sobota, 29 marca 2008

Traktat Lizboński w rządowej wersji

mig, rik, PAP
2008-03-29, ostatnia aktualizacja 2008-03-30 00:01
Zobacz powiększenie
Premier Donald Tusk w Sopocie, przed podróżą na spotkanie z prezydentem na Helu
Fot. Beata Kitowska

Spotkanie prezydenta z premierem na Helu zakończyło się po 5 godzinach. Jak nieoficjalnie dowiedziało się radio RMF FM, politycy ustalili, że Traktat Lizboński zostanie przyjęty w rządowej wersji, a więc bez żadnych dodatkowych zabezpieczeń, których domagało się Prawo i Sprawiedliwość. Potwierdzili to Bronisław Komorowski i Zbigniew Chlebowski z PO. Kaczyński i Tusk nie wypowiedzieli się oficjalnie w sprawie spotkania na Helu, odwołali też swoje konferencje prasowe.

Zobacz powiekszenie
Fot. ALIK KEPLICZ ASSOCIATED PRESS
Lech Kaczyński i Donald Tusk
Oznaczałoby to, że Lech Kaczyński zgodził się wycofać swój projekt ustawy ratyfikacyjnej. Poza tym głosowanie nad rządowym dokumentem ma się odbyć w ciągu dwóch tygodni. Nie wiadomo natomiast, czy - jak proponowała w swoim kompromisie Platforma - będzie przyjęta też uchwała sejmowa, w której koalicja zapisała większość zastrzeżeń PiS i prezydenta do Traktatu Lizbońskiego.

Wcześniej było wiadomo, że według źródeł zbliżonych do Kancelarii Prezydenta politycy osiągnęli porozumienie w sprawie Traktatu Lizbońskiego - podała PAP. Potwierdza te informacje TVN 24, powołując się na wiadomości z otoczenia premiera. Oficjalnie wciąż brak informacji, obaj politycy postanowili zrezygnować z planowanych wcześniej briefingów.

Komorowski: Ustawa będzie głosowana w wersji rządowej

Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski powiedział w TVP Info, że ustawa ratyfikacyjna będzie głosowana w wersji zaproponowanej przez rząd. Komorowski, który - jak powiedział - rozmawiał z premierem po jego spotkaniu z prezydentem podkreślał, że ustawa będzie głosowana w takiej wersji "zgodnie z wymogami konstytucyjnymi". Dodał, że premier wyszedł ze spotkania z przekonaniem, że porozumienie zostało osiągnięte.

- Uchwała zaproponowana przez PO i PSL oraz nowelizacja ustawy o współpracy rządu z Sejmem i Senatem w sprawach związanych z członkostwem Polskie w UE - to elementy zawartego w sobotę porozumienia między premierem a prezydentem - poinformował szef klubu PO Zbigniew Chlebowski.



Tusk był sceptyczny

Przed spotkaniem na Helu sceptycznie o możliwości osiągnięcia porozumienia wypowiadał się Donald Tusk. - Jeżeli wyczerpiemy drogę parlamentarną w sprawie ratyfikacji Traktatu lizbońskiego, ogłosimy referendum - powiedział premier. - Rządowy projekt ratyfikacyjny musi być poddany pod głosowanie i mam nadzieję, że przejdzie - powiedział Tusk na briefingu w Sopocie. Zaznaczył, że "z całą pewnością przy "czarnym scenariuszu", referendum odbędzie się jeszcze przed latem".

Tusk zadeklarował, że w przypadku referendum "zaangażuje wszystkie możliwe środki, żeby przekonać Polaków do udziału w nim i wyjaśnić na czym polega decyzja". - Jestem przekonany, że Polacy mają wyrobiony pogląd co do Traktatu, czyli są za dalszą integracją z UE - podkreślił.


