Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EURO2008. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EURO2008. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 lipca 2008

Powitanie mistrzów w Madrycie

gaw 30-06-2008, ostatnia aktualizacja 30-06-2008 20:43

Piłkarscy mistrzowie Europy - Hiszpanie przylecieli do Madrytu późnym popołudniem samolotem z ogromnym, widocznym z daleka napisem Campeones i czerwoną, reprezentacyjną koszulką.

źródło: AFP
źródło: AFP
źródło: AFP

Na płytę lotniska Barajas w Madrycie mistrzowie wyszli przed godziną 20. Puchar Henri Delaunaya wynieśli z samolotu 69-letni trener Luis Aragones i kapitan Iker Casillas.

Piłkarze na trapie z samolotu, podobnie jak podczas całego lotu, okazywali wielką radość śpiewając "jesteśmy mistrzami", "tak, tak puchar jest nasz".

Hiszpanie wywalczyli mistrzostwo Europy po raz drugi w historii i pierwszy od 44 lat (poprzednio byli mistrzami w 1964 roku po zwycięstwie nad ZSRR 2:1).

Piloci po wyłączeniu silników wywiesili hiszpańską flagę w oknie kabiny samolotu.

Tysiące kibiców, z których wielu zajęło najlepsze miejsca już rano w poniedziałek, czeka na swoich ulubieńców na placu Kolumba.

Piłkarze przejechali przez centrum Madrytu otwartym, piętrowym autobusem wzbudzając radość i wiwaty nie tylko kibiców, ale i przypadkowych przechodniów. Świętowanie sukcesu na placu Kolumba potrwa najprawdopodobniej do wtorkowego poranku

Źródło : PAP

Xavi Hernandez piłkarzem turnieju

jen 30-06-2008, ostatnia aktualizacja 30-06-2008 11:43

UEFA uznała pomocnika Hiszpanii Xaviego Hernandeza za najlepszego piłkarza Euro 2008. 28-letni Xavi poprowadził reprezentację Hiszpanii do zwycięstwa.

Zawodnik FC Barcelony wystąpił w pięciu spotkaniach i zdobył jedną bramkę. Zdaniem komisji technicznej UEFA to był głównym dyrygentem w środkowej strefie boiska i jego gra w największym stopniu przyczyniła się do zwycięstwa przez Hiszpanów.

Xavi zadebiutował w reprezentacji Hiszpanii w 2000 roku i od tego czasu rozegrał w drużynie narodowej 63 spotkania, w których zdobył siedem bramek.

W 2004 roku tytuł najlepszego piłkarza ME przypadł kapitanowi reprezentacji Grecji - Theodorosowi Zagorakisowi.

Źródło : PAP

niedziela, 29 czerwca 2008

Wygrała Hiszpania, wygrał futbol

Michał Kołodziejczyk 30-06-2008, ostatnia aktualizacja 30-06-2008 02:29

Bohater finału o spełnianiu marzeń, Luisie Aragonesie i celach na przyszłość

RZ: Można sobie wyobrazić piękniejszy moment w karierze niż zdobycie zwycięskiej bramki w finale tak wielkiej imprezy jak mistrzostwa Europy?

Fernando Torres: Mam za sobą fantastyczny sezon w Liverpoolu i cieszę się, że starczyło mi sił i umiejętności, by wreszcie osiągnąć sukces z reprezentacją. Z jednej strony czuję się spełniony, z drugiej jednak, kiedy poczułem, jak smakuje podnoszenie tak ważnego pucharu – chciałbym to robić jak najczęściej. Mistrzostwo Europy dodaje mi siły do realizacji moich celów, do spełniania marzeń. Chcę być najlepszym piłkarzem w Europie, później na całym świecie. I, oczywiście, żeby moja dyspozycja przekładała się na wyniki osiągane przez drużyny, w których gram.

Co musiało się stać, żeby reprezentacja Hiszpanii wreszcie potrafiła udowodnić swoje możliwości na wielkim turnieju?

Zwycięstwo Hiszpanii to zwycięstwo futbolu. Nie chcieliśmy tylko przeszkadzać naszym rywalom, ale grać w piłkę. Wszyscy wiedzieliśmy, że każdy z nas ma duże umiejętności, jedyną trudnością było zbudowanie drużyny, która potrafiłaby to potwierdzić. Jestem podwójnie szczęśliwy: mam złoty medal, a kibice dużo radości z naszej gry. Cechował nas spokój, ciągle robiliśmy swoje, nie zrażaliśmy się niepowodzeniami. Nie udało się raz, to uda się następnym razem.

Pierwszy raz pokazaliście, że siłą Hiszpanii jest nie tylko skuteczny atak, ale i szczelna obrona...

To prawda. Jeszcze niedawno większość goli strzelaliśmy po kontratakach, tym razem okazało się, że potrafimy też długo utrzymywać się przy piłce, mimo że przecież nasz styl gry się nie zmienił. Hiszpania grała po hiszpańsku i została najlepszą drużyną w Europie, w co nikomu nie chciało się przed turniejem wierzyć. Kontrolowaliśmy grę w meczach z kompletnie różnymi przeciwnikami, jak Rosja, Szwecja, Włochy czy – w finale – Niemcy. To pokazuje, że w pełni zasłużyliśmy na ten tytuł. Wielki udział w naszym sukcesie mają bramkarz Iker Casillas i obrońcy, bo wygrywać można tylko wtedy, gdy jedenastu zawodników tworzy jeden organizm, kiedy doskonale się rozumie i ze sobą współpracuje. Zostaliśmy za to pięknie nagrodzeni.

Od początku spotkania grał pan tak, jakby chciał udowodnić, że trener w poprzednich meczach za szybko pana zmieniał...

Grałem tak, jakbym chciał zostać mistrzem Europy. Bardzo ciężko pracowaliśmy, przygotowując się do tego turnieju. Kiedy dostałem piłkę od Xaviego, dokładnie wiedziałem, co zrobię, wiedziałem, że wystarczy wyprzedzić obrońcę i tylko delikatnie popchnąć piłkę. To jeden z najprzyjemniejszych momentów mojego życia. Czy napastnik może sobie wyobrazić coś piękniejszego niż gol, który daje jego drużynie tytuł najlepszych w Europie? Dla mnie zaszczytem było nawet to, że znalazłem się w zespole, który przyjechał na mistrzostwa. Jesteśmy ze sobą zżyci, stanowimy grupę przyjaciół. Szkoda byłoby to wszystko zmarnować, nie wykorzystać szansy. Gdybyśmy nie zajęli pierwszego miejsca, ludzie być może by o nas zapomnieli. Tymczasem przeszliśmy do historii, osiągnęliśmy największy sukces hiszpańskiego futbolu od 44 lat, to nieprawdopodobne. W finale trochę się nacierpieliśmy, stworzyliśmy przecież dużo więcej okazji, a ponieważ wykorzystaliśmy tylko jedną, musieliśmy być skoncentrowani do ostatniego gwizdka.

Na stadionie było więcej kibiców z Niemiec niż z Hiszpanii. To przeszkadzało?

Nie myśleliśmy o tym, a ci fani, którzy nas dopingowali, byli fantastyczni. To jest także ich tytuł, to jest ich zwycięstwo. Daliśmy radość milionom Hiszpanów, także tym, którzy oglądali nas tylko przed telewizorami. Rozmawialiśmy z kolegami w szatni o tym, jak musi teraz wyglądać Madryt. Chcielibyśmy jak najszybciej tam polecieć i cieszyć się razem ze wszystkimi. Mamy prawo chociaż na chwilę zapomnieć o wszystkich problemach, pamiętamy jednak, że teraz należałoby z dobrej strony pokazać się za dwa lata na mistrzostwach świata.

Jak dużą rolę w sukcesie odegrał trener Luis Aragones?

On jest kolejnym zawodnikiem reprezentacji. Kocha futbol, kocha nasz sposób gry, potrafił to wszystko poukładać i chyba jest tutaj najważniejszą postacią. Aragones jest dla nas jak ojciec, zaufał nam, traktował sprawiedliwie i chcieliśmy mu się za to odwdzięczyć. Wiemy przecież, że to jego ostatni mecz jako selekcjonera. Ostatni, ale jaki! Odchodzi jako zwycięzca.

Oficjalna strona turnieju w Austrii i Szwajcarii

www.euro2008.uefa.com

Luis Aragones - trener Hiszpanii

Jestem zachwycony. Udało się zbudować z młodych piłkarzy drużynę, która tak podaje sobie piłkę, że trudno ją zatrzymać. Nasze zwycięstwa były wspaniałe. Już w mundialu 2006 graliśmy dobrze, ale Francja okazała się lepsza. Teraz udało nam się wszystko. Hiszpania była przykładem, jak powinno się grać w piłkę. Myślę, że wszyscy, którzy kochają futbol, się z tym zgodzą. Od początku turnieju mówiłem piłkarzom, że mogą zostać mistrzami. Od kiedy na początku meczu Fernando Torres uderzył w słupek, wierzyłem, że strzelimy gola. Mieliśmy jeszcze tyle szans. Odchodzę do innej pracy, a do mojego następcy mogę mieć tylko jedną prośbę: traktuj ich dobrze, oni na to zasługują. Pamiętam ten dzień, w którym zdobyliśmy pierwsze mistrzostwo Europy. Co wtedy robiłem? Jak to co, oglądałem mecz. Zabrakło dla mnie miejsca w tamtej drużynie, ale przeżywałem finał, jakbym w nim grał.

Joachim Löw - trener Niemiec

Jestem pełen uznania dla Hiszpanów. Grali dobrze przez cały turniej, w finale byli wspaniali, jeśli chodzi o technikę. Widać, że grają w Lidze Mistrzów, są przyzwyczajeni do jej wyzwań. Tak trudno im zabrać piłkę. Jeśli już mieli szanse, to bardzo groźne, do tego stworzyli ich dużo więcej niż my. Nie mam żadnych pretensji do sędziego. Gdy emocje opadną, będziemy zadowoleni z tego, co osiągnęliśmy. Porażka w finale boli, ale nie zapomnimy, jak dobrze się bawiliśmy przez kilka ostatnich tygodni. Na pewno czeka nas dużo pracy, bo nie w każdym meczu Euro graliśmy tak, jak oczekiwaliśmy. Zdarzały nam się dobre i złe dni. Michael Ballack? Cieszę się, że zagrał. Niektórym może się wydawać, że jestem zawiedziony tym, co pokazał, ale trzeba wiedzieć, co się dzieje poza meczami, jakim on jest kapitanem. Myślę, że dobrze reprezentował tutaj drużynę i Niemcy.

Iker Casillas - hiszpański bramkarz

Nareszcie nam się udało. Nie jestem pewny, czy w pełni dotarło do nas to, jak wiele osiągnęliśmy. Spełniłem właśnie jedno z moich marzeń i jeden z celów, jakie chciałem osiągnąć, zanim zakończę grę w narodowej reprezentacji. Kiedy zabrzmiał ostatni gwizdek, poczułem się przytłoczony naszym sukcesem. Teraz już się trochę uspokoiłem. Widzę, jak ogromnie szczęśliwi są nasi kibice. W pełni na to zasłużyli. Zresztą, my, piłkarze, również mieliśmy już dość ciągłego przegrywania w ćwierćfinałach wielkich imprez.

