Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ŚLĄSK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ŚLĄSK. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 października 2010

Katowickie szyldy szpecą. A kiedyś było tak pięknie...

Anna Malinowska
2010-11-06, ostatnia aktualizacja 2010-11-06 16:32

Wygląd ulicy Dworcowej w latach 30. XX wieku świadczył o wielkomiejskości Katowic
Wygląd ulicy Dworcowej w latach 30. XX wieku świadczył o wielkomiejskości Katowic
fot. archiwum Muzeum Historii Katowic

Przedwojenne reklamy i szyldy można oglądać na wystawie zorganizowanej przez grupę pasjonatów na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego. - To kolejny dowód świadczący o wielkomiejskości Katowic, aż chciałoby się do tamtych czasów powrócić - oceniają eksperci

Ulica Korfantego w latach 30. XX wieku
fot. archiwum Muzeum Historii Katowic
Ulica Korfantego w latach 30. XX wieku
Ulica Mickiewicza w latach 30.
fot. archiwum Muzeum Historii Katowic
Ulica Mickiewicza w latach 30.
Ulica 3 maja
fot. archiwum Muzeum Historii Katowic
Ulica 3 maja
Aleksandra Wilczyńska, doktorantka z Katedry Teorii Filozofii Prawa, kilka miesięcy temu porządkowała książki po swoim ojcu. Przerzucając kolejne woluminy na strychu, jej uwagę przykuł "Kalendarzyk Policji Województwa Śląskiego" wydany w 1938 r.

- Na końcu książki były stronice wypełnione reklamami i szyldami. Pierwsza z nich dotyczyła loterii. "Najmilszy prezent to zawsze los z Katafala Katowice ul. Dyrekcyjna 2, Katafal-synonim szczęścia". Czy ktoś dziś mówi, że coś może być najmilsze albo czy używa się określenia synonim? Czy informuje się o tym za pomocą ciekawej czcionki? Pozostałe szyldy jeszcze bardziej mnie ujęły - mówi Wilczyńska.


Z kalendarzykiem w ręku postanowiła sprawdzić, co dziś jest w miejscach, które tak elegancko w międzywojniu potrafiły się reklamować. Ku niemiłemu zaskoczeniu w miejscu przepięknego Salonu Wykwintnych Kapeluszy dziś jest Skarbek. - Wzięłam ze sobą aparat fotograficzny, by zestawić to, co było, z teraźniejszością. Po zdecydowanej większości tych miejsc nie ma śladu. Zostały często tylko kamienice, które albo zasłaniają płachty kolorowych reklam, albo jakość szyldów dziś istniejących zdecydowanie odbiega od tych wcześniejszych - dodaje Wilczyńska.

I tak obfotografowane zostały miejsca, w których działał m.in. M. Szczeponik & Co Import kawy i herbaty, najstarsza i największa na Śląsku składnica sportowa, kino dźwiękowe Union ze "stale pierwszorzędnym repertuarem filmów", salony dla pań czy Hala Hamburska, w której codziennie można było kupić świeże ryby morskie i rzeczne.

Wilczyńska wraz z grupą przyjaciół postanowiła swoimi spostrzeżeniami podzielić się i zorganizować ekspozycję. - Wystawa pokazuje piękno dawnych Katowic. Dobrze by było, gdyby miasto wróciło do takich tradycji. My, jako uczelnia, dbamy o to, by studentów nam nie brakowało. Dobrze jednak byłoby, żeby po "szychcie" mogli tu też coś ciekawego robić - mówił podczas wernisażu prof. Zygmunt Tobor, dziekan Wydziału Prawa i Administracji.

Jadwiga Lipońska-Sajdak, dyrektorka Muzeum Historii Katowic, podkreśla, że przed wojną Katowice były miastem na poziomie europejskim. - Wraz z rozwojem przemysłu do miasta ściągały kadry, inteligencja. Trzeba było im coś zaoferować. Kupcy czy restauratorzy prześcigali się więc w pomysłach. Był sklep z odzieżą angielską lepszy niż w Warszawie, bez problemu można było kupić najlepsze trunki itd. Działały też tory wyścigowe, Torkat, mieliśmy regularne linie lotnicze. Stąd ta dbałość o szczegół: szyld był wizytówką, równie ważną jak sam towar. Piękne szyldy tworzyły z kolei ciekawą ulicę - uważa dyrektorka.

