sobota, 9 sierpnia 2014

Moje góry poza dobrem i złem


Dominik Szczepański
 
08.08.2014 , aktualizacja: 09.08.2014 09:25
A A A Drukuj

fot. CHRISTOF STACHE/ASSOCIATED PRESS

Dla ludzi to co robimy jest złe - i mają rację. Ale my ich nie słuchamy. Dlaczego mielibyśmy słuchać kogoś, kto nie rozumie tego, co robimy? Z Reinholdem Messnerem rozmawia Dominik Szczepański
Artykuł otwarty
Dziennikarz "Der Spiegel" Thomas Hüetlin pyta go, jak się zabija kurę. Pytanie nie jest przypadkowe. Młody Messner przez wiele lat pomagał ojcu w prowadzeniu kurzej fermy. Dużymi krawieckimi nożycami najpierw ogłuszał kurę uderzeniem w skroń, dokładnie nad prawym okiem. Brał ją pod pachę i ponownie uderzał w skroń. Otwierał jej dziób i przecinał obydwie tętnice w podniebieniu. Kura wykrwawiała się szybko, nie rzucała się, bo była znieczulona. Typowy sposób zabijania, który polega na odcięciu głowy siekierą, budził w Messnerze wstręt. "Ona potem jeszcze skacze bez głowy dookoła. To nieprofesjonalne, nie mogę na to patrzeć" - opowiadał dziennikarzowi.

Jadąc do Władysławowa, gdzie miał odsłonić pomnik Korony Himalajów, zastanawiałem się: jaki on jest? W górach na jego oczach ginęli partnerzy (w tym młodszy brat), sam stracił siedem palców i kilka razy cudem przeżył, a z największymi szczegółami opowiada o zabijaniu kury.

Po kilkudziesięciu minutach rozmowy zrozumiałem: Messner od świata ludzi woli świat przyrody, który zabiera mu sprzed nosa rozwijająca się cywilizacja. Złości się na ten nowy porządek i nie zgadza z nim.

"Gdy całą cywilizację szlag trafi, ja wciąż będę miał swoją farmę, która pozwoli żyć kilku rodzinom" - uśmiecha się, opowiadając o swoim życiu przez ostatnie lata.



Dominik Szczepański: Ma pan swoją ulubioną książkę o górach? 

Rheinhold Messner*: Tak, to powieść "Latająca góra" Christopha Ransmayra. Jest naprawdę solidnie napisana. Całkiem niezłą książką jest też "Dotknięcie pustki" [na jej podstawie w 2003 roku został nakręcony film fabularno-dokumentalny "Czekając na Joe"], bo autor jest nie tylko pisarzem, ale również wspinaczem. Nie interesuje mnie typowa literatura górska. Jeśli ktoś opowiada mi, jak się wspinał, a potem schodził, a potem znów trochę się wspinał, to to jest dla mnie nudne.

A co jest ciekawe? 

- To, co dzieje się w umysłach głównych bohaterów. To ciekawi mnie najbardziej.

Film, który zdaniem Messnera oddaje prawdę gór - zwiastun "Czekając na Joe"

W poszukiwaniu motywacji, która napędza wspinaczy, o polskich himalaistach z lat 80. napisała kanadyjska pisarka Bernadette McDonald. Czytał pan jej książkę"Ucieczka na szczyt" ? 

- Nie. Ale nie wydaje mi się, żeby McDonald mogła wiedzieć, co czują wspinacze, bo sama nie wspinała się za wiele.

Tylko dobrzy wspinacze mogą pisać dobre książki o górach? 

- Nie. Chodzi o to, że trzeba przeżyć coś mocnego, bo inaczej nie jest się w stanie tego przekazać. Najlepiej więc, jeśli wspinacz potrafi używać słów i jest gotów otworzyć swoje serce przed czytelnikiem. Jeśli jednak zgrywa w książce bohatera, to absolutnie nie jestem tym zainteresowany. Wspinaczka nie ma nic wspólnego z bohaterskimi sytuacjami.

W 1978 roku zdobył pan Mount Everest bez tlenu, chociaż wielu mówiło, że to niemożliwe. Jakie wyzwania stoją dziś przed alpinistami? Jakie granice mogą jeszcze przekroczyć? 

- Everest w 1978 roku to był tylko test. Chcieliśmy sprawdzić, czy naukowcy mają rację. Mówili, że nie da się wejść na Everest bez tlenu. Ale skąd oni mogli to wiedzieć? Przecież nie mogli, nie byli tam.