LM: dramatyczny mecz, mistrz Polski w "finale pocieszenia"

mh (inf. wł.) /17:23
PAP/Grzegorz Michałowski
PAP
Siatkarze Skry Bełchatów przegrali z Dynamem Kazań 2:3 (21:25, 16:25, 25:18, 25:20, 12:15) w półfinale turnieju Final Four Ligi Mistrzów siatkarzy rozgrywanego w Łodzi. Mistrzowie Polski zagrają jutro w meczu o trzecie miejsce.
Pierwsza partia długo toczyła się według scenariusza "punkt za punkt". Po chwili jednak, głównie dzięki dobry atakom Mariusza Wlazłego, Skra odskoczyła na cztery punkty - 11:7. Faworyci do wygrania całego turnieju w Łodzi, zawodnicy Dynama nie zamierzali rezygnować i odrobili straty. W końcówce więcej zimnej krwi zachowali podopieczni trenera Sidielnikowa i to oni wygrali 25:21.

Druga odsłona od początku źle zaczęła się dla naszej ekipy. Już po chwili rywale prowadzili 6:2. Siatkarze Skry nie potrafili nawiązać równej walki w tej części gry i ostatecznie druga partia padła łupem rosyjskiej ekipy w stosunku 25:16.
Początek trzeciego seta to dominacja mistrzów Polski. Mariusz Wlazły skutecznie atakował i prowadziliśmy 7:3 i 15:10. Takiej przewagi zawodnicy z Bełchatowa nie mogli roztrwonić i wygrali trzeciego seta 25:18.

Niesieni fantastycznym dopingiem kibiców w Łodzi mistrzowie Polski nie zwalniali tempa. W czwartej partii szybko odskoczyli - 6:3, 10:6. Siatkarze Skry umiejętnie kontrolowali zdobyta przewagę i "dowieźli" ją do końca - 25:20.

Tie break rozpoczął się w najgorszy możliwy sposób - po prostych błędach w przyjęciu i rozegraniu Skra przegrywała 0:3. Ciężar gry wziął wtedy na siebie, po raz kolejny w tym spotkaniu, Mariusz Wlazły - 4:8. Jednak to wszystko było za mało, by w decydującej części gry zapewnić sobie zwycięstwo. Ostatecznie, głównie, dzięki dobrej grze blokiem rywale zwyciężyli 15:12.

W drugim półfinale Sisley Treviso grać będzie z Coprą Piacenza.

Półfinał turnieju Final Four:
Dynamo Kazań - PGE Skra Bełchatów 3:2 (25:21, 25:16, 18:25, 20:25, 15:12)
PGE Skra: Dobrowolski (2 pkt), Wlazły (24), Heikkinen (11), Pliński (8), Antiga (16), Gruszka (2), Lewis (libero) oraz Bąkiewicz (5), Neroj, Wnuk, Stelmach
Dynamo TatTransGaz: Ball, Stanley (16), Bogomołow (10), Jegorczew, Tietiuchin (17), Kosariew (11), Babiczew (libero) oraz Bowduj, Gierasimow, Apalikow, Jermakow, Zajcew

Kwalifikacje IO: porażka i blamaż Polek

MM /15:24
AFP
Polskie piłkarki ręczne przegrały swój drugi mecz podczas rozgrywanego w Bukareszcie turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk olimpijskich w Pekinie. Po piątkowej porażce z Węgierkami tym razem Polki uległy znacznie niżej notowanym Japonkom 27:29 tracąc szansę na historyczny awans do IO.
Mecz lepiej rozpoczęły Japonki, które po czterech minutach prowadziły 2:0. Polki w tych pierwszych momentach wydawały się być zbyt mało skoncentrowane.

Dopiero w ósmej minucie spotkania Polki zdobyły pierwszą bramkę, a jej autorką była Aleksandra Jacek.

Po 12. minutach Japonki prowadziły 4:1, a niespełna minutę później 5:1, po nieudanej akcji Polek i kontrze naszych przeciwniczek.

Po kolejnej nieudanej akcji Polek Japonki wyprowadziły błyskawiczną kontrę i nasze reprezentantki (mające ogromne problemy z rozgrywaniem akcji) przegrywały już 1:6.

Na szczęście w następnych minutach Polki zdołały "wstrzelić się" w bramkę przeciwniczek i przewaga Japonek zmalała do dwóch punktów (4:6). W polskim zespole dobrze spisywała się Izabela Duda, która w krótkim czasie zdobyła trzy bramki (5:7).

