sobota, 22 września 2007

Nicki Pedersen mistrzem świata

ACM, PAP
2007-09-22, ostatnia aktualizacja 2007-09-22 22:24
Zobacz powiększenie
Nicki Pedersen i Rune Holta na podium GP Czech
Fot. MICHAL KRUMPHANZL AP

Duńczyk Nicki Pedersen wygrał żużlową Grand Prix Słowenii w Krsku i na jedną eliminację przed zakończeniem cyklu zdobył tytuł mistrza świata. Drugie miejsce zajął Brytyjczyk Scott Nicholls, a trzeci był reprezentujący Polskę Rune Holta

Po dziesięciu eliminacjach GP wiadomo także, że srebrny medal zapewnił sobie Australijczyk Leigh Adams. Największe szanse na brązowy medal mają czwarty w Krsku Australijczyk Jason Crump oraz Tomasz Gollob, który odpadł w półfinale sobotniego turnieju. W klasyfikacji generalnej Crump ma osiem punktów przewagi nad Gollobem.

Ostatni tegoroczny turniej GP odbędzie się 13 października w Gelsenkirchen.

Wyniki:

Pierwszy półfinał
1. Nicki Pedersen (Dania)
2. Scott Nicholls (W.Brytania)
3. Tomasz Gollob (Polska)
4. Wiesław Jaguś (Polska)

Drugi półfinał
1. Jason Crump (Australia)
2. Rune Holta (Polska)
3. Bjaerne Pedersen (Dania)
4. Leigh Adams (Australia)

Finał
1. Nicki Pedersen (Dania)
2. Scott Nicholls (W.Brytania)
3. Rune Holta (Polska)
4. Jason Crump (Australia)

Klasyfikacja końcowa:
1. Nicki Pedersen (Dania) 23 (3,2,3,3,3,3,6)
2. Scott Nicholls (W. Brytania) 16 (2,1,2,3,2,2,4)
3. Rune Holta (Polska) 16 (2,3,3,2,2,2,2)
4. Jason Crump (Australia) 13 (3,2,1,1,3,3,0)
5. Tomasz Gollob (Polska) 10 (2,2,2,1,2,1)
6. Leigh Adams (Australia) 9 (3,3,1,0,2,0)
7. Bjaerne Pedersen (Dania) 9 (0,0,2,3,3,1)
8. Wiesław Jaguś (Polska) 9 (1,3,3,1,1,0)
9. Chris Harris (W. Brytania) 8 (3,1,0,3,1)
10. Andreas Jonsson (Szwecja) 6 (1,3,2,0,0)
11. Matej Zagar (Słowenia) 6 (d,1,3,1,1)
12. Jarosław Hampel (Polska) 6 (0,1,0,2,3)
13. Jurica Pavlić (Chorwacja) 5 (2,0,0,2,1)
14. Greg Hancock (USA) 4 (1,2,1,0,0)
15. Hans Andersen (Dania) 3 (1,0,0,2,d)
16. Antonio Lindbaeck (Szwecja) 1 (0,0,1,0,0)

Klasyfikacja generalna:
1. Nicki Pedersen (Dania) 187-mistrz
2. Leigh Adams (Australia) 142
3. Jason Crump (Australia) 109
5. Tomasz Gollob (Polska) 101
4. Hans Andersen (Dania) 98
6. Greg Hancock (USA) 90
7. Chris Harris (W.Brytania) 87
8. Scott Nicholls (W.Brytania) 83
9. Rune Holta (Polska) 81
10. Wiesław Jaguś (Polska) 75
11. Andreas Jonsson (Szwecja) 70
. Jarosław Hampel (Polska) 70
13. Bjaerne Pedersen (Dania) 66
14. Matej Zagar (Słowenia) 48
15. Antonio Lindbaeck (Szwecja) 31
16. Fredrik Lindgren (Szwecja) 21
17. Krzysztof Kasprzak (Polska) 17
18. Kenneth Bjerre (Dania) 10
19. Grigorij Laguta (Rosja) 8
20. Sebastian Ułamek (Polska) 6
21. Kaj Laukkanen (Finlandia) 5
. Jurica Pavlić (Chorwacja) 5
23. David Howe (W.Brytania) 4
. Lubos Tomicek (Czechy) 4
25. Mattia Carpanese (Włochy) 2

Ostatni turniej GP:
13 października: Gelsenkirchen, Niemcy

Męczarnie Zagłębia, grad goli w Poznaniu

ACM, mm
2007-09-22, ostatnia aktualizacja 2007-09-22 21:16
Zobacz powiększenie
Piotr Giza i Marcin Kuś po meczu
Fot. Kuba Atys / AG

Aż 6:2 wygrał Lech Poznań z Ruchem Chorzów. Mógł wyżej, ale Piotr Reiss, który zobył w tym meczu bramkę i zaliczył dwie asysty, nie strzelił karnego. Zagłębie dobiero w ostatniej minucie zapewniło sobie zwycięstwo w meczu z ŁKS-em

Grali w sobotę:

Lech - Ruch 6:2 (2:1)
Grad goli w Poznaniu. Gdy Ruch stracił Adamskiego, Lech hasał już jak chciał po jego połowie. Zespoły ze Śląska i Zagłębia coś nie mają szczęścia - Górnik Zabrze i Zagłębie Sosnowiec straciły tu po cztery gole, a Ruch sześć. Ile więc czeka Polonię Bytom już niedługo?

Widzew - Cracovia 2:0 (1:0)
Widzew już nie jest ostatnim zespołem, który nie wygrał w lidze. Podopieczni Marka Zuba zasłużenie pokonali wyżej notowaną Cracovię. Szkoda tylko, że widowsko zepsuł sędzia Marcin Borski, który robił wszystko, by być najważniejszy na boisku. W grze nie było złośliwości, a "arbiter" co chwilę wyciągał kartki.

Bełchatów - Jagiellonia 2:0 (2:0)
Bełchatowianie zagrali zgodnie z planem pewnie pokonując Jagiellonię. Mecz rozstrzygnął się przed przerwą po trafieniach Popka i Costly'ego. W drugiej połowie nie było bramek. Gospodarze kontrolowali przebieg meczu. Pewnie interweniowali w obronie, mieli też kilka okazji do podwyższenia wyniku, ale nie potrafili ich skutecznie wykończyć.

Górnik - Odra 1:0 (0:0)
Zabrzańscy kibice po raz kolejny w tym sezonie mają powody do radości, bo w derbach Górnego Śląska ich Górnik wygrał z Odrą. Jedyną bramkę w tym bardzo dobrym meczu strzelił Dawid Jarka. Dla zabrzańskiego napastnika to już szósty gol w obecnych rozgrywkach. Warto dodać, że po porażce w pierwszym spotkaniu tego sezonu u siebie z Legią, Górnik wygrał wszystkie cztery kolejne mecze na własnym boisku. Z kolei Odra, która zaprezentowała się dzisiaj więcej niż korzystnie, w ostatnich pięciu meczach zdobyła tylko punkt.

Zagłębie L. - ŁKS 2:1 (0:0)
Szczęśliwe zwycięstwo Zagłębia. Mistrz Polski dopiero w doliczonym czasie zapewnił sobie wygraną z ŁKS-em. Lubinianie mieli przewagę niemal przez cały mecz, ale ograniczała się ona głównie do przetrzymywania piłki. ŁKS mógł wygrać w Lubinie, ale prowadząc nie potrafił dobić rywali.

Zagrają w niedzielę:

Wisła - Polonia (godz. 14.30)
Wisła jest faworytem, ale będzie musiała poradzić sobie bez podstawowego bramkarza. Jednak pokonanie beniaminka może być o tyle łatwiejsze, że w jego składzie namnożyły się kontuzje. Krakowianie ostatnio w lidze zremisowali w Wodzisławiu, a w Pucharze Ekstraklasy przegrali u siebie z Górnikiem Zabrze. - Drużyna nie przechodzi kryzysu - zapewnia Skorża. - Nasza gra w Wodzisławiu nie była zła. Z kolei gdybyśmy na mecz z Górnikiem wyszli w podstawowym składzie, to wynik mógłby być zupełnie inny. Nie damy sobie wmówić, że jesteśmy w dołku.

Zagłębie S. - Groclin
Trener gospodarzy liczy na aktywność ściągniętego z Młodej Ekstraklasy Grzegorza Kmiecika. Do składu Zagłębia wrócił też po kontuzji bramkarz Szymon Gąsiński. To może jednak nie starczyć, by choć urwać punkt drużynie, która jak równy z równym walczyła z mistrzem Serbii.

Grali w piątek:

Korona - Legia 1:0
"Nadchodzi taki dzień, w którym niepokonana drużyna padnie na kolana" - w ten sposób reklamowano to spotkanie w Kielcach. Reklama okazała się być prorocza. Po 54 dniach glorii i chwały, siedmiu kolejnych zwycięstwach ligowych i jednej tylko straconej bramce piłkarze Legii zasłużenie przegrali pierwszy mecz w sezonie.

"Złotka" znów zwycięskie!


ACM, PAP
- Dziewczyny mają obronić mistrzostwo Europy i koniec! - stwierdziła kategorycznie Agata Mróz. Jej koleżanki po wczorajszym zwycięstwie z Hiszpanią 3:0 miały trochę kłopotów z ambitnymi Czeszkami, ale po morderczej walce w IV secie pokonały sąsiadki zza południowej granicy 3:1 (25:17, 27:25, 18:25, 25:22). Wygrana dała Polkom prowadzenie w grupie
W pierwszym składzie Polek wyszła Małgorzata Glinka, która w spotkaniu z Hiszpanią wchodziła tylko na zmiany. Tym razem jedna z najlepszych siatkarek Europy zastąpiła Dorotę Świeniewicz, która pojawiła się na parkiecie dopiero w drugim secie.

Pierwszy punkt zdobyły Czeszki, ale początek meczu zdecydowanie należał do Polek. Większość piłek kierowana była do Glinki, która atomowymi atakami rozbijała czeską obronę. Przed pierwszą przerwą techniczną Polki prowadziły czterema punktami, a potem powiększały przewagę. Rywalki popełniały proste błędy, miały problemy zarówno z przyjęciem, jak i z atakiem.

Przy stanie 19:9 wiadomo już było, że ten set będzie należał do Polek, które grały bezbłędnie. Dobrze funkcjonował blok polskiego zespołu, a Czeszki były coraz bardziej rozbite, psuły zagrywki, niedokładnie dogrywały. Pierwszą partię podopieczne Marco Bonitty wygrały łatwo 25:17.

