poniedziałek, 3 grudnia 2007

Podpis za złotówkę: będą zarzuty wobec Beger

Marcin Kącki, Michał Kopiński
2007-12-03, ostatnia aktualizacja 2007-12-03 18:32

Zobacz powiększenie
Listy z podpisami spalonymi przez Renatę Beger

Prokuratura chce postawić b. posłance Samoobrony zarzuty płacenia za podpisy w kampanii wyborczej - ustalili dziennikarze "Gazety Wyborczej". - Beger grozi 10 tys. zł grzywny. Transakcję posłanki "GW" ujawniła tuż przed wyborami.

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Surdziel /AG
Choć Renata Beger zbierała podpisy do ostatniej chwili,wymaganych 5 tys. nie uzbierała
ZOBACZ TAKŻE
POSŁUCHAJ
Dwa miesiące temu posłanka Renata Beger przyszła do mieszkania swojej pełnomocniczki partyjnej w Szamotułach, Renaty Jankowiak. I zażądała podpisów pod listami poparcia do Sejmu dla niej i kandydata na senatora.

Dziennikarze "GW" nagrali tę scenę kamerą wideo. Na filmie widać, jak Beger płaci kobiecie zł 240 zł za tyle samo podpisów. Pełnomocniczka - Renata Jankowiak - uprzedziła posłankę, że wśród podpisów są również "kombinowane". To były listy z podpisami, które spreparowali dziennikarze.

Ale Beger odpowiada tylko: - Dobrze, dobrze. I kupuje wszystko.

Ale i to ją nie zadowoliło, bo potrzebowała więcej podpisów. Podwyższyła więc stawkę do 3 zł. - Ile pani uzbiera, od kogo, to mnie nie interesuje. Jak, to mnie gówno obchodzi - mówiła do Jankowiak.

Po tym, jak ujawniliśmy nagranie, Renata Beger zaprzeczyła, że kupowała podpisy. Przekonywała, że płaciła za paliwo, a całą sprawę określiła jako prowokację.

- Renata Beger złamała art. 141 ordynacji wyborczej, który zakazuje płacenia za podpisy pod listami poparcia dla kandydatów na posłów i senatorów. I takie zarzuty będzie miała postawione posłanka - mówi nam informator. A z zarzutu wynika, że posłance grozi 10 tys. zł grzywny.

Prokuratura czeka jeszcze na opinię biegłego, który ocenia materiał wideo. Jednak kilku przesłuchanych świadków już potwierdziło, że posłanka dawała lub obiecywała pieniądze za podpisy.



Szef prokuratury szamotulskiej Paweł Gryziecki nie chciał tego komentować: - Nie potwierdzam, nie zaprzeczam. Najpierw wezwiemy panią Beger na przesłuchanie i od nas dowie się jaka jest decyzja.

Prokuratura rozpatrywała również wątek preparowania list przez dziennikarzy. Ale nieoficjalnie wiemy, że uznała to za "działanie w słusznym interesie społecznym".

A jak Beger komentuje informacje o zarzutach?

- W ogóle nie będę tego komentowała - kwituje.

"Gazeta": - Ostatnio nie stawiła się pani w sądzie, tłumacząc się kłopotami z kręgosłupem. Do prokuratury się pani stawi?

- Nie dostałam jeszcze wezwania. Ale stawię się.

W ub. roku Beger została skazana za fałszerstwa wyborcze na 2 lata więzienia w zawieszeniu na 5 oraz 30 tys. zł grzywny. W tym roku sąd uchylił jednak ten wyrok ze względów formalnych. Proces miał ruszyć tydzień temu, ale posłanka nie przyszła, skarżąc się na chorobę kręgosłupa.

Wszyscy Stirlitze polskiej piłki

zczuba
2007-12-03, ostatnia aktualizacja 2007-12-03 09:56

Za nami losowanie Euro 2008, ale postanowiliśmy powrócić jeszcze na chwilę do losowania eliminacji MŚ 2010. Choć kraje z którymi przyjdzie nam rywalizować nie są wcale odległe, a już na pewno nie egzotyczne piłkarsko, to polscy zawodnicy bardzo rzadko w ostatnich latach decydowali się na grę w lidze czeskiej, słowackiej, słoweńskiej czy irlandzkiej z północy. W dodatku ci, którzy tam już są/byli nie wybierali klubów w których znacząco można podnieść poziom rzemiosła piłkarskiego. Nasz wniosek? To są nasi piłkarscy szpiedzy!