Po szybkiej kontrze w wykonaniu Kingi Polenz w 20. minucie meczu nasze reprezentantki przegrywały już tylko jednym punktem (7:8).

Niestety następne minuty należały do Japonek, które ponownie "odskoczyły" Polkom prowadząc 11:7, a szkoleniowiec naszych reprezentantek, Zenon Łakomy, poprosił o przerwę.

Po przerwie gra Polek nie uległa poprawie i Japonki sukcesywnie powiększały przewagę, prowadząc na dwie minuty przed przerwą 14:7. Do końca pierwszej części gry nasze zawodniczki zdołały strzelić jeszcze tylko jedną bramkę.

W drugiej części gry nasze reprezentantki nadal miały kłopoty z powstrzymywaniem błyskawicznych ataków Japonek i po 37. minutach przegrywały 10:17.

W 41. minucie po dwóch szybkich atakach i bramkach Kingi Polenz i Małgorzaty Majerek Polki przegrywały 13:18.

W następnych akcjach "górą" także były nasze reprezentantki i przewaga Japonek zaczęła topnieć (16:18).

Na kwadrans przed końcem spotkania, pomimo niezłej gry Polek, nadal utrzymywała się dwupunktowa przewaga Japonek - znakomicie w polskiej bramce spisywała się Małgorzata Sadowska.

W 49. minucie Polki w końcu wyrównały (21:21), po bramce Karoliny Kudłacz z rzutu karnego.

Jednak wystarczyły dwa błędy w ataku i dwie szybkie kontry Japonek i Polki ponownie przegrywały dwoma punktami (22:24).

Na pięć minut przed końcem spotkania Polki przegrywały 25:27 ale szybka kontra w wykonaniu Polenz zmniejszyła stratę do jednego punktu.

W końcówce spotkania Japonki spokojnie rozgrywały swoje akcje, a Polki grając zbyt nerwowo łatwo traciły piłkę i narażały się na kontry, które skrzętnie wykorzystywały ich przeciwniczki.

Ostatecznie Polki, pomimo ambitnej walki w końcówce meczu, przegrały 27:29.

W drugim spotkaniu w Bukareszcie Rumunki pokonały Węgierki 31:29 (17:13) i zapewniły sobie awans na IO.

W niedzielnych spotkaniach Polki zmierzą się z Rumunkami, a Węgierki o awans będą walczyły z Japonkami.

Polska - Japonia 27:29 (8:14)

Polska: Magdalena Chemicz, Małgorzata Sadowska - Aleksandra Jacek 4, Dorota Malczewska, Iwona Niedźwiedź-Cecotka 5, Małgorzata Majerek 1, Kinga Polenz 5, Karolina Kudłacz 5, Izabela Duda 3, Klaudia Pielesz 1, Emilia Rogucka, Katarzyna Duran 3.

Japonia: Katsuda, Hida - Arihama, 2 Komatsu 7, Aoto, Hirai 9, Sakugawa 3, Sakamoto 1, Fujii 4/1, Omae 3, Taniguchi, Nagano, Kamimachi.

Kary: Polska - 16 (w tym czerowna kartka za trzy kary dwuminutowe Izabela Duda 40.).
Japonia - 4 min.
Sędziowali: Stanojevic, Visekruna (obaj Serbia)
Widzów: ok. 2,5 tys.

Olejniczak: Formuła współpracy z Lewicą i Demokratami wyczerpała się

jg, rik, Magda Gałczyńska, TOK FM, PAP, IAR
2008-03-29, ostatnia aktualizacja 44 minuty temu

- To co było dobre w latach walki z PiS-em zostało przeprowadzone. Dotychczasowa formuła współpracy z Partią Demokratyczną się wyczerpała. Dziś potrzeba innych rozwiązań - mówił szef SLD Wojciech Olejniczak na konferencji prasowej. Oznacza to zakończenie koalicji Lewica i Demokraci. Szef PD komentuje: - Olejniczak tego z nami nie uzgadniał. Klub LiD będzie musiał zmienić nazwę.

