piątek, 14 marca 2008

'Super Express' zmniejszył piersi Domachowskiej

11.03.200809:33
.

'Nie tylko sukcesy ma ostatnio mniejsze niż kiedyś' - tak rozpoczyna się wczorajszy, przenikliwy tekst analityczny wiodącej gazety plotkarskiej w kraju, dowodzący, że Domachowska zmniejszyła sobie to, co zawsze miała duże. Później 'Super Express' przyznaje, że zmniejszone piersi Marty dostrzegł już na Australian Open, czyli najbardziej udanym turnieju w jej karierze, a przy okazji turnieju, podczas którego zachwycaliśmy się jej dorodną sylwetką. Czy można zatem wierzyć w siłę argumentacyjną dziennikarzy, którzy nie potrafią obsługiwać Wikipedii i wyszukiwarki zdjęć Google?

'Fani pięknej tenisistki zastanawiają się, czy to możliwe, żeby Domachowska przeprowadziła operację zmniejszenia biustu' - gazeta nie daje za wygraną. Nie dość, że nie potrafią obsługiwać wyszukiwarki zdjęć, to jeszcze wciągają w tę awanturę innych fanów tenisistki. Kompromitacja sięga dna, gdy okazuje się, że 'Super Express', słynący z przestrzegania etyki dziennikarskiej, zapytał Martę wprost o jej zmniejszone cycki. Ta oczywiście zaprzeczyła, a gazeta uznała to za dowód zbrodni. Pod zdjęciem Marty w czarnym stroju (wiadomo że czarny wyszczupla) napisano 'Dziś biust Marty Domachowskiej (22 l.) jest wyraźnie mniejszy, ale tenisistka zaprzecza, że zrobiła operację zmniejszania piersi". A świstak siedzi i zawija je w te sreberka.

Jeśli ktoś nie wie, co to są piersi Domachowskiej (to prawda, nie ma jeszcze takiego hasła na Wiki), przypominam, że jest to jeden z siedmiu cudów świata, największy po Piramidzie Cheopsa i nic w tym względzie się nie zmieniło. Pod spodem publikuję kilka zdjęć z rzekomo chudego okresu w karierze Marty.

skeski

Cimoszewicz: Wróciłem przez Kaczyńskich


Cimoszewicz: Wracam do polityki przez Kaczyńskich

"Mój powrót do polityki jest w znacznej mierze przypadkowy. Gdyby nie Kaczyńscy, nie wróciłbym. Ich rządy były jedną wielką katastrofą i czułem, że mam moralny obowiązek zrobienia wszystkiego, by ich odsunąć" - zdradza w "Fakcie" Włodzimierz Cimoszewicz. Dodaje też, że nie wystartuje w wyborach prezydenckich.

Premier właśnie odwiedził USA. Jak ocenia pan nasze wzajemne stosunki?

- Ocena ogólna jest dobra, ale niepokoi mnie narastająca niechęć opinii publicznej do USA.

Dziwi to pana?

- Nie. To skutek amerykańskich błędów, np. tego, że wszyscy dookoła są zwalniani z obowiązku wizowego, a najbardziej proamerykańscy Polacy - nie. To także pośredni efekt przynależności do UE - sprawy europejskie stały się nam bliższe. Nasze interesy dotyczące bezpieczeństwa jeszcze długo będą się jednak wiązały z zaangażowaniem USA w bezpieczeństwo europejskie. Pamiętajmy, że jest to relacja supermocarstwa i państwa średniej wielkości w Europie. Mimo to nie pozwólmy na zbytni paternalizm wobec nas, mając świadomość, że nam na bliskości z USA zależy bardziej niż im - z nami.

Jak ocenia pan politykę zagraniczną rządu?

- Na tle katastrofy rządów PiS fakt, że obecny rząd deklaruje otwartość, jest dobrą zmianą. Jednak brakuje jeszcze klarownej koncepcji.

A co ocenia pan negatywnie?

- Rząd popełnił błąd, uznając niepodległość Kosowa tak szybko. Oznacza to zerwanie z powojenną tradycją respektowania integralności terytorialnej państw jako zasady nadrzędnej w Europie. Podjęcie decyzji po kilku miesiącach nie byłoby niewłaściwe. Kosowu można było zaoferować praktyczną pomoc i przedstawić oczekiwania co do poszanowania praw i wolności obywatelskich. Gdyby okazało się, że Kosowo przestrzega standardów, można byłoby przekonać polityków serbskich, żeby przyjęli rzeczywistość do wiadomości.

A jak ocenia pan politykę wobec Ukrainy?