Początek drugiego seta Polki trochę przespały, a ich przeciwniczki w tym czasie zdobyły trzy punkty. Czeszki wyszły na parkiet jakby odmienione, grały znacznie lepiej, dobrze broniły, skutecznie atakowały. Na nic zdały się ataki Glinki, przewaga Czeszek rosła z minuty na minutę.

Gdy Polki przegrywały 17:22, o czas poprosił trener polskiego zespołu. Po powrocie na parkiet Polki zaczęły grać zupełnie inaczej. Końcówka tego seta to dramatyczny pościg Polek, które swoim kibicom zafundowały niemal horror. Straty topniały, Czeszki były coraz bardziej podenerwowane i zrobiło się 24:24. Potem obie drużyny zdobyły po punkcie, a następnie Polki dwukrotnie wygrały akcję i tę część meczu 27:25.

Początek trzeciego seta znów należał do Czeszek, chociaż obie drużyny grały niedokładnie. Polki jednak słabiej sobie radziły w obronie, robiły sporo błędów, a Czeszki konsekwentnie broniły niemal każdy atak i rozbijały polski zespół skutecznymi akcjami. Przy stanie 21:13 dla Czech polskie siatkarki sprawiały wrażenie bezradnych, a rywalki zbliżały się do piłki setowej. Wprawdzie Glinka znów próbowała poderwać koleżanki atakami nie do zatrzymania i Polki odrobiły pięć punktów, podczas gdy Czeszki zdobyły tylko dwa, ale straty były zbyt duże. Polska przegrała tego seta 18:25.

W czwartym secie polskie zawodniczki zmobilizowały się i bardziej przypominały drużynę z pierwszej części, gdy bezlitośnie rozbiły rywalki. Od remisu 6:6 obrończynie złotego medalu uzyskały przewagę, której już nie oddały do końca. Wprawdzie Czeszki ambitnie goniły, ale demolujące ataki Glinki znów robiły swoje. Ostatnią część Polki wygrały trzema punktami i cały mecz 3:1.

W niedzielę podopieczne Bonitty zmierzą się w ostatnim swoim meczu grupowym z Bułgarią.

Werder gromi mistrza

ACM, Reuters
2007-09-22, ostatnia aktualizacja 2007-09-22 18:29
Zobacz powiększenie
Diego, Hugo Almeida i Duszko Tosić cieszą się z bramki tego drugiego w meczu Werderu z VfB Stuttgart
Fot. INA FASSBENDER REUTERS

Dwie bramki Hugo Almeidy w ciągu dwóch minut dały prowadzenie 2:0 Werderowi w prestiżowym pojedynku z mistrzami Niemiec z VfB Stuttgart. Piłkarze z Weserstadion ostatecznie wygrali 4:1 i doszlusowali do czołówki tabeli


Po czterech minutach w Bremie było już 2:0. Portugalczyk Hugo Almeida dwukrotnie posłał ostrą piłkę z linii pola karnego, a bramkarz VfB Raphael Schaefer był bezradny.

Jednak już w 13. minucie wydawało się, że mecz się wyrównał. Sami Khedira zmylił obrońców Werderu, którzy próbowali zastawić pułapkę ofsajdową, podał do reprezentanta Niemiec Mario Gomeza, a ten jedynie dopełnił formalności, pokonując Tima Wiesego.

Odpowiedź przyszła już dwie minuty później, gdy Boubacar Sanogo wygrał pojedynek w powietrzu z Fernando Meirą i głową posłał do siatki piłkę dośrodkowaną przez Petri Pasanena. Czwartą bramkę tuż przed samym końcem spotkania dodał Diego, strzelając z dystansu. Odbita piłka zmyliła Schaefera i wpadła obok niego do siatki.

Po sześciu meczach bremeńczycy mają 10 punktów i awansowali na siódme miejsce z dwoma punktami straty do liderującej Herthy Berlin, która pokonała Borussię Dortmund 3:2. Drugi w tabeli z 11 punktami Bayern Monachium może odzyskać prowadzenie po niedzielnym meczu z Karlsruher SC.

Na czwarte miejsce przesunęło się Schalke 04, które bez wysiłku pokonało 3:0 Arminię Bielefeld.

Krzynówek rozstrzygnął mecz
ACM, PAP
Jacek Krzynówek zdobył bramkę dla VfL Wolfsburg w meczu szóstej kolejki piłkarskiej ligi Niemiec. Zespół z Polakiem w składzie wygrał na wyjeździe z Energie Cottbus 2:1 (1:1)
Polski reprezentant wpisał się na listę strzelców w 83. minucie, strzelając zwycięskiego gola. To jego trzecia bramka w tym sezonie.

Arsenal gromi, Liverpool tylko na remis

ACM, AP
2007-09-22, ostatnia aktualizacja 2007-09-22 22:24
Zobacz powiększenie
Eduardo (leży) i Emmanuel Adebayor
Fot. KIERAN DOHERTY REUTERS

Hat-trick Emmanuela Adebayora wydatnie pomógł Arsenalowi pokonać 5:0 Derby County i zachować prowadzenie w tabeli Premier League. Zawiedzenie mogli czuć się kibice na Anfield Road, gdzie Liverpool bezbramkowo zremisował z Birmingham City



"Kanonierzy" zdominowali mecz z Derby od samego początku. Najpierw Adebayor nie trafił z dośrodkowania Gaela Clichy'ego, ale już w 10. minucie prowadzenie gospodarzom dał Abou Diaby, strzelając z linii pola karnego w światło bramki. Kwadrans później Adebayor dostał podanie od Cesca Fabregasa, "objechał" bramkarza Derby Stevena Bywatera i spokojnie umieścił piłkę w siatce.

Togijczyk, który nigdy nie przegrał z Arsenalem meczu w którym strzelił gola, cztery minuty po przerwie podwyższył na 3:0 z rzutu karnego. Za to Fabregas w 70. minucie zdobył gola w kolejnym już, szóstym meczu z rzędu. Dziewięć minut później ostre strzelanie "Kanonierów" i hat-tricka przypieczętował Adebayor. Wynik 5:0 oznacza, że w ostatnich trzech meczach wyjazdowych Derby zainkasowało aż 15 bramek!

Niedawny lider - Manchester City tylko zremisował na wyjeździe z Fulham 3:3. Piłkarze Svena Gorana Erikssona stracili na Craven Cottage więcej goli niż w poprzednich sześciu spotkaniach i mogła przegrać. Fulham prowadziło 1:0, 2:1 i 3:2. - Kiedy jesteś trenerem nie możesz być zadowolony ze stracenia trzech goli. Graliśmy nieźle, ale musimy popracować nad defensywą - powiedział po meczu Eriksson.

Liverpool w ostatnim meczu, z Derby zdobył aż sześć bramek, ale w sobotę nie zdołał przejść defensywnych zasieków Birmingham, ustawianych już w połowie boiska. W pierwszej połowie nie zdołali trafić Dirk Kuyt i John Arne Riise, a po zmianie stron strzał Jamie Carraghera trafił w poprzeczkę, a silny strzał Andrija Woronina obronił Maik Taylor.

"Czarne Koty" z Sunderland wywalczyły remis 2:2 w prestiżowym derbowym meczu w Middlesbrough. Punkt dla podopiecznych Roya Keane'a w ostatniej minucie meczu uratował Liam Miller. Początkowo mecz układał się dobrze dla Sunderlandu - od drugiej minuty goście prowadzili po golu Granta Leadbittera, ale były napastnik "Czarnych Kotów" Julio Arca oraz Stewart Downing dali prowadzenie ekipie gospodarzy. Wolej Millera w ostatniej minucie pozbawił jednak "Boro" szans na zwycięstwo.

Ze strefy spadkowej uciekli piłkarze Reading, którym trzy punkty w meczu z Wigan (2:1) dała bramka Jamesa Harpera w ostatniej minucie. Dzięki wygranej "Królewscy" mają już siedem punktów, a do strefy spadkowej zepchnęli Tottenham, który musi w niedzielę wygrać z przedostatnim w tabeli Boltonem, by zachować posadę trenera Martina Jola.

Także w niedzielę hit kolejki - Chelsea pod wodzą nowego trenera Avrama Granta spotka się z Manchesterem United na Old Trafford. W pozostałych niedzielnych meczach Aston Villa podejmie Evertom, Blackburn zagra z Portsmouth, a West Ham wybierze się w podróż na daleką północ do Newcastle.

Plawgo, Pyrek i Małachowski na podium Światowego Finału IAAF

ACM, PAP
2007-09-22, ostatnia aktualizacja 2007-09-22 19:17
Zobacz powiększenie
Marek Plawgo (z prawej) wpada na metę tuż przed Jamesem Carterem
Fot. DANIEL MAURER AP

Pierwszy dzień 5. Światowego Finału IAAF w Stuttgarcie był udany dla polskich lekkoatletów. Marek Plawgo zajął pierwsze miejsce, Monika Pyrek drugie, Piotr Małachowski trzecie, a Kamila Skolimowska i Barbara Madejczyk czwarte

Zobacz powiekszenie
Fot. WOLFGANG RATTAY REUTERS
Marek Plawgo świętuje zwycięstwo
Zobacz powiekszenie
Fot. KAI PFAFFENBACH REUTERS
Barbara Madejczyk
Zobacz powiekszenie
Fot. KAI PFAFFENBACH REUTERS
Piotr Małachowski w kole rzutu dyskiem

Brązowy medalista mistrzostw świata Marek Plawgo (Warszawianka) finiszował na 400 m przez płotki w najlepszym stylu Pawła Czapiewskiego. Jeszcze na ostatniej przeszkodzie był czwarty, a przysłowiowym rzutem na taśmę wyprzedził mistrza świata Amerykanina Kerrona Clementa. Obaj uzyskali ten sam czas - 48,35.

Rekordzista Polski odniósł po Osace czwarte kolejne zwycięstwo w tej konkurencji. Wcześniej triumfował w Rieti (9 września), Rovereto (12) i Berlinie (16).

Monika Pyrek (MKL Szczecin) nie załamała się po czwartej lokacie w mistrzostwach świata i koniec sezonu zwieńczyła poprawieniem rekordu życiowego aż o 7 cm. W sobotę pokonała o tyczce wysokość 4,82 i zajęła drugie miejsce w konkursie za Rosjanką Jeleną Isinbajewą, która miała rezultat tylko o 5 cm lepszy.

