piątek, 7 marca 2008

Co jeśli Policja nie chce ścigać przestępstwa?

Data: 07.03.2008 r.

W jakich przypadkach Policja ma obowiązek ścigania każdego przestępstwa?

Plicja ma obowiązek ścigania każdego przestępstwa, jeśli uzyska wiarygodną wiadomość o jego popełnieniu. Niektóre z przestępstw są ścigane wyłącznie na wniosek pokrzywdzonego, a niektóre tylko jeśli wystąpi on z oskarżeniem przeciw sprawcy.

Przykład:

  • Jeśli Jan Kowalski będzie publicznie, np. na forum w Internecie, że Paweł Nowak jest "wrednym złodziejem i oszustem", to może popełnić przestępstwo pomówienia, ale Policja nie ma obowiązku prowadzenia w tej sprawie postępowania z własnej inicjatywy. Jest to bowiem przestępstwo ścigane z oskarżenia prywatnego.

Podobnie jest w przypadku, gdy przestępstwo jest ścigane na wniosek pokrzywdzonego. Wtedy Policja lub prokurator podejmują działania po złożeniu wniosku o ściganie, którego cofnięcie jest możliwe tylko za zgodą sadu lub prokuratora.

Zgłoszenie przestępstwa powoduje, że Policja (lub prokurator) ma obowiązek wydać postanowienie:

  1. o wszczęciu postępowania (śledztwa lub dochodzenia) albo
  2. o odmowie jego wszczęcia.

Takie postanowienie powinno być wydane "niezwłocznie", tj. bez uzasadnionej zwłoki (co nie jest równoznaczne z "natychmiast"). Niekiedy zajdzie potrzeba przeprowadzenia postępowania sprawdzającego (np. rozpytania przez Policję). W tym wypadku postanowienie o wszczęciu śledztwa albo o odmowie wszczęcia powinno być wydane najpóźniej w terminie 30 dni od otrzymania zawiadomienia.

Pokrzywdzony i osoba, która złożyła zawiadomienie o przestępstwie są zawiadamiani o tym, jakie postanowienie zostało wydane. Jeśli jednak w ciągu 6 tygodni od zgłoszenia nie dostaną żadnej informacji, mogą złożyć skargę na brak reakcji ze strony organów ścigania (tzw. skarga na bezczynność). Składa się ją do prokuratora nadzorującego postępowanie (gdy prowadzi je Policja) lub do prokuratora nadrzędnego w przypadku postępowania, które prowadzi prokurator.

Po wszczęciu postępowania może się okazać, że jego dalsze prowadzenie jest bezpodstawne, np. gdy przestępstwa nie było, bo okazało się, że Kowalski, który zgłosił kradzież piły elektrycznej zapomniał, że pożyczył ją parę dni temu sąsiadowi, który właśnie ją oddał. W takiej sytuacji Policja umarza postępowanie, które zostało wprawdzie wszczęte, ale nie ma sensu dalsze jego prowadzenie.

Nie we wszystkich przypadkach jest oczywiste, jakie postanowienie trzeba wydać. Pokrzywdzony albo osoba zgłaszająca popełnienie przestępstwa często nie zgadzają się z decyzją prokuratora lub Policji o odmowie lub umorzeniu postępowania przygotowawczego. W takim przypadku mogą tą decyzję zaskarżyć, a nawet doprowadzić do wszczęcia postępowania w sądzie bez udziału oskarżyciela publicznego.

Kto i w jaki sposób może wnieść zażalenie na postanowienie o odmowie wszczęcia postępowania lub umorzeniu postępowania?

Przyczyny, dla których Policja lub prokurator może odmówić wszczęcia postępowania, albo je umorzyć, są wskazane w ustawie i tylko na nie można się powołać w postanowieniu. Przyczyny te zachodzą m.in. gdy:

  • okaże się, że danego czynu w ogóle nie popełniono albo że nie ma uzasadnionego podejrzenia jego popełnienia;
  • zostanie stwierdzone, że dane zdarzenie nie ma cech przestępstwa;
  • czyn ma znikoma społeczną szkodliwość.

Środkiem, który zmierza do uchylenia postanowienia o odmowie wszczęcia lub umorzeniu postępowania jest zażalenie. W zażaleniu tym należy wskazać, dlaczego naszym zdaniem wydanie postanowienia jest nieuzasadnione. Można podnosić, że nie istnieje przyczyna umorzenia lub odmowy wszczęcia podana w postanowieniu albo, że Policja błędnie ustaliła fakty lub pominęła istotne dla sprawy dowody. Jeżeli umorzenie nastąpiło z powodu znikomej społecznej szkodliwości czynu, należy wskazać okoliczności, które przemawiają za tym, że czyn jest społecznie szkodliwy w większym stopniu.

Pokrzywdzony może wnieść zarówno zażalenie na odmowę wszczęcia, jak i na umorzenie postępowania. Oprócz niego, postanowienie o odmowie wszczęcia postępowania może zaskarżyć także instytucja państwowa, samorządowa lub społeczna, która złożyła zawiadomienie o przestępstwie. W przypadku umorzenia postępowania prawo to przysługuje również podejrzanemu. Przed złożeniem zażalenia mogą się oni zapoznać z aktami zgromadzonymi przez Policję lub prokuraturę.

Zażalenie składa się do sądu, który byłby właściwy do rozpoznania sprawy. Wnosi się je w ciągu 7 dni od doręczenia zaskarżanego postanowienia.

Sąd może uznać odmowę lub umorzenie postępowania za nieuzasadnione i wtedy uchyla postanowienie prokuratora. Wskazuje też, jakie okoliczności należy wziąć pod uwagę lub jakie czynności w postępowaniu przeprowadzić. Prokurator jest zobowiązany do ich przeprowadzenia, ale jeśli w dalszym ciągu nie widzi podstaw do wniesienia aktu oskarżenia, wydaje drugie postanowienie o odmowie lub umorzeniu postępowania. Pokrzywdzony ma wtedy prawo do wniesienia własnego aktu oskarżenia do sądu - w terminie miesiąca od doręczenia mu zawiadomienia o postanowienia, dołączając po jednym odpisie dla każdego oskarżonego oraz dla prokuratora.

Pamiętaj, że:

  • Postanowienie o umorzeniu lub odmowie wszczęcia postępowania, które jest prawomocne (tj. takie, na które nie przysługuje zażalenie) może być uchylone, a postępowanie podjęte na nowo postanowieniem prokuratora.
  • Od postanowienia sądu o utrzymaniu w mocy postanowienia o umorzeniu lub odmowie wszczęcia postępowania nie przysługuje już zwykły środek zaskarżenia. Taką decyzję mogą zaskarżyć kasacją jedynie Prokurator Generalny lub Rzecznik Praw Obywatelskich.

Podstawa prawna:

Odmowa dostępu do akt śledztwa nie narusza równości stron

Data: 07.03.2008 r.

Prokurator wystąpił do sądu z wnioskiem o przedłużenie tymczasowego aresztowania. Zastrzegł jednocześnie poufność uzasadnienia wniosku. Obrońcy podejrzanego odmówiono dostępu do akt postępowania przygotowawczego. Obrońca zarzucił, iż taka odmowa narusza równość stron i uniemożliwia mu obronę.

Sąd Apelacyjny orzekł, iż odmowa dostępu do akt śledztwa nie narusza równości stron, bowiem właśnie żądanie dostępu do akt narusza równość, skoro podejrzany nie ma obowiązku (ewentualnie gwarantowanego sankcją karną) wyjawienia wszystkich posiadanych wiadomości o badanych zdarzeniach.Ujawnienie wiadomości uzyskiwanych przez śledztwo, gdy podejrzany swoich wiadomości nie ujawnia i ujawniać nie musi, byłoby naruszeniem owej równości.

Ujawnienie dowodów dla stosowania aresztowania - czytamy dalej w orzeczeniu SA - obezwładniałoby śledztwo, które wszak dopiero dowody gromadzi, by udowodnić czyny podejrzanego. Obrona nie polega jedynie na wykazywaniu niekompletności dowodów czy zapobieganiu ujawnienia innych. Informacje o stanie faktycznym sprawy, czynnościach z udziałem podejrzanego, o treści wyjaśnień itd. obrońca może mieć od podejrzanego, a nawet sam może uczestniczyć w niektórych czynnościach procesowych.

SA pokreślił, że inną rzeczą jest odmówienie obrońcy dostępu nie tylko do materiałów śledztwa, ale nawet do informacji o przebiegu śledztwa i jego zamiarach, o szczególnych okolicznościach, powodujących że śledztwa nie można było ukończyć w zwykłym terminie. Pozbawia to obrońcę możliwości jakiejkolwiek polemiki z odnośnymi argumentami, nie daje mu nawet szansy na takową, skoro nawet nie uświadamia mu powodów takiego stanu. Co więcej - utajnienie uzasadnienia wniosku o przedłużenie aresztowania pozbawia sądy orzekające możliwości przytoczenia powodów dokonywanej oceny, skoro wszelkie informacje o śledztwie są objęte zakazem ujawnienia bez zgody prokuratora (art. 156 § 5 kpk). Sąd Apelacyjny również nie może podać żadnych faktów z uzasadnienia wniosku, nawet powodów przeciągania się śledztwa, nawet dokonanych czynności, bo ujawniając to Sąd naruszyłby prawo.

Z rzetelnością procesu - orzekł SA - nie licuje sytuacja, w której podejrzany nie wie, dlaczego spotyka go dolegliwość dalszego aresztowania. Wiedza o treści podejrzenia jest wystarczająca we wstępnej fazie procesu in personam, ale nie po kilku miesiącach aresztowania.

Postanowienie Sądu Apelacyjnego w Krakowie z dnia 4 września 2007 r., sygn. akt II AKz 384/2007 (Krakowskie Zeszyty Sądowe 2007/9 poz. 45)

"Papaya" Urszuli Dudziak podbija świat!

07.03.200816:25
Urszula Dudziak, fot.Rafał Nowakowski

Zaczęło się na Filipinach. Motyw z utworu Urszuli Dudziak pojawił się w jednym z teleturniejów. Widzowie go pokochali. Teraz tańczy się do niego w więzieniach, supermarketach, na ulicach, a nawet w ambasadach...

"Papaya" - o niebo lepsza niż "Jożin z bażin"


Wygląda na to, że mamy polskiego "Jożina z bażin" w dużo lepszym wydaniu. Kilka miesięcy temu polscy internauci odkryli utwór Ivana Mladka i Banjo Band. Po kilku tygodniach "Jożin" był hitem numer jeden, wyróżniono go m.in. w rankingu Widelca na filmik 2007 roku. Zaskoczeni muzycy z Czech zapewniali: - Nie mamy pojęcia, dlaczego nasza piosenka z lat 70. stała się teraz przebojem. Tak samo mówiła dziś Urszula Dudziak, której utwór po kilkudziesięciu latach od nagrania stał się światowym hitem. Na tym podobieństwa między słynną "Papayą" a "Jożinem" się kończą. Bo "Papaya" zyskała o niebo większą popularność, a Urszula Dudziak to - jak piszą na forach jej fani - klasa sama w sobie.

