Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PUBLICYSTYKA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PUBLICYSTYKA. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 września 2007

Przegląd: Ziobro

Jarek, Marek i... Zbyszek
Przygodę z wymiarem sprawiedliwości Zbigniew Ziobro zaczął już na studiach, prowadząc śledztwo przeciwko swoim kolegom
Na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego trudno znaleźć profesorów, którzy zapamiętali studenta Zbigniewa Ziobrę.


Nie wyróżniał się ani wynikami w nauce, bo na koniec miał średnią 3,84, ani też działalnością w kołach naukowych czy organizacjach studenckich. Bardziej zapamiętali go księża z podyplomowych studiów homiletyki przy krakowskiej Papieskiej Akademii Teologicznej, gdzie uczył się sztuki kaznodziejstwa. Wraz z księżmi z całej Polski poznawał sztukę komunikowania się z ludźmi, przekonywania ich do wartości chrześcijańskich, pośredniczenia między człowiekiem a Bogiem. Uczył się tam tłumaczenia wiernym bożych wartości, a może bardziej przekonywania ich do własnych poglądów. Ks. dr hab. Wiesław Przyczyna, twórca tych studiów uczących księży wygłaszania kazań, zapamiętał Ziobrę jako zdolnego absolwenta.

Zbigniew Ziobro, fot. TVN24


Dlaczego obecnemu ministrowi sprawiedliwości nie wystarczały na studiach prawniczych zajęcia z retoryki? Być może już wtedy przygotowywał się do wystąpień na forum publicznym, chociaż kolegom ze studiów mówił tylko, że chce być prokuratorem.

Prokuratorem jednak Zbigniew Ziobro nie został, choć odbył aplikację w Prokuraturze Okręgowej w Katowicach i w 1997 r. zdał egzamin prokuratorski. Podobno miał z tym kłopoty i dlatego nie objął stanowiska asesora prokuratorskiego, ale jak było naprawdę, trudno stwierdzić. W swoim życiu przeprowadził osobiście tylko jedno śledztwo, które trwało 10 lat i skończyło się jego porażką. A śledztwo dotyczyło dwóch najbliższych kolegów ze studiów – Jarka i Marka. Trudno dzisiaj zrozumieć postępowanie ministra Ziobry bez poznania metod śledczych studenta Ziobry.

Donos prewencyjny

Do czasu studiów w Krakowie Zbigniew Ziobro przebywał w Krynicy, gdzie jego ojciec, dr Jerzy Ziobro, pełnił w latach 1961-1997 kolejno funkcje ordynatora i dyrektora Szpitala Uzdrowiskowego, zastępcy lekarza naczelnego, a potem dyrektora ds. lecznictwa Uzdrowiska Krynica-Żegiestów. W liceum w jednej ławce siedział z Jarosławem G. Ich rodzice również się przyjaźnili i dlatego gdy Zbigniew dostał się na prawo, a Jarosław na rolnictwo, padła propozycja, aby zamieszkali we wspólnie wynajętym mieszkaniu.

Na swoim roku studiów Jarosław G. poznał pochodzącego z Radoczy koło Wadowic Marka K. i przedstawił go Zbigniewowi Ziobrze. Odtąd dwaj "rolnicy” i prawnik stanowili trójkę przyjaciół. Aż tu pewnego dnia Zbigniew oznajmił Jarkowi, że ma on się wyprowadzić. Jako oficjalny powód podał, że przyjeżdża do niego ojciec i musi mieć wolne łóżko. Jarek nie mógł zrozumieć tej nagłej decyzji kolegi, z którym przyjaźnił się od dzieciństwa. Pytali też o to sędziowie w czasie rozpraw.

– Celowo go okłamałem, że nie będzie mógł u mnie mieszkać z powodu przyjazdu ojca, a taką decyzję powziąłem, gdyż nie odpowiadała mi jego postawa wobec życia, jego poglądy – powiedział w sądzie.

Jak wyjaśnił Zbigniew Ziobro na następnych rozprawach, te niesłuszne poglądy Jarka to jego stosunek do życia, chęć zabawienia się kosztem innych. To samo zarzucił Markowi. Zupełnie jednak stracił zaufanie do Jarka, gdy ten wyprowadził się do akademika i oddał mu klucze. Zbyszek popatrzył na przekazane dwa klucze, do bramy na dole oraz do mieszkania, i zarzucił Jarkowi, że nie są to te same klucze, które razem dorabiali. Jarek zaprzeczał, ale Zbyszek był pewien, że Jarek wyprowadzając się, musiał dorobić sobie zapasowy komplet.

Zaraz po wyprowadzeniu się kolegi Ziobro złożył na policji doniesienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez swoich kolegów, Jarka i Marka, którzy najprawdopodobniej dorobili klucze do jego mieszkania. Gdyby więc doszło do kradzieży, to policja ma informacje, gdzie szukać sprawców. Takie profilaktyczne wskazanie ewentualnych przestępców. Kto inny, zamiast angażować policję, zapewne wymieniłby po prostu wkładkę w zamku po wyprowadzce współlokatora. Tylko że w takim przypadku nie byłoby ścigania przestępców.