4,82 to drugi wynik w historii tej konkurencji w Polsce. O 1 cm wyżej skoczyła w 2005 roku Anna Rogowska (SKLA Sopot).

Piotr Małachowski rzucił dyskiem na odległość 65,35. Zawodnika Śląska Wrocław wyprzedzili mistrz świata Estończyk Gerd Kanter - 66,54 i Litwin Virgilijus Alekna - 65,94.

Wysoką formę utrzymała mistrzyni świata w rzucie oszczepem Czeszka Barbora Spotakowa. Rezultatem 67,12 o 5 cm poprawiła rekord kraju, który ustanowiła 31 sierpnia w Osace. Na czwartej pozycji uplasowała się Barbara Madejczyk (Jantar Ustka) - 60,03.

Także czwarta była Kamila Skolimowska (Gwardia Warszawa), która rzuciła młotem na odległość 70,20. Zwyciężyła wicemistrzyni świata Kubanka Yipsi Moreno - 73,76.

Małgorzata Trybańska (Warszawianka) skokiem w dal na odległość 6,36 zajęła siódme miejsce. Triumfowała mistrzyni świata Rosjanka Tatiana Lebiediewa - 6,78.

Rekordzista świata na 100 m Asafa Powell po raz kolejny przebiegł 100 m w czasie poniżej 10 sekund. Przy przeciwnym wietrze o sile 0,3 m/s uzyskał 9,83.

"Kontrowersyjne" zachowanie Kwaśniewskiego na Ukrainie

jg, cheko, IAR
2007-09-22, ostatnia aktualizacja 18 minut temu

"Wiadomości" TVP oraz Fakty TVN wyemitowały nagranie z wykładu Aleksandra Kwaśniewskiego na Ukrainie. Były prezydent może na nim sprawiać wrażenie osoby pod wpływem alkoholu albo zmęczonej. Kwaśniewski oświadczył "Faktom", że może wypił jeden kieliszek wina, może dziesięć, ale to nie powinno nikogo obchodzić, bo jest wolnym człowiekiem.

Zobacz powiekszenie
Fot. PETER ANDREWS REUTERS
Aleksander Kwaśniewski
Według "Wiadomości" zachowanie Kwaśniewskiego i jego wypowiedzi wzbudziły wśród ukraińskich komentatorów "wiele kontrowersji".

Aleksander Kwaśniewski występował przed studentami jednej z kijowskich uczelni. Swój wykład poświęcił politycznej działalności w latach '90. Sala była wypełniona po brzegi. Dziennikarz Polskiego Radia relacjonował, że Kwaśniewski wchodzi na trybunę lekko chwiejnym krokiem. Później jednak bez większych problemów wygłasza wykład po angielsku i rosyjsku. Następnie, w rozmowie z dziennikarzami w tym ostatnim języku, Kwaśniewski mówił o powołaniu na Ukrainie szerokiej koalicji. Według dziennikarza Polskiego Radia wypowiedź była sprawna i nie widać na niej, aby był on nietrzeźwy.

W nagraniu pokazanym przez "Fakty" TVN Kwaśniewski bardziej przypomina osobę będącą pod wpływem alkoholu.

Fragment "Waidomości" TVP 1:



Kalisz: Nie komentuję

- Wyszło szydło z worka nie pierwszy raz - skomentował w TVN 24 wicemarszałek Senatu z PiS Krzysztof Putra. - To zachowanie niegodne głowy państwa.

Waldemar Dubaniowski, były szef kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego powiedział portalowi Gazeta.pl, że sam nie widział pokazanych przez TVP1 i TVN filmów, ale dzień wcześniej Kwaśniewski wrócił z USA i mógł mieć kłopoty spowodowane różnicą czasów.

Ryszard Kalisz., jeden z liderów SLD odmówił nam komentarza w tej sprawie.

Poseł Jerzy Wenderlich dla TVN 24: - Nie jestem rzecznikiem Aleksandra Kwaśniewskiego. O ile wiem, Aleksander Kwaśniewski złożył w tej sprawie oświadczenie. Nie mam żadnych podstaw, żeby to zachowanie określać.

- Jestem poruszony - skomentował z kolei były poseł SLD Józef Oleksy. - Kwaśniewski mówił co prawda poprawnie po rosyjsku, ale nie rozumiem takiego incydentu. Z przyjaciółmi pije się jednak tak, by potem nie było tego widać, szczególnie w wystąpieniach publicznych. Myślę, że to forma odreagowania, może stresu. Niepotrzebny incydent, kolejny. To nie służy formacji, której Kwaśniewski lideruje, ale jak sam powiedział - może robić co chce. Poza wrażeniem, nie padły treści , które byłyby wynikiem takiej sytuacji.

Medialne wpadki Kwaśniewskiego

To drugi pokazany przez media film na którym widać Kwaśniewskiego wyglądającego na osobę będącą pod wpływem alkoholu. W 1999 roku pokazano jak chwiał się na nogach nad grobami polskich żołnierzy w Charkowie. Pierwotnie tłumaczył, że miał kłopoty z golenią, potem przyznał jednak, że pił w czasie tej wizyty alkohol.

Kilkanaście dni temu Kwaśniewski był atakowany za wywiad, którego udzielił niemieckiemu tygodnikowi "Vanity Fair". Sugerował w nim, że jeżeli Lech i Jarosław Kaczyńscy wygrają najbliższe wybory i będą kontynuowali dotychczasową politykę, wtedy Berlin powinien przemyśleć swoją powściągliwość wobec Polski i "reagować inaczej" na te ataki. Potem za wypowiedź przeprosił.

Film "Sztuczki" Jakimowskiego zdobył Złote Lwy 2007

cheko, IAR
2007-09-22, ostatnia aktualizacja 4 minuty temu

Film "Sztuczki" Andrzeja Jakimowskiego zdobył Złote Lwy - najważniejsze trofeum 32-go Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Jury przyznało także dwie nagrody specjalne dla filmów "Ogród Luizy" Macieja Wojtyszki i "U Pana Boga w ogródku" Jacka Bromskiego.

Zobacz powiekszenie
Fot. Jacek Łagowski / AG
Nagrodę za pierwszoplanową rolę kobiecą otrzymała Danuta Szaflarska
Nagrodę za pierwszoplanową rolę kobiecą zgodnie z oczekiwaniami otrzymała Danuta Szaflarska za kreację w filmie "Pora umierać" Doroty Kędzierzawskiej. Wśród mężczyzn uhonorowano Roberta Więckiewicza za pierwszoplanowe role w filmach "Świadek koronny" i "Wszystko będzie dobrze".

Nagrodę za reżyserię filmu "Wszystko będzie dobrze" zdobył Tomasz Wiszniewski.

Za scenariusz filmu "Korowód" uhonorowano Jerzego Stuhra. Za najlepszą scenografię i kostiumy uznano te z filmu "Jutro idziemy do kina" Michała Kwiecińskeigo. Film ten dostał też nagrodę Dyskusyjnych Klubów Filmowych.

"Rezerwat" Łukasza Palkowskiego zdobył łącznie najwięcej, bo trzy nagrody, tyle samo co "Jutro idziemy do kina" Kwiecińskiego. "Rezerwat" uhonorowano za debiut, montaż i drugoplanową rolę żeńską Soni Bohosiewicz. Najlepszą drugoplanową rolą męską, zdaniem jury, była kreacja Zbigniewa Stryja w filmie "Benek" Roberta Glińskiego.

Nagrodę za najlepszą muzykę przyznano Michałowi Lorencowi za motywy z filmu "Wszystko będzie dobrze", a Adama Bajerskiego nagrodzono za zdjęcia do "Sztuczek".

Jury przyznało też nagrody dodatkowe dla Julii Pietruchy za rolę w filmie "Jutro idziemy do kina" i dla Marcina Dorocińskiego za "Ogród Luizy".

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami Platynowe Lwy za całokształt twórczości otrzymał Jerzy Kawalerowicz.

W kuluarach festiwalu dało się słyszeć głosy, że jurorzy skrzywdzili Dorotę Kędzierzawską i jej film. Reżyserkę docenili za to krytycy, uznając "Pora umierać" za najlepszy film ex aequo z "Rezerwatem" Palkowskiego. "Pora umierać" był najdłużej oklaskiwanym obrazem wyświetlanym w gdyńskim "Teatrze Muzycznym".

Pierwsi SLD-owcy odchodzą do Millera

wiol
2007-09-22, ostatnia aktualizacja 2007-09-22 21:01

Zobacz powiększenie
Leszek Miller
Fot. Sergiusz Pęczek / AG

Pierwsi działacze SLD oddają legitymacje partyjne. Za Leszkiem Millerem z Sojuszu chcą podobno wyjść całe koła. We wtorek chwila prawdy: pierwsze zebranie sympatyków nowej partii Polska Lewica (PL)

Zobacz powiekszenie
Fot. Sergiusz Pęczek / AG Zobacz powiekszenie

W sobotę w Łodzi Leszek Miller, były premier, lider łódzkiej listy Samoobrony do Sejmu, założyciel parti Polska Lewica, przedstawił pierwszych członków swojego sztabu wyborczego. Są w nim m.in. Katarzyna Godlewska, lekarka i Mirosław Barburski, były wiceprezes Międzynarodowych Targów Łódzkich.

Godlewska w sobotę, przed konwencją Lewicy i Demokratów, oddała liderowi SLD Wojciechowi Olejniczakowi swoją legitymację partyjną. Do tego czasu była przewodniczącą jednego z kół SLD i członkiem zarządu partii.

Millerowi w Manufakturze towarzyszyli też m.in. dwaj byli eseldowscy prezydenci Łodzi Tadeusz Matusiak (obecnie bezpartyjny, wcześniej związany z SLD, były wiceminister MSWiA) i Krzysztof Jagiełło (jeszcze oficjalnie w SLD).

Działacze lewicy mówią, że w Łodzi za Leszkiem Millerem mogą wystąpić z SLD całe koła. Część działaczy jeszcze się waha. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że do nowej lewicowej partii miało zgłosić się już dwieście osób. Ale może być znacznie więcej, bo Leszek Miller dostał ponad tysiąc maili od osób zainteresowanych Polską Lewicą.

Partia jest już oficjalnie rejestrowana w sądzie w Warszawie. Chwila prawdy nadejdzie we wtorek o godz. 17. Wówczas w Łódzkim Domu Kultury spotkają się sympatycy nowej partii lewicowej.

