wtorek, 11 marca 2008

Zlicytowane mieszkanie trafi do majątku wspólnoty

Status wspólnoty mieszkaniowej  (Rozmiar: 46269 bajtów)
Status wspólnoty mieszkaniowej
  • Sąd Najwyższy interpretuje przepisy ustawy o własności lokali
  • Wspólnota mieszkaniowa może posiadać odrębny majątek
  • Zarządcy wskazują na problem rozliczania majątku wspólnoty

Gazeta Prawna dotarła do uzasadnienia uchwały Sądu Najwyższego z 21 grudnia 2007 r. (III CZP 65/07), w której sąd stwierdził, że wspólnota mieszkaniowa, działając w ramach przyznania jej zdolności prawnej, może nabywać prawa i obowiązki do własnego majątku.

- To przełomowe orzeczenie, gdyż Sąd Najwyższy nadał mu moc zasady prawnej. Sądy będą musiały je uwzględnić - tłumaczy Roman Dziczek, sędzia sądu apelacyjnego w Warszawie.

Dotychczas w sprawie podmiotowości prawnej wspólnoty i posiadania przez nią odrębnego majątku pojawiały się sprzeczne stanowiska - zarówno w publikacjach naukowych, jak i w orzeczeniach sądów. Pole do interpretacji pozostawia nieprecyzyjna ustawa o własności lokali z 1994 roku (dalej u.w.l.).

Podmiot prawa

Sąd Najwyższy w uchwale z 21 grudnia 2007 r. stwierdził, że wspólnota mieszkaniowa jest podmiotem prawa cywilnego (ułomną osobą prawną). I chociaż różni się od innych osób ustawowych (np. spółki jawnej) - powstaje z mocy prawa, nie podlega likwidacji - może nabywać prawa i zaciągać zobowiązania do własnego majątku. Zdaniem sądu potwierdza tę tezę fakt, że na wspólnotę została nałożona odpowiedzialność za zobowiązania dotyczące nieruchomości wspólnej. Wspólnota odpowiada bez ograniczeń, natomiast poszczególni jej członkowie - do części odpowiadającej ich udziałom we wspólnej nieruchomości.

Sąd Najwyższy stwierdził też, że zdolność prawna osoby ustawowej może zostać ograniczona tylko wyraźnym uregulowaniem ustawowym. Takie ograniczenia znajdują się w przepisach ustawy o własności lokali o zarządzaniu nieruchomością wspólną (np. art. 1 ust. 1, art. 14, art. 18, art. 22, art. 25 u.w.l.). Zdaniem SN - przepisy te pozwalają stwierdzić, że wspólnota mieszkaniowa może być podmiotem praw i obowiązków związanych z zarządzaniem (gospodarowaniem) nieruchomością wspólną.

Odrębny majątek

Przyjęcia, że wspólnota mieszkaniowa jest podmiotem stosunków cywilnoprawnych - zdaniem SN oznacza, iż może ona posiadać majątek odrębny od majątków właścicieli lokali (własny majątek). W skład tego majątku mogą jednak wejść jedynie prawa i obowiązki związane z gospodarowaniem nieruchomością wspólną.

- W praktyce oznacza to, że jeśli dojdzie do skutecznego nabycia nieruchomości przez wspólnotę, np. zadłużonego lokalu w drodze postępowania egzekucyjnego, to wspólnota będzie ujawniona w dziale drugim księgi wieczystej - wyjaśnia sędzia Roman Dziczek.

Artur Fadrowski - członek Polskiego Stowarzyszenia Zarządców nieruchomości - zwraca uwagę na problemy, jakie mogą pojawić się w rozliczeniach między zbywcą a nabywcą lokalu. Jak dokonać rozliczeń lokalu, którego właścicielem jest wspólnota - pyta Artur Fadrowski.

Uprawnienia zarządu

Dotąd odmiennie interpretowane były przepisy dotyczące kompetencji zarządu wspólnoty.

- Jeden z warszawskich sądów rejonowych nie uznawał zarządu w trybie art. 18 u.w.l. jako organu uprawnionego do reprezentowania wspólnoty, a w konsekwencji odrzucał na etapie wstępnym pozew - mówi adwokat Katarzyna Jachacy.

W uchwale z 21 grudnia 2007 r. SN stwierdził, że skoro wspólnota mieszkaniowa jest osobą ustawową, do której należy stosować odpowiednio przepisy dotyczące osób prawnych (art. 331 k.c.) - zarząd wspólnoty powinien być postrzegany jako odpowiednik organu osoby prawnej. Z mocy ustawy upoważniony jest więc do samodzielnego dokonywania czynności zwykłego zarządu, natomiast czynności przekraczające ten zakres mogą być podejmowane tylko na podstawie uchwały właścicieli.


Polscy muzułmanie chcą "konkordatu"

Cezary Gmyz 11-03-2008, ostatnia aktualizacja 11-03-2008 18:32

Luteranie, staroobrzędowcy i wyznawcy islamu chcą podpisać z rządem Donalda Tuska umowy podobne do konkordatu.

autor zdjęcia: Kuba Kamiński
źródło: Fotorzepa
autor zdjęcia: Kuba Kamiński
źródło: Fotorzepa

25 kwietnia minie 10 lat od wejścia w życie konkordatu, który ma charakter umowy międzynarodowej i reguluje stosunki państwa z Kościołem katolickim. Mniejszości wyznaniowe od lat zabiegają o podpisanie podobnych umów z rządem. Jak do tej pory, bezskutecznie.

Komisja konstytucyjna przygotowując ustawę zasadniczą zadbała o równouprawnienie wszystkich związków wyznaniowych, które nie mogą zawierać umów międzynarodowych. Artykuł 25 punkt 5 stanowi, że: „Stosunki między Rzecząpospolitą Polską a innymi Kościołami oraz związkami wyznaniowymi określają ustawy uchwalone na podstawie umów zawartych przez Radę Ministrów z ich właściwymi przedstawicielami“. W praktyce jest to jednak przepis martwy, bo w ciągu 11 lat obowiązywania konstytucji nie podpisano żadnej takiej umowy będącej odpowiednikiem konkordatu. Posiadaniem takiej umowy zainteresowani są m.in. polscy luteranie.

– W naszym Kościele powstała komisja, która zajmuje się przygotowaniem takiej umowy. Niestety ze strony rządowej w minionych latach nie było widać zainteresowania jej podpisaniem – mówi biskup Ryszard Borski z Kościoła ewangelicko-augsburskiego. Jego zdaniem podpisanie takiej umowy zabezpieczyłoby interesy luteran w podobny sposób jak katolików. Biskup Borski przyznaje, że obecnie obowiązująca ustawa o stosunku państwa do Kościoła ewangelickiego jest przestrzegana. – Nigdy nie wiadomo jednak, co może zdarzyć się w przyszłości. Dokument podobny do konkordatu znacznie lepiej zabezpieczałby nasze prawa – uważa luterański biskup.

Sytuacja luteran i innych związków wyznaniowych, których działalność regulują ustawy uchwalone w latach 90., jest i tak lepsza niż tych wyznań, które działają na podstawie uregulowań przedwojennych. Na przykład Muzułmański Związek Religijny działa opierając się na ustawie z roku 1936. Z tego powodu jest przypuszczalnie jedynym związkiem wyznaniowym, który ma ustawowy obowiązek zanoszenia modłów w intencji rządu i prezydenta.

– Przecież to absurd niemający nic wspólnego z zasadą państwa świeckiego zapisaną w konstytucji – mówi dr Paweł Borecki, specjalista od prawa wyznaniowego z Uniwersytetu Warszawskiego. Napisał on dla polskich wyznawców islamu projekt umowy będącej odpowiednikiem konkordatu oraz ustawy, która powinna być uchwalona na podstawie tej umowy. – Za czasów rządów Jarosława Kaczyńskiego nie było żadnego zainteresowania podpisaniem takiej umowy. Jednak do tej sprawy powinno się wrócić jak najszybciej – mówi Borecki. Twierdzi, że gdyby rząd w dalszym ciągu zwlekał z negocjacjami, można byłoby go zaskarżyć do Naczelnego Sądu Administracyjnego o bezczynność.

Zdaniem posła Eugeniusza Czykwina, który jest wyznania prawosławnego, polskie władze lekceważą mniejszości wyznaniowe. – Zarówno muzułmanie, jak i staroobrzędowcy mają pełne prawo do umów i ustaw przewidzianych przez konstytucję – mówi „Rz“. Twierdzi, że to niejedyny przykład dyskryminacji mniejszości wyznaniowych.

– Ustawa o stosunku państwa do Kościoła prawosławnego przewidywała uchwalenie prawa, które ureguluje wreszcie kwestie własnościowe cerkwi pounickich użytkowanych obecnie przez prawosławnych. – Od lat jednak nic się w tej sprawie nie dzieje – mówi Czykwin.

Źródło : Rzeczpospolita

Kwaśniewski europosłem?

Karol Manys 11-03-2008, ostatnia aktualizacja 11-03-2008 11:20

Oprócz byłego prezydenta o mandat w Brukseli chce walczyć były wicepremier Andrzej Lepper

autor zdjęcia: Robert Gardziński
źródło: Fotorzepa
źródło: Rzeczpospolita

Choć nie wiadomo jeszcze, kiedy dokładnie odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego i na jakich zasadach będziemy wybierać europosłów, partie zaczęły już przygotowania. Kto chce bowiem zgarnąć najwięcej z 54 miejsc przyznanych Polakom w głosowaniu, które prawdopodobnie odbędzie się w połowie przyszłego roku, już musi się zastanawiać nad strategią. Wiele zależy od tego, kto znajdzie się na wyborczych listach. Politycy nie chcą na razie wymieniać nazwisk kandydatów, ale wiadomo, że wstępne przymiarki trwają.