Utwór piosenkarki z 1976 kilka miesięcy temu podbił Filipiny. Tak wszystko się zaczęło...


Papaya dance


W 2007 "Papaya" pojawiła się w filipińskim teleturnieju "Game Ka Na Ba". Do wpadającej w ucho melodii ułożono prosty taniec. I wprowadzono zasadę: Po każdej poprawnej odpowiedzi uczestnika teleturnieju, w studio rozbrzmiewa "Papaya", publiczność wstaje z miejsc i wykonuje "Papaya dance".

- Ta piosenka po prostu trafia do ludzi. Powoduje błysk w oku, uśmiech na twarzy i kołysanie bioder - powiedział Edu Manzao, prowadzący teleturniej.

"Papaya dance" błyskawicznie stał się hitem. A Manzao - ekspertem od najmodniejszego tańca na Filipinach. Wydany przez niego album pt. "The World's Greatest Dance Steps", w którym prowadzący prezentuje m.in. różne wersje "Papaya dance", rozszedł się w ilości 80 tysiecy egzemplarzy.

Edu Manzano tańczy "Papaya":

Szał supermarkecie

Przebojowy taniec wykorzystała sieć supermarketów. Własciciele dali pracownikom dodatkowe zadanie: Codziennie macie tańczyć "Papaya dance". Co na to zainteresowani? Byli zachwyceni. Tańczą z przyjemnoscią i widzą, że klientom ta rozrywka też się podoba. - Z całą pewnością ludzie nas zauważają, a gdy jesteśmy zmęczeni tańczymy, by się zrelaksować - powiedział pracownik supermarketu w Manili. - To zabawne, dzięki temu zakupy są ciekwsze - powiedziała jedna z klientek supermarkertu.

Pracownikom sklepu (ZOBACZ ICH POPISY) pozazdrościli więźniowie i żołnierze.

Na You Tube ogromną popularność zyskał film, na którym "Papaya dance" wykonuje... amerykańska ambasador na Filipinach, Kiristie Kenney.



Moda na filipiński taniec przeniosła się także m.in. do Japonii, Korei Południowej i Meksyku.


Odwet za chorobę filipińską?


- Prezydent został zaatakowany filipińskim wirusem, to teraz "Papaya" atakuje Filipiny - powiedziała Urszula Dudziak w TVN24. To jeden z internetowych komentarzy, który piosenkarka znalazła pod filmikiem z "Papayą". Dudziak przyznała, iż nie ma pojęcia, dlaczego piosenka stała się sławna akurat teraz.


Piosenkarka przypomniała, iż utwór napisany przez nią i Michała Urbaniaka, został wydany w 1976 w USA. Firma fonograficzna Arista chciała wówczas zrobić z tego hit na miarę "Macareny". Udało się dopiero po ponad 30 latach. Wszystkich fanów Urszuli z Filipin zapewniamy: hit szybko się nie znudzi. Pisenkarka zamierza bowiem przygotować nowe aranżacje utworu.

A oto oryginał:



CBA wykryło gigantyczną aferę korupcyjną w polskim wojsku

CBA
TVN24

Naczelna Prokuratura Wojskowa, Centralne Biuro Antykorupcyjne i żandarmeria wojskowa wykryły wielką aferę korupcyjną - dowiedziała się "Gazeta Wyborcza", Pracownicy wojskowego Rejonowego Zarządu Infrastruktury w Zielonej Górze przez kilkanaście lat ustawiali - za łapówki - przetargi budowlane.
Jak powiedział płk Mikołaj Przybył z Naczelnej Prokuratury Wojskowej, wciąż szacowana jest skala prowadzonego przez lata procederu. Według CBA, przestępcza grupa działała od 1998 do 2005 roku.

Płk Przybył wyjaśnił, że nieprawidłowości w postępowaniach przetargowych polegały m.in. na podmienianiu dokumentów lub fałszowaniu ich. Były też sytuacje "ustawiania" przetargów na prace, które nigdy nie miały miejsca. Zdarzało się, że odbierano niewykonane zlecenia. Jak dodał, w gronie podejrzanych jest całe kierownictwo zielonogórskiego RZI, "do głównego księgowego włącznie", w tym szef jednostki, płk Bogdan K. Grupą przestępczą miał kierować przebywający w areszcie od listopada ub. roku zastępca szefa RZI ppłk Henryk W.

Śledztwo w tej sprawie rozpoczęło się w lipcu ubiegłego roku. Do prokuratury wojskowej zgłosił się wówczas zielonogórski biznesmen Leszek S., który przyznał, że przez wiele lat dawał łapówki pracownikom RZI w Zielonej Górze w zamian za udział w "ustawianych" przetargach.

Prace, na które ogłaszane były przetargi, dotyczyły m.in. budowy domów, koszar, wyburzania koszar proradzieckich i prac adaptacyjnych w budynkach.

Jak poinformował dyrektor gabinetu szefa CBA Tomasz Frątczak, śledczy spodziewają się, że docelowo zarzuty w sprawie usłyszy około 30 osób. Jak podało CBA, do sprawy zabezpieczono majątki warte średnio kilkadziesiąt tys. złotych na osobę.

Naczelna Prokuratura Wojskowa wyśle w najbliższych dniach do sądu pierwszy akt oskarżenia w tej sprawie. Dotyczył on będzie ośmiu osób, które zgodziły się na dobrowolne poddanie się karze i ujawniły wszystkie okoliczności procederu.

Przedstawione im zarzuty dotyczą kierowania zorganizowaną grupą przestępczą, udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, ustawiania postępowań przetargowych, poświadczania nieprawdy w dokumentach, przekraczania uprawnień i oszustw.

Sprawa zostanie rozpoznana przez Wojskowy Sąd Okręgowy w Poznaniu. - Za to, że te osoby zdecydowały się wyjaśniać szczerze i ujawnić cały proceder, grożą im kary pozbawienia wolności w zawieszeniu i kary finansowe - powiedział Przybył.

Te osoby po skazaniu i po uprawomocnieniu wyroków będą mogły zeznawać w tej sprawie w charakterze świadków.

Wobec pozostałych osób cały czas trwają czynności śledcze; będzie kontynuowane postępowanie przygotowawcze.

Jak dodał płk Przybył, cały czas trudna jest do ustalenia skala przestępstwa i liczba "ustawionych" przetargów. - Mamy zgłoszenie od jednego biznesmena. Firm, które startowały w tych przetargach, jest dużo więcej. Trudno mówić o szacowaniu szkód na tym etapie postępowania przygotowawczego. Mogę wskazać, że jeżeli chodzi o ppłk. Henryka W., szacujemy że tylko od Leszka S. przyjął on łącznie ok. 400 tys. zł, nie licząc robót budowlanych wykonanych mu przez przedsiębiorcę - powiedział.

Płk Przybył zaznaczył, że obszar zielonogórski jest bardzo aktywny pod względem prowadzonych tam inwestycji z uwagi na obecność terenów i obiektów po dawnych jednostkach radzieckich.

Dlatego też budżet tamtejszego RZI jest bardzo wysoki, a ogłaszane przetargi na wykonanie prac - liczne.

Zdaniem prokuratury, sprawa jest rozwojowa i obejmie kolejne osoby oraz instytucje. Jak poinformował PAP dyrektor gabinetu szefa CBA Tomasz Frątczak, śledczy spodziewają się, że docelowo zarzuty w sprawie usłyszy około 30 osób. Jak podało CBA, do sprawy zabezpieczono majątki warte średnio kilkadziesiąt tys. złotych na osobę.

W lipcu 2007 r. do prokuratury wojskowej zgłosił się zielonogórski biznesmen Leszek S., który przyznał, że przez wiele lat dawał łapówki pracownikom RZI w Zielonej Górze w zamian za udział w ustawianych przetargach.

Biznesmen zgłosił się do prokuratury dlatego, że - jak stwierdził - został bez środków do życia. W trakcie zeznań powiedział, że od każdego wygranego przetargu musiał płacić 10-15 proc. jego wartości kierownictwu RZI. Podczas kontroli inspektorów nadzoru budowlanego musiał im płacić kolejne 2-5 proc. wartości przetargu. Mężczyzna zbankrutował.

Jak powiedział płk Przybył, Leszek S. był w RZI i zagroził ujawnieniem procederu. Zignorowany, poszedł do prokuratury. Biznesmen jest w gronie osób, które zgodziły się poddać dobrowolnej karze.

Polki to dziwki

Lalka (zredagowany przez: Magda Głowala-Habel)

Słowa kluczowe: Polki, kobiety, Irlandia, Wielka Brytania, praca, sex

fot. S. Snyder/Stock.Xchng

fot. S. Snyder/Stock.Xchng

„Polki są dobre tylko do jednego i nie chodzi mi tu o małżeństwo. Te wartościowe i szczere mógłbym na palcach jednej ręki policzyć, a znam ich dość sporo”. Jeden z wielu niepochlebnych cytatów, który usłyszałam z ust obcokrajowca. Czym zasłużyłyśmy sobie na takie słowa?

Czytając setki opowieści o wyjazdach za granicę postanowiłam podzielić się swoimi doświadczeniami. Nie będę jednak pisać o pracy, cóż mi się poszczęściło. Weszłam do hotelu i zostałam przyjęta, akurat mieli wakat recepcjonistki. Cieszyłam się, miło spędzałam czas na plaży lub w Dublinie. Małe miasteczko Gorey mieści 2 tyś Irlandczyków i tyle samo Polaków. Jest klub - jedyne miejsce rozrywki lub możliwość znalezienia bogatego irlandzkiego faceta.

Po paru dniach myśląc, że to idealne wakacje - słońce, plaża i miła praca - zobaczyłam jak wygląda to naprawdę. Co robią Polki za granicą? Dotąd słyszałam o tym tylko od znajomych. Wiadomo, plotki zawsze są wyolbrzymiane, ale czy w tym przypadku również?

Poznałam wiele osób m.in. Monikę, 24-latkę. Pracowała w barze, codziennie krótkie spódniczki i duży dekolt. I nie ma nic w tym złego, jest świadoma swego ciała i wie jak to wykorzystać, żeby dostać dobre napiwki pomyślałam. Ponieważ pojechałam z koleżanką i jak to zwykle bywa w małym miasteczku, szybko poznałyśmy większą grupę znajomych z Polski, i z dnia na dzień wiedziałyśmy o mieszkańcach coraz więcej. Monika miała chłopaka Irlandczyka, niestety rozstał się z nią w dwa dni po naszym przyjeździe. Była zrozpaczona, chciałam z nią pogadać. No i dowiedziałam się czemu. "Chcę zajść w ciążę i wyjść za mąż za jakiegoś bogacza, w końcu nie będę do końca życia pracować w barze". Nie widywałyśmy się już później zbyt często, ale w tym małym miasteczku już wszyscy wiedzieli, że ona chce usidlić kogokolwiek. Szacunku nawet Polacy do niej nie mięli.