- Trudno oczekiwać, by nasze stosunki były tak intensywne, jak w czasie pomarańczowej rewolucji. Ukraińcy czasem sami utrudniają pomaganie im. Dorobek pomarańczowej rewolucji w dużym stopniu roztrwonili jej bohaterowie. Nie zrozumieli wartości mitu, który stworzyli. Temperatura naszych wzajemnych stosunków obniża się od czasu przejęcia władzy przez PiS. Już wtedy Ukraińcy wskazywali, że bardziej im zależy na tym, by ich aspiracje europejskie reprezentowały inne państwa, np. Niemcy.

Może dlatego premier Tusk dotychczas nie odwiedził Ukrainy?

- To zdumiewające, że do tej pory nie odwiedził Kijowa.

Może Tusk chce pokazać Ukrainie "miejsce w szeregu"?

- To byłoby sprzeczne z polskimi interesami. Odpychanie Ukrainy od Polski jest bez sensu.

Jak pan ocenia dziś Radka Sikorskiego? Jako szef MSZ zablokował pan jego wyjazd do Brukseli.

- Radek Sikorski jest znacznie lepiej przygotowany do kierowania dyplomacją niż jego poprzedniczka. A nie dostał wtedy nominacji ambasadorskiej nie dlatego, że różniliśmy się politycznie, a dlatego, że miał podwójne obywatelstwo, co w moim przekonaniu uniemożliwiało zajmowanie pewnych stanowisk w państwie.

Przejdźmy do spraw krajowych. Z czego wynika słabość lewicy?

- Lewica straciła poparcie przez własne błędy - m.in. nie zablokowała napływu nieuczciwych karierowiczów, którzy tonąc, pociągnęli ją za sobą. Partia rządząca takie nieprawidłowości musi wypalać żelazem. Było też sporo pewności siebie i przekonania, że nas „gniew ludu” nie dotknie. Kolejną przyczyną były nieuchronne, a jednocześnie bolesne, decyzje, które lewica musiała podjąć. Odziedziczyła po prawicy zrujnowany budżet i dlatego lewicowy rząd, od którego oczekiwano, że będzie kanapki smarował marmoladą, musiał kanapki odbierać! Niestety szukano też głupich oszczędności: na barach mlecznych czy ulgowych przejazdach dla studentów, za które zapłacono straszną cenę polityczną.

A dlaczego lewica nie odbudowała poparcia?

- Przez długi czas unikano poważnej analizy przyczyn porażki. Nie przeprowadzono głębszych zmian personalnych. Zmieniło się wąskie kierownictwo, przyszli młodzi. To było dobre z punktu widzenia symboliki, jednak nie przeniosło się w tzw. teren. Po drugie lewica nadal, niestety, ma kłopot z określeniem czym jest i czego chce. To środowisko nigdy nie było szczególnie zideologizowane, raczej pragmatyczne. Nie przypominam sobie poważnych debat ideowych na temat tego, kim jesteśmy. Poziom samoświadomości jest więc niski, co skutkuje pomysłami od lewactwa po poparcie podatku liniowego. A brak określonej tożsamości utrudnia lewicy komunikowanie się ze społeczeństwem i przekonanie go, że warto ją poprzeć. Wreszcie przez dwa lata rządów PiS za mało było konsekwentnej i pogłębionej krytyki władzy.

Utracono szansę na bycie wiarygodną alternatywą dla PiS i oddano pole PO?

- Dokładnie. To paradoks, że politycy prawicowej PO, którzy u jej zarania byli grupką oportunistów uciekających z tonących okrętów – AWS i UW, raptem stali się najbardziej wiarygodną alternatywą wobec rządu prawicowego PiS, bo lewica nie była wiarygodną konkurencją.

A jak pan by określił tożsamość lewicy?

- Nie mają racji ci, którzy szermują hasłami "prawdziwej lewicowości". Nie rozumieją co się dzieje z polskim społeczeństwem. A jest ono zupełnie inne niż 15-20 lat temu. Zwłaszcza młode pokolenie, które bardziej wierzy w siebie, rozumie znaczenie ryzyka, nie boi się świata. Ma większy poziom indywidualizmu niż kolektywizmu czy etatyzmu. Jeżeli ktoś wpycha lewicę w walkę z kościołem czy postuluje zajmowanie się tylko przegranymi, ten chce, by stała się ugrupowaniem niszowym. Taka lewica, przy naszej dosyć wymagającej ordynacji wyborczej, może po prostu nie przejść progu. Skrajne partie nie posiadają też zdolności koalicyjnej.

Więc co pan proponuje?

- Zachęcałbym centrum i lewicę do myślenia o ofercie dla tych Polaków, o których mówiłem. Nie oznacza to odwrócenia się plecami do potrzebujących. O nich trzeba pamiętać, ale też bez złudzeń. Nie należy walczyć z radykalizmem prawicowym za pomocą radykalizmu lewicowego.

