sobota, 24 stycznia 2009

20 pytań w sprawie śmierci Olewnika

Zadanie dla komisji śledczej

20 pytań w sprawie śmierci Olewnika

Sejm gotów jest powołać komisję, która ma wyjaśnić okoliczności porwania oraz zabójstwa Krzysztofa Olewnika. By rozwiązać tę tajemniczą sprawę, posłowie będą musieli znaleźć odpowiedzi na wiele pytań. DZIENNIK przedstawia 20 najważniejszych.

czytaj dalej...
REKLAMA

Policjanci, prokuratorzy, funkcjonariusze służby więziennej, sędziowie i ministrowie polegli w starciu z bandą, która latami wodziła ich za nos. Nie ma bardziej mrocznej i tajemniczej historii w ostatnim czasie, niż porwanie i śmierć Krzysztofa Olewnika.

Instytucje państwa zawiodły w sposób dramatyczny, do reszty ośmieszyła je tajemnicza śmierć ostatniego bezpośredniego zabójcy Olewnika. Szanse na dojście do sedna tej sprawy są coraz mniejsze.

By to zrobić, należałoby odpowiedzieć na 20 pytań:

1. Dlaczego policja nie zabezpiecza wszystkich śladów w domu Krzysztofa Olewnika tuż po porwaniu?

2. Z jakiego powodu funkcjonariusze nie poinstruowali rodziny, jak negocjować z bandytami?

3. Czy zwykłym zaniedbaniem można nazwać fakt, że policjanci nie rejestrowali rozmów telefonicznych rodziny z porywaczami?

4. Co zdecydowało o tym, że nie wykonano rutynowego działania, do którego należy sprawdzenie alibi miejscowych opryszków? Robert Pazik, przyszły morderca Olewnika, nie miał alibi, gdy porywano chłopaka.

5. Dlaczego przez pierwsze dwa miesiące śledztwo w sprawie porwania prowadzi prokurator z powiatowego miasteczka, choć, zgodnie z prawem, powinna to robić prokuratura okręgowa?

6. Kto współpracował z bandytami? Przed pierwszą próbą przekazania okupu porywacze się spłoszyli. Przekazali telefonicznie wiadomość, że pieniądze to fałszywki. Rzeczywiście tak było. Skąd bandyci to wiedzeli? Mieli informatora w policji? Jacek Krupiński, wspólnik porwanego, obiecał gangsterom, że nie będzie się kontaktował z policją. Potem na przesłuchanie pojechał w przebraniu i pożyczonym autem. Po wyjściu odebrał telefon od bandytów, którzy wiedzą, że spotkał się z policjantami. Kto doniósł?

7. Włodzimierz Olewnik dostał anonim. Autor listu podał nazwiska dwóch porywaczy: Roberta Pazika i Ireneusza Piotrowskiego. Ojciec natychmiast przekazał wiadomość i sam anonim policjantom z Radomia, którzy działali pod kierunkiem naczelnika Remigiusza Mindy. Ci jednak zlekceważyli, jak się potem okazuje, najważniejszy trop. Dlaczego tak zrobili? Byli w spisku z porywaczami?

8. W odnalezieniu chłopaka miał pomóc znany detektyw i wówczas poseł Krzysztof Rutkowski, prywatnie dobry znajomy Remigiusza Mindy. Ale niczego nie ustalił. Rodzina Olewnika oskarża dziś Rutkowskiego o to, że wyciągnął od nich kilkaset tysięcy złotych. Czy zaniechania zespołu Mindy miały związek z działalnością Rutkowskiego?

9. Na zlecenie Włodzimierza Olewnika, a nie bezczynnej prokuratury i policji, Instytut Ekspertyz Sądowych z Krakowa wydał opinie na temat listów od porywaczy. Psycholog stwierdził, że autorem pism może być policjant. Posługuje się bowiem charakterystycznym językiem policyjno-prokuratorskim. Czy porywacze, wśród których byli kryminaliści, przez lata przesiąknęli takim językiem? Czy jednak członkiem bandy był policjant?

10. Dlaczego przekazania 300 tysięcy euro okupu na Trasie Toruńskiej w Warszawie nie zabezpieczała policja, choć była poinformowana o tej operacji przez rodzinę Olewników? Dlaczego oględziny miejsca zostały przeprowadzone dopiero po kilku dniach?