W międzyczasie poznałam inną dziewczynę z Polski, też dopiero co przyjechała. Mówiła do mnie, że ma męża i dziecko w kraju, a sama przyjechała za pracą. "Bez języka i wykształcenia, choć na zmywaku chciałabym pracować "-powiedziała. Kilka weekendów później widywałam ją w BMW jakiegoś faceta. Czyżby już zapomniał o rodzinie? A może dla niej cel uświęca środki? Była jeszcze Angela- podrasowana 25. Pracę utrzymała najdłużej trzy tygodnie, miała męża i dziecko u boku, on ją wspierał a ona co robiła? Gdy on wychodził do pracy, ona jak nastolatka biegała za przystojnym barmanem.

Jak już wspominałam wyjeżdżałam z koleżanką, taki wyjazd wakacyjny, żeby trochę zarobić, trochę się pobawić. Plaża, słońce i my. Koleżanka jednak miała problemy z pracą, pomógł jej szef Moniki, sprzątała w domach i hotelu. Później zatrudnił ją u siebie. Spędzali czas na tylnim siedzeniu jego samochodu w zamian za to miała prace i dużo godzin. Została w Irlandii na stale, rzuciła studia. Ciekawe czy z perspektywy czasu uważa, że jej się opłacało?

Poznałam wielu interesujących ludzi, wielu Irlandczyków i Anglików, niestety ponad połowa z nich nie chciałaby Polki za żonę lub nawet dziewczynę. Kiedy to zdanie usłyszałam po raz pierwszy obruszyłam się, w końcu sama jestem kobietą i Polką. Pytałam dlaczego, wszyscy mi mówili zobaczysz sama i zobaczyłam. Mam wielu przyjaciół mieszkałam już w różnych miejscach na świecie i niestety z przykrością stwierdzam, że to jest prawda. Generalizowanie oczywiście niczemu nie służy i raczej jest dla nas kobiet przykre. Ale przedstawione przeze mnie przypadki nie są czymś niesamowitym. Są raczej powszechnością, a porządne Polki, chcące uczciwie pracować są wyjątkiem.

Pozostaje się zastanowić nad tym dlaczego tak się dzieje i może zwrócić się z prośbą do premiera Tuska o cud. Bo za niedługo stereotyp, że Polacy to obiboki i złodzieje zastąpi kolejny, o Polkach. A nasz rząd oczywiście nie dostrzegając problemu, będzie go dopiero zwalczał kiedy już się zakorzeni w europejskiej świadomości.

GW ujawnia: Artyści odeślą medale prezydentowi

mak
2008-03-07, ostatnia aktualizacja 16 minut temu

Artyści z Teatru Ósmego Dnia, w geście solidarności z Adamem Michnikiem nie zaproszonym na uroczystości rocznicowe Marca'68, rezygnują z odznaczeń od prezydenta Lecha Kaczyńskiego otrzymanych w grudniu 2007 r. - dowiedziała się Gazeta Wyborcza. - To tak jakby na uroczystości kościuszkowskie nie zaprosić Kościuszki - stwierdziła Ewa Wójciak.

Zobacz powiekszenie
Fot.Lukasz Cynalewski / AG
Na scenie Teatr Ósmego Dnia
Zobacz powiekszenie
Fot. Archiwum Ewy Wójciak i Jacka Chmaja
Ewa Wójciak
Wręczenie odznaczeń ponad 40 uczestnikom Marca '68 odbyło się w czwartek w Pałacu Prezydenckim. - To niewiarygodne - komentują aktorzy z "Ósemek". W czwartek zdecydowali się odesłać Krzyże Oficerskie Orderu Odrodzenia Polski przyznane z okazji 30-lecia Studenckiego Komitetu Solidarności. Otrzymali je: Ewa Wójciak, Tadeusz Janiszewski, Marcin Kęszycki i Adam Borowski m.in. "za działalność na rzecz przemian demokratycznych". - Po tym, co się stało, te medale straciły dla nas wartość - mówią artyści.

Ewa Wójciak mówi Gazecie Wyborczej: To nie pierwsza okazja, kiedy Adam powinien być na tego rodzaju uroczystości nie tylko zaproszony jako gość honorowy, ale też dostać odznaczenie. To trochę tak, jakby zorganizować uroczystości kościuszkowskie i nie zaprosić Kościuszki. Przepraszam za schematyzm, ale w tym przypadku porównania-siekiery same cisną się na usta.

Teatr Ósmego Dnia, "sumienie polskich lat 70.". Założony w 1964 r. przez grupę studentów polonistyki, pierwszym kierownikiem literackim był Stanisław Barańczak. Po nim prawie 30 lat Ósemkami kierował Lech Raczak. Na afiszach piszą "kreacja zespołowa", bo metodą pracy jest wspólna improwizacja. Ponad 40 premier: "Przecena dla wszystkich", "Więcej niż jedno życie", "Piołun", "Ziemia niczyja", "Tańcz, póki możesz". Widowiska plenerowe: "Sabat", "Arka". Grali w nieomal wszystkich krajach Europy, w Meksyku. Dla władz PRL-u byli wichrzycielami. Ubecka bojówka zerwała ich przedstawienie w warszawskiej Stodole. Ciągani po sądach, grali mimo zakazów.

Ich groteskowy spektakl "Przecena dla wszystkich" (1977) stał się manifestem całej opozycji antykomunistycznej. Po kolejnych przedstawieniach "Ach, jakże godnie żyliśmy" i "Piołun" zespół został zmuszony do emigracji i pracy za granicą,

Wrócili do Polski w roku 1991. Teatr nagrodzony wieloma prestiżowymi wyróżnieniami jest nadal działającą (już bez Lecha Raczaka) w Poznaniu grupą artystyczną. Obecnie ich poznańska siedziba, to centrum kultury alternatywnej. Na widowni kolejne pokolenia, a oni mówią o potrzebie życia pod prąd i obrony "prawdziwych wartości przed zalewem kultury masowej".

W styczniu 2007 powstał ich spektakl "Teczki". Aktorzy "Ósemek", teatru zawsze dla władz niewygodnego, oparli się na dokumentach z esbeckich teczek, dotyczących ich samych.

O spektaklu tak pisał Janusz Majcherek w „Teatrze”: „ «Teczki » w Teatrze Ósmego Dnia odnoszą się do przeszłości, ale nie są przedstawieniem historycznym. Tym bardziej nie wpisują się w tak nachalnie dziś uprawianą politykę historyczną. Pokazują epizody z biografii «Ósemek » ; dzieje wolnych ludzi, którzy swoją sztuką bronią się przed zniewalającym systemem. Ale mówią nam też, że systemy nie znikają bezpowrotnie, raczej zmieniają skórę - więc o wewnętrzną wolność i niezależność trzeba walczyć bez końca. Teatr Ósmego Dnia, tak jak zawsze, nie pozwala nam zgnuśnieć i podtrzymuje w nas potrzebę tej walki (mogliby wraz z Chłopcami z Placu Broni śpiewać: «Wolność kocham i rozumiem / Wolności oddać nie umiem » ).

Więcej w sobotniej "Gazecie Wyborczej."

Giełda w dół, kolejne sesje mogą być nieprzewidywalne

ISI
2008-03-07, ostatnia aktualizacja 2008-03-07 17:43

W piątek warszawska giełda nie oparła się spadkom i główne indeksy zakończyły dzień na minusie.

Zobacz powiekszenie
Fot. Jerzy Gumowski / AG
Siedziba warszawskiej giełdy
SERWISY
Słabe nastroje i atmosfera oczekiwania mogą potrwać do końca przyszłego tygodnia, kiedy zostaną opublikowane dane z USA nt. CPI i sprzedaży detalicznej, uważają analitycy.

"Dzisiejsza sesja ma wydźwięk negatywny. Słabe nastroje panowały od samego początku dnia, bo giełdy w Stanach i Azji zakończyły czwartek spadkami"- powiedział Tomasz Nowak, analityk DM Millennium.

Dodatkowo o 14:30 napłynęły dane nt. zmiany miejsc pracy w sektorze pozarolniczym.

"Te dane już drugi miesiąc z rzędu były słabe, a Fed dokładnie je analizuje. One pokazują, że konsumenci amerykański zaczynają zaciskać pasa"- dodaje analityk.

Na 18 marca zaplanowane jest posiedzenie Fed w sprawie stóp procentowych. Rynek spodziewa się obniżki o 75 pkt. bazowych i ta informacja jest już dyskontowana przez rynek.

"Jeśli Fed zdecyduje się na mniejsze cięcia stóp, to będzie to miało negatywne przełożenie. Ponadto za dwa tygodnie wygasają kontrakty terminowe, zamykanie pozycji arbitrażowych i sesje mogą być nieprzewidywalne" - uważa Nowak.

Zdaniem analityka, jesteśmy wciąż w trendzie spadkowym, rynek dotykają kolejne umorzenia jednostek funduszy, a nie ma napływu nowego kapitału, co oznacza, że bardzo możliwe jest testowanie styczniowych dołków.

"Na czwartek i piątek przewidziane są bardzo ważne publikacje ze Stanów dotyczące sprzedaży detalicznej oraz CPI. Te dane są bardzo ważne i do tego czasu rynek będzie nerwowy i trudno przewidywalny" - ocenia analityk.

W piątek na zamknięciu sesji WIG 20 stracił 1,48% wobec zamknięcia w czwartek i wyniósł 2.822,85 pkt, zaś WIG spadł o 1,17% do 45.792,47 pkt. Obroty na rynku akcji sięgnęły 1,52 mld zł. (ISB)

amo/lk

Źródło: ISB

Dopłacimy do lotu premiera do USA

Rządowy samolot
PAP

Nie będzie oszczędności z rejsowego lotu Donalda Tuska do USA. Podczas jego wizyty rządowe samoloty odbędą sześć lotów treningowych po kraju - dowiedział się "Wprost". Korzystanie z komercyjnego przewoźnika, zamiast zmniejszyć, tylko zwiększy koszty.
Wszystkie loty samolotów obsługujące VIP-y odbędą się bez pasażerów, tylko po to, aby wyrobić odpowiednią liczbę wylatanych godzin przez rządowych pilotów.

- Fakt, że VIP-y nie korzystają z naszych maszyn, nie daje żadnych oszczędności, bo my wtedy musimy latać w ramach treningów. Tyle że zamiast pasażerów wozimy powietrze - mówi się w rozmowie z "Wprost" jeden z rządowych pilotów z 36. Pułku Lotnictwa Transportowego, który obsługuje VIP-owskie samoloty. Oznacza to, że korzystanie z usług komercyjnego przewoźnika tylko zwiększy koszty. Oprócz opłacenia lotów treningowych trzeba będzie zapłacić za bilety dla rządowej delegacji, która w tym samym czasie leci do USA - czytamy na internetowych stronach tygodnika.