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
Wojciech Olejniczak
SONDAŻ
Zerwanie koalicji będzie dla SLD:

Korzystne
Niekorzystne
Nic się nie zmieni

Rozpad LiD nie ma znaczenia - komentuje Ewa Milewicz z "Gazety Wyborczej"

Olejniczak zaznaczył, że możliwa jest dalsza współpraca z PD oraz, że liczy na to, że posłowie z PD zostaną w jego klubie parlamentarnym. - Jest możliwość współpracy również z Partią Demokratyczną w wielu obszarach. Wiele inicjatyw będziemy wspólnie przeprowadzać. Ale jeśli chodzi o kwestię programową w sprawach społecznych dostrzegamy, że są zasadnicze różnice, których pogodzić się nie da. PD rozpoczęła prace nad programem gospodarczym, który w wielu aspektach jest programem bardzo liberalnym. Są różnice. Nie wolno być na to obojętnym - mówił Olejniczak.



Olejniczak podkreślił, że nowe "ramy działania" Sojuszu zostały zaakceptowane przez Radę Krajową Sojuszu, przy dwóch głosach wstrzymujących i jednym głosie sprzeciwu. Szef SLD powiedział, że chciałby, aby został utrzymany klub parlamentarny LiD w obecnym kształcie.

Olejniczak nie chciał jasno zadeklarować, czy jego słowa oznaczają zerwanie koalicji z Partią Demokratyczną. Jak podkreślił, rozłam to słowo "stanowcze, a nawet negatywne", a on mówi "o wyczerpaniu formuły".

Zdaniem Jerzego Szmajdzińskiego, członka Zarządu Krajowego SLD, teraz pora na rozmowy przewodniczących partii: Sojuszu Lewicy Demokratycznej oraz Partii Demokratycznej o następstwach tego politycznego rozbratu.

W opinii Szmajdzińskiego w trakcie trwania koalicji żadna z partii nie wykorzystała drugiej; Partia Demokratyczna nie była balastem ani bagażem dla lewicy. Jego zdaniem utworzenie LiD-u to była słuszna decyzja wzięcia udziału w wyborach właśnie w takie formule. Jak dodaje Szmajdziński, wybory były plebiscytem, a LiD zademonstrował sprzeciw wobec PiS-u.

Onyszkiewicz: Trzeba zmienić nazwę LiD

Byliśmy zaskoczeni, nie było takich ustaleń - mówi w TOK FM szef PD Janusz Onyszkiewicz. Jak stwierdził - nikt nie uprzedził Demokratów że dziś SLD zdecyduje się rozstać z Partią Demokratyczną. - Dopiero wczoraj pan Olejniczak tak trochę przypadkiem spotykając się ze mną powiedział, że trzeba będzie zmienić niejako formułę samego LiD-u, ale na tym właściwie wszystko się zakończyło - mówił Onyszkiewicz.

Pytany, czy nie uzgodnili z Wojciechem Olejniczakiem, że dziś dojdzie do rozstanie się obu partii - opowiedział - "Nie, tego rodzaju uzgodnień nie było."

Onyszkiewicz wyjaśnił, że wczoraj Olejniczak zadzwonił do niego, doszło do spotkania, jednak szef SLD nie uprzedził, że Sojusz na konferencji prasowej, publicznie zrezygnuje z współpracy z Partia Demokratyczną.

"W czasie takiej krótkiej rozmowy, tego rodzaju sugestia, że trzeba zmienić formułę naszej współpracy padła. Ale nie było ani takiej twardej zapowiedzi, że to będzie zadeklarowane już dzisiaj, ani też nie usłyszałem, jak dalej ta nasza współpraca miałaby wyglądać" - mówił w TOK FM Onyszkiewicz.

Przewodniczący Partii Demokratycznej nie wykluczył, że Demokraci nie pozostaną w klubie parlamentarnym Lewicy i Demokratów - bo taka koalicja, jak mówił szef PD de facto już nie istnieje.

Partia Demokratyczna ma w sejmie trzech posłów, więc mogą oni albo wystąpić z klubu lewicy i stać się posłami niezrzeszonymi, albo - poszukać innych parlamentarzystów, którzy chcieliby włączyć się do formuły centrolewicowej.