Metody śledztwa

Po wytknięciu kolegom niesłusznych poglądów i przedstawieniu zarzutów, że Jarek dorobił dodatkowy komplet kluczy, logiczne byłoby zerwanie wzajemnych kontaktów. Tak się jednak nie stało. Zbigniew Ziobro zataił przed nimi informację, że był na policji, incydent uznał za niebyły i jakby nigdy nic spotykał się z Jarkiem i Markiem. Obydwaj nie wiedzieli, że są w kręgu podejrzenia ich kolegi, który prowadzi przeciwko nim swoje śledztwo.

Cała trójka spotkała się na imprezie w akademiku u Jarka, gdzie Zbyszek obydwu kolegom pożyczył sporą kwotę. Oddali mu w terminie, po dwóch miesiącach, i jeszcze trochę dołożyli. Następna impreza odbyła się w mieszkaniu Zbyszka, gdzie koledzy przynieśli butelkę, aby odwdzięczyć mu się za pożyczkę. Wypili alkohol, pogadali i wtedy Zbigniew Ziobro po raz kolejny doszedł do wniosku, że mają niesłuszne poglądy i nie jest to dla niego towarzystwo. Nic im jednak nie powiedział i kontaktów nie zerwał.

Niedługo po tej ostatniej imprezie Zbigniew Ziobro zaczął odbierać najpierw głuche telefony, potem z wyzwiskami pod jego adresem. Przypuszczał, że to telefonował Marek, ale nie był pewien, więc nie zgłaszał niczego na policję. Potem nadchodziły anonimy z wyzwiskami. Gdy ktoś 12 razy zatelefonował do rodziców Ziobry w Krynicy i mówił o Zbigniewie jako "synu czerwonej krynickiej świni", miarka się przebrała. Dr Jerzy Ziobro przyjechał do Krakowa i nakłonił syna do zgłoszenia sprawy na policję. Zbigniew Ziobro stwierdził, że najpierw musi złapać sprawców.

W kręgu podejrzenia znaleźli się jego dwaj niedawni przyjaciele, Jarek i Marek, z którymi postanowił nadal się spotykać, tym razem w celach śledczych. Na wszystkie spotkania przychodził z ukrytym magnetofonem i rejestrował ich przebieg. Wracał do domu i porównywał głosy biesiadników z głosami z telefonu. Nadal podejrzewał, że anonimowym dzwoniącym jest Marek, ale nie był pewien i dlatego postanowił zrobić prowokację. W jednym z pubów pokazał Markowi wyciąg ze swojego konta w biurze maklerskim, z którego wynikało, że zarobił 100 mln, oczywiście w starych złotych. Tak rzeczywiście było, gdyż szczęście mu wtedy na giełdzie dopisywało.

Prowokację uznał za udaną, bo wkrótce w anonimach znalazło się żądanie okupu, najpierw 5 mln, potem 30 mln starych złotych. Nadawca znał dokładnie jego adres wraz z kodem pocztowym, wiedział, że nie należy do biednych, ale co do charakteru pisma Zbigniew Ziobro ciągle nie był pewien.

Następną prowokacją była próba kupienia od obydwu kolegów narkotyków. Też zjawił się na spotkaniu z włączonym magnetofonem, ale Jarek i Marek stwierdzili, że nie mają nic z tych rzeczy do sprzedania.

Potem Ziobro zauważył, że anonimy przychodzą zawsze tydzień przed wizytą Jarka u niego w domu, a następnie tydzień później. Pokazywał je Jarkowi, ale on nie reagował. W czasie jednej z wizyt Zbyszek wyraził zdziwienie, że ktoś pisze ręcznie, bo przecież łatwo poznać charakter pisma. Trudniej byłoby rozszyfrować nadawcę, gdyby je pisał literami drukowanymi. Kolejny anonim był już tak napisany.

Zbigniew Ziobro po zgromadzeniu materiału dowodowego, w którym za autora telefonów i anonimów uznał Marka K., złożył formalne doniesienie o przestępstwie. Wcześnie rano po Marka K. przyjechali policjanci, skuli go i przewieźli na komisariat. Do niczego się nie przyznał i wypowiedział kilka uwag na temat stanu głowy swojego kolegi. Również Jarek był przesłuchiwany i też nie przyznał się do pomagania w pisaniu anonimów.

Sądy różnych instancji pytały Ziobrę, dlaczego sam prowadził śledztwo, zamiast powiadomić policję. Za każdym razem odpowiedź była jednakowa: – Nie miałem zaufania do policji, obawiałem się, że podejdą do tego rutynowo. Chciałem przeciwstawić się sprawcom w sposób aktywny.