Jens Lehmann - niemiecki bramkarz

Ciągle jestem rozczarowany. Cała drużyna jest jeszcze w szoku. Kiedy przegrywasz, masz potem całe życie na przemyślenia: czy zrobiłem coś źle? Gdybanie jest wielkim wrogiem przegranych. Ciągle pytasz sam siebie: czy podjąłem właściwą decyzję? Tak naprawdę powinno się nam gratulować, bo dotarcie do finału było wielkim osiągnięciem. Teraz musimy zmierzyć się z naszym rozczarowaniem. To na pewno był mój ostatni występ w mistrzostwach Europy. Jeśli podejmę decyzję o zakończeniu sportowej kariery, najpierw poinformuję o tym trenera i kolegów z drużyny. To nie jest łatwa decyzja.

Andres Iniesta - hiszpański pomocnik

Stoczyliśmy ciężką walkę o ten tytuł. Nasza drużyna zawsze grała dobrze i z polotem. My, piłkarze, i kibice marzyliśmy wspólnie o tym, że kiedyś dokonamy podobnej rzeczy. Dziś nasze pragnienia się spełniły. Teraz nie możemy się zatrzymać. Musimy próbować zwyciężać dalej.

XABI ALONSO - hiszpański pomocnik

Nie potrafię powiedzieć, czy to ważniejsze zwycięstwo niż te przed trzema lata z Liverpoolem w Lidze Mistrzów. Ale wiem na pewno, że to jeden z najszczęśliwszych dni w mojej karierze.

CESC FABREGAS - hiszpański pomocnik

Zrobiliśmy, co do nas należy, wygraliśmy w znakomitym stylu i zagraliśmy na nosie ludziom, którzy w nas nie wierzyli. Dziękujemy tym, którzy nas nie skreślali. Oni pomogli nam wygrać.

Christoph Metzelder - niemiecki obrońca

Trzeba pogratulować Hiszpanom, mają przed sobą wspaniałą przyszłość. Nie można powiedzieć, żebyśmy byli zadowoleni z drugiego miejsca, ale jestem pewny, że za kilka tygodni dotrze do nas to, jak wiele osiągnęliśmy, awansując do finału.

—koło

Źródło : Rzeczpospolita

Viva España, 44 lata później

Paweł Wilkowicz 30-06-2008, ostatnia aktualizacja 30-06-2008 06:18

Hiszpania – Niemcy 1:0. Hiszpanie po raz drugi mistrzami Europy! Fernando Torres strzelił jedyną bramkę jeszcze w pierwszej połowie, a przewaga zwycięzców była ogromna. Niemcom udało się tylko zamienić ten mecz w najbardziej brutalne spotkanie turnieju.

Spełnione marzenie Hiszpanów. Na zdjęciu piłkarze zwycięskiej drużyny Fernando Torres (z lewej) i Sergio Ramos z pucharem
źródło: AFP
Spełnione marzenie Hiszpanów. Na zdjęciu piłkarze zwycięskiej drużyny Fernando Torres (z lewej) i Sergio Ramos z pucharem
źródło: Reuters

Luis Aragones nagle znalazł się na rękach swoich piłkarzy, a potem w powietrzu. Iker Casillas wspiął się na poręcz podestu, na którym dekorowano mistrzów, i podniósł puchar najwyżej, jak potrafił. Strzeliły fajerwerki, pora zmienić przysłowia.

Od teraz futbol jest grą, w której od początku do końca zwyciężają Hiszpanie. Wygrali wszystkie mecze mistrzostw Europy, mieli najlepszą obronę i najskuteczniejszy atak. Ani razu nie stracili pierwsi bramki, tylko w meczu z Włochami musieli czekać do rzutów karnych. Nawet prowadząc, ciągle atakowali. Finał był dalszym ciągiem tego, co robili przez cały turniej, choć tym razem musieli grać bez króla strzelców mistrzostw Davida Villi. Nie zostawili żadnych wątpliwości, że puchar należał się tylko im.

Na bramkę czekali do 32. minuty, wtedy stało się to, co było nieuniknione. Niemcom ataki udawały się tylko w pierwszych minutach i od czasu do czasu w drugiej połowie, gdy nie mieli innego wyjścia, niż ruszyć do przodu. Byli wolniejsi od Hiszpanów, mniej zdecydowani, a pod koniec meczu tak wyczerpani, że rywale mogli spokojnie odliczać minuty do ostatniego gwizdka.

Miroslav Klose czekał na podania bez końca. Lukas Podolski i Bastian Schweinsteiger w starciach z bocznymi obrońcami mogli się przekonać, dlaczego Hiszpanie stracili w sześciu meczach tylko dwie bramki. Michael Ballack, Torsten Frings i Thomas Hitzlsperger częściej faulowali, niż wygrywali pojedynki z hiszpańskimi pomocnikami. Nawet akcje po rzutach rożnych i wolnych tym razem im się nie udawały. Niemcy mieli swoje szanse, ale nie tak klarowne jak rywale. Znacznie bliżej byli strzelenia bramki samobójczej: Christoph Metzelder i Ballack źle wybijali piłkę, w pierwszej sytuacji Niemców uratował tylko refleks Jensa Lehmanna, a w drugiej stojący przy linii bramkowej Frings.

Przed golem dla Hiszpanii był jeszcze strzał Torresa w słupek, a w drugiej połowie Marcos Senna nie trafił w piłkę, gdy miał przed sobą pustą bramkę. Tylko Torres w 32. minucie zrobił wszystko, jak należy. Senna podał do Xaviego, ten między niemieckich obrońców do rozpędzonego napastnika Liverpoolu. Philipp Lahm nie potrafił uzgodnić z Lehmannem, co powinien zrobić. Zaczął blokować drogę Torresowi, ale bramkarz za późno ruszył do piłki.

Hiszpan zdążył obiec obrońcę i kopnąć piłkę do bramki. Lehmann bronił do końca meczu tak, że trudno go uznać za winnego porażki. Lahm nie miał okazji do naprawienia błędu. Zszedł w przerwie, trener Joachim Löw tłumaczył, że był kontuzjowany.

Zdążył się natomiast wyleczyć Ballack, o ile informacje o jego problemach z łydką były prawdziwe. W sobotę jeszcze nie trenował, w dniu finału ból ustąpił tak nagle, jak się pojawił. Kapitan zgłosił, że jest gotowy do gry, ale to nie był jego mecz. Walczył, próbował, ale we wspomnieniach z finału pozostaną przede wszystkim jego faule, kłótnie z sędzią i Hiszpanami oraz rozbity w zderzeniu z Senną łuk brwiowy. W drugiej połowie iskrzyło na boisku co chwila, a zaczęło się jeszcze przed przerwą, gdy Ballack trafił z impetem w stopę Xaviego, choć piłka była już daleko od niego. Sędzia Roberto Rosetti nie wyciągnął kartki, zresztą w wielu momentach meczu podejmował zaskakujące decyzje, a sędziowie liniowi mu nie pomagali. Nie zauważyli, że przy stanie 0:0 Joan Capdevila dotknął piłki ręką w polu karnym – może przypadkowo, ale wyraźnie – nie podyktowali rzutu wolnego, gdy Lehmann wybił piłkę ręką, stojąc już za linią pola karnego. Mogli wyrzucić z boiska Davida Silvę i Lukasa Podolskiego za kłótnię, która skończyła się zderzeniem głowami.

Po meczu Frings odepchnął ręką jednego z wbiegających na boisko Hiszpanów, niemieccy kibice wygwizdali sędziów, ale ich drużyna na pewno nie przegrała meczu przez Rosettiego. Była tak bezradna, że trener Löw, nie widząc sensu dalszego zagrzewania ich do walki, przyklęknął przy linii, pogodzony z porażką.

7 razy Hiszpanie strzelali celnie na bramkę Jensa Lehmanna. W całym turnieju oddali aż 117 strzałów

24 lata temu Michel Platini zabrał Hiszpanom Puchar Henri Delaunaya, strzelając gola w finale po błędzie Luisa Arconady. W niedzielę w Wiedniu wręczył trofeum właśnie hiszpańskiemu bramkarzowi, a Arconada patrzył na radość Casillasa z trybun. Przyjechał na finał na specjalne zaproszenie szefa UEFA.

Hiszpanie pokonali historię, zdobyli mistrzostwo grając, jeszcze lepiej niż zwycięzcy z 1964 roku. Wtedy wygrali u siebie, w Madrycie, pod okiem generalissimo Franco, który dla zwycięzców miał królewskie premie, a dla najmłodszych z nich również zwolnienie ze służby w wojsku. Teraz taka motywacja nie była potrzebna, liczyło się tylko to, by nie przejść do historii jako kolejne niespełnione pokolenie.

Większość obecnych piłkarzy jest na tyle młoda, że będą mogli powiedzieć sobie, wyjeżdżając z Austrii: do zobaczenia za cztery lata w Polsce i na Ukrainie.

Wiedeń: Niemcy

– Hiszpania 0:1 (0:1)Bramka: F. Torres (33). Żółte kartki: M. Ballack, K. Kuranyi (Niemcy); I. Casillas, F. Torres (Hiszpania).Sędziował R. Rosetti (Włochy). Widzów: 51 428.

Niemcy: Lehmann - Friedrich, Mertesacker, Metzelder, Lahm (46, Jansen) - Schweinsteiger, Frings, Ballack, Hitzlsperger (58, Kuranyi), Podolski - Klose (79, Gomez).Hiszpania: Casillas - Ramos, Puyol, Marchena, Capdevila - Senna, Iniesta, Xavi, Fabregas (63, Alonso), Silva (66, Cazorla) - Torres (78, Guiza)

Źródło : Rzeczpospolita

środa, 25 czerwca 2008

Hiddink: Mam wrażenie, że szukam igły w stogu siana

Guus Hiddink, zanim zaczął pracować w Rosji, trenował reprezentacje Holandii, Korei Południowej i Australii oraz PSV Eindhoven, Fenerbahçe, Valencię CF, Real Madryt i Betis Sewilla (© REUTERS)

Polska Hubert Zdankiewicz

2008-06-24, aktualizacja: 2008-06-24 23:40:27

Z Guusem Hiddinkiem, trenerem reprezentacji Rosji, rozmawia w Bazylei Hubert Zdankiewicz. Czy Holender poprowadzi Rosjan do zwycięstwa?

Cała Europa jest zaskoczona grą reprezentacji Rosji. Jak Pan tego dokonał?
Też jestem zaskoczony, powiedziałem to zaraz po meczu z Holandią. Wiedziałem, że moich graczy stać na wiele, ale styl, w jakim zagrali w ćwierćfinale, był naprawdę imponujący. Jestem z nich dumny.