To nie jest tak, że my naszych Stirlitzów dekonspirujemy - po prostu uprzedzamy fakty, bo gdy będą zbliżać się mecze z danym rywalem i tak każda gazeta zamieści z nimi wywiad.

Najwięcej (choć i tak mało) mamy swoich ludzi w Czechach. Poza tym, który jest dość znanym ligowcem i przede wszystkim Bratem Swojego Brata, to pozostałe nazwiska na kolana nie rzucają.

ZawodnikKlubSezon(y)
Arkadiusz KostempskiKarvina1996/97
Tomasz SosnaKarvina1997-98
Marek GandziałowskiTatran Warex Postorna (II liga)2000/01
Marcin PontusBanik Ostrawa (juniorzy)2001/02
Michał KurzejaTJ Trilec (III liga)2002/03
Marek ChrobakSparta Praga rezerwy2003/04
Dariusz DudekFK Vitkovice Ostrawajesień 2005
Marek KowalczykSK Hradec Kralove2005/06
Dawid BanaczekSigma Ołomuniec2007/08

Grunt, że mamy informacje z największych ośrodków piłkarskich - Pragi, Ostrawy i Ołomuńca. W tym ostatnim mieście gra obecnie Dawid Banaczek. Jego bilans w tym sezonie to 4 (wszystkie niepełne) mecze - ma więc sporo czasu na robienie notatek i dokonywanie obserwacji...

Obok Czech leży Słowacja. Mamy tam obecnie 3 przedstawicieli, grających w II-ligowym HFC Humenne, ale za to jakich! To bracia Pyrka: Daniel, Mateusz oraz Michał. Daniel i Mateusz to bliźniacy, co doskonale przyczyniło się do wyprowadzenia w pole próbujących wyśledzić naszych szpiegów służb. Nie udało nam się znaleźć zdjęcia braci Pyrka, mamy tylko zdjęcie Braci Be, z którymi nie wiedzieć czemu nam się oni kojarzą.



Słowacja niektórym się myli ze Słowenią, przejdźmy więc do naszych rodaków w tym kraju. Przez przypadek czy nie, trafiło tam w ostatnich latach dwóch, (jak rozumiemy celowo) mało rozpoznawalnych graczy. W sezonie 2002/2003 w III-ligowym Svätze Kniz występował niejaki Konrad Dębogórski. Google nie wyrzucają w wynikach piłkarza o takim nazwisku, co świetnie świadczy o zakonspirowaniu agenta Konrada. Z kolei obecnie grający w NK Drava Ptuj (wcześniej w Nadnarwiance Pułtusk) Mariusz Soska jest podporą swojej drużyny i w porównaniu do wcześniej wymienionych, mógł z bliska (czyli z boiska) przyjrzeć się słoweńskiej piłce.

I trzech naszych ludzi w Irlandii Północnej:

Tomasz Grzegorczyk w poprzednim sezonie był podstawowym zawodnikiem Larne FC (22 mecze - 4 gole)



Łukasz Adamczyk jest w kadrze Glentoran FC



A najdłużej na placówce przebywa nasz agent z Ełku - Sławomir Kleczkowski, od sezonu 2004/05 w Portstewart FC.

Na koniec, nasz ulubiony dowcip o Stirlitzu, wzorze dla naszych dzielnych szpiegów:

Hitler i Bormann stoją przed mapą i planują ważną akcję. Wchodzi Stirlitz z pomarańczami, wyciąga aparat fotograficzny, robi zdjęcia mapy i wychodzi. Hitler zdziwiony pyta Bormanna:

- Kto to był?

- Stirlitz, radziecki szpieg.

- Czemu go nie aresztujesz?

- Nie ma sensu. Znów się wykręci. Powie, że przyniósł pomarańcze.

Lech Kaczyński: Spotykałem się z Sikorskim przy dobrym winie

man
2007-12-03, ostatnia aktualizacja 39 minut temu
Zobacz powiększenie
Prezydent Lech Kaczyński we "Wprost": Tuskowi na dodatek Doda śpiewa o miłości
fot. Adam Kozak / AG

W ocenie prezydenta Lecha Kaczyńskiego - obecny szef MSZ Radosław Sikorski już jako minister w rządzie PiS "postępował bardzo nieroztropnie". - Moich zastrzeżeń do Radka Sikorskiego nie można sprowadzić do konfliktu personalnego. W przeszłości nasze relacje były bardzo dobre. Spotykaliśmy się nawet półprywatnie w obecności żon, rzeczywiście przy dobrym winie - zaznacza prezydent w wywiadzie dla "Wprost".