– Na razie myślimy jedynie o procedurze wyboru kandydatów – mówi Grzegorz Dolniak, wiceszef Klubu PO. Partia Tuska proponuje poważne zmiany w europejskiej ordynacji wyborczej, m.in. wprowadzenie jednego okręgu wyborczego w całym kraju.

Nieoficjalnie wiadomo jednak, że na miejsca na liście PO mogą liczyć np. minister nauki Barbara Kudrycka czy szef MON Bogdan Klich, którzy do rządu przyszli właśnie z PE. Obietnicę taką miał im złożyć Donald Tusk, co oni traktują zresztą jak polisę ubezpieczeniową na wypadek, gdyby ich misja w gabinecie miała się zakończyć niepowodzeniem. Możliwe, że gdy przejdą propozycje PO zmian w ordynacji, liderem listy zostanie były premier Jerzy Buzek.

Lewica na taki wypadek skorzysta z byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. – Dla nikogo nie jest tajemnicą, że taki lider może mocno pociągnąć listę w górę – przyznaje jeden z polityków lewicy. Dodaje jednak, że o innych kandydaturach na razie trudno mówić. Głównie ze względu na niepewną przyszłość demokratów w LiD. – Przygotowania zaczęliśmy, bo dla nas te wybory będą bardzo ważne. Wprowadzaliśmy Polskę do UE i zależy nam na jak najlepszym wyniku – mówi tylko Grzegorz Napieralski, sekretarz generalny SLD.

Również w partii Jarosława Kaczyńskiego coraz więcej osób rozważa start do PE. Tygodnik „Wprost” informuje, że myślą o tym m.in. były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro i były szef MON Aleksander Szczygło. – Na konkretne deklaracje za wcześnie, ale w polityce nigdy nie mówi się „nigdy” – komentuje Szczygło, choć dodaje, że on raczej się nie zdecyduje. Ziobro pytany o start do PE takiej opcji nie wykluczył.

Eurowybory mogą się okazać ostatnią deską ratunku dla tych, którzy wypadli za sejmową burtę. Przygotowuje się do nich były minister rolnictwa. – Andrzej Lepper wystartuje na pewno – mówi Mateusz Piskorski, rzecznik Samoobrony.

Planów takich nie ukrywa też były marszałek Sejmu Marek Jurek, który odszedł z PiS i do tej pory bez większego powodzenia buduje Prawicę Rzeczpospolitej.

– To ostatni dzwonek na rozpoczęcie przygotowań – przyznaje Eryk Mistewicz, konsultant polityczny. – Zarówno dla ugrupowań, jak i dla konkretnych kandydatów. Kilkanaście miesięcy to minimalny czas potrzebny na wykreowanie odpowiedniego wizerunku, który będzie niezbędny w przyszłorocznej kampanii – zaznacza. Również inni specjaliści od marketingu politycznego przyznają: rok to okres, w którym trzeba już mieć gotowe plany, by osiągnąć sukces.

Miejsce w Parlamencie Europejskim to duży awans

Zdobycie mandatu eurodeputowanego daje nie tylko prestiż i możliwość wejścia na europejskie salony. Dla polskich polityków to też awans finansowy. Zarobki polskich europosłów już teraz są kilkakrotnie wyższe niż uposażenia ich kolegów w kraju. Podstawowa pensja deputowanego do Parlamentu Europejskiego, którą wypłaca mu polski Sejm, wynosi tyle samo co uposażenie poselskie w kraju, czyli 9,8 tys. zł brutto. Na tym jednak nie koniec. Z PE europosłowie otrzymują jeszcze zwrot kosztów przelotu do Brukseli czy Strasburga. Europejski podatnik pokrywa koszt przelotu klasą biznesową. W praktyce nasi posłowie latają jednak ekonomiczną. W Brukseli nikt w to nie wnika, więc różnicę mogą zatrzymać. Europosłowie przyznają, że można na tym zyskać nawet 4 tys. euro, czyli ok. 14 tys. zł miesięcznie. Do tego dochodzą diety – 260 euro za każdy dzień spędzony w parlamencie.

To ok. 3 – 4 tys. euro miesięcznie, czyli kolejne 10 – 14 tys. zł. Posłowie przyznają, że w sumie są w stanie oszczędzić kilka tysięcy euro miesięcznie. A od przyszłej kadencji zarobki eurodeputowanych mają wzrosnąć nawet do ok. 40 tys. zł miesięcznie. Parlament Europejski planuje bowiem ujednolicenie stawek dla europosłów z całej UE.

mns

masz pytanie, wyślij e-mail do autora

k.manys@rp.pl

Źródło : Rzeczpospolita

Kiedy nieodpłatne czynności są obciążone VAT

Władysław Varga 10-03-2008, ostatnia aktualizacja 10-03-2008 08:41

Czy przedsiębiorca przekazujący za darmo towary powinien zapłacić VAT? Urząd skarbowy może uznać, że tak, nawet gdy jest to czynność związana z działalnością. Co innego wynika z ustawy

źródło: Rzeczpospolita

Prawie każda osoba prowadząca działalność gospodarczą i funkcjonująca jako podatnik VAT kupuje towary, w cenie których płaci podatek naliczony. Podatek ten, na zasadach i z ograniczeniami określonymi w ustawie o VAT, jest odliczany od podatku należnego. Podstawowym warunkiem umożliwiającym odliczenie jest związek zakupu z czynnościami opodatkowanymi (sprzedażą).

Sytuacja zatem, kiedy następuje odliczenie od zakupu, który w ogóle albo częściowo nie służył czynnościom opodatkowanym, jest niepożądana, biorąc pod uwagę system VAT. Aby wyeliminować takie sytuacje, funkcjonuje z jednej strony mechanizm korekty odliczenia, tak aby tylko wydatki, które służyły sprzedaży opodatkowanej, mogły być w pełni odliczane. Drugim sposobem jest opodatkowanie czynności nieodpłatnych niewiążących się z prowadzonym przedsiębiorstwem (np. wydanie towarów na cele osobiste), jeśli podatnik dokonał zakupów obciążonych VAT naliczonym, który podlegał odliczeniu.

Wątpliwości w praktyce...

Rozwiązanie to wywołuje jednak w praktyce wiele wątpliwości. Oczywiste jest, że z nieodpłatną czynnością, która powinna podlegać VAT, mamy do czynienia w wypadku tak popularnego zakupu samochodu na firmę, który po miesiącu jest przekazywany członkowi rodziny właściciela przedsiębiorstwa do swobodnego korzystania bez żadnego związku z działalnością firmy. Jednak w wielu innych przypadkach opodatkowanie tzw. czynności nieodpłatnych tak oczywiste już nie jest. Czy bowiem nieodpłatny transport pracowników do siedziby przedsiębiorstwa zorganizowany przez pracodawcę powinien podlegać VAT? Czy trzeba opodatkować wydanie gadżetów w ramach programów lojalnościowych na stacjach paliw? Czy nieodpłatne przekazanie podmiotowi publicznemu wybudowanego przez sieć handlową skrzyżowania w celu umożliwienia dojazdu do supermarketu powinno być równoznaczne z koniecznością zapłaty VAT z tytułu takiej dostawy?

...rozstrzyga ustawa i sądy

Odpowiedź na te pytania nie jest oczywista, jeśli weźmiemy pod uwagę regulacje dyrektywy 2006/112 (dalej dyrektywa) stanowiącej podstawę systemu VAT w całej UE oraz orzecznictwo Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. W tym wypadku korzystniejsza dla podatników jest polska ustawa o VAT. W świetle jej przepisów, jak również orzecznictwa polskich sądów administracyjnych odpowiedź na postawione wyżej pytania musi być przecząca. Od czynności tych nie powinno być VAT.

Co mówią przepisy

Art. 7 ust. 2 ustawy o VAT mówi, że przez odpłatną (a więc opodatkowaną) dostawę towarów rozumie się również przekazanie przez podatnika towarów należących do jego przedsiębiorstwa na cele inne niż związane z prowadzonym przez niego przedsiębiorstwem, w szczególności przekazanie lub zużycie towarów na cele osobiste podatnika lub jego pracowników (byłych pracowników, wspólników itd.), a także wszelkie inne przekazanie towarów bez wynagrodzenia, w szczególności darowizny – jeżeli podatnikowi przysługiwało prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego od tych czynności, w całości lub w części.

Z kolei w myśl art. 8 ust. 2 nieodpłatne świadczenie usług niebędące dostawą towarów na cele osobiste podatnika lub jego pracowników (byłych pracowników, wspólników itd.) oraz wszelkie inne nieodpłatne świadczenie usług, jeżeli nie są one związane z prowadzeniem przedsiębiorstwa a podatnikowi przysługiwało prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego przy nabyciu towarów i usług związanych z tymi usługami, w całości lub w części, traktuje się jak odpłatne świadczenie usług.

Dwie przesłanki

Można zatem wskazać na dwie podstawowe przesłanki opodatkowania nieodpłatnych czynności. Po pierwsze – świadczenie na cele niezwiązane z prowadzeniem przedsiębiorstwa. Po drugie – istnienie przy zakupie prawa do odliczenia podatku naliczonego.