11. Banknoty z okupu były spisane i oznakowane. Dlaczego przez wiele miesięcy nasza policja nie powiadomiła o nich Interpolu? Wydatki bandy po zdobyciu okupu to co najwyżej 100 tysięcy euro. Co stało się z dwustoma tysiącami? Trafiły do mocodawcy? Czy posłużyły na opłacenie informatorów w organach ścigania?

12. Dwaj policjanci, absolutnie wbrew jakimkolwiek regułom, zostawili na chodniku nieoznakowany samochód z aktami sprawy Olewnika. Ktoś ukradł auto. Niechlujstwo, czy prezent dla porywaczy?

13. Czy młody Olewnik został porwany i zginął, a śledztwo sprowadzano na manowce, bo jego ojciec odmówił udziału w biznesie, który proponowali mu działacze SLD? Czy trop, który wskazuje sam Włodzimierz Olewnik jest właściwy?

14. Włodzimierz Olewnik do poszukiwań syna wynajął gangstera Eugeniusza D.. "Gienka". Dotarł do niego przez lokalnego działacza SLD Grzegorza Korytkowskiego. "Gienek" wyciągnął od Olewników 160 tysięcy złotych. Olewnik senior w zeszłym roku udostępnił dziennikarzom fragmenty nagrań rozmów z Korytkowskim. Działacz SLD mówi: "Mniej więcej wiem, gdzie jest (syn -red.), ale tego panu nie powiem dla dobra sprawy...". Inny fragment: "Są koszty, prokurator wziął tyle, komendant tyle...". Korytkowski tłumaczy, że jedynie przekazywał Olewnikowi informacje od "Gienka" i nikogo nie korumpował. Czy lokalny polityk był tylko pośrednikiem, czy kimś więcej w historii porwania młodego biznesmena?

15. Dlaczego Sławomir Kościuk, jeden z porywaczy i morderców Olewnika siedział w płockim więzieniu w pojedyńczej celi? Wcześniej jego krewna wysłała do szefa więzienia w Barczewie pismo, z którego wynikało, że Kościuk ma "skłonności do autoagresji". W Barczewie siedział z innymi więźniami, by na niego uważali. Po przeniesieniu do Płocka trafił do pojedyńczej celi. Po to, żeby nikt nie przeszkodził mu w odebraniu sobie życia?

16. Kim był Wojciech Franiewski, uznany za herszta bandy, która porwała Olewnika? To niezwykle tajemnicza postać. Wielokrotnie uciekał z więzień, aresztów czy konwojów. Mimo że uciekał, gdy trafiał za kratki - dostawał przepustki, wychodził na warunkowe zwolnienia. Poszlaki wskazywały, że jeszcze w PRL zajmował się w Warszawie kradzieżami dyplomatycznych aut, a taka działalność nie uchodziła uwadze bezpieki. W katalogach IPN nie ma śladu po Franiewskim. Czy to możliwe, że jednak był współpracownikiem służb, które dawały mu ochronę?

17. Jakie są kulisy śmierci Franiewskiego, do której doszło w olsztyńskim areszcie tuż przed rozpoczęciem procesu? Z listów, które słał do żony wynikało, że jest pewny siebie. - Jeszcze nie skończyłem akt, a już mam tyle haków, że mam na dwie godziny wyjaśniania i pokazywania, jak kłamią, kłamią i kłamią - pisze na przykład. - Jest git, jak mawiał Jorguś Kiler - żartuje w innym miejscu. Psychologowi więziennemu mówił, że jest najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Czy tak się zachowuje człowiek, który chce się targnąć na swoje życie?

18. Wreszcie pytania dotyczące samej śmierci Franiewskiego. Biegły tak ocenił ten przypadek: "Sposób przeprowadzenia samobójstwa świadczy o świetnej znajomości anatomii człowieka. Pętla posiadała zawiązane dwa supły (praktyka niespotykana). Powodowało to uciśnięcie tętnic, przez co osadzony w pierwszej kolejności stracił przytomność, a następnie osunął się o dwa, trzy centymetry. To powodowało zaciśnięcie pętli i jego uduszenie. Osadzony w ten sposób uniknął reakcji obronnych - nie szamotał się". Franiewski był złodziejem samochodów, a nie ekspetem od anatomii. Zabił się sam, czy ktoś mu pomógł? W jego krwi po śmierci, znaleziono śladowe ilości amfetaminy i 0,4 promila alkoholu. Skąd wzięły się u więzień ze statusem "N", czyli niebezpiecznego? U osadzonego, który poddawany jest drobiazgowej kontroli. Ta zagadka również nie została rozwiązana.