W sobotę Miller spotkał się z łodzianami na Rynku Manufaktury. Bezpośrednie spotkania z wyborcami to będzie główna metoda prowadzenia kampanii przez byłego lidera SLD. - Mam mało czasu. Nie byłem przygotowany, że tak się moje losy potoczą, więc w przeciwieństwie do moich rywali, nie będziecie mnie w widzieli na bilbordach. Te dni, które mi zostały wykorzystam na częste kontakty z wyborcami, by mogli poznać moje intencje - mówił Leszek Miller. Jego spotkaniu z dziennikarzami na rynku przysłuchiwali się łodzianie.

Były premier nie chciał oceniać swoich szans wyborczych. - To jest wielka niewiadoma, choćby z takiego powodu, że startuję na innej liście, niż dotychczas. Pokornie oddaję swój los w ręce mieszkańców Łodzi - mówił.

Podkreślał, że korzysta z gościnności list Samoobrony. Andrzej Lepper lepiej rozumie demokrację niż tzw. demokraci. Ostateczny głos powinni mieć zawsze wyborcy - mówił.

Źródło: Gazeta Wyborcza Łódź

Esbecy profesorowie

2007-07-28 00:05 Aktualizacja: 2007-07-28 00:06

Naukowe kariery uniwersyteckich agentów

Uniwersytet Śląski, a zwłaszcza niektóre jego wydziały, to prawdziwa kuźnia kadr aparatu partyjnego. Tajnymi współpracownikami byli wybitni dziś profesorowie i autorytety w wielu dziedzinach - pisze DZIENNIK.


Niemal wszyscy naukowcy Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach znajdowali się pod czujnym nadzorem Służby Bezpieczeństwa. Większość oficerów SB doskonale znała śląską uczelnię, jej wykładowców i studentów. Niektórzy z funkcjonariuszy mogli się nawet pochwalić stopniem magistra zdobytym podczas studiów na filologii polskiej czy prawie.

Uniwersytet Śląski nie był bowiem typową uczelnią. Założony w 1968 roku z inicjatywy ówczesnego I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR Edwarda Gierka miał być kuźnią partyjnych kadr. Tu - w odróżnieniu od innych uczelni - trudno było znaleźć niepokornych profesorów. Ba, w pierwszych latach istnienia nawet ci partyjni nie za bardzo chcieli tu wykładać.

Plotka głosi, że aby zajęcia mogły odbywać się normalnie, sprowadzono doraźnie wykładowców z ZSRR. Nie trudno więc zrozumieć, dlaczego akurat ta uczelnia cieszyła się szczególnymi względami bezpieki. Zwłaszcza wydziału III SB. "W kwietniu 1985 roku w szkołach wyższych na Śląsku było 183 tajnych współpracowników, pół roku później - już ponad 200. Do tej pory znamy nazwiska jedynie kilku szczególnie gorliwych donosicieli. Współpracowali z SB, z własnej woli donosili na kolegów i w większości przypadków brali za to pieniądze" - mówi Adam Dziuba, historyk IPN, który bada inwigilację Uniwersytetu Śląskiego przez Służbę Bezpieczeństwa.

Komisja Historyczna kontra IPN Senat Uniwersytetu

Śląskiego zdecydował o powołaniu Komisji Historycznej, która też będzie prześwietlała przeszłość pracowników uczelni. "Komisja zbada materiał dostępny w Instytucie Pamięci Narodowej i archiwum uczelni oraz pokaże zarówno negatywne przykłady zachowań, jak i te heroiczne działania pracowników UŚ w latach 1968 - 1990" - mówi Jolanta Talarczyk, rzeczniczka uniwersytetu. Na razie komisja nie ogłosiła jednak nazwiska żadnego naukowca śląskiej uczelni uwikłanego we współpracę z komunistycznymi służbami bezpieczeństwa.

Doktor Dziuba w czasie swoich badań natknął się w archiwum IPN jednak na wiele teczek agentów, którzy dzisiaj są szanowanymi naukowcami i cieszą się autorytetem w swoim środowisku. Władze uczelni będą miały więc do rozwiązania duży problem. "Jeżeli któryś z agentów szkodził ponad wszelką wątpliwość swymi donosami innym, nie widzę możliwości współpracy z nim. Jednak nawet w przypadku udowodnionej i szkodliwej współpracy z SB nie mogę go zwolnić ze względu na brak stosownych przepisów. Do tej pory jedynie dwie osoby przyszły do mnie i opowiedziały o swoich kontaktach ze Służbą Bezpieczeństwa za czasów młodości" - wyznaje profesor Janusz Janeczek, rektor katowickiego Uniwersytetu.

W kilku przypadkach nawet Dziubę, doświadczonego historyka z IPN, zaskoczyły rozmiary współpracy pracowników śląskiej uczelni. "Chyba najbardziej drastycznym przykładem człowieka, któremu współpraca z esbecją pomogła w
karierze, jest profesor Arkadiusz Nowak, obecnie autorytet z zakresu prawa pracy. Tajnym współpracownikiem został w 1969 roku, kiedy był studentem prawa Uniwersytetu Śląskiego. Przyjął najpierw pseudonim , a potem , złożył też pierwszy donos. Zachowało się pokwitowanie świadczące o tym, że kilka miesięcy później przyjął pierwsze wynagrodzenie" - mówi dr Dziuba.

Od agenta do profesora
Arkadiusz Nowak swoją współpracę z bezpieką zaczynał jako TW, ale w latach 80. był też konsultantem służb o pseudonimie "Ewa". Pisał ekspertyzy z zakresu prawa rolnego i gruntowego. Równocześnie rozwijała się jego kariera naukowa. Co ciekawe, z notorycznego repetenta zmienił się w nieomal wzorowego studenta, przewodniczącego roku. Napisał też doktorat, zrobił habilitację.

Tak naprawdę nie wiadomo jednak, w jakim stopniu karierze Nowaka pomógł "patronat" SB. Choć to, że miał on
miejsce - bezdyskusyjnie wynika z zachowanych w IPN dokumentów. 21 maja 1971 r. naczelnik Wydziału III katowickiej SB wnioskował do I zastępcy komendanta wojewódzkiego MO ds. SB pułkownika Stanisława Opitka o
"udzielenie pomocy ob. Nowak Arkadiuszowi, studentowi IV roku Wydziału Prawa Uniwersytetu Śląskiego, przy ubieganiu się o przyjęcie na staż asystencki.

Podejmowanie decyzji w tej kwestii przez władze uczelni uzgadniane jest z Komitetem Wojewódzkim PZPR" stąd istnieje potrzeba zainicjowania kandydatury w/w przez władze partyjne". Na piśmie z datą 2 lipca 1971 r. figuruje odręczna adnotacja: "Uzgodniono załatwienie pozytywne z tow. Ujejskim. Rozmowy przeprowadził płk St. Opitek".
Historyk z IPN nie ma wątpliwości, że z taką rekomendacją na pewno Nowakowi było łatwiej.

TW "Andrzej" był kontrolowany też przez innych konfidentów. W 1973 r. doniesienie o nim złożył TW "Wisz". Znał Arkadiusza Nowaka jeszcze z czasów studiów. Zdziwiło go, że został asystentem. "Tym, co uderzało od samego początku jego pracy na uczelni, było dążenie do wykorzystywania swego stanowiska dla uzyskiwania różnego rodzaju korzyści osobistych.

Będąc stażystą, wyrażał często pogląd, że prowadzenie zajęć na studiach dla pracujących daje duże możliwości dodatkowych dochodów, gdyż studenci - jeśli grozi im brak zaliczenia lub oblanie egzaminu - gotowi są wiele
dać i załatwić. Wiele wskazuje, że mgr Nowak - z chwilą gdy objął zajęcia z prawa pracy, zaczął swoje >teorie< wprowadzać w czyn" - donosił TW "Wisz".

Arkadiusz Nowak w swojej karierze napisał kilkaset donosów! TW "Andrzej" już w latach 70. donosił m.in. na Waleriana Pańkę (działacz opozycji, internowany w stanie wojennym, a w latach 90. prezes Najwyższej Izby
Kontroli - przyp. red.) i prof. Wiesława Chrzanowskiego, współpracownika prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego, a później założyciela ZChN. Nowak dostarczał SB informacje wykorzystywane przeciwko jego kolegom naukowcom. To jego donos wykorzystał funkcjonariusz, by zaszantażować i skłonić do współpracy "Wisza", pisał też m.in. o dziekanie Romanie Jasicy, Henryku Goiku, Marcinie Kudeju.

"Pierwsze doniesienie na temat Pańki, wówczas docenta doktora, złożył w styczniu 1976 r. Pisał, że Pańko podkreśla swoje związki z Henrykiem Rechowiczem, ówczesnym rektorem. Miał od niego mieć informacje o
planowanych reformach w szkolnictwie wyższym. I że na Uniwersytet Śląski trafi niebawem spora grupa sowieckich profesorów, co oceniał jako wyraz szczególnego lizusostwa rektora. Mówił o konfliktach już zatrudnionych
"sowietników" z asystentami i podkreślał, że profesorowie ci w rzeczywistości byli funkcjonariuszami NKWD - dodaje Adam Dziuba.

Doskonałe kontakty "Nowaka" w środowisku naukowym zainteresowały także Departament III MSW, dokąd trafiały niektóre z jego doniesień. 23 marca 1983 r. konsultant "AN" (czyli najprawdopodobniej Nowak, bo konsultantów
skrywano w raportach pod inicjałami) przekazał informację Służbie Bezpieczeństwa, że na uczelni prawdopodobnie działają dwa punkty konsultacyjne dla byłych działaczy "S" i internowanych. Jeden miał się mieścić w gabinecie Pańki, drugi w bibliotece. Doradztwem w owych punktach ponoć zajmowali się profesor Jończyk z Wrocławia, profesor Stelmachowski oraz docent Pańko. Ta trójka miała też opracować petycję do Sejmu.

Postanowiliśmy zadzwonić do domu profesora Arkadiusza Nowaka, aby zapytać, czy był konfidentem SB i czy przyznał się do tego w złożonym oświadczeniu lustracyjnym. "Na temat tego, co robiłem, nie będę rozmawiał z nikim" - powiedział profesor Nowak. Nie zgodził się też na spotkanie.

"Arski" boi się FBI
Współpracownikiem SB - pseudonim "Arski"- był również profesor Janusz Arabski, znany anglista, dyrektor Instytutu Języka Angielskiego Uniwersytetu Śląskiego. Zwerbowany został w 1968 roku na "zasadzie dobrowolności". Arabski, wówczas asystent na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, składał donosy na pracowników konsulatu USA, ich kontaktów, swoich kolegów i współpracowników. Po dwóch latach bezpieka zorientowała się, że jest on członkiem PZPR.