Z pierwszej z nich wynika – zarówno zdaniem podatników, jak i większości doktryny – że opodatkowane VAT mogą być jedynie te nieodpłatne wydania, co do których w sposób niewątpliwy można stwierdzić, że nie mają wpływu na funkcjonowanie przedsiębiorstwa i sprzedaż objętą VAT (oczywiście po spełnieniu również przesłanki drugiej, tj. istnienia prawa do odliczenia przy zakupie). Tym samym nieodpłatny transport pracowników do siedziby firmy, wydanie gadżetów w ramach systemów punktowych na stacjach paliw czy nieodpłatne przekazanie wybudowanego przez sieć handlową skrzyżowania, jako związane z prowadzeniem przedsiębiorstwa, nie powinny być opodatkowane.

Stanowisko fiskusa

Innego zdania są jednak organy podatkowe i niektórzy doradcy podatkowi. Twierdzą, że przesłanka związku z przedsiębiorstwem istnieje w ustawie tylko pro forma i nie ma znaczenia normatywnego. W świetle bowiem wykładni prowspólnotowej oraz art. 7 ust. 3 ustawy o VAT (który mówi o wyjątkach w postaci drukowanych materiałów reklamowych i informacyjnych, prezentów o małej wartości i próbek) wydania nieodpłatne powinny – co do zasady – podlegać opodatkowaniu. Skoro w art. 7 ust. 3 ustawy o VAT wyłączono z opodatkowania materiały reklamowe i informacyjne, prezenty o małej wartości i próbki, których wydanie co do zasady jest związane z prowadzonym przedsiębiorstwem, a jednocześnie ustawodawca nie mógł wyłączać z opodatkowania czegoś co i tak nie jest opodatkowane, to należy wnioskować, że nieodpłatne wydania nie są związane z prowadzeniem przedsiębiorstwa i podlegają VAT. Innymi słowy ustawodawca wcale nie chciał zapisać w art. 7 ust. 2 ustawy, że istotny jest związek z przedsiębiorstwem – jest to tylko legislacyjny lapsus, który można usunąć, odwołując się do dyrektywy oraz zasady racjonalności ustawodawcy.

Wykładnia zalecana, choć czasem zbędna

Interpretacja urzędów skarbowych jest w pewnym sensie zrozumiała. Strzegą dochodów budżetowych. Dziwią jednak wypowiedzi niektórych doradców podatkowych. Przypomnijmy zatem: wykładnia prowspólnotowa jest oczywiście zalecana, ale nie w sytuacjach, kiedy przepis jest korzystny dla podatników i językowo jasny, a z takim wypadkiem mamy właśnie do czynienia. Ewentualne niezgodności polskiej ustawy w porównaniu z tekstem dyrektywy obciążają jedynie ustawodawcę. Nie mogą natomiast być punktem wyjścia do wyciągania konsekwencji wobec podatników, którzy kierowali się treścią ustawy. Niezależnie od tego wykładnia pomijająca przesłankę związku z prowadzonym przedsiębiorstwem zawarta w art. 7 ust. 2 ustawy o VAT jest sprzeczna z zasadą per non est, a więc z tym że nie wolno interpretować przepisów w taki sposób, by któryś ich fragment okazał się zbędny.

Co się tyczy zasady racjonalnego ustawodawcy, to warto zauważyć, że art. 7 ust. 3 ustawy wcale nie jest sprzeczny z art. 7 ust. 2. Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, w której np. prezenty o małej wartości będą wręczane w sposób całkowicie pozbawiony związku z prowadzonym przedsiębiorstwem. Tym samym regulacja zawarta w art. 7 ust. 3 wcale nie wyłącza z opodatkowania czegoś, co i tak w świetle art. 7 ust. 2 temu opodatkowaniu by nie podlegało. Przeciwnie – racjonalny ustawodawca, chcąc uniknąć prowadzenia przez podatników z organami skarbowymi sporów co do tego, czy dany prezent lub próbka były, czy nie były związane z prowadzeniem przedsiębiorstwa, uznał, że wydania te są poza zakresem opodatkowania i to niezależnie od tego, czy wiążą się z prowadzonym przedsiębiorstwem, czy nie. Takie rozwiązanie należy uznać za racjonalne i w świetle zasady ekonomii postępowania uzasadnione.

Odliczasz, zapłacisz

Opodatkowanie VAT świadczeń nieodpłatnych może nastąpić tylko, gdy nie mają one związku z prowadzonym przedsiębiorstwem (np. są przekazywane na cele osobiste podatnika) i dodatkowo przysługiwało prawo do odliczenia podatku naliczonego związanego z zakupem danego składnika majątkowego wykorzystanego do nieodpłatnego świadczenia. Wynika to z jasnego brzmienia ustawy o VAT. Zgadzają się z tym również sądy administracyjne.

UNIJNA DYREKTYWA NIE ROZWIĄZUJE WSZYSTKICH PROBLEMÓW

Są wątpliwości, czy VAT trzeba płacić tylko od przekazania towarów w innych celach niż prowadzona działalność, czy też od każdego nieodpłatnego ich wydania. Wątpliwości te wywołuje unijna dyrektywa

Art. 16 dyrektywy 2006/112/WE mówi, że wykorzystanie przez podatnika towarów stanowiących część majątku jego przedsiębiorstwa do celów prywatnych lub jego pracowników, jeśli przekazuje je nieodpłatnie lub, w ujęciu ogólnym, gdy przeznacza do celów innych niż prowadzona przez niego działalność (a VAT od tych towarów lub ich części podlegał w całości lub w części odliczeniu), jest odpłatną dostawą towarów. Problem z tym przepisem, podobnie zresztą jak poprzednio obowiązującą VI dyrektywą Rady UE (77/388/EEC – dalej szósta dyrektywa), polega na tym, że nie wynika z niego jasno, czy za odpłatną (a tym samym opodatkowaną) dostawę towarów uważa się tylko wydanie towarów przeznaczone dla celów innych niż prowadzona działalność (w ujęciu ogólnym), czy też każde nieodpłatne ich wydanie, jeśli wcześniej istniało w stosunku do nich prawo do odliczenia.

Spory z urzędnikami...

O ile na podstawie oficjalnego polskiego tekstu można byłoby jeszcze bronić pierwszego podejścia, o tyle angielskie brzmienie dyrektywy i przyjęta interpretacja jej treści sugeruje raczej drugie rozumienie. Problemy związane z interpretacją wspomnianego przepisu (a właściwie jego poprzednika, art. 5 (6) szóstej dyrektywy) prowadziły w przeszłości do wielu sporów pomiędzy podatnikami VAT z krajów członkowskich oraz ich lokalnymi organami podatkowymi. Niektóre z nich kończyły się przed sądami, które czasami decydowały się skierować pytanie prejudycjalne do ETS. Ciekawa jest zwłaszcza jedna sprawa rozstrzygnięta przez Trybunał. Często powołują się na nią polskie organy podatkowe. Mowa o sprawie C-48/97 (Kuwait Petroleum).

...kończą się przed ETS

Dotyczyła ona programu lojalnościowego, w ramach którego sieć stacji paliw przyznawała kupony klientom kupującym paliwo. Podobny schemat (tylko oparty na gromadzonych punktach, a nie kuponach) jest stosowany również przez sieci stacji paliw na polskim rynku. Punkty (lub kupony) są przyznawane za nabycie określonej ilości paliwa. Jednocześnie klienci mają prawo do wymiany zgromadzonych punktów (kuponów) na towary określone w specjalnym katalogu. Kuwait Petroleum twierdziła przed ETS, że wydanie towarów nie powinno podlegać VAT, ponieważ w istocie nie było nieodpłatne – wartość wydawanych towarów z ekonomicznego punktu widzenia była ujęta w cenie paliwa. ETS był jednak innego zdania. Stwierdził, że wydania następowały nieodpłatnie i w świetle przepisów szóstej dyrektywy powinny być opodatkowane VAT. Do takich wniosków skłoniło ETS to, że cena nabycia paliwa była taka sama, niezależnie od tego, czy klient zdecydował się odebrać kupony i towar za nie wydawany, czy nie. Dodatkowo towary wydawane przez Kuwait Petroleum były przez samą sieć określane jako podarunki.

Dyskusyjne orzeczenie...

Wyrok ten pokazuje, że na podstawie nie do końca precyzyjnych przepisów dyrektywy nawet ETS może wydawać orzeczenia wątpliwe z punktu widzenia zasad VAT i racjonalności ekonomicznej. W sprawie Kuwait Petroleum nie dochodziło do żadnych wydań na cele osobiste, które groziłyby niezasadnym odliczeniem podatku naliczonego. Zresztą wydania miały ścisły związek ze sprzedażą opodatkowaną i prowadzonym przedsiębiorstwem (tym samym na gruncie polskich przepisów nie mogłyby zostać uznane za opodatkowane). Sprzeczność z racjonalnością ekonomiczną polega tutaj na obciążeniu VAT czynności dodatkowej, niezależnie od opodatkowania głównej sprzedaży (paliwa).

Na podobnej zasadzie można byłoby rozważać obciążenie VAT nieodpłatnego wydawania na stacji paliw ochronnych rękawic foliowych (pomijając kwestię wyłączenia dla tzw. prezentów o małej wartości; chodzi o rozstrzygnięcie, czy dana czynność jest, czy nie jest opodatkowana, a nie czy może być wyłączona z mocy przepisu szczególnego).