Praca dla grafologów

Wiosną 1994 r. Marek K. został oskarżony o telefonowanie i pisanie anonimów do swojego kolegi, Zbigniewa Ziobry, w których miał mu grozić pozbawieniem życia i żądać okupu. W trakcie procesu sąd odrzucił cały materiał dowodowy zebrany przez Ziobrę, występującego jako oskarżyciel posiłkowy, i swój werdykt oparł jedynie na ekspertyzie grafologa prof. Antoniego Felusia, który stwierdził, że to Marek K. był autorem anonimów. Sąd skazał go na rok pozbawienia wolności z zawieszeniem na trzy lata i 5 mln starych złotych grzywny. Ziobro triumfował, choć jego praca w postaci wielu taśm z nagraniami pijących wódkę kolegów nie została doceniona.

Marek K. odwołał się od tej decyzji, żądając drugiej ekspertyzy, i w następnym procesie został uniewinniony, gdyż biegli z Instytutu Ekspertyz Sądowych stwierdzili, że nie można jednoznacznie stwierdzić, iż anonimy są pisane jego ręką.

Na skutek apelacji wniesionej przez obydwie strony Sąd Wojewódzki podtrzymał wyrok uniewinniający Marka K. Na skutek wniosku o kasację wniesionego przez pełnomocnika Zbigniewa Ziobry przez pięć lat sprawą zajmował się Sąd Najwyższy, który wyszedł z założenia, że w przypadku sprzeczności pomiędzy dwiema ekspertyzami należy powołać trzeciego biegłego, i przekazał sprawę ponownie Sądowi Okręgowemu w Krakowie, który zlecił ekspertyzę Centralnemu Laboratorium Kryminalistycznemu Komendy Głównej Policji. Po bardzo dokładnych badaniach, które – jak wynika z kosztorysu – trwały 174 godziny, biegli Komendy Głównej Policji wykluczyli, by Marek K. był autorem anonimów.

Ten wyrok znowu został przez prokuratora i pełnomocnika Ziobry zaskarżony i w kolejnym procesie, przed sądem odwoławczym, Marek K. został już ostatecznie uniewinniony.

Metody Ziobry

W czasie tych toczących się 10 lat procesów sąd wielokrotnie wyrażał zdziwienie dowodami przedstawionymi przez śledczego Ziobrę.

Oto np. powołał on na świadka swojego młodszego brata Witolda, prawnika (obecnie doradcę PiS w Parlamencie Europejskim), który stwierdził, że głos w słuchawce jest głosem Marka K. Po takim oświadczeniu sąd spytał, jak świadek mógł zidentyfikować głos w słuchawce, skoro nigdy wcześniej oskarżonego nie spotkał, a na sali sądowej nie zdołał on jeszcze nic powiedzieć.

Poszczególne sądy zupełnie zlekceważyły dorobek Ziobry w nagrywaniu kolegów, prowokowaniu, analizowaniu ich zachowań. Jeden z sędziów napisał nawet, że jest zdziwiony przedstawianiem takich dowodów przez prawnika.

Jarek i Marek dopiero po kilku latach dowiedzieli się, że byli zgłoszeni na policji jako potencjalni złodzieje i gdyby coś zginęło z mieszkania Ziobry, byliby potencjalnymi sprawcami.




czwartek, 6 września 2007

Nie wciskajcie mi Boga

Małgorzata I. Niemczyńska
2007-09-04, ostatnia aktualizacja 2007-09-04 23:48
- Publiczne przyznanie się do ateizmu jest tu równoznaczne z ogłoszeniem, że ktoś jest zakażony HIV
Zobacz powiekszenie
Fot. Agnieszka Kosiec / AG
Jesteśmy tłamszeni przez polityków, którzy wciskają Boga gdzie się tylko da, nie biorąc pod uwagę, że łamią tym wszelkie standardy cywilizowanej demokracji. Przez media, które bombardują nas cudami, opiniami biskupów, zjazdami egzorcystów - przekazywanymi nie tak, jakby były to wierzenia pewnej części społeczeństwa, lecz jako fakty, obok wiadomości gospodarczych - mówi Mariusz Agnosiewicz założyciel serwisu www.lista.racjonalista.pl


Najpierw coming out zaczęli robić w Polsce geje, potem - kobiety po aborcji. Teraz ujawnić postanowili się ateiści. Już po kilku dniach było ich tysiąc. Po kilku tygodniach - dwa. Po miesiącu - cztery. Po półtora - pięć. Na Internetowej Liście Ateistów i Agnostyków codziennie przybywa jawnych ateistów. Obok gwiazd show biznesu figurują akademiccy wykładowcy, obok uczniów - emeryci, obok prawników - mechanicy, hydraulicy, bezrobotni.

Wpisują się, bo "krzyże wiszące w szkołach i szpitalach uważają za wulgarne pokazywanie, kto tu rządzi".

Bo ich "babcia zaczyna płakać, kiedy nie chcą iść z nią do kościoła".

Bo mają "już dość informacji o cudach podawanych w mediach jako fakty tuż obok wiadomości gospodarczych".

Bo jakiś czas temu ochrzcili swoje dziecko i dziś uważają, że chodziło im tylko o to, żeby rodzina się odczepiła.

Bo z powodu przyjaźni z niekatolikami wciąż wysłuchują wyrzutów w stylu: "Z kim ty się zadajesz?!".