McCain: Ja potrafię przewodzić

Wolę przegrać kampanię o prezydenturę, niż przegrać wojnę w Iraku. Tylko tyle i aż tyle - mówi republikański kandydat na prezydenta USA w wywiadzie z Gazetą Wyborczą.

Z senatorem McCainem rozmawiałem wraz z pięcioma amerykańskimi dziennikarzami we wtorek po południu, podczas drogi z lotniska do hotelu w centrum Dallas, w jego autokarze "Straight Talk Express" ("Ekspres Szczerej Rozmowy").

Kilka godzin potem - po wygraniu prawyborów w Teksasie, Ohio, Rhode Island i Vermoncie - McCain został oficjalnie ogłoszony kandydatem swej partii na prezydenta w listopadowych wyborach. Praktycznie było to przesądzone od miesiąca, gdy zrezygnował jego główny konkurent Mitt Romney.

ccJak pan ocenia sytuację w Rosji po wyborze Dmitrija Miedwiediewa na prezydenta?

- Przebieg wyborów w Rosji nie przeszedłby testu węchu w żadnej demokracji. Opozycja była represjonowana podczas kampanii wyborczej. Rosja, mówię to ze smutkiem, cofa się do czasów, gdy nie miała ani wolnych wyborów, ani wolnego społeczeństwa.

Rosjanie zasługują na więcej. Dlatego przywódcom Rosji trzeba mówić jasno, że potępiamy brak demokracji i poszanowania praw człowieka. Rosja nie powinna być członkiem klubu G8 [najbogatszych państw świata]. Gdy zostanę prezydentem, będę się starał, by przywódców rosyjskich na spotkania G8 nie zapraszać.

Prezydent Bill Clinton uważał Borysa Jelcyna za demokratę, George Bush mówił, że ufa Władimirowi Putinowi, bo "zajrzał mu w oczy". Czy polityka USA wobec Rosji nie poniosła klęski?

- Nie wiem, czy można to nazwać porażką tylko USA. Myślę, że my wszyscy w świecie Zachodu ponosimy część odpowiedzialności za niedocenienie trudności, z jakimi zmagała się Rosja po upadku Związku Radzieckiego. Był okres, gdy sytuacja w tym kraju stała się chaotyczna, skorzystał na tym Putin, jak doskonale pan wie... Z pewnością nie jest to to, na co wszyscy mieliśmy nadzieję po upadku komunizmu.

Jest pan już de facto kandydatem prawicy na prezydenta USA. Jak zamierza pan prowadzić kampanię?

- Tak jak dotąd. Nie zmienia się tego, co przyniosło sukces w prawyborach. Będę jeździł autobusem, spotykał się w miastach i miasteczkach z ludźmi, odpowiadał na pytania, rozmawiał, rozmawiał...

Jedno mogę powiedzieć: będę prowadził kampanię w całym kraju, nie tylko w stanach tradycyjnie republikańskich. Prezydent Reagan potrafił wygrać we wszystkich stanach oprócz jednego, z kolei prezydent Clinton - zdobyć kilka stanów uważanych za prawicowe. My spróbujemy wygrać na przykład w Kalifornii.

W czasie kampanii przed prawyborami odrzucało pana wielu najbardziej konserwatywnych wyborców Partii Republikańskiej. Czy uda się panu teraz zjednoczyć ich wokół siebie?

- W ciągu ostatniego miesiąca osiągnęliśmy fantastyczny postęp. Już teraz mogę liczyć na większe poparcie republikanów niż Clinton czy Obama wśród demokratów. U nich różnice są po prostu bardzo duże. Mogę liczyć na to, że jesienią w wyborach prezydenckich zagłosuje na mnie aż 88 proc. republikanów.

Czyli nie musi już pan zabiegać o konserwatystów, będzie się pan koncentrował na niezależnych wyborcach środka?

- Nie. Uważam, że muszę nie tylko jednoczyć partię wokół siebie, ale i dać jej nowego ducha. I temu służy moja praktyka "szczerej rozmowy", odpowiadania na jak największą liczbę pytań na wiecach.

Dwa lata temu przegraliśmy wybory do Kongresu, bo Amerykanie byli rozczarowani i zniechęceni. Nie mieli przekonania do partii, która wbrew własnym ideałom zwiększała wydatki na niepotrzebne, niemal prywatne projekty. Ja jestem znany z tego, że walczę z taką prywatą.

Wybory wygrywa się dzięki energii i wolontariuszom, którzy chodzą po domach, dzwonią, namawiają. Ja wierzę, że tę energię wzbudzę. Widzę też, że chociaż o moich oponentach dużo więcej mówi się w mediach, chociaż mają oni dużo więcej pieniędzy, to w sondażach idę z nimi łeb w łeb - zarówno z senator Clinton, jak i z senatorem Obamą.

Postaramy się też sięgnąć po wyborców środka i nawet część demokratów, których udało się zdobyć Ronaldowi Reaganowi. To nie jest żaden tajny plan.

Jest jednak duża różnica w entuzjazmie wyborców. Demokraci gromadzą większe tłumy, zbierają od zwolenników dużo więcej pieniędzy...

- Na początku prawyborów, gdy po naszej stronie toczył się podobnie zażarty bój jak senatorów Obamy i Clinton, frekwencja u republikanów była niższa niż u demokratów, ale nie tak wyraźnie jak teraz. Ale zgadzam się - rozbudzenie energii w wyborcach to zadanie ogromne. Przed nami wiele, wiele pracy.

Obama i Clinton na spotkaniach z wyborcami koncentrują się na gospodarce, którą Amerykanie uważają dziś za problem nr 1. Tymczasem pan na każdym wiecu mówi o bezpieczeństwie USA i sprawach międzynarodowych. Nie zaszkodzi to panu?

- Przecież mówię bardzo dużo o gospodarce, tylko mówię co innego. Różnice między programami ekonomicznymi demokratów a moim są zasadnicze. Oni proponują większą rolę państwa, większe wydatki i częstsze interwencje rządu. Ja mam receptę odwrotną: niższe podatki, mniej rządu, mniej regulacji.

Trzeba mówić i o gospodarce, i o roli Ameryki w świecie. Z jednej strony kłopoty naszej gospodarki osłabiają zdolności Ameryki jako supermocarstwa. Z drugiej - w sytuacji gdy Wenezuela wysyła wojsko na granicę z Kolumbią, muszę mówić Amerykanom, że to ważne, także dlatego, że to ma wpływ na naszą gospodarkę.

Jak pan ocenia sytuację w Rosji po wyborze Dmitrija Miedwiediewa na prezydenta?

- Przebieg wyborów w Rosji nie przeszedłby testu węchu w żadnej demokracji. Opozycja była represjonowana podczas kampanii wyborczej. Rosja, mówię to ze smutkiem, cofa się do czasów, gdy nie miała ani wolnych wyborów, ani wolnego społeczeństwa.

Rosjanie zasługują na więcej. Dlatego przywódcom Rosji trzeba mówić jasno, że potępiamy brak demokracji i poszanowania praw człowieka. Rosja nie powinna być członkiem klubu G8 [najbogatszych państw świata]. Gdy zostanę prezydentem, będę się starał, by przywódców rosyjskich na spotkania G8 nie zapraszać.

Prezydent Bill Clinton uważał Borysa Jelcyna za demokratę, George Bush mówił, że ufa Władimirowi Putinowi, bo "zajrzał mu w oczy". Czy polityka USA wobec Rosji nie poniosła klęski?

- Nie wiem, czy można to nazwać porażką tylko USA. Myślę, że my wszyscy w świecie Zachodu ponosimy część odpowiedzialności za niedocenienie trudności, z jakimi zmagała się Rosja po upadku Związku Radzieckiego. Był okres, gdy sytuacja w tym kraju stała się chaotyczna, skorzystał na tym Putin, jak doskonale pan wie... Z pewnością nie jest to to, na co wszyscy mieliśmy nadzieję po upadku komunizmu.

Jest pan już de facto kandydatem prawicy na prezydenta USA. Jak zamierza pan prowadzić kampanię?

- Tak jak dotąd. Nie zmienia się tego, co przyniosło sukces w prawyborach. Będę jeździł autobusem, spotykał się w miastach i miasteczkach z ludźmi, odpowiadał na pytania, rozmawiał, rozmawiał...

Jedno mogę powiedzieć: będę prowadził kampanię w całym kraju, nie tylko w stanach tradycyjnie republikańskich. Prezydent Reagan potrafił wygrać we wszystkich stanach oprócz jednego, z kolei prezydent Clinton - zdobyć kilka stanów uważanych za prawicowe. My spróbujemy wygrać na przykład w Kalifornii.

W czasie kampanii przed prawyborami odrzucało pana wielu najbardziej konserwatywnych wyborców Partii Republikańskiej. Czy uda się panu teraz zjednoczyć ich wokół siebie?

- W ciągu ostatniego miesiąca osiągnęliśmy fantastyczny postęp. Już teraz mogę liczyć na większe poparcie republikanów niż Clinton czy Obama wśród demokratów. U nich różnice są po prostu bardzo duże. Mogę liczyć na to, że jesienią w wyborach prezydenckich zagłosuje na mnie aż 88 proc. republikanów.

Czyli nie musi już pan zabiegać o konserwatystów, będzie się pan koncentrował na niezależnych wyborcach środka?

- Nie. Uważam, że muszę nie tylko jednoczyć partię wokół siebie, ale i dać jej nowego ducha. I temu służy moja praktyka "szczerej rozmowy", odpowiadania na jak największą liczbę pytań na wiecach.

Dwa lata temu przegraliśmy wybory do Kongresu, bo Amerykanie byli rozczarowani i zniechęceni. Nie mieli przekonania do partii, która wbrew własnym ideałom zwiększała wydatki na niepotrzebne, niemal prywatne projekty. Ja jestem znany z tego, że walczę z taką prywatą.

Wybory wygrywa się dzięki energii i wolontariuszom, którzy chodzą po domach, dzwonią, namawiają. Ja wierzę, że tę energię wzbudzę. Widzę też, że chociaż o moich oponentach dużo więcej mówi się w mediach, chociaż mają oni dużo więcej pieniędzy, to w sondażach idę z nimi łeb w łeb - zarówno z senator Clinton, jak i z senatorem Obamą.

Postaramy się też sięgnąć po wyborców środka i nawet część demokratów, których udało się zdobyć Ronaldowi Reaganowi. To nie jest żaden tajny plan.

Jest jednak duża różnica w entuzjazmie wyborców. Demokraci gromadzą większe tłumy, zbierają od zwolenników dużo więcej pieniędzy...