Zdaniem urbanisty Macieja Borsy nieciekawe, mało estetyczne czy nieprzemyślane reklamy są dziś zmorą wielu polskich miast. - Każdy z handlowców robi to na swój sposób. Na ulicy nie przedstawia to spójnej i ciekawej całości. Wystarczy pojechać do Mediolanu i przejść się po Galerii Wiktora Emmanuela, gdzie wszystkie szyldy są czarne, a na nich umieszczone są złote litery. Nawet McDonald's musi się tam tak reklamować. Nasze społeczeństwo musi do tego jeszcze dorosnąć, bo jak na razie skazani jesteśmy na krzykliwe plakaty i dziwaczne nazwy, najczęściej angielsko brzmiące. Ulica przez to wszystko wygląda jak zlepek tego, co się komu podoba - kwituje.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice


Więcej... http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35019,8623528,Katowickie_szyldy_szpeca__A_kiedys_bylo_tak_pieknie___.html#ixzz14azSADup

niedziela, 5 września 2010

Halembo, czas się pożegnać

Izabela Kacprzak , Karolina Baca 05-09-2010, ostatnia aktualizacja 05-09-2010 20:34

Górnicy mówią o niej „przeklęta", ale wciąż jej bronią. Teraz wizja likwidacji zakładu jest naprawdę realna

Dwa lata temu ostatnia tona węgla wyjechała z kopalni Wirek (obecnie część Halemby, na zdjęciu w 2008 r.), teraz może zostać zamknięty cały zakład
autor: Krzysztof Matuszyński
źródło: EDYTOR NET
Dwa lata temu ostatnia tona węgla wyjechała z kopalni Wirek (obecnie część Halemby, na zdjęciu w 2008 r.), teraz może zostać zamknięty cały zakład

6 września sztab protestacyjny Kompanii Węglowej, największej spółki górniczej w Unii Europejskiej (zatrudnia 61,5 tys. ludzi), do której należy Halemba, ma podjąć decyzję o strajku. W czwartkowym referendum ponad 90 proc. górników poparło ten krok.

Plan likwidacji Halemby, ale też w perspektywie – zdaniem górników – innych śląskich kopalń węgla kamiennego, to jeden z głównych powodów protestu.

Halemba położona w Rudzie Śląskiej od lat zresztą jest sztandarem górnictwa, aczkolwiek bardzo smutnym.

Niech ta kopalnia już nie zabija

Halemba ma najwyższy stopień zagrożenia metanowego, jest narażona na tąpania i pożary.

Do dziś cała Polska pamięta katastrofę z listopada 2006 r., gdy 1030 m pod ziemią w wyniku wybuchu metanu i pyłu węglowego zginęło 23 górników. W 1990 r. 19 górników zginęło, a 20 zostało rannych w wybuchu metanu. Rok później w wyniku tąpnięcia zginęło pięciu górników.

W Halembie zdarzył się tylko jeden cud – w lutym 2006 r. po pięciu dniach akcji ratunkowej udało się dotrzeć do zasypanego, ale żywego, górnika Zbigniewa Nowaka. Pamiątkowa tablica na pobliskim cmentarzu przypomina, że przy wypadkach w tej kopalni na cud trudno liczyć.

Halemba jest dziś na Śląsku symbolem etosu górniczej pracy – niezwykle niebezpiecznej, która w statystykach wypadków zajmuje zawsze czołowe miejsca.

W 2006 r. koledzy tych, którzy zginęli, z goryczą mówili, że to przeklęta kopalnia, którą powinno się zamknąć. Takie słowa padły także z ust ówczesnego wiceministra gospodarki Pawła Poncyljusza. Zaraz potem przyszła refleksja, że to miejsce pracy tysięcy mężczyzn i ich rodzin. Jedyne w dzielnicy, jedno z niewielu w górniczym mieście. Że życie bez pracy to jakby powolna śmierć.