Podobnie jest z nieodpłatną usługą polegającą na możliwości skorzystania z kompresora albo miejsca parkingowego. Za te usługi również nie jest pobierana należność. Nie wpływają one na cenę paliwa (niezależnie czy klient z nich skorzysta, czy nie, cena jest ta sama).

Nie ogranicza się to tylko do stacji paliw. Podobnie jest z parkingiem w galerii handlowej, pakietem ubezpieczeniowym czy oponami zimowymi dodawanymi do nowego samochodu gratis, darmowymi gadżetami od sieci komórkowej przy podpisaniu umowy czy darmowym transportem nabytych towarów do siedziby kupującego. Są to przykłady świadczeń, które – podążając tokiem myślenia ETS w sprawie Kuwait Petroleum oraz podejściem brytyjskich organów skarbowych – powinny podlegać niezależnemu opodatkowaniu, dodatkowo i odrębnie od świadczenia głównego. Podejście to jest ekonomicznie i podatkowo nieracjonalne, ale niestety wcale nierzadkie również w praktyce polskich organów podatkowych.

...z wątpliwymi argumentami

Trudno zrozumieć również argumenty ETS, że sama sieć nazywała towary wydawane w ramach programu lojalnościowego podarunkami. Przypadki, kiedy sprzedawca określa np. dodawane do zestawów elementy jako upominki, są częste w obrocie gospodarczym. Dziesiąte mycie samochodu gratis, trzecie opakowanie towaru za darmo, sprzęty gospodarstwa domowego jako upominek lub premia do większego zakupu – sytuacje te zna niemal każdy konsument. Jeśli jest racjonalny, zdaje sobie sprawę, że został obdarowany nie z czystej sympatii i nie tak całkowicie za darmo, ale dlatego że dokonał wcześniej danego zakupu. ETS w omawianym wyroku wydaje się nie zdawać sobie z tego sprawy i obstaje przy nieodpłatnym charakterze przekazań. W Polsce, na podstawie obowiązujących przepisów, ich opodatkowanie byłoby niemożliwe. Świadczy o tym wprost brzmienie przepisów ustawy o VAT, choć nie zawsze zgadzają się z tym urzędy skarbowe.

Ustawa o VAT i przepisy europejskie

Przepisy ustawy o VAT w odniesieniu do nieodpłatnego przekazania towarów nie są do końca zgodne z dyrektywą (choć opierając się na jej oficjalnym tłumaczeniu, niezgodność ta nie jest oczywista). Nie oznacza to jednak, że są złe. Zastosowanie w ustawie przesłanki związku z przedsiębiorstwem, która warunkuje opodatkowanie, może czasami prowadzić do sporów interpretacyjnych ze względu na jej nieostrość. Jest ona jednak racjonalna z ekonomicznego punktu widzenia i wiążąca – z punktu widzenia porządku prawnego – dla organów podatkowych, które nie mogą odwoływać się do dyrektywy po to, by ustalać obowiązki podatkowe po stronie polskich podatników z pominięciem ustawy o VAT. Treść art. 7 ust. 2 i ust. 3 oraz art. 8 ust. 2 ustawy o VAT jest jasna, co potwierdzają orzeczenia sądów. Tylko zatem nieodpłatne czynności niezwiązane z prowadzeniem przedsiębiorstwa mogą podlegać opodatkowaniu.

SĄDY WIDZĄ ZWIĄZEK PREZENTÓW Z DZIAŁALNOŚCIĄ

Wojewódzkie sądy administracyjne coraz częściej wydają wyroki dotyczące opodatkowania VAT czynności nieodpłatnych i coraz częściej przyznają rację podatnikom

Jednym z ciekawszych jest wyrok WSA w Warszawie z 17 sierpnia 2007 r. (III SA/Wa 984/07). W sprawie chodziło o to, czy ewidencjonować za pomocą kas rejestrujących wydania towarów w związku z programem lojalnościowym. Fiskus twierdził, że tak. Innego zdania był podatnik. Sprawa trafiła więc do WSA. Pełnomocnik podatnika uważał, że od 1 czerwca 2005 r. nie można przyjąć, iż ustawa o VAT uznaje nieodpłatne przekazanie towarów na cele związane z prowadzonym przedsiębiorstwem za czynności podlegające opodatkowaniu.

VAT nie trzeba płacić

Sąd zgodził się z tym poglądem i stwierdził, że wydania w ramach programu lojalnościowego, jako związane ściśle z prowadzonym przedsiębiorstwem, nie mogą podlegać VAT. Zdaniem sądu art. 7 ust. 2 ustawy o VAT jednoznacznie nawiązuje do przekazania „na cele inne niż związane z prowadzonym przez podatnika przedsiębiorstwem”. Wbrew temu co twierdził organ podatkowy drugiej instancji, literalna wykładnia art. 7 ust. 2 nie sprawia, że ust. 3 tego przepisu powoduje wyłączenie z zakresu opodatkowania czynności, które nie są opodatkowane. Nie można bowiem zgodzić się z twierdzeniami organu podatkowego, jakoby przekazanie drukowanych materiałów reklamowych lub próbek towarów zawsze realizowało cele związane z prowadzonym przez podatnika przedsiębiorstwem. Podatnik może przecież przekazać nieodpłatnie taki towar drugiemu podmiotowi np. do utylizacji czy innego wykorzystania z uwagi na zdezaktualizowanie się danych reklamowych lub informacyjnych. W takiej sytuacji czynność przekazania towaru nie realizuje celu reprezentacji lub reklamy, a więc związanego z prowadzeniem przedsiębiorstwa. Podobnie prezenty mogą mieć dwojaki cel, co dostrzegł zresztą organ odwoławczy, wskazując na okoliczność, że zazwyczaj przekazanie prezentów jest związane z działalnością przedsiębiorstwa.

Dyrektywa nie pomoże

Podobnie stwierdził WSA we Wrocławiu w wyroku z 3 kwietnia 2007 r. (I SA/Wr 152/07). W sprawie chodziło o przekazywanie nagród rzeczowych abonentom w ramach programu partnerskiego. Warunkiem otrzymania nagrody lub rabatu było zgromadzenie określonej liczby punktów. Sąd stwierdził, że takie wydanie nagród nie podlega VAT. W uzasadnieniu czytamy: „(…) analiza porównawcza art. 7 ust. 2 ustawy o VAT oraz art. 5 (6) VI dyrektywy prowadzi do wniosku, że przepisy polskiej ustawy są bardziej liberalne, ponieważ nie traktują nieodpłatnego przekazania towarów na cele związane z prowadzonym przedsiębiorstwem jako opodatkowanej dostawy. Gdy tymczasem sięgając wprost do dyrektywy, czynność taką należałoby opodatkować. Jednak w sytuacji konfliktu między podatnikiem a polskim organem prawo do odwołania się do postanowień dyrektywy ma wyłącznie podatnik, a nie państwo. Państwo bowiem jest zobowiązane do zapewnienia wykonania zobowiązań wynikających z regulacji wspólnotowych, a jeżeli zrobiło to nieprecyzyjnie, nie może obciążać konsekwencjami podatnika. (…) Brzmienie literalne art. 7 ust. 2 i 3 ustawy VAT od 1 czerwca 2005 r. nie daje żadnych możliwości wywiedzenia z niego, ze nieodpłatne przekazanie przez podatnika towarów na cele związane z prowadzonym przez niego przedsiębiorstwem podlega opodatkowaniu VAT, jako zrównane z odpłatną dostawą towarów. (...) Organy nie mogą domagać się opodatkowania tych czynności w oparciu o przepis dyrektywy. Ani treść dyrektywy, ani orzeczeń wydanych na jej podstawie nie może stanowić argumentu przemawiającego za rozszerzeniem obowiązku podatkowego podatnika wynikającego z prawa krajowego”.

Podatnicy też się mylą

Do takich samych wniosków doszedł WSA w Warszawie w wyroku z 30 października 2007 r. (III SA/Wa 599/07). Wyrok ten jest o tyle ciekawy, że to podatnik argumentował, iż nieodpłatne wydanie powinno podlegać opodatkowaniu. Sąd nie zgodził się jednak z tym i orzekł, że wydanie było związane z prowadzonym przedsiębiorstwem. Tym samym nie powinno podlegać opodatkowaniu.

Przepisy są jednoznaczne

Ostatnio również WSA w Rzeszowie stwierdził, że nieodpłatne wydanie towarów na cele związane z prowadzonym przedsiębiorstwem nie podlega opodatkowaniu VAT (wyrok z 14 lutego 2008 r., I SA/Rz 875/ 07). Sąd nie zgodził się z organami podatkowymi, które twierdziły, że ust. 2 art. 7 dotyczy także przekazania towarów na cele związane z prowadzonym przedsiębiorstwem. Stwierdzenie takie – zdaniem sądu – jest sprzeczne z literalnym brzmieniem art. 7 ust. 2, który jednoznacznie nawiązuje do przekazania na cele inne niż związane z prowadzonym przedsiębiorstwem. Dodatkowo analiza treści art. 7 ust. 2 i 3 ustawy o VAT, w brzmieniu obowiązującym od 1 czerwca 2005 r., nie pozwala na przyjęcie, że za odpłatną dostawę towarów należy uznawać także przekazanie towarów bez wynagrodzenia na cele związane z prowadzonym przez podatnika przedsiębiorstwem. Brak w przepisach podstawy prawnej dla opodatkowania takiej darowizny na cele związane z działalnością przedsiębiorstwa oznacza, że pozostaje ona poza zakresem opodatkowania.