Czyli odrzuca pan np. radykalne propozycje środowiska skupionego wokół "Krytyki Politycznej".

- Nie ma polityki bez idei, ale polityka różni się od ideologii. Ideolog może sobie żyć w wymyślonym świecie, nawet jeżeli nikt go nie popiera. A polityk - jeżeli nie będzie go popierało w polskich warunkach 30–40 proc. wyborców, niczego nie zdziała. Jednak to bardzo dobrze, że są tacy młodzi ludzie – doskonale wykształceni, mający coś do powiedzenia. Byłoby świetnie dla lewicy, gdyby istniało kilka podobnych, konkurujących ośrodków.

Czy koncepcja LiD powinna być utrzymana?

- Zawiązanie LiD było słuszne. Chociaż jego taktyczny charakter, czyli oparcie się na zasadzie "w kupie raźniej" okazało się mało przekonujące dla wyborców. Warto byłoby zastanowić się np. nad nazwą, bo ma ona symboliczne znaczenie. Nazwa LiD niesie komunikat, że mamy do czynienia z mechanicznym zlepieniem różnych środowisk. Brakuje mi też zażartych debat. I to nie panów przewodniczących, ale ludzi.

Czy wobec tego SLD powinno wyjść z LiD?

- To byłby błąd. Pod tym względem zasadniczo różnię się od wielu innych ludzi na lewicy.

Weźmie pan udział w czerwcowym kongresie SLD?

- Nie wiem. Nie uczestniczę w żadnych spotkaniach od paru lat, m.in. dlatego, że nie jestem zapraszany. Więc nie wiem czy będę zaproszony, ale też nie bardzo wierzę w skuteczność tego typu forów. Tam zawsze sprawy istotne ustępują doraźnym kwestiom, zwłaszcza personalnym, nie ma miejsca dla autentycznej dyskusji.

Jak pan ocenia polityczną inicjatywę Leszka Millera?

- Nam, którzy odgrywaliśmy rolę w tworzeniu lewicy, pewnych rzeczy nie wypada robić. W szczególności takich, które mogą podzielić lewicę. Miller w pewnym momencie osiągnął spektakularny sukces przez wprowadzenie Polski do UE. Być może gdzie indziej postawiono by mu pomnik. A potem wszystko roztrwonił. Jego wstąpienie do partii przestępcy Leppera było szokujące i przekreśliło wizerunek skutecznego polityka.

A jakie są pańskie osobiste plany?

- Mój powrót do polityki jest w dużym stopniu przypadkowy. Gdyby nie Kaczyńscy, nie wróciłbym. Ich rządy były jedną wielką katastrofą i czułem, że mam moralny obowiązek zrobienia wszystkiego, by ich odsunąć. To co mogłem, zrobiłem – nie wpuściłem na jedno z senatorskich miejsc kandydata PiS. To jednak nie jest sygnał głębszego powrotu do polityki. Jestem nią już znużony. Trochę zdemoralizowany, bo jako polityk miałem okazję zajmować się sprawami wyjątkowo ważnymi i niepowtarzalnymi, np. wprowadzaniem Polski do UE. Takie wyzwania już się nie powtórzą.

Czyli wyklucza pan ponowny start w wyborach prezydenckich.

- Tak. Nie będzie do trzech razy sztuka, choć uważam, że jestem do tego świetnie przygotowany dzięki mojemu wykształceniu, doświadczeniu i przemyśleniom. Ale stało się, co się stało.

Do kogo ma pan największy żal o sprawę Jaruckiej?

- To co się wydarzyło 2,5 roku temu było bolesne. Było to coś więcej niż przestępstwo popełnione wobec mnie. Dopuszczono się poważnego wykroczenia przeciw regułom demokracji, a politykom pomagały wtedy wolne media. To nie jedna osoba wpadła na ten pomysł. Nie mam wprawdzie dowodów, ale jestem przekonany, że były to działania grupy ludzi, która postanowiła albo mi zaszkodzić, albo wyeliminować mnie z wyborów prezydenckich.

Jaką grupę ma pan na myśli?

- W sposób zupełnie oczywisty byli w to zaangażowani politycy PO. Nie przekonują mnie publiczne tłumaczenia panów Miodowicza czy Brochwicza. Kilka dni temu dowiedziałem się, że adwokat mojej byłej asystentki mecenas Dubois jest również pełnomocnikiem prawnym PO. Za dużo tu przypadków.