Lech Kaczyński zastrzegł, że współpraca z szefem polskiej dyplomacji jest jednak jego "konstytucyjnym obowiązkiem". Jednocześnie podkreślił, że ma zastrzeżenia do Radosława Sikorskiego, które przekazał premierowi Donaldowi Tuskowi. - Odniosłem wrażenie, że w pierwszej chwili sprawa wywarła na nim (Tusku- przyp. red.) duże wrażenie. Dopiero po konsultacji ze swoim otoczeniem Tusk zaczął bagatelizować problem - zaznaczył w rozmowie z tygodnikiem. Prezydent dodał przy tym, że czasem odnosi wrażenie, iż "jest dwóch Tusków, chociaż premier nie ma brata bliźniaka". - On się zupełnie inaczej zachowuje, kiedy rozmawia ze mną sam na sam, a zupełnie inaczej, gdy jest po spotkaniu ze swoim "komitetem konsultacyjnym" - powiedział Lech Kaczyński.

Ćwiąkalski i Klich na cenzurowanym u prezydenta

Prezydent ma też zastrzeżenia do innych ministrów z gabinetu Tuska. - Osobiście nie mam nic do prof. Zbigniewa Ćwiąkalskiego, jego nominacji trudno jednak nie potraktować w kategoriach symbolicznych. Jeśli ministrem sprawiedliwości zostaje adwokat, który bronił Henryka Stokłosy i pisał pozytywną ekspertyzę dla Ryszarda Krauzego, to przesłanie jest jasne: walka z korupcją i przestępczością kryminalną zostanie bardzo ograniczona - zauważył.

Lech Kaczyński ma też żal do szefa MON Bogdana Klicha. - Nie mam precyzyjnej oceny Bogdana Klicha. Żałuję, że autorytatywnie wypowiadał się o takich sprawach, jak zniesienie poboru czy wycofanie polskich wojsk z Iraku, a nawet ze mną na ten temat nie porozmawiał, choć jestem konstytucyjnym zwierzchnikiem sił zbrojnych - wyjaśnił w rozmowie z dziennikarzami "Wprost". Prezydent na pytanie, czy oczekuje, że minister Klich będzie konsultował z nim wszystkie swoje wypowiedzi, odparł - "Oczywiście, że nie". Dodał jednak, że "obronność, podobnie jak sprawy zagraniczne, to sfera kondominialna, w której konstytucja wymaga współdziałania rządu i prezydenta". - W czasach premiera Jerzego Buzka obie te sfery były przedmiotem bardzo obszernej i szczegółowej korespondencji i wymiany opinii z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim. Ja oczekuję tego samego. Tymczasem Bogdan Klich od zaprzysiężenia rządu nawet się do mnie nie odezwał - zaznaczył. Lech Kaczyński przyznał, że w końcu się jednak spotkał z szefem MON, ale - jak zaznaczył było to na jego wyraźne życzenie. - Obawiam się, że nie wróży to najlepiej naszej współpracy - ocenił.

Schetynów Dwóch i sympatyczna minister edukacji

Prezydent ma jednak dobre zdanie o minister nauki i szkolnictwa wyższego - Barbarze Kudryckiej, a także jej koleżance z rządu - szefowej MEN Katarzynie Hall. - Miałem kiedyś okazję poznać panią minister Barbarę Kudrycką i zrobiła na mnie jak najlepsze wrażenie. Znam też od sympatycznej strony panią minister edukacji, ale jest to bardziej znajomość towarzyska, jako żony Aleksandra Halla - przyznał. Ponadto Lech Kaczyński ma ambiwalentny stosunek do wicepremiera Grzegorza Schetyny. - Mam wrażenie, że Schetynów, podobnie jak Tusków, też jest dwóch. Jeden to sympatyczny człowiek, z którym się przyjemnie rozmawia. Drugi wyznaje zasadę, że polityka to bezwzględna gra, w której padają ofiary i nie stosuje się żadnych reguł. Tego pierwszego lubię - wyjaśnił.