Mimo że werbunek takich osób nie był dozwolony i często stanowił dobry pretekst do zerwania współpracy, Arabski tego nie zrobił. "TW wyraża zgodę na kontynuowanie współpracy z naszą służbą po przeniesieniu się do Katowic. Podejmie współpracę z osobą, która powoła się na >pana Franciszka z Poznania<" - melduje esbek. Tak też się stało.

"Arski" kontynuował kontakty z SB. Robił karierę. Wyjeżdżał często za granicę. Ale w listopadzie 1983 roku oficer służb specjalnych Jerzy Maśnica - oficer prowadzący - spotkał się z nim w Katowicach po jego powrocie z USA. Agent skarżył mu się "na nielojalność aparatu wobec jego osoby" i odmówił dalszej współpracy.

Co tak zdenerwowało agenta? W USA Arabski został przesłuchany przez FBI. Zarzucono mu współpracę z SB i wykonywanie zadań dla polskiego wywiadu na terenie Stanów Zjednoczonych. FBI wiedziało, że nosi pseudonim
"Arski". Grożono mu deportacją do Polski. ">Arski<>

>Arski<> >kolegów z Warszawy< (Departament I MSW - przyp. red.), twierdząc, że on bardziej konspiruje się przed żoną" - pisze do swoich przełożonych kapitan Maśnica. Okazało się potem, że powodem wpadki agenta była zdrada szyfranta z polskiej ambasady w Waszyngtonie.

15 marca 1985 roku rozwiązano współpracę z TW "Arski", a materiały przekazano do archiwum. Oprócz meldunków w zasobach IPN do dzisiaj zachowało się pokwitowanie za wręczoną agentowi "paczkę z artykułami konsumpcyjnymi o wartości 444,70 zł (dołączono rachunek)". "Dopiero od pana dowiedziałem się, że byłem tajnym współpracownikiem SB. Przecież teraz kontakty ze służbami specjalnymi są również praktykowane. Wtedy przychodzili ludzie, którzy mówili, że są z wywiadu lub kontrwywiadu - i rozmawialiśmy. W 1983 roku FBI próbowało mnie oskarżyć o szpiegostwo i nie chciało przedłużyć wizy amerykańskiej. W Polsce, po powrocie, w odwecie za odmowę współpracy zablokowano mi paszport" - mówi nam Arabski. Jest zaskoczony, kiedy od reportera
DZIENNIKA dowiaduje się, że wywiad i kontrwywiad były częścią Służby Bezpieczeństwa.

"Piotr" jest wartościowy
Profesor Jan Iwanek, dyrektor Instytutu Nauk Politycznych i Dziennikarstwa, był agentem SB o pseudonimie "Piotr" od 1972 roku. Na współpracę zgodził się dobrowolnie jako student III roku prawa UŚ. W aktach zachowała się charakterystyka TW "Piotr" z 14 lutego 1976 roku: "[.] W trakcie współpracy okazał się jednostką wartościową o dużej wiedzy teoretycznej, posiadający szerokie kontakty w środowisku studenckim. Przekazał szereg ciekawych informacji o głównych działaczach młodzieżowego ruchu studenckiego. Od listopada 1974 roku jest członkiem
PZPR. W związku z powyższym proponuję wyeliminowanie go z czynnej sieci TW, a materiały przekazać do archiwum wydziału >C<. Otrzymał kwotę 5700 zł tytułem współpracy" - raportuje kierownik sekcji IV Wydziału III SB w Katowicach - kapitan Chmielewski.

W IPN zachowały się dwa pokwitowania odbioru pieniędzy podpisane TW "Piotr". - To było bardzo dawno, bo ponad 30 lat temu, dlatego niewiele pamiętam. Nikomu chyba nie wyrządziłem krzywdy? - pyta retorycznie Iwanek, zagadnięty o tę część swojego życiorysu. Służby jednak pamiętały o swoim dawnym współpracowniku. "Po powrocie z Panamy w 1984 roku, na prośbę wywiadu MSW, napisałem ekspertyzę na temat sytuacji politycznej w
tym kraju" - przyznaje profesor.

"Lester" unika spotkań
Agenturalną przeszłość ma także anglista, profesor Wojciech Kalaga. "Zobowiązanie do współpracy z SB podpisał wiosną 1976 roku. Pracował wtedy na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Został zarejestrowany jako TW "Lester". Agentem był przez niecały rok" - mówi dr Dziuba z IPN. "Lester" sześć razy spotkał się z oficerem SB i złożył kilka donosów - głównie na temat "obywatela Wielkiej Brytanii, który przebywał w Polsce na jego zaproszenie".

Kalaga odmówił dalszej współpracy, pisząc w liście przekazanym oficerowi SB: "Czuję się głębokim patriotą i zawsze jestem gotów tego dowieść, nie mogę jednak postępować wbrew socjalistycznej etyce nauczyciela i marksistowskiej, a także ogólnoludzkiej etyce pracownika naukowego. [.] Dwulicowość wobec przedstawiciela nauki, choćby był to obcokrajowiec, kłóci się z etyką naukowca w socjalizmie [.]". To wystarczyło, aby Kalaga przestał być TW.

Filolog na kontakcie
Informatorem bezpieki - pseudonim "Irek" - okazał się także profesor Ireneusz Opacki, jeden z najwybitniejszych polskich literaturoznawców. W 1975 roku, kiedy zaczął współpracę z SB, był jeszcze wykładowcą na KUL w
Lublinie, ale szykował się do przenosin na uniwersytet do Katowic."Rozmowy wykazały swobodę i brak oporów ze strony kandydata na kontakty z naszą Służbą.

Twierdził, że traktuje naszą robotę jak każdą pracę, a ponadto uważa ją za ciekawą. Rozumie konieczność , gdyż dobrze zna to środowisko. [...] Twierdzi, że wszelkie więzy z KUL zerwał już dawno. Drażnią go zachowanie i pozy tych ludzi, których dobrze zna, oraz ich zakłamanie i obłuda. Nie widzi siebie na . Pragnie pracować na uczelni, gdzie będzie widział przed sobą perspektywę społecznie użytecznej pracy i będzie mógł wychować młodych adeptów pracy naukowej" - pisze Ryszard Zawilski, oficer SB z Lublina, który dokonał werbunku naukowca.

Jednak zobowiązania "Irka" do współpracy z SB nie ma. Dlaczego? "Odstąpiłem od pobierania zobowiązania na piśmie. Uzyskałem zgodę TW na opracowanie na maszynie pełnych informacji i charakterystyk dotyczących znanych TW pracowników Wydziału Nauk Humanistycznych KUL" - wyjaśnia esbek. "To było czasem praktykowane,
głównie w przypadku duchownych, ale nie tylko" - mówi dr Dziuba.

Pierwsze informacje "Irka", które zachowały się na mikrofilmach, dotyczyły właśnie katolickiej uczelni. Scharakteryzował osoby pracujące w administracji KUL - m.in. ks. Rybczyńskiego - przekazał SB do wglądu pracę magisterską Barbary Dubyny napisaną u docent Marii Jasińskiej na temat "Szaleńcy Boży - Zofii Kossak-Szczuckiej".

W 1979 roku zapadła dycyzja o rozwiązaniu współpracy z TW "Irek", a akta przekazano do wydziału "C" i złożono w archiwum. Powodem była nieprzydatność naukowca dla bezpieki, który od dłuższego czasu unikał spotkań z oficerami resortu MSW. " Szkoda, że profesor nie żyje i nie może nam wszystkiego wytłumaczyć. Może wydawało mu się, że jest Konradem Wallenrodem i zachowa nad tymi kontaktami kontrolę? W latach 70. czytał ze studentami Miłosza, Herberta, Barańczaka, nieprawomyślnych poetów emigracyjnych. Na wykładach otwarcie używał nazwisk i cytatów, komentował w czasie wykładów wydarzenia polityczne. Pamiętam, że wspominał, iż jeszcze na KUL-u miał z tego powodu przykrą rozmowę z oficerem SB" - wyznaje znajoma Opackiego.

W 1980 roku profesor został założycielem "Solidarności" na Uniwersytecie Śląskim. Był tak aktywnym działaczem związku, że przygotowano nawet wniosek o jego internowanie w czasie stanu wojennego. Władze nie zdecydowały się na taki krok. W 1982 Opacki został odwołany ze stanowiska prorektora. "W czasie najgorszych prześladowań po wprowadzeniu stanu wojennego Opacki walczył o zwolnienie z obozów internowanych kolegów. Potem - gdy zostali wyrzuceni z pracy - angażował się w ich obronę przed rektorem i senatem UŚ" - mówi Dziuba.

Dwa lata później Opackim zainteresowała się ponownie bezpieka. Tym razem został figurantem - czyli rozpracowywano go przez SB - w ramach sprawy ewidencyjnej "Kleryk". Podsłuchiwano go, sprawdzano listy. Interesowała się nim Samodzielna Grupa Operacyjna MSW do sprawy kryptonim "Zagłębiacy". "Mimo że SB udało się zwerbować całe mnóstwo naukowców, trzeba też powiedzieć, że bezpieka ponosiła porażki" - podkreśla historyk IPN. "W latach 80. nie udało się na przykład rozpracować profesora Augusta Chełkowskiego, jedynego rektora w Polsce, który został internowany, oraz zwerbować jego oponenta profesora Jerzego Warczewskiego. Fizyk po prostu odmówił współpracy" - kończy Dziuba.

Ogółem lustracji podlegało 1600 pracowników naukowych Uniwersytetu Śląskiego, który od czasu powstania nazywano "Czerwonym uniwersytetem". Żadna inna uczelnia w Polsce nie była tak zindoktrynowana jak UŚ. Niektóre jego wydziały były prawdziwą "kuźnią kadr" aparatu partyjnego i bezpieczeństwa. Jednocześnie w żadnej innej uczelni w stanie wojennym nie było tak licznych internowań pracowników, studentów i naukowców.

Tomasz Szymborski

Jan Grabowski donosił na prawników


2007-09-21 00:48

Sędzia NSA przez rok współpracował z SB

Jan Grabowski, profesor prawa i sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego, był tajnym współpracownikiem bezpieki o pseudonimie Wisz - wynika z dokumentów IPN, o których pisze DZIENNIK. "Nie pracowałem dla SB" - zaprzecza profesor.