To miało jednak niewiele wspólnego z przesuwaniem granic, bo zostały one wyznaczone przez pewnego rodzaju dyktatorów, którzy mówili: "Oto granica, dalej nie możesz się posunąć". My nie poszliśmy więc tam przesuwać granice. W ogóle mam problem z tym sformułowaniem - jest dziś tak często używane, że w zasadzie straciło już swoją moc. W Europie mówi się często: "No limits". Jeśli ktoś uważa, że nie mamy ograniczeń, to nie wie nic o człowieku. Nasze istnienie opiera się praktycznie na samych granicach. A wspinaczka nie jest niczym innym, jak tylko sięganiem do tych granic.

Co pan widzi dziś, gdy idzie pan w góry? 

- Biegaczy. Wszędzie są biegacze. W zasadzie na szlaku coraz rzadziej spotykam ludzi, którzy idą. Wszystkie reklamy skierowane są do biegaczy.

A gdzie są wspinacze? 

- 90 proc. wspina się tylko na zamkniętych ściankach wspinaczkowych. To wspaniały sport, ale nie ma nic wspólnego z alpinizmem.

Czas pionierów: ''Kto był pierwszy na Evereście?''


Bernadette McDonald: Byli najlepsi na świecie. Zapowiedź książki o polskich himalaistach

A ile wspólnego z alpinizmem ma to, co dzieje się na Evereście? Co roku setki wspinaczy z komercyjnych wypraw szturmują szczyt normalną drogą. 

- Też nic. To turystyka. Szerpowie przygotowują za swoich klientów trasę i wprowadzają ich na szczyt. Poją ich, karmią, pomagają. 90 proc. ludzi, którzy wchodzą na szczyt, nie ma pojęcia o wspinaczce. Wielu z nich na wierzchołku robi sobie zdjęcie. Szuka takiego ujęcia, żeby nikogo nie było widać w tle, a później mówi: "Zdobyłem Everest samotnie".

Polacy, którzy w 1980 roku jako pierwsi zdobyli Everest zimą, byli w bazie pod szczytem sami. Jak pan ocenia to wejście? 

- Dla mnie to najważniejsze wejście na ośmiotysięcznik w historii alpinizmu. Polacy nie wiedzieli kompletnie, czego się spodziewać. Wiedza na temat warunków zimowych na takiej wysokości była wtedy znikoma. Nie wiedzieli, jak zimno tam może być, jak mocno może wiać. Co za historia! Pierwsze zimowe wejście na ośmiotysięcznik - i od razu na ten najwyższy!

A co z dodatkowym tlenem, którego Polacy wtedy używali? Jest pan jego przeciwnikiem. 

- Tlen już nie jest kluczem, kluczem jest pomoc kogoś z zewnątrz. Kiedy wspinasz się na Mount Everest po linach poręczowych, które założyli tam wcześniej Szerpowie, to nie ma znaczenia, czy używasz tlenu. Wytyczone i zabezpieczone przez Szerpów drogi są dziesięć razy większym ułatwieniem niż butla. Bez wyznaczonej trasy nie możesz wyjść z ostatniego obozu na Evereście w kierunku szczytu o północy. Szybko zgubisz drogę nawet mimo światła latarki czołowej. Ale kiedy widzisz wytyczoną trasę, to możesz ruszyć nawet o 21. Masz całą noc i kolejny dzień na wejście na szczyt i powrót. Masz też przy sobie telefon, więc dzwonisz do Polski, Japonii czy tam, skąd jesteś, i pytasz o pogodę. Dostajesz w miarę dokładne dane nawet na 60 godzin do przodu. I spokojnie idziesz.

Ale kiedy Polacy wspinali się w zimie na Everest, nie było jeszcze tego wszystkiego. Byli tam sami ze sobą. Spójrzmy na to, co działo się w latach 40. Wszystkie próby wspinaczki na ośmiotysięczniki kończyły się porażkami, bo sprzęt był o wiele gorszy niż teraz, a wiedza o warunkach na tych wysokościach równa zeru. Ale to była prawdziwa przygoda!

Czyli prawdziwy alpinizm to droga w nieznane? 

- Tak! Oczywiście, można też wspinać się samemu klasyczną drogą na K2. Mówiąc "samemu", mam na myśli mały zespół - dwóch, trzech wspinaczy, którzy jednak nie używają lin poręczowych założonych tam przez inne wyprawy. Bo jeśli ktoś korzysta z takiego ułatwienia, to kompletnie mnie to nie interesuje.

Wśród zdobywców Korony Himalajów i Karakorum są trzy kobiety. 99 proc. ich wejść odbyło się na zabezpieczonych wcześniej trasach. I znów - to nie ma nic wspólnego z alpinizmem. Żadna z nich nie byłaby w stanie wejść na alpejski czterotysięcznik bez zewnętrznej pomocy, o własnych siłach.