Onyszkiewicz powiedział też, że wspólny z SLD start do Parlamentu Europejskiego, pod szyldem LiD jest w zasadzie wykluczony. "Nie mówię tego na 100 procent, ale na 90, że formuła pójścia razem z SLD, SdPl i UP - a zwłaszcza z SLD jest raczej mało prawdopodobna"

W rozmowie z IAR Onyszkiewicz powiedział natomiast, wystąpienie Partii Demokratycznej z LiD oznacza także konieczność zmiany nazwy koalicji partii lewicowych, które zdecydują się na dalszą współpracę z SLD. Polityk Demokratów przypomniał, że nazwa LiD została zastrzeżona dla współpracy czterech partii, więc wystąpienie z koalicji Partii Demokratycznej oznacza także koniec LiD-u.

Wnuk-Lipiński: Ta koalicja nie stanowiła "wartości dodatniej"

Według socjologa prof. Edmunda Wnuka-Lipińskiego liderzy Sojuszu Lewicy Demokratycznej doszli do wniosku, że koalicja z Partią Demokratyczną nie stanowi "wartości dodatniej". - Sondaże pokazują, że ta koalicja balansuje na granicy 8 proc. (progu wyborczego dla koalicji - red.), co stawia SLD w trudnej sytuacji. Sami mogą mieć przecież te przynajmniej 5 proc - powiedział Wnuk-Lipiński portalowi Gazeta.pl. Zdaniem profesora ma to też "konkretny kontekst w aktualnej sytuacji politycznej". - Szanse na referendum zwiększają się, PiS usztywnia stanowisko, politycy SLD nieprzypadkowo właśnie w tym momencie postanowili dać sygnał, że mogą być ewentualną alternatywą dla wyborców - powiedział Wnuk-Lipiński. Ponadto jego zdaniem łatwiej teraz będzie politykom atakować PO, bo dotychczasowa krytyka mogła być tłumiona nieco przez PD.

Doktor Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego, uważa, że rozpad Lewicy i Demokratów wynika z różnic programowych między partiami tworzącymi porozumienie. W jego ocenie program Partii Demokratycznej jest bliższy partiom konserwatywno-liberalnym niż lewicy. Politolog podkreśla, że decyzja Rady Krajowej SLD wynika także z walki o przywódctwo w Sojuszu. Zdaniem Chwedoruka w ten sposób Wojciech Olejniczak chce wytrącić z ręki Grzegorza Napieralskiego główny argument w walce o fotel prezesa partii. Rywal Olejniczaka wielokrotnie powtarzał, że sojusz z Demokratami przynosi SLD więcej strat niż korzyści.Rafał Chwedoruk uważa, że rozpad LiD-u będzie niekorzystny dla Partii Demokratycznej i może doprowadzić do likwidacji tej partii w jej obecnym kształcie.

Rolicki: To element walki o przywództwo w SLD

Publicysta Janusz Rolicki uważa, że decyzja SLD to spóźniona reakcja na niedawną wypowiedź Bronisława Geremka, że nie wyklucza samodzielnego startu Demokratów w wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Rolicki dopatruje się w decyzji Wojciecha Olejniczaka także elementów walki o przywództwo w łonie SLD. W czerwcu odbędzie się kongres partii, a główny konkurent w walce o fotel przewodniczącego SLD Grzegorz Napieralski wielokrotnie deklarował chęć zakończenia współpracy z Partią Demokratyczną. W opinii Janusza Rolickiego, Wojciech Olejniczak chce w ten sposób powalczyć o głosy członków SLD, którzy sprzeciwiali się zawieraniu koalicji.

Publicysta źle ocenia sposób, w jaki SLD postanowiło zakończyć współpracę z koalicjantem. Według Rolickiego ogłoszenie takiej decyzji powinno odbyć się w obecności przedstawicieli Partii Demokratycznej. Jednak w opinii Rolickiego zakończenie współpracy w ramach LiD-u może korzystnie wpłynąć na losy Demokratów. Najważniejsze dla tej partii będą teraz wybory do Parlamentu Europejskiego, a kandydaci, którzy mogą wystartować w zbliżających się wyborach powinni - zdaniem publicysty - gwarantować przekroczenie progu wyborczego.