Prof. Grabowski kieruje Katedrą Publicznego Prawa Gospodarczego na Uniwersytecie Śląskim, uczy też studentów w prywatnej Górnośląskiej Wyższej Szkole Handlowej w Katowicach. Od kilku lat orzeka w Izbie Gospodarczej Naczelnego Sądu Administracyjnego w Warszawie. Teraz jego nazwisko miało się ukazać w pierwszej części zapowiadanego przez Instytut Pamięci Narodowej katalogu osób pełniących funkcje publiczne.


Z przechowywanych w katowickim IPN dokumentów wynika, że Grabowski w 1973 r. został tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie Wisz. "Zachowała się teczka personalna TW i jego teczka pracy, w której jest kilka donosów złożonych przez Grabowskiego" - mówi dr Adam Dziuba, historyk z katowickiego IPN.

"Nie byłem nigdy współpracownikiem SB. Przecież jako sędzia NSA byłem lustrowany" - odpowiada Grabowski. "Jako sędzia Grabowski składał oświadczenie lustracyjne, które było badane przez ówczesnego rzecznika interesu publicznego" - przyznaje w rozmowie z DZIENNIKIEM Wojciech Sawczuk, asystent rzecznika prasowego NSA w Warszawie. Z metryki akt "Wisza" wynika, że miał je rzecznik interesu publicznego Włodzimierz Olszewski. Nie wiadomo jednak, dlaczego do sądu lustracyjnego nie trafiła sprawa sędziego NSA.

SB trafiła na Grabowskiego 23 maja 1973 r. W tym dniu doniesienie na jego temat złożył TW "Andrzej". Dziś wiadomo, że tym agentem był również prawnik, obecny profesor UŚ Arkadiusz Nowak. "Informacje przekazane SB przez Nowaka na temat Grabowskiego były tak precyzyjne, że doprowadziły do werbunku nowego agenta. Kapitan Cichopek z katowickiej SB, który się wydziałem prawa, zagroził, że wykorzysta kompromitujące materiały" - mówi dr Dziuba.

Grabowski napisał i podpisał zobowiązanie do współpracy, przyjął pseudonim Wisz.

Grabowski zrewanżował się Nowakowi, składając od razu donos na niego. Pisał w nim: "Tym, co uderzało od samego początku jego pracy na uczelni, było dążenie do wykorzystywania swego stanowiska dla uzyskiwania różnego rodzaju korzyści osobistych. Jeszcze będąc stażystą, wyrażał często pogląd, że prowadzenie zajęć na studiach dla pracujących daje duże możliwości dodatkowych dochodów, gdyż studenci, jeśli grozi im brak zaliczenia lub oblanie egzaminu, gotowi są wiele dać i załatwić. Wiele wskazuje, że mgr Nowak, z chwilą gdy objął zajęcia z prawa pracy, zaczął swoje wprowadzać w czyn". Zachowały się też inne donosy "Wisza", w tym na prof. dr. Karola Sobczaka - "Nie jest człowiekiem łatwym we współżyciu ze względu na niezrównoważony i wybuchowy charakter" - oraz dr. Jacka Wodza - "Ukończył dwa fakultety. Biorąc pod uwagę młody wiek, rokuje duże nadzieje na przyszłość".

"W czasie swej współpracy z SB, która trwała rok, przekazał sześć informacji. Oceniono, że złożył trochę wartościowych doniesień, lecz okazał się niesolidny, współpracował niechętnie. W grudniu 1974 r. wstąpił do PZPR. Ponieważ członkowie partii tylko w wyjątkowych przypadkach mogli być agentami SB, zrezygnowano z jego współpracy?" - dodaje dr Dziuba.

Kaczyński: Ich zwycięstwo będzie nowym 13 grudnia 1981 roku

jg
2007-09-22, ostatnia aktualizacja 10 minut temu
Zobacz powiększenie
Premier Jarosław Kaczyński
Fot. Dominik Sadowski / AG

Jeśli 21 października oni zwyciężą, nie będzie to nowy 4 czerwca 1989 roku, lecz nowy 13 grudnia 1981 roku. Dlatego nie mamy wyjścia, musimy zwyciężyć - mówił na regionalnej konwencji PiS w Rzeszowie, przewodniczący partii Jarosław Kaczyński. - Musimy zwyciężyć nie trochę, ale zwyciężyć całkowicie. Zwyciężyć tak, by Polska szła drogą wybraną w 2005 roku, by szła ku IV Rzeczpospolitej, ku demokratycznemu państwu wolnych Polaków.

- Wszyscy podkreślają znaczenie tych wyborów. Różnica polega na tym, że oni chcieliby cofnąć Polskę do tyłu do III RP. My chcemy iść do przodu, budować IV RP. Likwidować system korupcji, oligarchii, tolerancji dla przestępczości - zaczął swoje przemówienie Kaczyński. - Chcemy radykalnie poprawić sytuację zwykłego polskiego obywatela. Chcemy wspierać polskie rodziny. Ale w ramach III RP skutecznie uczynić tego się nie da. By iść w tym kierunku trzeba naprawić radykalnie polskie państwo. Trzeba zasadniczo je zmienić.

"Kościół dzierżycielem jedynego powszechnego systemu wartości"

Zdaniem Kaczyńskiego, by naprawić państwo potrzebne są wartości; moralność, wartości narodowe, tradycja, kultura. -Państwo nie jest w tanie działać samodzielnie, bez współpracy społeczeństwa. Szczególna rola przypada w tej dziedzinie współpracy między państwem a kościołem katolickim, który jest dzierżycielem jedynego powszechnego systemu wartości. To musi być współpraca równoprawna oparta o zasady autonomii i konkordat - mówił Kaczyński.

Jego zdaniem realnym przeciwstawieniem wartościom które głosi kościół, nie jest inny system wartości, lecz nihilizm.

- Dziś do władzy skrada się koalicja LiD-PO, która ma ścisłe związki z kampanią sprzed kilkunastu lat - mówił Kaczyński. - PZPR, SdRP, SLD, LiD - prosta ścieżka ludzi, którzy prowadzili wojnę z Kościołem, z wartościami w sposób skuteczny. Prowadzili ją po to, aby wpisać się w nową rzeczywistość, ale także, aby stworzyć płaszczyznę współpracy z innymi, którzy nie wywodzili się z PZPR - mówił Kaczyński.

"Moralna rewolucja zmiotłaby postkomunistyczny układ"

Prezes PiS mówił o Kongresie Liberalno-Demokratycznym. - KLD to dziś po prostu PO. Nieprzypadkowo socjolog pisał "Liberalizm po komunizmie". Chodziło o KLD-owski liberalizm. Walczyli z kościołem, z tradycją, z rzekomą drogą iranizacji Polski. Na tej płaszczyźnie spotykali się z komunistami, dokonywali ich legitymizacji i umacniali wielką ofensywę nihilizmu. Nie wiem czy wiedzieli o co chodzi, ale w polityce głupota nie usprawiedliwia. Nihilizm służy manipulacji, a manipulacja służyła by mniejszość zapanowała nad większością i to się w latach 90. udało. Wtedy decydowała mniejszość - mówił Kaczyński.

Zdaniem szefa PiS w latach 90 i dzisiaj celem "zasadniczym i podstawowym" partii opozycyjnych jest nie dopuścić do moralnej rewolucji. - Bo ona zmiotłaby ten postkomunistyczny układ. Zmiotłaby wtedy i dzisiaj dlatego budzi taki lęk. To jest lęk przed narodem i demokracją. Jest wiarą w to, że uda się przywrócić system, który znów będzie rządami mniejszości nad większością - mówił Kaczyński.

"Nie mamy wyjścia, musimy zwyciężyć"

- 21 października, jeśli oni zwyciężą nie będą nowym 4 czerwca 1989 roku, lecz nowy 13 grudnia 1981 roku. Dlatego nie mamy wyjścia, musimy zwyciężyć. Nie trochę, zwyciężyć całkowicie. Zwyciężyć dla tej ziemi, ale także w całej Polsce. Zwyciężyć tak, by Polska szła drogą wybraną w 2005 roku, by szła ku IV Rzeczpospolitej. By szła ku demokratycznemu państwu wolnych Polaków - mówił Kaczyński.

Zanim jeszcze Kaczyński zaczął swoje przemówienie sala zaśpiewała mu gromko "Sto lat".

Nelly Rokita wystartuje z listy PiS


Nelly Rokita
TVN24

Nelly Rokita wystartuje z listy PiS - poinformowała TVN 24.
Nelly Rokita dostanie drugie miejsce na liście PiS w Warszawie – zaraz za Jarosławem Kaczyńskim – dowiedziała się nieoficjalnie TVN 24.

Dalej znajdzie się najprawdopodobniej dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego Jan Ołdakowski. Obrady zarządu PiS, na którym ustalane są listy, wciąż trwa. Ostateczna decyzja co do ich kształtu ma zapaść do 26 września.
Politycy PiS już od jakiegoś czasu mówili, że dla Nelly Rokity miejsce na warszawskiej liście się znajdzie. - Listy są dla niej otwarte - podkreślała na antenie TVN24 Jolanta Szczypińska. Jednak nie wszyscy byli równie szczęśliwi z perspektywy współpracy z żoną Jana Rokity. - Ona jest dużą indywidualistką i może być z nią kłopot w Sejmie - utyskiwał jeden z polityków rządzącej partii.

W Warszawie obraduje Zarząd Główny PiS, który ma zatwierdzić listy wyborcze tej partii. Ostateczny kształt list poznamy jednak prawdopodobnie dopiero w przyszłym tygodniu. Jak powiedział polityk uczestniczący w posiedzeniu, Zarząd zostawi bowiem Komitetowi Politycznemu PiS lub prezesowi partii prawo do dokonywania "w szczególnych wypadkach" zmian w listach.

Premier, prezes PiS Jarosław Kaczyński powiedział wcześniej, że jego partia nie odmówi Nelly Rokicie miejsca na swojej warszawskiej liście. Nieoficjalnie wiadomo, że na starcie właśnie z Warszawy zależało Nelly Rokicie, podczas gdy politycy PiS widzieli ją raczej na jakiejś innej liście.

Pewny już jest też start Antoniego Macierewicza. Według polityka PiS z pewnością nie wystartuje on w Warszawie, tylko w okręgu w południowej Polsce.

Termin zgłaszania list kandydatów na posłów i senatorów do obwodowych komisji wyborczych mija w środę o północy.