- Na początku prawyborów, gdy po naszej stronie toczył się podobnie zażarty bój jak senatorów Obamy i Clinton, frekwencja u republikanów była niższa niż u demokratów, ale nie tak wyraźnie jak teraz. Ale zgadzam się - rozbudzenie energii w wyborcach to zadanie ogromne. Przed nami wiele, wiele pracy.

Obama i Clinton na spotkaniach z wyborcami koncentrują się na gospodarce, którą Amerykanie uważają dziś za problem nr 1. Tymczasem pan na każdym wiecu mówi o bezpieczeństwie USA i sprawach międzynarodowych. Nie zaszkodzi to panu?

- Przecież mówię bardzo dużo o gospodarce, tylko mówię co innego. Różnice między programami ekonomicznymi demokratów a moim są zasadnicze. Oni proponują większą rolę państwa, większe wydatki i częstsze interwencje rządu. Ja mam receptę odwrotną: niższe podatki, mniej rządu, mniej regulacji.

Trzeba mówić i o gospodarce, i o roli Ameryki w świecie. Z jednej strony kłopoty naszej gospodarki osłabiają zdolności Ameryki jako supermocarstwa. Z drugiej - w sytuacji gdy Wenezuela wysyła wojsko na granicę z Kolumbią, muszę mówić Amerykanom, że to ważne, także dlatego, że to ma wpływ na naszą gospodarkę.

Marcin Bosacki: Na każdym kroku powtarza pan, że wojska USA muszą zostać w Iraku i wygrać. Tymczasem 60 proc. Amerykanów chce ich wycofania w ciągu roku. Jak pan zamierza ich przekonać do kontynuowania walki? I tym samym do swej kandydatury na prezydenta.

- Nie chodzi o to, by w Iraku zostać. Chodzi o to, by odnieść sukces - pokonać al Kaidę i pomóc Irakijczykom stworzyć sprawny, demokratyczny kraj. Będę do tego przekonywał Amerykanów, pokazując, co się w Iraku dzieje. Zaczęta rok temu ofensywa przynosi poprawę sytuacji, jakkolwiek by to mierzyć - spada liczba zabitych Amerykanów i Irakijczyków, postępuje polityczne jednoczenie kraju.

Jednak w piątą rocznicę rozpoczęcia wojny w Iraku większość Amerykanów uważa, że w ogóle nie należało jej rozpoczynać. A pan był jej zwolennikiem od początku...

- Po pierwsze, wszyscy chyba wiedzą, że przez długi czas krytykowałem złą strategię w Iraku. Strategię, przez którą dwa-trzy lata temu tam przegrywaliśmy.

Wielu Amerykanów wie też, że byłem najmocniejszym adwokatem wprowadzenia nowej strategii gen. Petraeusa [dowódca wojsk USA w Iraku]. I coraz więcej z nich dostrzega, że jest to lepsza decyzja niż wyznaczenie daty wycofania się z Iraku, co proponują moi demokratyczni przeciwnicy - senatorowie Hillary Clinton i Barack Obama. To byłoby przyznanie się do klęski, chaos i ludobójstwo w skali regionu, zwycięstwo al Kaidy.

Owszem, Amerykanie chcą też, by nasi żołnierze wrócili już stamtąd. Ja też tego chcę. Ale chcę, by wrócili z honorem. Tak byśmy nie musieli znów ich tam wysyłać. Poza tym, choć wy słyszeliście to już tysiące razy, chcę podkreślić: wolę przegrać kampanię o prezydenturę, niż przegrać wojnę. Tylko tyle i aż tyle.

Rok temu prawie wszyscy komentatorzy polityczni wieszczyli, że poparcie dla zwiększenia ilości wojsk w Iraku zabije moją kampanię prezydencką. Dziś widać, jak się mylili.

Podkreślam: te wybory, jak każde w historii Ameryki, toczą się o przyszłość, nie o przeszłość. Amerykanie mogą uważać, że nie należało do Iraku iść. Ale dużo ważniejsze jest dla nich pytanie: w jaki sposób zakończyć tę wojnę? Po prostu: czy tam wygramy, czy przegramy?

Nie mogę się doczekać, aż porozmawiam na ten temat podczas debat albo z senatorem Obamą, albo z senator Clinton. Jestem pewien, że ofensywa w Iraku w najbliższych miesiącach będzie przynosiła kolejne sukcesy. Dlatego jesienią, gdy spotkam się w walce o Biały Dom z Obamą bądź Clinton, moje argumenty będą jeszcze silniejsze.

Pańscy przeciwnicy twierdzą, że pana polityka zagraniczna będzie opierała się na - jak napisał tygodnik "Time" - "niegrzecznej wojowniczości", że będzie powtórką z prezydenta Busha. Takie głosy słychać też w Europie.

- Znam się świetnie z przywódcami europejskimi, spotykałem wielu z nich i w Waszyngtonie, i podczas moich licznych podróży do Europy. Jako senator byłem częścią amerykańskich wysiłków we wszystkich ważnych sprawach dotyczących Europy ostatniego ćwierćwiecza - obalania komunizmu w Polsce i innych krajach, podczas wojen w Bośni, Kosowie, pomarańczowej rewolucji na Ukrainie... Nie mam żadnych wątpliwości, że jako prezydent USA będę dobrze współpracował z Europą.

Czym pana polityka różniłaby się od tej z czasów George'a Busha?

- Chcę mocno podkreślić: przykładam wielką wagę do stosunków z Europą. Musimy wspólnie walczyć z zagrożeniami, które stoją przed nami. Ale, proszę wybaczyć, nie zamierzam mówić o różnicach między mną a urzędującym prezydentem USA.

Załóżmy, że jest marzec 2009 r. i John McCain, 44. prezydent USA, wybiera się w swą pierwszą podróż do Europy. Jakie będzie pana przesłanie?

- Musimy postępować jak sojusznicy - szanować się wzajemnie i wspólnie stawić czoło największemu wyzwaniu współczesności, które rzuca światu radykalny ekstremizm islamski. Musimy wspólnie pomóc umiarkowanej większości świata islamskiego w odniesieniu zwycięstwa nad ekstremistami.

Czy zgadza się pan z licznymi w USA i w administracji Busha głosami, że wiele krajów Europy za mało angażuje się w walkę z ekstremistami islamskimi, szczególnie w Afganistanie?

- Nie wydaje mi się, by to był najlepszy sposób rozpoczęcia dialogu z Europejczykami, jeśli zostanę prezydentem (McCain uśmiecha się szeroko).

RB ONZ nie potępiła zamachu w Jerozolimie wobec sprzeciwu Libii

awe, PAP
2008-03-07, ostatnia aktualizacja 2008-03-07 11:03
Członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ nie doszli do konsensusu w sprawie wspólnego oświadczenia potępiającego jako "atak terrorystyczny" zamach na szkołę religijną w Jerozolimie, ponieważ sprzeciwiła się temu Libia.


* Władze Izraela: Zamach nie przerwie rozmów z Palestyńczykami (07-03-08, 10:32)

Palestyński zamachowiec wtargnął do jesziwy Merkaz HaRaw w zachodniej Jerozolimie, gdzie zabił osiem osób i co najmniej dziewięć ranił. W nocy z czwartku na piątek (czasu polskiego) ONZ zwołała w związku z tym incydentem nadzwyczajne posiedzenie Rady Bezpieczeństwa, na którym USA przedstawiły szkic oświadczenia potępiającego zamach.

Waszyngton spodziewał się, że liczący 15 członków najwyższy organ ONZ jednomyślnie projekt przyjmie. Tymczasem na drodze do wspólnego oświadczenia stanęła Libia - jeden z rotujących członków tego gremium.

Jak wyjaśnił amerykański ambasador przy ONZ Zalmay Khalilzad, Trypolis nie zgodził się na potępienie wyłącznie tego aktu przemocy, domagając się skrytykowania w tym samym komunikacie także zakończonej w niedzielę izraelskiej ofensywy w Strefie Gazy, w której śmierć poniosło ponad 120 Palestyńczyków, wśród nich wielu cywilów.

Zarówno USA jak i Rosja odrzuciły żądania Libii, wyjaśniając, że umyślne zabicie uczniów w szkole, nie jest porównywalne z przypadkowym zabójstwem cywilów.

Reprezentant Rosji Witalij Czurkin wyraził po posiedzeniu swoje ubolewanie, że RB nie była w stanie zgodnie potępić zamachu. Z kolei izraelski ambasador przy ONZ Dan Gillerman podsumował dwugodzinne spotkanie stwierdzeniem, że Rada Bezpieczeństwa została opanowana przez terrorystów.

Wcześniej zamach na szkołę religijną w Jerozolimie potępił sekretarz generalny ONZ Ban Ki Mun. Wyraził swe zaniepokojenie, że przemoc oraz terroryzm zahamują proces pokojowy na Bliskim Wschodzie. Ubolewanie wyraził również prezydent USA George W. Bush oraz szefowie MSZ Francji i Niemiec.

Kancelaria: Ciągłe pytanie o Michnika do niczego nie prowadzi

alx, PAP
2008-03-07, ostatnia aktualizacja 13 minut temu

Podsekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta, Ewa Junczyk-Ziomecka w trakcie konferencji prasowej nie wytłumaczyła zgromadzonym dziennikarzom dlaczego Adam Michnik nie został zaproszony do Pałacu Prezydenckiego na uroczystość z okazji Marca '68. Pani minister wyznała jednak, że bardzo by chciała, żeby prezydent i redaktor naczelny Gazety Wyborczej się spotkali.

Zobacz powiekszenie
Fot. Sławomir Kamiński / AG
Adam Michnik
- Bardzo bym chciała, żeby prezydent RP, który jest prezydentem 40-milionowego narodu spotkał się i rozmawiał o teraźniejszości, o przyszłości Polski z redaktorem naczelnym największej w Polsce gazety. Ja wierzę, że tak będzie - powiedziała Junczyk-Ziomecka.

- Wierzę, że tak się stanie, ponieważ obu panów, którzy uczestniczyli w opozycji demokratycznej wiele łączy do czasu 1989 roku. Wierzę, że to jest ważniejsze i silniejsze niż to co ich dzieli - podkreśliła.

Michnik to bohater

- Ja nie będę polemizować z faktem, że Adam Michnik jest niekwestionowanym bohaterem i symbolem wydarzeń marcowych - zaznaczyła Junczyk-Ziomecka

Minister przypomniała, że prezydent podczas czwartkowych uroczystości wielokrotnie wymienił nazwisko Adama Michnika.- Nikt nie ma żadnej wątpliwości, że jest to jeden z największych polskich patriotów. Nikt tego nie kwestionuje - podkreśliła.