– To nie kopalnia jest winna, to ludzka głupota zawiniła – mówi dziś o wydarzeniach sprzed czterech lat Mariola Poloczek, wdowa po Bernardzie Poloczku, który zginął w Halembie w 2006 r.

Okazało się, że sfałszowano próby pyłu węglowego, bagatelizowano wysokie stężenie gazu. O nieprawidłowości i naruszenie zasad bezpieczeństwa w kopalni prokuratura oskarżyła 37 osób. Wyrok zapadnie za kilka miesięcy.

Poloczkowa wspomina, że mąż wracał z pracy i bąkał o przekroczeniach norm metanu, "uda się albo się nie uda". – Dozór, sztygary kazali siedzieć cicho. Siedzieliśmy wszyscy na bombie, a ona w końcu wybuchła – mówi wdowa. Uważa, że zamknięcie Halemby będzie dramatem tysięcy rodzin. Wie, co mówi. Jej ojciec przepracował w tej kopalni 27 lat. Teraz syn Adam jest w technikum górniczym i ciągnie go "na grubę" (do kopalni – red.).

– Śmierć męża to wciąż otwarta rana, a o tym, czy Halemba ma istnieć, powinni decydować górnicy, nie ja – mówi Teresa Gęsikowska, wdowa po Januszu, który zginął z Bernardem Poloczkiem.

50-letni Jan Góra, górnik z Halemby, który w wypadku w 2002 r. stracił nogę, przez pierwsze miesiące czuł złość do kopalni. Nauczył się chodzić na protezie, żyje z renty. Z traumy wyszedł dzięki żonie i dzieciom. – Ryzyko zawodu, tyle że górnik ma je większe – uśmiecha się smutno. Mimo iż na dół nigdy nie zjedzie, żyje sprawą możliwego zamknięcia kopalni. – W Halembie pracują moi sąsiedzi, znajomi. Każdy wie, że będzie makabra, bo ta kopalnia to jedyna żywicielka. Martwię się tak samo jak oni – wzdycha.

Starszy syn Górów po studiach poszedł pracować do kopalni. Nie do Halemby, tylko kopalni Pokój. Chce być behapowcem. – Może on zmieni warunki pracy na dole na lepsze? – zastanawia się pan Jan.

Symbol obrony górnictwa

– Sięgam pamięcią i liczę, że Halembę już cztery razy próbowano zamykać, ale zawsze się obroniliśmy – stwierdza Zbigniew Domogała, związkowiec z Sierpnia 80 w Halembie.

– Decyzja w sprawie zamknięcia pociągnie za sobą likwidację Pokoju, Brzeszcz, Bielszowic i kopalni Rydułtowy#<\!->Anna – przekonywał we wtorek górników idących na ranną szychtę inny członek tego związku Marceli Murawski. Zebrani w cechowni kiwali głowami. Pytani o zamknięcie Halemby, mówili głośno: nie ma mowy!

Nie przekonuje ich nawet argument, że Kompania Węglowa zapewnia, iż nikogo z pracy nie zwolni, bo zagwarantuje zatrudnienie w swoich 14 pozostałych kopalniach, co oznaczałoby ewentualny dalszy dojazd do pracy.

– Jak ta kopalnia zniknie, zniknie całe górnictwo, spisują nas na straty, więc jak będzie trzeba, przyjedziemy do Warszawy – zapowiada Bogusław, górnik z 23-letnim stażem w Halembie.

Zenon, operator obudów zmechanizowanych, ma kilka tygodni do emerytury. – Od początku tu pracowałem. Może już nie powinienem decydować, ale mój syn od roku też robi na Halembie, musimy jej bronić – tłumaczy. Jeden z młodych górników opowiada "Rz" prawie szeptem: – Będę łamistrajkiem? Mowy nie ma. Ale tę kopalnię trzeba było dawno zamknąć. Mam małe dzieci, po co mi to?