Maleńka Jannat nie żyje. Zmarła po powrocie do Iraku

mih, PAP
2007-09-21, ostatnia aktualizacja 2007-09-21 08:49


Dziewczynka z Iraku, która dzięki żołnierzom z Żagania przeszła we Wrocławiu operację serca, zmarła w czwartek w swojej ojczyźnie.

Zobacz powiekszenie
Fot. Natalia Dobryszycka / AG
Jannat z ojcem

Dziesięciomiesięczna Irakijka przeszła pod koniec lipca we Wrocławiu operację serca. Urodziła się z siniczną wadą. W Iraku taka operacja byłaby niemożliwa, bo nie ma tam lekarzy specjalistów ani odpowiedniego sprzętu w szpitalach.

Jej przyjazd zorganizowała Edyta Górlicka, cywilny pracownik polskiej misji w Iraku. O pomoc dla wnuczki poprosił dziadek dziewczynki, który współpracuje z polskimi żołnierzami jako tłumacz. W akcję zaangażowali się też żaganianie wraz z burmistrzem.

Osiem dni po operacji dziewczynka po raz pierwszy wyszła poza szpital.

Trzy ostatnie tygodnie przechodziła rehabilitację w szpitalu w Żaganiu. Do domu poleciała dopiero w poniedziałek wieczorem.

Jej dziadek poinformował w czwartek, że zmarła. - Zadzwonił do nas i powiedział, że wszystko jest w rękach Boga. To dla nas szok. Bardzo zaangażowaliśmy się w pomoc Jannat - mówi Renata Wcisło, rzeczniczka Urzędu Miejskiego w Żaganiu.

Kilka dni przed powrotem Jannat do Bagdadu dr Piotr Kołtowski, dyrektor Dolnośląskiego Centrum Chorób Serca Medinet we Wrocławiu tłumaczył, że dziewczynka będzie potrzebowała drugiej operacji, ale nie teraz. - Im później przeprowadzimy tę operację, tym lepiej dla Jannat i większe szanse na pomyślne zakończenie zabiegu. Dziewczynka potrzebuje zastawki i lepiej dla niej, żeby potrzebowała jej w wieku np. 5 lat, nie teraz - mówił. Dodał, że obecnie operacja nie jest wskazana z wielu powodów, m.in. dlatego, że mała Irakijka jest osłabiona po pierwszej operacji i powinna dochodzić do siebie pod troskliwym okiem matki.

Kołtowski podkreślał, że Medinet jest gotowy przeprowadzić kolejną operację dziewczynki, ale wtedy kiedy będzie ona konieczna, nie zaś na życzenie najbliższych. Dziadek Jannat do ostatniej chwili próbował przekonywać lekarzy, aby operację przeprowadzili za miesiąc lub dwa i aby on wraz z wnuczką i synem mogli pozostać w Polsce.

Bush podpisał ustawę o polsko-amerykańskiej wymianie młodzieży

cheko, PAP
2007-09-21, ostatnia aktualizacja 2007-09-21 21:57

Prezydent George Bush podpisał w piątek ustawę, która umożliwi przyjazd i naukę w USA polskim uczniom szkół średnich na koszt rządów obu państw, a także analogiczne przyjazdy do Polski młodych Amerykanów.

Zobacz powiekszenie
Fot. Kevin Wolf / AP
George W. Bush
Ustawa, sponsorowana przez republikańskiego senatora Dicka Lugara i demokratycznego kongresmana Petera Visclosky'ego, przewiduje, że polscy uczniowie będą mieszkali przez rok w amerykańskich domach i uczyli się w amerykańskich szkołach, z naciskiem na historię, konstytucję i wydarzenia polityczne w USA. Będą też mieli potem większe szanse pracy w Ameryce.

Na podobnych warunkach przybędą do Polski uczniowie amerykańscy. Przewidziany ustawą program jest wzorowany na programie wymiany młodzieży USA i Niemiec, także sponsorowanym przez senatora Lugara.

Dłużnik w rejestrze


(Gazeta Bankowa/21.09.2007, godz. 11:16)
Wprawdzie wszyscy zainteresowani jednoznacznie stwierdzają, że czarne listy dłużników nie istnieją, to jednak każde opóźnienie płatności odnotowane w instytucji zbierającej takie informacje może mieć dla konsumenta bardzo bolesne konsekwencje.


Czarne listy dłużników nie istnieją – istnieją natomiast rejestry tworzone przez upoważnione organizacje – biura informacji gospodarczej i Biuro Informacji Kredytowej. Instytucje te gromadzą dane o płatnościach, zarówno firm, jak i konsumentów indywidualnych. Ale nie wszystkie. Nie pełnią one przecież funkcji wywiadowni gospodarczych i nie zajmują się wyszukiwaniem informacji o dłużnikach. One tylko rejestrują dane napływające z firm i instytucji, które mają z BIG-iem podpisaną umowę. Przekazują informacje i mają je weryfikować, BIG je gromadzi i dzieli się nimi z innymi podmiotami – rzecz jasna pobierając stosowne opłaty.

Konieczność podpisania takiej umowy zawęża pole obserwacji i możliwość wyłapywania dłużników, ale tylko z pozoru. Podpisaniem umowy zainteresowanych jest bowiem coraz więcej instytucji, systematycznie też – i to w geometrycznym postępie – wzrasta liczba opracowywanych przez BIG-i raportów. To dobra wiadomość, bo trzeba dbać o bezpieczeństwo obrotu gospodarczego, a naciągaczy karać z całą surowością, albo przynajmniej maksymalnie utrudniać im życie.

Problem pojawia się jednak wówczas, gdy do rejestru trafi klient, który nie spłacił raty kredytu w terminie, bo chwilowo zabrakło mu gotówki albo miał do wyboru np. zapłacić rachunek za gaz czy kupić dzieciom podręczniki.

Kto i za co?

Do rejestru dłużników trafiają przede wszystkim klienci banków, SKOK-ów i innych instytucji oferujących kredyty i inne formy finansowania, jak pożyczki konsumenckie, leasing czy faktoring. Ale nie tylko. Umowy z BIG-ami podpisują operatorzy telekomunikacyjni, sieci telewizji satelitarnych lub kablowych, ubezpieczyciele, dostawcy gazu, elektryczności, wody, firmy świadczące usługi komunalne, spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe, deweloperzy, inni „sieciowi” usługodawcy, biura maklerskie, firmy zajmujące się obrotem wierzytelnościami, podmioty gospodarcze.

Nie wszystkie długi są jednak rejestrowane. Dla przedsiębiorcy jest to dług o wartości min. 500 zł, dla osoby fizycznej min. 200 zł. Zgłoszenie takich długów obwarowane jest jednak dodatkowym warunkiem – zaległość w spłacie musi wynieść minimum 60 dni. To nie wszystko – zgłaszający taki niespłacony dług ma obowiązek poinformować o tym dłużnika i dopiero po upływie kolejnych 30 dni może przekazać informację do BIG-u.

Konsekwencje

Umieszczenie w rejestrze dłużników jest dotkliwą karą dla wszystkich korzystających z usług finansowych – od kredytów, zakupów ratalnych, po wspomniany już leasing i faktoring, telekomunikacyjnych (telefony komórkowe i stacjonarne w abonamencie), multimedialnych (szerokopasmowy dostęp do internetu, telewizja kablowa), wynajmu mieszkania czy lokalu biurowego. Przykłady można mnożyć.

Firmy i instytucje świadczące podobne usługi weryfikują zdolność płatniczą potencjalnych klientów i z dużą rezerwą traktują tych, którzy widnieją w rejestrze dłużników. W efekcie albo żądają dodatkowych zabezpieczeń, albo wręcz odmawiają podpisania umowy. W największym stopniu dotyka to przedsiębiorców – zwłaszcza małych i średnich, a także całą rzeszę konsumentów, przede wszystkim tych borykających się z problemami finansowymi na co dzień.

Na przykładzie BIK

Wokół działalności BIG-ów narosło wiele opinii o zdecydowanie niepochlebnym zabarwieniu, ale najwięcej pretensji zgłaszanych jest pod adresem BIK, co ze względu na delikatną materię jaką się zajmuje jest najzupełniej zrozumiałe – a to, że przekazywane przez biuro informacje kredytowe przyczyniają się do tego, iż zgłaszający się do banków klienci spotykają się z odmową udzielenia pożyczki, a to, że bez podstaw tworzone są czarne listy osób nie spłacających swoich zobowiązań finansowych.

– BIK, jak każda organizacja, ma pełnić określone funkcje. My jesteśmy usługodawcą wobec banków i innych instytucji finansowych, którym udostępniamy produkty ułatwiające podejmowanie decyzji kredytowych – a więc wiarygodne informacje o klientach. Czasem rzeczywiście są one niepochlebne. Ale równocześnie dzięki działalności BIK każdy kto kiedykolwiek zetknął się z bankiem, ma szansę pokazać, że jest jego rzetelnym klientem. Tym samym działamy na korzyść każdego uczciwego obywatela – mówi Maciej Duszczyk, dyrektor departamentu marketingu BIK.

Statystyki wykazują, że tylko 5 proc. klientów banków ma zaległości w spłacie kredytów. Trzeba jednak pamiętać, iż straty, które w związku z tym ponoszą banki, pokrywane są przez pozostałe 95 proc. solidnych klientów.

Kłopoty z weryfikacją

Dla przeciętnego zjadacza chleba prawdziwe problemy pojawiają się jednak wówczas, gdy dane przekazane do rejestru okazują się nieprawdziwe.

– Oczywiście, incydentalnie mogą się zdarzać również pomyłki bankowe, które w efekcie uniemożliwiają wzięcie kredytu solidnym klientom. Są one jednak bardzo rzadkie i możliwe do skorygowania dzięki sprawdzonym procedurom. Niestety, takie „wpadki” są najbardziej nagłaśniane medialnie, choć stanowią ułamek promila zawieranych transakcji – komentuje Maciej Duszczyk.

Ale jednak się zdarzają. Tymczasem żadne z biur informacji gospodarczej nie ma prawa poprawiać danych na wniosek klienta. Nie ma takiego prawa również BIK. Dane skorygować może wyłącznie bank, który przekazuje te dane do bazy. Procedura korekty jest skomplikowana – najpierw klient powinien zwrócić się do banku i wyjaśnić zaistniałą nieprawidłowość, a następnie bank dostarczy do BIK skorygowane dane klienta. Jeśli klient zapomni lub nie wie – a to przecież się zdarza – w którym banku mogła wystąpić nieprawidłowość, powinien zgłosić się do BIK z prośbą o raport konsumencki, na podstawie którego ustali nazwę banku i przede wszystkim sprawdzi, jaka nieprawidłowość w jego danych wystąpiła. Następnie, analogicznie jak w poprzednim przypadku, bank dokona korekty danych klienta i przekaże tę informację do BIK.

