniej ściągnąć protokoły zeznań 23 milicjantów, którzy przez 27 lat przyznawali się, że użyli broni i zeznali, na czyje polecenie to zrobili. Za każdym razem sąd ten wniosek odrzucał, choć wiedział, że ci milicjanci nie odwołują się do mojego szyfrogramu, ale do rozporządzenia ministra SW z 21 grudnia 1955 r., które ustanawiało zasady użycia broni palnej. Nie ma żadnych dowodów, że popełniłem błąd. Choć jeden popełniłem...

Parę dni przed stanem wojennym wezwałem komendanta głównego milicji gen. Bejma. Zapytałem go o zasady użycia broni. Okazało się, że nie ma takich zasad; że od 1955 roku żaden minister nie uregulował tych spraw, że wszyscy uciekali od tego. Poleciłem napisanie projektu rozporządzenia, uzgodnienie go z biurami prawnymi MSW, MON i Radą Państwa oraz ogłoszenie w Dzienniku Ustaw. Bejm zaczął mnie przekonywać, że nie ma takiej potrzeby, bo jest przygotowany projekt dekretu Rady Państwa, który te sprawy konsumuje. To mnie przekonało, niesłusznie.

W nocy z 12 na 13 grudnia generał Bejm przyniósł szyfrogram i prosił o podpisanie. Spytałem, czy Rada Państwa przyjęła uchwałę o wprowadzeniu stanu wojennego. Generał potwierdził. Czy Rada Państwa uchwaliła cztery dekrety o wprowadzeniu stanu wojennego? Znowu potwierdzenie. Zacząłem wnikliwie analizować ten szyfrogram i porównywać z treścią dekretu. Stwierdziłam, że nie ma merytorycznych rozbieżności. I z boku podpisałem się. Do szyfrogramu dopisałem sformułowanie, że broni palnej można użyć tylko w przypadku zagrożenia życia. Ten dokument się zachował.

Często analizuję tamte dni. Autentycznie ubolewam nad tym, co się stało w kopalni Wujek. Ja wiem, że robiliśmy wszystko, aby stan wojenny obył się bez ofiar.

Kaucja gwarancyjna niezgodna z prawem UE

Monika Pogroszewska 11-07-2008, ostatnia aktualizacja 11-07-2008 07:45

Wydłużenie z 60 do 180 dni terminu zwrotu VAT, jeśli nowy podatnik nie wpłaci 250 tys. zł kaucji gwarancyjnej, jest niezgodne z unijną dyrektywą

Uznał tak wczoraj Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu.

Sprawa trafiła tam dzięki Alicji S. W deklaracji podatkowej za styczeń 2006 r. kobieta wykazała prawie 45 tys. zł nadwyżki VAT i wystąpiła o jej zwrot w ciągu 60 dni. Naczelnik urzędu skarbowego w Świdnicy oddalił jej wniosek, uzasadniając, że prowadziła działalność krócej niż rok i nie wpłaciła kaucji gwarancyjnej.

Decyzję tę podtrzymał dyrektor izby skarbowej, Alicja S. wniosła więc skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego we Wrocławiu. Ten z kolei skierował pytanie prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości dotyczące zgodności polskich przepisów z wyrażoną w traktacie zasadą proporcjonalności oraz przepisami I i VI dyrektywy VAT.

To podatnicy mają rację

Trybunał stanął po stronie nowych podatników, uznając polskie przepisy za niezgodne z prawem UE. Jak wynika z wyroku, nie można różnicować firm i nakładać na nowe przedsiębiorstwa dodatkowych obowiązków i ograniczeń tylko dlatego, że Skarb Państwa obawia się nadużyć. Podatnik nie ma przy tym możliwości dowieść, że nie jest oszustem. Zdaniem Trybunału polskie prawo narusza w ten sposób zasadę proporcjonalności. Zastosowane w ustawie zabezpieczenia są niewspółmierne do stawianego im celu, jakim jest zwalczanie nadużyć i zapobieganie unikaniu opodatkowania. Przepisy te naruszają “w nadmiernym stopniu” cele i zasady VI dyrektywy.

Konieczne zmiany

Konieczność wpłaty kaucji gwarancyjnej to problem firm, które działają krócej niż rok. Pozostali podatnicy, co do zasady, uzyskują zwrot podatku w ciągu 60 dni. Nowe przedsiębiorstwa muszą czekać nawet pół roku. Jeśli chcą tego uniknąć, muszą wpłacić 250 tys. zł zabezpieczenia.

Ministerstwo Finansów, jeszcze zanim zapadł wyrok, przygotowało się do zmiany przepisów. W tym tygodniu rząd przyjął projekt nowelizacji ustawy o VAT. Zakłada on m.in. skrócenie podstawowego terminu zwrotu podatku ze 180 do 60 dni oraz likwidację kaucji gwarancyjnej dla nowych podatników. Czy rozwiąże to problemy nowych firm? Niestety, chyba nie. Kaucję gwarancyjną ma zastąpić inne zabezpieczenie majątkowe. Nie będzie już takie samo dla wszystkich nowych firm, ale proporcjonalne do kwoty oczekiwanego zwrotu.

Będą inne zabezpieczenia

By szybciej odzyskać podatek, firma będzie mogła złożyć zabezpieczenie w formie gwarancji bankowej lub ubezpieczeniowej, weksla lub czeku potwierdzonego, papierów wartościowych na okaziciela, a nawet depozytu w gotówce.

Działający od niedawna podatnik może więc np. przekonać bank, by udzielił mu gwarancji. Jeśli chce szybciej otrzymać zwrot np. 50 tys. zł VAT, może wpłacić tę kwotę w formie depozytu na konto urzędu i... czekać 60 dni na jej odzyskanie.