Wszyscy są pod wrażeniem zwłaszcza fizycznego przygotowania rosyjskich piłkarzy.
Nie ma w tym żadnych tajemnic. Pod- stawa to selekcja. Trzeba wybrać piłka- rzy, którzy są w dobrej formie, bo nie da się w ciągu kilku tygodni nadrobić wielomiesięcznych zaległości. Rozpo- czynając 18 maja zgrupowanie przed Euro 2008, miałem do dyspozycji zawodników, którzy już byli fizycznie bez zarzutu. Ja i mój sztab tylko poprawiliśmy ich wydolność do poziomu, który teraz oglądacie.

Mówi Pan jakby to było bardzo proste, a jednak nie wszystkim się udało. Na przykład pańskiemu rodakowi Leo Beenhakkerowi. Jego piłkarze ruszali się podczas Euro jak muchy w smole.
Trener musi po prostu wybrać najlepszych piłkarzy, a potem optymalnie przygotować ich fizycznie i taktycznie. Jego rola kończy się jednak wraz z pierwszym gwizdkiem sędziego. Potem wszystko jest już tylko w głowach i nogach zawodników. A co do Beenhakkera? Nie śledziłem oczy- wiście przygotowań Polaków do Euro 2008. Znam go jednak dobrze i dlatego jestem przekonany, że zrobił wszystko jak należy. Nie mógł jednak przewi- dzieć, że Polacy nie udźwigną men- talnie wyzwania, jakim są mistrzostwa Europy. Tu tkwił, moim zdaniem, sekret Waszej słabej gry - kiedy głowa zawodzi, nogi też są jak z waty.

Rosjanie jednak udźwignęli to wyzwanie. A przecież nie różnią się aż tak bardzo od Polaków?
My też mieliśmy problemy. Najlepszym dowodem była porażka 1:3 w pierwszym meczu grupowym z Hiszpanią...

Chyba 1:4?
No tak, lecz jedna z bramek padła ze spalonego, więc dla mnie się nie liczy (śmiech). Przegraliśmy tamten mecz, ponieważ zagraliśmy naiwnie. To znaczy na zbyt niskim poziomie jak na międzynarodowe wymagania. Na szczęście w kolejnym spotkaniu moi piłkarze pojęli różnicę pomiędzy Euro a grą w lidze.

Wrócił też zawieszony Andriej Arszawin.
To wielki piłkarz i cieszę się, że go mam. Chciałbym jednak podkreślić, że mój zespół nie kończy się na Arszawinie. Dla mnie osobiście cichym bohaterem Euro 2008 jest Jurij Żirkow. To jeden z najlepszych piłkarzy w całym turnieju - bardzo mądry, szybki, znakomity w obronie i ataku. A są jeszcze przecież Pawliuczenko, Siemak, Żyrianow i inni.

W półfinale znów zmierzycie się z Hiszpanią. Przygotował Pan na ten mecz jakaś specjalną taktykę?
To by było bez sensu, w ciągu trzech dni nie da się nauczyć piłkarzy nowych zachowań na boisku. Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że będę miał do dyspozycji tylko 12 zawodników. Część wisi za kartki, inni mają kontuzje, a kilku po prostu brakuje doświadczenia, by poradzić sobie mentalnie z takim meczem. Problemem będzie zwłaszcza brak Denisa Kołodina i Dmitrija Torbińskiego. Pierwszy to jeden z filarów naszej defensywy. Drugi natomiast to nasz dopalacz - ktoś, kto wchodzi w trakcie meczu z ławki i podrywa zespół do jeszcze większego wysiłku. Tak jak zrobił to z Holandią.

Dziś w Rosji wszyscy Pana chwalą, początki pracy nie były jednak łatwe. Zarzucano Panu, że nie rozumie narodowej tożsamości i zwyczajów tamtejszych piłkarzy.
Radziłem sobie już w bardziej egzotycznych krajach - na przykład w Korei Płd. Nie miałem zatem wątpliwości, że poradzę sobie i w Rosji. Chociaż nie ukrywam, że praca z tą reprezentacją to największe wyzwanie w mojej trenerskiej karierze.

Dlaczego?
Bo nigdy jeszcze nie prowadziłem drużyny narodowej w kraju, który ma 140 mln obywateli. Holendrów jest raptem 16 mln, mimo to nasz system szkolenia produkuje bez przerwy dobrych piłkarzy. U Rosjan, statystycznie biorąc, powinno być ich jeszcze więcej. Praktyka pokazuje jednak, że to nie do końca prawda. Chwilami mam wrażenie, że moja praca to szukanie igły w gigantycznym stogu siana.

Fatih Terim: Drużyna przyniosła chwałę Turcji

not. Rafał Stec, PAP, AP
2008-06-25, ostatnia aktualizacja 2008-06-26 00:07
Zobacz powiększenie
Fatih Terim gratuluje strzelcowi bramki
Fot. Murad Sezer AP

Fatih Terim po przegranym meczu z Niemcami nie krył smutku. Trener reprezentacji Turcji uważa jednak, że jego piłkarze odnieśli wielki sukces. - Drużyna przyniosła chwałę wszystkim Turkom - powiedział.

SERWISY
Czwartego cudu nie było - Niemcy w finale Euro »

Fatih Terim, trener reprezentacji Turcji:

Jestem bardzo smutny. Przegraliśmy będąc tak blisko finału, na który piłkarze zasłużyli. Niestety mamy tendencje żeby tracić bramki w prostych sytuacjach. Niemcom gratuluje zwycięstwa i życzę sukcesu w finale, ale przede wszystkim jestem dumny ze swoich piłkarzy. Przynieśliśmy chwałę wszystkim Turkom. Myślę, że piłkarze grali dobrze i jeszcze pokażą światu jak dobrą są drużyną. Byliśmy najbardziej barwną ekipą na turnieju. Było blisko finału, ale taki już jest futbol.

Nadzieję miałem nawet przy wyniku 2:3, wygoniłem obrońców do ataku, wciąż wierzyłem. Ale tym razem się nie udało, nie może się udawać zawsze. Na pewno jesteśmy najbardziej kolorową reprezentacją na Euro 2008, choć to nie zawsze mnie cieszy - np. dziś rozegraliśmy jeden z najgorszych meczów na turnieju. Teraz trzeba myśleć o przyszłości, bo nie może być tak, jak po półfinale mundialu w 2002, kiedy nie awansowaliśmy ani do następnych MŚ, ani do ME. Futbol jest zbyt ważny dla Turcji, przecież dzisiaj 70 milionów serc biło dzisiaj dla nas, dla piłkarzy walczących za cały kraj. Następnymi zadaniami zajmie się ktoś inny, ja kończę z reprezentacją i wybieram się do Europy. Ofert dostaję sporo. Ale odchodzę z nadzieją, że ten zespół będzie stale osiągał takie wyniki, jak na tym turnieju, niż takie, jakie mu się przydarzały wcześniej.

Magiczna ręka Loewa - Niemcy nie grają po niemiecku

Joachim Loew, trener reprezentacji Niemiec:

To niezwykłe uczucie wygrać taki mecz, piłkarze są wniebowzięci, przyjemność jest niewyobrażalna. Tyle było dzisiaj dramatu, tyle szaleństwa, wszystkiego, czego moglibyście chcieć od futbolu. Nie mogę uwierzyć, że w takiej końcówce zdołaliśmy jeszcze przeprowadzać sensowne akcje. Ten mecz długo nam nie wychodził. Turcy byli tak szybcy, że nie mogliśmy im odebrać piłki, było naprawdę ciężko nad nimi nadążyć. Choć po przerwie poprawiliśmy naszą grę, to generalnie cała nasza pomoc bardzo się męczyła. Traciliśmy piłkę w głupi sposób, rywale wytrącili nas z rytmu, zaczęliśmy grać długimi podaniami. My mieliśmy luki w obronie, a oni z piłką wyczyniali wspaniałe kombinacje w środku boiska. Na szczęście pokazaliśmy, że mamy to, co każda niemiecka reprezentacja - mentalność zwycięzców, którzy nie umieją się poddać w żadnych okolicznościach. A ja nie potrzebowałem Euro 2008, by wiedzieć, że Turków nie wolno streślać nigdy. Pracowałem u nich i zbyt dobrze ich poznałem, by poczuć komfort przy prowadzeniu w końcówce. Nawet gdybym nie widział tego niesamowitego turnieju, wciąż bym się bał.

Franz Beckenbauer

Inaczej sobie wyobrażałem ten mecz. Daliśmy Turkom grać, a to mogło się źle dla nas skończyć. To, że podopieczni Terima są dobrymi piłkarzami wiadomo od dawna, ale to, że potrafią również strzelać bramki jest nowością. Dzięki Bogu mieliśmy w składzie Lahma, który potrafił strzelić decydującego gola. W finale musimy pokazać taką postawę, jak w meczu z Polską, czy Portugalią, jeśli jednak zagramy tak, jak w półfinale, o sukcesie w niedzielę możemy zapomnieć.

Niemcy w finale, a prasa krytykuje. Turcy odpadli, ale dumni

PAP, pk
2008-06-26, ostatnia aktualizacja 2008-06-26 11:34
Zobacz powiększenie
Na trybunach kolorowo
Fot. Daniel Roland AP

Szczęście zdecydowało w dużej mierze o zwycięstwie niemieckiej reprezentacji 3:2 w półfinale z Turcją na Euro 2008 - komentuje w czwartek niemiecka prasa. Z kolei w Turcji, mimo odpadnięcia z turnieju, nastroje są podniosłe

SERWISY
Gokhan Zan: Nie zapomnimy tego, co tu przeżyliśmy »

Choć media cieszą się z sukcesu i awansu Niemiec do finału turnieju, nie szczędzą krytyki na temat niezbyt dobrej gry jedenastki.

"Der Spiegel" ocenia, że niemiecka reprezentacja miała wiele szczęścia. - Niemcy pokazali zadziwiająco słabą grę, Ballack rozczarował, także Lahm, zanim strzelił bramkę, popełniał błąd za błędem - pisze.

- Mimo to niemiecka jedenastka zasłużyła na wejście do finału - w najważniejszych momentach za każdym razem na tych mistrzostwach wykorzystywała swoje szanse - dodaje "Spiegel" w internetowym wydaniu.

"Frankfurter Allgemeine Zeitung" zauważa, że Niemcy pokonali Turków ich własną bronią, jaką jest dobry finisz.

- Dynamika i zdecydowanie, którymi drużyna trenera Joachima Loewa zaskoczyła podczas meczu z faworytami Portugalią, znikły w meczu z autsajderem Turcją, gdy były bardzo potrzebne (...) Niemieccy piłkarze długo grali tak, jakby byli przekonani, że mają w tym meczu więcej do stracenia niż do wygrania - pisze "FAZ".

"Niemcy zwyciężyły po turecku" tytułuje swoją relację "Der Tagesspiegel"; w poprzednich spotkaniach to reprezentacja Turcji wygrywała w ostatnich minutach. W środę w 89. minucie spotkania decydująca trzecią bramkę strzelili Niemcy.