19. Wyjaśnienia wymaga też niedawna śmierć Roberta Pazika. Wcześniej za kratami zginęło dwóch porywaczy Olewnika. Kto odpowiada za to, że zdradzający objawy depresji Pazik w płockim więzieniu siedział w pojedyńczej celi?

20. Jak to możliwe, że Pazik bez jakiejkolwiek kontroli strażników więziennych prowadził rozmowę ze swoim bratem?

Lijewski: Wygryźliśmy szansę na półfinał

Lijewski: Wygryźliśmy szansę na półfinał

Po porażkach z Macedonią i Niemcami entuzjazm polskich kibiców zmalał. Jednak po zwycięstwie 32:28 nad Danią znów możemy zdobyć medal mistrzostw świata. Polscy szczypiorniści pokazali, że nie wolno ich skreślać. "Wygryźliśmy szansę na półfinał i będziemy walczyć" - zapewnia rozgrywający naszej reprezentacji, Marcin Lijewski.

"Podchodzę teraz do tego z przymrużeniem oka. Dostaliśmy prezent od losu. Nie chcę psioczyć, ale do tej pory sędziowie naprawdę nie byli po naszej stronie, a w meczu z Danią naprawdę muszę wysoko ocenić arbitrów" - mówi Lijewski.

Polski rozgrywający po meczu chwalił swojego partnera z zespołu. "Jestem najbardziej dumny z Damiana Wleklaka, super prowadził nasz zespół, pokazał, że jest dojrzałym środkowym, a najbardziej cieszę się z tego, że ludzie obrzucają go gównem, a on im wszystkim pokazał, gdzie mogą sobie swoje brudne słowa wsadzić" - zakończył rozgrywający naszej kadry.

Tak bramki zdobywa nasz... bramkarz!

Tak bramki zdobywa nasz... bramkarz!

Sławomir Szmal już nie raz na mistrzostwach świata w Chorwacji udowodnił, że jest pewnym punktem polskiej reprezentacji. W meczu z Danią okazało się, że polski golkiper nie tylko potrafi świetnie bronić. Nasz bramkarz w końcówce spotkania przypieczętował zwycięstwo zdobywając gola. "Kasa" przerzucił całe boisko i umieścił piłkę w siatce rywali. Zobacz, jak to zrobił.

czytaj dalej...
REKLAMA

>>>Obejrzyj fantastycznego gola Sławomira Szmla w meczu z Danią

Papież wybacza lefebrystom

guu , pmaj 24-01-2009, ostatnia aktualizacja 25-01-2009 09:39

Benedykt XVI zdjął ekskomunikę z czterech biskupów wyświęconych przez rozłamowego arcybiskupa Marcela Lefebvre'a. To krok w stronę pojednania.

Biskupi byli wyświęceni bez zgody papieża Jana Pawła II w 1988 roku. Zapoczątkowało to wtedy schizmę Bractwa świętego Piusa X, założonego przez arcybiskupa Marcela Lefebvre'a.

Dekret z decyzją papieża ogłosiło w sobotę watykańskie biuro prasowe.

To przełomowa decyzja Watykanu na drodze ku pojednaniu z lefebrystami, zbliżająca ich moment powrotu do Kościoła katolickiego.

Po 21 latach od wyświęcenia biskupów przez arcybiskupa Lefebvre'a, ekskomunika została zdjęta z ich obecnego przełożonego Bernarda Fellaya oraz trzech innych biskupów -Alfonso de Gallarety, Tissier de Mallerais i Richarda Williamsona.

Benedykt XVI odpowiedział w ten sposób na prośbę, skierowaną do niego przez biskupa Fellaya przed kilkoma miesiącami.

Mimo to przełożony bractwa biskup Bernard Fellay w liście do swych wiernych podtrzymał rezerwę wobec Soboru Watykańskiego II.

Wyraził ponadto nadzieję na rehabilitację arcybiskupa Marcela Lefebvre'a, założyciela bractwa, który w 1988 roku wyświęcił bez zgody Jana Pawła II czterech biskupów, czym ściągnął na nich wszystkich ekskomunikę.