W Sejmie jest już także poselski projekt nowelizacji ustawy o VAT autorstwa PO. W kwestii zabezpieczeń przyjęto w nim rozwiązania podobne do rządowych.

masz pytanie, wyślij e-mail do autorki m.pogroszewska@rp.pl

Jerzy Martini, doradca podatkowy, partner w Baker & McKenzie

To bardzo ważny wyrok. Trybunał zakwestionował naruszenie zasady proporcjonalności – nie można dyskryminować wszystkich nowych firm tylko po to, by zapobiegać ewentualnym nadużyciom. Ustawodawca powinien przewidzieć inny sposób, lepiej nakierowany na zapobieganie tym zjawiskom. Niestety przyjęty przez rząd projekt nowelizacji VAT kopiuje mechanizm, który Trybunał uznał za niezgodny z dyrektywą. Zmienia się nieco sposób zabezpieczenia, które musi wnieść działający od niedawna przedsiębiorca, ale nie zmienia się filozofia. Gdyby nowela została przyjęta w tym kształcie, wciąż różna będzie sytuacja nowych i starych podatników. Oznacza to, że polskie przepisy mogą w przyszłości jeszcze raz trafić przed Trybunał i zostać uznane za niezgodne z prawem UE.

Źródło : Rzeczpospolita

Uczestnik nie jest karany za nielegalne zgromadzenie

Jolanta Kroner 11-07-2008, ostatnia aktualizacja 11-07-2008 07:44

Sankcje za niepowiadomienie władzy o demonstracji mogą dotykać tylko organizatora. Uczestnik nie podlega karze

autor zdjęcia: Seweryn Sołtys
źródło: Fotorzepa

Wolność zgromadzeń i uczestnictwo w pokojowych manifestacjach, także spontanicznych, jest fundamentalnym prawem każdego obywatela – potwierdził dnia 10 czerwca 2008 r. Trybunał Konstytucyjny (sygn. P 15/08).

– Jednakże – mówiła sędzia sprawozdawca Ewa Łętowska – władze muszą być o nich uprzedzane, aby mogły zapewnić bezpieczeństwo demonstrującym. Rezygnacja z sankcji za zaniedbanie tego obowiązku rodziłaby skłonność do jego zaniedbywania. Rolą sądu jest natomiast ocena, czy istniała możliwość zawiadomienia o zgromadzeniu, a więc czy w ogóle są podstawy do ukarania organizatora – uzasadniała wyrok pani profesor.

Przepis kodeksu wykroczeń, który przewiduje 14 dni aresztu, ograniczenie wolności albo grzywnę m.in. za zwołanie zgromadzenia bez wiedzy gminy lub za kierowanie takim zgromadzeniem (art. 52 § 1 pkt 2), Trybunał uznał za służący ochronie i bezpieczeństwu uczestników. Jest więc zgodny z konstytucją – orzekł.

Oceny tego przepisu dokonał na wniosek sądu grodzkiego dla Warszawy-Śródmieścia, przed którym zawisła sprawa działacza zielonych Dariusza S. zaangażowanego w obronę doliny Rospudy.

W lutym 2007 r. Dariusz S. dowiedział się z komunikatu PAP, że Warszawę nazajutrz odwiedzi przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso. Poinformował o tym biuro prasowe Partii Zielonych, które nagłośniło sprawę i zapowiedziało na następny dzień zgromadzenie przed Pałacem Prezydenckim. Spontaniczną manifestacją kierował Dariusz S. Zaniedbał jednak uprzedzenia gminy o zgromadzeniu, a Komenda Rejonowa Policji skierowała wniosek do sądu o ukaranie go.

Dariusz S. przyznał się do winy, uważa jednak, że sankcje przewidziane za to wykroczenie są niezgodne z konstytucją, bo naruszają gwarantowaną w niej wolność pokojowych zgromadzeń, jeśli zwoła się je spontanicznie i bez możliwości wymaganego przez prawo zawiadomienia władz z trzydniowym wyprzedzeniem.

Sąd rozpatrujący jego odwołanie powziął wątpliwość, czy faktycznie w opisanych okolicznościach sankcje karne nie stanowią ograniczenia wolności zgromadzeń. Stąd pytanie prawne do TK.

Zdaniem sądu przedstawionym we wniosku spontaniczne zgromadzenie pozwala obywatelom na natychmiastową reakcję na najważniejsze i poruszające ich wydarzenia oraz na udział w debacie publicznej i zaprezentowanie swojego stanowiska. Sankcja karna ogranicza tę możliwość. Sąd nie kwestionuje, że władze powinny być o manifestacji uprzedzone, ale niedopełnienia tej formalności nie należy karać.

To stanowisko poparł na rozprawie pos. Piotr Krzywicki w imieniu marszałka Sejmu. – Wolność zgromadzeń to filar nowego porządku. Nie mogą jej ograniczać względy formalne – przekonywał. Ale prok. Andrzej Niewielski widział sprawę inaczej:

– Należałoby umorzyć postępowanie, bo do TK skierowano przepis, na podstawie którego sąd grodzki mógł ocenić, czy doszło do wykroczenia. Być może sprawę można było nawet umorzyć z powodu małej szkodliwości czynu. Nie należy jednak odbierać państwu instrumentu, który jest mu niezbędny do skutecznej ochrony demonstrantów.

Prof. Ewa Łętowska przypomniała w uzasadnieniu wyroku, że analogiczne przepisy w innych państwach Unii Europejskiej są bardziej racjonalne, bo dają organizatorom spontanicznych zgromadzeń możliwość poinformowania o tym władz w dogodniejszym terminie.

– Nic nie stoi na przeszkodzie, by i nasz Sejm to zmienił – stwierdziła .

Jolanta Kroner

Źródło : Rzeczpospolita

Szerszy dostęp do informacji publicznej

Adam Bodnar, Maciej Bernatt 11-07-2008, ostatnia aktualizacja 11-07-2008 07:27

Europejski Trybunał Praw Człowieka rozpoznaje właśnie precedensową sprawę, która może znacząco rozszerzyć zakres zastosowania art. 10 konwencji i gwarancji wolności słowa.