"Sueddeutsche Zeitung" nazywa reprezentację Niemiec "jedenastką niespodzianek". Dziennik drwi ze słów, które często powtarzać ma trener Loew: "W następnym meczu na boisko wyjdzie zupełnie inna drużyna".

- Tak jakby wydawało mu się po dotychczasowych występach Niemców na mistrzostwach, że są dwie niemieckie reprezentacje, których gracze są niesamowicie do siebie podobni, tak samo się nazywają, ale grają zupełnie inaczej - ironizuje dziennik.

Jedna z tych drużyn - dodaje "SZ" - pewnie pokonała Polskę i Portugalię, a druga nie radzi sobie z przeciwnikiem. - Joachim Loew nigdy nie ma przed meczem pewności, którą z reprezentacji będzie miał tym razem do dyspozycji - pisze bawarska gazeta. - Tym razem na boisko wyszła ta druga, która sprawia problemy.

Turcja odpada, ale jest dumna

Turcja jest dumna ze swoich piłkarzy. Mimo porażki w Bazylei z Niemcami (2:3) w półfinale mistrzostw Europy - na ulicach tureckich miast kibice z wielką sympatią odnosili się do zawodników swego kraju.

W Stambule po meczu na ulice wyległy tysiące kibiców, z flagami narodowymi, skandujące: Turcja, Turcja". Zapełnione były lokale, w których dyskutowano o przebiegu meczu.

- Polegliśmy od własnej broni - powiedział 24-letni student, przypominając, że Niemcy zdobyli decydującą bramkę w ostatniej minucie gry.

Wcześniej Turcy awansowali do półfinału m.in. dzięki golom strzelonym pod koniec rywalizacji w meczach ze Szwajcarami, Czechami i Chorwatami. Tym razem w 90 min stracili bramkę po strzale Philippa Lahma.

- Przeznaczeniem Niemców są zwycięstwa w futbolu - dodał. Podkreślił jednak, iż piłkarze niemieccy zapewne nie wygraliby spotkania, gdyby drużyna turecka mogła skorzystać ze wszystkich swoich najlepszych graczy (z powodu kontuzji i dyskwalifikacji za kartki w ekipie tureckiej zabrakło dziewięciu piłkarzy.

- Niemcy są znani ze zdyscyplinowania, Brazylijczycy - z doskonałego wyszkolenia technicznego. Teraz Turcy będą znani z hartu ducha i woli walki - powiedział inny, 21-letni turecki student.

Trener Turków: W piłce nie ma cudów

Niemcy - Turcja 3:2. Cudu nie było, Niemcy w finale

25.06.2008, godzina 20:45

Niemcy

karne
3
2
  • 2P
  • 11P1

St. Jakob Park, Bazylea Widzów: 42500

Turcja

Bramki:Ugur Boral(21.)Semih Sentürk(86.)
Kartki:Semih Sentürk(53.)
  • Relacja
  • Na żywo
  • Replay

Analiza meczu » Relacja Z czuba »

Rafał Stec, Michał Szadkowski, Bazylea
Grać z pasją, gdy mecz już niemal się skończył, umieją tylko dwie drużyny w Europie. 86. minuta - wyrównującego gola strzelają debiutujący w półfinale Turcy. 90. minuta - zwycięskiego wbijają trzykrotni mistrzowie Europy Niemcy
Zobacz powiekszenie
Fot. Jon Super AP
Podziękowania zdobywcy bramki dla podającego. Kolejną asystę zaliczył Podolski
Magiczna ręka Loewa: Niemcy nie grają po niemiecku »

Na dreszczowiec zanosiło się od początku. Już na długo przed przerwą piłka odbiła się od niemieckiej poprzeczki raz, potem drugi raz, by wreszcie wpaść do siatki. Kiedy wturlał ją tam Ugur Boral, do Niemców chyba dotarło, że wyhodowali potwora.

Bez ich trenerskiego know-how, bez tabunu fachowców podróżujących za Bosfor, wśród których był zresztą selekcjoner Joachim Loew, reprezentacja Turcji prawdopodobnie wciąż tkwiłaby w mizerii z czasów, gdy Polacy wbijali jej worki goli. Teraz nawet guru od przygotowania kondycyjnego i dietetyka polecał im Niemiec, poprzednik Loewa Jurgen Klinsmann. I na mistrzostwach Europy po raz pierwszy w historii przebili się do strefy medalowej.

Nie uznali, że mają dość. Poprzeczkę obijał Kazim Kazim vel Colin Kazim Richards, urodzony w Londynie produkt angielskiego futbolu, a jego koledzy wnet przyłączyli się do ostrzału. Intensywna kanonada trwała non stop, jakby Turków inspirowała pewność, że golkiper Jens Lehmann wcześniej czy później musi kardynalnie się pomylić.

W 26. minucie się nie pomylił, ale niemieccy piłkarze uprawiali właśnie - co zdarzało im się w tym meczu często - futbol statyczny, stawiający na opóźnione reagowanie i ogólny bezruch. Ugur Boral skorzystał z okazji. 1:0.

Turcy poczuli się nieswojo. Oni przywykli na Euro 2008 do odrabiania strat i wychodzenia się ze skrajnej opresji, oni lubią jasne sytuacje: nie wygrywamy, trzeba zapomnieć o bożym świecie i gnać przed siebie, po gola. Naturalne nieopanowanie ich zgubiło. Nie chcieli zwolnić, zatrzymać piłki na dłużej, podejmować ciut mniejszego ryzyka. Niemcy, choć przecież to oni potrzebowali nacierać, strzelili gola z kontrataku. Wystarczyły cztery minuty, by rozochoceni przeciwnicy podarowali im piłkę w środku pola, by pofrunęła ona na lewe skrzydło do Lukasa Podolskiego, by ten ją dośrodkował, a Bastian Schweinsteiger wyrównał.



Turkom służą okoliczności, w których nie mają nic do stracenia i mogą z czystym sumieniem postawić na niepohamowaną brawurę. Powściągnąć emocji nie umieją. Gdyby zachowywali się rozważniej, gdyby zdołali z zimną krwią wykorzystać techniczną i szybkościową przewagę nad faworytami, być może jeszcze przed przerwą rozłożyliby ich na łopatkę. Uderzali na bramkę - celnie! - z lewego skrzydła i prawego, z środka pola karnego i zza niego. Zawsze potężnie, jakby chcieli rozerwać siatkę, jakby reprezentacja Turcji składała się wyłącznie z głównych ogniowych, którzy na wątłe niby-strzały czasu nie tracą.

Niemcy musieli się tego półfinału bać, bo rywale - choć dotąd na turnieju nie wypracowali przewagi nad żadnym przeciwnikiem - półfinał wyszarpali z iście niemiecką determinacją, nie kapitulując nawet wtedy, gdy sędzia podnosił gwizdek, by dmuchnąć po raz ostatni. Teraz swoim błędem wsparł ich jeszcze sędzia. Wkrótce po przerwie nie zareagował, gdy Sabri Sarioglu powalił wdzierającego się w pole karne Philippa Lahma. Powinien podyktować albo "jedenastkę", albo przynajmniej rzut wolny (Turek faulował na linii). Nie gwizdnął w ogóle.



Niemcy grali przeciętnie. Rzadko przebłyski miewał nawet Michael Ballack, przywódca drużyny i pod każdym względem "naj" - kandydat na największą gwiazdę turnieju, piłkarz najwięcej wśród Niemców biegający i najbardziej zdeterminowany. Zdeterminowany, by wreszcie wygrać międzynarodowe trofeum godne jego sportowej klasy. Przegrał finał Ligi Mistrzów z Bayerem Leverkusen, przegrał finał LM z Chelsea, z powodu żółtych kartek nie wystąpił w przegranym finale mundialu z 2002 roku, przegrał półfinał mundialu w 2006 roku. We wszystkich tamtych rozgrywkach zachwycał, wielokrotnie bywał bohaterem meczów i przesądzał o wyniku. Najcenniejszej nagrody nie dostał nigdy.

Przed półfinałem Ballack zwierzał się, że stał się w reprezentacji "więcej niż kapitanem", że dyskutuje z trenerem o taktyce, że to sam Joachim Loew pyta go opinię. Na boisku człowiekiem orkiestrą nie był. Niemcy odzyskali prowadzenie dzięki wrzutce Lahma, umiejętności gry głową Miroslava Klose oraz tradycyjnej plątaninie w tureckiej defensywie. Bramkarz Recber Rustu niepotrzebnie wybiegł z bramki, nie dosięgnął piłki i napastnik Bayernu Monachium posłał ją do siatki.



Turkom został kwadrans, a kwadrans wystarcza im - czego dowiedli w horrorze z Czechami - na strzelenie nawet trzech goli. Teraz pomógł im Lahm, który postanowił tego wieczoru być wszędzie, gdzie coś się dzieje. Zostać antybohaterem i zarazem bohaterem, raz wpędzać kibiców w euforię, a raz w czarną rozpacz. To jego w dziecinny sposób oszukał Sabri, zanim na cztery minuty przed końcem dośrodkował do Samira Senturka. Zrobiło się 2:2, Turcy po raz czwarty z rzędu na Euro 2008 czynili cuda w końcówce.

Nie z Niemcami takie numery. To oni są arcymistrzami szalonych końcówek, to oni od dziesiątek lat zapadają w pamięć dzięki zwycięskim, roztrzygniętym na sekundy przed końcem dreszczowcom. Teraz do przodu znów wyrwał Lahm. Był tak na siebie wściekły, że na pole karne wdarł się chyba siłą woli, a w piłkę kopnął z taką mocą, jakby chciał, żeby się rozpadła.

Turcy jeszcze muszą się od Niemców uczyć, choć przegrali tylko trochę. W niedzielę ponad 2,7 miliona emigrantów może pocieszać się finałowym zaciskaniem kciuków za zwycięzców. Byłoby jak podczas mundialu przed dwoma laty, gdy razem z niemieckimi sąsiadami fetowali triumfy reprezentacji Klinsmanna, powiewając tureckimi flagami.

Podolski pobije rekord Gerda Muellera? »

poniedziałek, 23 czerwca 2008

Złotouści na Euro - trzeci ćwierćfinał

22.06.2008 13:09

Wczorajszy dzień obwołaliśmy najlepszym komentatorskim dniem mistrzostw. Faktycznie - komentatorzy Polsatu stanęli wczoraj na wysokości zadania. Prawda jest jednak taka, że Ci, którzy słuchają meczów w Polskim Radiu, najlepsze komentatorskie dni mistrzostw mają codziennie. Dlatego dzisiejszy odcinek złotoustych pozwolimy zdominować Tomaszowi Zimochowi.