Jednak nazwiska ujawniają tylko niektórzy. - Nic nie szkodzi, chodzi też o to, żeby się policzyć - twierdzą inicjatorzy.

- Dodać czerwonych, pederastów i będzie komplet - na forum "Gazety" pisze o nich wszystkich gość o nicku o90. - A później kierunek Holandia, gdzie osiągniecie wieczny ateistyczny orgazm. Super, że wreszcie ktoś wpadł na taki dobry pomysł, będzie wiadomo, kto jest kim, taki nowy IPN. Ciekawe, ilu z nich na łożu śmierci będzie się na gwałt z tej listy wykreślać.

Ateista i dzieci nie lubi

- Ateizm? Jak ja cię wychowałam?! - krzyczy mama na Marka (imię zmienione). - Jakie ten twój ateizm wystawia świadectwo nam, rodzicom?! To znaczy, że my jesteśmy nikim. Słyszysz? NIKIM! Że nam się życie nie udało. Przecież Bóg to podstawa. Kościoła można nie lubić, ojciec dyrektor też ma zastrzeżenia do biskupów, ale mówić, że jesteś niewierzący?! My z ojcem przestaniemy wychodzić na ulicę. Nie lubi dzieci a do tego ateista - bo ja nie znoszę dzieci a zwłaszcza ich płaczu - przecież to poniżające dla całej rodziny... - mamrocze już pod nosem.

Marek mieszka w Chojnowie koło Legnicy. - Publiczne przyznanie się do ateizmu jest tu równoznaczne z ogłoszeniem, że jest się zakażonym HIV - wzdycha.

Na liście jest też student z Kępna Paweł Hojek, handlowiec z Lublina Bartosz Madej, fizjoterapeutka z Wałbrzycha Anna Pietrzak oraz lektorka z Warszawy Małgorzata Iwanek. Ich wpisy przetykane są nazwiskami VIP-ów.

- Jan Paweł II traktowany jest w Polsce jak złoty cielec - twierdzi aktorka Anna Mucha. - Mało kto postępuje zgodnie z jego naukami, ale każdy może sobie postawić na półce album za 15 zł z fotografiami papieża. W tym, że Kubica ma na kasku napisane "JP2", dopatrujemy się przyczyny tego, że przeżył wypadek. To absurd!

Mucha pochodzi z katolickiej rodziny. W dzieciństwie rodzice pozwolili jej wybrać, czy chce iść do pierwszej komunii. Zdecydowała się rok później niż rówieśnicy. Dla białej sukienki. - Teraz już wiem, że biały pogrubia, dlatego więcej tego błędu nie popełnię - żartuje.

Chodziła na religię do przykościelnej salki (dziś uważa, że przenosząc przedmiot do szkoły, wyrządzono mu krzywdę) i miała wrażenie, że uczestniczy w czymś ważnym, dobrowolnym. Zrezygnowała, kiedy prowadząca zajęcia siostra zakonna powiedziała, że wszystkich rodziców, którzy nie przyprowadzają dzieci do kościoła, powinno się przywiązać do koła młyńskiego i wrzucić na dno rzeki. Doszła do wniosku, że coś jest nie tak z tym miłosierdziem. Miała wtedy 12 lat.

Ateista to komunista

- W dzieciństwie ojciec lał mnie dosyć często - wspomina Łukasz (imię zmienione). - Obrywałem po tyłku za nieodrobione zadanie czy rozbity talerz. Ale w twarz dostałem tylko raz. Kiedy powiedziałem, że nie pójdę do kościoła, bo tam strasznie nudno.

Dziś Łukasz ma 35 lat. Mieszka w niewielkiej (ok. 2 tys. mieszkańców) miejscowości na Lubelszczyźnie. Pracuje jako stolarz, ma bardzo wierzącą i trochę apodyktyczną żonę, dwie wesołe córeczki. Nosi wąsy, lubi teleturnieje i jasne piwo.

O tym, że jest niewierzący, nie wie nikt z najbliższych. Kilka lat temu zaczął się zbierać w sobie, aby powiedzieć o tym żonie. Właśnie wtedy jego młodsza córka miała wypadek (wypadła z okna na drugim piętrze). Żona jest przekonana, że dziecko przeżyło dzięki jej modlitwom. Od tego czasu Łukasz nawet już nie próbuje rozmawiać z nią o Bogu.

- Może po prostu nie mam ikry - przyznaje z rozbrajającą szczerością. - Wiem, jak to głupio brzmi, ale tu nawet nie chodzi o to, że się boję. Po prostu nie chcę jej robić przykrości. U nas nie jest łatwo się wyłamać. W co drugim domu krzyży wisi więcej niż w kaplicy.