Tusk warunki do rządzenia ma jak w niebie

Na prezydencie Lechu Kaczyńskim nie robią wrażenia obecne sondaże, które pokazują, iż nie miałby on szans z Donaldem Tuskiem w kolejnych wyborach prezydenckich. - Nie przywiązuje specjalnej wagi do sondaży przeprowadzanych trzy lata przed wyborami, choć wcale nie twierdzę, że na pewno będzie dobrze - powiedział w rozmowie z "Wprost". - Nie chcę popełnić błędu, który dwa lata temu popełnili premier z Krakowa i prezydent Tusk - dodał.

Lech Kaczyński przyznaje jednak, że wysokie poparcie dla Platformy Obywatelskiej może się utrzymać. - Jeśli wysoka koniunktura gospodarcza będzie nadal trwała to poparcie może się utrzymać na dość wysokim poziomie - powiedział prezydent. - Z drugiej strony nadzieje społeczne zostały rozbudzone w nieprawdopodobnym stopniu. Pytanie, co będzie, gdy po kilku miesiącach ludzie się zorientują, że wbrew zapowiedziom nie żyją w Irlandii i że nie rządzi nimi miłość - dodał.

- Jedno jest pewne: Donald Tusk dostał warunki do rządzenia jak w niebie. Ma koalicjanta, o którym marzył, dziedziczy bardzo wysoki wzrost gospodarczy i jest noszony na rękach przez media. A jeszcze na dodatek Doda śpiewa mu o miłości! - ocenił na zakończenie wywiadu Lech Kaczyński.

Inne fragmenty wywiadu Lecha Kaczyńskiego dla "Wprost" zamieściliśmy wcześniej. Prezydent wyliczał przyczyny porażki PiS, a także mówił o tym, że IV RP nigdy nie powstała oraz wyzwał do dokonania czystek w PiS

Szybkie sądy do kasacji

autor: GRAŻYNA ZAWADKA, BKW, KAROLINA KOMAR, TK, mz, 2007-12-02, Ostatnia aktualizacja: 2007-12-02
Rezygnacja z przymusowego zatrzymania sprawcy na 48 godzin, z dowożenia go przez policję do izby wytrzeźwień, do prokuratury i sądu. Te zmiany chce wprowadzić nowy szef resortu sprawiedliwości.

Sądy 24-godzinne nie sprawdziły się. Stają przed nimi w przeważającej większości pijani kierowcy. Sama obrona z urzędu, jak wynika z danych za sześć miesięcy kosztowała 10 mln zł – mówi ŻW minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski.
Co proponuje w zamian? Postępowanie przyspieszone, które kosztuje mniej, a wyrok na drobnego przestępcę również zapada w krótkim czasie: od dwóch tygodni do trzech miesięcy.

27 tys., zamiast 100 tys.

Szybkie sądy miały być batem na chuliganów i stadionowych zadymiarzy złapanych na gorącym uczynku. Kiedy w marcu wchodziły w życie, plany były ambitne. Ale bilans jest skromny.
– Z danych za osiem miesięcy wynika, że w sądach 24-godzinnych w całym kraju rozpoznano ok. 27 tys. spraw i skazano 25 tys posób. Według szacunków, rocznie miało ich być ponad sto tysięcy – mówi minister Ćwiąkalski.
Do października do sądów okręgu warszawskiego wpłynęły 993 wnioski wobec 1032 oskarżonych. Jak w całym kraju, głównymi „klientami” byli nietrzeźwi kierujący. To ich dotyczy 86 proc. spraw.
– Zaledwie 0,84 setne procenta to przypadki czynów chuligańskich, czyli tych przestępstw, które miały być podstawą działania sądów 24-godzinnych – podaje minister.
To kolejny argument na niekorzyść szybkich sądów.

Szybko, ale za drogo

Obecnie pijany kierowca jest obowiązkowo zatrzymywany na 48 godzin. Policja funduje mu dowóz do aresztu, lub częściej do izby wytrzeźwień, do prokuratury i sądu. Pilnuje go aż do chwili gdy sąd wyda wyrok. Każdemu złapanemu państwo funduje też adwokata płacąc 360 zł. netto za sprawę. Łączne koszty to 10 mln zł.
Wyrok zapada szybko, ale koszty całej operacji są wysokie. M.in. dlatego sędziowie krytykowali 24-godzinne sądy, twierdząc, że to niewypał. – Do pijanego rowerzysty angażowany jest sztab ludzi, a efekt jest niewspółmierny do wagi przestępstwa – mówili. Podobnie uważa obecny szef resortu sprawiedliwości.