Autor jest doradcą podatkowym, partnerem w Taxpoint

Źródło : Rzeczpospolita

Prawdziwe życie fałszerza

Thorsten Schmitz/10.03.2008 07:00
Abraham Sonnenfeld przeżył pobyt w Sachsenhausen i Ebensee
Dla niego uhonorowany Oscarem film o żydowskich fałszerzach w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen jest późnym zadośćuczynieniem doznanych cierpień.
Smutkiem napawa go fakt, że przez wiele lat nawet wśród swoich bliskich nie potrafił wzbudzić zainteresowania tym, jak udało mu się tego dokonać. Dwóch dorosłych synów wiedziało tylko, że ojciec zdołał się uratować, bo za czasów Trzeciej Rzeszy parał się fałszowaniem pieniędzy. Również wnuki znały "w ogólnych zarysach" jego historię, ale nie okazywały zbytniej chęci do zgłębiania szczegółów. – Wszystko jest za bardzo skomplikowane – stwierdza Sonnenfeld, wstając z różowej kanapy. W ostatnim czasie ciągle dzwoni telefon.

Obóz koncentracyjny Sachsenhausen, fot. AFP


Nagle narzekania na brak zainteresowania jego życiem ustąpiły miejsca ogromnej ciekawości. Sonnenfeld żyje w Givataim, na przedmieściach Tel Awiwu. Teraz musi przywyknąć do sytuacji, że dzieci i wnuki zadają mu pytania, wydzwaniają obcy ludzie i zapraszają go do udziału w talk-show. Wszystkiemu winien film "Fałszerze". Austriacko-niemiecka koprodukcja pojawiła się w europejskich kinach w ubiegłym roku. Film zdobył Oscara w kategorii najlepszego obrazu nieanglojęzycznego i właśnie wchodzi na ekrany izraelskich kin.

Po raz pierwszy Sonnenfeld usłyszał o nim od swojej kuzynki z Londynu. Pewnego ranka zadzwoniła podekscytowana i opowiadała o "Fałszerzach" obejrzanych poprzedniego dnia. – Abraham, musisz koniecznie zobaczyć ten film – powiedziała. – Nareszcie ktoś opowiada historię twojego życia!

Jeszcze tego samego dnia Sonnenfeld surfował w internecie poszukując DVD z nagraniem filmu. Kiedy wreszcie, po dwóch tygodniach, na niego trafił, "był tak zdenerwowany, że aż cały dygotał". Wspólnie z synami i wnukami obejrzał dzieło i spotkało się ono z wielkim odzewem rodziny. Jedna z wnuczek stwierdziła: "Dziadku, teraz nareszcie rozumiem, jak ci się udało przeżyć!". – Cóż, film jest bardziej interesujący od moich suchych opowieści – komentuje Sonnenfeld.

Sonnenfeld jest dobrze zbudowanym mężczyzną, z burzą siwych włosów mimo 82 lat na karku. Przez czterdzieści lat pracował jako inżynier oprogramowania i trudno nie zauważyć jego fascynacji techniką. Na kanapie w salonie leżą dwa laptopy, w gabinecie stoi komputer. Sonnenfeld ma dwie komórki, dwa bezprzewodowe telefony i jeden tradycyjny. Na komodzie stoi ogromny telewizor plazmowy, obok wieża stereo, na ścianach tykają cyfrowe zegary ze wskaźnikiem temperatury. Od śmierci żony przed dziesięciu laty mężczyzna mieszka sam. Wolny czas poświęca technice i odbieraniu telefonu, od uroczystości rozdania Oscarów dzwoniącego bez przerwy. Jego numer wynajdują rozproszeni po świecie przyjaciele, którzy zobaczyli go w telewizji i w izraelskich gazetach.

"Fałszerze" pokazują absurdalną, lecz prawdziwą historię z obozu Sachsenhausen, w którym na zlecenie Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy musiało pracować 144 żydowskich więźniów. Tym samym film opowiada również historię Abrahama Sonnenfelda. Żyje jeszcze trzech dawnych więźniów z grupy 144 Żydów zajmujących się w Sachsenhausen podrabianiem angielskich funtów szterlingów, amerykańskich dolarów, a także paszportów i innych dokumentów. Jeden z nich to Sonnenfeld, inny to Adolf Burger, uczestniczący w pisaniu filmowego scenariusza.

Abraham zawdzięcza przeżycie swemu ojcu, właścicielowi drukarni w ówczesnej Transylwanii. Młody chłopak w czasie letnich wakacji pracował w ojcowskim zakładzie – aż do wejścia niemieckiej armii, wywłaszczenia Żydów i deportowania ich do obozu koncentracyjnego. Latem 1944 roku całą rodzinę wysłano do Auschwitz. Sonnenfeld do dzisiaj pamięta, jak "doktor Mengele stał na rampie i przeprowadzał selekcję kierując się własnym kaprysem". Abrahama Sonnenfelda, jego ojca i wujka uzanano za zdolnych do pracy. Za dwa dni mieli zostać wysłani do kamieniołomów.

Wtedy wydarzył się jeden z wielu cudów. Obozowi komendanci wstrzymali transport i zapytali, czy wśród więźniów są drukarze lub graficy. Sonnenfeld zgłosił się i zdał egzamin obsługiwania maszyny drukarskiej. Następnego dnia wysłano ich do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. – Pozwolono nam podróżować w przedziałach pasażerskich, zamiast w bydlęcych wagonach – wspomina Abraham. W filmie wśród nowych przybyszów panuje konsternacja, kiedy esesmani prowadzą ich do baraków 18 i 19. Na łóżkach leżą czyste białe prześcieradła i poduszki, są prysznice, ciepła woda, jedzenie i schludne toalety. Sonnenfeld potwierdza: "Tak było naprawdę!".

Radość z uniknięcia pobytu w Auschwitz ustąpiła wkrótce przeświadczeniu, że naziści prowadzą perfidną grę, wykorzystując do niej 144 żydowskich więźniów. Baraki 18 i 19 były obozem w obozie, otoczone drutem kolczastym, strzeżone dzień i noc przez esesmańskich siepaczy. Sprawdzali, czy fałszerze nie kradną banknotów i nie rozmawiają ze zwykłymi więźniami. Fałszerski warsztat, ochrzczony imieniem majora SS Bernharda Krügera – "Operacja Bernhard" – był pilnie strzeżonym przedsięwzięciem. Tylko najwyżsi nazistowscy dygnitarze byli wtajemniczeni w największą akcję fałszerską wszechczasów. W latach 1943-1945 grupa Żydów podrobiła 136 milionów funtów szterlingów. Suma ta czterokrotnie przewyższała ówczesną wartość wszystkich rezerw walutowych Banku Anglii. Naziści chcieli zasypać Wielką Brytanię fałszywymi pieniędzmi i doprowadzić do załamania tamtejszej gospodarki. Później finansowali podróbkami machinę wojenną Trzeciej Rzeszy. Nie byli pierwszymi, którzy wymyślili wprowadzanie do obiegu podrabianych pieniędzy. Już w latach 1790-1796 Anglia przemycała sfałszowane banknoty do Francji w celu sabotowania Rewolucji Francuskiej.

Abraham Sonnenfeld często pracował nocami i sortował falsyfikaty według klasy A, B i C. Nominały o kategorii A "były banknotami akceptowanymi przez banki". Serię C przeznaczono do zrzucenia nad Anglią.

Najgorsza była niepewność. Grupa 144 więźniów doskonale zdawała sobie sprawę, że zostanie zamordowana, by świat nie dowiedział się o tajemnicy Trzeciej Rzeszy. – Wiedliśmy dostatnie życie, ale wisiał nad nami miecz Damoklesa – opowiada Sonnenfeld. Pod koniec wojny, kiedy radziecka armia zbliżała się od wschodu do Berlina, 144 fałszerzy musiało w ciągu nocy zdemontować urządzenia i zostało wysłanych do obozu koncentracyjnego Mauthausen, a potem do podobozu Ebensee. W podziemnych sztolniach położonych w Alpach i zbudowanych rękami żydowskich więźniów naziści planowali kontynuowanie prac badawczych nad budową rakiet.

– Z jednej strony mieliśmy nadzieję, bo zdawaliśmy sobie sprawę z naszego znaczenia dla nazistów, a z drugiej ...byliśmy przecież Żydami – mówi Sonnenfeld. Ostatecznie alianci oswobodzili 144 fałszerzy i pozostałych obozowych więźniów. W 1959 roku z austriackiego jeziora Toplitzsee nurkowie wydobyli część zatopionych banknotów i maszyn drukarskich.

– Początkowo nikt nie chciał wierzyć, że na zlecenie nazistów fałszowaliśmy pieniądze – dodaje Abraham Sonnenfeld. – Dobrze, że na ten temat powstał wreszcie film.

Katowice: zapomniane miejsce egzekucji

Anna Malinowska
2008-03-10, ostatnia aktualizacja 2008-03-10 22:21

Zobacz powiększenie
Andrzej Rożanowicz na miejscu, gdzie kiedyś była strzelnica
fot. Dawid Chalimoniuk

Na nieużytkach u zbiegu ulic Kościuszki i Ceglanej miasto chce zbudować basen. - Ludzie będą pływać na miejscu kaźni - ostrzegają świadkowie tragicznych wydarzeń, do jakich dochodziło tu w czasie wojny.