W marcu 2008 r. Trybunał zakomunikował rządowi Węgier sprawę ze skargi Hungarian Civil Liberties Union (węg.: TÁRSASÁG A SZABADSÁGJOGOKÉRT, „TASZ”) (nr 37374/05).

TASZ jest węgierską organizacją pozarządową aktywną w sferze polityki antynarkotykowej. Złożyła skargę, bo węgierski Sąd Konstytucyjny odmówił dostępu do wniosku posła węgierskiego, w którym ten domagał się zbadania konstytucyjności przepisów z zakresu polityki antynarkotykowej. Odmowa była motywowana koniecznością ochrony danych osobowych. Do tej decyzji zastosowały się sądy powszechne.

Szerokie gwarancje

Zgodnie z art. 10 konwencji gwarancjami wolności słowa objęta jest wolność poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Oznacza to wolność głoszenia własnych lub cudzych poglądów, możliwość zapoznawania się z cudzymi poglądami, a także możliwość korzystania ze środków masowego przekazu. W zagwarantowaniu wolności słowa w demokratycznym państwie prawnym szczególną rolę odgrywa wolna i niezależna prasa.

W sprawie TASZ przeciwko Węgrom podstawowym pytaniem jest, czy można korzystać z wolności słowa bez skutecznego i efektywnego dostępu do informacji znajdujących się w posiadaniu organów władzy publicznej. Czy można skutecznie kontrolować działania rządu, uczestniczyć w debacie publicznej oraz wpływać na procesy decyzyjne.

Europejska konwencja praw człowieka została przyjęta w 1950 r. W tym czasie dostęp do informacji publicznej nie był uważany powszechnie za prawo jednostki. W ciągu ostatnich dziesięcioleci diametralnie zmieniło się podejście do tego prawa. Świadczy o tym jego umieszczenie w art. 42 Karty praw podstawowych UE, w art. 61 Konstytucji RP, a także w wielu konstytucjach państw demokratycznych. System konwencji zdaje się jednak nie nadążać za tym rozwojem, podczas gdy np. Panamerykańska Komisja Praw Człowieka już w 2000 r. uznała, że prawo dostępu do informacji jest prawem podstawowym.

W kilku wyrokach Trybunał uznał, że jednostka powinna posiadać dostęp do informacji publicznej, jeżeli uzyskanie określonych informacji ma ścisły związek z jej prawem do prywatności gwarantowanym w art. 8 konwencji. Dla przykładu w sprawie Guerra przeciwko Włochom (wyrok z 19 lutego 1998 r.) Trybunał stwierdził naruszenie pozytywnych obowiązków wynikających z art. 8 konwencji, gdyż władze włoskie nie udostępniły informacji o ryzyku związanym z zamieszkiwaniem obok fabryki chemikaliów. Nie było jednak wyroku, w którym Trybunał wywiódł prawo dostępu do informacji publicznej bezpośrednio z art. 10 konwencji – jako emanację wolności słowa. Warto pamiętać, że rolą prasy jest uzyskiwanie informacji w interesie publicznym, a nie w interesie indywidualnym. Dlatego też przedstawiciele prasy nie mogą powoływać się na art. 8 konwencji. To samo dotyczy organizacji pozarządowych działających w interesie publicznym. Istotą dostępu do informacji publicznej jest to, że osoba wnioskująca nie musi się wykazywać interesem prawnym.

Konieczność wyinterpretowania z konwencji prawa dostępu do informacji publicznej potwierdzają dokumenty międzynarodowe. Znaczenie mają tutaj zwłaszcza rezolucje Komitetu Ministrów Rady Europy z 1981 r. (Rec (81) 19) i 2002 r. (R (2002) 2) na temat dostępu do informacji i do dokumentów państwowych. Podczas prac Rady Europy dyskutowany jest również projekt konwencji o dostępie do dokumentów urzędowych (szczegóły na stronie http://www.access-info.org).

Nowe standardy

Wyrok Trybunału może mieć duże znaczenie dla poprawy standardów dostępu do informacji publicznej w krajach Europy Środkowej i Wschodniej. Obecnie obowiązująca polska ustawa o dostępie do informacji publicznej jest powszechnie krytykowana jako nieskuteczna. Stworzenie nowego standardu przez Trybunał pozwoliłoby skarżyć się na naruszenie art. 10 konwencji w związku z odmową udostępnienia informacji publicznej, po uprzednim wyczerpaniu krajowej drogi odwoławczej.

Adam Bodnar, sekretarz Zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka

Maciej Bernatt, koordynator Programu Spraw Precedensowych HFPCz

Źródło : Rzeczpospolita

Przepisy o kaucji gwarancyjnej niezgodne z prawem europejskim

Monika Pogroszewska 10-07-2008, ostatnia aktualizacja 11-07-2008 03:53

Wydłużenie z 60 dni do 180 dni terminu zwrotu podatku VAT dla nowych firm, jeśli podatnik nie wpłaci 250 tys. zł kaucji gwarancyjnej - jest niezgodne z prawem UE. Uznał tak w czwartek Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu.

autor zdjęcia: Robert Gardziński
źródło: Fotorzepa

Sprawa trafiła do Luksemburga dzięki Alicji S. W deklaracji podatkowej za styczeń 2006 r. kobieta wykazała prawie 45 tys. zł nadwyżki podatku VAT i wystąpiła o jej zwrot w ciągu 60 dni. Naczelnik urzędu skarbowego w Świdnicy oddalił jej wniosek,uzasadniając, że kobieta prowadziła działalność krócej niż rok i nie wpłaciła kaucji gwarancyjnej.

Decyzję tę podtrzymał dyrektor izby skarbowej, kobieta wniosła więc skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego we Wrocławiu. Z kolei Sąd skierował pytania prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości, dotyczące zgodności polskich przepisów z wyrażoną w Traktacie zasadą proporcjonalności oraz przepisami pierwszej i szóstej dyrektywy VAT.

