Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GOSPODARKA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GOSPODARKA. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 kwietnia 2010

W Puławach powstanie elektrownia - gigant

24 kwietnia 2010
Fot. AFP

Atomowa edukacja

"Obawy są nieuzasadnione"

Nie ma ryzyka promieniowania po uruchomieniu w Polsce elektrowni atomowej - przekonują członkowie Stowarzyszenia... »

Audio 22 kwi, 16:45 | IAR
elektrownie (135) »
Vattenfall (8) »

Zakłady Azotowe Puławy SA i firma Vattenfall podpisały wczoraj umową określającą zasady współpracy w przygotowaniu inwestycji, budowie i przyszłej eksploatacji elektrowni w Puławach. Elektrownię będzie można oddać do eksploatacji za 6-8 lat. Szacunkowy koszt budowy to 3 mld euro.

Jej moc określa się na co najmniej 1400 megawatów elektrycznych. Ze względu na warunki rynkowe i strategię obu firm nie przesądzone jest jeszcze, jaka technologia i jakie paliwa zostaną ostatecznie zastosowane. Założenia inwestycyjne będą dopracowane w tym roku. Na razie planowane są prace przygotowawcze. Należy opracować studium wykonalności, które określi warunki techniczne inwestycji. Obie firmy sprawy ochrony środowiska traktują jako priorytet, dlatego wcześniejsze rozmowy zaowocowały podpisaniem porozumienia. - Elektrownia będzie spełniała najwyższe standardy wymagane obecnie na świecie. Zapewni dostarczanie czystej energii i rozwój makro- i mikroregionu Polski południowo-wschodniej. Przyczyni się także do rozwoju całego systemu elektroenergetycznego Polski - mówi Wojciech Kozak członek zarządu ZA Puławy. Dane, jakimi dysponują specjaliści, określają, że po 2015 roku w Polsce będzie występował systematyczny deficyt energii elektrycznej.

Elektrownia powstanie w sąsiedztwie ZA Puławy. Do produkcji zostanie użyta istniejąca tu infrastruktura wodna. To oznacza, że inwestycja nie będzie kolidowała ze środowiskiem naturalnym, tylko wykorzystywała istniejące ujęcie wody, które jest ważne dla funkcjonowania elektrowni i przesądza o sukcesie technicznym przedsięwzięcia. Zanim rozpocznie się budowa inwestycji, muszą zostać wykonane analizy środowiskowe i studium opłacalności przedsięwzięcia.

- Budowa tego typu inwestycji zmieni obraz przemysłowy Lubelszczyzny i w ciągu najbliższych lat będzie jednym z największych i najważniejszych zadań w regionie.

- Przedsięwzięcie ma znaczenie strategiczne dla ZA Puławy. Obecny kompleks chemiczny zostanie powiększony o energetyczny. Współczesna chemia nie może funkcjonować bez tanich źródeł energii. Elektrownia będzie minimalnie oddziaływała na środowisko. Da natomiast duże korzyści w postaci poprawy energetyki ZA Puławy jak i regionu. Pozwoli również na modernizację procesów chemicznych w Azotach. Zorganizowaniem finansowania zajmie się powołana do tego spółka - mówi Cezary Możeński, przewodniczący rady nadzorczej Azotów.

Vattenfal to wiodąca europejska firma energetyczna. Główne produkty to energia elektryczna i ciepło sieciowe. Vattenfal produkuje, dystrybuuje prąd i ogrzewanie sieciowe do milionów klientów w całej Europie.

Paweł Jarczewski: Azoty inwestują mimo kryzysu

Z Pawłem Jarczewskim, prezesem zarządu Zakładów Azotowych Puławy SA rozmawia Hanna Bednarzewska

Dla inwestorów nastały trudne czasy, ale puławskie ZA inwestują mimo kryzysu. Jakie inwestycje zostały zaplanowane na ten rok?

Doświadczenie z poprzednich lat mówi, żeby inwestować w trudnych czasach po to, aby być przygotowanym na dobre czasy lepiej niż inni. Wartość zadań inwestycyjnych na ten rok to około 360 mln zł. W ciągu 7 miesięcy zostało wydane 236 mln zł. W ostatnich dwóch latach rocznie wydawaliśmy około 90 mln na inwestycje. Obecnie ZA Puławy realizują swoje postanowienia i elementy strategii. Prowadzimy zadania inwestycyjne, które mają wygenerować nowe produkty i zmodernizować istniejącą produkcję. Realizujemy budżet inwestycyjny na kwotę powyżej miliarda złotych. To jest ewenement w skali krajowej. Puławskie Azoty są obecnie jednym z większych inwestorów w kraju. Firma realizuje nie tylko swoje cele, ale przy takim budżecie w inwestycje zaangażowanych jest wiele lokalnych firm. Zarząd ZA uzyskał zgodę nadzwyczajnego walnego zgromadzenia akcjonariuszy na wdrożenie dwóch kolejnych zadań inwestycyjnych, dotyczących produkcji nowoczesnych nawozów na bazie mocznika i siarki. Takich produktów nikt jeszcze w Polsce nie wytwarza. Jest natomiast kilku światowych producentów, w gronie których znalazłyby się Puławy. Obecnie prowadzimy dwie inwestycje: budowę tlenowni i modernizację wytwórni mocznika. Azoty prowadzą działania zmierzające do przyciągnięcia inwestorów do funkcjonującej w Puławach strefy ekonomicznej.

ZA Puławy chcą kupić spółkę Anwil z Włocławka. Jakie byłyby korzyści z tej transakcji?

ZA Puławy i Anwil to jedni z większych producentów nawozowych w kraju. Puławy pod względem możliwości produkcyjnych azotu są na 3. miejscu w Europie, w produkcji mocznika i saletry amonowej na 2. miejscu. Transakcja wzmocniłaby naszą pozycję. Teraz mamy wyłączność na negocjacje zakupu tej włocławskiej spółki. Do końca czerwca będziemy już wiedzieć, czy Puławy będą miały szansę wzmocnić swoją pozycję rynkową i stać się liderem tej części Europy.


Konkurencja w branży nawozowej na świecie jest spora. Jak sobie radzą ZA Puławy w kryzysie?

Obecnie polskie firmy muszą sprostać importowi nawozów z całego świata. Puławy płacą ponad 350 dolarów za 100 metrów sześciennych gazu, natomiast średnia światowa to 147 dolarów. Wysoka cena powoduje, że pozycja kosztowa firmy jest wyjątkowo niekorzystna w stosunku do producentów ze świata. Ich obecność w Europie i Polsce jest coraz bardziej znacząca. Do niedawna eksportowaliśmy olbrzymie ilości nawozów do USA. Dziś jest to niemożliwe, bo tam gaz jest trzy razy tańszy niż w Polsce, więc nawozy z tamtego rejonu świata napływają do Europy. Mamy jednak ukształtowaną pozycję rynkową i dobre kompetencje marketingowe, które pozwoliły nam w trudnym okresie utrzymać produkcję. W okresie kryzysu tego typu zakłady jak nasz, funkcjonujące w Europie, były zatrzymywane lub drastycznie ograniczano w nich produkcję. ZA Puławy utrzymały produkcję i swoje miejsce na rynku. To jednak nie wystarcza, bo trzeba realizować marżę i pozytywny wynik, który przekształcany jest w inwestycje pozwalające na rozwój i tworzenie majątku. Na tym, że firma jest w dobrej kondycji, korzystają pracownicy. W ubiegłym roku wypłaciliśmy dywidendę z akcji w kwocie 155 mln zł i nagroda z zysku dla pracowników wyniosła ponad 12 mln zł. Mam nadzieję, że najtrudniejsze za nami i Puławy będą mogły stabilnie funkcjonować. Czasy są trudne od strony cen i kosztów. Ostatnio na świecie nastąpiły drastyczne spadki cen produktów chemicznych. W związku z kryzysem ceny spadły o 80%. Obecnie sytuacja się poprawia, ale trzeba czasu, aby się unormowała. Puławom w porównaniu z innymi firmami chemicznymi w Polsce udało się obronić przed skutkami kryzysu. Firma pokazała lwi pazur. W okresie kryzysu mieliśmy potężny zysk, sięgający 185 mln zł. W ubiegłym roku osiągnęliśmy wszelkie możliwe laury. Od strony społecznej zdobyliśmy tytuł Firmy Dobrze Widzianej. Mieliśmy laury związane z biznesem. Azoty lokowały się w czołówkach różnego rodzaju rankingów.

Jak układa się współpraca ZA z miastem?

Prowadzimy z miastem dyskusje i działania w wielu obszarach. Jednym z przykładów rozpoczętego dialogu jest uczestnictwo Azotów w programie budowy Parku Naukowo-Technologicznego, który popieramy jako firma. Azoty chcą się włączyć w proces rozwoju Parku Naukowo-Technologicznego. Chodzi o to, aby młodym ludziom, którzy wyjeżdżają z Puław w poszukiwaniu pracy, dać szansę na zajęcie i zachęcić do powrotu. W Puławach powinien być stworzony system finansowania dobrych pomysłów na działalność i aktywizację puławskiej młodzieży. Powinniśmy ściągać do Puław firmy zajmujące się finansowaniem nowych projektów i pokazywać im możliwości kierunków rozwoju i ludzi z pomysłami. Poprzez takie inicjatywy, jak PPNT Puławy mogą przyciągnąć młodzież, która realizuje swoje plany w innych miejscach.

Azoty współpracują z naukowcami…..