Zobacz powiekszenie
fot. ze zbiorów Biblioteki Śląskiej
Unikatowe zdjęcie terenów strzelnicy i siedziby Bractwa Kurkowego z 1913 r.
Styczeń 1940 r. Andrzej Rożanowicz ma 15 lat. Idą z kolegą na sanki. W parku Kościuszki jest pusto i cicho. Ludzi już dawno wygoniły ze spacerowych alejek przeraźliwe zimno i hitlerowska okupacja. - Nagle usłyszeliśmy zbliżające się ulicą Kościuszki samochody. Ciekawość była silniejsza od strachu, więc pobiegliśmy w tamta stronę. Jeszcze byliśmy za krzakami, kiedy zobaczyliśmy pierwsze z jadących aut. Osobówka. Za nią ciężarówka, żołnierze na motorach i chyba jeszcze jakiś samochód osobowy. Wojskowi momentalnie obstawili ulicę - opowiada Rożanowicz.

Charakterystyczne mundury nie budziły wątpliwości. To było gestapo. Uwagę 15 latka przyciągnęła ciężarówka. Było zimno, a ona odkryta. Na pace ludzie. - Nie byli na tyle blisko, że zapamiętałbym jakąś twarz. Ciężarówka przystanęła na chwilę na ulicy, a potem skręciła w alejkę, w kierunku strzelnicy Bractwa Kurkowego. Potem usłyszeliśmy trzy salwy. Sparaliżowało nas. Strach był tak wielki, że z początku nie mogliśmy się ruszyć. W końcu poczołgaliśmy się za drzewa i czekaliśmy co dalej - wspomina Rożanowicz.

Nie pamięta, ile to trwało: kilka minuty czy dwie godziny. W końcu chłopcy usłyszeli szum odjeżdżających samochodów. Powoli, niemal bezszelestnie przenieśli się w miejsce, z którego mogli zobaczyć, co się dzieje na Kościuszki. Było pusto. - Poszliśmy w kierunku strzelnicy. Było przeraźliwie cicho. Na śniegu zobaczyliśmy ogromne jasnoczerwone plamy - mówi Rożanowicz. Ciał nie było. Chłopcy nie znaleźli też świeżych śladów kopanej ziemi. Rożanowicz uważa, że musiały zostać zabrane do ciężarówki. - Trzeba pamiętać, że ziemia była wówczas zamarznięta. Niemcy najpewniej wywieźli ciała w inne miejsce, gdzie szybko mogli je spalić - przypuszcza.

To było przed gilotyną

Miesiąc później Rożanowicz był świadkiem kolejnej egzekucji w tym samym miejscu. - Działo się to, jeszcze zanim Niemcy zainstalowali gilotynę w więzieniu na Mikołowskiej. Ludzie na mieście mówili, że gestapo zlikwidowało wtedy grupę konspiracyjną z Żywiecczyzny. Scenariusz był taki sam: odkryte dwie ciężarówki, na nich ludzie w cywilnych łachach. Strzały i ślady krwi na śniegu - mówi Rożanowicz.

Tadeusz Strugała, światowej sławy dyrygent, w 1939 r. miał cztery lata. - To było kilka dni po tym, jak do Katowic weszli Niemcy. Był ciepły dzień, mama zabrała nas na spacer. Młodszy brat w wózku i ja drepczący obok trzymałem mamę za rękę. Jak zawsze szliśmy do parku Kościuszki. Na wysokości kościółka św. Michała zatrzymał nas Niemiec. Pamiętam go bardzo dobrze, bo to był pierwszy Niemiec w mundurze, którego zobaczyłem z tak bliska. Twardo stanął nam na drodze i coś do mamy powiedział. - Nie możemy dalej iść, wracamy do domu - mama szybko obróciła wózek. Ja tymczasem patrzyłem już na ulicę Kościuszki. Widziałem ciężarówkę, na której było mnóstwo ludzi. Ściśnięci, człowiek stał obok człowieka. Ciężarówka skręciła w boczną alejkę, gdzie kiedyś była strzelnica Bractwa Kurkowego. Mama szybko pociągnęła mnie za rękę. Wracaliśmy dalej przez park i wtedy usłyszeliśmy serię strzałów! Mama się zdenerwowała, kazała mi iść szybciej, a ja się bałem. Te strzały bębniły mi w uszach - mówi Strugała. Wspomnienie pozostało w nim żywe do dziś.

Rozstrzelaliśmy Polaków

Andrzej Rożanowicz pamięta, jak w sierpniu 1940 r. w Katowicach pojawiło się niemieckie obwieszczenie o egzekucji. Okupanci donosili, że rozstrzelali 20 Polaków. - Nikt nie wiedział, gdzie to się stało. Od razu pomyślałem, że wiem, o jakie miejsce chodzi. Pobiegliśmy z kolegami do strzelnicy Bractwa Kurkowego, ale nie znaleźliśmy żadnego śladu. Poszliśmy dalej, do strzelnicy wojskowej, przy dzisiejszej Meteorologów i Zgrzebnioka. Tam znaleźliśmy ślady krwi. Wynika z tego, że Niemcy często wykorzystywali to miejsce do egzekucji więźniów - mówi Rożanowicz.

Jak usłyszeliśmy w katowickim oddziale IPN-u, i Rożanowicz, i Strugała złożyli zeznania w sprawie egzekucji. - Te relacje są bardzo wiarygodne. Niewykluczone, że strzelnica była miejscem co najmniej kilku egzekucji. Pojawiła się też sugestia, że zwłoki ofiar zostały zasypane w jednym z licznym w tym miejscu dołów - mówi dr Grzegorz Bębnik z IPN-u. - Ale pewności co do tego nie ma.

Zeznania wiarygodne, ale niepotwierdzone

IPN do tej pory nie potwierdził, że strzelnica była miejscem kaźni. - Zeznania świadków brzmią wiarygodnie. Nie znaleźliśmy jednak żadnych dokumentów, które by je potwierdzały. Nie ustaliliśmy też personaliów ofiar - mówi Ewa Koj, naczelniczka oddziału pionu śledczego w katowickim IPN-ie.

Piotr Kindler, wiceprzewodniczący Komitetu Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Katowicach: - Nie znamy tego miejsca. Jeśli miałoby być uznane i upamiętnione, musieliby po pierwsze znaleźć się świadkowie zdarzeń, a ich zeznania muszą być zweryfikowane przez IPN. Później to rada miejska w swej uchwale zatwierdza ustawienie tablicy, pomnika w takim miejscu.

Świadkowie nie ukrywają swojego rozgoryczenia. - Nie można wszystkiego opierać na dokumentach. Nikt by przecież nie wymyślał tak przerażającej historii - uważa Rożanowicz.

- Teren powinien być już dawno zbadany. Ja sam po wielu latach znalazłem wśród chaszczy fragmenty dawnej brukowanej alejki, która prowadziła do strzelnicy. Na starej niemieckiej mapie, którą posługiwali się okupanci, widziałem, że ta alejka była wyraźnie zaznaczona. Dlaczego Niemcy zaznaczyli rzadko uczęszczane miejsce na odludziu? Dlaczego było im potrzebne? - pyta Strugała.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice

Gubernator Nowego Jorku w erotycznym skandalu

tan, gazeta.pl
2008-03-10, ostatnia aktualizacja 2008-03-10 20:49
Zobacz powiększenie
Elliot Spitzer z żoną Sildą na poniedziałkowej konferencji, podczas której przeprosił rodzinę i wyborców
Fot. Mary Altaffer AP

Eliot Spitzer, "Krzyżowiec Roku" magazynu "Time", gubernator stanu Nowy Jork, prawdopodobnie poda się do dymisji, po tym jak potwierdził poniedziałkowe oskarżenia New York Timesa o korzystanie z usług prostytutek. Spitzer to znany "silnoręki", wśród którego licznych sukcesów znajduje się też rozbijanie grup związanych z prostytucją.

Zobacz powiekszenie
Fot. SHANNON STAPLETON REUTERS
Gubernator Nowego Jorku przemawia do mediów w swoim biurze w Nowym Jorku. 10 marca.
Dziś na internetowej stronie gazety The New York Times ukazała się informacja, że Eliot Spitzer utrzymywał związki z prostytutkami. W kilka godzin później gubernator wygłosił przemówienie, w którym przeprosił rodzinę i swoich wyborców za "niespełnienie standardów, które sam przed sobą postawił". Nie odniósł się jednak jednoznacznie do zarzutów, które już zdążyły podchwycić wszystkie amerykańskie media.

Zanim został gubernatorem, Spitzer 8 lat pracował jako prokurator stanowy w Nowym Jorku. Był wówczas określany mianem "Krzyżowca Roku" przez magazyn Time, a tabloidy pisały o nim per "Eliot Ness" odwołując się do dowódcy grupy Nietykalnych - agentów FBI, którzy z pozytywnym skutkiem przez lata "polowali" na mafię Ala Capone.

Miał wówczas reputację niezłomnego "silnorękiego" bojownika, który występował przeciwko korupcji, zorganizowanym grupom przestępczym, a także właśnie grupom żyjącym z prostytucji.

Spitzer został wybrany z ramienia Demokratów - był uważany za wschodzącą gwiazdę tej partii. Jest żonaty i ma trzy córki.

Prom Endeavour wystartował w kierunku ISS

cheko, PAP
2008-03-11, ostatnia aktualizacja 2008-03-11 08:49
Zobacz powiększenie
Start promu Endeavour
Fot. Chris O'Meara AP

Amerykański prom kosmiczny Endeavour wystartował we wtorek rano czasu polskiego z centrum kosmicznego na Przylądku Canaveral (Floryda) w kierunku Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS).