Łukasz wie, że nie jest łatwo, bo ma sąsiada, który od jakiegoś czasu nie chodzi do kościoła. Najpierw miejscowe babcie przestały mu odpowiadać na "dzień dobry", potem proboszcz na kazaniu powiedział, że to komunista, a potem ktoś mu wybił szybę w oknie. Łukasz więc chodzi do kościoła regularnie. Mówi, że robi to dla dobra swoich dzieci, bo nie chce, żeby spotkała je jakaś przykrość. 2 kwietnia zaprowadził je na mszę z okazji rocznicy śmierci papieża Polaka. Wychowawczyni sprawdzała obecność.

Na listę ateistów wpisał się anonimowo. - Dla siebie - wyjaśnia. - Czekałem na okazję, żeby zrobić coś takiego. To nie jest żaden ten... no... coming out. Sam chcę się trochę podnieść na duchu. Lepiej mi, jak sobie pomyślę, że jestem w takiej dużej grupie ludzi, że nie jestem sam. Czy nie przesadzam? Ja przecież nie mówię, że z tym się nie da żyć. Da się, tylko nie całkiem tak, jakby się chciało.

Ateista, a ślub kościelny wziął

Magda i Kamil Krzyżyńscy (oboje na liście) od trzech lat mieszkają w Nowej Zelandii. Cztery lata temu wzięli ślub kościelny, dziś uważają, że to był błąd. Decyzję podjęli pod presją polskiego środowiska.

- Wychowałem się w katolickiej rodzinie, chodziłem na religię, do kościoła, przyjmowałem wszystkie sakramenty - opowiada Kamil. - Tego ode mnie wymagano. Nie przypuszczam, żeby wynikało to z głębokiej wiary moich rodziców, lecz raczej z obawy przed ostracyzmem społecznym. Myślę teraz, że przez całe życie - może poza wczesnymi latami dzieciństwa, kiedy wiara w Boga była wynikiem strachu przed nim samym lub przed konsekwencjami nieposłuszeństwa - byłem ateistą.

Krzyżyńscy zdecydowali, że nie ochrzczą swojej córki. Chcą, aby miała wybór. Uważają, że w Nowej Zelandii będzie to łatwiejsze.

- Zosia nie będzie musiała się obawiać, że jeśli nie pójdzie do bierzmowania, to nie będzie mogła wyjść za mąż, tak jak nam to było wpajane, nie będzie wytykana palcami i wyśmiewana w szkole tak, jak było za naszych czasów z dziećmi, które nie chodziły na religię - twierdzą.

I zdania nie zmienią.

Karola Lewińskiego, polonistę z Konina, na liście znajdziemy kilka stron dalej, tuż za nim jest biolog z Torunia (Marcin Piwczyński), a po nich - studentka z Wrocławia (Marta Sznajder).

Profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego Jan Woleński wpisał się jako jeden z pierwszych. Uważa, że "nic" istnieć nie może. Przypuszcza, że podobnie jest z Bogiem. Nie zna żadnego poprawnego dowodu na jego istnienie, więc czuje się agnostykiem.

- Pewien znajomy Holender, dowiedziawszy się, że piszę książkę "Granice niewiary", ironicznie powiedział: "Że też macie w Polsce zdrowie do zajmowania się takimi sprawami" - wspomina. - Istotnie, Holendrzy nie widzą specjalnego powodu dla prowadzenia sporów o religię. U nas sytuacja jest inna. Jeśli rzecznik praw obywatelskich nie widzi nic złego w zmuszaniu młodzieży do pobierania nauki religii w szkołach, a nawet publicznie oświadcza, że jest zwolennikiem nauczania religii w szkołach, znaczy, że źle się dzieje w państwie duńskim.

Ateista z danymi w NFZ

Listę wymyśliło Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów.

Aby dać ateistom okazję do przypomnienia o sobie katolickiej większości.

Aby Jan Kowalski z Pcimia mógł za jej pomocą powiedzieć głośno: "Nie wierzę".

Aby przełamać stereotyp, według którego ateista to ktoś, kto "utracił łaskę wiary".

Aby dać poczucie wspólnoty ludziom, którzy źle się ze swoją niewiarą czują.

Aby...

Jak idzie? - Lista wywołuje nadspodziewanie dużo agresji - twierdzi Mariusz Agnosiewicz (prawdziwe nazwisko Gawlik), prezes PSR. - Środowisko "Frondy" próbowało torpedować ją przez wpisywanie nazwisk zbrodniarzy komunistycznych. Co pewien czas pojawiają się też pogróżki.

Na razie zareagowali raz, kiedy z komputera katowickiego NFZ ktoś napisał: "O, widzę, że tu sami wykolejeńcy się skupiają. Dobrze wiedzieć, łatwiej będzie działać". Nie mogli tego puścić płazem, wysłali więc pismo z prośbą o odnalezienie tej osoby, bo NFZ może mieć przecież dane osobowe ateistów z listy i jeszcze komuś może stać się krzywda.

Wśród innych fałszywych wpisów na stronie www.lista.racjonalista.pl najczęściej pojawiają się Lech i Jarosław Kaczyńscy oraz ojciec Tadeusz Rydzyk.

---

Nie chcę oceny z religii, pójdę do piekła? - list licealisty z Opola.