Włodzimierz Cimoszewicz, senator niezależny, b. premier i szef MSZ

Najlepsze laski w NHL

07.03.200811:30

Kibice kochają NHL za sto milionów róznych rzeczy. No dobra, za cztery - bójki, bramki, szybkość gry i marynarki komentatora Dona Cherry`ego. Pobandyci kochają ganianie za krążkiem z jeszcze innego istotnego powodu. Powód ma trzynaście liter i wiele wyśmienitych par piersi. Dla sprytnych nieco inaczej - tak, chodzi o cheerleaderki. Z NHL-owych najlepsze są te z Hurricanes Storm Squad, których prezentacji nie mogło, prędzej czy później, zabraknąć w tym serwisie.

Co prawda nie kibicuję Carolinie, ale mam dla nich dużo sympatii i współczucia. W końcu zapatrzywszy się na takie dziewoje, jakie w teorii mają ich dopingować, łatwo jest ustrzelić niechcący krążkiem kolegę, czy wjechać w bandę, a nawet pod zamboni. Co by jednak nie być gołosłownym (wiecie, GOŁOsłownym) kilka fotek dziewczyn ze Storm Squad.

I co tu dużo dodawać. Po prostu kije hokejowe lizać.

miszeffsky

Załoga "Pogorii" może mieć problemy z powrotem do kraju

Aleksander Daukszewicz, Szymon Gebert, jas, gazeta.pl
2008-03-13, ostatnia aktualizacja 8 minut temu

Około drugiej w nocy polski jacht "Pogoria" staranował izraelską łódź rybacką. Dwóch rybaków zostało rannych w wypadku, a według zeznań polskiej załogi - to Izraelczycy zawinili. Statek wraz z całą załogą 51 osób, w tym 36 licealistów, został zatrzymany przez izraelską prokuraturę w porcie w Hajfie. Załoga może mieć problemy z powrotem do kraju. TVN24 podało, że PZU do 11.00 w piątek ma wypłacić depozyt za "Pogorię".

Zobacz powiekszenie
fot. Roman Jocher / AG
Pogoria na międzynarodowych regatach w Gdyni. 2003 rok.
- Jesteśmy bezpieczni, ale zdenerwowani - mówi radiu TOK FM Wojciech Zientarski, pasażer jachtu "Pogoria" i opiekun grupy 42 polskich uczniów. Załodze zabrano paszporty i mogą mieć problem z powrotem do kraju na święta - Jeśli nie wyjdziemy w morze nie dotrzemy na Sycylię, skąd mamy samolot do Polski - powiedział Zientarski.

- Tuż po wyjściu z portu wpłynęliśmy na nieoświetloną łódź rybacką. "Pogoria" to duży żaglowiec więc kuter został przez nią praktycznie zmieciony - relacjonuje biorący udział w rejsie Paweł Zybert.

Według Zientarskiego polski jacht został staranowany przez izraelską łódź, ale to izraelski rybak odniósł obrażenia. Zaraz po zderzeniu, załoga polskiego jachtu przystąpiła do akcji ratunkowej i nadała komunikat o wypadku. - Spuściliśmy na wodę ponton, rzuciliśmy też na wszelki wypadek koło ratunkowe - tłumaczy Zybert - Nie widzieliśmy tego dokładnie, było zbyt ciemno - dodaje.

Na pokładzie jachtu, oprócz załogi znajduje się 36 uczestników "Szkoły pod Żaglami" - uczniów Autorskiego Liceum Ogólnokształcącego nr 42 w Warszawie.

W południe izraelski sąd, zgodnie z standardową procedurą, zdecydował o zatrzymaniu jachtu w porcie - wraz z załogą. Powodem jest konieczność przedstawienia przez ubezpieczyciela armatora bonu zabezpieczającego, który pokryje koszty ewentualnego odszkodowania. . - W godzinach wieczornych trwały rozmowy rzeczoznawców i adwokatów reprezentujących obie strony w sprawie oszacowania wysokości szkód - powiedział polski konsul w Hajfie, Janusz Połowniak.

Sprawę jednak komplikuje żydowskie święto szabat, z powodu którego izraelskie banki będą nieczynne aż do niedzieli - wtedy z kolei nieczynne będą banki w Polsce. Dlatego załoga nie może liczyć na opuszczenie portu przed poniedziałkiem. - Na pewno nie pozwolą nam stąd wyjść w ciągu najbliższych 48 godzin - twierdzi Zientarski.

Problem polskiej załogi

- Zabrali nam paszporty. Nie możemy wyjść na ląd, bo nie mamy wiz, nie możemy wyjść w wodę, bo statek został zatrzymany - skarżą się uczestnicy rejsu ''Gazecie.pl". Przed północą TVN 24 poinformował, że załoga jachtu dostała przepustki uprawniające do wyjścia na ląd.