Zobacz powiekszenie
Fot. Jeff Roberson AP
Na pokładzie Endeavoura znajduje się siedmiu astronautów, w tym jeden Japończyk
Start promu - po raz pierwszy od 2006 roku odbywający się nocą miejscowego czasu - przebiegł zgodnie z planem.

Na pokładzie Endeavoura znajduje się siedmiu astronautów, w tym jeden Japończyk. Załoga promu dostarczy na ISS pierwszą część japońskiego kompleksu naukowo-badawczego a także kanadyjskiego robota, mającego pracować w przestrzeni kosmicznej.

Będzie to jak do tej pory najdłuższa misja amerykańskiego wahadłowca - potrwa 16 dni. W tym czasie załoga promu pięciokrotnie wyjdzie w otwartą przestrzeń kosmiczną.

Astronauci przetransportują na stację ISS pierwszy z trzech modułów japońskiego laboratorium nazwanego "Kibo" (Nadzieja). Pozostałe dwa moduły przylecą na ISS następnymi dwoma promami.

Lot Endeavoura to drugi z planowanych w tym roku aż sześciu rejsów amerykańskich wahadłowców, w tym pięciu w kierunku ISS.

Obecnie NASA ma do dyspozycji trzy wahadłowce: Atlantis, Endeavour i Discovery, jednak w 2010 roku wszystkie mają zostać wycofane z eksploatacji. Firma Lockheed Martin pracuje nad nowym promem kosmicznym Orion, jednak będzie on gotowy do lotów najwcześniej w 2014 roku.

Obama: nie ubiegam się o urząd wiceprezydenta

alx, PAP
2008-03-11, ostatnia aktualizacja 2008-03-11 14:43

Barack Obama odrzucił możliwość wspólnego ubiegania o urząd prezydenta i wiceprezydenta z ramienia Partii Demokratycznej razem z Hillary Clinton.

Zobacz powiekszenie
Fot. Morry Gash AP
Barack Obama na spotkaniu z wyborcami w Wisconsin
W ostatnim okresie Clinton wielokrotnie dawała do zrozumienia, że zgodziłaby się kandydować wspólnie z Obamą - przy założeniu, że ona kandydowałaby na urząd prezydenta a czarnoskóry senator z Illinois na wiceprezydenta.

Obama, który prowadzi kampanię w stanie Mississippi, przed wtorkowymi prawyborami w tym stanie, w istocie wyśmiał jednak tę ofertę.

Oświadczył on na wiecu w miejscowości Columbus, że zwyciężył w większej ilości stanów niż Clinton i ma zapewnioną większą liczbę głosów delegatów na ogólnokrajową konwencję Partii Demokratycznej.

- Nie wiem jak ktoś, kto zajmuje drugie miejsce może oferować wiceprezydenturę komuś, kto jest pierwszy - powiedział Obama wywołując aplauz słuchaczy.

- Nie ubiegam się o urząd wiceprezydenta. Ubiegam się o urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki, chcę być naczelnym wodzem - dodał.

Obama oskarżył swoją rywalkę o grę polityczną, w której z jednej strony kwestionuje jego kwalifikacje jako polityka, a z drugiej proponuje mu drugorzędną rolę. Jego zdaniem, "jest to ten rodzaj dwuznacznych słów , w których celuje Waszyngton".

Clinton kilkakrotnie sugerowała wspólne kandydowanie z Obamą w listopadzie od czasu zwycięstw w prawyborach w trzech stanach w ub. tygodniu.

Równocześnie jednak przedstawia go jako nieprzygotowanego do objęcia najwyższego urzędu w państwie i niezdolnego do kierowania siłami zbrojnymi, których zwierzchnikiem stałby się w przypadku wygranej w wyborach.

Sikorski: Tusk pokazał w USA, że jest zawodnikiem pierwszoligowym

rik, PAP
2008-03-11, ostatnia aktualizacja 2008-03-11 18:41

Podczas spotkania z prezydentem USA George'm W. Bushem premier Donald Tusk pokazał, że jest "zawodnikiem pierwszoligowym" - powiedział szef MSZ Radosław Sikorski, pytany o ocenę wizyty szefa polskiego rządu w Stanach Zjednoczonych. Bronisław Komorowski do sukcesów wizyty zaliczył fakt, że Amerykanie zaakceptowali w pełni sposób zakończenia polskiej misji w Iraku.

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Surdziel / AG
Radosław Sikorski
- Premier Tusk uzyskał to, co było do uzyskania i jeszcze trochę więcej. Osiągnęliśmy nowy pułap w stosunkach z USA - podkreślił Sikorski. Zdaniem szefa polskiej dyplomacji, Tusk uzyskał w USA zobowiązanie prezydenta Busha w sprawie modernizacji polskich sił zbrojnych. Stany Zjednoczone "wzięły na siebie" także przekonanie Rosji do tarczy antyrakietowej. - Prezydent Bush wyraził się bardzo mocno na temat gwarancji bezpieczeństwa dla naszego kraju - dodał Sikorski.

Według ministra spraw zagranicznych, premier w Stanach Zjednoczonych "stworzył sytuację, w której dalsze rozmowy o tarczy ewidentnie będą prowadziły do wzmocnienia naszego bezpieczeństwa".

- Odeszliśmy od schematu, w którym USA - jako kraj potężniejszy - występowały w roli protektora, a my w roli kraju ochranianego, protegowanego. Teraz jesteśmy sojusznikami, jeden większy, drugi trochę mniejszy - powiedział szef MSZ. Jak ocenił, interesy Polski zaczynają być w USA "brane pod uwagę".

Sikorski pytany o komentarze niemieckiej prasy, która pisze, że Tusk polityką "cichego tonu" osiąga więcej niż jego poprzednik, powiedział: "to nowa jakość w polityce polskiej w ogóle, (...) poprzednio uprawialiśmy politykę robienia awantur, a potem oddawania ważnych interesów".

PO realizuje przedwyborcze obietnice

Również zdaniem marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego (PO), wizyta premiera Donalda Tuska w USA była "zdecydowanie udana". - Premier wraca w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku - uważa Komorowski. Marszałek ocenił, że udana wizyta to taka, gdzie obie strony zbliżają się do wspólnego stanowiska.

- Wydaje mi się, że największym osiągnięciem wizyty Donalda Tuska jest (...) przekonanie polskiej opinii publicznej, że Platforma realizuje swój program wyborczy w zakresie polityki zagranicznej - powiedział Komorowski.

Przypomniał, że wcześniej rząd zdecydował o wycofaniu wojsk polskich z Iraku (w 2008 roku) i - jak zaznaczył - wbrew opiniom PiS ta decyzja nie popsuła relacji polsko-amerykańskich. - Amerykanie zaakceptowali w pełni ten sposób zakończenia polskiej misji w Iraku, co jest dobrym prognostykiem na przyszłość - podkreślił Komorowski.

Wszyscy oskarżeni w sprawie Nangar Khel pozostaną w areszcie

tan, PAP, IAR
2008-03-11, ostatnia aktualizacja 2008-03-11 16:24

Sześciu aresztowanych w sprawie zbrodni w Nangar Khel żołnierzy pozostaje w areszcie. Jak podkreślił Sąd, odnosząc się do sprawy Olgierda C. - dowódcy oskarżonych żołnierzy - istnieje "uzasadniona obawa ucieczki podejrzanego, obawa matactwa i obawa, że będzie on nakłaniał inne osoby do składania fałszywych zeznań".

Zobacz powiekszenie
Fot. Łukasz Cynalewski / AG
Oskarżeni żołnierze przed prokuraturą wojskową w Poznaniu


- Zebrane dowody wskazują, że mógł on popełnić przestępstwo - stwierdził sędzia Andrzej Tomczyk. - Kpt. Olgierd C. zmierzał do zafałszowania tego, co stało się w Nangar Khel. To realne niebezpieczeństwo, a nie domniemane - dodał sędzia.

- Fakt popełnienia przez podejrzanego czynu został w wysokim stopniu uprawdopodobniony - zaznaczył SN mówiąc o dowódcy grupy, dodając, że grozi za to surowa kara i że Olgierd C. mógłby na wolności wpływać na zeznania świadków.

Chorąży Andrzej O. jest kolejnym podejrzanym o zbrodnię wojenną w Afganistanie, który decyzją Sądu Najwyższego nie wyjdzie z aresztu.

W areszcie pozostanie także podporucznik Łukasz B., trzeci podejrzany o zbrodnię wojenną w Afganistanie - uznała we wtorek Izba Wojskowa Sądu Najwyższego.

Starszy szeregowy Damian L. to czwarty podejrzany o zbrodnię wojenną w Afganistanie, decyzją Sądu Najwyższego nie wyjdzie z aresztu.

W areszcie pozostanie również plutonowy Tomasz B., piąty podejrzany. Taką samą decyzję Sąd podjął wobec starszego szeregowego Jacka J., ostatniego z sześciu żołnierzy zatrzymanych w związku z ostrzelaniem afgańskiej wioski Nangar Khel.

W areszcie do maja

Izba Wojskowa SN rozpatrzyła zażalenia obrońców na przedłużenie aresztów wobec sześciu żołnierzy, sprawa siódmego będzie rozpatrzona w innym terminie. Żołnierze z bielskiego batalionu desantowo-szturmowego zostali aresztowani w listopadzie 2007 r. W lutym Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie przedłużył im areszty do 13 maja. Tę decyzję zaskarżyli obrońcy, wnosząc o umożliwienie ich klientom odpowiadania z wolnej stopy.