Cytując jednego z naszych czytelników: ''w 10 minucie spotkania Zimoch zdążył już na tyle metaforycznie i obrazowo opisać kolor oczu van Nistelrooya, że opis burzy Mickiewicza w Panu Tadeuszu blednie''. Ten sam czytelnik napisał później: ''po golu dla Rosji Zimoch zaczął mówić tak szybko, że poważnie należy się zastanowić nad wprowadzeniem powtórek w relacjach radiowych''. Coś w tym jest. Dla wszystkich tych, którzy wczoraj nie nadążyli za komentarzem płynącym z radioodbiorników - mała powtórka najciekawszych fragmentów wczorajszego meczu (via wprawne ucho Cadeta):

- Guus Hiddink zamienia wszystko w piłce nożnej w złoto, nawet jeśli było to wcześniej brudnym piaskiem (to trochę tak jak Zimoch - on też nawet brudny piasek jest w stanie zamienić w komentatorskie złoto)

- Reprezentacja Rosji pod wpływem Guusa Hiddinka zaczyna błyszczeć niczym kolia diamentowa (ciąg dalszy jubilerskich porównań)

- Jak na razie Kremlowskie Kuranty są lepsze od holenderskiego wiatraka (nie słyszeliśmy jak gra ''holenderski wiatrak'', ale Kremlowskich Kurantów możecie posłuchać tutaj)

-Przeszedł na lewo żeby gra go nie uwierała (ciekawe czy bohater tego komentarza spotkał na tej mniej uwierającej, lewej stronie, puszczonego tam kilka lat temu, Bąka)

- 61 lat a wygląda tak jakby miał zapał do pracy 18 latka, choć figura oczywiście trochę inna (cała prawda o Guusie Hiddinku)

- Krótkie nogi, wygięte, jakby od dziecka siadał na piłce, jakby piłka była jego smoczkiem (o jednym z holenderskich obrońców)

- Arszawin biega 100 m szybciej niż kobiety (o Arszawinie i kobietach)

- W tych spodenkach krótkich, które sięgają mu do łydki - pożyczył chyba od jakiegoś 90-latka (o spodenkach Arszawina. My jednak i tak wolimy spodenki wiecie-kogo)

- Dwugłowe mięśnie wszystkich Holendrów są jak anakondy, ale Rosjan też (o tym co pod tymi spodenkami można zobaczyć)

- Wycierają tutaj źdźbła trawy piłkarze Rosji swoją ambicją (wygląda na to, że gryzienie trawy już wyszło z mody)

- Nakręcono film ''Zapach kobiety'' a dlaczego nikt nigdy nie nakręcił filmu ''Zapach piłkarza''. Chyba wszyscy wiemy dlaczego (jeśli ktoś jednak nie wie dlaczego, podpowiadamy: zapach piłkarza jest nieprzyjemny)

- Mecz musi być dziś rozstrzygnięty - trzeciego wyjścia nie ma (to trochę inaczej niż z komentarzem radiowym - zawsze mamy wrażenie, że pan Zimoch codziennie znajduje trzecie, czwarte i pięćdziesiąte wyjście, żeby niebanalnie opisać sytuację na boisku)

W tym samym czasie w Polsacie, trwała walka Romana Kołotonia i Bożydara Iwanowa z wymówieniem nazwiska Dirka Kuyta (Kejta, Kelta, Kajta, Kalta, Kałta... holenderskiego piłkarza). Tylko jedną wersję wymowy przyjęli zaś komentatorzy dla nazwiska Romana Pawliuczenko. Niestety brzmiała ona ''Pawliuczenka''. A poza tym:

- Kolejna interwencja ściany zabezpieczającej holenderski futbol totalny (Bożydar Iwanow)

- Powiedzmy że nie była to woda mineralna, ale też nie świętowanie po rosyjsku (Roman Kołtoń)

- Smutne te piękne oczy (Bożydar o jednej z kibicek)

- Minimalnie (a po chwili) Kilka metrów obok bramki (o strzale Engelaara)

- 120 sekund (Bożydar Iwanow 5 minut przed zakończeniem drugiej części dogrywki)

To tyle na dziś. Dziękujemy wszystkim czytelnikom za pomoc przy wyłapywaniu najlepszych cytatów i prosimy o jeszcze na: komentatorzy@g.pl

sobota, 21 czerwca 2008

Rosja - Holandia 3:1. Rosjanie Brazylijczykami Euro

21.06.2008, godzina 20:45

Holandia

karne
1
3
  • 12P1
  • 01P0

St. Jakob Park, Bazylea Widzów: 0 Sędzia: Lubos Michel (Słowacja)

Rosja

  • Relacja
  • Na żywo
  • Replay

Analiza meczu » Relacja Z czuba »

Rafał Stec, Michał Szadkowski, Bazylea
Koniec świata. Rosjanie nie tylko pokonali po dogrywce Holendrów 3:1 i wyeliminowali ich z mistrzostw Europy. Oni grali jak Holendrzy - porywająco, bezkompromisowo, od pierwszej po ostatnią minutą ofensywnie.
Zobacz powiekszenie
Fot. JERRY LAMPEN REUTERS
Kuyt, van der Sar, Arszawin
ZOBACZ TAKŻE
Van Basten: To wstyd! »

Tak, Brazylijczyków Europy już w turnieju nie ma, ale wszystkie oferowane przez nich atrakcje pozostały.

Chcecie szalonych slalomów między rywalami? Spójrzcie na Andrieja Arszawina, który zaczynał mistrzostwa zawieszony na dwa mecze, a teraz wystarczył mu jeden wieczór, by zostać gwiazdą.

Chcecie piłki rozrzucanej po obu skrzydłach, by ataki nabrały imponującego rozmachu? Spójrzcie na Rosjan.

Chcecie ofensywnie nastawionych bocznych obrońców, dzięki którym natarcia prowadzi cała drużyna? Podziwiajcie Żirkowa i Aniukowa. Chcecie akcji utkanych z wielu podań, wymienianych na pełnej szybkości i bez przyjęcia? Podziwiajcie rosyjskich pomocników i fantastycznie dysponowany duet napastników Arszawin - Pawluczenko.

Chcecie graczy wdzierających się z piłką w pole karne i tam wciąż swobodnie ją sobie przekazujących, jakby grali na pustej łące, a nie w tłoku obrońców? Oto oni - piłkarze trenera Guusa Hiddinka.

Taktyka spryciarza Hiddinka


Holenderski selekcjoner też był bohaterem. Znów. Czynił cuda z Koreą (przy wydatnej pomocy sędziów), czynił cuda z Australią (już bez wsparcia), teraz czyni je z Rosją. W sobotę wymyślił, by naciskać na wrażliwy punkt przeciwników i jego piłkarze - w sile dwóch - dopadali wielkoluda Orlando Engelaara zawsze, gdy ten przyjmował futbolówkę, by go zmusić do błędu. Udawało się, to chyba najsłabiej panujący nad futbolówką gracz reprezentacji Holandii. Po jednym z jego kardynalnych błędów lewym skrzydłem pomknął Arszawin, ale wtedy jego strzał sparował jeszcze Edwin van der Sar.

Pierwszy gol był - czyżby znów zasługa spryciarza Hiddinka? - taktycznym majstersztykiem. Aż czterech (!) rosyjskich graczy zastosowało pressing na połowie rywali, gdy bramkarz Holendrów wznawiał grę. Ustawili się idealnie, zmusili do faworytów do błędu. Przejęli piłkę, posłali na skrzydło, Siergiej Semak wrzucił ją w pole karne, Pawluczenko dopełnił formalności. Niemal identycznie opór Portugalczyków złamali w czwartek Niemcy. Ale nawet oni nie naciskali rywala zaczynającego grę od bramki aż takim tłumem zawodników. Hiddink widać wymyślił inaczej.

Mógł wymyślić, bo piłkarze fantastycznie przygotował też pod względem kondycyjnym. Im dłużej trwał mecz, tym ich przewaga atletyczna silniej rzucała się w oczy.

Tyle że Rosjanie nie osiągnęli przewagi w dogrywce. Nie osiągnęli jej ani w 80. minucie, ani w 70., ani w 60. Byli lepsi pod każdym względem od pierwszego gwizdka.

Grali tak, jakby chcieli skopiować najlepsze holenderskie wzorce. Wstępne oblężenie pola karnego zgotowali rywalom już po kilku minutach, gdy Żirkow potężnie uderzył z rzutu wolnego, a van der Sar wybił piłkę na rzut rożny. I już do końca tylko oni odpalali fajerwerki. Obrońca Kołodin strzelał tak potężnie, że kiedy dostawał piłkę 40 metrów od bramki, zdawało się, że ma do niej ledwie 20.

Bezzębna Holandia


A Holendrzy? Nawet kibice - zdecydowanie liczebniejsi niż rosyjscy, lecz osowiali i cichsi - chyba szybko zrozumieli, że nie zobaczą bajecznego stylu swoich idoli z fazy grupowej. W ćwierćfinale wrócił produkt trenera Marco van Bastena z eliminacji - zespół przyczajony, niemrawy, wyczekujący. Niestety, szybko okazało się, że również bezzębny, niezdolny choć raz przechytrzyć rosyjskiej defensywy.

W 25. minucie pomarańczowi fani oklaskiwali wielkie wydarzenie - faworyci wywalczyli pierwszy rzut rożny. I właśnie stałe fragmenty gry - przede wszystkim wolne bite przez Rafaela van der Vaarta oraz Wesleya Sneijdera były ich najgroźniejszą bronią. Piłka mijała wszystkich rosyjskich obrońców, holenderscy napastnicy ją muskali, a ona przefruwała tuż obok słupka bramki Igora Akinfiejewa. Gdyby nie istniały rzuty wolne i rożne, Holendrzy tego wieczoru nawet by przeciwnika nie postraszyli.

Wyrównali - na cztery minuty przed końcem - właśnie dzięki kopnięciu nieruchomej piłki. Pofrunęła na głowę Ruuda van Nistelrooya, a ten wreszcie ożywił zamarłe pomarańczowe sektory. 1:1, dogrywka. Widzieliśmy już to na Euro 2008 kilkakrotnie - drużyna wstająca z martwych nabiera wigoru, walczy ze zdwojoną energią, wygrywa.

Nie Holendrzy. W dogrywce biegali już wolniej od przeciwnika, zdawali się wyzuci z pomysłów, jakby czekali na serię rzutów karnych. Ćwiczyli je jeszcze przed turniejem, pamiętając, że w przeszłości zazwyczaj kończyły się traumą, czyli odpadnięciem.

Rosjanie biegali szybciej, mając piłkę przy nodze, niż Holendrzy bez piłki. Sprawiali wrażenie, jakby dopiero rozpoczęli grę. A Hiddink jeszcze - żeby wieczór uczynić wręcz doskonałym - trafił ze zmianą. Drugiego gola strzelił rezerwowy Dimitrij Torbiński.

Trzeci ostatecznie zniechęcił bramkarza van der Sara, zdecydowanie wybijającego się wśród Holendrów i rozgrywającego prawdopodobnie ostatni mecz w reprezentacji. To jego po meczu najbardziej żałował, wręcz przepraszał, van Basten.

Kto by pomyślał, że latający dotąd na murawą Holendrzy skończą niemal jak Polacy. Z bohaterem w bramce, bez którego zostaliby znokautowani.