Współpracujemy z kilkoma uczelniami w kraju i na świecie. Kilka dni temu odwiedziła nas grupa najlepszych studentów z Ukrainy, Rosji i Białorusi. Przyjazd był zorganizowany przez polsko-amerykańską fundację. Puławy były pokazywane jako miejsce, w którym proces transformacji gospodarczej skutkował pozytywnymi wynikami. Firma będzie stawiała na własne patenty i rozwiązania. Ekipa ZA zajęła ostatnio II miejsce w Polsce pod względem ilości patentów przemysłowych zarejestrowanych w latach 2004-2008. To oznacza, że działalność rozwojowo-wynalazcza wśród pracowników kwitnie. Trudno się rozmawia z przedstawicielami polskiej nauki o wprowadzaniu w życie nowych rozwiązań. Doskonale jednak współpracuje się nam z lokalnymi instytutami: Instytutem Nawozów Sztucznych, Instytutem Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa. W wielu obszarach jest to konstruktywna współpraca. Cieszę się, że nie musimy już szukać takiej współpracy w świecie. Przez wiele lat z różnych powodów nie umieliśmy lepiej wykorzystywać miejscowego potencjału naukowego.

Hanna Bednarzewska, Polska Kurier Lubelski Polska The Times

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Od szoku do terapii

Grzegorz W. Kołodko 27-12-2009, ostatnia aktualizacja 27-12-2009 17:13

Plan Sachsa - Balcerowicza był wielkim niepowodzeniem, które dziś, po dwóch dekadach, usiłuje się w neoliberalnej propagandzie pokazywać jako sukces - pisze były wicepremier

autor zdjęcia: Miroslaw Owczarek
źródło: Rzeczpospolita
Grzegorz W. Kołodko
autor zdjęcia: Seweryn Sołtys
źródło: Fotorzepa
Grzegorz W. Kołodko

Polsce nie potrzeba kolejnych iluzji – a to neoliberalnych, a to populistycznych. Potrzeba nam ziszczalnej wizji długofalowego rozwoju – kompleksowej, dynamicznej i postępowej. Trzeba wypracować strategię gospodarczą na nadchodzącą dekadę i lata następne. Musi się ona oprzeć na czterech filarach: szybki wzrost, sprawiedliwy podział, skuteczne państwo, korzystna integracja. Jej konkretny kształt można wyprowadzić z przedstawionego w mojej eseistycznej książce "Wędrujący świat" nowego pragmatyzmu, w żadnym przypadku zaś z prób kontynuacji nurtu neoliberalnego, który znowu głośno daje o sobie znać, usiłując z jednej strony uchylić się od intelektualnej, politycznej i moralnej odpowiedzialności za obecny kryzys, z drugiej natomiast odwrócić kota ogonem i okrzyknąć własne niepowodzenia wielkim sukcesem…

Inspiracja Sorosa

Nic zatem dziwnego, że ostatnio głośno w mediach o doświadczonym przed 20 laty szoku bez terapii. We właściwym czasie też pisałem o tym sporo, proponując alternatywne, lepsze ścieżki reform. Nie ja jeden. Tak zwany plan Sachsa – Balcerowicza, inspirowany w dużej mierze przez George'a Sorosa, opierał się na neoliberalnym myśleniu typowym dla konsensusu waszyngtońskiego: radykalna liberalizacja, szybka prywatyzacja i twarda polityka finansowa. Był natomiast wyzuty z kulturowych i instytucjonalnych aspektów ustrojowych przemian oraz z dostatecznej troski o ich stronę społeczną.Co gorsza, sam "plan" liberalizacji i stabilizacji był nie tylko błędnie skonstruowany, ale również źle przeprowadzony. Wystarczy wspomnieć (o czym inni z okazji 20-lecia wolą zapominać) nadmierną skalę dewaluacji złotego; zbyt długie utrzymywanie sztywnego kursu 9500 złotych za dolara; prowadzące do recesji obłożenie przedsiębiorstw państwowych nadmiernie restrykcyjnym podatkiem od ponadnormatywnego wzrostu wynagrodzeń (tzw. popiwek); zastosowanie skokowo, wielokrotnie podniesionych stóp procentowych także do starych kredytów; za daleko posuniętą liberalizację handlu zagranicznego.

Pomijam tutaj inne kosztowne błędy, tak różne, jak likwidacja dobrze funkcjonującego Funduszu Rozwoju Kultury czy też celowe zniszczenie pegeerów, które przecież można było przekształcić w wielkotowarowe farmy kapitalistyczne.

Koszty takiej polityki były dużo większe niż nieuniknione, rezultaty zaś dużo mniejsze niż możliwe. PKB od połowy 1989 do połowy 1992 roku spadł o 20 proc., produkcja przemysłowa tylko w roku 1990 załamała się o jedną czwartą (!), wyłoniło się masowe bezrobocie rosnące aż do katastrofalnego poziomu ponad 3 mln osób. Deficyt budżetowy w roku 1992 przekraczał 6 proc. PKB. W kategoriach prakseologicznych to fatalny błąd, skoro można było uzyskać dużo więcej znacznie mniejszym kosztem (co zresztą zamierzały osiągnąć, choć nie potrafiły zrobić, rządy premierów Mazowieckiego i Bieleckiego).

Szokowa terapia to zatem wielkie niepowodzenie, które dziś – po dwu dekadach – usiłuje się w neoliberalnej propagandzie pokazywać jako sukces. A warto pamiętać, że w dużym stopniu wycofywały się z niej nawet solidarnościowe rządy premierów Olszewskiego i Suchockiej w latach 1992 – 1993.

Tracimy czas

Istotne, głębokie zmiany dokonane zostały wszakże dopiero w ramach "Strategii dla Polski" w latach 1994 – 1997, kiedy to PKB na mieszkańca skoczył w górę aż o 28 proc., bezrobocie spadło o jedną trzecią i inflacja o dwie trzecie, a reformy strukturalne zostały nagrodzone przyjęciem Polski do OECD. W rezultacie więcej osób do Polski wracało, niż z niej wyjeżdżało, w co dzisiaj wielu trudno uwierzyć.Można było uniknąć wielu ewidentnych błędów zawartych w pakiecie stabilizacyjnym sprzed 20 lat, wykorzystując tendencję do sukcesywnego obniżania się stopy inflacji w kolejnych miesiącach po uwolnieniu cen żywności w sierpniu 1989 roku (stopa inflacji od września do grudnia była coraz niższa). Należało natychmiast, z początkiem roku 1990, skomercjalizować przedsiębiorstwa państwowe i wyeksponować je na tzw. twarde ograniczenia budżetowe (podobnie jak firmy prywatne), zamiast dyskryminować (bez wątpienia z motywacji ideowo-politycznej, a nie ze względów praktycznych) wybiórczością polityki finansowej.

Należało zakotwiczyć kurs złotego na koszyku walut, a nie na dolarze amerykańskim, dewaluując złotego nie o około 50, lecz jakieś 30 – 35 proc. (co proponowaliśmy w Instytucie Finansów, którym kierowałem). Wiele i szczegółowo pisałem na ten temat już wówczas, gdyż już wtedy było wiele rozsądnych propozycji, alternatywnych wobec narzuconego społeczeństwu i nieudanego szoku bez terapii. Warto zajrzeć do analiz, ocen, argumentacji, propozycji z tamtego okresu, bo po czasie łatwo być mądrym, choć i to nie wszystkim się udaje…

Dalsze zadłużanie państwa miałoby sens, gdyby pozyskiwane w jego wyniku środki były inteligentnie wydatkowane na współfinansowanie celów rozwojowych. Niestety, tak nie jest

Minęło 20 lat, PKB na głowę jest wyższy o około 80 proc., acz mógłby być już większy o jakieś 180 proc., gdyby nie błędy początku lat 90. i ich końca cechującego się niepotrzebnym przechłodzeniem gospodarki. Teraz po raz trzeci pod wpływem tej samej szkodliwej neoliberalnej doktryny politycznej i ekonomicznej tracimy czas i nie wykorzystujemy szans wynikających z globalizacji, integracji i transformacji. Wprowadzenie Polski do wspólnego obszaru walutowego euro i, tym samym, euro do obiegu w Polsce zostało de facto odłożone na dalszy plan.

Nadwiślański liberalizm

Błędy polityki finansowej – zwłaszcza zaniechanie uruchomienia specjalnego pakietu fiskalnego ożywiającego koniunkturę w obliczu światowego kryzysu gospodarczego – zawęziły bazę podatkową. Stopniała ona do tego stopnia, że deficyt budżetowy – wbrew wcześniejszym z uporem głoszonym zapewnieniom rządu o jego zmniejszeniu – podwoił się i obecnie wynosi ponad 6 proc. PKB zamiast wymaganych przez kryteria z Maastricht 3 proc. Doprowadzić na przestrzeni dwu dekad po trzykroć do recesji lub stagnacji oraz załamania budżetu to nie lada sztuka. Nadwiślański neoliberalizm ją posiadł…Narastający dług publiczny jest istotnym i coraz większym obciążeniem dla gospodarki narodowej. Ze swej natury jest to duże obciążenie dla nas wszystkich. W jednym jedynym 2010 roku z budżetu państwa, kosztem podatnika, trzeba wydatkować około 35 miliardów złotych z tytułu już istniejącego zadłużenia. Innymi słowy, w 2010 roku na barkach każdego Polaka ciąży prawie tysiąc złotych obligatoryjnych wydatków tylko z tego powodu, że w przeszłości państwo wydawało więcej, niż było w stanie ściągnąć do wspólnej kasy.

Niekiedy – gdy służyło to współfinansowaniu wzrostu gospodarczego i kapitału społecznego – miało to ekonomiczny sens, kiedy indziej – gdy było to rezultatami nieudolnego sterowania procesami makroekonomicznymi – nie. Oczywiście są kraje z tego punktu widzenia w dużo gorszej sytuacji – na przykład Japonia czy Włochy – ale jest też wiele, również wśród krajów posocjalistycznej transformacji, w sytuacji lepszej.