Nie rozmawiajmy o tym

Junczyk-Ziomecka stwierdziła, że ciągłe zadawanie pytania dlaczego w Pałacu Prezydenckim nie było Adama Michnika do niczego nie prowadzi. - Może razem byśmy się starali, żeby ci którzy dzisiaj się rozeszli, a którym tyle Polska zawdzięcza, żeby jakimiś wspólnymi siłami doprowadzić, żeby znów się spotkali - podkreśliła.

-Proponuję, żeby nie eskalować. Skończmy tę eskalację, to do niczego nie prowadzi - zaapelowała pani minister.

-Ja liczę i mam nadzieję, że państwo jeszcze będą też się starać o to, żeby dwie tak wpływowe osoby w dalszym ciągu miały pozytywny wpływ na losy tego kraju - dodała.

Minister podkreśliła, że nie chce brać udziału w dyskusji na ten temat - Nie chcę, uczestniczyć w mnożeniu złych słów, złego powietrza, złej atmosfery i szastaniu nazwiskami Adama Michnika i prezydenta - zaznaczyła.

Bark zaproszenia

Pani minister niechętnie przyznaje, że redaktor naczelny Gazety Wyborczej na uroczystości nie został zaproszony. Pytana dlaczego, zasłaniała się kluczem, według którego dobierani byli goście - Myśmy szukali tych ludzi tak, by pokazać mapę buntów studenckich. Żeby pokazać to wydarzenie jako bunt młodej, polskiej, studenckiej inteligencji - tłumaczyła. Naciskana nadal przez dziennikarzy Junczyk-Ziomecka zacytowała samego Michnika, który powiedział wczoraj - Widocznie Pan prezydent uznał, że tak będzie słusznie i sprawiedliwie.

Jaguar Kalisza kontra panda Kwaśniewskiej


piątek 7 marca 2008 14:10


Wojciecha Olejniczaka auta nie podniecają. Oleksy ucieka, jak złapie gumę. Zbigniew Chlebowski upchał siedem osób do malucha, za to Ryszard Kalisz wozi się jaguarem. Rosyjski gazik to ulubione auto Leppera, zaś Jolanta Kwaśniewska ukrywa się za ciemnymi szybami maleńkiej pandy. Oto prywatne auta naszych polityków.
czytaj dalej...
REKLAMA

Donald Tusk jeździ dwoma autami. Służbowe to oczywiście potężne pancerne bmw, w dodatku chronione przez uzbrojonych agentów. Ale prywatnie premier jeździ toyotą avensis. Tusk zapewnia, że uwielbia prowadzić samochód, a zwłaszcza wypuszczać się nim w długą trasę. Ostatnio pojechał swoją toyotą z całą rodziną na urlop w Dolomity.

Jolanta Kwaśniewska - ku zaskoczeniu - jeździ skromnym błękitnym fiatem pandą. Maleńkie autko ma jednak przyciemniane szyby, więc żona byłego prezydenta nie wzbudza na ulicach sensacji. Gorzej sprawa wygląda na publicznych parkingach, bo gdy wysiada z pandy, wokół przystają całkowicie zaskoczeni ludzie, nie mogąc uwierzyć, że żona Aleksandra Kwaśniewskiego ma takie autko.

Nie zaskakuje już za to Ryszard Kalisz. Przestał zajeżdżać przed Sejm równie małą toyotą yaris, co biorąc pod uwagę posturę tego polityka wywoływało nawet na Wiejskiej sporą sensację. Ale teraz prominentny polityk lewicy ma już jaguara s-type i sunie dostojnie ulicami miasta.

Zbigniew Wassermann jeździ renault megane, które nazywa meganką, choć najmilej wspomina swojego malucha, którym z żoną, trojką dzieci i chomikiem w akwarium pojechał na kemping do Rumunii. "Cały kemping nie mógł oderwać od nas wzroku i z zapartym tchem czekał, ile jeszcze osób wyjdzie z tego pojazdu" - opowiada.

Ekstremalne przygody lubi też Janusz Palikot. Jak przystało na milionera, poseł PO ma dwa samochody terenowe: range rover i discovery 3. Jak sam mówi, to auta bez bajerów, o surowej linii, które wewnątrz mają sporo zamkniętej przestrzeni. To lubi najbardziej. Dużo jeździ po polnych drogach, by obserwować przyrodę. Najchętnie - ptaki nad Biebrzą.

Jarosław Kaczyński nie ma prywatnego auta ani nawet prawa jazdy. Jeździ partyjną hondą. Jego znajomi politycy z łezką w oku wspominają czasy, gdy Kaczyńskiego woził Ludwik Dorn swoim maluchem i polonezem truckiem. Były premier ma jednak inne motoryzacyjne pasje: szaleje na quadach i wodnych skuterach.

Ostry jak brzytwa Józef Oleksy od lat jest wierny raczej statecznym volkswagenom passatom. Chwali te auta, ale dostrzega wadę: "Zawsze mam porysowaną karoserię i obtarte ściany w garażu, bo te auta nie mają urządzenia chroniącego". Jak przyznaje były premier, nie jest maniakiem motoryzacji: auto ma jeździć. Oleksy nie potrafi sam w samochodzie niczego naprawić, nawet zmienić koła, więc jeśli coś się psuje, najchętniej by uciekł.

Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski jest wożony służbowym bmw, a prywatnie ma luksusowego volkswagena phaeton. Ale największą miłością życia szefa polskiej dyplomacji jest radziecki motocykl z koszem z czasów wojny, który odkupił od żołnierza z NRD. Motocykl ma mocowanie do karabinu maszynowego, skrzynie na amunicję i saperkę. Sikorski mówi o swoim cacku, że jest bezcenne.

Andrzej Lepper przywyczaił się do bycia pasażerem. Tyle, że samochód ministerstwa zamienił na partyjny. "Wożą mnie nissanem primerą i saabem. Ale prywatnie lubuję się w terenowych autach - mam rosyjskiego gazika i toyotę" - ujawnia szef Samoobrony.

Szef ministerstwa spraw wewnętrznych, Grzegorz Schetyna, też ma służbowe bmw, ale prywatnie po krętych i górzystych dolnośląskich drogach jeździ swoim volvo S40.

Jego partyjny kolega, szef klubu parlamentarnego PO, Zbigniew Chlebowski, ma do dyspozycji sejmową toyotę avensis, prywatnie jeździ volkswagenem passatem. Jak sam przyznaje, przez lata był wierny polskim cudom motoryzacji. Kolejno miał malucha, fiata 125p, poloneza i produkowane u nas daewoo lanos. Najmilej wspomina malucha. "Kiedyś upchałem do niego siedem osób. Cud, że milicja nas nie złapała" - ujawnia.

Ludwik Dorn ma wiekowego peugeota. Jaki model, nie wiadomo dokładnie, bo były marszałek Sejmu nie chce o tym rozmawiać. Ale jest to małe auto - koledzy Dorna mówią, że to "prawdopodobnie stara 105-tka".

Wojciech Olejniczak jeździ toyotą avensis. Zapewnia, że nie jest maniakiem czterech kółek. "W ogóle się tym nie podniecam. Samochód ma jeździć, reszta mnie nie interesuje" - mówi szef lewicy.

Halowe MŚ: Brązowy medal polskiego kulomiota

Wojciech Borakiewicz
2008-03-07, ostatnia aktualizacja 2008-03-07 21:36
Zobacz powiększenie
Tomasz Majewski
Fot. ERIC GAILLARD REUTERS

Tomasz Majewski pierwszym polskim medalistą halowych mistrzostw świata Walencji. Nasz kulomiot pobił rekord Polski w hali, zgarnął brązowy medal i 10 tys. dolarów nagrody

To wielka niespodzianka, bo konkurenci byli szalenie mocni. Do finału Polak awansował z wynikiem 20,23 m (minimum kwalifikacyjne wynosiło 20,20.) . Poza zasięgiem naszego lekkoatlety byli obaj Amerykanie Reese Hoffa i Christian Cantwell, którzy jako jedyni pchali ponad 21 metrów. Majewski w trzeciej próbie uzyskał 20,93 i pobił halowy rekord Polski.

To siedemnasty medal biało-czerwonych w historii mistrzostw świata w hali

Międzynarodowa Federacja Lekkoatletyczna (IAAF) ratuje się przed omijaniem halowych mistrzostw świata przez największe gwiazdy, co jest szczególnie nagminne w roku olimpijskim, pieniędzmi. Przeznaczyła na nie w Walencji aż 2 miliony 490 tysięcy dolarów Nagrody są więc rekordowo wysokie. Złoty medalista otrzyma 40 tys. dolarów, a 20 i 10 tys. trafi do drugiego i trzeciego lekkoatlety w każdej z 26 konkurencji (wypłaty otrzymają także 4., 5., i 6. zawodnik). 50 tys. dolarów to natomiast nagroda za pobicie rekordu świata.

Kasa pomogła, bo do Hiszpanii przyjechała np. Jelena Isinbajewa (ona za rekord świata w skoku o tyczce bierze też w każdym mityngu 50 tys. dolarów). I tak jednak mimo rekordowych wypłat, wiele gwiazd nie wystartowało w Hiszpanii m.in. mistrzowie świata Bernard Lagat (USA), Donald Thomas (Bahama) czy najlepsza wieloboistka, Szwedka Carolina Kluft.

W Moskwie w 2006 roku Polacy zdobyli trzy medale: dwa srebrne - Anna Rogowska (tyczka) i męska sztafeta 4x400 m (Dąbrowski, Marciniszyn, Wieruszewski, Klimczak) oraz brązowy - Lidia Chojecka (3000 m) . Krążek Majewskiego był siedemnasty. O kolejne będzie w Walencji bardzo trudno.

Przekonała się o tym nasza kandydatka do miejsca na podium pięcioboistka Karolina Tymińska, która miała najlepszy w tym roku wynik na świecie. Okazało się, że rywalki były bardzo silne i po czterech konkurencjach Tymińska była ostatnia.

Prawo startu w finale skoku o tyczce wywalczyły też wczoraj dwie nasze największe medalowe nadzieje; Monika Pyrek i Anna Rogowska (obie skoczyły po 4.50 m). Finał odbędzie się w sobotę, a ich najgroźniejszymi konkurentkami będą Rosjanki Isinbajewa i Swietłana Fieofanowa oraz Amerykanka Jennifer Stuczynski.

Liczby mistrzostw

159
reprezentacji wystartowało w Walencji - to rekord frekwencji w halowych MŚ

John Cleese w przydrożnej reklamie Pcimia?

Ireneusz Dańko
2008-03-07, ostatnia aktualizacja 2008-03-08 18:56

Władze Pcimia rozważają, czy umieścić przy wjeździe do wioski billboardy z podziękowaniem dla aktora Johna Cleese.

Zobacz powiekszenie
Fot. za mediafun/youtube.com
Projekt reklamy przedstawia Johna Cleese z naburmuszoną miną. Obok widnieje napis "tu mieszka moja ciocia", a poniżej "Thank You Johny - Gmina PCIM" z herbem miejscowości.

