autor: GRAŻYNA ZAWADKA, BKW, KAROLINA KOMAR, TK, mz, 2007-12-02, Ostatnia aktualizacja: 2007-12-02
Sądy 24-godzinne nie sprawdziły się. Stają przed nimi w przeważającej większości pijani kierowcy. Sama obrona z urzędu, jak wynika z danych za sześć miesięcy kosztowała 10 mln zł – mówi ŻW minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski.
Co proponuje w zamian? Postępowanie przyspieszone, które kosztuje mniej, a wyrok na drobnego przestępcę również zapada w krótkim czasie: od dwóch tygodni do trzech miesięcy.
27 tys., zamiast 100 tys.
Szybkie sądy miały być batem na chuliganów i stadionowych zadymiarzy złapanych na gorącym uczynku. Kiedy w marcu wchodziły w życie, plany były ambitne. Ale bilans jest skromny.
– Z danych za osiem miesięcy wynika, że w sądach 24-godzinnych w całym kraju rozpoznano ok. 27 tys. spraw i skazano 25 tys posób. Według szacunków, rocznie miało ich być ponad sto tysięcy – mówi minister Ćwiąkalski.
Do października do sądów okręgu warszawskiego wpłynęły 993 wnioski wobec 1032 oskarżonych. Jak w całym kraju, głównymi „klientami” byli nietrzeźwi kierujący. To ich dotyczy 86 proc. spraw.
– Zaledwie 0,84 setne procenta to przypadki czynów chuligańskich, czyli tych przestępstw, które miały być podstawą działania sądów 24-godzinnych – podaje minister.
To kolejny argument na niekorzyść szybkich sądów.
Szybko, ale za drogo
Obecnie pijany kierowca jest obowiązkowo zatrzymywany na 48 godzin. Policja funduje mu dowóz do aresztu, lub częściej do izby wytrzeźwień, do prokuratury i sądu. Pilnuje go aż do chwili gdy sąd wyda wyrok. Każdemu złapanemu państwo funduje też adwokata płacąc 360 zł. netto za sprawę. Łączne koszty to 10 mln zł.
Wyrok zapada szybko, ale koszty całej operacji są wysokie. M.in. dlatego sędziowie krytykowali 24-godzinne sądy, twierdząc, że to niewypał. – Do pijanego rowerzysty angażowany jest sztab ludzi, a efekt jest niewspółmierny do wagi przestępstwa – mówili. Podobnie uważa obecny szef resortu sprawiedliwości.
Tylko tryb przyspieszony
– Zbędna jest obligatoryjna obrona i przymusowe zatrzymywanie w każdym przypadku potencjalnego przestępcy – wylicza minister Ćwiąkalski i uważa, że wystarczy tryb przyspieszony, który pozwoli szybko, ale taniej, osądzić drobnych przestępców. Pozwala on np. dobrowolnie poddać się karze już przed prokuratorem.
– To są sprawy dowodowo bardzo proste. Te osoby chciałyby się dobrowolnie poddać karze już w postępowaniu przygotowawczym. W trybie sądów 24-godzinnych mogą to zrobić dopiero na sali sądowej – mówi minister.
Rezygnacja z przymusowego zatrzymania na 48 godzin każdego ujętego na gorącym uczynku, a co zatem idzie z jego dowożenia przez policję, oznacza de facto koniec sądów 24-godzinnych w kształcie zaproponowanym przez Zbigniewa Ziobrę.
W jutrzejszym ŻW rozmowa z ministrem sprawiedliwości
***
Ziobro: Szybkie sądy się sprawdziły
Według byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, sądy 24-godzinne zdały egzamin. Teza ta wynika
z raportu, który sporządził, gdy odchodził ze stanowiska.
– Nic tak nie bolało Polaków jak poczucie bezkarności przestępców. Nic tak jak bezkarność nie zachęca przestępców do kolejnych zbrodni – mówił tuż przed wejściem w życie ustawy na specjalnej konferencji w Sądzie Rejonowym dla m.st. Warszawy Zbigniew Ziobro. Według niego, wprowadzenie 24-godzinnych sądów było wówczas jedyną możliwością zaostrzenia walki z przestępczością.
Kilka dni później w wywiadzie dla „Dziennika” podkreślał, że do 24-godzinnych sądów będą trafiać takie sprawy, gdzie sprawca został przyłapany na gorącym uczynku i nie ma wątpliwości, że przestępstwo popełnił. - Jeśli będzie inaczej, sprawa trafi do zwykłego trybu postępowania – tłumaczył.
Sądy miały orzekać w takich sprawach jak: wybryki chuligańskie, zniszczenie mienia, groźby karalne, znieważenie funkcjonariuszy, naruszenie nietykalności cielesnej czy spowodowanie wypadku drogowego pod wpływem alkoholu.
W wydanej kilka dni przed odejściem broszurze Ziobro napisał, że od dnia wejścia ustawy w życie do końca września w trybie przyspieszonym zostało skazanych 30 tysięcy osób. Najczęściej byli to nietrzeźwi kierowcy, chuligani, złodzieje i wandale. Zaledwie kilkanaście osób zostało uniewinnionych.
***
U nas urzędnicy wolą tylko siedzieć za biurkami. A przecież nie na tym polega służba publiczna.
Z Andrzejem Kryże, byłym wiceministrem sprawiedliwości, rozmawia Grażyna Zawadka
Minister Ćwiąkalski uważa, że sądy 24-godzinne nie sprawdziły się i chce zrezygnować z najważniejszych obecnych rozwiązań.