Dalsze zadłużanie miałoby ekonomiczny sens, gdyby pozyskiwane w jego wyniku środki były inteligentnie wydatkowane na współfinansowanie celów rozwojowych, zwiększając w ten sposób bazę podatkową i zmniejszając skalę nierównowagi budżetowej w przyszłości. Niestety, tak w ostatnich latach nie jest, tak też i nie będzie podczas kilku następnych. Obecny, rosnący deficyt budżetowy nie służy finansowaniu rozwoju w przyszłości, lecz jest rezultatem błędów popełnionych w niedawnej przeszłości.

Będzie gorzej

W latach 2010 – 2011 nie należy oczekiwać znaczącego postępu na ścieżce konsolidacji finansowej, a to ze względu na zbliżający się cykl wyborów (prezydenckie, samorządowe, parlamentarne) i towarzyszącą mu ogólną niewydolność polityki. Oddala się perspektywa wejścia do strefy euro. Z oczywistą szkodą dla naszej gospodarki, gdyż utrzymują się związane z tym relatywnie wyższe koszty transakcyjne i powodowane spekulacją, podnoszące ryzyko oraz zniechęcające do inwestycji wahania kursu złotego.NBP jeszcze sobie pożyje, a jego następna Rada Polityki Pieniężnej podziała przez całą nową kadencję, gdyż i ta skończy się jeszcze ze złotym w obiegu. A przecież już obecnie odchodząca RPP mogła zostawiać nas z euro. Cóż, za sześć lat też będziemy składać sobie życzenia świąteczne i noworoczne w otoczeniu waluty wciąż narodowej.

Teraz na twórcze posłużenie się deficytem budżetowym jest już za późno. Gospodarka w sferze realnej została wpędzona w stagnację, a w sferze finansowej w strukturalny kryzys, którego przezwyciężenie wymaga kompleksowego podejścia. Trzeba wdrożyć – ze stosownymi modyfikacjami wynikającymi z okoliczności, w tym z wymagań płynących z członkostwa w Unii Europejskiej – już wcześniej zaproponowany Program Naprawy Finansów Rzeczypospolitej (plik pdf).

Jest oczywiste, że zupełnie przerasta to możliwości obecnego rządu i jego ministra finansów. Skutki ich polityki są wręcz odwrotne niż pożądane, bo stan finansów publicznych ulega stałemu pogarszaniu. I będzie jeszcze gorzej. Niestety, rok 2010 będzie kontynuował tę tendencję i dług publiczny w sposób bezproduktywny jeszcze bardziej wzrośnie. Rok 2010 to rok na przeżycie.

Szczęśliw(sz)ego Nowego Roku!

Autor jest profesorem ekonomii, wykłada w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. Opublikował m.in. książkę esej "Wędrujący świat". Był wicepremierem i ministrem finansów w rządach premierów Pawlaka, Cimoszewicza, Oleksego i Millera

Rzeczpospolita

czwartek, 27 sierpnia 2009

"WSJ": Polska nauczyła się na własnych błędach

rik, PAP
2009-08-27, ostatnia aktualizacja 2009-08-27 12:57

Polska przeszła kilka kryzysów w czasie, gdy reszta Europy przez kilkadziesiąt lat rozkwitała gospodarczo, ale pomogło jej to uniknąć najgorszych skutków obecnego kryzysu i prawdopodobnie jako jedno z trzech państw UE nie zanotuje w tym roku recesji - pisze "Wall Street Journal".

hipermarket kaufland
Fot. Agnieszka Sadowska/Agencja Gazeta
hipermarket kaufland
Amerykański dziennik podkreśla, że dwóch przedstawicieli NBP zapowiedziało ostatnio, iż Polska odnotuje w tym roku wzrost wysokości ok. 1 proc. Byłby to dla tego kraju 14. rok wzrostu gospodarczego z rzędu. Tymczasem PKB w strefie euro spada od czwartego kwartału 2008 roku. Spadek gospodarczy nastąpił także w innych państwach postkomunistycznych.

Polska miała szczęście

- Polska miała w tym roku sporo szczęścia: obniżka podatku dochodowego weszła w życie w samą porę, by ożywić gospodarkę, a jak tylko zaczął się kryzys, zaczęły napływać fundusze infrastrukturalne z Unii Europejskiej. Poza tym powolne tempo wprowadzania euro przez polskich polityków spowodowało osłabienie złotego na początku 2009 roku, pomagając w ten sposób eksporterom - czytamy.

Jak podkreśla "WSJ", dyrektorzy przedsiębiorstw i analitycy uważają jednak także, że Polsce przysłużyły się kultura ostrożności w biznesie i gospodarce, zaszczepiona w okresie hiperinflacji podczas upadku komunizmu, restrukturyzacja państwowego systemu bankowego na początku lat 90. oraz ostre spowolnienie wzrostu w latach 2001-2002.

- Niektóre kraje, jak Argentyna, wpadają z kryzysu w kryzys. Inne uczą się na swoich błędach - cytuje w tym kontekście "WSJ" analityka Danske Bank w Kopenhadze Larsa Christensena.

Dziennik podkreśla, że Rada Polityki Pieniężnej za kierownictwa Leszka Balcerowicza przyjęła stosunkowo surową politykę pieniężną i utrzymała ją także po osłabnięciu inflacji w 2002 roku. Balcerowicz był krytykowany za hamowanie wzrostu Polski, podczas gdy reszta regionu kwitła. - Balcerowicz miał rację, chociaż z niewłaściwych powodów. Nie wspominał o bańkach (spekulacyjnych). Martwiła go luźna polityka fiskalna - cytuje gazeta Christensena.

Polacy wolą kupować swoje

- Konserwatywny bank centralny występował także werbalnie przeciwko udzielaniu gospodarstwom domowym i firmom kredytów w obcych walutach, co było powszechną praktyką na Węgrzech i w państwach bałtyckich z powodu ich niższego oprocentowania - podkreśla "WSJ". - Polskie banki z sektora prywatnego w większości dostosowały się do życzeń banku centralnego, oszczędzając sobie bólu, który stał się udziałem Węgier i państw bałtyckich, gdy tracące na wartości waluty wywindowały odsetki na poziom nie do spłacenia dla wielu gospodarstw domowych.

"Wall Street Journal" zwraca przy tym uwagę, że tańsza złotówka podniosła atrakcyjność polskich produktów dla klientów w strefie euro i skłoniła Polaków do wybierania lokalnych produktów zamiast droższych towarów z importu.

piątek, 19 czerwca 2009

Łotwa bankrutuje

Leszek Baj
2009-06-19, ostatnia aktualizacja 2009-06-18 23:01

Demonstranci nieśli transparenty:
Demonstranci nieśli transparenty: "Nie okradajcie biednych emerytów"
Fot. INTS KALNINS REUTERS

Jeśli nie pomoże Unia Europejska i Międzynarodowy Fundusz Walutowy, w sierpniu urzędnicy, lekarze, policjanci i nauczyciele nie dostaną pensji. Już w lipcu ich zarobki spadną o 20 proc. Emerytury o 10 proc. Kraj wrze

Wczorajsza manifestacja w centrum Rygi. Do demonstrantów wyszedł minister finansów Einars Repse. Protestujący nie dali mu dojść do głosu
Fot. INTS KALNINS REUTERS
Wczorajsza manifestacja w centrum Rygi. Do demonstrantów wyszedł minister finansów Einars Repse. Protestujący nie dali mu dojść do głosu
W czwartek przeciwko cięciom pensji w Rydze demonstrowało 5 tys. osób
Fot. Roman Koksarov AP
W czwartek przeciwko cięciom pensji w Rydze demonstrowało 5 tys. osób
W czwartek przeciwko cięciom pensji w Rydze demonstrowało 5 tys. osób
Fot. INTS KALNINS REUTERS
W czwartek przeciwko cięciom pensji w Rydze demonstrowało 5 tys. osób
SERWISY
zobacz też: Łotwa: gospodarczy stan wyjątkowy

A miało być inaczej. Jeszcze niedawno Łotwa była nazywana bałtyckim tygrysem. Dwa lata temu jej gospodarka rozwijała się w tempie ponad 10 proc. rocznie.

- Teraz Łotwa znalazła się na skraju bankructwa. Możemy go uniknąć, radykalnie zmniejszając wydatki publiczne - powiedział w specjalnym oświadczeniu łotewski premier Valdis Dombrovskis. - Chciałbym przeprosić mieszkańców za tę sytuację i okres próby, który wspólnie będziemy musieli wytrzymać.

Nie przekonał Łotyszy. W czwartek przeciwko cięciom pensji na ulicach Rygi demonstrowało 5 tys. osób. To sporo jak na kraj liczący ledwie 2,3 mln mieszkańców.

- Nie możemy ratować państwa kosztem emerytów, nauczycieli, lekarzy czy policjantów - mówił Peteris Krigers, szef Konfederacji Wolnych Związków Zawodowych Łotwy. Demonstranci nieśli transparenty "Nie kradnijcie od biednych emerytów".

- Dowiedziałam się, że moja pensja spadnie do 130 łatów miesięcznie (845 zł), a na utrzymanie potrzebne mi jest 170 łatów (1105 zł). Nie wiem, jak sobie poradzę - powiedziała Reuterowi 50-letnia Inta Lindemane, nauczycielka w przedszkolu.