Projekt przygotowała z własnej inicjatywy katowicka agencja reklamowa Media Partner. Za darmo chce ją umieścić przy zakopiance w Pcimiu. - Napisaliśmy tylko to, co aktor mówi w telewizyjnej reklamie. Nie powinien mieć pretensji za podziękowania od gminy - przekonuje Michał Lorenc z firmy Media Partner. Agencja przygotowała podziękowanie pod wpływem doniesień o reakcji władz Pcimia na telewizyjną reklamę wielkopolskiego banku. W krótkim filmiku John Cleese, współtwórca słynnego "Latającego Cyrku Monty Pythona", wciela się w rolę Brytyjczyka, który za wszelką cenę chce pożyczyć pieniądze w BZ WBK. Zdesperowany mówi na koniec po angielsku: "Moja ciotka pochodzi z Pcimia".

Satyryczna scenka, a w ślad za nią dziennikarskie doniesienia z Pcimia, poruszyły do żywego wójta Daniela Obajtka. Kategorycznie zaprotestował przeciw ośmieszaniu wioski i wykorzystywaniu jej nazwy bez zgody lokalnego samorządu. Na piśmie zażądał wyjaśnień od kierownictwa banku. - Jako gospodarz gminy muszę dbać o jej dobre imię. Nie pozwolę, aby ktoś robił cyrk z naszej miejscowości - uzasadniał protest. W piątek jego oburzenie były już znacznie mniejsze. - Przez sto lat tyle o nas nie napisano - zachwyca się burzą medialną wokół telewizyjnego spotu banku BZ WBK, w którym Brytyjczyk wspomina miejscowość pod Myślenicami. Chwalił propozycję katowickiej agencji. Zastrzegał jednak, że bez zgody aktora gmina nie zamieści jego wizerunku przy drodze. - Nie stać nas na wynajęcie tego pana do promocji ani tym bardziej na procesy - zaznaczył.

Ostrożność władz gmin podziela prof. Ewa Nowińska, znawca prawa własności intelektualnej z UJ. - Nazwa miejscowości jest dobrem publicznym, a wizerunek osoby prywatnej nie. Nawet jeśli chodzi o kogoś znanego, to bez jego zgody można wykorzystywać zdjęcia wyłącznie w celach informacyjnych czy satyrycznych. Za takie zaś trudno uznać ustawienie przydrożnego billboardu z Johnem Cleese - powiedziała "Gazecie". - Gmina Pcim może, oczywiście, podjąć ryzyko i liczyć, że aktor odbierze przydrożne "podziękowania" jako dobry żart. Z doświadczenia wiem jednak, że ludzie zwykle tracą poczucie humoru, gdy w grę wchodzą pieniądze. Sądy nie żartują i orzekają coraz wyższe odszkodowania, kiedy ktoś występuje z pozwem o naruszenie dóbr osobistych.

Rzecznik BZ WBK Piotr Gajdziński nie komentuje gminnych planów. Wcześniej informował, że jego bank nie wyklucza nakręcenia drugiej reklamy z Brytyjczykiem i wizyty w Pcimiu.

Po opublikowaniu projektu owej reklamy w internecie nieoczekiwanie napisał do nas Michał Lorenc z MediaPartner i poprosił o usunięcie obrazka z naszego portalu. Wyjaśniał, że projekt billboardu jest "dalece wstępny" i "nie był przewidziany do szerokiej publikacji na tym etapie", choć takich zastrzeżeń nie zawarł, kiedy dwa dni wcześniej przysłał do redakcji kopię swojego maila do wójta Pcimia z projektem reklamy. Z uprzejmości usunęliśmy obrazek.

Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków

Kochanowski: Potrzebny limit długości tymczasowego aresztowania

Rozmawiał Jacek Żakowski
2008-03-07, ostatnia aktualizacja 2008-03-07 10:31

- Już dawno występowałem o to, by był pewien limit. Oczywiście ten limit musi wziąć pod uwagę bardzo złą pracę organów ścigania. Tego rodzaju praktyka jest zupełnie niedopuszczalna - powiedział Janusz Kochanowski w "Poranku Radia TOK FM"

Zobacz powiekszenie
Fot. Kamil Wróblewski / TOK FM
Janusz Kochanowski
Jacek Żakowski: Kiedy pan usłyszał, że minister Grad przygotowuje zmiany w kodeksie pracy, które mają ułatwiać zwalnianie osób w wieku przedemerytalnym, które mają umożliwić zwalnianie kobiet w ciąży, to co pan sobie pomyślał jako Rzecznik Praw Obywatelskich?

Janusz Kochanowski: O dwóch rzeczach pomyślałem, chociaż jeszcze tego nie sprawdzałem, mianowicie, że po pierwsze rynek pracy w Polsce wymaga uelastycznienia i usprawnienia, a także wprowadzenia większej ilości ludzi, stąd też kiedyś na jesieni mój wniosek w sprawie równego wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn, ale pod drugie, że będę się musiał temu bardzo uważnie przyglądać, aby nie stało się coś niedobrego.

Jacek Żakowski: Ale co na przykład?

Janusz Kochanowski: A nie wiem, co na przykład, bo ja jeszcze w to nie wchodziłem.

Jacek Żakowski: Panie rzeczniku, przecież pan się nie przygląda wszystkiemu.

Janusz Kochanowski: Nie mogę się wszystkiemu przyglądać na raz.

Jacek Żakowski: No właśnie, to jeżeli pan się temu chce przyjrzeć, to coś pan ma na myśli.

Janusz Kochanowski: Nie, powiedziałem tylko o pewnych założeniach, lampkach, które się świecą w tym momencie. Pewna liberalizacja tak, ale uwaga, żeby nie wylać dziecka razem z kąpielą. I tak będę to robił, natomiast wolałbym, żeby pan był łaskaw dla mnie i nie wchodził w konkrety w tym temacie, dlatego, że go jeszcze nie badałem.

Jacek Żakowski: No dobrze, to całkiem zmienimy temat na taki, którego też pan jeszcze nie badał. Zapytam prywatnie, jak pan wczoraj zobaczył, że w Pałacu Prezydenckim w czasie uroczystości marcowej nie ma Adama Michnika, to co pan pomyślał?

Janusz Kochanowski: Myślałem, że są różne kryteria. Że gdyby był pan Aleksander Kwaśniewski, to byłby pan Adam Michnik.

Jacek Żakowski: A gdyby był Janusz Kochanowski?

Janusz Kochanowski: O Boże Święty. Postawił mnie pan akurat w takiej roli. Gdyby był Kochanowski to, to nie wiem.

Jacek Żakowski: Wie pan co, prezydent to jest taki człowiek, który musi wiedzieć.

Janusz Kochanowski: Tak, ale ja nie jestem ani prezydentem, ani kandydatem na prezydenta, nie wczuwam się w tę rolę.

Jacek Żakowski: To znaczy nie wie pan, czy by pan zaprosiła Adama Michnika na uroczystości marcowe, gdyby był pan prezydentem?

Janusz Kochanowski: To chyba bym zaprosił. Tak, ja bym chyba miał jakieś relacje z panem Adamem Michnikiem, do którego mam stosunek ambiwalentny jako Kochanowski, nie jako rzecznik, czy jako prezydent, wyobrażony, fikcyjny, natomiast na pewno byłbym w tych relacjach, mogę panu powiedzieć, ale przejdźmy na płaszczyznę rzecznika. Ja jestem w relacjach do wszystkich. Co mi zresztą psychicznie sprawia pewien komfort, dlatego, że nie wartościuję ludzi, nie oceniam, tak Kochanowski, jako rzecznik sobie tego absolutnie odmawiam i to jest bardzo zdrowe psychicznie, a nawet zgodne z takim moim niepełnym i niewielkim chrześcijaństwem.

Jacek Żakowski: Może też z prawem jest zgodne przypadkiem?

Janusz Kochanowski: Prawo dobrze pojmowane jest zgodne z pewnymi wartościami, które leżą u podstaw kultury judeo-chrześcijańskiej.

Jacek Żakowski: Dobrze. Panie rzeczniku. Jest taki pomysł, to pan słyszał, żeby połączyć pański urząd z urzędem pani Sowińskiej, z urzędem Rzecznika Praw Dziecka. To jest dobry pomysł?

Janusz Kochanowski: To jest dobry pomysł, ale to jest stary pomysł. Może pan pamięta, ja sobie przypominałem teraz dopiero, że pierwszy Rzecznik Praw Dziecka zrezygnował po bardzo krótkim czasie stwierdzając, że on nie ma właściwie żadnych kompetencji, to była chyba bardzo słuszna decyzja. Wtedy myślałem, że może była zbyt emocjonalna. I wtedy mój poprzednik wystąpił o to, aby rzecznika praw dziecka uczynić jednym z zastępców rzecznika praw obywatelskich, która to idea teraz odżyła i słusznie.

Jacek Żakowski: I pani Sowińska byłaby dobrym pańskim zastępcą?

Janusz Kochanowski: Nie, nie. Mówimy o rozwiązaniu instytucjonalnym, nie o rozwiązaniu personalnym. To znaczy Rzecznik Praw Dziecka byłby powoływany na wniosek Rzecznika przez Marszałka Sejmu i tak by to wyglądało. Ale ja bym wskazywał kandydata.

Jacek Żakowski: I pan by wskazał panią Sowińską jak zgaduję.

Janusz Kochanowski: Nie. Źle pan zgaduje.

Jacek Żakowski: Znowu się pomyliłem.

Janusz Kochanowski: Pana dobre prawo.

Jacek Żakowski: A dlaczego nie panią Sowińską?

Janusz Kochanowski: Bo nie widzę jej w gronie kandydatów, do których chciałbym się zwrócić wtedy, kiedy bym szukał kandydata, z którym chciałbym współpracować intensywnie.

Jacek Żakowski: Ale piękna konstrukcja językowa.

Janusz Kochanowski: Prawda?

Jacek Żakowski: Łacińska. Pan dużo łaciny czyta?

Janusz Kochanowski: Zgubiłem myśl, którą pan chciał, żebym ja wyostrzył, mogę powiedzieć, że zrobiłem to całkowicie świadomie.

Jacek Żakowski: Rozumiem, no dobrze. Ale czy to by nie oznaczało obniżenia rangi problemu. Bo prawa dziecka są w Polsce problemem, widać, że świadomość nie jest za duża po tych pomysłach, żeby na przykład kobiety ciężarne można było zwalniać z pracy, prawda? Widać, że tu w kulturze z docenieniem roli dziecka jest jakiś problem, a to by obniżyło rangę tego urzędu.