W przesłaniu, rozpowszechnionym na stronie internetowej lefebrystów biskup Fellay wyjaśnił znaczenie decyzji papieża o zdjęciu ekskomuniki, nałożonej 1 lipca 1988 roku, a następnie napisał: "Akceptujemy i uważamy za własne wszystkie sobory aż do Soboru Watykańskiego II, wobec którego zachowujemy rezerwę".

Wcześniej, w pierwszym znaczącym geście wobec tradycjonalistów, Benedykt XVI przywrócił w 2007 roku mszał trydencki, a zatem mszę łacińską, której są oni wierni. W reakcji na to historyczne wydarzenie w dziejach Kościoła, lefebryści oświadczyli jednak, że to za mało i przypomnieli o konieczności zniesienia ekskomuniki.

W dekrecie wydanym przez Kongregację Biskupów podkreślono, że w liście z 15 grudnia 2008 roku biskup Bernard Fellay "prosił usilnie o zdjęcie ekskomuniki" stwierdzając między innymi: - Zawsze mocno trwaliśmy w woli pozostawania katolikami i oddawania wszystkich sił Kościołowi rzymskokatolickiemu.

Poniżej zamieszczamy fragment dekretu:

"Jego Świątobliwość Benedykt XVI - po ojcowsku uwrażliwiony na dolegliwości duchowe, okazywane przez zainteresowanych z powodu sankcji ekskomuniki oraz ufając zobowiązaniom wyrażonym przez nich w cytowanym liście, że nie będą szczędzić wszelkich wysiłków, aby pogłębiać w toku niezbędnych rozmów z władzami Stolicy Apostolskiej otwartych jeszcze kwestii, by móc osiągnąć wkrótce pełne i zadowalające rozwiązanie problemu (...) - postanowił rozważyć na nowo sytuację kanoniczną"

PAP

Weto odrzucone, powstanie szkoła sędziów

Marek Domagalski 24-01-2009, ostatnia aktualizacja 24-01-2009 07:46

Krajowa Szkoła Sądownictwa i Prokuratury jednak ruszy. Sejm odrzucił weto prezydenta. Ustawa o Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury przyspieszy też awanse obecnych 600 asesorów na sędziów.

autor zdjęcia: Jerzy Dudek
źródło: Fotorzepa

To efekt piątkowego (23.01.2009 r.) głosowania posłów. Ustawa o Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury przyspieszy też awanse obecnych 600 asesorów na sędziów.

Ta druga zmiana była pilnie potrzebna, gdyż 5 maja jest ostatnim dniem, w którym mogą w sądach orzekać asesorzy, a jest ich ponad 600. Bez ich awansowania przynajmniej niektórym sądom groziłaby zapaść.

Druga część ustawy powołuje Krajową Szkolę Sądownictwa i Prokuratury, nowy system kształcenia prokuratorów, a zwłaszcza sędziów. Aplikacja sędziowska ma trwać pięć i pół roku (prokuratorska dwa i pół), a szkolenia mają się koncentrować w jednym miejscu dla całej Polski – Krakowie.

– To gorsza część ustawy, obawiam się bowiem, że przez swoją długość i uciążliwość, podróże, pobyty w Krakowie na te aplikację będą szli prawnicy, którzy nie dostali się na inne (selekcja negatywna). Poza tym biedniejszych z domu nie będzie stać na takie wyjazdy – powiedział „Rz" Stanisław Dąbrowski, przewodniczący Krajowej Rady Sądownictwa.

Ale to niejedyne uwagi. Przedstawiciele sędziów, ale też prezydencki minister Andrzej Duda wytykają, że wydłużenie aplikacji, czasu dojścia do zawodu sędziego może doprowadzić za kilka lat do deficytu sędziów. Jeśli nawet nowa szkoła ruszy po najbliższych wakacjach, pierwsi sędziowie z Krakowa pojawią się na salach rozpraw dopiero w 2014 r.

Obawy te studzi nieco Andrzej Leciak, dyrektor Krajowego Centrum Szkolenia Kadr Sądów Powszechnych i Prokuratury (ma je zastąpić właśnie nowa szkoła). Po pierwsze przedłużenie szkolenia kandydatów na sędziów nie jest aż tak duże, gdyż obejmuje obecny okres asesury, który był swego rodzaju przygotowaniem do zawodu. Szkolenia też nie cały czas będą w Krakowie, gdyż aplikanci raz na kilka miesięcy będą tam jeździć na seminaria, a na co dzień odbywać je w najbliższych sądach.