Trybunał stanął po stronie nowych podatników, uznając polskie przepisy za niezgodne z prawem UE. Jak wynika z wyroku, nie można różnicować firm i nakładać na nowe przedsiębiorstwa dodatkowych obowiązków i ograniczeń tylko dlatego, że Skarb Państwa się obawia nadużyć. Zdaniem ETS, polskie prawo narusza w ten sposób zasadę proporcjonalności oraz cele i zasady szóstej dyrektywy. Zastosowane w ustawie zabezpieczenia są niewspółmierne w stosunku do stawianego im celu, jakim jest zwalczanie nadużyć i zapobieganie unikaniu opodatkowania.

Konieczność wpłaty kaucji gwarancyjnej to problem firm, które działają krócej niż rok. Pozostali podatnicy, co do zasady, uzyskują zwrot podatku w ciągu 60 dni. Nowe przedsiębiorstwa muszą czekać nawet pół roku. Jeśli chcą tego uniknąć, muszą wpłacić 250 tys. zł zabezpieczenia.

Ministerstwo Finansów, jeszcze zanim zapadł wyrok, przygotowało się na zmianę przepisów. W tym tygodniu rząd przyjął projekt nowelizacji ustawy o podatku VAT. Zakłada on m.in. likwidację kaucji gwarancyjnej dla nowych podatników. Czy rozwiąże to problemy nowych firm? Niestety, chyba jednak nie. Kaucję gwarancyjną ma zastąpić inne zabezpieczenie majątkowe. Jego wysokość nie będzie już taka sama dla wszystkich nowych firm, ale proporcjonalna do kwoty oczekiwanego zwrotu.

By szybciej odzyskać podatek, firma będzie mogła złożyć zabezpieczenie w formie gwarancji bankowej lub ubezpieczeniowej, weksla lub czeku potwierdzonego, papierów wartościowych na okaziciela, a nawet depozytu w gotówce. Działający od niedawna podatnik może więc np. przekonać bank, by udzielił mu gwarancji. Jeśli chce szybciej otrzymać zwrot np. 50 tys. zł VAT, może wpłacić tę kwotę w formie depozytu na konto urzędu i... czekać 60 dni na jej odzyskanie.

W Sejmie jest już także poselski projekt nowelizacji autorstwa PO. Niestety w kwestii zabezpieczeń przyjęto w nim rozwiązania podobne do rządowych.

Źródło : Rzeczpospolita

Jak wycenić stratę bliskiej osoby

Izabela Lewandowska 10-07-2008, ostatnia aktualizacja 10-07-2008 08:30

Prawo do renty oraz wysokość odszkodowania za pogorszenie sytuacji życiowej wskutek śmiertelnego wypadku członka najbliższej rodziny zależą od okoliczności konkretnej sprawy. Nie ma tu automatyzmu

autor zdjęcia: Kuba Kamiński
źródło: Fotorzepa

Potwierdził to Sąd Najwyższy w wyroku z 3 lipca 2008 r. (sygn. IV CSK 113/08).

Dotyczy on sprawy wszczętej przez obywatelkę Rosji Janę S., która domagała się od Polskiego Biura Ubezpieczycieli Komunikacyjnych odszkodowania i renty.

Śmierć na drodze

Siergiej S., ojciec liczącej dziś 17 lat Jany S., obywatel rosyjski zamieszkały w Kaliningradzie, zginął w wieku 34 lat w wypadku komunikacyjnym. Doszło do niego na terytorium Polski w 2003 r.

Matka Jany S. w jej imieniu domagała się od biura, na podstawie art. 446 § 2 kodeksu cywilnego, 2 tys. zł miesięcznej renty, a na podstawie art. 446 § 3 kodeksu cywilnego – 100 tys. zł odszkodowania za znaczne pogorszenie sytuacji życiowej. W takich sprawach, jeśli zdarzenie powodujące śmierć nastąpiło na terenie Rzeczypospolitej Polskiej, obowiązuje, według umowy z Rosją z 16 września 1996 r., jurysdykcja polska. Słowem, właściwy do rozpatrzenia takiej sprawy jest sąd polski. Matka Jany S. twierdziła, że ojciec jej córki osiągał jako przedsiębiorca bardzo wysokie dochody, na poziomie kilkunastu tysięcy dolarów miesięcznie, i zapewniał córce bardzo wysoki standard życia. Sąd I instancji nie dał wiary tym zapewnieniom. Nie znajdowały one bowiem potwierdzenia w innych dowodach. Uznał, że Jana S. nie wykazała okoliczności decydujących o zasadności roszczeń i ich wysokości.

Sąd I instancji oddalił żądanie Jany S. zarówno co do renty, jak i odszkodowania. Uwzględnił przy tym, że Jana S. otrzymała w Rosji rentę po ojcu oraz odszkodowanie w wysokości 70 tys. rubli, co odpowiadało wówczas 35 średnim wynagrodzeniom w tym kraju. Jak wyliczył sąd, odpowiadało ono, według realiów polskich, kwocie 90 tys. zł. Wziął też pod uwagę, że Polskie Biuro Ubezpieczycieli Komunikacyjnych wypłaciło jej dobrowolnie 20 tys. zł. Sąd II instancji, do którego wpłynęła apelacja Jany S., dostrzegł trudności dowodowe tej sprawy. Wyznaczył więc odległy termin rozprawy, by dać możliwość wykazania dowodami wysokości zarobków ojca, jego sytuacji materialnej, a także potrzeb Jany S. Zdecydował też o dodatkowym przesłuchaniu jej matki. Na rozprawę nikt się jednak nie stawił. Apelacja została oddalona.