We wtorek łotewski parlament przyjął opracowany przez rząd program oszczędności budżetowych. Ogranicza on planowane wydatki o 700 mln euro, czyli 10 proc. Wszystko po to, by choć trochę załatać błyskawicznie rosnącą dziurę budżetową. Oprócz obniżek pensji i emerytur program przewiduje m.in. obcięcie o połowę dodatków na dzieci dla pracujących rodziców i podwyżki niektórych podatków, np. akcyzy na piwo o 50 proc., a na mocne alkohole o prawie 8 proc. Cięcia te mają wejść w życie już od lipca.

Oszczędności mogą oznaczać zamknięcie wielu szpitali. Nie mógł się z tym pogodzić minister zdrowia, który podał się w środę do dymisji. - W kryzysowej sytuacji minister zdrowia wybrał łatwą ścieżkę - skomentował to zirytowany premier Dombrovskis.

Tylko dzięki mocnemu zaciśnięciu pasa Unia Europejska i Międzynarodowy Fundusz Walutowy zgodzą się na wypłatę kolejnej wartej 1,2 mld euro transzy w ramach pożyczki uzyskanej pod koniec zeszłego roku (w sumie 7,5 mld euro).

- Bez pomocy międzynarodowej do sierpnia zabraknie po prostu pieniędzy w budżecie, nie będzie z czego płacić pensji nauczycielom, lekarzom czy urzędnikom - mówi "Gazecie" Alf Vanags, dyrektor łotewskiego Baltic International Centre for Economic Policy Studies (BICEPS).

Joaquin Almunia, komisarz UE ds. gospodarczych i walutowych, uspokajał w łotewskim radiu, że decyzja o pożyczce zapadnie najpewniej do końca czerwca.

W ostatnich latach imponujący wzrost gospodarczy Łotwa zawdzięczała głównie konsumpcji finansowanej przez kredyty walutowe. W czasach prosperity kolejne rządy nie potrafiły jednak trzymać finansów publicznych na wodzy i łatwą ręką dawały podwyżki - pensje w sektorze publicznym rosły wtedy nawet o 30 proc. rocznie. Gdy boom się skończył, wszystko się zawaliło jak domek z kart. Ceny nieruchomości poleciały na łeb na szyję, banki odcięły strumień kredytów. - W tym roku łotewska gospodarka skurczy się o ok. 18-20 proc. W ten sposób w ciągu roku cofniemy się w czasie do poziomu z 2005-06 r. - mówi Vanags.

- Musimy wszyscy wziąć odpowiedzialność za to, że nasze decyzje i działania były często błędne - mówił wczoraj do parlamentarzystów łotewski prezydent Valdis Zatlers, który piastuje swoje stanowisko od połowy 2007 r. - Źle zarządzaliśmy naszym krajem.

Źródło: Gazeta Wyborcza

poniedziałek, 25 maja 2009

Belka: Ja bym zwiększył deficyt

Rozmawiała Agata Nowakowska
2009-05-25, ostatnia aktualizacja 2009-05-25 13:15

W okresie złej koniunktury - powtórzmy, bo do wielu ludzi w Polsce to nie dociera - cięcia wydatków są szkodliwe! Według zaleceń MFW w Polsce należy dopuścić do wzrostu deficytu budżetowego spowodowanego obniżeniem się dochodów państwa

Marek Belka
Fot. Sergiusz Pęczek / AG
Marek Belka
Agata Nowakowska: Był pan premierem, wcześniej ministrem finansów. Co pan by robił na miejscu premiera Tuska i ministra Rostowskiego?

Marek Belka, dyrektor departamentu europejskiego w MFW: Wiele rzeczy jest niezbędnych lub potrzebnych, ale zacznijmy od wzmocnienia instytucji finansowych. Dokapitalizowałbym PKO BP, BGK i PZU, nie pobierałbym od nich dywidendy. Miliard złotych mniej w budżecie nie czyni znaczącej różnicy, a ten sam miliard zostawiony w PKO BP czy w PZU pozwoli im albo kontynuować akcję kredytową, albo uczestniczyć w przejmowaniu banków, które mogą być wystawione na sprzedaż. Bo jakkolwiek byśmy nienawidzili bankierów, to zdrowe i silne banki stanowią niezbędną przesłankę funkcjonowania gospodarki.

NIE TNIJMY NA OŚLEP

W obliczu kryzysu polski rząd ogranicza się do walki o niski deficyt. Nie próbuje nawet łagodzić skutków kryzysu czy pompować pieniędzy w gospodarkę jak w USA czy Wielkiej Brytanii.

- Dobra polityka fiskalna, bo od niej proponuję zacząć, powinna być antycykliczna - ekspansywna w okresie słabej koniunktury i restrykcyjna w okresie prosperity. Kiedy grozi przegrzanie koniunktury, należy ją schładzać. Za schładzanie dostawało się już Balcerowiczowi, dostawało się i mnie. Łotysze nie schładzali i mają dziś kryzys w niewyobrażalnej dla nas skali, Rumuni podobnie zaniedbali dyscyplinę budżetową, więc muszą ciąć wydatki w okresie załamania.

A my?

- Gdyby w latach 2006-07 wykorzystano świetną koniunkturę, to na koniec roku 2008 zamiast niemal 4-procentowej dziury moglibyśmy mieć zrównoważony budżet. Polska mogłaby sobie teraz pozwolić na luksus stymulowania gospodarki, np. inicjując programy w budownictwie. Ale za rządów PiS nie przyhamowano tempa wzrostu wydatków publicznych, zamiast tego znacząco obniżono podatki. Niższe podatki to świetna rzecz, ale ubytek przychodów państwa trzeba skompensować większą dyscypliną po stronie wydatków.

Działając antycyklicznie, powinniśmy się teraz zapożyczyć, by mieć pieniądze np. na ożywianie budownictwa?

- MFW rekomenduje zwiększenie wydatków krajom, które nie mają problemów ze sfinansowaniem potrzeb pożyczkowych. Polska stanowi przypadek pośredni, gdzie należy pozwolić na działanie automatycznych stabilizatorów koniunktury, czyli dopuścić do wzrostu deficytu budżetowego spowodowanego obniżeniem się dochodów państwa. Ale nawet w krajach, gdzie finanse publiczne są w kryzysie - wymieńmy Ukrainę, Węgry, Rumunię - pomoc finansowa MFW umożliwia ograniczenie skali niezbędnych cięć. Bo w okresie złej koniunktury - powtórzmy, bo do wielu ludzi w Polsce to nie dociera - cięcia wydatków są szkodliwe.

Ale nasz minister finansów chce uciąć o 20 mld zł!

- Ciąć wszędzie po np. 10 proc., żeby utrzymać jakiś tam poziom deficytu?! To nie ma sensu. Lepiej wykorzystać kryzys na zmiany strukturalne. Jeśli ograniczać wydatki, to te, o których wiadomo, że nie są optymalne. A oszczędności przeznaczyć na rozwój infrastruktury, aktywną politykę rynku pracy itd. Na szczęście takie instrumenty zawiera ostatnio uzgodniony przez rząd z partnerami społecznymi pakiet antykryzysowy.

Rząd chce zwiększać dochody budżetu, np. podnieść składkę rentową.

- Tylko w ostateczności. Obniżenie składki to był może jedyny sensowny, choć ryzykowny gospodarczy ruch min. Zyty Gilowskiej. Obniżka składki jest lepsza niż obniżanie podatków, bo ogranicza szarą strefę. Przy okazji ten kryzys pokazał, że nie ma znaczenia, czy podatki są wysokie, czy niskie, liniowe, czy strome. Liczą się przede wszystkim fundamenty makroekonomiczne - wielkość zadłużenia zagranicznego, poziom rezerw walutowych, a także jakość nadzoru nad instytucjami finansowymi.

Prezydent Kaczyński jest za zwiększaniem deficytu. Chce, by NBP kupował poprzez BGK obligacje państwa. To przecież drukowanie pustych pieniędzy.

- EBC też to robi. Tak, to jest drukowanie pieniędzy. Ale czy pustych? Problemem jest dziś niedobór pieniądza. Innymi słowy, podmioty gospodarcze, a przede wszystkim banki, gwałtownie zapragnęły mieć więcej gotówki. Gdyby banki centralne całego świata jej nie dostarczyły, kryzys byłby jeszcze ostrzejszy. Według Miltona Friedmana w latach 1929-30 normalny kryzys zamienił się w wielką depresję właśnie dlatego, że nie dodrukowano pieniędzy.

Dlatego pomysł prezydenta nie jest księżycowy. Na szczęście nie ma takiej potrzeby. Dopóki państwo może po umiarkowanych kosztach finansować swe potrzeby pożyczkowe, nie ma potrzeby, by robił to bank centralny.

KREDYT Z MFW

MFW udzielił Polsce 20 mld dol. tzw. elastycznej linii kredytowej (Flexible Credit Line - FCL).

- Wystąpienie o tę linię było znakomitym posunięciem rządu. Amerykanie udostępnili podobną Meksykowi, Brazylii, Singapurowi i Korei już kilka miesięcy wcześniej. My nie mamy wuja Sama, ale mamy MFW. Złoty zaczyna się stabilizować, spadają koszty pozyskiwania przez Polskę kredytów. Spread, czyli różnica oprocentowania naszych obligacji i oprocentowania obligacji tzw. benchmarkowych (w Europie to są niemieckie bundy), spadł do 160 pkt bazowych - najniżej od listopada. Były czasy, że mieliśmy 80 pkt, ale inni muszą dzisiaj płacić znacznie więcej, nawet 400 pkt - czyli 4 pkt proc.

Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Obsługa pożyczki kosztuje 400 mln zł rocznie.