Weszli na ośmiotysięcznik na przekór Messnerowi: ''Polska sensacja fizjologiczna''


Messner w rozmowie z Al Dżazirą

W czasach moich i Kukuczki wspinacz mógł jechać w Himalaje tylko wtedy, gdy miał duże doświadczenie w Alpach, na Kaukazie czy w Tatrach. Tam zbierał doświadczenia z samotnych przejść wielu klasycznych dróg, sam wiele razy musiał szukać drogi w trudnym terenie, przeżyć w trudnych warunkach, kiedy w ścianie zastała go burza. Później musiał sam zejść, często uciec lawinie. Powoli chłonął tę wiedzę, którą zdobywa się w górach. Teraz to rzadkość.

A jeśli mimo wszystko przebędzie się tę drogę z niskich gór w Himalaje? 

- To dalej masz problem, bo na zwykłej drodze na ośmiotysięczniku napotkasz liny poręczowe. W tym roku po tragedii na Mount Evereście, gdzie w lawinie zginęło 16 Szerpów, zamknięto szczyt. Co więc zrobili Szerpowie? Zaczęli przygotowywać dla komercyjnych wypraw Kanczendzongę. Znaleźli nawet 50 chętnych. Niedługo wszystkie normalne drogi na ośmiotysięczniki zamienią się w turystyczne szlaki, a wycieczkę na szczyt będzie można kupić w biurze podróży.

Co można zrobić? Zakazać wchodzenia na niektóre góry? 

- Nie! Wystarczy zostawić góry takimi, jakie są, jakie były kiedyś. Nie budować wokół nich dróg, nie poręczować szczytów dla wypraw komercyjnych. Jeśli ktoś ma ochotę, to niech tam idzie, ale bez pomocy innych. Niech góry będą takie, jakie były tysiąc lat temu. Dzikie. Zaporęczowano Everest i setki ludzi rzuciły się na szczyt, niszcząc jakość tej góry. Uwierz mi, że 99 proc. ludzi, którzy wchodzą teraz na Everest, nie pojechałoby tam, gdyby nie było dobrej drogi dojazdowej, samolotu czy zamocowanej przez kogoś liny.

Czy podobny los może spotkać też trudne ośmiotysięczniki, jak Annapurna? 

- Annapurna wcale nie jest trudną technicznie górą, normalna droga jest tam bardzo prosta. Jej problem polega na tym, że jest bardzo niebezpieczna. Istnieje różnica między szczytem trudnym a niebezpiecznym. Współczynnik śmierci na Annapurnie jest najwyższy wśród ośmiotysięczników. Francuzi, którzy zdobyli ją w 1950 roku jako pierwsi, mieli dużo szczęścia. Kiedy wytyczałem nową drogę na tej górze, to widziałem bardzo dobrze północną ścianę, którą weszli na szczyt. Byłem zaskoczony jej widokiem.

Anna Czerwińska o kobiecym himalaizmie: ''Lodowi wojownicy boją się kobiet''



Jak wyglądała? 

- Była bardzo niebezpieczna i pamiętam, że powiedziałem sobie wtedy, że na ich miejscu nie odważyłbym się tamtędy iść. Przez wiele godzin trzeba przechodzić pod ogromnymi, 300-metrowymi serakami. Kiedy fragment takiego lodowego nawisu się obrywa, to leci w twoim kierunku pocisk wielkości dziesięciu domów.

Niebezpieczne drogi były w 80. latach specjalnością Polaków. Świat najbardziej zapamiętał dwóch z nich - Jerzego Kukuczkę i Wojciecha Kurtykę. Którego stawia pan wyżej? 

- Bez wątpienia największy był Wojtek Kurtyka, zrobił tyle wspaniałych rzeczy. Był mentalnym liderem polskiego himalaizmu. To on prowadził przez pewien czas Kukuczkę ku wielkim wyzwaniom. Kurtyka bardzo dobrze zdawał sobie sprawę z tego, co robi. Kukuczka z kolei był siłaczem. Miał perfekcyjną intuicję, która pozwalała mu przeżyć w ekstremalnych sytuacjach. Razem dokonywali pięknych, czystych stylowo przejść. Wspaniałym wspinaczem jest też Wielicki. Jego przewaga nad Kukuczką jest taka, że wciąż żyje.

Czy można oceniać zachowania wspinaczy w ekstremalnych warunkach? W 1986 roku, po wytyczeniu nowej drogi na K2 zwanej "drogą samobójców", w drodze powrotnej zginął Tadeusz Piotrowski i wielu obwiniało o to Jerzego Kukuczkę. Rok temu ze szczytu Broad Peaku po pierwszym zimowym wejściu nie wrócili Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski. A dostało się za to Adamowi Bieleckiemu. 

- Kiedy zginął Piotrowski, ludzie obwiniali Kukuczkę, ale my, wspinacze, wszyscy wiedzieliśmy, co to była za droga i co się tam może stać. W latach 80. zginęło wielu świetnych polskich wspinaczy. Tak samo było ze Słoweńcami. Przez moment byli najlepsi na świecie, ale zaczęli ginąć. W kilka lat zginęła połowa z nich. Przed Polakami najlepsi w górach byli Brytyjczycy. Poza Boningtonem i Scottem wszyscy zginęli.