Janusz Kochanowski: Nie, wręcz przeciwnie. To by uskuteczniło. Proszę sobie wyobrazić, że ten Rzecznik Praw Dziecka, któremu wiele się stawia słusznych i niesłusznych zarzutów, on nie ma właściwie żadnych kompetencji. Jeśli pan weźmie 2007 rok i porówna pan sprawy z tego zakresu, które podejmował Rzecznik Praw Obywatelskich, czyli ja i Rzecznik Praw Dziecka, jeśli chodzi o wystąpienia generalne, to ja wystąpiłem, mam tutaj statystykę, w 111 przypadkach, A Rzecznik Praw Dziecka w 58, czyli moja aktywność obejmowała 66 procent z tego zakresu. Jeśli pan zwróci uwagę na takie rzeczy jak na przykład działania nasze w zakresie hospicjów dla dzieci, jak karta żywienia i aktywności fizycznej dla dziecka, jak te słynne tornistry, to są wszystko rzeczy, gdzie ja wchodziłem, z pewnymi obawami na teren nie swój. Ale z dużą skutecznością, dlatego, że mam środki prawne.

Jacek Żakowski: Ale ze skutecznością? A jak ze skutecznością właśnie? Pamiętam jak pańscy urzędnicy pojechali do aresztu, żeby się zobaczyć z osobą aresztowaną i ich przepędzono.

Janusz Kochanowski: Ale wtedy zwołałem konferencję prasową, powiedziałem dosyć, spotkałem się z ministrem Zbigniewem Ziobro i powiedziałem, że jest niemożliwe żeby tak było. Że w tym momencie moi urzędnicy są w innym areszcie i ja proszę, żeby nie było tego problemu. I wtedy Pan Minister powiedział: są tu za ścianą eksperci, którzy panu wytłumaczą jak się pan bardzo myli. Odpowiedziałem, że mnie oni nie interesują i doszliśmy do porozumienia i on ustąpił.

Jacek Żakowski: Ziobro panu ustąpił?

Janusz Kochanowski: Tak, ustąpił, nie zwrócił pan na to uwagi? Ustąpił, zawarliśmy pewien kompromis. On powiedział: wie pan, to proszę mi dać listę pana współpracowników, których będzie pan chciał delegować do więzień, my sprawdzimy, czy oni nie mają jakichś zastrzeżeń. Ja dałem z przyjemnością, bo w ten sposób minister brał odpowiedzialność za to, za co wcześniej odpowiedzialny byłem ja i oczywiście oni w tym samym momencie byli już w innym więzieniu. Spór polegał na tym, że chciano, abym ja się zwracał o zezwolenie do prokuratora, żeby on dał zgodę moim współpracownikom na widzenie. Gdybym się raz tak zwrócił, to bym podkopał jedną z najważniejszych prerogatyw tego urzędu, która polega na tym, że mogę każdą sprawę bez zawiadomienia podejmować, proszę sobie wyobrazić. To jest silny urząd. I o siłę tego urzędu bardzo dbam i się troszczę.

Jacek Żakowski: Kiedy mówimy o sile tego urzędu, do którego ja też przywiązuję gigantyczną wagę, zwłaszcza po doświadczeniach ostatnich lat, to było takie znane pańskie wystąpienie w sprawie stosowania aresztów tymczasowych w Polsce.

Janusz Kochanowski: To był szereg wystąpień. Przyniosłem panu informację roczną i pan zobaczył, że było ich bardzo wiele.

Jacek Żakowski: Tak. No i co?

Janusz Kochanowski: No i dobrze. Po pierwsze, za tak mocno krytykowanego przez pana poprzednika Ministra Sprawiedliwości, sekretarze stanu i podsekretarze okresowo przychodzili do mnie i mówili w jaki sposób sprawa ulega polepszeniu jeśli chodzi o ilość zakładów. Bo najpierw trzeba mieć pewną pulę zakładów penitencjarnych i to się polepszało.

Jacek Żakowski: Znaczy, że budowali nowe cele.

Janusz Kochanowski: Budowali nowe cele po to by poprawić warunki istniejące w tych, które były, to jest jedno z niezbędnych rozwiązań i mam nadzieję, że pan minister Ćwiąkalski skutecznie będzie to kontynuował. Mamy za mało zakładów penitencjarnych, jak zresztą w całej Europie, może z wyjątkiem Irlandii, czy gdzieś, wszędzie jest maksymalne przepełnienie. To po pierwsze. Po drugie wyczuliliśmy się na takie problemy, jak na przykład aresztowanie kobiety w ciąży, które jest niedopuszczalne i występujemy o to, aby nastąpiły pewne zmiany legislacyjne. Złożyłem kilka wniosków do Trybunału, których panu nawet z pamięci nie wymienię i teraz jest już w świadomości społecznej ale i politycznej, bo o ile wiem pan minister Ćwiąkalski się z tym zaczyna nosić, aby był pewien limit tymczasowego aresztowania, to znaczy by nie można było trzymać kogoś tak jak niedawno trzy lata, a nawet cztery lata, są nawet dłuższe tymczasowe areszty

Jacek Żakowski: Naprawdę, a rekord?

Janusz Kochanowski: Nie wiem jaki jest rekord w każdym razie mamy tu bardzo niedobrą praktykę, która oczywiście po pierwsze wynika ze złej pracy organów ścigania.

Jacek Żakowski: Ale o ile pamiętam to jest taki limit kodeksowy, tylko tam jest furtka. W szczególnych sytuacjach, czy coś takiego

Janusz Kochanowski: Jeśli jest furtka to zawsze można się spodziewać, że przez tę furtkę wszyscy się będą przeciskali.

Jacek Żakowski: Czyli zlikwidować tę furtkę i bezwzględnie zakazać przedłużania powyżej jakiegoś czasu?

Janusz Kochanowski: Już dawno występowałem o to, by był pewien limit. Oczywiście ten limit musi wziąć pod uwagę, jeszcze raz to powtórzę, bardzo złą pracę organów ścigania. Na przykład pan Dochnal, który niedawno wyszedł i którego sprawę również monitorowaliśmy i kontrowaliśmy. Niezależnie od tego co on zrobił, czego nie zrobił, w areszcie był trzy i pół roku. I nic. Tego rodzaju praktyka jest zupełnie niedopuszczalna, zresztą przegrywamy w Strasburgu.

Jacek Żakowski: Panie rzeczniku, ja rozumiem, że trzeba systemowo to rozwiązać, to jest oczywiste.

Janusz Kochanowski: O!

Jacek Żakowski: Brawo.

Janusz Kochanowski: Brawo dla pana.

Jacek Żakowski: Dziękuję. Ale czy ktoś powinien za to ponieść odpowiedzialność? Taki Dochnal siedział w areszcie miesiącami i nikt z nim nie rozmawiał, nic się nie działo.

Janusz Kochanowski: Proszę pana oczywiście, że powinni wziąć tę odpowiedzialność prokuratorzy, którzy źle organizowali tę pracę.

Jacek Żakowski: Ale wziąć, czy ponieść?

Janusz Kochanowski: Ponieść. No wziąć czy ponieść

Jacek Żakowski: Wziąć to łatwo. Biorę na siebie odpowiedzialność za grzechy świata i co?

Janusz Kochanowski: A widzi pan, bawimy się w słowa.

Jacek Żakowski: Ale to jest ważne.

Janusz Kochanowski: Ponieść, bo wziąć to by musieli sami.

Jacek Żakowski: Ale jaką odpowiedzialność? Karną

Janusz Kochanowski: Dyscyplinarną. Po pierwsze dyscyplinarną. Ja zwracam się w niektórych sprawach, może z innej beczki, do pana ministra Ćwiąkalskiego i pytam dlaczego proces o wydarzenia w 1970 roku trwa lat siedemnaście? Obojętne, czy chcemy, czy nie chcemy skazać. Ofiary domagają się sprawiedliwości, a sprawcy domagają się uczciwego procesu, każdy ma prawo do uczciwego procesu. Jest takie średniowieczne zapomniane przysłowie, że nawet diabeł ma prawo do uczciwego procesu. Siedemnaście lat, to przepraszam Mimo pana wyczulenia i emocjonalnego nastawienia do życia, nawet pan się do tego przyzwyczaił.

Jacek Żakowski: To prawda, że właściwie od kiedy są wolne media w Polsce, to relacjonujemy ten proces.

Janusz Kochanowski: Tak i odczułby pan pewien brak, gdyby się nie daj Boże zakończył lub był umorzony. W FOZ-ie trwał piętnaście lat. Na litość boską. Przepraszam bardzo. To znaczy, że wymiar sprawiedliwości sabotuje to? A ci którzy wydawali różnego rodzaju zarządzenia? Są prezesami, awansowali, może już pracują w ministerstwie sprawiedliwości? Poprosiłem o to, aby mi wyjaśniono, dlaczego to musi tyle trwać. Tam jest tysiąc kilkuset świadków. Przecież to absurd! Tysiąc kilkuset świadków ma potwierdzić, że były wydarzenia w 1970 roku? Pani Renata Beger, weźmy z innej beczki, tam było trzy tysiące świadków, że te podpisy były fałszowane, po jakie licho? Ktoś zwariował. Jeżeli ja bym chciał nie doprowadzić do końca jakiegoś procesu, to tak bym właśnie robił.

Jacek Żakowski: Czyli wymiar sprawiedliwości się sabotuje?

Janusz Kochanowski: Wymiar sprawiedliwości, jak mówią elegancko jest dysfunkcjonalny, a jak ja bym powiedział jest absolutnie

Jacek Żakowski: Ale czy jest na to jakaś rada? Bo sędziowie są niezawiśli, sędzia prowadzi sprawę jak chce.

Janusz Kochanowski: Bardzo często niezawiśli są od dobrej organizacji od pracy

Jacek Żakowski: Można coś na to poradzić? Powiedzieć sędziemu tak: to jest sprawa, ma pan dwa tygodnie.

Janusz Kochanowski: A ile mi pan da czasu, żebym panu powiedział jak należy sobie z tym poradzić?

Jacek Żakowski: Minutę.

Janusz Kochanowski: To bardzo ładnie. Po pierwsze trzeba zawęzić kognicję. W czasie transformacji

Jacek Żakowski: Ale po ludzku.

Janusz Kochanowski: Po ludzku to znaczy, zwiększono zakres spraw które należą do sądów czterokrotnie w ciągu transformacji. Z góry było wiadomo, ze to nie zadziała. Trzeba odciążyć sądy i stworzyć to co na świecie jest robione jako alternative dispute resolution, u nas arbitraż i mediacja, to jest pierwszy krok, który bym postawił i który zresztą planowałem.

Jacek Żakowski: Ale co zrobić jak ten sędzia siedemnaści lat prowadzi sprawę? Rozstrzelać go?

Janusz Kochanowski: No proszę pana, wyciągnąć odpowiedzialność. Rozstrzelać to może pan tak powiedzieć, ale mnie jako rzecznikowi nie wypada tego mówić.

Jacek Żakowski: Rozumiem, Rzecznik Praw Obywatelskich, jakaś łagodniejsza forma, bardziej humanitarna.

Źródło: TOK FM