- Pieniędzy z FCL można w ogóle nie wykorzystać i taka jest intencja polskich władz. Płacić wtedy trzeba tylko "postojowe" (commitment fee) w wysokości 0,27 proc. rocznie. To się zwróci przy pierwszej emisji polskich euroobligacji, bo otrzymanie FCL jest świadectwem, że Fundusz ocenia wiarygodność kraju, uznaje fundamenty gospodarki za dobre, a politykę gospodarcza za poprawną. Kiedy min. Rostowski powiedział, że MFW daje takie kredyty tylko krajom Platynowego Klubu, to Mirosław Gronicki [minister finansów w rządzie Belki] zaraz go zrugał, że to czysty PR. A co złego w PR?

Gronicki miał poważny zarzut - to pieniądze na finansowanie deficytu. Takie problemy mają kraje na progu bankructwa.

- Najlepiej tych pieniędzy nie wydawać wcale. Ale samo dysponowanie nimi swoje robi: wyższy poziom rezerw walutowych kraju to mniejszy koszt obsługi długu, czyli niższe spready. Poza tym, gdyby kogoś świerzbiła ręka, żeby przeprowadzić atak na złotego taki jak na przełomie roku, to mamy więcej amunicji do obrony kursu.

Wisi nad nami groźba bankructwa?

- Polska nie ma problemów z rolowaniem długu. Jak trzeba będzie pożyczyć, to pożyczymy, najwyżej trochę drożej. Nawet nie otrzemy się o bankructwo.

NIE BÓJCIE SIĘ PROGNOZ

MFW prognozuje dla Polski recesję w tym roku. Najstarsi górale nie pamiętają czegoś takiego!

- Wszystkie kraje sąsiednie notują olbrzymie załamanie gospodarki, kryzys musi więc nas także dotknąć, choćby poprzez spadek eksportu. Proponowałbym jednak więcej spokoju, to tylko prognozy. Pierwszy kwartał prawdopodobnie przyniesie jeszcze niewielki wzrost PKB rok do roku. Gorzej może być w drugim, chociaż słabość złotego powinna nam pomóc.

Podważa pan prognozę swego MFW?

- Nie należy przyjmować na klęczkach ani prognozy Komisji Europejskiej, jak dotąd najbardziej ponurej, ani MFW. Zresztą nie ma aż takiego znaczenia, czy to będzie +0,5, czy -0,5, a nawet -1,5 proc. Najważniejsze jest to, jak szybko nasza gospodarka odzyska wigor.

Jest szansa na uniknięcie głębszej recesji. Polska jest mniej otwarta, czyli mniej nastawiona na eksport, niż np. Czechy. W handlu może nam pomóc osłabienie złotego. Mamy duży rynek krajowy, konsumpcja może podtrzymać wzrost. Polacy są relatywnie mało zadłużeni, a więc jest potencjał do dalszego zadłużania się konsumentów. To potwornie brzmi w dzisiejszych czasach, prawda? Ale w Polsce jest tu spora rezerwa. Trudno liczyć na eksplozję inwestycji, ale mamy fundusze unijne. Nawet kłopot z ich absorpcją nam sprzyja. Fundusze się skumulują, będzie więcej do wydania w najbliższym czasie.

EURO - MOMENT MINĄŁ

Mieliśmy przyjąć euro w 2012 r. Ale już nawet min. Rostowski w to nie wierzy.

- Jestem entuzjastą członkostwa Polski w unii walutowej, ale jakiś czas temu powiedziałem, że najlepszy moment już minął. Zmarnowaliśmy okazję, a kto to zrobił, jest dosyć oczywiste.

Rządy PiS, LPR i Samoobrony? Zyta Gilowska jako wicepremier?

- Jedną z ostatnich rzeczy, którą zrobiliśmy w moim rządzie na czele z Gronickim, było właśnie przygotowanie mapy drogowej do euro. Została odłożona na półkę.

MFW w tajnym raporcie sugerował, że Polska powinna jednostronnie przyjąć euro, nie oglądając się na Brukselę.

- To była tylko wewnętrzna analiza, jedna z opcji dla krajów Europy Środkowej. Fundusz tego nie proponuje. Bo co by dała jednostronna euroizacja oprócz tego, że byśmy sobie zabagnili stosunki w Unii? Nie zyskalibyśmy dostępu do płynności EBC. Nie znaleźlibyśmy się przecież w pozycji Grecji, która ma trudną sytuację budżetową, ale spokojnie finansuje swe potrzeby pożyczkowe, bo jest w euro. EBC kupuje greckie obligacje od greckich banków, czyli pośrednio finansuje grecki deficyt. Jak kryzys przycisnął Węgrów, to musieli się zwrócić do MFW (i Komisji Europejskiej), a Fundusz postawił trudne warunki. Euro zabezpiecza dzisiaj przed kryzysowym tsunami.

To może nawet nie będąc w strefie euro, postarać się o dostęp do płynności EBC?

- To właśnie postuluje MFW. Dania ma dostęp, dlaczego my nie? Albo Czechy? Gospodarka czeska ma świetne fundamenty, chociaż teraz cierpi bardziej niż nasza, bo jest tak bardzo zależna od eksportu.

Prezes NBP Sławomir Skrzypek powinien się lepiej postarać?

- Prezes nie pozostaje bezczynny. Tyle mogę powiedzieć.

Mówi pan, że moment na wejście do euro minął.

- Elastyczność waluty krajowej w czasach kryzysu to dobra rzecz. Innymi słowy, źle, że nie jesteśmy w euro dzisiaj, bo oznacza to utrudniony dostęp do rynku kapitałowego, ale dobrze, bo możemy sobie pozwolić na osłabienie kursu złotego. Być w euro to jest fajna rzecz, ale wejść do strefy euro po odpowiednim kursie - to dopiero rzecz wspaniała!

Teraz jest dobry kurs?

- Gdybyśmy weszli dzisiaj do ERM II, to jeśli złoty wzmocniłby się o 10-15 proc., wciąż mielibyśmy kurs po jakieś 4 zł - malina! Dlatego samo wejście do ERM II jest niegłupie. To by organizowało lepiej politykę budżetową, powstrzymało ileś gorących serc z każdego ministerstwa od forsowania, jak popadnie, większych wydatków. Pytanie, czy jest to w obecnej chwili realne.

Komisja Europejska zapowiedziała, że uruchomi tzw. procedurę nadmiernego deficytu. Bo w 2008 r. przekroczyliśmy zalecane przez Brukselę 3 proc. PKB.

- Komisja musi to zrobić, to automat. Wcale nie powinniśmy się jednak palić do szybkiego schodzenia z deficytu. Ograniczajmy bzdurne wydatki, ale nie tnijmy na ślepo, bo zafundujemy sobie gorszy i dłuższy kryzys.

PRZYDAŁBY SIĘ PRAWDZIWY EUROPEJSKI BUDŻET

Premier Tusk straszył, że kilka mocnych krajów UE wypuści razem euroobligacje, by taniej finansować swój dług. Polsce jeszcze trudniej będzie znaleźć kupca.

- To nie było straszenie, tylko właściwa reakcja na luźną, nigdy nierozważaną publicznie propozycję. Ale ona po Europie krąży! Daliśmy sygnał, że bronimy swych interesów.

Kryzys obudził w Europie narodowe egoizmy.

- W większym stopniu w deklaracjach czynionych przez niektórych polityków na użytek krajowy niż w rzeczywistości. Największym chyba spoiwem Unii jest wspólna waluta i Europejski Bank Centralny. I euro zachowuje się jak dotąd fantastycznie! To jest nie tylko regionalne, ale także globalne dobro publiczne. Ale euro nie może wykorzystać swej potencjalnej siły bez wspólnej instytucji budżetowej. A Unia nie ma budżetu. To, co nazywamy budżetem, to jakiś drobiazg, 1 proc. europejskiego PKB. 40 razy mniej niż budżety krajowe! A wspólna waluta wymaga jednak skoordynowanej polityki finansowej i fiskalnej, czyli budżetowej.

Wspólny budżet dla 27 państw?

- Stworzenie unii walutowej było ważnym etapem w budowie federacji. Obecny kryzys stawia na porządku dziennym kwestię dalszej integracji. Państwa europejskie zdecydowały się w procesie tworzenia Unii na oddanie części swej suwerenności na rzecz Wspólnoty, np. w dziedzinie polityki handlowej, ale też w dziedzinie polityki pieniężnej. Ale jesteśmy "trochę w ciąży", bo euro bez budżetowego zabezpieczenia nigdy nie wykorzysta swego potencjału. Są trzy możliwości: albo będziemy mieli więcej Europy, albo mniej Europy, albo Europę wielu prędkości, czyli sytuację, w której pewne kraje mogą się zdecydować na głębszą integrację, a reszta zostanie z boku.

Pan stawia na pierwszy wariant, ale obawia się trzeciego.

- Rozmawiałem ostatnio z Joschką Fischerem, entuzjastą konfederacji europejskiej. On też boi się o przyszłość - obecne pokolenie niemieckich polityków już nie chce inwestować w Europę. Do tej pory Niemcy nie tylko czerpały korzyści z integracji, ale także w nią inwestowały. Czy jednak społeczeństwo i politycy Niemiec nadal będą tym zainteresowani? Podobnie jest we Francji.

Czym to grozi Polsce?

- Gdyby miały nastąpić jakieś podziały w UE, trzeba się znaleźć tam, gdzie integracja będzie pogłębiana. Bo dla Polski - kraju średniej wielkości, o trudnym, choć interesującym położeniu geopolitycznym - wszelkie inicjatywy, które prowadzą do kumulacji suwerenności narodowej, są korzystne. Unia to dla nas pomysł na wyrwanie się z przekleństwa sąsiedztwa dwóch mocarstw. Oto stajemy się sojusznikiem, i to głębokim, jednego z nich. I to nie w sojuszu jeden na jeden, ale w dużej grupie. Czy w polskiej historii było kiedykolwiek lepiej?