Sąd musi wiedzieć

Wskutek skargi kasacyjnej sprawa znalazła się na wokandzie Sądu Najwyższego. Jednakże również w ocenie SN nie było podstaw do innego rozstrzygnięcia. Sędzia Krzysztof Strzelczyk przypomniał przewidziane w art. 446 § 2 i § 3 k. c. przesłanki decydujące o przyznaniu renty i odszkodowania rodzinie osoby, która w wyniku czynu niedozwolonego straciła życie.

– Nie ma tu w żadnym razie automatyzmu – zaznaczył. – Przyznanie renty i odszkodowania oraz ich wysokość zależy od okoliczności konkretnej sprawy. Sąd decydujący o tym musi więc dysponować wiedzą o możliwościach zarobkowych i majątkowych zmarłego oraz o sytuacji i potrzebach osoby żądającej tych świadczeń.

W tej sprawie sąd negatywnie ocenił dowody osobowe – zeznania matki i drugiego świadka, a nie było dokumentów, które taką wiedzę by mu dawały. Sędzia przypomniał, że zgodnie z art. 6 k. c. wykazanie tych okoliczności, ciężar dowodu, ciąży na tym, kto roszczenia zgłasza.

Należało je zaś zbadać tym wnikliwiej, że chodziło o podwyższenie rekompensaty, bo część świadczeń należnych w związku ze śmiercią ojca Jana S. już otrzymała.

Renta i odszkodowanie dla rodziny

Renta, w myśl art. 446 § 2 kodeksu cywilnego, należy się osobie, wobec której na zmarłym wskutek czynu niedozwolonego, np. wypadku drogowego, przestępstwa, ciążył obowiązek alimentacyjny. Sąd może przyznać rentę także innym bliskim, którym zmarły dobrowolnie i stale dostarczał środków utrzymania, jeśli z okoliczności wynika, że wymagają tego zasady współżycia społecznego. Oblicza się ją stosownie do potrzeb wskazanych osób i możliwości zarobkowych oraz majątkowych zmarłego przez czas prawdopodobnego trwania obowiązku alimentacyjnego.

Prawną podstawą odszkodowania dla najbliższych członków rodziny zmarłego, których sytuacja życiowa wskutek jego śmierci znacznie się pogorszyła, jest art. 446 § 3 k.c. Sąd może przyznać odszkodowanie niezależnie od renty.

masz pytanie, wyślij e-mail do autorki

i.lewandowska@rp.pl

Źródło : Rzeczpospolita

Wiesław Johann: Nigdy w życiu nie broniłbym esbeka

Były sędzia Trybunału Konstytucyjnego:

Nawet w tym lekko śmierdzącym zawodzie można znaleźć dla siebie takie miejsce, by nie śmierdzieć. Bo zawsze jest dylemat: sprawiedliwy wyrok czy uniewinnienie klienta. Ja wyznaczałem sobie granice kręcenia sądem. Jeśli w mojej ocenie zarzut stawiany oskarżonemu był wyjątkowo ohydny, nie podejmowałem się obrony - mówi w rozmowie z DZIENNIKIEM prawnik, były sędzia Trybunału Konstytucyjnego Wiesław Johann.

czytaj dalej...
REKLAMA

ROBERT MAZUREK: 13 grudnia 1981 roku…

WIESŁAW JOHANN*: Wieczorem wypiliśmy resztki alkoholu, który był w domu. Wszystko, łącznie z mastiką. Pił pan to kiedyś?

Nie, a co to?
Ścierwo. Pić się nie da, jakaś bułgarska wódka. W każdym razie tego wieczoru skończyła się moja zabawa w dziennikarstwo.

Bo był pan pracownikiem radia.
I jednocześnie byłem w tej dobrej sytuacji, że miałem zawód w ręku, więc wpisano mnie na listę adwokacką i od 1 kwietnia 1982 zacząłem pracę. Wtedy przestałem być chłopaczkiem, który bawi się a to w detektywa w prokuraturze - bo tam wcześniej pracowałem - a to w radio. Tu trzeba było poważnie wziąć się do rzeczy.

Bronił pan w procesach politycznych.
Od razu dzięki wsparciu przyjaciela ze studiów Piotra Andrzejewskiego zacząłem bronić w tych sprawach. Zaliczyłem ich chyba najwięcej. Miałem poczucie występowania w słusznej sprawie, co dawało ogromną satysfakcję. Nawet jeśli nie udało się wybronić, to przynajmniej można było powiedzieć kilka słów prawdy.

Ale akurat o procesach politycznych nie chcę rozmawiać. Trafiali też do pana normalni przestępcy, prawda?
I chce mi pan zadać pytanie, które zadaje się każdemu adwokatowi: "Przecież to morderca, gwałciciel, złoczyńca, jak może go pan bronić?".

W dodatku liczę na niebanalną odpowiedź.
To rzeczywiście dylemat, ale człowiek, podejmując decyzję o wyborze tego zawodu, powinien mieć świadomość, że przed tym dylematem będzie musiał stanąć. Można oczywiście górnolotnie powiedzieć, że każdy, nawet największy zbrodniarz, ma prawo do obrony. Może się pomylić policja i prokuratura, a nawet jeśli się nie pomylą, to by wydać sprawiedliwy wyrok, trzeba uwzględnić wszystkie elementy: stan faktyczny, kwalifikację prawną, osobowość sprawcy, jego przeszłość. Te okoliczności mają znaczenie dla wydania wyroku.

Miałem trudne dzieciństwo, więc niech mi sąd wybaczy, że zamordowałem żonę?
Broniłem kiedyś Sycylijczyka, który właśnie zabił żonę Polkę. Ona robiła go w konia, oszukiwała go, więc jak to Sycylijczyk, rozwiązał problem za pomocą noża. Po prostu nie wytrzymał. Czy pan wie, kto zwrócił się o to, bym go bronił? Rodzice zasztyletowanej przez niego kobiety! I co, miałem go nie bronić? Więc przedstawiłem sądowi, a przewodziła wtedy pani Barbara Piwnik, wszystkie okoliczności, wszystko wyciągnąłem, naświetliłem jego stan psychiczny, opowiadałem o mentalności sycylijskiej.