Czekamy na wasze opinie: listydogazety@gazeta.pl

Źródło: Gazeta Wyborcza

środa, 5 września 2007

Utrupianie Heinricha Heinego

Tygodnik Powszechny 2003-11-02

Nietzsche: "Niemcy wydały tylko jednego poetę poza Goethem: to jest Heine - a on w dodatku jest Żydem"

Spośród wielkich twórców europejskiego romantyzmu największym sentymentem darzył Polskę Heinrich Heine. Kwestia polska absorbowała go przez całe życie. Polacy jednak nie odwzajemnili jego fascynacji. Dawniej dosyć popularny, jest dziś Heine nad Wisłą niemal zapomniany.



Trudno dziś zgodzić się z opinią Stefana Lichańskiego, który w 1956 r., krytykując wydany wówczas zbiór “Dzieł wybranych” poety z Düsseldorfu - było to dopiero pierwsze (!) obszerne wydanie jego twórczości w języku polskim - zauważył, że “nazwisko Heinego jest u nas bardzo popularne. Przeważnie jednak tylko nazwisko”. Pół wieku później utworów wielkiego poety i prozaika darmo szukać w szkolnych podręcznikach, a nawet na liście lektur polonistyki.

Sztuka antyprzekładu

Zresztą trudno się dziwić; biblioteki dysponują nielicznymi egzemplarzami, księgarnie - żadnymi. Od lat prawie nie wznawia się poezji Heinego ani - tym bardziej - prozy, wyłączając kilka miniaturowych zbiorów, które ukazały się w ciągu ostatnich 15 lat i zawierały ograniczony wybór wierszy.

Ostatnie pełne i jedyne w miarę dobre opracowanie zbioru “Buch der Lieder” (“Księga pieśni”), dokonane przez Roberta Stillera, pojawiło się w 1980 r. Od tego czasu autor “Tannhäusera” wyraźnie zaniemówił w języku polskim. Paradoksalnie, jego poezja może na tym zyskała...

Do tej pory nie wydano też w Polsce zebranych dzieł Heinego, choć - znów - może i lepiej, że taki zbiór się nie ukazał. Przerażeniem napawa bowiem myśl, że mógłby wyglądać jak wydane w 1956 r. przez PIW “Dzieła wybrane”.

Dwa grube tomy, gromadzące kolejno utwory poetyckie (pierwszy) i prozatorskie (drugi), były chaotyczną kolekcją płodów rozmaitych, często zupełnie przypadkowych tłumaczy. O ile tom prezentujący prozę z przekładami m. in. Stanisława Jerzego Leca, Witolda Wirpszy i Leopolda Staffa, mimo braku takich perełek, jak choćby “Die Götter im Exil” czy “Die romantische Schule”, prezentował się znośnie, o tyle tom poetycki z twórczością mistrza z Düsseldorfu nie miał praktycznie nic wspólnego, stawiając - co gorsza - pod znakiem zapytania jego wydawałoby się trudny do zakwestionowania talent.

Opasłe tomisko zawierało głównie karykatury przekładów oraz pełne błędów (nawet w wydaniu germanisty Stanisława Łempickiego), a często całkowicie niezgodne z treścią oryginału translatorskie potworki, autorstwa enigmatycznych, przeważnie młodopolskich antytłumaczy z Aleksandrem Krausharem oraz Adamem Mieleszko-Maliszkiewiczem na czele. Poprawne przekłady Stillera, Mirona czy Konopnickiej należały do mniejszości. Dodatkowym utrudnieniem okazało się wprowadzenie przez redaktora Adolfa Sowińskiego własnej numeracji nietytułowanych przez Heinego wierszy z cyklów “Lyrisches Intermezzo” (“Intermezzo liryczne”), “Die Heimkehr” (“Powrót”) oraz “Neuer Frühling” (“Nowa wiosna”). Księga piętrzyła trudności zwłaszcza przed dociekliwym czytelnikiem, który - korzystając ze znajomości niemieckiego - sięgnął do oryginału. Okazywało się wtedy, że nieudolny przekład zniekształca nie tylko język i styl Heinego, ale też wersyfikację utworu, a niekiedy nawet jego treść!

Jak bardzo niefortunne wydanie wpłynęło na opinię o Heinem w Polsce, opisał Robert Stiller w 1976 r. w “Literaturze na świecie”: “Ta cegła leżała blisko 20 lat w magazynach i z formalnych przyczyn uniemożliwiła w Polsce wydawanie Heinego. Tymczasem zaś brzydziła i zniechęcała tych, którzy by się chcieli dowiedzieć: co to jest właściwie ten Heine?”.

Najokrutniej z poezją Heinego obszedł się Mieleszko-Maliszkiewicz, który - by zacytować Lichańskiego - “dzięki swym przekładom zasłużył na miano polskiego antyHeinego”. Potrafił zbanalizować nawet najpoważniejsze liryki, pozbawić je treści i brzmienia, przetwarzając w grafomańskie rymowanki pełne ckliwego, śmiesznego sentymentalizmu. Robert Stiller - najlepszy współczesny tłumacz twórcy “Morza Północnego” - nazwał wydanie “Dzieł wybranych” - “utrupieniem Heinego w Polsce”.