Minuta po minucie

Wirtualne powtórki bramek i najciekawsze akcje meczów Euro 2008 z perspektywy zawodników!
Oglądaj Euro 2008 w czasie rzeczywistym na ekranie Twojego komputera!
Przeszukujemy sieć by pokazać najciekawsze materiały wideo
Kultowe relacje na żywo w zupełnie nowej oprawie!

czwartek, 19 czerwca 2008

Portugalia we łzach. Niemcy w półfinale!

gaw 19-06-2008, ostatnia aktualizacja 20-06-2008 00:53

W pierwszym ćwierćfinale piłkarskich mistrzostw Europy Portugalia przegrała z Niemcami 2:3. Bramki dla drużyny niemieckiej zdobyli Bastian Schweinsteiger i Miroslav Klose. Tuż przed przerwą kontaktowego gola dla Portugalii zdobył Nuno Gomes. W 62 minucie na 3:1 podwyższył Ballack. W 87 minucie straty zmniejszył Postiga.

Niemieccy kibice mają powody do radości
źródło: AFP
Niemieccy kibice mają powody do radości
Cristiano Ronaldo na ostatnim treningu ćwiczył stałe fragmenty gry
źródło: AFP
Cristiano Ronaldo na ostatnim treningu ćwiczył stałe fragmenty gry

Mecz odważniej rozpoczęli Portugalczycy, jednak pierwszą sytuację stworzyli dopiero w 15 minucie. Strzał Simao z ostrego kąta obronił Jens Lehmann. Pięć minut później po dośrodkowaniu Bosingwy z prawego skrzydła w znakomitej sytuacji znalazł się Moutinho. Uderzył jednak kolanem i piłka przeleciała nad poprzeczką niemieckiej bramki.

Gdy wydawało się, że gra układa się po myśli Portugalii Niemcy zdobyli bramkę. Lewym skrzydłem pobiegł Lukas Podolski, minął Bosingwę i w biegu dośrodkował do Schweinsteigera. Ten uderzył pewnie, w okienko. Ricardo był bez szans.

Portugalczycy nie zdążyli się jeszcze otrząsnąć ze straty gola, a już przegrywali 0:2. Drugiego gola zdobył Miroslav Klose pod dośrodkowaniu z rzutu wolnego Schweinsteigera. Sporo pretensji mogą mieć do siebie portugalscy obrońcy, którzy w tej akcji zupełnie pogubili się w kryciu.

Na poukładanie gry Portugalczycy potrzebowali kwadransa. W 41 minucie pokazał się niewidoczny do tej pory Cristiano Ronaldo. Jego strzał z trudem obronił Jens Lehmann, jednak przy dobitce Nuno Gomesa był bez szans. Piłkę próbował jeszcze wybijać z bramki Metzelder, ta odbiła się jednak tylko od jego nogi i wpadła pod poprzeczkę.

W doliczonym czasie pierwszej połowy straty odrobić mógł Cristiano Ronaldo, jednak jego strzał minął o dwa metry słupek bramki Loewa.

Po przerwie Niemcy wyszli wyraźnie zdekoncentrowani. Kilkakrotnie musieli uciekać się do złośliwych fauli. Żółtą kartkę otrzymał między innymi Arne Friedrich, który nadepnął na kostkę Cristiano Ronaldo.

W 62 minucie po raz kolejny rzut wolny wykonywał Schweinsteiger. Dośrodkował bardzo precyzyjnie na głowę Ballacka, który odepchnął kryjącego go Paulo Ferreirę i silnym strzałem umieścił piłkę w siatce.

Po trzeciej bramce Portugalczycy stracili pomysł na grę. Zaczęli strzelać z dystansu - ale ich uderzenia bez trudu wyłapuje Jens Lehmann. Tymczasem w 79 minucie Lukas Podolski mógł podwyższyć na 4:1. Jego potężny strzał z 30 metrów minął minimalnie lewy słupek bramki Ricardo.

W 83 minucie boisko opuścił żegnany owacją na stojąco Bastian Schweinsteiger. Zastąpił go Fritz.

W 87 minucie odżyły nadzieje portugalskich kibiców. Gola na 2:3 strzelił głową Helder Postiga. Napastnik Sportingu Lizbona wykorzystał znakomite podanie rezerwowego Naniego.

Do końca meczu Portugalczycy atakowali. Nie zdołali jednak stworzyć sobie klarownych sytuacji strzeleckich. W półfinale Niemcy zmierzą się ze zwycięzcą spotkania Chorwacja - Turcja.

Bez trenera Loewa

Niemieccy kibice przed spotkaniem byli pełni obaw. Ich drużyna zagrała na Euro tylko jeden dobry mecz - zwyciężyła 2:0 z Polską drugiego dnia turnieju. Potem przyszła porażka z Chorwacją i wymęczone zwycięstwo nad słabą Austrią.

Niepokój Niemców wzbudzała także sytuacja na ławce trenerskiej. Zabraknie na niej bowiem Joachima Loewa, który ukarany został czerwoną kartką za kłótnie z arbitrem technicznym w spotkaniu z Austrią. Trener Niemiec ogląda spotkanie z trybun i nie może kontaktować się w żaden sposób z piłkarzami, ani ze sztabem szkoleniowym; jego miejsce na ławce zajął Hans-Dieter Flick.

Zupełnie inne nastroje panowały w obozie Portugalczyków. Ich drużyna grała dotąd efektownie i bez problemów pokonała Czechów i Turków. Humorów nie zepsuła im nawet porażka ze Szwajcarią w ostatniej kolejce - Portugalia wystąpiła w tym meczu w rezerwowym składzie.

Na stadionie w Bazylei wymieniono przed meczem trawę. Poprzednia nawierzchnia uległa zniszczeniu podczas meczu Szwajcaria - Turcja.

Portugalia - Niemcy 2:3 (1:2)

Bramki: 0:1 Schweinsteiger 22 0:2 Klose 26 1:2 Gomes 40 1:3 Ballack 62 2:3 Postiga 87

Wyjściowe składy:

Portugalia: 1-Ricardo; 4-Jose Bosingwa, 15-Pepe, 16-Ricardo Carvalho, 2-Paulo Ferreira; 10-Joao Moutinho, 8-Armando Petit, 20-Deco; 7-Cristiano Ronaldo, 21-Nuno Gomes, 11-Simao Sabrosa

Niemcy: 1-Jens Lehmann; 3-Arne Friedrich, 17-Per Mertesacker, 21-Christoph Metzelder, 16-Philipp Lahm; 7-Bastian Schweinsteiger, 6-Simon Rolfes, 13-Michael Ballack, 15-Thomas Hitzlsperger; 11-Miroslav Klose, 20-Lukas Podolski

Spotkanie sędziował Szwed Peter Froejdfeldt

Źródło : PAP

Było jak zwykle: wygrali Niemcy

Paweł Wilkowicz 20-06-2008, ostatnia aktualizacja 20-06-2008 02:51

Ćwierćfinał okazał się dla Portugalczyków stacją końcową, niemiecka drużyna gra dalej. Po tym, co pokazała – zupełnie zasłużenie

źródło: Reuters

Kto chciał dowodu, że wszystko, co wiemy o faworytach po rundzie grupowej należy jak najszybciej zapomnieć, dostał go już w pierwszym ćwierćfinale. Niemal wszystko tego wieczoru było zaskakujące. Od wyniku przez łatwość, z jaką niemiecka drużyna strzelała bramki, po sam przebieg meczu. To Niemcy, w poprzednich meczach słaniający się na nogach, ruszyli do ataku, nie czekając, co zrobi rywal. Portugalczycy mieli być ściganymi, a to oni musieli gonić. Od 0:2 do 1:2, od 1:3 do 2:3. Na więcej zabrakło nie tylko czasu. Mijały kolejne minuty, a większość ich pomysłów w drugiej połowie sprowadzała się do kończenia akcji strzałami z daleka, bo zaczęło padać.Trener Scolari, mówiąc dzień wcześniej o Portugalczykach jako narodzie odkrywców, miał chyba co innego na myśli. Pięć lat pracy z kadrą kończył z zafrasowaną miną, choć zachował się ładnie, mówiąc, że do piłkarzy nie ma pretensji, bo przegrali z lepszymi.

Najbardziej niespodziewani byli bohaterowie decydujących akcji. Bastian Schweinsteiger strzelił bramkę i przy dwóch asystował, dla Portugalii gole zdobyli Nuno Gomes i Helder Postiga. Nie potrafili tego zrobić Cristiano Ronaldo, Lukas Podolski ani Deco, choć on akurat był najlepszy z Portugalczyków. Udało się właśnie im: pomocnikowi, który był na tych mistrzostwach największym zmartwieniem trenera Joachima Löwa, i dwóm napastnikom, którzy przez ostatni rok strzelili dla swoich klubów po jednej bramce.

Schweinsteiger pierwszy raz zagrał w Euro 2008 w podstawowym składzie. Może w ogóle nie dostałby szansy, gdyby nie fatalna gra Mario Gomeza. Löw, zanim poszedł odsiadywać karę dyskwalifikacji w loży na koronie stadionu, kazał Schweinsteigerowi zapomnieć o wszystkich problemach w Bayernie, o czerwonej kartce w meczu z Chorwacją, niewesołych chwilach na zgrupowaniu. Powiedział tylko, że ma wobec drużyny pewien dług do spłacenia. I dobre wspomnienia z meczów z Portugalią: w walce o trzecie miejsce w ostatnim mundialu strzelił jej dwa gole, a trzecia – samobójcza Armando Petita – też padła po jego strzale.

W Bazylei Schweinsteiger był najlepszy na boisku, choć niewiele ustępowali mu Podolski i Michael Ballack. Ich akcja dała Niemcom prowadzenie w 22. minucie. Scolari wymieniał przed meczem nazwiska najwyższych niemieckich piłkarzy, bał się, że największe niebezpieczeństwo dla jego drużyny będzie nadchodziło z góry. Nadeszło bardzo blisko ziemi. Ballack podał, Jose Bosingwa nie zdążył zablokować podania Podolskiego z lewej strony, a Paulo Ferreira za późno ruszył za Schweinsteigerem i Niemiec strzelił do bramki między słupkiem a wyciągniętą nogą bramkarza Ricardo.Dwa następne gole dla Niemców były jak z notatnika trenera, który przeanalizował wszystkie silne strony rywala. Miroslav Klose strzelił w 26. minucie, Ballack już po zmianie stron, ale obie bramki wyglądały identycznie. Dośrodkowanie Schweinsteigera z rzutu wolnego, uderzenie głową, bezradny Ricardo.

Portugalczykom w żadnym momencie meczu strzelanie na bramkę Jensa Lehmanna nie przychodziło tak łatwo. Nawet gdy zaczynali się przebijać przez niemiecki mur w pomocy – kontuzjowanego Torstena Fringsa zastępował Thomas Hitzlsperger, ale cały czas był obok niego również Simon Rolfes – czekał na nich drugi w obronie.