Pytamy więc, czemu tam nadal jest. Odwraca tylko głowę: – Ojciec tu robił, miałem mówić, że się boję?

– Za mojej kadencji nie daliśmy zamknąć żadnej kopalni. Oczywiście nie mówimy o zakładach, gdzie kończy się naturalnie złoże (tak było z Wirkiem, włączonym zresztą do Halemby – red.) – opowiada Dominik Kolorz, szef górniczej "Solidarności".

Dariusz Potyrała, na Halembie przewodniczący Związku Zawodowego Górników w Polsce, pytany, czy walka o Halembę to nie jest po prostu walka o etaty związkowe (nie ma kopalni – nie ma oddelegowań), powiedział, że takie stwierdzenie go obraża. A bezpieczeństwo ludzi? – Wypadki były i są, na drogach też. To w gestii zarządu leży zarządzanie i, jak widać, w przypadku Halemby nie jest najlepsze – mówi Potyrała.

Może trzeba to skończyć

W latach 2003 – 2009 zakład przyniósł aż 1,2 mld zł strat. Dlaczego Kompania Węglowa dopiero teraz decyduje się na zamykanie Halemby?

Zarząd tłumaczy, że kopalnia miała swoją szansę, ale żaden przygotowany dla niej plan ratunkowy się nie powiódł. Także dlatego, że 100 mln ton złoża zabrała jej autostrada, której przebieg nie był ustalany z górnikami.

Dlaczego likwidacja najbardziej nierentownej kopalni mimo braku planowanych zwolnień budzi tyle emocji? – Bo stamtąd wywodzą się niektórzy związkowi liderzy, związki w tej kopalni są bardzo silne i muszą działać, bo okaże się, że są niepotrzebne – mówi "Rz" Jacek Korski, wiceprezes Kompanii Węglowej.

– Poza tym teraz w jednym z największych szykują się wybory krajowe (chodzi o kierownictwo "Solidarności" – red.). To oznacza, że jeśli śląski kandydat, który startuje, wygra, jego stanowisko w regionie się zwolni. Poza tym my mówimy o Halembie, bo to ona przynosi nam największe straty. A górnicy jednej z naszych najlepszych kopalń piszą pisma z pytaniami, jak długo oni, wypracowujący zysk, będą jeszcze dopłacać do Halemby. Uzyskanie 1 GJ energii z węgla tam wydobywanego kosztuje 15 zł, średnio w Kompanii 10,7 zł, a w niektórych kopalniach 8 zł. To chyba łatwy rachunek ekonomiczny – wylicza.

Dodaje, że ze sprawą Halemby wiąże się kwestia decyzji eksploatacyjnych podjętych w latach 70. Mimo złych warunków geologicznych zdecydowano o kolejnym poziomie – kilometr w głąb ziemi. – Im starsza kopalnia, tym więcej zaszłości, które utrudniają decyzje i zwiększają ryzyko błędu – tłumaczy Korski.

Najlepsze i jednocześnie największe kopalnie Kompanii to Ziemowit w Lędzinach i Piast w Bieruniu. To m.in. te zakłady mogłyby zatrudnić część załogi zwalnianej z Halemby.

W czwartkowym referendum górnicy z tych kopalni zagłosowali za strajkiem, podobnie jak ponad 90 proc. całej załogi Kompanii Węglowej (frekwencja wyniosła 74 proc.).

Ale Halemby nie chcą bronić. Chcą strajkować m.in., by nie było obniżania wydobycia i redukcji etatów, co zakłada opracowana strategia Kompanii. O Halembie nie chcą rozmawiać. – Ona żyje naszym kosztem. Może czas to skończyć – mówi jeden z górników Ziemowita.

Ostateczna decyzja w sprawie Halemby zostanie podjęta w 2011 r., gdy prace zakończy zespół ds. przyszłości tej kopalni, w skład którego wchodzą także związkowcy.

Jednak już dziś sprawa wydaje się przesądzona, zwłaszcza że nadzorujący branżę wicepremier i minister gospodarki Waldemar Pawlak przyznał w rozmowie z "Rzeczpospolitą", iż taka sytuacja jak w Halembie "nie może trwać w nieskończoność".