Lis: Wyborcy nie lubią tych, którzy nie potrafią się dogadać

- Wyborcy nie lubią tych, którzy nie potrafią się dogadać; LiD "strzelił sobie w kolano" - tak wiceprzewodniczący Partii Demokratycznej Bogdan Lis skomentował decyzję Rady Krajowej Sojuszu.

- SLD wyobraża sobie, że jak nazwie się prawdziwą lewicą, to im to przysporzy wyborców, ale okaże się jaki będzie koniec - wyjaśnił. Zdaniem Lisa, kiedy powstawała koalicja LiD, w SLD była grupa ludzi "bardzo niezadowolonych". Jak dodał, w konsekwencji "ci działacze", podjęli decyzję o zakończeniu programowej współpracy.

Zaznaczył, że "różnice między PD i SLD zawsze były". W jego opinii, nie należało ich ukrywać lecz uwypuklać, bo - jak ocenił - dawałoby to większe możliwości pozyskiwania wyborców.

Pytany o zamierzenia PD, odparł, że "nikt nie reaguje emocjonalnie", a jego partia jest "przed spotkaniami i decyzjami". Zapowiedział, że w niedzielę odbędzie się konferencja prasowa, na której będzie przedstawione "oficjalne stanowisko PD".

W opinii Lisa, widać, że "działania SLD są nieprzygotowane" i robione na "łapu capu". Jego zdaniem, świadczyć ma o tym fakt, że "informacja o sobotniej konferencji SLD najpierw poszła do mediów" i nikt z kierownictwa Sojuszu nie zadzwonił do przewodniczącego PD Janusza Onyszkiewicza.


Scenariusze dla TV w laptopie Ziobry? Ministerstwo nie potwierdza

jg, PAP
2008-03-29, ostatnia aktualizacja 2008-03-29 12:59

ABW nie przedstawiła jeszcze wyników analizy laptopów b. ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry i jego asystenta, nie znamy ich zawartości - powiedział rzecznik prasowy resortu Grzegorz Żurawski.

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Surdziel / AG
Laptop Zbigniewa Ziobry
ZOBACZ TAKŻE
Według RMF FM, które powołuje się na nieoficjalne informacje, w laptopie Ziobry znaleziono scenariusze programów dla telewizji publicznej. Podobno część plików już odczytano.

Zdaniem RMF FM, laptop zawiera skrypty z programów publicystycznych z rozpisaniem na role. Jeden z dokumentów to podobno wstępny scenariusz programu o służbie zdrowia. Jak podaje radio, mimo uszkodzeń twardego dysku, w ciągu dwóch tygodni zostanie odczytana praktycznie cała zawartość laptopa.

Z kolei według Radia ZET część dokumentów dotyczy zatrzymania doktora Mirosława G. "Dokumenty mają charakter instrukcji. Jak opisywać sprawę, czy nawet jak w telewizji pokazywać moment zatrzymania Mirosława G. przez CBA" - podało Radio ZET, powołując się na anonimowego informatora.

"W żaden sposób nie możemy odnieść się do doniesień medialnych, nie wiemy skąd się wzięły i na jakiej podstawie dziennikarze otrzymali takie informacje" - powiedział Żurawski.

Rzecznik potwierdził, że resort sprawiedliwości jako właściciel sprzętu, zlecił ABW analizy techniczne. Jak powiedział, "laptopy są tam wysłane po to, żeby sprawdzić czy nie były na nich przechowywane tajne informacje oraz jak doszło do uszkodzeń, tzn. czy są nieumyślne, czy celowe".

Żurawski powiedział, że dyrektor generalny MS Wojciech Kijowski, który odpowiada za sprzęt powierzony pracownikom, na podstawie analizy podejmie decyzję, czy potraktuje tę sprawę jako przestępstwo, czy łagodnie.