Rzadko wydawany, powierzchownie znany

Literatura niemiecka jest w Polsce, mimo sąsiedzkiej bliskości, znana dosyć powierzchownie i niedokładnie. Nie chodzi jedynie o zbyt nieliczne szeregi wybitnych tłumaczy, choć talentu translatorskiego na miarę Boya dla języka niemieckiego w Polsce raczej nie było. Twórczość Niemców, zwłaszcza sprzed I wojny, nie licząc Goethego czy Schillera, jest u nas wydawana rzadko i ubogo analizowana.

Heine jest tu smutnym przykładem. Jego wizje literacko-społeczne wybiegały nieraz o jedną, a nawet dwie epoki do przodu, ale wśród krytyków, a nawet historyków literatury w Polsce nie cieszy się popularnością i zainteresowaniem. Owszem, jest kilka publikacji poświęconych jego biografii, w których nie pominięto na szczęście twórczości, ale też nie poświęcono jej zbyt wiele miejsca. Na pewno brakowało jednak i nadal brakuje kompetentnych analiz literackich jego dzieł.

W PRL wielu badaczy, którzy brali poetę pod lupę uzbrojoną w obowiązkowe radzieckie szkło, skupiało się na zdefiniowaniu Heinego jako socjalisty oraz podkreśleniu jego znajomości z Marksem. Tak oto ponad 40 lat recepcji Heinego w Polsce niemal całkowicie zmarnowano, a jego dzieła pokrył w końcu ten sam kurz, który na dobre zasypał stojące obok tomiszcza Marksa. Kilka razy zajmowano się “niemieckością” dzieł Heinego, ich muzycznością oraz wpływem na kompozycje muzyczne. Najbardziej dogłębne analizy zaledwie jednak wspominały o filozoficznych aspektach jego twórczości, jej romantycznym charakterze oraz wspierających ją rusztowaniach niemieckiego oświecenia. Nie pominięto na szczęście jego związków z Polską i nie szczędzono krytyki polskim przekładom jego literackiej spuścizny. Ale nic ponad to. Poza Stillerem, Karolem Sauerlandem oraz Romanem Karstem prawie żadnych znanych nazwisk.

Tymczasem w Niemczech czy szerzej: na Zachodzie, dostrzega się wartość poezji i prozy Heinego, doskonałych prób eseistycznych czy pism filozoficznych i politycznych. Liczni badacze, niejednokrotnie specjalizujący się wyłącznie w jego twórczości, od lat analizują aspekty i problematykę twórczości Heinego oraz doszukują się wpływów, których u nas praktycznie nikt jeszcze nie zauważył.

Przykładowo, w wydanej w 2000 r. w Niemczech (pod red. Christiana Liedtke) antologii tekstów dotyczących Heinego znajdujemy między innymi tematy recepcji Hegla w jego twórczości, wpływów niemieckiego Żyda na Nietzschego (!) oraz esej Josepha Kruse prezentujący argumenty do dyskusji nad “Heinem jako teologiem”. Dużo miejsca w badaniach nad dziełem Heinego zajmują też obrazy kobiet w jego poezji, stosunek do sztuk pięknych oraz rola mitów, podań i legend w jego filozofii i pracy twórczej.

Z Polakami, o Polakach

Same związki łączące niegdyś Heinego z naszym krajem, jego ogromne zainteresowanie Polską oraz duchowe i literackie wsparcie, jakiego udzielał Polakom w okresie zaborów, zasługują na oddanie mu nieco większej czci, a przynajmniej poświęcenie baczniejszej uwagi.

Z plejady romantycznych twórców, którzy poruszali zagadnienia polityczne, Heinego polityka wciągnęła bodaj najmocniej. Nieraz budził niemałe kontrowersje, zwłaszcza że - jak pisał Roman Karst - “wypowiadał się z pasją o wydarzeniach, o których inni współcześni mu pisarze z różnych powodów woleli milczeć”. Szczególną troskę okazywał narodom uciśnionym i zagrożonym w swym istnieniu. Problem polski interesował go już we wczesnej młodości. Nie poświęcił wprawdzie walczącym Polakom żadnego wiersza ani ballady, jak zdarzało się to mniej znanym kolegom (by przywołać “Mickiewicza” Uhlanda, “Pułk czwarty” Mosena czy “Śmierć trębacza” Herwegha), ale wspominał ich w prozie i wspierał na tyle, na ile umykało to cenzurze. Raz jeszcze cytat z Karsta: “wynurzenia [Heinego] w sprawie polskiej zdumiewały stanowczością tonu, konsekwencją i ostrością, na jaką niewielu pisarzy w Europie się zdobyło”.