Jacht miał opuścić Hajfę i udać się na Sycylię. Płynęliby tam 8 dni, a stamtąd udaliby się samolotem do Wenecji, a stamtąd autokarem do Polski - na święta wielkanocne. Kilkudniowe opóźnienie może uniemożliwić im więc spędzenie świąt w Polsce.

Zdaniem polskiego konsulatu, jeśli załoga ma problemy z zejściem na ląd, to są one przejściowe. Polska i Izrael zawarły bowiem umowę o ruchu bezwizowym. Polacy mają prawo przebywać w Izraelu bez wiz jeśli ich pobyt nie trwa dłużej niż 90 dni.

Konsulat nieoficjalnie potwierdza

Polski konsulat w Izraelu potwierdza relacje załogi - według niego władze portowe nieoficjalnie stają po stronie polskiej załogi, winą za wypadek obciążając izraelskich rybaków. Konsul w Tel-Awiwie uspokaja jednak zapewniając, że procedura zastosowana przez sąd jest standardem przyjętym na całym świecie. Cała nieprzyjemność wynika z opóźnienia ze względu na tryb pracy banków.

Olejniczak: Prezydent przeszedł na stronę ojca dyrektora

rik, PAP
2008-03-13, ostatnia aktualizacja 2008-03-13 17:12

Szef klubu LiD Wojciech Olejniczak powiedział po dzisiejszym spotkaniu z prezydentem Lechem Kaczyńskim, że część posłów PiS poprze ustawę o ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego.

Zobacz powiekszenie
Fot. Małgorzata Kujawka / AG
Wojciech Olejniczak


Jeśli tak się nie stanie (i traktat nie zostanie ratyfikowany), zdaniem Olejniczaka, powinno odbyć się referendum w sprawie ratyfikacji. Olejniczak - jak mówił - liczył, że usłyszy od Lecha Kaczyńskiego jednoznaczne słowa poparcia dla ustawy ratyfikującej Traktat Lizboński. Jego zdaniem, prezydent w tej sprawie przeszedł jednak "na stronę ojca dyrektora".

Jeśli nie parlament to dwudniowe referendum

Jak dodał szef klubu LiD, w sytuacji, kiedy nie będzie można ratyfikować traktatu z Lizbony w parlamencie, nie będzie innego wyjścia jak zorganizować dwudniowe referendum w tej sprawie, z możliwością głosowania przez internet. Olejniczak chciałby też, aby referendum przesądziło o tym, czy w Polsce będzie obowiązywała w całości Karta Praw Podstawowych.

Zdaniem Olejniczaka, nie ma obawy, że frekwencja w referendum będzie zbyt niska, by było ono ważne. - Będzie frekwencja, bo Polacy pójdą i jeszcze raz powiedzą: jesteśmy przeciwko antyeuropejskim politykom i zagłosują również za Unią Europejską. Jestem przekonany, że każdy Polak będzie chciał wziąć udział w tym święcie - podkreślił lider centrolewicy.

Warto powiedzieć 'nie' ojcu dyrektorowi

Olejniczak wierzy jednak, że rządowy projekt ustawy, która upoważnia prezydenta do podpisania Traktatu Lizbońskiego uzyska w Sejmie wymaganą większość głosów. - Warto powiedzieć 'nie' ojcu dyrektorowi. To w perspektywie opłaci się Polakom, nam wszystkim, więc wierzę w to, że nawet jeśli ojciec dyrektor przeforsuje negatywne stanowisko PiS, to znajdzie się tam kilkunastu posłów PiS, którzy zagłosują inaczej - zaznaczył.

Zdaniem polityka, jeśli nowy unijny dokument nie zostanie ratyfikowany w Polsce, nie wejdzie też w życie w całej Europie. - Jestem przekonany, że Polska na taką wpadkę pozwolić sobie nie może - zaznaczył.

Jak podkreślił Olejniczak, nie ratyfikowanie przez Polskę Traktatu będzie miało daleko idące konsekwencje polityczne. - Za fanaberie ojca dyrektora i braci Kaczyńskim zapłacimy my jako społeczeństwo, obywatele Rzeczypospolitej. Wierzę, że do takiej sytuacji jednak nie dojdzie - powiedział.

Piloci CASY nie zdążyli nawet krzyknąć

awe, PAP 2008-03-14

Lotnicy, którzy w styczniu zginęli w katastrofie samolotu CASA, nie mieli świadomości, że za chwilę stracą życie, twierdzi "Super Express", który dotarł do wstępnych ustaleń Komisji Badania Wypadków Lotniczych.
Zobacz powiekszenie
Fot. WOJTEK BASALYGO/SE/EAST NEWS
Zdjęcie z miejsca tragedii - żołnierze przeszukują wrak samolotu
Zapisy czarnej skrzynki nie pozostawiają wątpliwości: ofiary wypadku do samego końca zachowywały się spokojnie. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że lotnicy nie zdążyli nawet krzyknąć.