Na wyprawie każdy jest odpowiedzialny za siebie samego. Grupa w pewnych momentach jest odpowiedzialna za siebie, ale nie można powiedzieć, co jest dobre, a co złe.

W naszym świecie nie ma definicji dobra i zła. Jest tylko możliwe i niemożliwe. Osoba, która normalnie czuje, widzi, że idea wypraw w góry jest zła. I jestem pierwszą osobą, która to powie. Mea culpa. Czymś złym jest pójść tam, gdzie mogę umrzeć.

Czyli to zachowanie nielogiczne? 

- Wielka wspinaczka nie jest żadną inteligentną czynnością. Tak naprawdę to całkiem głupie pchać się w miejsce, gdzie możesz umrzeć. My ruszamy w miejsca, gdzie możemy umrzeć, po to by nie umrzeć. Inteligentna osoba po prostu tam nie pójdzie.

Wybitni fotografowie wystawili zdjęcia, by pomóc rodzinom ofiar tragedii na Mount Evereście


Artur Hajzer o zimowym zdobywaniu Annapurny

Gdy bronimy wspinaczy, nie możemy robić tego przed rodzinami tych, którzy zginęli. To niemożliwe. To, co robimy, nie jest w żadnym wypadku społeczne. Bo logiczne jest, że jeśli ktoś ma rodzinę, to powinien się nią zająć, a nie iść w góry. Ale to indywidualna sprawa i jeśli ktoś mimo wszystko rusza w góry, nic nam do tego. Społeczeństwo nie rozumie tego, co robimy. Dla ludzi to jest złe - i mają rację. Ale my ich nie słuchamy. Dlaczego mielibyśmy słuchać kogoś, kto nie rozumie tego, co robimy?

Czyli osoby z zewnątrz nie powinny oceniać wspinaczy? 

- Ludzie z zewnątrz nie mają pojęcia, co czeka na wspinacza tam wysoko. Nikt z zewnątrz nie ma prawa mówić nam, co jest dobre, a co złe, i wymagać, że to zrozumiemy.

Panu urodziły się dzieci, ale jednak ruszył pan na kolejną wyprawę. 

- Tak, przeszedłem Antarktydę. Wcześniej ubezpieczyłem się, żeby moje dzieci miały pieniądze, jeśli coś mi się stanie. I poszedłem. A moja żona nie powiedziała, żebym został. Wiedziała, że lepiej mnie puścić. Każdy musi odbyć tę rozmowę z samym sobą i zdecydować.

W zimie nie zdobyto jeszcze tylko dwóch ośmiotysięczników: Nanga Parbat i K2. Można na nie wejść o tej porze roku? 

- Na pewno. W końcu 12 z 14 ośmiotysięczników padło w zimie, więc dlaczego dwa ostatnie miałyby się oprzeć? Nanga Parbat nie jest szczególnie trudnym szczytem. W górnych partiach mocno wieje, często pogoda jest tam zła, ale po prostu trzeba próbować, próbować i jeszcze raz próbować.

Która droga jest najlepsza? 

- Ja stawiałbym na drogę Schella od strony Rupal. Jest wprawdzie bardzo długa, ale też ciepła, bo tam długo świeci słońce.

A K2? 

- Tutaj sytuacja jest trudniejsza, bo K2 jest wyższym szczytem, też wieje tam mocno, a dodatkowo jest bardzo zimno. Może potrzeba jeszcze pięciu lat? Ale komuś w końcu się to uda.

Kto jest teraz najlepszy na świecie? 

- W tradycyjnym alpinizmie - Hansjörg Auer i David Lama. Są młodzi, ale doświadczeni. Szybko się uczą. Jeśli uda im się pokonać północną ścianę Maszerbrumu, będzie to nowy poziom.

A co z Uelim Steckiem? 

- W tym wymiarze nie jest tak dobry. Jest bardzo szybki, zrobił świetne przejścia solo, chociaż historia jego wspinaczki na południową ścianę Annapurny jest dość dziwna... Wydaje mi się, że dwaj Francuzi [Graziani i Benoist], którzy powtórzyli jego drogę kilkanaście dni później, przeżyli większą przygodę. Przebywali dłużej w ścianie, mieli cięższe plecaki, przeżyli załamanie pogody. A na sam koniec im się udało. Przygoda Stecka była mniejsza, a ja jestem zainteresowany przede wszystkich alpinizmem, w którym chodzi o przygodę. To mój klucz. Nie skupiam się na sukcesie czy prędkości. Prędkość mnie zupełnie nie interesuje.