Rzeczpospolita

czwartek, 5 marca 2009

Lech Kaczyński w Katowicach

pj
2009-03-04, ostatnia aktualizacja 2009-03-05 08:04

W Polsce ciągle może być jak w Irlandii - uważa... prezydent Lech Kaczyński. W środę odwiedził Katowice. Dawał rady na kryzys, bronił politologa Marka Migalskiego i mówił o swoich pomysłach na szkolnictwo wyższe

Prezydent Lech Kaczyński i Waldemar Banyś, rektor Uniwersytetu Śląskiego (z prawej) podczas spotkania na uczelni
Fot. Grzegorz Celejewski / AG
Prezydent Lech Kaczyński i Waldemar Banyś, rektor Uniwersytetu Śląskiego (z prawej) podczas spotkania na uczelni
W Polsce ciągle może być jak w Irlandii - uważa... prezydent Lech Kaczyński. W środę odwiedził Katowice. Dawał rady na kryzys, bronił politologa Marka Migalskiego i mówił o swoich pomysłach na szkolnictwo wyższe.

Prezydent swoją wizytę rozpoczął od spotkania ze studentami Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego. Krytykował pomysły wprowadzenia odpłatności za studiowanie więcej niż jednego kierunku. Stanął też w obronie dr. Marka Migalskiego. Kilka tygodni temu głośne stały się jego problemy z otwarciem przewodu habilitacyjnego. Odmówiono mu na Uniwersytetach Wrocławskim i Jagiellońskim ze względu na jego mały dorobek naukowy. Zdaniem Migalskiego powodem miała być jednak środowiskowa zawiść i zemsta za wyrażanie krytycznych uwag o swoim przełożonym.

Według prezydenta, chociaż poglądy Migalskiego uchodzą za kontrowersyjne, jemu są często bliskie. - Nie oznacza to jednak, że nie ma prawa do awansu naukowego - mówił prezydent.

Wiesław Banyś, rektor UŚ, ripostował, że w szkolnictwie wyższym liczą się tylko osiągnięcia. - Nie robi się też doktoratu, tylko przeprowadza się badania naukowe - mówił prof. Banyś.

Potem prezydent spotkał się z rzemieślnikami i związkowcami z "Solidarności". Tym ostatnim powiedział, że jeśli kryzys ma dobre strony, to jest wśród nich umocnienie się związków zawodowych.

czwartek, 5 lutego 2009

Arkadiusz Nowak wykłada na GWSH

wtorek, 22 kwiecień 2008

Arkadiusz Nowak wykłada na GWSH

Profesor prawa z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, który był konfidentem bezpieki o pseudonimie „Andrzej" nadal uczy studentów. Z państwowej uczelni wziął urlop zdrowotny, ale prowadzi zajęcia w prywatnej szkole wyższej.

Prof. dr. hab. Arkadiusz Nowak jest specjalistą w dziedzinie prawa pracy, profesorem Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Nie wiadomo, w jakim stopniu w karierze prof. Nowaka pomógł mu „patronat" SB. Ale taki, co wynika z zachowanych w IPN dokumentów, na pewno był.

Szczegóły tej haniebnej współpracy TW "Andrzej" z SB są opisane poniżej - na tym moim blogu.


Kiedy w „Dzienniku" opisałem w ubiegłym roku karierę Arkadiusza Nowaka, jednego z najbardziej użytecznych agentów SB na Uniwersytecie Śląskim, ten napisał do rektora prośbę o udzielenie rocznego urlopu zdrowotnego. Rektor UŚ Janusz Janeczek zgodził się.

- W czasie trwania urlopu profesor Nowak nie może podejmować pracy na innym etacie. Nie dotyczy to jednak umowy o dzieło - stwierdza Jolanta Talarczyk, rzeczniczka uczelni. Mimo urlopu zdrowotnego na UŚ, profesor Nowak prowadzi zajęcia z prawa pracy w Górnośląskiej Wyższej Szkole Handlowej w Katowicach. Nowak na urlopie zdrowotnym ze swojej macierzystej dostaje taką samą pensję, jaką miał kiedy pracował.