Komisja ustaliła, że w momencie zderzenia z nasypem kolejowym odłamał się ogon samolotu. Przez powstałą wyrwę w kadłubie wypadły zmasakrowane ciała siedmiu pasażerów, którzy siedzieli w tylnej części maszyny. Ciała członków załogi i pozostałych oficerów spaliły się w przedniej części samolotu. Pasażerów cisnęła tam zabójcza siła, gdy mknący z prędkością 200 km/h samolot uderzył w ziemię.

Z ustaleń komisji wynika, że pilot CASY, podchodząc do lądowania, złamał ustalone w przepisach procedury.

Oficjalny raport dotyczący przyczyn katastrofy, w której zginęło 20 lotników, może zostać przedstawiony już na przełomie marca i kwietnia, twierdzi rzecznik Dowództwa Sił Powietrznych ppłk Wiesław Grzegorzewski.

Doda spotyka się ze śląskim gangsterem

Marcin Pietraszewski
2008-03-14, ostatnia aktualizacja 24 minuty temu

Kilkanaście dni temu kontrowersyjna piosenkarka dwa razy odwiedziła w katowickim areszcie skazanego na osiem lat więzienia członka gangu "Krakowiaka". Jej pojawienie się zelektryzowało więźniów.

Zobacz powiekszenie
Fot. GRZEGORZ CELEJEWSKI / AG
Piosenkarka dwa razy odwiedziła w katowickim areszcie skazanego w lutym na osiem lat więzienia członka gangu "Krakowiaka"
Przygotowująca się do koncertu na Stadionie Śląskim (2 marca przed meczem Ruch Chorzów-Górnik Zabrze) Dorota Rabczewska zwróciła się do katowickiego sądu o zgodę na widzenia z 33-letnim Sebastianem K. ps. "Młody Krawat", jednym z najbardziej znanych członków śląskiej mafii.

13 lutego "Młody Krawat" został skazany na osiem lat więzienia za udział w zorganizowanej grupie przestępczej o charakterze zbrojnym oraz pomoc w zorganizowaniu zamachu na Wiktora Fiszmana, szefa mafii białoruskiej w Polsce. Sebastian K. miał zrobić rozpoznanie i wskazać zabójcy ofiarę. W efekcie płatny morderca z Sosnowca zastrzelił Białorusina w centrum Szczecina. Sebastian K. ma też sprawę za kradzieże samochodów.

- Piosenkarka otrzymała zgodę na dwa spotkania z nim - potwierdza sędzia Hanna Szydziak, rzeczniczka prasowa Sądu Okręgowego w Katowicach.

Doda rozmawiała z gangsterem w sali widzeń katowickiego aresztu. Jej pojawienie się wprawiało w osłupienie innych więźniów, a nawet strażników. - Nie było jednak żadnej taryfy ulgowej - zastrzega major Marian Stoszek, zastępca dyrektora aresztu. Piosenkarka tak jak narzeczone mafiosów musiała zostawić w depozycie komórkę, wykrywaczem metalu sprawdzono też, czy nie wnosi do środka niebezpiecznych przedmiotów.

Po wizytach Dody Sebastian K. stał się niekwestionowaną gwiazdą aresztu. - Osadzeni zazdroszczą mu znajomości z piosenkarką, bo prawie w każdej celi można znaleźć gazety z jej zdjęciami - przyznaje jeden z oficerów służby więziennej.

Dlaczego Doda odwiedzała w areszcie śląskiego gangstera? Nie wiadomo. Maja Sablewska, menedżer piosenkarki, nie odpowiedziała na nasze pytania. - Odwiedzamy różne miejsca, jak hospicja czy domy dziecka - tłumaczyła.

Prokuratorzy i oficerowie CBŚ, którzy rozbili gang "Krakowiaka", podejrzewają, że "Młody Krawat" mógł poznać piosenkarkę w Szczecinie. Doda przez jakiś czas tam mieszkała, a gangster prowadził interesy. Policja zatrzymała go na przejściu granicznym w Świnoujściu, kiedy próbował wyjechać z Polski.

Kim jest Sebastian K. pseudonim "Młody Krawat"?

Sebastian K. jest jedną z najbardziej barwnych postaci śląskiej mafii. Spośród innych gangsterów wyróżnia się markowymi ubraniami oraz starannie ułożonymi włosami. Zasłynął z tego, że siedząc w katowickim areszcie, domagał się 10 tysięcy odszkodowania za przewlekłość procesu w sprawie gangu "Krakowiaka". Jego wniosek odrzucono, bo gangster nie chciał wpłacić 100 zł opłaty manipulacyjnej. Twierdził, że nie ma pieniędzy. Rok temu CBŚ badało, czy "Młody Krawat" dostał propozycję zastrzelenia znanego katowickiego prokuratora. Sprawę umorzono z braku dowodów.