Jeden z najlepszych amerykańskich adwokatów Alan Dershowitz wybronił O.J. Simpsona przed karą za zamordowanie byłej żony i jej kochanka. Był świetny, ale czy to uczciwe?
Chce mnie pan ustawić pod ścianą, ale ja nie wiem, czy podjąłbym się tej sprawy.

Kokieteria. Ciekawa sprawa, sława…
Ogromne pieniądze. Skoro już jesteśmy szczerzy, to mówmy i o tym.

I co, nie skusiłby się pan?
Wie pan, ja wielokrotnie odmawiałem. Właśnie dlatego, że mam te dylematy, o które pan pyta. Tak, to prawda, czasami miałem satysfakcję, że wygrałem sprawę i czułem się podle. Jednocześnie. Tak było, czułem się podle.

Jak pan to znosił?
Wie pan, z drugiej strony obrońcy jest łatwiej, bo to nie on wydaje wyrok. Pan pyta o wielkie morderstwa, ale przecież ten sam dylemat towarzyszy przy drobniejszych przestępstwach - przy napadach rabunkowych, ciężkich pobiciach, kradzieżach. Owszem, w swoim zawodzie stykałem się często z łajdakami, którym pomagałem.

…Uniknąć kary.
Zmniejszyć karę.

A jak się dało, to uniknąć całkowicie.
Chce pan koniecznie dojść do puenty, że adwokat to ścierwo, które działa wbrew poczuciu elementarnej przyzwoitości?

Nie. Jest mnóstwo zawodów, w których ludzie mają poważne dylematy etyczne, ale pański zawód jest szczególny. I nie chodzi o pana, porządnego człowieka, ale generalnie o adwokaturę. Dlatego powołałem się na przykład Dershowitza.
To jest pytanie, co jest ważniejsze: poczucie sprawiedliwości, które wymaga, by sprawca został ujęty i skazany, czy też interes indywidualnego człowieka, który też ma prawo do pomocy. Adwokat również powinien mieć poczucie moralności, etyki, jakiś system wartości i nim się kierować.

Pan wielokrotnie dawał dowody, że ten system wartości ma, ale jednocześnie niejednokrotnie wybronił pan łobuza.
Dlatego miałem poczucie dyskomfortu. Bo kiedy podejmuję się obrony, to wiem, że po to, by człowiekowi pomóc, a pomóc oznacza, by on z tej sprawy wyszedł. I kiedy mi się to udaje, to mam satysfakcję, ale jednocześnie ów dyskomfort. Ja sobie radziłem w ten sposób, że nie w każdej sprawie występowałem.

Świetny adwokat nie tylko owinie sobie wokół palca sąd i wybroni klienta, ale jeszcze na mocy precedensowego prawa, choćby w Ameryce, doprowadzi do tego, że inni łajdacy będą uniewinniani.
To prawda. I co?

To ja się pytam, co to za zawód?
Śmierdzący zawód. Ale nawet w tym lekko śmierdzącym zawodzie można znaleźć dla siebie takie miejsce, by nie śmierdzieć. Mam wrażenie, że usłyszałby pan to samo właśnie od adwokatów, którzy bronili w procesach politycznych.

Czego chce adwokat: uniewinnienia klienta czy sprawiedliwego wyroku?
W głębi duszy sprawiedliwego wyroku, ale wiem, że oskarżony, który mnie wynajął, liczy na to, że wykorzystam całą moją wiedzę i doświadczenie, żeby mu pomóc, żeby go wyciągnąć.

Mówi pan, że chce sprawiedliwego wyroku. Ale świetny adwokat może tak zakręcić niedoświadczonym sędzią i prokuratorem, że nie będą wiedzieli, jak się nazywają.
Miałem takie sytuacje, ale ja występuję w pierwszej instancji. Wyrok jest poddawany ponownej ocenie w apelacji.

Dla oceny moralnej nie ma to znaczenia.
Zgoda, ale ja naprawdę wyznaczałem sobie granice tego kręcenia sądem, o którym pan mówi. Jeśli w mojej ocenie zarzut stawiany oskarżonemu był wyjątkowo ohydny, to nie podejmowałem się obrony.

Bronił pan morderców.
Raz jeden w życiu doprowadziłem do uniewinnienia sprawcy zabójstwa. Człowiek pochodził z bardzo dobrej inteligenckiej rodziny, ale przez alkohol się stoczył, wpadł w nieodpowiednie towarzystwo. Parał się jakimś nielegalnym handlem sztucznymi kamieniami i podczas rozliczenia z partnerem w interesach wyłamał nogę od krzesła i zabił go.

Raczej zakatował. Nogą od krzesła to trzeba się pomęczyć.
Rzeczywiście, zakatował. O podjęcie się obrony poprosiła mnie matka. Sprawca przyznał się podczas pierwszego przesłuchania, ale potem odwołał zeznania, twierdząc, że milicjanci go pobili. I obdukcja wykazała ślady bicia. Dodatkowo w więzieniu wbił sobie gwóźdź w czoło, ale dokładnie między dwa płaty mózgu - wiedział, jak to zrobić, żeby się nie zabić, bo wypożyczał z biblioteki książki o mózgu. I ja broniłem tego człowieka.

Wybronił go pan.
Sędzia wydający wyrok Andrzej Deptuła dziś w Sądzie Najwyższym powiedział, że sąd jest głęboko przekonany, że on jest sprawcą, ale musi go uniewinnić, ponieważ milicja nie zabezpieczyła dowodów i zatarła ślady. To ma ciąg dalszy: 23 grudnia on wyszedł z więzienia, a w lutym zabił kolejnego człowieka. Tym razem trzonkiem od siekiery.