Jakie są najpiękniejsze drogi, które nie zostały jeszcze poprowadzone? 

- Myślę, że przyszłość alpinizmu to trawersy. Prawdziwe trawersy. Tylko że jak zrobić prawdziwy trawers, gdy teraz wszędzie są ludzie? Kiedy trawersowałem Gaszerbrumy [I i II], to nikogo tam nie było. Żadnych ludzi, żadnych lin poręczowych, tras. Nic. Ideą przygody jest oddalenie od bezpieczeństwa.

Multimedialny reportaż Jacka Hugo-Badera o wyprawie na Broad Peak: "Boskie światło"


Bez nich nie byłoby Messnera: fragmenty dokumentu ''Nanga Parbat'' z 1953 r. o wyczynie niemieckich himalaistów

Co pan myśli o roli nowych mediów we wspinaczce? Alpiniści w trakcie akcji górskiej przesyłają do mediów społecznościowych informacje prawie na żywo, publikują zdjęcia. Nawet z miejsc, gdzie ich życie jest zagrożone. 

- Alfabet mojego wspinania to: żadnego dodatkowego tlenu, żadnych spitów [rodzaj kotw do osadzania w skale stałych punktów asekuracyjnych; żeby zamontować spit, trzeba użyć wiertarki albo spitownicy, mocno ingerować w skałę], żadnej komunikacji ze światem, żadnych środków wspomagających.

Dziś nawet ze szczytu Everestu możesz zadzwonić do domu. Cała opowieść wspinaczy opiera się dziś na innych zasadach. Wspinacz od razu wysyła informację do mediów, tego samego dnia ukazuje się ona w internecie, a następnego w gazetach. I na tym opowieść się kończy. Tylko że po przyjeździe do domu nikt się nim już nie interesuje.

To jak powinno być? 

- Robert Scott wyprawę na biegun południowy rozpoczął w 1910 roku. Do celu dotarł 17 stycznia 1912 roku. Zginął podczas powrotu 29 marca 1912 roku. Informacja o jego śmierci dotarła do Anglii rok później. A książka o wyprawie [Scott pisał pamiętnik] wciąż jest bestsellerem.

Gdybym dokonał jakiegoś wspaniałego wejścia, nie informowałbym o tym. Poczekałbym i rozegrał to lepiej po powrocie.

A co ze sponsorami? Dają pieniądze i wymagają. 

- Postępują niemądrze. Lepiej dla wszystkich byłoby, gdyby po powrocie zorganizować cykl spotkań i może napisać książkę.

Jak porównałby pan swoje życie przed zdobyciem ostatniego ośmiotysięcznika i po nim? Było tak samo ekscytujące? 

- Tak, ale "ekscytacja" to złe słowo, bo np. na biegunie południowym było zbyt ciężko i zimno, by się ekscytować. Nie było tak niebezpiecznie jak w górach, bo nie można było spaść. Oczywiście są szczeliny, organizm jest wykończony, ale nie można tak po prostu spaść. To ogromna różnica. Kolejna to tlen, którego na wysokościach jest niewiele. Na biegunie nieźle się oddycha. Problemem jest zaopatrzenie, bo trzeba wziąć ze sobą wszystko, co potrzebne do przeżycia w takich warunkach przez trzy miesiące. Nie mogliśmy sobie wtedy pozwolić na błąd, bo samolot by po nas nie przyleciał. Jeden błąd - i byłoby po nas. I to była prawdziwa przygoda. Miałem szczęście, bo nikt wcześniej nie przeszedł Antarktydy, nikt nie pokonał dłuższą drogą Grenlandii. Mogłem wymyślać sobie przygody i jako pierwszy w nich uczestniczyć.

Słowo "ekscytacja" pasuje w takim razie do czegoś, co robił pan w życiu? 

- Pasuje do tego, co robię przez ostatnich 15 lat. Wymyślenie górskiego muzeum, znalezienie na nie miejsca i pieniędzy sprawia, że czuję się tak samo dobrze jak podczas moich wypraw. Tak samo jak wcześniej wielu ludzi mówiło mi, że moje plany są niemożliwe, niektórzy używali politycznych nacisków, by mi przeszkodzić, więc nie było łatwo. Ale na sam koniec, krok po kroku, mogłem przejść nad wszystkimi kłodami, które ludzie rzucali mi pod nogi.

*Reinhold Messner - największa legenda himalaizmu. W latach 1970-1986 jako pierwszy (tuż przed Jerzym Kukuczką) zdobył Koronę Himalajów i Karakorum, czyli wszystkie 14 ośmiotysięczników.