Cristiano Ronaldo przechodził z jednej strony na drugą, ale wciąż przegrywał albo z Arne Friedrichem, albo Philippem Lahmem. Ballack w ostatniej chwili wybił piłkę w polu karnym spod nóg Deco, Simao Sabrosa trafił w bramkarza, Ronaldo tuż przed przerwą był pół metra od wyrównania. Pepe powinien zdobyć w drugiej połowie bramkę na 2:2, ale po rzucie rożnym to nie on uderzył piłkę głową, a piłka uderzyła w niego, i poleciała nad poprzeczką.

Udało się zrobić wszystko jak trzeba tylko dwa razy: gdy po podaniu Deco i strzale Cristano Ronaldo Lehmann odbił piłkę pod nogi Nuno Gomesa, i gdy Nani dośrodkował, a Helder Postiga wyskoczył najwyżej.

Portugalia, półfinalista ostatnich mistrzostw Europy i świata, wszystko, co miała najlepszego, pokazała tym razem w rundzie grupowej. A Niemcy? Znów pozwoliliśmy, by nas nabrali.

Powiedzieli

Hans-Dieter Flick, asystent Joachima Löwa

Jesteśmy tak szczęśliwi, jak to tylko możliwe. Zakładałem się, że zdobędziemy co najmniej jedną bramkę ze stałego fragmentu gry. Brak Joachima Löwa nie był aż tak wielkim problemem, bo wszystko mamy świetnie zaplanowane, przygotowaliśmy się na każdą sytuację. Ja tylko wykonywałem kolejne punkty planu.

Bastian Schweinsteiger

Wygląda na to, że Portugalia jest dla mnie szczęśliwa. Dwie bramki strzelone jej na mundialu, teraz gol i dwie asysty. Wyeliminowaliśmy z turnieju najsilniejszą drużynę. Mieliśmy powody, żeby się tego meczu obawiać. Stawaliśmy naprzeciw świetnego rywala, pozbawieni trenera. Graliśmy dla niego. Potrafiliśmy sprawić, że spotkanie potoczyło się po naszej myśli. Atakowaliśmy i szybko zdobyliśmy bramki. Myślę, że oddałem drużynie to, co zabrałem jej czerwoną kartką w meczu z Chorwacją. To był mój błąd, przepraszam. Co dalej? Teraz wszystko jest możliwe. Pokazaliśmy, że umiemy grać, walczyć. Było w tym meczu wszystko to, z czego słyną Niemcy.

Michael Ballack

Po meczu z Chorwacją wpadliśmy w dołek, byliśmy krytykowani, sami też mieliśmy do siebie pretensje. Z Austrią wygraliśmy mimo wielkiej presji, a teraz pokazaliśmy, co potrafimy, jeśli się nas uwolni od takiego ciężaru.

Luiz Felipe Scolari, trener Portugalii

Jestem sfrustrowany, bo obiecałem, że przed odejściem do Chelsea zostawię drużynę w czwórce najlepszych w Europie. Stać nas było, by to osiągnąć, ale popełniliśmy w ćwierćfinale zbyt dużo błędów i zostaliśmy za nie ukarani. Akcja przed pierwszą bramką była zupełnie zwyczajna, mieliśmy tyle okazji, żeby ją przerwać. A potem te dwa rzuty wolne... Nie chcę powiedzieć, że sędzia faworyzował Niemców, ale powtórki pokazują wyraźnie, że Michael Ballack zanim strzelił trzeciego gola popchnął Paulo Ferreirę. Ale nie można się spodziewać, że sędzia zobaczy wszystko, nie chcę szukać wymówek. Niemcy pokazali, jak dobrych mają piłkarzy.

Cristiano Ronaldo

Wybieram się teraz na operację, od trzech miesięcy mam pewien problem ze stopą. Transfer do Realu? Wszyscy wiedzą dobrze, czego chcę. W ciągu dwóch, trzech dni powinniście mieć jakieś nowe informacje w tej sprawie. Szansa na to, że trafię do Madrytu jest duża, ale niewiele w tej sprawie zależy ode mnie, dlatego nie chcę o tym rozmawiać.

—zebrał w Bazylei piw

Bazylea: PORTUGALIA – NIEMCY 2:3 (1:2)

Bramki - dla Portugalii: Nuno Gomes (40), Helder Postiga (87); dla Niemiec: B. Schweinsteiger (22), M. Klose (26), M. Ballack (61). Żółte kartki: Petit, Pepe, Helder Postiga (Portugalia); A. Friedrich, P. Lahm (Niemcy). Sędziował P. Fröjdfeldt (Szwecja). Widzów 38 730.

Portugalia: Ricardo - Bosingwa, Pepe, Carvalho, Ferreira - Joao Moutinho (31, Raul Meireles), Petit (73, Helder Postiga), Deco - Cristiano Ronaldo, Nuno Gomes (67, Nani), Simao.

Niemcy: Lehmann - Friedrich, Mertesacker, Metzelder, Lahm - Schweinsteiger (83, Fritz), Rolfes, Ballack, Hitzlsperger (73, Borowski) - Klose (89, Jansen), Podolski.

Źródło : Rzeczpospolita

środa, 18 czerwca 2008

Euro 2008: włoska prasa o cudzie

PAP /10:55
Luca Toni, Eric Abidal
Środowa włoska prasa podkreśla, że jednak stał się cud i piłkarska reprezentacja Włoch, nad losem której zgromadziły się na początku mistrzostw Europy czarne chmury, awansowała do ćwierćfinałów, pokonawszy we wtorek Francję 2:0.
Komentatorzy zauważają, że Włosi "tacy już są"; potrafią zmobilizować się dopiero w obliczu wielkiego wyzwania.

"Doskonała noc" - tak o meczu w Zurychu pisze "La Gazzetta dello Sport" stwierdzając, że reprezentacja Italii stoczyła prawdziwą batalię z Francją. Grę Włochów określa jako "genialną" i to od pierwszych minut. Dziennik apeluje następnie do piłkarzy: "Azzurri, rozpakujcie walizki, zostajemy w Wiedniu".
"Corriere della Sera" ma nadzieję na "powrót ducha Mundialu" u mistrzów świata i na to, że dla nich prawdziwe rozgrywki Euro rozpoczną się dopiero teraz.

"Włochy się budzą" - ogłasza mediolańska gazeta przyznając: "czekaliśmy na cud". Tymczasem Francja, całkowicie przez Włochów rozgromiona, nie była groźna nawet "w jedenastkę", a więc przed czerwoną kartką dla Abidala. Ale - ostrzega zarazem - nie można popadać w przesadny optymizm przed niedzielnym meczem z Hiszpanią, bo jest to drużyna, która na tych mistrzostwach prezentuje dobrą formę, a na boisku zabraknie, z powodu żółtych kartek, Gattuso i Pirlo. Dlatego według dziennika trudno snuć jakiekolwiek prognozy, zwłaszcza że Włosi są jednak "mniej zdeterminowani niż dwa lata temu" i "bardziej zagubieni".

"La Repubblica" nie ma wątpliwości: dziękować należy nie tylko swojej reprezentacji, ale także Holandii za to, że pokonała Rumunię. Sprawozdawca rzymskiej gazety podkreśla, iż Włosi wciąż nie grają jeszcze tak, jak na mistrzów świata przystało. Na szczęście jednak marzyć można dalej - ocenia przypominając: "przyzwyczajeni do czarnych chmur z każdej strony baliśmy się, że wrócimy do domu, a tymczasem bez żadnych sztuczek idziemy naprzód".

"Włochy - dodaje dziennik - nie zasługiwałyby na tak szybkie zejście ze sceny". Na szczęście Włosi "ocalili twarz", choć nie popisali się nadzwyczajną grą. "Koszmar zniknął" - podsumowuje "La Repubblica" ogłaszając koniec cierpień kibiców w pierwszej fazie rozgrywek.

"To mógł być wieczór czarownic i pożegnanie z mistrzostwami, ale Włochy trenera Donadoniego w meczu z Francją zaprezentowały niezły wyczyn, a francuskie czarownice Domenecha pojechały do domu" - pisze "Il Giornale". Zauważa, że potwierdziły się zapewnienia bramkarza Gianluigiego Buffona, który mówił przed meczem: "Włochy nam podziękują".

W opinii dziennika włoska reprezentacja "uratowała się z jednych z najpoważniejszych opałów w ostatnich latach", także dzięki "uczciwości Holandii", która w czystej grze pokonała Rumunię.

"Prawdę mówiąc Francuzi pozostali w szatni" - sarkastycznie odnotowuje turyńska gazeta podsumowując grę rywali.

"La Stampa" ogłasza: "Cud. Nie przychodzi do głowy żadne inne słowo. My idziemy naprzód, Francja do domu, Rumuni również". "Wstańmy wszyscy przed nowym symbolem sportowej lojalności: Holandii" - apeluje. "To była noc, którą nie wiadomo jak długo będziemy nosić w sercu".

"O piłce nożnej opowiada się zawsze od końca. A jeśli ma się Buffona w bramce, koniec czasem zbiega się z finałem" - pisze gazeta pełna nadziei na szczęśliwe zakończenie pechowo rozpoczętych mistrzostw.

Błędy Beenhakkera

Rafał Stec
2008-06-18, ostatnia aktualizacja 2008-06-18 08:11
Zobacz powiększenie
Leo Beenhakker
Fot. Kuba Atys / AG

Dziesiątki nazwisk podsuwali reprezentacji Polski znawcy futbolu. A im więcej ich podsuwali, tym bardziej nie nadawały się one na mistrzostwa Europy. Leo Beenhakker miał marne szanse na sukces. Nawet gdyby nie popełnił błędów. A popełnił

SERWISY
Gdyby Beenhakker odszedł...

Jedna z szeroko rozpowszechnionych prawd czyni napastnika niewolnikiem całej reszty drużyny. Pozostaje on ponoć nieuleczalnie uzależniony od podań, bez nich niknie, od siebie nie da drużynie nic, jeśli najpierw sam czegoś nie dostanie.

Nawet pobieżne spoglądanie na boiska Euro 2008 rodzi refleksję odmienną. To drużyna - przynajmniej każda grająca najmodniejszym dziś systemem z jednym snajperem - zależy od napastnika. Od jego ruchliwości, aktywności, nieustającego nękania obrońców i oswobadzania się z ich opieki. Od uporczywej gry bez piłki, by ułatwić jej podanie, od zapału do pracy w obronie, by już na tyłach wroga podkopywać jego ofensywne zapędy. A nade wszystko - od umiejętności gry plecami do bramki i utrzymania piłki tak długo, aż podejdą partnerzy i będzie mógł ją odegrać na flanki etc. Słowem, wzbogacającej warianty ataku. Brak spełniającego powyższe warunki napastnika z klasą drużynę okalecza, czyniąc ją na wpół sparaliżowaną, zdolną co najwyżej do okazjonalnego zagrażania bramce przeciwnika.