Tylko tryb przyspieszony

– Zbędna jest obligatoryjna obrona i przymusowe zatrzymywanie w każdym przypadku potencjalnego przestępcy – wylicza minister Ćwiąkalski i uważa, że wystarczy tryb przyspieszony, który pozwoli szybko, ale taniej, osądzić drobnych przestępców. Pozwala on np. dobrowolnie poddać się karze już przed prokuratorem.
– To są sprawy dowodowo bardzo proste. Te osoby chciałyby się dobrowolnie poddać karze już w postępowaniu przygotowawczym. W trybie sądów 24-godzinnych mogą to zrobić dopiero na sali sądowej – mówi minister.
Rezygnacja z przymusowego zatrzymania na 48 godzin każdego ujętego na gorącym uczynku, a co zatem idzie z jego dowożenia przez policję, oznacza de facto koniec sądów 24-godzinnych w kształcie zaproponowanym przez Zbigniewa Ziobrę.

W jutrzejszym ŻW rozmowa z ministrem sprawiedliwości

***

Ziobro: Szybkie sądy się sprawdziły

Według byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, sądy 24-godzinne zdały egzamin. Teza ta wynika
z raportu, który sporządził, gdy odchodził ze stanowiska.
– Nic tak nie bolało Polaków jak poczucie bezkarności przestępców. Nic tak jak bezkarność nie zachęca przestępców do kolejnych zbrodni – mówił tuż przed wejściem w życie ustawy na specjalnej konferencji w Sądzie Rejonowym dla m.st. Warszawy Zbigniew Ziobro. Według niego, wprowadzenie 24-godzinnych sądów było wówczas jedyną możliwością zaostrzenia walki z przestępczością.
Kilka dni później w wywiadzie dla „Dziennika” podkreślał, że do 24-godzinnych sądów będą trafiać takie sprawy, gdzie sprawca został przyłapany na gorącym uczynku i nie ma wątpliwości, że przestępstwo popełnił. - Jeśli będzie inaczej, sprawa trafi do zwykłego trybu postępowania – tłumaczył.
Sądy miały orzekać w takich sprawach jak: wybryki chuligańskie, zniszczenie mienia, groźby karalne, znieważenie funkcjonariuszy, naruszenie nietykalności cielesnej czy spowodowanie wypadku drogowego pod wpływem alkoholu.
W wydanej kilka dni przed odejściem broszurze Ziobro napisał, że od dnia wejścia ustawy w życie do końca września w trybie przyspieszonym zostało skazanych 30 tysięcy osób. Najczęściej byli to nietrzeźwi kierowcy, chuligani, złodzieje i wandale. Zaledwie kilkanaście osób zostało uniewinnionych.

***

U nas urzędnicy wolą tylko siedzieć za biurkami. A przecież nie na tym polega służba publiczna.
Z Andrzejem Kryże, byłym wiceministrem sprawiedliwości, rozmawia Grażyna Zawadka

Minister Ćwiąkalski uważa, że sądy 24-godzinne nie sprawdziły się i chce zrezygnować z najważniejszych obecnych rozwiązań.
Byłoby szkoda. To prawda, że sądy 24-godzinne rozpoznały dotąd niespełna 30 tys. spraw, ale żadna nowa instytucja na początku nie pracuje na pełnych obrotach. Najważniejszy cel: nieuchronność i szybkość kary został osiągnięty. Jeżeli o 12 procent, jak wynika z danych policji, spadła ilość przestępstw dotyczących prowadzenia pojazdów po pijanemu, to było warto. To iluś osobom uratowało życie.

Szybkie sądy miały załatwiać 100 tys. spraw rocznie. Jest mniej niż jedna trzecia.
Zabrakło moblizacji i zaangażowania głównie ze strony policji. Np. w Warszawie w jednym miesiącu były cztery wnioski, a w Jeleniej Górze 40. A nikt mi nie powie, że w stolicy jest bezpieczniej. Problem w tym, że u nas nikt nie chce wziąć na siebie żadnego dodatkowego obowiązku: ani prokuratorzy, ani adwokaci czy sędziowie.