Byłoby szkoda. To prawda, że sądy 24-godzinne rozpoznały dotąd niespełna 30 tys. spraw, ale żadna nowa instytucja na początku nie pracuje na pełnych obrotach. Najważniejszy cel: nieuchronność i szybkość kary został osiągnięty. Jeżeli o 12 procent, jak wynika z danych policji, spadła ilość przestępstw dotyczących prowadzenia pojazdów po pijanemu, to było warto. To iluś osobom uratowało życie.
Szybkie sądy miały załatwiać 100 tys. spraw rocznie. Jest mniej niż jedna trzecia.
Zabrakło moblizacji i zaangażowania głównie ze strony policji. Np. w Warszawie w jednym miesiącu były cztery wnioski, a w Jeleniej Górze 40. A nikt mi nie powie, że w stolicy jest bezpieczniej. Problem w tym, że u nas nikt nie chce wziąć na siebie żadnego dodatkowego obowiązku: ani prokuratorzy, ani adwokaci czy sędziowie.
A wysokie koszty i fakt, że sądy zajmowały się głównie pijanymi kierowcami?
Koszty obrony z urzędu, którą wprowadziliśmy po to, by nikt nam nie zarzucił, że ograniczamy czyjeś prawa, to jedyny dolegliwy wydatek. Przypomnę, że ostatnio chcieliśmy z obligatoryjnej obrony zrezygnować. Wszystkie pozostałe koszty są mniejsze niż w innych postępowaniach. Gdyby policjant sobie policzył, ile razy musi chodzić do sądu, wysyłać wezwania, to doszedłby do wniosku, że to mu się nie opłaca. Co do drugiej kwestii, to nic nie stoi na przeszkodzie, by policja np. drobnych złodziei także stawiała przed sądem 24-godzinnym. Zresztą 6 tys. rozpoznanych spraw dotyczyło innych przestępstw niż jazda w stanie nietrzeźwym.
Czy zatrzymywanie każdego na 48 godzin i zawożenie go m.in. do sądu było konieczne?
Obowiązkowe doprowadzenie w tym trybie to „sól ziemi”. Jeżeli nie będzie obligatoryjne, to ten tryb przestanie istnieć. Chodzi o to, by sprawcę po zatrzymaniu szybko postawić przed sądem. Jeśli się go wypuści, to nie przyjdzie na rozprawę. Tak robi ponad 20 proc. osób, które zostały wezwane.
Nowy minister stawia na tryb przyspieszony.
Tryb przyspieszony umrze śmiercią naturalną, bo oskarżony może go uniknąć w prosty sposób: wystarczy, że nie przyjdzie na rozprawę, bo się rozchoruje. Wtedy sprawa wpadnie w zwykły tryb. Zanim uda się doprowadzić do wyroku, minie 6-7 miesięcy. W Paryżu 40 proc. spraw załatwiają sądy 24-godzinne. U nas urzędnicy chcieliby siedzieć za biurkiem i mieć wygodnie. A nie na tym polega służba publiczna.
***
[Rozmowa]
Z prof. Zbigniewem Hołdą z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, rozmawia Grażyna Zawadka
Te sądy nie zdały egzaminu
Minister sprawiedliwości uważa, że sądy 24-godzinne nie zdały egzaminu. Rozpoznały mało spraw, a w dodatku niemal samych pijanych kierowców.
Zgadzam się z tym , że sądy 24-godzinne nie sprawdziły się. Zresztą od samego początku wskazywałem, że tak właśnie będzie. Rzeczywiście zajmowały się one głównie pijanymi kierowcami i pijanymi rowerzystami, których policja musiała wozić do izby wytrzeźwień i konwojować do prokuratury czy sądu. Do osądzenia nietrzeźwych kierujących zaangażowano środki absolutnie niewspółmierne do wagi przestępstw.
Tryb przyspieszony, na którym chce się skoncentrować nowy minister sprawiedliwości wystarczy?
Sprawcy złapani na gorącym uczynku najczęściej od razu przyznają się do winy i dobrowolnie poddają się karze. To są sprawy proste dowodowo. Moim zdaniem, tryb przyspieszony, który już przecież u nas funkcjonuje, wystarczy.
Sąd 24-godzinny ma na wydanie wyroku dobę. W trybie przyspieszonym trwa to trochę dłużej.
Nie ma wielkiej różnicy. Z badań prof. Waltosia wynika, że w dwóch trzecich spraw karnych, które są w sądach rejonowych wyrok zapada w uproszczonym trybie w podobnym czasie. A kosztuje to mniej.
***
Policja nie chce pijaków
Policjanci, prokuratorzy i sędziowie od dawna mówili, że szybki tryb jest zbyt drogi, a policjanci są zbyt obciążeni, by całą energię koncentrować na stawianiu pijanych kierowców przed 24-godzinnymi sądami.
Udowodnił to przypadek Tomasza Hojarskiego, syna b. posłanki Samoobrony. Złapano go w lipcu, gdy po pijanemu jechał na rowerze. Policjanci nie zdecydowali się na skierowanie sprawy do sądu w trybie przyspieszonym, bo jak tłumaczył ŻW Marek Osik, komendant powiatowy policji w Nowym Dworze Gdańskim, sądy 24-godzinne są dla chuliganów, a nie dla pijanych kierowców.
– Policjanci są bardziej potrzebni na ulicach niż do konwojowania pijanych kierowców – mówił naszym reporterom Osik.