Więcej o himalaizmie na off.sport.pl

- Powrót himalaisty do domu, do żony, rodziny jest wymuszonym zanurzeniem w fikcję i fałszywą codzienność. Prawdziwe życie ma tylko tam, w górach - mówi prof. Jacek Hołówka w rozmowie z Jackiem Hugo-Baderem. Za tydzień w "Magazynie Świątecznym"

Jak giną bohaterowie? I czy góry są warte śmierci? Wspominamy Jerzego Kukuczkę, pytamy Wojciecha Kurtykę: "Od śmierci w dolinach zachowaj nas, Panie"''Igrzyska śmierci''


Przed Koroną Ziemi - solowa wspinaczka skalna Messnera

A poza tym w Magazynie Świątecznym

Nawet anioł ma brud pod paznokciami 
Pieprzę politykę. Żadnej prawdziwej rozmowy o ideach, wizjach rozwoju, oddzieleniu Kościoła od państwa. Nic, tylko miałkość i pyskówka. Rozmowa z Arkadiuszem Jakubikiem 

Jerzy Hausner: Dokąd idziemy? 
Naszym celem nie powinien być ani rynek, ani państwo, ani magiczny wzrost PKB. Chodzi o wspólny park, dobrą komunikację, w miarę sprawną służbę zdrowia. I żeby w pracy człowiek był traktowany po ludzku, a nie jak poddany w folwarku. Z prof. Jerzym Hausnerem rozmawia Grzegorz Sroczyński

Ochotnik 
"Niechaj nie zaznam strachu, w czynach wielkich niechaj znajduję śmierć słodką za Ciebie. I wiecznie będę żyć w Tobie, Odwieczna Ukraino, potężna i zjednoczona!". Zaraz po przysiędze ochotnicy batalionu Azow odjadą na wschód

Polacy, odkryjcie się 
Na styl stać każdego. Nie chcę żyć w świecie, w którym Urban Outfitters, Amazon, Gucci, Zara i H&M mówią nam, co mamy kupić, i wszyscy noszą to samo. Rozmowa z Bradfordem Shellhammerem

Nie każdy poeta miał taki fart 
Puszkin nie miał szczęścia do dobrych tłumaczy. A Bułat jak najbardziej. Dzięki temu jego poezja jak strzała utkwiła w sercach Polaków. Rozmowa z Olgą Arcymowicz-Okudżawą, wdową po legendarnym pieśniarzu i poecie

Tu deszcz jest stanem ducha 
Niewidoczną granicę kraju, który bezkrytycznie kocham od ponad 30 lat, a który od miesiąca sprawuje prezydencję w Unii, przekraczam w Tarvisio w alpejskim Friuli. Czym dziś żyją Włochy? Jak się czują?

Jan A.P. Kaczmarek: Mam dość mitu Polaka, który dał radę 
- Komisja uznała, że w historii szkoły chyba nikt nie wypadł gorzej, więc sugeruje, żebym się muzyką więcej nie zajmował. Wybiegłem z okrzykiem, który Amerykanin wyraziłby: "Freedom at last!" - mówi twórca festiwalu Transatlantyk



Rząd połączy Zalew Wiślany z Zatoką Gdańską? "Musimy reagować na sytuację geopolityczną"

Są szanse że za 6 lat rozpocznie się budowa przekopu Mierzei Wiślanej - informuje "Dziennik Bałtycki". Premier jeszcze rok temu odrzucał możliwość budowy kanału, ale Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju wpisało projekt na listę prac legislacyjnych rządu.
- Musimy reagować na sytuację geopolityczną. Kryzys ukraiński pokazał jasno, że musimy w większym stopniu liczyć na siebie i uniezależnić się od największego sąsiada -powiedział "Dziennikowi Bałtyckiemu" Stanisław Lamczyk, poseł PO i członek sejmowej komisji infrastruktury.

Utrudnienia w żegludze na Zalewie Wiślanym faktycznie mogą się pojawić, ponieważ działo się tak wcześniej, gdy stosunki z Rosją ulegały pogorszeniu. Jedynym wejściem z Morza Bałtyckiego do akwenu zalewu jest Cieśnina Pilawska znajdująca się na terytorium rosyjskim. W latach 2004-09, po akcesie Polski do UE, wejście było zamknięte. Od 2009 r. natomiast Rosjanie umożliwiają wpływanie tylko polskim i rosyjskim jednostkom.


Rozwój regionu czy zagrożenie?

"Przekop ma przyczynić się m.in. do rozwoju portu w Elblągu. Po inwestycji liczba przeładowanych towarów ma wzrosnąć do 3,5 mln ton rocznie z obecnych 400 tys. Na polską część Zalewu Wiślanego wpływać będą mogły jednostki pod każdą banderą. Kanał ma także pomóc turystyce jachtowej na Zalewie Wiślanym" - informuje "Dziennik Bałtycki".