Za parę miesięcy Sebastian K. będzie mógł się ubiegać o warunkowe zwolnienie z więzienia. Sąd na poczet kary zaliczył mu bowiem prawie czteroletni pobyt w areszcie.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice

Można kwestionować lichwiarskie odsetki

Izabela Lewandowska 12-03-2008, ostatnia aktualizacja 12-03-2008 00:48

Ustalenie w umowie pożyczki odsetek za zwłokę wyższych niż maksymalne jest nieważne. Zamiast lichwiarskich obowiązują wówczas te maksymalne

Z uchwały Sądu Najwyższego z 7 marca 2008 r. wynika, że dłużnik, który zgodził się w umowie pożyczki na lichwiarskie oprocentowanie i w akcie notarialnym dobrowolnie poddał się egzekucji, może bronić się przed ściągnięciem z niego takich odsetek dopiero wówczas, gdy do sprawy już wkroczył lub może wkroczyć komornik (sygn. III CZP 155/07).

Dopiero z klauzulą wykonalności

Pożyczkobiorca nie może podjąć obrony przed lichwą na etapie ubiegania się przez wierzyciela – pożyczkodawcę o nadanie przez sąd takiemu aktowi notarialnemu klauzuli wykonalności. Klauzula taka, którą sąd nadaje po zbadaniu formalnej poprawności wyroku, ugody sądowej, aktu notarialnego z dobrowolnym poddaniem się egzekucji lub innego tytułu egzekucyjnego, jest nieodzownym warunkiem wszczęcia egzekucji komorniczej.

We wskazanej uchwale SN stwierdził, że w postępowaniu o nadanie takiemu aktowi notarialnemu klauzuli wykonalności sąd nie może badać ważności umowy czy innej czynności prawnej objętej tym aktem.

O nadanie klauzuli wykonalności aktowi notarialnemu umowy pożyczki z sierpnia 2006 r. przeciwko małżonkom Jarosławowi i Ewie M. wystąpił Mirosław W., który pożyczył im 18 000 zł. Państwo M. zobowiązali się do zwrócenia jej najpóźniej po upływie miesiąca. Odsetki za ten okres zostały ustalone na 355 zł. W umowie zapisano, że w razie zwłoki w zapłacie pożyczkodawcy będą się należały odsetki w wysokości 15 proc. w skali miesiąca, aż do całkowitej spłaty 18 355 zł.

Dłużnicy – na podstawie art. 777 § 1 pkt 4 kodeksu postępowania cywilnego – dobrowolnie poddali się egzekucji co do należności głównej i odsetek. Ten zapis oznacza, że wierzyciel może przystąpić do przymusowego ściągania należności przez komornika bez wszczynania przeciwko dłużnikowi sprawy, wystarczy uzyskanie w sądzie klauzuli wykonalności.

Małżonkowie W. udzielili pożyczkodawcy zabezpieczenia spłaty w formie hipoteki zwykłej na swojej nieruchomości.

Sąd ogranicza procent

Sąd I instancji postanowieniem z października 2007 r. nadał klauzulę wykonalności aktowi notarialnemu pożyczki. Stwierdził jednak, powołując się na art. 359 § 22 kodeksu cywilnego, że pożyczkobiorcy powinni zapłacić Mirosławowi W. od 18 335 zł odsetki za zwłokę, ale w wysokości odsetek maksymalnych przewidzianych w art. 359 § 21 k.c. Ustalenia dotyczące odsetek w części przekraczającej maksymalne są bowiem nieważne.

W myśl art. 359 § 21 k.c. maksymalna wysokość oprocentowania wynikającego z czynności prawnej, czyli przede wszystkim z umowy, nie może być wyższa niż czterokrotność stopy kredytu lombardowego NBP (obecnie wyższa niż 28 proc. w stosunku rocznym). Z kolei w art. 359 § 2 2 k.c. zapisano, że jeśli wysokość odsetek wynikających z czynności prawnej przekracza wysokość odsetek maksymalnych, należą się te maksymalne.

Mirosław W. złożył zażalenie na postanowienie sądu I instancji. Argumentował, że sąd w postępowaniu o nadanie aktowi notarialnemu klauzuli wykonalności nie jest uprawniony do badania ważności umowy, w tym wypadku wysokości odsetek za zwłokę.