Bronił go pan ponownie?
Odmówiłem. Właśnie ze względu na ten dylemat, który towarzyszył mi przy każdej sprawie karnej.

Mimo to pan bronił.
To prawda, lecz gdy się już podejmowałem obrony, to nie przez motanie czy kręcenie.

Gdybym przyszedł do pana jako oskarżony, byłoby mi wszystko jedno, jakimi metodami mnie pan wybroni.
Dlatego podczas pierwszej rozmowy lojalnie przestrzegałem, żeby klient nie oczekiwał ode mnie kłamstwa, nieprawdy, udawania.

Ale kruczków prawnych pan szukał.
W moim obowiązku było wykorzystanie wszystkich możliwości, by pomóc klientowi. Wszystkich możliwości, które daje prawo.

Legalne wybronienie łajdaka nie wywołuje u pana wyrzutów sumienia?
Przyznam się, że wywołuje coś jeszcze: satysfakcję. Satysfakcję, że ja przez zręczne przedstawienie wszystkich okoliczności doprowadziłem do takiego wyroku. Tylko z czego powinienem odczuwać radość? Z tego, że odniosłem sukces w pojedynku na sali sądowej, czy z tego, że gość idzie do domu? Ale zawsze tej satysfakcji towarzyszy dylemat. Bo przyłożyłem rękę do tego, że winny nie poniósł kary. I podejmując się obrony, niestety muszę odłożyć te dylematy na bok.

Broniłby pan mafii?
Nie, ale oni i tak do mnie nie przychodzili. Wykręciłbym się, że mam mnóstwo spraw.

A esbeka?
Raz wykonałem zbliżony numer. Zwróciła się do mnie grupa dziennikarzy usuniętych z telewizji po 1989 r. Podeszli mnie, mówiąc: "Walczyłeś o sprawiedliwość, a oni nas wykopali, tak samo jak czerwoni wykopywali ich". No i obudziło się moje poczucie sprawiedliwości, więc w tajemnicy przed żoną Olgą, która by mnie zabiła, podjąłem się tej sprawy.

I bronił pan komunistycznych dziennikarzy.
Bardzo trafnie pan to nazwał (śmiech). Tak, broniłem ich i odnieśliśmy sukces.

Na czym ucierpiała sprawiedliwość.
A ja w dodatku miałem ciche dni w domu. Ale esbeka nie broniłbym.

Dlaczego? Przecież każdy ma prawo do obrony.
Adwokatów w mieście jest ośmiuset, akurat ja nie muszę bronić esbeka. Tak samo nigdy w życiu nie broniłbym gwałciciela, bo ta zbrodnia wydaje mi się najohydniejsza.

Przychodzi do pana bogaty człowiek i chce ukryć trochę pieniędzy, by nie musiał się wszystkim dzielić z żoną, z którą się rozwodzi…
To nie ten adres, nie ma mowy. Pewien znany prezenter telewizyjny miał do mnie po rozwodzie pretensje, pytając: "Słuchaj, stary, czyim ty byłeś prawnikiem? Moim czy mojej żony?". Bo rzeczywiście czasami występowałem w sprawach rozwodowych po stronie męża, tego niedobrego, i starałem się mu uzmysłowić, że to jego wina, żeby nie był niesprawiedliwy wobec swojej partnerki.

Wierzy pan w niezawisłość sądów?
Nie. I to nie tylko dlatego, że sędzia to też człowiek, który jest poddany różnego rodzaju czynnikom, bodźcom, sympatiom i antypatiom, może wreszcie ulegać pokusom materialnym. Ale chcę być precyzyjny: nie twierdzę, że nie ma sędziów niezawisłych, tylko na podstawie mojego wieloletniego doświadczenia nie do końca wierzę w pełną i powszechną niezawisłość.

Nawet w Trybunale Konstytucyjnym?
Wierzę głęboko, że sędziowie Trybunału są niezawiśli. I mówię tak nie dlatego, że jako sędziemu w stanie spoczynku nie wypada mówić mi inaczej.

Ale mają swoje poglądy i mogą ten sam przepis interpretować krańcowo odmiennie.
Powiedzmy sobie jasno: każdy, również sędzia, żyje w określonym świecie, ma swoje poglądy, sympatie i antypatie, ale cała umiejętność i wielkość sędziów Trybunału powinna polegać na tym, by owe poglądy i sympatie nie przekładały się na wyroki.

Proszę wybaczyć, ale doskonale wiem, jak w sprawie aborcji czy lustracji zagłosowałby pan, i jestem pewien, że zupełnie inaczej zagłosowałaby Ewa Łętowska.
(śmiech) Zgoda, pewnie tak by było. Ja mam taki pogląd, a Ewa Łętowska inny. Ja w wyniku swojego zaangażowania społecznego wyrobiłem sobie takie przekonania i najszczerzej uważam, że są one słuszne. I przyrzekam panu, panie Robercie, uroczyście, że do mnie nikt nigdy nie dzwonił i nie sugerował, jak należy głosować. Głęboko wierzę, że - przynajmniej za moich czasów - do pozostałych sędziów też nie dzwoniono.

Ale nie dostrzegali oni konfliktu interesów, w którym tkwili po uszy, kiedy adwokaci i radcowie spośród nich nie wyłączyli się z głosowania nad ustawą o otwarciu korporacji prawniczych.
Ja akurat nad ustawą o otwarciu adwokatury się wyłączyłem, bo sam trafiłem do niej tylnymi drzwiami. Wyłączyłem się też przy ustawie o ustroju Warszawy, bo żona jest stołeczną radną i nie chciałbym, by ktoś patrzył na moje decyzje pod tym kątem.

To na koniec wróćmy do początku: dlaczego studia prawnicze?
Byłem wtedy opętany sportem i uprawiałem lekką atletykę. Był taki przepis, że jak się miało pierwszą klasę sportową, to można się było dostać na AWF bez egzaminów i taki był mój pomysł. Wybił mi go z głowy jeden z moich trenerów Jan Mulak.