Pierwsze wzmianki o Polakach w jego twórczości znaleźć można we włączonych do cyklu “Obrazy z podróży” felietonach pod tytułem “Listy z Berlina”. Pisze tam o polskich studentach, których poznał w Berlinie. Był wśród nich późniejszy serdeczny przyjaciel poety, hr. Eugeniusz Breza. W sierpniu 1822 r. Heine spędził u niego w Polsce kilka tygodni - gościł w majątku w wielkopolskim Świątkowie oraz posiadłości szwagra Brezy (Eustachego Wołowicza) w Działyniu. Pisarz odwiedził też Poznań i Gniezno.

Spostrzeżenia z krótkiej podróży spisał w szkicu “O Polsce”. Ta młodzieńcza proza - mimo widocznego jeszcze chaosu i burzy myśli - nosi już charakterystyczne cechy późniejszej publicystyki Heinego.

Heine rozważał m.in. sytuację polskiego chłopa, a jego generalna opinia ma wymiar ponadczasowy: “Najsmutniejszy obraz przedstawiają wsie polskie”. Przenikliwy jest też w spostrzeżeniach na temat naszych wad narodowych, zwłaszcza pijaństwa: “Bo cóż wart jest mężczyzna, którego byle trzy ćwiartki powalają na ziemię, Polacy bowiem istotnie picie doprowadzili do nadludzkiej doskonałości”.

W szkicu wspomina także o Kościuszce - “największym mężu, jakiego wydała Polska”, Żydach - jako trzecim stanie w Polsce, charakteryzuje polską szlachtę, snuje rozważania o nauce, literaturze i teatrze, a także uderza w wysoki ton, opiewając wdzięki Polek: “Duch mój przenosi się nad brzegi Gangesu i szuka najdelikatniejszych i najmilszych kwiatów, aby je porównać z tymi kobietami”. Najważniejsze jest jednak to, co wymijając macki cenzury usiłuje napisać o utracie suwerenności oraz - w aluzjach jedynie - walce Polaków o wolność.

Równie istotna jak pozostałe wzmianki bądź inspiracje polskie - we wstępie do “Stosunków francuskich” (dokonana przez Prusaków masakra w Fiszewie), w “Ludwiku Börnem” (klęska powstania listopadowego), w opowiadaniu “Z pamiętników pana Schnabelewopskiego” (bohaterem jest szlachcic z Gnieźnieńskiego) czy w wierszu “Dwaj rycerze” (ironiczny obraz dwóch szlachciców - paryskich emigrantów) - była znajomość, którą Heine zawarł z Fryderykiem Chopinem.

Niewiele zachowało się śladów ich paryskich kontaktów, a z czasem nieco je zmitologizowano. Nie ulega jednak watpliwości, że Heine był pod wielkim wrażeniem Chopina, jako kompozytora i pianisty. Nazywał go “Rafaelem fortepianu”, “poetą tonów”, w listach zwracał się do niego: “Mój drogi Chop!”. Tak pisał w drugim tomie “Lutecji”: “Przy Chopinie zapominam zupełnie o mistrzostwie gry fortepianowej i zapadam się w słodki urok jego muzyki, w bolesny urok jego głębokiej, subtelnej twórczości. Chopin jest wielkim genialnym muzykiem, którego wymieniać należy tylko obok Mozarta, Beethovena lub Rossiniego...”. Łączyła ich (a nie dzieliła!) także fascynacja kobietą - George Sand.

Heinego za życia nieustannie tępiono. Za pochodzenie, odważne poglądy, trudną, hermetyczną poezję. Podobnie jak Norwid nie doczekał uznania. Nawet po śmierci niszczono go i lekceważono. Hitler próbował wymazać z pamięci Niemców nazwisko pisarza żydowskiego pochodzenia - paląc na stosie jego książki. Nie udało mu się jednak usunąć ze zbiorowej świadomości (i tożsamości) typowo germańskich utworów Heinego, w Trzeciej Rzeszy wydawano więc “Lorelei” jako anonimową balladę ludową.

W Polsce Heinego “utrupiono” przez brak zainteresowania, lekceważenie i fatalne przekłady. Miał jednak i nadal ma w naszym kraju wiernych wielbicieli. Stiller napisał o nim: “Stał się dla mnie tym, czym dla innych Biblia lub Mickiewicz”. Władysław Bartoszewski - odbierając w 1996 r. w Düsseldorfie Nagrodę Heinego - opowiadał okupacyjną historię, gdy niemiecki policjant przeszukując jego mieszkanie natrafił na tom Heinego, ale nazwisko poety nic mu nie mówiło. “Ci ludzie, a raczej ich nauczyciele nie należeli do naszej Europy, do Europy Heinego, ani do Europy młodego polskiego studenta, którym wtedy byłem” - komentował Bartoszewski.

Andrzej Szczypiorski w ostatnim eseju, opublikowanym pośmiertnie w “Gazecie Wyborczej” napisał: “Ponieważ trochę już pożyłem, to naczytałem się sporo książek. Wśród tych lektur Heine zajmuje miejsce szczególne. Myślę, że warto, by inni też go dzisiaj czytali. Uważam, że był bardzo wielkim pisarzem, wniósł do mojej wiedzy o świecie element niepokoju, niepewności i bolesnego wahania”.