Sąd II instancji uznał, że w kwestii tej powinien wypowiedzieć się SN. Orzecznictwo odnoszące się do niej nie jest bowiem jednolite, a SN nie zajął co do niej stanowiska. W uzasadnieniu pytania prawnego sąd ten przychylał się do poglądu, że także w postępowaniu o nadanie klauzuli wykonalności musi badać ważność zastrzeżenia umownego dotyczącego odsetek. Słowem, sąd nie może przejść do porządku dziennego nad odsetkami lichwiarskimi.

Inne powództwo

Jednakże Sąd Najwyższy tego stanowiska nie zaakceptował. Sędzia Antoni Górski wyjaśnił, że kwestia ważności umowy, w tym zastrzeżenia odsetek wyższych niż maksymalne, może być badana przez sąd, ale nie na etapie postępowania klauzulowego. Temu służy powództwo przeciwegzekucyjne, czyli przewidziane w art. 840 k.p.c. powództwo o pozbawienie tytułu wykonawczego klauzuli wykonalności – w całości lub w części.

Ile maksymalnie

Odsetki maksymalne nie mogą w stosunku rocznym przekraczać czterokrotnej wysokości stopy kredytu lombardowego NBP. Od 30 sierpnia 2007 r. wynoszą 28 proc. Odsetek tych nie można zmienić ani ograniczyć w umowie, także jeśli kontrahenci zadecydowali, że do danej umowy stosuje się prawo obce.

Źródło : Rzeczpospolita

Serbowie zaatakowali budynek ONZ w Mitrovicy

ulast, PAP
2008-03-14, ostatnia aktualizacja 2008-03-14 17:20
Zobacz powiększenie
Przez rozbitą szybę samochodu należącego do ONZ widać wejście do gmachu sądu
Fot. STR REUTERS

Setki rozwścieczonych Serbów wdarły się do budynku sądu ONZ w Kosovskiej Mitrovicy na północy Kosowa i przejęły nad nim kontrolę. Na dachu budynku podniesiono serbską flagę zamiast flagi ONZ. Szef misji ONZ w Kosowie (UNMIK) Joachim Ruecker wydał policji UNMIK polecenie przejęcia budynku.

Zobacz powiekszenie
Fot. STR REUTERS
Samochód sił specjalnych ONZ w samochodzie przed budynkiem sądu ONZ w Mitrovicy na północy Kosowa
Zobacz powiekszenie
Fot. ZVEKI AP
Serbowie wywiesili na balkonie serbskie flagi
ZOBACZ TAKŻE
Rueckner zapewnił, że siły międzynarodowe "nigdy nie dopuszczą do podziału Kosowa", czyli oddzielenia się północnych rejonów, zamieszkanych w większości przez Serbów. Oświadczył, że wydał policji UNMIK polecenie "przywrócenia prawa i porządku na północy (Kosowa) i sprawienia, że sąd będzie ponownie pod kontrolą NZ".

"Ci, którzy uciekli się do przemocy w Kosovskiej Mitrovicy, według UNMIK przekroczyli granicę. To absolutnie niedopuszczalne" - oznajmił. Jak dodał, uczestnicy ataku będą ścigani sądownie. Zaapelował też do władz Serbii, by zapobiegły w przyszłości podobnym incydentom.

Serbowie wdarli się do budynku sądu ONZ

Setki rozwścieczonych Serbów wdarły się do budynku i przejęły nad nim kontrolę. Na dachu sądu podniesiono serbską flagę zamiast flagi ONZ. Według świadków, kilkudziesięciu polskich i ukraińskich policjantów ONZ pełniących służbę przed siedzibą sądu nie stawiało większego oporu. Przejęcie sądu nastąpiło na kilka godzin przed przyjazdem do Kosovskiej Mitrovicy sekretarza generalnego NATO Jaapa de Hoop Scheffera.

Serbowie, którzy stanowią większość mieszkańców Kosovskiej Mitrovicy, protestują przed budynkiem sądu od momentu ogłoszenia niepodległości przez Kosowo 17 lutego, uniemożliwiając sędziom narodowości albańskiej wejście do budynku.

"Wróciliśmy do budynku, który do nas należy i w którym pracowaliśmy do 1999 roku" - powiedział prokurator Milan Bigović. Wśród demonstrantów, którzy przedostali się do budynku, są głównie byli pracownicy sądu, którzy utracili pracę w 1999 r. "Nie mamy nic przeciwko międzynarodowym sędziom - powiedział jeden z protestujących. - Chcemy współpracować ze wszystkimi nie-Albańczykami, którzy nie uznają niepodległości Kosowa".

Serbowie w Kosovskiej Mitrovicy usiłują przejąć kontrolę nad instytucjami, które od zakończenia wojny w Kosowie w 1999 roku znajdowały się w gestii ONZ.