Przypomnijmy, że prezydent zawetował ustawę o KSSiP pod koniec grudnia także z tego powodu, że zobowiązuje go do podejmowania decyzji o powoływaniu sędziów w ciągu miesiąca od złożenia wniosku przez Krajową Radę Sądownictwa, co ma naruszać jego konstytucyjną prerogatywę.

Teraz prezydent ma siedem dni na podpisanie ustawy. Większość przepisów wejdzie w życie w 14 dni od ich ogłoszenia w Dzienniku Ustaw.

Rzeczpospolita

Dwuramienni - biseksualiści

Barbara Pietkiewicz
2009-01-23, ostatnia aktualizacja 2009-01-23 12:47

Zobacz powiększenie
Biseksualiści w Polsce są zepchnięci na margines. Homo ich nie lubią, traktują często tak jak sami są traktowani przez heteroseksualnych.
Fot. Sławomir Kamiński / AG

Stary Kinsey, który w połowie ubiegłego wieku robił w Ameryce klasyczne badania zwyczajów seksualnych, ustalił, że spora część społeczeństwa to nie są ani czyści hetero, ani wyłącznie homoseksualni. To zmieszani, seksualnie podwójni.

Zobacz powiekszenie
Okładka ''Polityki'' nr 4
ZOBACZ TAKŻE
Nauka coraz dokładniej przygląda się biseksualistom. Powstają bi organizacje, centra pomocy, czasopisma, filmy, lokale, puby, kluby - co bi dusza zapragnie. W Polsce o nich się nie pisze w prasie, nie prowadzi badań naukowych, nie mają, poza nielicznymi, terapeutów - bi pustynia.

Nie funkcjonują też w przestrzeni publicznej. Nie robią głośnych coming outów, nie pokazuje się ich na billboardach, żeby normalni zobaczyli, że oni też normalni. Granatowy, fiolet i róż - bi kolory nie powiewają na paradach dumy. Idą wepchnięci między gejów i lesbijki. 17-letnia Aleksandra Sowa, biseksualistka z Krakowa, chce to zmienić. Działa w kampanii przeciw homofobii, związana jest z ruchem Zielonych i "Krytyką Polityczną".

Prócz Internetu, który jest ich jedyną ostoją, bi nie mają na zewnątrz niczego dla siebie. Homo ich nie lubią, traktują często tak jak sami są traktowani przez heteroseksualnych. W ogłoszeniach w pismach gejowskich, że ktoś szuka stałego partnera, geje i les często dodają: bi - nie odpowiadać, nieuczciwi i bi - wykluczeni.

Na forum internetowym jedna z bi apeluje do lesbijek: boli mnie, że jestem dla les wredną suką tylko dlatego, że miałam udane związki z mężczyznami. Prawdziwa bowiem les z krwi i kości boi się, że wchodząc w romans z bi zostanie przez nią porzucona dla mężczyzny.

Ta bi może porzucić les nie tylko dla innego, ale i dla innej, lecz zdrada na rzecz chłopa - obcego seksualnie - boli bardziej. Wiele lesbijek uważa zresztą, że bi są takimi samymi les jak one, ale wstydzą się przyznać do swej orientacji i dlatego udają, że z mężczyznami mogą też: czysta obłuda, mówią les.

Niechciani

Dla gejów natomiast mężczyźni bi są często za mało homoseksualni. Mój telefon został przez Ygę Kostrzewę z Lambdy podany na odpowiednich forach z informacją, że piszę tekst o bi. Jeden z nielicznych mężczyzn (kobiet było więcej, mężczyźni mniej chętnie ujawniają swój biseksualizm, twierdzi Ola Sowa) opowiedział mi, że kiedy jego partner, z którym od roku był w udanym związku, dowiedział się, że on czasem sypia także z kobietą, natychmiast wyszedł z mieszkania trzaskając drzwiami i więcej nie zadzwonił.

Bi irytują homoseksualistów także ze względów ideowych. Twierdzą oni, że ich orientacja jest zdeterminowana genetycznie, potwierdzają to zresztą niektórzy naukowcy. Nie można bowiem się jej nauczyć ani z niej wyleczyć. Jest więc czymś stałym, spójnym i zaprogramowanym przez naturę.