A wysokie koszty i fakt, że sądy zajmowały się głównie pijanymi kierowcami?
Koszty obrony z urzędu, którą wprowadziliśmy po to, by nikt nam nie zarzucił, że ograniczamy czyjeś prawa, to jedyny dolegliwy wydatek. Przypomnę, że ostatnio chcieliśmy z obligatoryjnej obrony zrezygnować. Wszystkie pozostałe koszty są mniejsze niż w innych postępowaniach. Gdyby policjant sobie policzył, ile razy musi chodzić do sądu, wysyłać wezwania, to doszedłby do wniosku, że to mu się nie opłaca. Co do drugiej kwestii, to nic nie stoi na przeszkodzie, by policja np. drobnych złodziei także stawiała przed sądem 24-godzinnym. Zresztą 6 tys. rozpoznanych spraw dotyczyło innych przestępstw niż jazda w stanie nietrzeźwym.

Czy zatrzymywanie każdego na 48 godzin i zawożenie go m.in. do sądu było konieczne?
Obowiązkowe doprowadzenie w tym trybie to „sól ziemi”. Jeżeli nie będzie obligatoryjne, to ten tryb przestanie istnieć. Chodzi o to, by sprawcę po zatrzymaniu szybko postawić przed sądem. Jeśli się go wypuści, to nie przyjdzie na rozprawę. Tak robi ponad 20 proc. osób, które zostały wezwane.

Nowy minister stawia na tryb przyspieszony.
Tryb przyspieszony umrze śmiercią naturalną, bo oskarżony może go uniknąć w prosty sposób: wystarczy, że nie przyjdzie na rozprawę, bo się rozchoruje. Wtedy sprawa wpadnie w zwykły tryb. Zanim uda się doprowadzić do wyroku, minie 6-7 miesięcy. W Paryżu 40 proc. spraw załatwiają sądy 24-godzinne. U nas urzędnicy chcieliby siedzieć za biurkiem i mieć wygodnie. A nie na tym polega służba publiczna.

***

[Rozmowa]
Z prof. Zbigniewem Hołdą z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, rozmawia Grażyna Zawadka

Te sądy nie zdały egzaminu

Minister sprawiedliwości uważa, że sądy 24-godzinne nie zdały egzaminu. Rozpoznały mało spraw, a w dodatku niemal samych pijanych kierowców.
Zgadzam się z tym , że sądy 24-godzinne nie sprawdziły się. Zresztą od samego początku wskazywałem, że tak właśnie będzie. Rzeczywiście zajmowały się one głównie pijanymi kierowcami i pijanymi rowerzystami, których policja musiała wozić do izby wytrzeźwień i konwojować do prokuratury czy sądu. Do osądzenia nietrzeźwych kierujących zaangażowano środki absolutnie niewspółmierne do wagi przestępstw.

Tryb przyspieszony, na którym chce się skoncentrować nowy minister sprawiedliwości wystarczy?
Sprawcy złapani na gorącym uczynku najczęściej od razu przyznają się do winy i dobrowolnie poddają się karze. To są sprawy proste dowodowo. Moim zdaniem, tryb przyspieszony, który już przecież u nas funkcjonuje, wystarczy.

Sąd 24-godzinny ma na wydanie wyroku dobę. W trybie przyspieszonym trwa to trochę dłużej.
Nie ma wielkiej różnicy. Z badań prof. Waltosia wynika, że w dwóch trzecich spraw karnych, które są w sądach rejonowych wyrok zapada w uproszczonym trybie w podobnym czasie. A kosztuje to mniej.

***


Policja nie chce pijaków
Policjanci, prokuratorzy i sędziowie od dawna mówili, że szybki tryb jest zbyt drogi, a policjanci są zbyt obciążeni, by całą energię koncentrować na stawianiu pijanych kierowców przed 24-godzinnymi sądami.
Udowodnił to przypadek Tomasza Hojarskiego, syna b. posłanki Samoobrony. Złapano go w lipcu, gdy po pijanemu jechał na rowerze. Policjanci nie zdecydowali się na skierowanie sprawy do sądu w trybie przyspieszonym, bo jak tłumaczył ŻW Marek Osik, komendant powiatowy policji w Nowym Dworze Gdańskim, sądy 24-godzinne są dla chuliganów, a nie dla pijanych kierowców.
– Policjanci są bardziej potrzebni na ulicach niż do konwojowania pijanych kierowców – mówił naszym reporterom Osik.