Co mówili w "Gazecie" o kryzysie:



Stefan Kawalec, były wiceminister finansów, prezes firmy doradczej Capital Strategy

Stanowisko rządu, by nie zwiększać wydatków kosztem wzrostu deficytu budżetowego, było ze wszech miar słuszne. Natomiast rząd nie docenił sytuacji w sektorze finansowym i zachował się biernie, unikając działań lub pozorując, że coś robi.

NBP podejmuje działania, by zwiększyć płynność banków, ale niewystarczające.

Brakuje skoordynowanego działania rządu, NBP i KNF po to, by ograniczyć skalę zacieśnienia kredytu bankowego. Władze publiczne powinny dostarczyć zachęt do zwiększenia akcji kredytowej, oferując bankom wsparcie uzależnione od skali wzrostu kredytów.



Dr hab. Krzysztof Rybiński, prof. SGH, partner w firmie doradczej Ernst & Young

Nie tylko w Polsce, ale i w Europie brakuje liderów, którzy są zdolni do wielkich idei, do myślenia w kategoriach europejskich. Być może Polska powinna wyjść ze śmiałą inicjatywą i powiedzieć: dzisiaj jest czas, by podjąć decyzję polityczną o rozszerzeniu strefy euro na 27 krajów. To byłby wielki projekt europejski

Żaden polski rząd w ostatnich 20 latach, może z wyjątkiem rządu Mazowieckiego, nie miał tak trudnej sytuacji gospodarczej. Naprawdę potrzebne są dobre pomysły. Najbliższe miesiące będą kluczowe. Mądre i skuteczne działania rządu, nadzoru i NBP mogą uratować kraj przed recesją.



Mateusz Morawiecki, prezes BZ WBK

Ważne jest podłączenie różnych rur finansowych z całego świata, z EBOR, EBI, Banku Światowego, z MFW. Już dzisiaj pozyskiwanie finansowania jest trudne, ale za kilka miesięcy, gdy rządy zachodnie będą realizować kolejne duże emisje obligacji, to kapitał będzie wypychany z takich krajów jak Polska

Niezwykle ważne jest też, by zadziałały gwarancje kredytowe. W ustawie jest zapis, który postulowaliśmy - możliwość udzielania przez Bank Gospodarstwa Krajowego bankom "pakietów gwarancyjnych". To oznacza przekazanie gwarancji do dystrybucji sektorowi bankowemu. BGK nie ma przecież infrastruktury dystrybucyjnej oraz odpowiednio szerokiej wiedzy co do ryzyka kredytowego w całej gospodarce i musi się wspomagać kompetencjami i modelami banków komercyjnych.



prof. Witold Orłowski, doradca ekonomiczny PriceWaterhouseCoopers

Do tej pory nie robiliśmy wiele, by przeciwdziałać kryzysowi. I okazało się to - prawdopodobnie - niezłą strategią, choć nie wiem, czy świadomą, czy przypadkową. Ale teraz potrzebne są zdecydowane kroki, bo zaczynają się schody.

Nie można dalej powtarzać, że budżet jest w porządku. Trzeba znaleźć zręczny sposób sfinansowania dużo większego deficytu. Nie wierzę ani w znalezienie dużych dochodów dodatkowych, ani dużych cięć wydatków, zwłaszcza w 2009 r. Niedobór dochodów musi być w lwiej części sfinansowany wzrostem deficytu. Jeśli nie chcemy narazić na szwank złotego i naszej reputacji, trzeba na to zyskać akceptację rynku. Mam nadzieję, że rząd ma strategię, jak to zrobić.

Ryszard Petru, niezależny ekonomista

Na wielki plus rządu: umiał oprzeć się olbrzymiej presji światowej, by zamknąć oczy i wydawać, ile się da. Na początku 2009 r. panowało przekonanie, że ten, kto nie wydaje pieniędzy z budżetu, jest głupi. Dzisiaj - kilka miesięcy później - świat zaczął się bać wielkich pakietów stymulacyjnych.

Źle natomiast, że ustawa o gwarancjach kredytowych BGK wciąż nie weszła w życie. Nie rozumiem też, dlaczego NBP nie chce obniżyć stopy rezerw obowiązkowych i stopy depozytowej. Nie rozumiem też polityki KNF. Brakuje koordynacji działań NBP, rządu i KNF. Ale w sumie nie wydaje mi się, aby rząd czy NBP w tym kryzysie popełniły jakieś drastyczne błędy.





Leszek Balcerowicz, były prezes NBP

Kapitalizm oparty jest na wolności działań gospodarczych. Trzeba zadać pytanie - czy jest lepszy system? Doświadczenie pokazuje, że nie, bo socjalizm, czyli dominacja państwa nad gospodarką, wszędzie się skompromitował. (...)

W Irlandii w ostatnich kilku latach realizowano popularną również w Polsce doktrynę pobudzania gospodarki: przyciskano pedał gazu, gdy samochód zjeżdżał z górki. Musiało się skończyć wywrotką. Gospodarka Irlandii szybko rosła, a polityka fiskalna stawała się coraz bardziej ekspansywna. Na to nałożył się kryzys zewnętrzny. W konsekwencji błędów irlandzki tygrys gospodarczy jest na skraju załamania. To nie podważa potrzeby reform, tylko przypomina o rozsądku w polityce makroekonomicznej.(...)

Podobnie Węgry. Gruntownie zreformowały gospodarkę i osiągnęły korzyści, ale zaczęły prowadzić jeszcze gorszą niż Polska politykę fiskalną. Partie licytowały się, która bardziej zepsuje finanse, czyli zaoferuje prezenty bez pokrycia różnym grupom wyborców.(...)

Nie ma darmowego lunchu. Rządy będą musiały spłacać dług publiczny, a to znaczy, że będzie wzrost podatków, czyli gorsze warunki rozwoju. Nie będzie łatwo odessać nadmiar pieniądza wpuszczony na rynek. Trzeba będzie podnieść stopy procentowe, a to nie sprzyja inwestycjom.(...)

Podejmowana przez polski rząd próba utrzymania deficytu budżetowego na poziomie możliwie najniższym jest godna pochwały. Polska nie powinna podążać za rządami, które pobudzają gospodarkę większymi wydatkami. Nie tylko dlatego, że to ryzykowne, ale także z powodu kosztów obsługi długu publicznego. Polska musi za pożyczki płacić kilka punktów procentowych więcej niż Wielka Brytania czy USA. Krytycznie za to oceniam zatrzymanie prywatyzacji. Krytycznie też oceniam niektóre zapisy tzw. paktu antykryzysowego, szczególnie zapowiedź wzrostu płacy minimalnej. Rosnąca płaca minimalna eliminuje z rynku pracy osoby o niższych kwalifikacjach, bo nikt ich nie zatrudni za takie pieniądze. Dla osób biedniejszych to niedobry prezent.



Źródło: Ludzie i Pieniądze

piątek, 1 maja 2009

Historia NBP jest krótka, ale ciekawa

NBP jest znany w światowej ekonomii

Aby zrozumieć, jak ważną rolę w polskiej gospodarce na przestrzeni ostatnich 9 dekad pełnił Narodowy Bank Polski musimy cofnąć się do początków porozbiorowego państwa polskiego i 1918 roku. Wówczas bowiem zdecydowano, że w przyszłości zostanie utworzony Bank Polski – instytucja emisyjna, nawiązująca nazwą do tej, która od 1828 r. zajmowała się sprawami monetarnymi i gospodarczymi w okresie krótkotrwałej autonomii Królestwa Polskiego.

W odrodzonej w 1918 r. Polsce w obiegu była marka polska, przejęta od Niemców razem z instytucją emisyjną –Polską Krajową Kasę Pożyczkową. Emitowane przez nią marki polskie stały się tymczasowym, obowiązującym środkiem płatniczym.

Walcząc o ustalenie swych granic i dysponując nikłymi dochodami skarbowymi, Polska ciągle powiększała swe zadłużenie. Dług Skarbu finansowano drukiem pieniądza. Szybko rósł jego obieg i podobnie szybko spadał kurs marki polskiej. W połowie 1923 r. inflacja osiągnęła fazę hiperinflacji. Ceny rosły z miesiąca na miesiąc w tempie 50 proc. i wyższym.

W lutym 1919 r. pierwszy rząd wolnej Polski zapowiedział wprowadzenie złotego w miejsce marki polskiej. Zmiana miała być nawiązaniem do długiej tradycji monetarnej. Złoty polski był bowiem jednostką pieniężną stosowaną w dawnej Polsce już w końcu XV wieku. Nawet w czasach porozbiorowych, gdy w obiegu był obcy pieniądz, przywiązanie do złotego było silne. Złoty polski był np. odpowiednikiem 15 kopiejek w codziennych rachunkach. W połowie grudnia 1923 r. współtwórca i ojciec-założyciel Banku Polskiego – Władysław Grabski – został premierem i jednocześnie zatrzymał tekę ministra skarbu. Zamierzał zrównoważyć budżet i pozyskać dochody z podatku majątkowego oraz uniknąć pożyczek zagranicznych w obawie przez koncesjami politycznymi.

Na przełomie lat 1923-1924 katastrofa monetarna była już oczywista. Miesięczny wzrost cen przekraczał 150 proc.!

Sejm 11 stycznia 1924 r. uchwalił ustawę o naprawie Skarbu Państwa i reformie walutowej, która w założeniach i faktycznie pozwoliła przezwyciężyć katastrofę hiperinflacji i związany z nią chaos w gospodarce. W kwietniu 1924 r. w miejsce zniszczonej inflacją marki polskiej wszedł do obiegu złoty, poprzednik naszej obecnej jednostki pieniężnej. Zajął się tym utworzony wtedy Bank Polski – prekursor NBP.