F-16 awaryjnie lądował na Okęciu

cheko, jg, PAP
2008-03-11, ostatnia aktualizacja 2008-03-11 18:02
Zobacz powiększenie
Myśliwiec F-16
Fot. Tomasz Kamiński / AG

Wykonujący rutynowy lot ćwiczebny samolot F- 16 lądował awaryjnie na warszawskim lotnisku Okęcie. Przyczyną lądowania była "niestabilna praca silnika".

Do lądowania doszło o godz. 10.54. "Samolot wylądował bez żadnych nieprzewidzianych następstw, lotnisko również zachowało się profesjonalnie" - zaznaczył rzecznik Dowództwa Sił Powietrznych ppłk Wiesław Grzegorzewski.

Trzy samoloty F-16 wykonywały rutynowy lot nad północno-wschodnim obszarem Polski. Gdy pilot jednego z nich zgłosił problemy - jak mówił Grzegorzewski - "przerwano zadanie i podjęto decyzję o awaryjnym lądowaniu na najbliższym lotnisku, czyli Okęciu". Dwa pozostałe F-16 eskortowały trzecią maszynę nad lotnisko, natomiast na ziemi lądowanie zabezpieczały samochody straży pożarnej.

- Obecnie czekamy na techników z 31. Bazy Lotniczej, którzy zdiagnozują problem (...) na pewno zdarzenie zostanie zbadane przez służby bezpieczeństwa lotów - mówi Grzegorzewski. Według niego, "prawdopodobnie, jeśli po zdiagnozowaniu nie zostanie wykazany poważny problem techniczny", F-16 zostanie dopuszczony do dalszych lotów.

- Jeden z naszych pilotów podczas lotu ćwiczebnego zaobserwował niestabilną pracę silnika - fachowo jest to zwane pompażem silnika - czyli niestabilnym przepływem powietrza podczas włączania dopalacza - opisuje natomiast szczegóły awarii rzecznik 31. Bazy Lotniczej w Poznaniu-Krzesinach kpt. Waldemar Krzyżanowski.

Według Krzyżanowskiego, dzięki nowoczesnej konstrukcji F-16 piloci mogą lepiej reagować w sytuacjach awaryjnych. "F-16 to jeden wielki latający komputer i dzięki temu, że jest on taki nowoczesny, to potrafi bardzo wcześnie wykryć wszelkie nieprawidłowości i pilot odpowiednio wcześniej może zareagować na sytuację kryzysową" - powiedział.



Defekty i awarie w polskich F-16

W styczniu dowódca sił powietrznych gen. Andrzej Błasik poinformował, iż w ubiegłym roku odnotowano ponad tysiąc różnych niesprawności i defektów w samolotach F-16, znajdujących się na wyposażeniu polskiego wojska.

Według danych przedstawionych przez gen. Błasika, 281 "niesprawności" odnotowano w czasie inspekcji przyjęcia samolotów, 393 wykryto podczas obsługi bieżącej na ziemi, a 343 w czasie wykonywania zadań w powietrzu.

Wyjaśnił, że spośród 343 "niesprawności" podczas lotów tylko w czterech przypadkach piloci przerwali wykonywanie zadań.

Do awaryjnego lądowania F-16 doszło też na warszawskim Okęciu we wrześniu ubiegłego roku. Piloci poczuli wówczas dym w kabinie i rozpoczęli procedurę awaryjną.

Mamy 48 F-16

Polska zakupiła 48 samolotów F-16, w tym 36 jednomiejscowych F- 16C Block52+ i 12 dwumiejscowych F-16D Block52+.

32 spośród 48 zakupionych samolotów stacjonować będzie na lotnisku Poznań-Krzesiny. Pozostałe 16 samolotów będzie stanowić uzbrojenie 10. Eskadry Lotnictwa Taktycznego na lotnisku w Łasku. Otwarcie bazy w Łasku ma nastąpić w połowie 2008 roku.

Druga sala tortur odkryta w domu poprawczym na Jersey

alx
2008-03-11, ostatnia aktualizacja 2008-03-11 15:43

Policja z wyspy Jersey odkryła drugą salę tortur ukrytą w podziemiach byłego domu poprawczego. Policyjne psy przeszukują pomieszczenie w poszukiwaniu ludzkich szczątków.

Zobacz powiekszenie
Fot. HO REUTERS
Jersey: policyjny ekspert bada salę tortur odkrytą pod gmachem domu poprawczego
Wyspa Jersey
Wyspa Jersey
Odkryta sala sąsiaduje z piwnicą, w której śledczy odkryli przymocowane do ściany kajdany, betonową wannę oraz ślady krwi.

Funkcjonariusze wpuścili do pomieszczenia psa, który sprawdzi czy nie ma w nim ludzkich szczątków - Jeden z psów został wpuszczony do pomieszczenia przez dziurę w suficie. Śledczy wejdą do środka jeśli coś znajdzie - poinformowała dziennikarzy rzeczniczka policji w Jersey- Oczywiście, jeśli natrafi na coś ważnego, cała operacja przeciągnie się w czasie - dodała. Jej zdaniem odkryty pokój może być trzy razy większy od pierwszego więc dokładne przeszukanie go zajmie trochę czasu .

Zdaniem detektywów pod południowym skrzydłem budynku, gdzie odkryto obie sale, znajdują się jeszcze dwa, połączone z nimi, ukryte pomieszczenia. Ich zdaniem podziemne pokoje prawdopodobnie istnieją także w innych częściach budynku.

Policja prowadzi poszukiwania na terenie dawnego domu poprawczego na Jersey, gdzie 23 lutego znaleziono fragment szkieletu dziecka. Od tego czasu dokonano dalszych odkryć, znaleziono m.in. betonową wannę, w której - jak się podejrzewa - pod nadzorem kadry wychowawczej przetrzymywano dzieci w lodowatej wodzie.

Ogółem 160 byłych wychowanków poprawczaka twierdzi, że ich poniżano i znęcano się nad nimi. Zarzuty dotyczą okresu od lat 60. XX wieku.

Na GPW duże wzrosty indeksów. Czy to był przełomowy wtorek?

ISB, tm
2008-03-11, ostatnia aktualizacja 2008-03-11 18:11

Wtorkowa sesja na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych (GPW) zakończyła się znaczącymi wzrostami wszystkich indeksów. Przez większą cześć dnia mocno zyskiwał również złoty. Analitycy zastanawiają się, czy nie był to przełomowy wtorek na rynkach.

Zobacz powiekszenie
Fot. Igor Morye / AG
GPW w górę
Jest ona m.in. rezultatem lepszych od spodziewanych danych z USA oraz wiadomości o interwencji banków centralnych na rynkach finansowych.

"Już otwarcie dzisiejszej sesji było optymistyczne, impuls dla bardziej dynamicznych wzrostów dały dane makroekonomiczne z USA" - powiedział dyrektor Departamentu Zarządzania Inwestycjami ECM dr. Jarosław Klepacki. We wtorek opublikowano dane nt. bilansu handlowego USA.

"Najważniejszym impulsem była jednak zapowiedź interwencji na rynku finansowym przez Fed" - zaznaczył Klepacki. Amerykański bank centralny zapowiedział dziś, że zorganizuje przetargi, na których pożyczy instytucjom finansowym do 200 mld USD w papierach skarbowych i podwyższy linie swapowe z dwoma zagranicznymi bankami centralnymi.

Klepacki ocenia, że rynki będą czekały teraz przede wszystkim na 18 marca i posiedzenie Fedu. Zwrócił uwagę, że na dzisiejszej sesji techniczne poziomy 2800-2850 obroniły się.

"Na rynku nadal widać sporą nerwowość. Inwestorzy nie są do końca przekonani o trwałości poprawy" - zaznaczył Klepacki. Zwrócił uwagę na to, że kolejny dzień z rzędu obroty utrzymują się na bardzo niskim poziomie.

We wtorek indeks WIG 20 wzrósł o 2,65% do 2 949,43 pkt, a WIG o 2,04% do 47 345,99 pkt. Obroty wyniosły ok. 1,39 mld zł.

We wtorek złoty zyskiwał wraz ze spadkiem awersji do ryzyka

Podczas wtorkowej sesji złoty systematycznie zyskiwał wobec głównych walut. Zdaniem analityków, było to efektem globalnej poprawy nastrojów i pociągnęło w górę wszystkie waluty rynków wschodzących.

"Dzisiejsza sesja przebiegała pod dyktando wydarzeń globalnych, gdzie wyraźnie widoczny był spadek awersji do ryzyka. Najpierw zaczął zyskiwać japoński jen, a to pociągnęło wzrost wartości wszystkich walut rynków wschodzących" - powiedział ekonomista BRE Banku Ernest Pytlarczyk.

Analityk zauważył, że największym beneficjentem wtorkowej sesji był węgierski forint, ale złoty także wyraźnie się umocnił wobec dolara i euro. Jego zdaniem ta tendencja powinna trwać nadal.

"Dziś jeszcze dolar obronił poziom 1,55 do euro, ale jego przełamanie jest tylko kwestią czasu. Tym samym wkrótce przełamiemy także granicę 2,30 zł za dolara" - przewiduje Pytlarczyk.

W poniedziałek ok. godz. 17:00 za jedno euro płacono średnio 3,5691, a za dolara - 2,3227 zł. Kurs euro/dolar wynosił 1,5368. W ciągu dnia dolar kosztował jednak już nawet 3,2896 zł, euro/dolar blisko 1,55.

Źródło: ISB