Według informacji "DB" budowa ma kosztować około 880 mln zł, a rozpoczęcie prac datuje się na lata 2020-22. Miejscem wyznaczonym pod budowę kanału są okolice osady Przebrno.

fot. Maps.google.com

Zdania na temat inwestycji są podzielone. Działacze PiS uważają, że jest to zagranie przed wyborami, burmistrz Krynicy Morskiej mówi o "projekcie bez perspektyw ekonomicznych, w dodatku groźnym dla środowiska i mieszkańców Mierzei Wiślanej", a lokalni działacze PO są zdania, że to "sukces regionu".

Kopanie leżącego

8 sierpnia 2014

Ktoś w Legii dał się przyłapać na głupim błędzie, za który klub zapłaci rysami na wizerunku i przetrąconymi marzeniami, również o ciężkich milionach. Hejt dostał jako bonus.

Życie jest pełne paradoksów. Legia Warszawa, klub, którego właścicielami są dwaj prawnicy, stawiany za wzór, jeśli chodzi o organizację i profesjonalne zarządzanie, żegna się z marzeniami o Lidze Mistrzów. Powód? Któryś z jego pracowników nie dopełnił formalności związanych z karą dyskwalifikacji dla jednego z piłkarzy.

Za błahostkę, która nie miała żadnego wpływu na wynik dwumeczu z Celtikiem, nie była żadnym oszustwem, cwaniactwem, cyniczną próbą obejścia prawa, tylko zwykłym niedopatrzeniem, Legia zapłaciła karę najwyższą z możliwych. Nie zagra w kolejnej rundzie eliminacyjnej, mimo że na boisku nie zostawiła cienia złudzeń, kto jest lepszy. Z przepisami się nie dyskutuje i jeśli się lubi miliony, które UEFA płaci za udział w organizowanej przez siebie zabawie, to trzeba też polubić jej regulaminy.

Legia jeszcze nie awansowała do Ligi Mistrzów, choć takie wrażenie można było odnieść, czytając doniesienia na temat skutków walkowera, jakim została ukarana. Ale mecze z Celtikiem wlały w piłkarzy i kibiców taki zastrzyk optymizmu, że żadne marzenie nie wydawało się zbyt szalone. Teraz Legia leży, płacze i obrywa kopniaki, a chętni, żeby jeszcze dołożyć zatrudnionym w klubie sprawcom całego nieszczęścia, przebierają nogami.

Poważni komentatorzy stawiają tezy, że gdyby kierownikiem zespołu (który nasuwa się jako winny) był ktoś, kto zna zapach szatni, a nie pani, której powierzono tę funkcję przed kilku laty, mimo że nie miała żadnych związków z futbolem, do takiej kompromitacji by nie doszło. Nie wiem, skąd taka pewność. Może dlatego, że byli kierownicy to ich koledzy. To się nazywa złośliwa satysfakcja.

Legię zaboli więc odpływ potencjalnych milionów, trochę ucierpi duma jej arcyprofesjonalnych właścicieli, ale żyć i grać trzeba dalej. Smutne nie jest to, że w klubie obnoszącym się z najwyższymi standardami doszło do takiego niedopatrzenia, ale to, że ten błąd wywołał taki potok jadu, złośliwości oraz żądzy zmieszania z błotem ludzi, którzy dla Legii daliby się pokroić. A to się nazywa polskie piekiełko.

Arcybiskup Głódź dostał ćwierć miliona odprawy!


Szokujące dochody polskiego arcybiskupa! Duchowny, który powinien żyć skromnie, mieszka jak prawdziwy władca. Na utrzymanie ma emeryturę w wysokości 10 tys. zł miesięcznie. Ale to jeszcze nic. Gdy Sławoj Leszek Głódź (69 l.) odchodził z wojska, jako były biskup polowy w stopniu generała otrzymał aż... 250 tysięcy złotych odprawy! I jak ma się to do słów papieża Franciszka, który nakazuje, by księża zamienili limuzyny na rowery i obniżyli sobie pensje?

zdjęć (2)
Głódź dostał ćwierć miliona odprawy
Sławoj Leszek Głódź (69 l.), arcybiskup metropolita gdański
Agencja foto: Super Express (fotomontaż)
fb udostępnij tweet udostępnij g+ udostępnij nk udostepnij

Arcybiskup Sławoj Leszek Głódź znany jest z zamiłowania do luksusu. Pod dom zajeżdża czarną limuzyną, którą prowadzi wynajęty szofer. Choć domem trudno to nazwać. Duchowny mieszka w ogromnej rezydencji w Gdańsku. Zabytkowa siedziba otoczona jest wielkim ogrodem o powierzchni trzech tysięcy metrów kwadratowych. Na jego terenie Sławoj Leszek Głódź założył hodowlę danieli.