Trudno o certyfikat

Wśród wspomnianych 5 proc. opóźniających się ze spłatą kredytu niewielu jest klientów świadomie wyłudzających pieniądze. Gros z nich to ludzie, którzy na skutek różnych wypadków losowych nie spłacili kredytu w całości – to podkreślają wszyscy zainteresowani tematem. Wszyscy też zwracają uwagę, że trzeba eksponować istnienie ogromnej większości kredytobiorców, którzy solidnie spłacają swoje zobowiązania, a dzięki budowanej w ten sposób pozytywnej historii kredytowej szybciej, łatwiej i taniej uzyskają następny kredyt. Pod warunkiem, że każdy będzie posiadał taki swoisty certyfikat uczciwości. A nie jest to takie proste.

To znaczy – jest, ale mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Rzecz w tym, iż każdy z klientów banku musi na piśmie wyrazić zgodę na gromadzenie informacji na jego temat o terminowej spłacie kredytów i systematycznym wywiązywaniu się z innych zobowiązań finansowych. Jest to regulowane przez przepisy. Jeśli klient nie jest zainteresowany gromadzeniem takiej informacji pozytywnej, to bank i tak z mocy prawa może – i z reguły o tym nie zapomina – gromadzić i przetwarzać informację negatywną dotyczącą operacji na rachunku. Natomiast na wykorzystywanie pozytywnej wymagana jest zgoda. ü

Solorz zwolnił Lisa żeby bronić swoich interesów

Renata Grochal, Wojciech Czuchnowski, Przemysław Poznański
2007-09-22, ostatnia aktualizacja 2007-09-22 10:46
Komisja Nadzoru Finansowego prześwietla należący do Zygmunta Solorza Elektrim. Ministerstwo Skarbu chce się go pozbyć z elektrowni Pątnów-Adamów-Konin
Zobacz powiekszenie
Przyjęcie po wręczeniu Wiktorów w 2006 roku. Od lewej: Zygmunt Solorz,Tomasz Lis (dostał wtedy statuetkę jako najlepszy publicysta), Krzysztof Ibisz, Hanna Smoktunowicz i Małgorzata Solorz-Żak
ZOBACZ TAKŻE

Według naszego rozmówcy do niedawna związanego z Polsatem politycy PiS już po wygranych wyborach w 2005 r. naciskali na Solorza, by pozbył się Tomasza Lisa, którego winili za antypisowski kurs polsatowskich "Wydarzeń". - Solorz był na te naciski odporny. Nie wystraszył się, kiedy zaatakowano go w raporcie Macierewicza a TVP zarzuciła mu współpracę z SB. Ustąpił dopiero wtedy, gdy uznał, że są zagrożone jego interesy - tłumaczy nasz rozmówca. Jego zdaniem Solorz odwołał Lisa dopiero po wtorkowym spotkaniu z szefami Elektrimu. - Powiedzieli mu, że wkrótce może spodziewać się zarzutów o wyprowadzenie pieniędzy z Elektrimu - twierdzi nasz informator.

- Pewne działania wokół Elektrimu toczą się od jakiegoś czasu. Ostatnio nie stało się nic szczególnego - uspokaja mec. Józef Birka, członek zarządu Polsatu i Rady Nadzorczej Elektrimu. Zaprzecza podawanym przez "Super Express" informacjom, by w spółkach Zygmunta Solorza zjawili się w ostatnich dniach funkcjonariusze ABW. - Ani w Polsacie, ani w Elektrimie ABW nie prowadzi żadnych czynności - potwierdza "Gazecie" rzeczniczka ABW, Magdalena Stańczyk.

KNF szuka majątku Elektrimu

Wczoraj armaty przeciwko Elektrimowi wytoczył jego były wspólnik, francuski koncern Vivendi. W prasowych ogłoszeniach pyta, dlaczego Elektrim złożył wniosek o upadłość, i zarzuca, że ze spółki Solorza zniknęły aktywa warte 12 mld zł.

Komisja Nadzoru Finansowego (KNF) przyznaje, że bada te informacje.

- Pod koniec lipca wszczęliśmy postępowanie w sprawie naruszenia obowiązków informacyjnych przez Elektrim - potwierdza Łukasz Dajnowicz, rzecznik KNF. - Elektrim to holding firm, w którym żonglowano aktywami między spółkami. Takie operacje wykonuje się, żeby uciec z majątkiem przed wierzycielami. Elektrim jako spółka giełdowa powinien informować giełdę o przesunięciu aktywów z firmy do firmy. Ale tego nie robił - dodaje Dajnowicz.

KNF nie zawiadomiła o sprawie prokuratury. Przesłuchuje świadków, analizuje dokumenty. Odmawia podania szczegółów.

Według francuskiego Vivendi Elektrim oddawał za bezcen kontrolę nad swoim majątkiem firmie Darimax z Cypru. Do niej miał m.in. trafić za blisko 14,5 mln euro majątek Portu Praskiego wycenianego przez Vivendi na 400 mln zł. Darimax miał też przejąć za 10 mln euro kontrolę nad jedną z największych w Polsce elektrowni Pątnów-Adamów-Konin. Francuzi wyceniają wartość jej udziałów posiadanych przez Elektrim na 1 mld zł.

Vivendi twierdzi, że cypryjska spółka występuje jako wierzyciel Elektrimu, żądając od spółki Solorza prawie 2 mld zł.

Oficjalnie Elektrim nie chce odnosić się do zarzutów Vivendi. Ewa Bojar, rzeczniczka firmy, poinformowała nas, że odpowiedź pojawi się w poniedziałek, również jako ogłoszenie w prasie. - Napiszemy, że to Vivendi chciał doprowadzić do upadłości Elektrimu, ale upadłości likwidacyjnej, na której straciłby Elektrim.

Spór Vivendi z Solorzem trwa odkąd Elektrim sprzedał swoje udziały w Polskiej Telefonii Cyfrowej (operatorze Ery) Deutsche Telekom. Pozbawił w ten sposób Francuzów szans na przejęcie tego jednego z największych graczy komórkowych w Polsce, w którego zainwestowali już wcześniej 2 mld euro. Elektrim twierdzi, że proponował Francuzom 1 mld euro rekompensaty, ale odrzucili ofertę.

Rząd chce pozbyć się Solorza z PAK

Od kilku miesięcy rząd próbuje pozbyć się Zygmunta Solorza z Zespołu Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin (PAK). To drugi co do wielkości producent energii elektrycznej w kraju. Dostarcza na rynek 12 proc. energii. Zgodnie z podpisaną w 1999 r. umową prywatyzacyjną 39 proc. akcji spółki należy do Elektrimu. Reszta jest w posiadaniu skarbu państwa i pracowników.

Wcześniej Solorz wiele razy domagał się przekazania spółce - zgodnie z umową prywatyzacyjną - kolejnego pakietu akcji elektrowni. Nie dostał ich, więc w czerwcu wystąpił do Ministerstwa Skarbu z żądaniem 2 mld zł odszkodowania. Zagroził, że jeśli skarb państwa nie wypłaci go w ciągu tygodnia, skieruje sprawę do sądu. Do tej pory pozwu jednak nie ma.

Resort skarbu zarzuca Solorzowi, że nie dotrzymał zobowiązań inwestycyjnych i dlatego najchętniej pozbyłby się go z PAK. Sprawą interesuje się sam premier, który - według wysoko postawionego pracownika resortu skarbu - już przed wakacjami zażądał szczegółowych raportów na temat negocjacji z Solorzem.

Wczoraj nasi rozmówcy w ministerstwie nie chcieli ujawnić szczegółów spotkań z premierem. - PAK jest ważną spółką z punktu widzenia interesów skarbu państwa. Nie ma w tym nic dziwnego, że premier interesuje się konfliktem z panem Solorzem - uciął pytania wysoki rangą urzędnik.

Rząd nie chce płacić Solorzowi 2 mld zł za wyjście z PAK. Ministerstwo Skarbu wymyśliło więc, że udziały odkupi od Elektrimu kombinat miedziowy KGHM (skarb państwa ma 42 proc. akcji). Jednak z analiz firmy konsultingowej KPMG wynika, że udziały Solorza warte są niewiele ponad 1 mld zł. Polska Miedź nie chce więc przepłacać. Wczoraj zarząd KGHM zastanawiał się, czy zainwestować w PAK. Posiedzenie przerwano do poniedziałku.

W sprawie ewentualnej inwestycji KGHM zebrało się też kierownictwo Ministerstwa Skarbu. Wieczorem resort poinformował, że otrzymał od miedziowego koncernu "koncepcję zaangażowania się spółki w PAK", ale ze względu na stopień skomplikowania projektu, zlecono dodatkowe analizy, czy przedsięwzięcie ma sens.

Premier je kolację z prezesem Axela

PAK to nie jedyna sprawa dotycząca Solorza, którą osobiście interesuje się premier. Gdy pojawiły się informacje, że udziałowcem Polsatu chce zostać niemiecki koncern Axel Springer, Jarosław Kaczyński spotkał się w marcu na kolacji z jego prezesem Mathiasem Doepfnerem. Spotkanie było tajne. - To było kurtuazyjne spotkanie. Premier chciał pokazać, że Polska jest otwarta na inwestycje zagraniczne - mówił nam rzecznik rządu Jan Dziedziczak. O czym rozmawiali panowie? Ani polska, ani niemiecka strona nie ujawniła.

W kwietniu UOKiK odrzucił jednak wniosek (umorzył postępowanie) o przejęcie 25,1 proc. udziałów przez Niemców. Była to pierwsza decyzja mianowanego pod rządami PiS szefa urzędu Marka Niechciała. UOKiK uznał, że wpływ nabywcy na zarządzanie stacją byłby większy, niż podano we wniosku.

Nasi rozmówcy w kręgach rządowych sugerowali, że decyzja UOKiK to sygnał dla Solorza, żeby zgodził się na wyjście z PAK bez wysokiego odszkodowania. Oficjalnie nikt tego nie potwierdził.

Axel Springer nie odwołał się od decyzji UOKiK. Być może złoży nowy wniosek. Józef Birka, członek rady nadzorczej Polsatu, podkreślał w maju, że Polsat nadal chce sprzedać udziały niemieckiemu koncernowi.