Bi ze swą płynnością seksualną psują im ten obraz. Oto wśród bądź co bądź kochających inaczej istnieje grupa, która monolitem nie jest, a wprost przeciwnie, zachowuje się jak na huśtawce, w myśl zasady: w tym jest cały życia smaczek - raz dziewczynka, raz chłopaczek.

Świat heteroseksualnych też biseksów nie lubi, bardziej nawet niż nie lubi czystych gejów, którzy już się opatrzyli, wywalczyli swoje, wiadomo kim są, niech sobie będą. Bi natomiast - ni pies, ni wydra, coś nieokreślonego, hybryda.

Samo istnienie bi budzi niepokój, bo oto okazuje się, że każda tożsamość seksualna może zostać rozszerzona, rozmydlona, nie jest więc dana raz na zawsze.

Bi, choć plasują się w środku między homo i hetero, są podejrzanymi intruzami. Co nie wyklucza, że niejeden z hetero chętnie nawiązałby bliską znajomość z ładną bi, która nadaje się wprost idealnie do trójkącika - tak się o nich myśli.

Aleksandra Sierakowska, autorka pierwszej i chyba jedynej w polskich uczelniach pracy magisterskiej o biseksualistach, napisanej w Uniwersytecie Warszawskim, podaje za trójką sztandarowych badaczy bi w Ameryce: Peterem J. Snyderem, Jamesem Weinrichem i Richardem Pillardem, że połowa przebadanych przez nich bi żyło w małżeństwach. Większość powiedziała o swojej orientacji partnerom, co nie zaszkodziło związkom, ale jeszcze je wzmocniło. W Polsce jeśli bi mówi o sobie, to zwykle bliskiej rodzinie i najlepszym przyjaciołom. Współmałżonkom rzadziej.

Jedna z polskich bi wyznaje na forum internetowym: powiedziałam mężowi, heterykowi, że przed ślubem spałam z kobietami. Ja też, odpowiedział. I w porządku. Zdrada żony z kobietą wydaje się zwykle mężczyznom nieistotna, dziecinna, zabawna, chętnie by sobie nawet popatrzyli. Ta bi z Internetu wyszła za mąż z miłości. Jest z mężem od 12 lat. Nie zdradza go, bo dla niej seks z kobietą to właśnie zdrada. I wyrzeczenie. Bo brak jej tego seksu.

Jeden z bi wyznał, że na studiach poznał geja, chłopaka swego życia. Zamieszkali razem w jego kawalerce po dziadku. Chłopak nie wie o preferencjach kochanka. Z miłości do niego, mówi bi, wyrzekłem się kobiet, choć przeżywam z tego powodu prawdziwe katusze. Narzuciłem sobie półcelibat, na razie się trzymam, ale nie wiem, ile zdołam w tym wytrwać.

Utajnieni

Lecz ujawnienie swego biseksualizmu przed rodziną, a zwłaszcza współmałżonkiem, nie zawsze dobrze się kończy. Nie tylko u nas. William Wedin, psycholog pomagający biseksom w Nowym Jorku, twierdzi, że odkrycie związku męża z innym mężczyzną (a dwie trzecie znanych mu mężczyzn bi było żonatych, głównie z kobietami hetero) rujnuje zwykle małżeństwo.

On czuje się upokorzony, a ona zdradzona, już nawet nie tyle przez fakt, że kochanką jest mężczyzna, ile że mąż w ogóle ma kogoś na boku. Toteż bi decydują się często na życie w dwóch światach. W tym pierwszym świecie, mówi Wedin, bi są statecznymi ojcami rodzin i normalnymi facetami jak ich znajomi i przyjaciele. W drugim w grupie gejowskiej, która nie wie, co w trawie piszczy, uchodzą za gejów. Wszystko podwójne. Chodzą, bywa, nawet do dwóch lekarzy: internisty i wenerologa, a każdy z medyków leczy co innego w jednym z ich światów.

Aleksandra Sierakowska przedstawia w swej pracy magisterskiej sylwetkę bi utajonego. Jest żonaty, myśli już o dzieciach. Żyje im się spokojnie. Ale on od kilku lat ma stałego kochanka. W obu relacjach czuje się szczęśliwy. Nie zrezygnuje z tej drugiej, bo poświęcił na budowanie związku tyle samo czasu i energii co na małżeństwo z żoną. Spotyka się z nim kilka razy w miesiącu. Z mężczyzną łączy go przyjaźń i seks. Z żoną seks jest cokolwiek nudny, ale tworzą rodzinę - na tym polega różnica. Jeśli czuje się w dołku, spotyka się z innymi bi. Poznał ich na szczęście w Internecie. Między swoimi odzyskuje równowagę.