Roger wrócił do Polski - pod eskortą kibiców

Polski futbol nie ma żadnego napastnika

Polski futbol go nie wynalazł. Na Euro 2008 przekonaliśmy się, dlaczego Leo Beenhakker desperacko wyciągał za uszy Radosława Matusiaka, dlaczego wciąż w niego wierzył, gdy nikt inny już nie wierzył, i zrezygnował z niego dopiero tuż przed turniejem. Tylko Matusiak - w swoim szczytowym momencie - odpowiadał stylem gry przedstawionemu modelowi. Niestety, okazał się nosicielem choroby trawiącej nawet najlepszych polskich piłkarzy. Wzlatywał epizodycznie. A kiedy musiał podołać poważniejszemu wyzwaniu międzynarodowemu, poniósł klęskę.

Wszyscy inni napastnicy, co do jednego, też ją ponosili. Smolarek w lidze hiszpańskiej strzelał gole wyłącznie słabym i w Santander już go nie chcą. Żurawski wyglądał w Lidze Mistrzów jak przeniesiony z gimnazjalnej klasy wyrównawczej na Oxford. Saganowski w ostatniej chwili uratował się przed spadkiem do trzeciej ligi. Gdy Rasiak rzadko wchodził na boisko angielskiej Premiership, to poruszał się, jakby miał łydki obwieszone workami z piaskiem i zdawał się zdezorientowany, że tak wiele się wokół niego dzieje. Wichniarek zajął jedno z ostatnich miejsc w klasyfikacji "Kickera" oceniającego piłkarzy Bundesligi i również nie strzelił gola nikomu z czołówki. Beznadzieja.

Listę można wydłużać w nieskończoność. Reprezentacji proponowano tłum snajperów, co zrozumiałe - wszyscy grają na zbliżonym poziomie, żaden nie zdobywa bramek w meczach z mocnymi przeciwnikami, żaden prawdopodobnie nie nadawałby się na Euro. Tytuł króla strzelców polskiej ligi jest rekomendacją marną, zdobywali go nawet Stanko Svitlica czy Grzegorz Piechna, którzy w piłkę grać nie umieją. Jeśli definicję napastnika odrobinę zaostrzyć, by dorastała do średnich kryteriów europejskich, zostanie nam jeden wniosek: nasz futbol nie wychował ani jednego. Beenhakker powinien dokonać kopernikańskiego przewrotu i opracować taktykę, w której jest zbędny.

Luk znaleźlibyśmy więcej. Kiedy np. kilka miesięcy temu sondowaliśmy ligowych trenerów o lewonożnych lewych obrońców, potrafili wypocić ledwie trzy nazwiska. Nie nazwiska trzech klasowych graczy, lecz jedyne trzy dostępne - Gancarczyka, Sznaucnera i Lisowskiego.

Kadrowe ubóstwo i chwiejna forma piłkarzy sprawia, że selekcjoner właściwie bez przerwy miałby powody, by drużynę demontować i wymyślać od nowa. Niestety, to niemożliwe. U FIFA nie wybłagamy serii dodatkowych sparingów na prace laboratoryjne, a jakichś stałych punktów podparcia trzeba się trzymać, inaczej reprezentacja utonie w chaosie. Dotyczy to również stabilności taktycznej (najbardziej szalone idee zakładały powrót do gry z dwoma napastnikami - choć nie wystarcza nam mocy na jednego! - i tym samym radykalne osłabienie drugiej linii), dlatego nawet Rogera wprowadzał Beenhakker ostrożnie, choć jego kopnięcia wciągały grę zespołu na wyższy poziom.

Adoptowanie Brazylijczyka to największy selekcjonerski triumf trenera. Wielu krytykowało ten wybór także ze względów sportowych, widząc w nim przeciętnego ligowego kopacza. Tymczasem Roger zagrał na Euro jak wyjęty z innej cywilizacji przedstawiciel wyższego gatunku. Beenhakker znów potwierdził, że widzi więcej. I nie dał powodu sądzić, że popełnił poważne selekcyjne błędy. A jeśli popełnił drobne, to nie mogły one decydująco wpłynąć na wynik.

Polska po Euro: Załamany Boruc, lisie uśmieszki Żurawskiego i Krzynówka

Beenhakker popełnił błędy

Błędy jednak selekcjoner popełnił. Niepotrzebnie powołał do turniejowej kadry Tomasza Kuszczaka. Gdyby nie zabrał, naraziłby się na krytykę totalną, ale właśnie po to najęliśmy obcokrajowca, by niepopularne decyzje podejmował śmiało. Bramkarz Manchesteru fatalnie znosił niską rangę w reprezentacyjnej hierarchii, brzydko się z nią rozstał, a takie niuanse potrafią naruszyć morale grupy mniej wrażliwej na wstrząsy niż polska kadra.

Kompletnie zaniedbał Beenhakker stałe fragmenty gry. I przez całe eliminacje, i w Austrii jego piłkarze wręcz ostentacyjnie nie korzystali z metody na strzelanie goli niebywale dziś popularnej i skutecznej.

Nie trafił selekcjoner z nominacją na kapitana i późniejszym, odpornym na wszelkie argumenty przeciw zaufaniem do niego. Nie zdołał Macieja Żurawskiego zmotywować, jego ulubiony piłkarz zostawił wrażenie, jakby w kulminacyjnym momencie poddał się, uciekł przed wyzwaniem i porzucił kolegów. Tutaj znajduję jednak okoliczność łagodzącą - z korowodu piłkarzy równie miernych napastnik Larissy teoretycznie mógł się wybić, nawet surowy sędzia Zbigniew Boniek widział u niego wszystkie atuty potrzebne do międzynarodowej kariery, a przy kadrowej mizerocie trenerowi niełatwo rezygnować z choćby potencjalnej miniszansy. Poza tym - muszę znów to przypomnieć - nie mógł Beenhakker co rusz wstrząsać reprezentacją, okoliczności i tak zmuszały go do stałych roszad.

Najmocniej jednak Beenhakker rozczarował dwoma publicznymi wypowiedziami. Pierwszą - "cud dał nam awans" - odszedł od własnej strategii uporczywego wmawiania kadrowiczom, że stać ich na wszystko, nawet rozprawianie się z globalnymi potęgami, a przecież zdążył się zorientować, że psyche polskiego piłkarza składa się głównie z kompleksów. Drugą - o utracie wiary w awans do ćwierćfinału po remisie z Austrią - drużynę dodatkowo przydeptał, zamiast dać jej energetycznego kopa. Nazajutrz dementował własne słowa, ale nigdy się nie dowiemy, czy postawa bliższa dawnemu Leo - entuzjastycznemu, tkwiącego wiecznie po jasnej stronie księżyca - nie uratowałaby meczu z Chorwacją. Uratowałaby w tym sensie, że piłkarze wybiegli na boisko naładowani pozytywnym myśleniem i gotowością umierania za awans realny choćby iluzorycznie.

Zespół Beenhakkera gorszy od drużyna Janasa i Engela

Beenhakker powinien zostać albo znajdźmy jeszcze lepszego

Przywołuję ów ostatni mecz, bowiem wobec występu na Euro 2008 wymagania mieliśmy - o czym pisałem w "Gazecie" - skromne. Pierwsze: by ostatnie spotkanie w grupie miało stawkę wyższą niż tradycyjny bój o honor. Drugie: by reprezentacja pozostawiła dobre wrażenie.

Pierwszy cel został osiągnięty, więc mistrzostwa wypadły ciut okazalej niż mundiale w 2002 i 2006 roku. Piłkarze zaczęli turniej od twardej walki z Niemcami, których nie potrafiły pokonać najwybitniejsze generacje naszego futbolu, tymczasem ich poprzednicy narobili sobie wstydu kompromitującym stylem klęsk z Koreą Płd. i Ekwadorem. W drugim spotkaniu ludzi Beenhakkera sekundy dzieliły od zwycięstwa, no i strzelili pierwszego od 1986 roku gola w meczu wielkiego turnieju, który miał znaczenie. Buchalterzy wyrachują co prawda, że na mundialach choć raz udało się wygrać, tyle że okrajanie sportu do suchych statystyk spłyca problem. Polacy poprzednio wygrywali półsparingi, czyli spotkania o honor, w których są mistrzami świata.

Drugiego celu - pozostawienie dobrego wrażenia - nie udało się zrealizować przede wszystkim w ostatnim występie. Tutaj mój żal do Beenhakkera nie dotyczy tylko jego dołującej deklaracji - praktycznie zamykającej turniej - ale ogólnego przeświadczenia, że nie zrobił wszystkiego, by zainspirować piłkarzy do wyplucia z siebie płuc w ostatnim być może w ich karierach występie na ME. Choć, nawiasem mówiąc, ponuro i zarazem kuriozalnie brzmi wniosek, że oni sami z siebie wagi wydarzenia nie pojmowali.

Dlatego znów znajduję dla Holendra okoliczność łagodzącą: spadło na niego więcej nieszczęść niż na jakiegokolwiek selekcjonera na całym Euro 2008. W ostatniej chwili z różnych przyczyn stracił wielu kluczowych w eliminacjach zawodników (Matusiak, Błaszczykowski, Bronowicki, Żurawski), niektóre gwiazdki zgasły (Krzynówek, Smolarek), przed ostatnim meczem padł mu nawet fundament defensywy (Bąk). Aż dziwne, że ten bałagan nie skazał Polaków na klęski boleśniejsze - wielobramkowe i absolutnie bezdyskusyjne.

Dwa lata pracy Beenhakkera dają bilans pozytywny. Chyba nigdy wcześniej reprezentacja nie wygrała tak silnej grupy eliminacji do wielkiego turnieju, a na Euro poniosła porażkę planową (biorąc pod uwagę umiejętności i rynkową pozycję piłkarzy), ale niewpędzającą w czarną rozpacz - jak mundialowe demaskujące skrajną niekompetencję Engela i Janasa. Przyszłość pozostaje niepewna, bowiem od dawna każde kolejne pokolenie naszych futbolistów - pozbawione edukacji na wysokim poziomie - jest słabsze od poprzedniego. O dymisji Holendra byłby sens poważnie rozmawiać, gdybyśmy mieli pieniądze na obcokrajowca z najwyższej półki (musiałby od zera poznawać piłkarzy). I gdybyśmy go namówili.

Polskich pretendentów brak. Starsi zostali wypchnięci już nawet z Orange Ekstraklasy, młodsi (Skorża, Urban, Michniewicz) ledwie liznęli fachu. Zanim położą ręce na reprezentacji, niech awansują do Ligi Mistrzów. Nie udało się od 12 lat i to m.in. dlatego na mistrzostwa Europy Beenhakker mógł wyszukać ledwie kilku piłkarzy choć trochę przywykłych do gry w prawdziwy, nowoczesny futbol, którego w Polsce już dawno się nie uprawia.

Leo wyrzucił z kadry indywidualności

Błędy Beenhakkera:

1. Naruszył wiarę piłkarzy, mówiąc najpierw, że to "cud dał nam awans", a po remisie z Austrią, że nie mamy już szans

2. Kompletnie zaniedbał stałe fragmenty gry

3. Nie trafił z nominacją Żurawskiego na kapitana

4. Powołał Kuszczaka, którego postawa mogła naruszyć morale grupy