Współtwórca polskiego Wunderteamu.
On właśnie zrobił mi awanturę. Sprawdził, że na maturze mam piątkę z historii i z geografii, i kazał iść na prawo. Jako że w domu brakowało forsy i musiałem się utrzymywać, przyjąłem tam stypendium prokuratorskie, które trzeba było potem odpracować. Poszedłem więc na aplikację prokuratorską, ale ten zawód mnie nie pociągał, wolałem adwokaturę. A że po czterech latach pracy można się wpisać na listę adwokacką, to wszystko wydawało się łatwe.

Na początku jednak ścigał pan przestępców.
Nawet mi się to podobało. Zajmowałem się przestępstwami kryminalnymi: włamania, napady, rabunki. Czułem się po trochu detektywem, miałem do czynienia z policją kryminalną.

Z jaką policją?! Z Milicją Obywatelską.
Przepraszam, z milicją, ale to byli faceci, których polityka specjalnie nie interesowała - chodziło o to, żeby złapać złodzieja, postawić przed sądem i cześć. Fajnie się w tym czułem, aż nadszedł 1968 r. Wielkie sprawy polityczne prowadziła wówczas prokuratura wojewódzka, a śródmiejska, w której pracowałem, miała pomniejsze sprawy wichrzycieli.

Pan też?
Zostałem wezwany na proces dwóch studentów Politechniki Warszawskiej oskarżonych o to, że nie rozeszli się, mimo wezwania służb porządkowych. No i po przewodzie sądowym złożyłem wniosek o uniewinnienie.

Słucham?
Miałem nawet sporo satysfakcji, bo ich obrońcy byli świetnie przygotowani, mieli z sobą mnóstwo materiałów, orzecznictwa i tak dalej. I wszystko na nic, bo prokurator wniósł o uniewinnienie! Poza tym chciałem pokazać tym studentom i ich kolegom, że i w prokuraturze uchował się taki.

Uniewinniono ich?
Sędzia Barbara Krukowicz sama została 8 marca poturbowana przed sklepem na Krakowskim Przedmieściu, więc wydała wyrok uniewinniający (śmiech).

Miał pan nieprzyjemności?
Formalnie nie, ale odsunięto mnie od takich spraw i bardzo dobrze. A nieprzyjemności to miałem w domu, bo moją żonę, pracownika naukowego politechniki, pobito, i wróciła do domu z pretensjami: "Patrz, co zrobiła ze mną twoja milicja!". Jaka moja?!

To był dla pana przełom?
To był poważny sygnał, wcześniej w ogóle nie postrzegałem prokuratury jako organu partii, do której zresztą nie należałem. Musiałem jednak odpracować stypendium. Ostateczną decyzję o odejściu podjąłem w grudniu 1970 r. Wtedy już nie miałem żadnych wątpliwości i zacząłem pracować jako radca prawny.

A jak pan został dziennikarzem?
Tu także był wpływ żony. Olga wiedziała, że się piekielnie nudzę jako radca prawny, a że wyczytała, że telewizja ogłosiła konkurs na sprawozdawców sportowych, więc wydała krótki komunikat, że zamiast ją zanudzać, ile kto skoczył w dal czy wzwyż, mam iść na konkurs. Wygrałem, ale do telewizji nie trafiłem, bo były tam jakieś dziwaczne układy. Poszedłem do radia, miałem potem przejść do redakcji sportowej, którą kierował mój stary kumpel Tomek Hopfer, ale zasiedziałem się kilka lat.

Z upolitycznionej prokuratury trafił pan do radia. W latach 70. nie była to oaza niezależności.
Z racji moich zainteresowań współpracowałem z redakcją sportową, robiłem relacje z imprez turystycznych, rzadko publicystykę społeczną. Ale zdarzyło mi się relacjonować też zmianę wart przed Grobem Nieznanego Żołnierza 22 lipca. Chciałem wyjechać do żony i córki do Władysławowa, jednak kierownik, z którym się nie lubiliśmy, złośliwie wyznaczył mnie na dyżur. Dowiedział się o tym realizator Maniek Adamski i zaproponował pomoc. Kazał mi nagrać relację, że uroczysta odprawa wart, że stoją jakieś pododdziały, dodał szum publiczności, sygnał wojskowy i gotowe. Był tylko problem zajawki, bo trzeba było powiedzieć, kto tam jest, więc umówiłem się z dyżurnym, on odczytał to z PAP i dodał: "A teraz oddajemy głos naszemu sprawozdawcy". A ja sobie siedziałem z rodziną nad morzem i słuchałem.

Piękny przykład etyki dziennikarskiej.
Numer chciał powtórzyć kolega, który nagrał relację z przyjazdu Yehudi Menuhina, ale poległ, bo Menuhin przyjechał dzień później i wybuchł skandal.

Często mówi pan o wpływie, jaki na pana ma żona.
Moja męskość niby na tym cierpi, ale przynajmniej ktoś za mnie podejmuje decyzje (śmiech).

Nie jestem pewien, czy powinien to mówić były sędzia Trybunału Konstytucyjnego.
W to się nie wtrącała. Czasem tylko po ogłoszeniu niektórych wyroków mieliśmy ciche dni.

I nie otrzymywał pan posiłków.
Posiłków jeszcze mi nie odmawiano, ale desery były wstrzymywane (śmiech).

*Wiesław Johann, prawnik i dziennikarz, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku. Był radcą prawnym w Stowarzyszeniu Artystów ZAIKS. Pracował jako dziennikarz w Polskim Radio. Od 1982 w zawodzie adwokata, był m.in. obrońcą w procesach politycznych. Jest wykładowcą w Wyższej Szkole Collegium Civitas w Warszawie. Autor licznych książek i publikacji naukowych z zakresu prawa prasowego i autorskiego