Inny bi z pracy Sierakowskiej jest żonaty od 17 lat. Ma dwoje dzieci. Bardzo dba o to, żeby jego kontakty z mężczyznami się nie wydały. Jest w małżeństwie wierny, nie zdradza przecież żony z kobietami. Spotkania na boku to tylko seks.

Żona zaczyna coś podejrzewać, ale bi będzie się starał utrzymać małżeństwo za wszelką cenę. Jej uczucia są dla niego bardzo ważne, rodzina też. Ale z mężczyzn nie potrafi zrezygnować.

Motyli raj

Andżelika od trzech lat mieszka z chłopakiem, w którym jest poważnie zakochana. Poszli kiedyś razem do klubu. Obok przy stoliku siedziała dziewczyna. I nagle Andżelika poczuła monstrualny, jak mówi, przypływ pożądania. Przeraziła się. Musiała to sprawdzić. Następnego dnia przy stoliku tamtej nie było. Poszła do kawiarni, gdzie bywają lesbijki. Podeszła do niej jakaś inna dziewczyna.

Rozpoznajemy się - mówi Andżelika - przez gesty, spojrzenia, siódmym zmysłem. Z kawiarni biegły do pokoju w jej akademiku bez tchu. Zawdzięcza jej inaugurację w raju pełnym kwiatów, muzyki, śpiewu ptaków. Nigdy dotąd nie doznała w seksie tyle czułości, delikatności, motylich łagodnych dotknięć. Mężczyźni tego nie potrafią. Są chropowaci i pragną dominacji. Ale Andżelika mężczyzn się nie wyrzeknie. Lubi brutalny, mocny seks, a od kobiety tego dostać nie może.

Dla mężczyzn bi seks z kobietą jest, owszem, wspaniały, ale bywa ściśnięty gorsetem. Jedna się wstydzi, druga na coś nie pozwala, albo jej za dużo, albo nie dość czule. Natomiast w seksie z mężczyznami faceci czują się wolni, równi i niczym nieskrępowani. A seks, dla wielu kobiet, bi zresztą też, wydaje się być gorętszy, intensywniejszy i bardziej podniecający. Lecz bi badani przez Snydera, Weinricha i Pillarda mówią, że w sumie trudno jest określić, które z doznań - z mężczyzną czy kobietą - są wspanialsze. Oba, choć inaczej, uzupełniają się jak dwie połówki jabłka. Tylko dwie dają prawdziwe spełnienie.

Nigdy w seksie, pisze w Internecie któraś z bi, nie brakowało mi z kobietą czegoś między nogami, a w seksie z mężczyzną nie żałowałam, że nie jestem kobietą. Idę po prostu do łóżka z osobą, w której właśnie jestem zakochana.

Przerażenie

Skoro seks z bi jest tak wspaniale dwuramienny, bi powinni być ludźmi szczęśliwszymi od jednoramiennych. Tymczasem Amerykanie donoszą, że na 137 przebadanych bi aż 30 proc. myślało o samobójstwie, a połowa więcej niż raz próbowała targnąć się na życie. Bi są ponadto depresyjni i często zapadają na choroby psychiczne.

Suwam się po Kinseyu z góry na dół, pisze polska internautka, i nie mogę dojść z tym do ładu. Na skali Kinseya można próbować ustalić swoje preferencje. Zbudował ją w 1948 r. Za jej pomocą badani Amerykanie punktowali swoje odczucia, zachowania seksualne, a także skłonności do zakochiwania się od 0 do 6 w ramach kategorii: czysty heteryk, czyli 0 na skali, głównie heteryk z małą domieszką homo, głównie heteryk z dużą domieszką homo, po równo homo i hetero, głównie homo z dużą domieszką hetero, głównie homo z małą domieszką hetero i rubryka ostatnia - czysty homo, czyli szóstka na skali. Kinsey uważał, że obie orientacje przenikają się w ludziach i wzajemnie dopełniają.