"Jeżeli okaże się, że laptopy były zniszczone celowo, lub były na nich przechowywane tajne dane bez odpowiedniego certyfikatu, to są zapisy w prawie, które wskazują na to, że jest to przestępstwo" - mówił.

W wypadku popełnienia przestępstwa - jak powiedział rzecznik - dyrektor generalny MS będzie mógł złożyć zawiadomienie do prokuratury. "Nie róbmy z tego sensacji, bo to jest decyzja Kijowskiego" - podkreślił. "Bierze za nią pełną odpowiedzialność, więc nie zrobi tego pochopnie, bo do niego też mogą być pretensje natury procesowej" - wyjaśnił.

Żurawski powiedział, że ABW przedstawi resortowi wyniki analizy w ciągu "najbliższych tygodni".

Rzeczniczka ABW Katarzyna Koniecpolska-Wróblewska nie chciała komentować doniesień medialnych, tłumacząc się tym, że "procedura badania jest w toku i nie udziela nikomu żadnych informacji".

"Nie będziemy ustosunkowywać się do żadnych doniesień prasowych na ten temat; trudno powiedzieć kiedy procedura się zakończy" - powiedziała.

Jak Macierewicz ujawnił kontrwywiad

Wojciech Czuchnowski, bw
2008-03-29, ostatnia aktualizacja 2008-03-29 11:28

Ujawnienie tożsamości oficera Służby Kontrwywiadu Wojskowego nie jest trudne. Wystarczy, że będzie chciał kupić lodówkę albo telefon. A wszystko dzięki Antoniemu Macierewiczowi.

Zobacz powiekszenie
Fot. Albert Zawada / AG Zobacz powiekszenie
Zaświadczenie dla banku
Likwidator WSI i założyciel kontrwywiadu Antoni Macierewicz (poseł PiS) zaatakował wczoraj "Gazetę" za to, że w piątek ujawniliśmy przynależność żołnierzy SKW, którzy pokazali swoje zdjęcia na portalu Nasza-klasa. Wysyłali je w czasie pełnienia tajnej misji przy polskim kontyngencie w Afganistanie. Fotografowali się z bronią, w mundurach i w przebraniu, a zdjęcia publikowali pod własnym nazwiskiem, chwaląc się, że właśnie pełnią misję w Afganistanie.

Nie pisali tylko, że należą do SKW, i przedstawiali się jako "oficerowie WP". Zdaniem Macierewicza "Gazeta" "popełniła przestępstwo, łącząc ich [oficerów] portrety i nazwiska ze służbą, którą pełnią (...), popełniła przestępstwo, identyfikując ich jako żołnierzy SKW".

Macierewicz pominął fakt, że w artykule ukryliśmy twarze i dane bohaterów.

Ale najważniejsze, że to on sam - gdy kierował kontrwywiadem - spowodował, że miejsce pracy żołnierzy i funkcjonariuszy wojskowych służb specjalnych przestało być tajemnicą.

Jednostka Wojskowa 3362

Zlikwidowane w 2006 r. przez PiS Wojskowe Służby Informacyjne były do tego stopnia tajne, że ich żołnierze w jawnej korespondencji i w pismach do cywilnych instytucji nie posługiwali się nazwą WSI. Jako miejsce zatrudnienia na drukach, np. dla banków, podawano tak jak w armii tylko nazwę jednostki wojskowej JW3362, która cywilom nie kojarzyła się z tajnymi służbami.

Nowe służby jawne dla wszystkich

Tworząc SKW- w miejsce likwidowanych WSI - Macierewicz zrezygnował z tego zwyczaju. Wczoraj z naszą redakcją skontaktowali się dwaj oficerowie SKW, którzy zgodzili się na opublikowanie kopii zaświadczeń, jakie SKW wystawiła im dla banku, sklepu AGD i NFZ. - To, że ktoś pracuje w SKW, przestało być tajemnicą dla kogokolwiek. Nasze miejsce pracy, a nawet stanowisko znają listonosze, urzędnicy, pracownicy banków czy sprzedawca, od którego chcemy kupić lodówkę na raty. Wystarczy, że ktoś taki wpisze potem nazwisko w internet i bez trudu znajduje np. zdjęcia żołnierza czy funkcjonariusza, jeżeli ten umieścił je w internecie na takim portalu jak np. Nasza-klasa - mówi nam oficer. Zaświadczenia z zakładu pracy, o zarobkach oraz okresie zatrudnienia potrzebne są do wszystkich niemal zakupów na raty, a nawet do kupna telefonu komórkowego dla dziecka.