Kiedy ustanowiono statut Banku Polskiego, nadano mu wyłączne prawo emisji banknotów. Organizacją Banku zajął się pięcioosobowy komitet, któremu przewodniczył przyszły prezes Stanisław Karpiński. Zgodnie z ówczesnymi wzorami powstał bank centralny w formie prywatnej spółki akcyjnej, co miało zapewnić jego niezależność. Akcje Banku objęło 176 tys. akcjonariuszy. Skarb Państwa miał tylko 1 proc. akcji. Bank rozpoczął działalność 28 kwietnia 1924 r. Dokonał wymiany marek polskich w relacji 1,8 mln marek za 1 złotego. Złoty był wówczas równy frankowi szwajcarskiemu. Początkowo dobra sytuacja w budżecie i bilansie płatniczym oraz zgromadzone rezerwy złota i dewiz dawały poczucie stabilizacji i zapewniały sukces reformy. Jednak sukces reformy okazał się krótkotrwały. W 1924 r. wielki nieurodzaj zbóż i głęboki kryzys w przemyśle, a w 1925 r. załamanie w bilansie płatniczym radykalnie osłabiły kurs złotego. Interwencje walutowe Banku Polskiego były nieskuteczne.

Bojąc się spadku skromnych rezerw złota i dewiz, Bank wycofał się z obrony kursu złotego. Premier Grabski w listopadzie 1925 r. podał się do dymisji. Pod wpływem sytuacji gospodarczej znów pojawił się deficyt budżetu. Rząd finansował wydatki emisją państwowych znaków pieniężnych, w tym bilonu. Wróciła inflacja, którą nazwano inflacją bilonową. Ceny rosły w tempie rocznym przekraczającym 15 proc. Dopiero poprawa koniunktury poprawiła budżet i bilans płatniczy oraz zaczęła stabilizować kurs złotego.

Ustabilizował się on ostatecznie w 1927 r. dzięki pożyczce międzynarodowej. Złoty pozostał walutą stabilną i silną do końca okresu międzywojennego. Choć nie brakowało dyskusji o polityce pieniężnej Banku Polskiego, to jednak – bez wątpienia – był on bardzo ważną instytucją w Drugiej Rzeczypospolitej.

W 1945 r. rozpoczął działalność Narodowy Bank Polski. Zaczął funkcjonować jako bank państwowy pod nadzorem ministra skarbu. Początkowo NBP przyjął zasady skopiowane ze statutu Banku Polskiego. Zakładano, że będzie on bankiem emisyjnym, nie angażującym się w bezpośrednie finansowanie przedsiębiorstw. Jednak szybko gospodarka nakazowo- rozdzielcza zasadniczo zmieniła rolę NBP i pieniądza. Już na początku 1946 r. powierzono NBP kontrolę finansową i bezpośrednie finansowanie górnictwa, hutnictwa i przemysłu włókienniczego. Narodowy Bank Polski stopniowo stawał się monobankiem – monopolistą w dziedzinie nie tylko emisji pieniądza, ale także udzielania kredytu i gromadzenia oszczędności.

Jednak nawet w warunkach ustrojowych ograniczających rolę banku centralnego NBP wykonywał prace, które przyczyniały się do racjonalizacji procesu gospodarowania. Wymienić tu trzeba zwłaszcza organizowanie rozliczeń bezgotówkowych, obsługę budżetu, gospodarowanie skromnymi rezerwami dewizowymi i opracowywanie bilansu płatniczego oraz innych syntetycznych bilansów gospodarki narodowej.

Dopiero koniec lat osiemdziesiątych zapoczątkował powrót złotego do świata prawdziwego pieniądza. Dzięki reformom udało się przywrócić złotemu zdolność pełnienia funkcji narodowego pieniądza, a Narodowemu Bankowi Polskiemu nadano rolę banku centralnego, odpowiedzialnego za wartość polskiego pieniądza.

Na początku 1990 r. problemem był wysoki stopień dolaryzacji gospodarki. Zasoby pieniężne obejmowały w 75 proc. waluty obce, a w 25 proc. złote w gotówce i na rachunkach bankowych. W krótkim okresie udało się odwrócić te proporcje. Po wielu latach odgórnego hamowania ruchu cen i zniekształcania ich struktury oraz wskutek odziedziczonego ogromnego deficytu, w 1989 r. doszło do wybuchu inflacji, która osiągnęła poziom czterocyfrowy, ale dość szybko zeszła do wymiaru dwucyfrowego. Wprowadzenie ograniczonej wymienialności złotego zbliżyło złotego do prawdziwego pieniądza.

W 1995 r. przeprowadzono denominację złotego, która przeszła do historii jako skreślenie czterech zer. Unormowanie sytuacji płatniczej pozwoliło też wówczas zapoczątkować kształtowanie kursu złotego na rynku walutowym oraz zapewnić złotemu status waluty wymienialnej według standardu międzynarodowego.

Do istotnych zmian doszło po 1997 r. Nowa Konstytucja zapewniła mocną pozycję Narodowego Banku Polskiego w systemie instytucji publicznych i związała politykę pieniężną z nowym organem NBP – Radą Polityki Pieniężnej.

Dzisiaj NBP jest bankiem państwowym opartym na najlepszych wzorach i często stawianym za wzór innym bankom centralnym.

piątek, 6 lutego 2009

Polsce, Węgrom i Czechom grozi krach walutowy

ksta 05-02-2009, ostatnia aktualizacja 05-02-2009 15:29

Złoty i forint mogą stracić kolejne 10 proc., "jeśli nie więcej". Banki centralne regionu muszą dać sygnał końca obniżek stóp - ocenia niemiecki dziennik Die Welt

- Sytuacja rozwija się w kierunku najgorszym z możliwych- mówi gazecie Urlich Leuchtmann, analityk Commerzbanku.

Według dziennika trzy państwa, mające znaczne zadłużenie zagraniczne, mogą wpaść w "spiralę spadkową". Osłabienie walut powoduje wzrost wartości zadłużenia oraz wzmacnia ucieczkę kapitału, co zaostrza jeszcze krytyczną sytuację gospodarczą. Cytowany analityk obwinia za to banki centralne, które nie zatrzymują deprecjacji.

W przypadku Węgier, które już w październiku zmuszone były poprosić Międzynarodowy Fundusz Walutowy o pomoc, zignorowano zalecenia, by ostrożnie obniżać stopy. – Rząd i bank centralny miały jednak nadzieję, że zdoła to utrzymać stabilność waluty - przypomina Leuchtmann.

- Z kolei w Polsce rząd próbuje wyrównać mniejsze przychody z podatków poprzez cięcia w wydatkach. Chce wszelkimi siłami spełnić kryteria z Maastricht, by przystąpić do strefy euro. Ryzykuje jednak w ten sposób, że kryzys gospodarczy się zaostrzy i ostatecznie Polska nie zostanie przyjęta do klubu euro. Program oszczędnościowy może zaostrzyć kryzys.

Według analityka, sytuacja w Czechach nie jest jeszcze tak dramatyczna, bo w mniejszym stopniu zależą one od obcego kapitału. Leuchtmann prognozuje, że wartość czeskiej korony spaść może w przeciwieństwie do złotego i forinta, jedynie o dalsze 5 proc.

PAP

niedziela, 16 listopada 2008

Bush: potrzebne uczciwsze rynki

PAP, lko
2008-11-15, ostatnia aktualizacja 2008-11-15 21:55

Jako "bardzo udane spotkanie" ocenił prezydent George Bush zakończony w sobotę w stolicy USA szczyt 20 państw, największych potęg gospodarczych świata, poświęcony poszukiwaniu wyjścia z obecnego kryzysu ekonomicznego i zapobieżeniu podobnym w przyszłości.

ZOBACZ TAKŻE
Bush powiedział, że przywódcy wspomnianych państw uzgodnili, że trzeba poprawić transparentność rynków finansowych i ulepszyć reguły rachunkowości, "aby inwestorzy lepiej rozumieli wartość kupowanych przez siebie aktywów".

Uzgodniono również - jak poinformował - że należy sprawić, by "rynki finansowe działały w sposób uczciwszy", zmniejszając do minimum "manipulacje rynkowe i oszustwa".

Prezydent przestrzegł przy tym, żeby w dążeniu do zwiększenia regulacji rynków nie popaść w drugą skrajność.

"Cokolwiek zrobimy, musi nami kierować zasada, że głównym celem jest wzrost gospodarczy, a ten może gwarantować jedynie wolnorynkowy kapitalizm" - podkreślił.

Przestrzegł też przed pokusami protekcjonizmu - wznoszeniem barier handlowych. Jak powiedział, "odrzucenie protekcjonizmu było ważna częścią tego szczytu".

Postanowiono też - kontynuował Bush - przeprowadzić reformy Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego, tak aby lepiej odzwierciedlały one większy obecnie wkład krajów rozwijających się do światowej gospodarki.

Szczyt w Waszyngtonie niektórzy porównują do spotkania w Bretton Woods w 1944 r., na którym powołano te dwie instytucje, utworzone w celu utrzymywania w równowadze globalnego systemu finansowego (MFW) i pomocy na rozwój dla biednych krajów (BŚ).

Bush zwrócił jednak uwagę, że na zreformowanie ich potrzeba czasu.

"Bretton Woods przygotowywano przez dwa lata. Nasze dzisiejsze spotkanie przygotowywaliśmy przez trzy tygodnie. Nie rozwiąże ono wszystkich problemów" - oświadczył.