Zobacz: Rekompensaty dla Polski za embargo Rosji

Ale najbardziej porażają zarobki tego kapłana. Sławoj Głódź jako generał zarabiał około ośmiu tysięcy złotych. Kilka lat temu arcybiskup przeszedł na emeryturę. Ale nie klepie biedy, jak większość polskich ubogich seniorów, którzy co niedziela składają część swoich oszczędności na tacy. Co miesiąc arcybiskup otrzymuje generalską emeryturę sięgającą ok. 10 tys. zł. A - jak podała "Gazeta Wyborcza" - na odchodne z wojska Sławoj Głódź otrzymał około 250 tysięcy złotych odprawy generalskiej.

Ciekawe, co by na to powiedział papież Franciszek, który próbuje przekonać duchownych do skromniejszego życia. - W ciągu 25 lat ktoś w polskim Kościele zgubił zdrowy rozsądek. Wśród księży jest ogromna dysproporcja. Jedni kapłani ledwo wiążą koniec z końcem, a drudzy jeżdżą limuzynami.

Niestety, są tacy biskupi, którzy zdają się być przywiązani wyłącznie do  luksusu - ocenia dla "Super Expressu" ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski (58 l.).

Microsoft też wykrył pedofila, skanując pliki na OneDrive





, 07-08-2014, 15:12

Mężczyzna z Pensylwanii został zatrzymany po tym, jak Microsoft wykrył pedofilskie pliki na jego koncie OneDrive. Jak wcześniej wspominaliśmy, nie tylko Google robi takie rzeczy.

Na początku tego tygodnia Dziennik Internautów opisywał przypadek mężczyzny, który został zatrzymany po tym, jak Google wykrył pedofilskie zdjęcie na jego koncie Gmail. Google dał cynk organizacji NCMEC, następnie informacja o pliku trafiła do policji. Ta zorganizowała przeszukanie i znalazła dowody na posiadanie pornografii dziecięcej.

Wiele osób było zszokowanych tym, że Google skanuje pliki użytkowników pod kątem treści pedofilskich. Dziennik Internautów zaznaczył jednak, że podobne rzeczy robią Microsoft i Facebook. Firmy te korzystają z technologii PhotoDNA, która pozwala na automatyczne rozpoznawanie pedofilskich zdjęć. 

Kolejny zatrzymany, ale dzięki Microsoftowi

Wczoraj BBC podało informację, która potwierdza to, o czym pisaliśmy. Kolejny mężczyzna podejrzany o posiadanie pornografii dziecięcej został zatrzymany w Pensylwanii, ale tym razem na podstawie informacji pochodzącej od Microsoftu. Firma wykryła pedofilski plik na koncie OneDrive i dzięki temu uruchomiono postępowanie (zob. BBC, Microsoft tip leads to child porn arrest in Pennsylvania).

Ujawnienie dwóch takich przypadków w krótkim czasie zwróciło uwagę mediów na to, że giganci IT walczą w ten sposób z pedofilią. Jak już wspomnieliśmy, nikt nie robił z tego tajemnicy. Firmy Google, Microsoft, Facebook już przed laty opisywały na swoich blogach te antypedofilskie technologie. Wiadomo zresztą, że antypedofilskie działania firm łączy jeden partner - organizacja National Center for Missing and Exploited Children (NCMEC).

Poznajcie PhotoDNA

Co ważne, te technologie nie wymagają udziału człowieka w przeglądaniu obrazów. Nie jest również tak, że analizują one nieznane obrazy. Po prostu na podstawie baz zidentyfikowanych wcześniej materiałów pedofilskich tworzy się unikalną sygnaturę każdego obrazu. Ta sygnatura umożliwia znalezienie tego samego obrazu automatycznie.

infografika

PhotoDNA może rozpoznać nawet obraz, który był poddany edycji. Dzieje się tak, ponieważ sygnatura jest tworzona na podstawie czarno-białej wersji obrazu, która jest przeskalowana i dzielona na części.

Sonda
Czy giganci IT są przejrzyści jeśli chodzi o stosowanie antypedofilskich skanerów?
  • tak
  • nie
  • trudno powiedzieć
wyniki  komentarze

A było w regulaminie!

Nie można obecnie powiedzieć, że Google czy Microsoft absolutnie nie informowały o swoich antypedofilskich działaniach. Niemniej te działania wzbudzają zastrzeżenia. Wielu ludzi dowiedziało się o nich w ostatnich dniach. Dlatego obrońcy prywatności apelują o to, aby firmy wyraźniej informowały o tym, w jaki sposób traktują dane użytkowników. Tutaj należy dodać, że Microsoft zastrzega w swoich regulaminach możliwość skanowania czy nawet przeszukiwania kont, ale informacje w regulaminie z zasady traktujemy jak nieistotny prawniczy bełkot.

Najlepszym rozwiązaniem byłoby chyba zastąpienie regulaminów zestawem krótkich i czytelnych informacji, tak jak proponowała