W zaświadczeniach, które pozwolili nam skopiować oficerowie SKW, jest pieczątka z pełną nazwą SKW, odręczne rozwiniecie tego skrótu, adres SKW, a nawet stanowisko osoby, której wystawiono kwit.

- Pisma służbowe, które dostaję z mojej dawnej pracy, przychodzą w kopertach z nadrukiem i pieczęciami SKW. Podobnie jest w przypadku innych b. żołnierzy WSI - potwierdza ostatni szef WSI gen. Marek Dukaczewski, dodając, że w przed powstaniem SKW nazwę WSI i ich struktur stosowano tylko w wewnętrznej korespondencji klasyfikowanej jako poufna i tajna.

Za granicą pod przykryciem

W większości krajów zachodnich pracownicy tajnych służb nie podają swego prawdziwego miejsca pracy. W USA, Wielkiej Brytanii i Izraelu oficerowie służb, podając, gdzie pracują, łamią prawo. W krajach tych istnieją specjalne komórki, które w służbach zajmują się budowaniem fałszywych karier dla swoich pracowników - dostarczają one oficerom wszelkie dokumenty potrzebne do codziennego życia, ale pochodzące z innych agend rządowych lub fikcyjnych firm prywatnych.

W Polsce miejsca pracy swoich ludzi na zaświadczeniach przekazywanych bankom itp. nie ukrywa ABW. Funkcjonariusze są w nich jednak przedstawiani jako "urzędnicy państwowi".

Źródło: Gazeta Wyborcza

Kardynał Ignacy Jeż!

fot. J. Walczak


Świętej Pamięci Księdzu Biskupowi Ignacemu Jeżowi, który zmarł 16 października ub.r. w Rzymie, w przeddzień oficjalnego ogłoszenia nominacji kardynalskich, przysługuje tytuł kardynała. Potwierdził to sam Ojciec Święty Benedykt XVI. Oficjalnie poinformuje o tym diecezjan obecny ordynariusz koszalińsko-kołobrzeski ks. bp Edward Dajczak.

- Tak po ludzku nie wiadomo było, co w takiej sytuacji zrobić - powiedział ks. bp Dajczak, tłumacząc wątpliwości co do tytułowania ks. bp. Jeża, ponieważ umarł on przed odebraniem kapelusza kardynalskiego. Jedyną osobą, która mogła wyjaśnić wątpliwości, był sam Ojciec Święty. Ordynariusz koszalińsko-kołobrzeski poprosił więc o pomoc ks. bp. Antoniego Stankiewicza, dziekana Roty Rzymskiej. - Biskup Stankiewicz zapytał Benedykta XVI wprost - czy biskup Ignacy jest kardynałem. Odpowiedź Papieża była krótka: "Oczywiście. Przecież go mianowałem" - relacjonuje ks. bp Dajczak.
W Wielki Czwartek, 20 marca, informacja, że zmarły biskup może być oficjalnie tytułowany kardynałem, zostanie przekazana wszystkim diecezjanom. Prawdopodobnie w tym dniu zostaną też zmienione tabliczki na jego grobie. Ksiądz biskup Edward Dajczak zwraca uwagę, że nominacja kardynalska dla pierwszego ordynariusza koszalińsko-kołobrzeskiego to dla diecezji olbrzymia nobilitacja. - Nasze tereny to obszar ogromnej powojennej migracji, przy której bardzo trudno jest budować swoją wspólną tożsamość w przeszłości. Nie mamy więc innej możliwości, jak budować ją współcześnie - wyjaśnia. - Kardynał Ignacy Jeż jest do tej pory człowiekiem, który stanowi dla nas fundament i punkt odniesienia - podkreśla.
NASZ DZIENNIK 18 MARCA 2008
SJ, KAI