Zaznaczył jednak, że mimo kryzysu państwa zamożne nie zaprzestaną pomocy krajom ubogim w zwalczaniu epidemii AIDS i malarii oraz w walce z nędzą.

Bush powiedział też, że prezydenta-elekta Baracka Obamę i jego zespół ds. przejęcia władzy w pełni poinformowano o przebiegu i wynikach szczytu.

"Ja niedługo odchodzę z urzędu" - przypomniał z uśmiechem. Nie szczędził też kurtuazyjnych słów pod adresem Obamy.

"Mam nadzieję, że mu się uda. To byłoby dobre dla kraju" - oświadczył.

Obama nie uczestniczył w spotkaniu, chociaż zależało na tym przywódcom innych państw.

Szczyt szczytny, termin fatalny

Marcin Bosacki, Waszyngton
2008-11-14, ostatnia aktualizacja 2008-11-14 20:40

Amerykańska prasa o szczycie

Amerykańscy komentatorzy są w większości głęboko sceptyczni co do efektów szczytu G-20.

Konserwatywny "The Wall Street Journal" pisze w komentarzu redakcyjnym, że szczyt sprowadzi się do "wspaniałej okazji dla przywódców państw do pokazania się jako mężowie stanu, prawdziwi lub wyimaginowani". Dziennik dodaje, że "Obama ma rację, że trzyma się na dystans od tej sesji zdjęciowej". "WSJ" podkreśla, że ponieważ jeden prezydent USA odchodzi za dwa miesiące, a nowy nie chce brać odpowiedzialności, zanim nie zacznie się jego kadencja, "to forum jest najgorzej wyznaczonym w czasie szczytem w historii".

Z tymi sceptycznymi ocenami zgadza się Mark Landler w "The New York Times". Publicysta podkreśla, że różnice między uczestnikami szczytu co do tego, jak mocno regulować rynki finansowe i jakie role przydzielić Bankowi Światowemu czy Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu, są zbyt duże. "Francuzi chcą więcej koordynacji światowych finansów niż Brytyjczycy. Niemcy nie chcą składać zobowiązań finansowych, które zmusiłyby ich do pomocy sąsiadom" - pisze Landler.

Jedyny pochlebny dla szczytu komentarz zamieszcza "The Washington Post". Były szef Banku Światowego Paul Wolfensohn pisze, że "G20 jest właściwym ciałem do zmierzenia się z kryzysem o tej skali", bo G-7 (najbardziej uprzemysłowione kraje) jest już instytucją przestarzałą. "Zachód powinien słuchać porad i wątpliwości przywódców krajów rozwijających się i traktować ich jak równych sobie" - pisze Wolfensohn. Ale i on nie daje żadnych konkretnych rozwiązań, jakie szczyt powinien przyjąć.

Publicysta "NYT"" zadaje pytanie, czy Europejczycy lub Chińczycy są gotowi "skorzystać z interregnum w Ameryce", gdy Bush będzie na szczycie "głównie życzliwym przechodniem"? Jako odpowiedź cytuje profesora Massachusetts Institute of Technology Simona Johnsona: "Wygląda na to, że świat czeka na przybycie nowego króla [Obamy]. To może być moment powrotu siły Ameryki, zwłaszcza jeśli na szczycie w Waszyngtonie nic nie zostanie ustalone".

"WSJ", podobnie jak administracja Busha, odrzuca pomysły, by stworzyć ponadnarodowe ciało do regulacji rynków w poszczególnych państwach, w rozmowach przed szczytem nazywane przez Europejczyków "kolegium nadzorców". "Wziąwszy pod uwagę dominującą rolę USA w świecie finansów, ciało takie byłoby jedynie kolejną próbą wiązania Guliwera przez Liliputów" - pisze "WSJ".

Najbardziej druzgoczącą, bo wypowiadaną z pozycji siły, ocenę szczytu przedstawił w "NYT" Leon Panetta, był szef sztabu w Białym Domu Clintona, dziś doradzający Obamie: "Nie ma wątpliwości, że ważny szczyt organizowany przez odchodzącego prezydenta to przedsięwzięcie ryzykowne. Oni [na szczycie] mogą wyznaczyć jakieś pryncypia dalszego postępowania, ale nie mogą zawrzeć żadnych umów. Mówiąc szczerze, to już nie jest gra George'a Busha, tylko Baracka Obamy".

Źródło: Gazeta Wyborcza

Szczyt G20: regulacja, nadzór i obniżanie stóp

PAP, IAR, lko
2008-11-15, ostatnia aktualizacja 2008-11-15 22:12

Porozumienie na waszyngtońskim szczycie G20. Będą reformy Banku Światowego i MFW. Reformy mają mieć na celu poddanie zwiększonej regulacji rynków finansowych, produktów finansowych i uczestników rynku finansowego. Główna linia sporu uczestników szczytu związana była ze skalą potrzebnych interwencji państwowych. Szczegóły reform zostaną nakreślone w przyszłym roku

Zobacz powiekszenie
Fot. JASON REED REUTERS
Przedstawiciele 20 najbardziej rozwiniętych państw świata spotkali się na szczycie w Waszyngtonie
Czytaj także: Polityczna panika wokół kryzysu

Potrzebne uczciwsze rynki: George Bush podsumowuje szczyt G20

Członkowie grupy G20, reprezentujący 85 procent potencjału gospodarczego świata, wydali 5 stronicowy komunikat. Kraje zgodziły się na zaostrzenie regulacji i większą przejrzystość rynków finansowych. Ostatnim punktem będzie komunikatu jest "apel o obniżkę stóp procentowych".

Uczestnicy szczytu w Waszyngtonie zgodzili się na przeprowadzenie reformy Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Prezydent Stanów Zjednoczonych George Bush podkreślił, że struktura tych instytucji stworzona w połowie lat 40. XX wieku powinna zostać dostosowana do obecnych realiów.

Amerykański przywódca mówił, że zarówno Bank Światowy jak i MFW powinny zmienić struktury zarządzania. Dodał, że należy rozważyć też przyznanie większej reprezentacji i siły głosu w tych instytucjach krajom rozwijającym się.

Reforma Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego będzie zatem oznaczać zwiększenie roli takich krajów jak Indie, Chiny czy Brazylia.

Podsumowując szczyt prezydent George Bush wyraził zadowolenie, że uczestnicy szczytu wyrazili przywiązanie do zasad rynkowych i wolnego handlu.

Spór o interwencjonizm państwowy

Przyjęty na szczycie plan zakłada wprowadzenie bardziej czytelnych reguł księgowych, które pozwolą inwestorom na lepszą ocenę ryzyka. Jedna z koncepcji przewiduje powołanie międzynarodowego "kolegium nadzorców", którego zadaniem będzie monitorowanie rynków finansowych i obowiązujących na nich regulacji.

Punktem spornym podczas dyskusji członków G20 był zakres państwowych interwencji, które miałyby pobudzić światową gospodarkę. Brytyjski premier Gordon Brown i inni przywódcy europejscy opowiadają się za równoczesnym wprowadzeniem we wszystkich krajach pakietów stymulacyjnych. Jednak administracja George'a Busha chłodno przyjęła tę propozycję. Ustępujący prezydent Stanów Zjednoczonych George W. Bush nazwał wolne rynki "najlepszą drogą do dobrobytu na całym świecie".

Kanclerz Niemiec Angela Merkel powiedziała, że na szczycie G20 widać było wspólną wolę niedopuszczenia do tego, żeby powtórzył się taki kryzys jak obecny. Uczestnicy szczytu byli też zgodni co do tego, że trzeba "ponownie rozruszać" gospodarkę światową.

Problemy z regulacją

"Jest jasne, że kryzys wykazał, iż istnieją problemy z regulacją i nadzorem. Powinniśmy się zająć tymi problemami" - powiedział Barroso po kolacji roboczej w Białym Domu, od której rozpoczęli spotkanie uczestnicy szczytu państw G20.

"Żadna instytucja finansowa nie powinna być wyjęta spod regulacji i nadzoru. Powinniśmy stworzyć więcej jasnych reguł, by światowe finanse dobrze funkcjonowały, i sądzę, że w tym punkcie istnieje rzeczywista zgoda" - dodał.

"Nie mówię, że zgadzamy się we wszystkim, ale naprawdę uważam, że panuje obecnie większa gotowość zreformowania zasad, którymi rządzą się światowe finanse, a później także światowe instytucje finansowe, czyli Międzynarodowy Fundusz Walutowy" - oznajmił w piątek późnym wieczorem.

Warunki dla dobrobytu

Jak dodał, uczestnicy szczytu są świadomi, że światowych instytucji finansowych nie można zreformować w ciągu jednego czy dwóch dni, "ale możemy najszybciej, jak to możliwe, stworzyć warunki dla światowego wzrostu i dobrobytu".

W rozmowach brali udział przywódcy państw G8 (USA, Kanady, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji, Włoch i Japonii oraz Rosji), tzw. gospodarek wschodzących (Argentyny, Australii, Arabii Saudyjskiej, RPA, Brazylii, Chin, Korei Południowej, Indii, Indonezji, Meksyku i Turcji), a także Holandii i Hiszpanii, reprezentujących Unię Europejską.

Członkowie grupy G20 wyznaczyli na razie tylko kierunek zmian. Szczegóły planu zostaną prawdopodobnie opracowane w przyszłym roku. Podkreślają, że waszyngtoński szczyt jest pierwszym z serii tego typu spotkań. Kolejne miałby się odbyć wiosną przyszłego roku, czyli już po objęciu funkcji prezydenta USA przez Baracka Obamę.

Komentarz: Mateusz Machaj, "Wasz plan zawiedzie"