Martin Weinberg, badacz bi, jest zdania, że w każdym z nas istnieje biologiczny potencjał biseksualności. Co sprawia, że u jednych on się objawia - nagle jak u Andżeliki albo drobnymi krokami w okresie dojrzewania - a u innych pozostaje głuchy? Nie wiadomo. Jak twierdzi Michael Bailey, amerykański socjolog, biseksualizmem rządzą geny. Jeśli odpowiedni czynnik genetyczny jest u kogoś dostatecznie silny, będzie homo. Jeśli mniej silny - wyjdzie bi.

Tak czy owak skala Kinseya nie chroni przed niepewnością, przerażeniem i rozpaczą. Człowiek nie wie, kim jest, uważa się za nienormalnego, nie wie, co ma ze sobą zrobić i jak żyć. Przychodzą do mnie z prośbą o pomoc, mówi Agata Engel-Bernatowicz, autorka książki "Kiedy kobieta kocha kobietę", jedna z nielicznych terapeutek, które się nimi zajmują. Chcą się zdefiniować i umieć siebie polubić.

Na podstawie badań Weinberga, mówi Aleksandra Sierakowska, wiadomo, że na przykład 80 proc. przebadanych bi pogodziło się ze swą seksualnością. Ujawniły ją bez wstydu najbliższym i otoczeniu i nie próbują zmieniać się na siłę, bo wiedzą, że to bezskuteczne. Jeśli nawet nie odbyłyby ani minuty seksu z kobietą, nadal czułyby się bi.

Ale William Wedin, psycholog zajmujący się bi w Nowym Jorku, powiada, że nawet ci już pogodzeni ze sobą, w małżeństwach, z uzupełniającymi związkami z inną płcią, też przechodzą katusze i męki wewnętrzne. Każde bowiem podwójne życie z jego kłamstwami, wybiegami i oszustwem nie przynosi sercu spokoju. Tak samo jak sercom heteryków z ich ślubnymi żonami i nieślubnymi na boku.

Dwustuprocentowy

Życie erotyczne bi nie przebiega bujniej tylko dlatego, że mają oni taką orientację. Seksoholików jest wśród nich tylu pewnie co i w całej populacji. Nie żyją, jak się sobie czasem wyobraża, jak piłki pingpongowe przerzucane od jednej krawędzi stołu do drugiej. Większość zresztą nie odczuwa identycznego pociągu do obu płci, jedna zwykle stale lub okresowo przeważa.

Czasem mam ochotę dotknąć czyjejś opalonej skóry, pogładzić delikatne lub szorstkie włosy, wpatrzeć się w określony uśmiech, kształt oczu, który chodzi za mną jak uparta melodia gdzieś zasłyszana - mówi jedna z dziewczyn. I nie ma znaczenia, czy te oczy czy włosy będą należały do mężczyzny czy kobiety, w których można się zakochać. Oni nie zakochują się w płci, mówi Agata Engel-Bernatowicz. Zakochują się w człowieku, w konkretnej osobie.

Uważają się często, jak zaobserwował William Wedin, za wrażliwszych od hetero i od homo kochanków, biegłych w ars amandi i zdolnych jednocześnie do głębokiej intymności. Jest w tym ziarno prawdy - twierdzi Wedin. Biseksualizm uczy patrzenia na rzeczywistość z różnych perspektyw. Wieloznaczność, niespójność, rozedrganie, które bywają przekleństwem ich życia, sprzyjają odrzucaniu rutyny i sztywnych wyborów także poza sferą erotyki. Odmawiam przyklejania mi etykietki. One są dobre na produktach spożywczych, mówi jeden z amerykańskich bi. Wielu twierdzi, że czują się przez swą tożsamość wzbogaceni, mogą bowiem czerpać z obu światów - homo i hetero. Jestem dwustuprocentowy, mówi inny amerykański bi.

Laurence Olivier, Cary Grant, Eleanor Roosevelt, Marlena Dietrich, Madonna, Britney Spears - mieli romanse i z kobietami, i z mężczyznami. Może zrobili to z ciekawości znudzeni łatwym dostępem do płci przeciwnej, każdy nadmiar wreszcie nuży. Możliwe też, że na skali Kinseya było im bliżej do hetero z małą domieszką homo niż do hetero czystego jak łza. A może byli po prostu biseksualni - pół na pół.

Robią to w końcu dwuramienne miliony ludzi na bożym świecie. I dobrze. Bo - jak mawiał stary Kinsey - jedynym nienaturalnym aktem seksualnym jest ten, którego odbyć nie jesteśmy w stanie.

Najnowszy numer ''Polityki'' - spis treści