- Prof. dr hab. Arkadiusz Nowak był zatrudniony na podstawie umowy o pracę w Górnośląskiej Wyższej Szkole Handlowej w Katowicach do końca października 2007 r. W obecnym semestrze, jako specjalista z zakresu prawa pracy prowadzi zajęcia w ramach umowy o dzieło, co wynika z wcześniej podjętych zobowiązań - mówi prof. Krzysztof Szaflarski, rektor GWSH. Czy władze tej uczelni nie widzą nic niewłaściwego w sytuacji, że współpracownik SB na urlopie zdrowotnym uczy studentów? - pytam. - Oczekujemy na stanowisko Uniwersytetu Śląskiego, który jest podstawowym miejscem zatrudnienia i macierzystą uczelnią profesora Nowaka - odpowiada rektor GWSH.
- To skandal. Mimo, że Nowak okazał się agentem bezpieki, to bierze pieniądze z naszego budżetu. Jeżeli jest na urlopie zdrowotnym, to nie powinien prowadzić zajęć ze studentami na żadnej uczelni. A jeżeli tak prof. Nowakowi brakuje kontaktu z młodzieżą, to niech idzie na urlop bezpłatny i uczy nawet na kilku prywatnych uczelniach - nie kryje oburzenia jeden z profesorów UŚ.


Dla przypomnienia - jak wynika z dokumentów zachowanych w archiwum IPN karierę donosiciela Nowak rozpoczął w listopadzie 1969 roku. Był wtedy studentem III roku Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Z SB A. Nowak współpracował przez ponad 20 lat. Pod koniec swej „kariery" został nawet konsultantem SB (to najwyższy stopień tajnego zaangażowania we współpracę z policją polityczną PRL) i pisał ekspertyzy dla bezpieki.


Nowak napisał kilkaset donosów. Dzięki niektórym możliwe było złamanie wielu dobrze zapowiadających się karier naukowych. TW „Andrzej" już w latach 70. donosił m.in. na Waleriana Pańkę (działacz opozycji, internowany w stanie wojennym, a w latach 90 - prezes Najwyższej Izby Kontroli) i prof. Wiesława Chrzanowskiego, współpracownika Prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego, a później założyciela ZChN. Donosy TW „Andrzej" umożliwiły bezpiece znalezienie „haków" na prof. Jana Grabowskiego i jego późniejszy werbunek jako agenta (TW "Wisz"). W archiwum IPN zachowały się pokwitowania przyjętych przez Nowaka pieniędzy (w sumie kilkadziesiąt tysięcy złotych) oraz prezentów.

sobota, 17 stycznia 2009

Jerzy Ziętek: Człowiek z nieciekawych czasów

Michał Smolorz
2009-01-17, ostatnia aktualizacja 2009-01-17 17:11

Życie i dzieło Jerzego Ziętka należą do tematów historycznych, w których nie ma szans na kompromis. Podobnie jak np. w kwestii (toutes proportions gardées) powstania warszawskiego do końca świata ścierać się będą skrajności, tak też będzie i z "człowiekiem z kryką"

Zobacz powiekszenie
Kadr z filmu "Gospodarz", który wyprodukowała Discovery TVN Historia. Gen. Ziętek na kąpielisku Fala
ZOBACZ TAKŻE
Życie i dzieło Jerzego Ziętka należą do tematów historycznych, w których nie ma szans na kompromis. Podobnie jak np. w kwestii (toutes proportions gardées) powstania warszawskiego do końca świata ścierać się będą skrajności, tak też będzie i z "człowiekiem z kryką". Jedni zawsze będą go uznawać za wybitnego gospodarza, służącego swoim ziomkom i swojej ziemi najlepiej, jak było można w bezdusznym komunizmie, inni za komunistycznego aparatczyka, umaczanego we wszystkich niegodziwościach XX wieku.

W tym sporze wszystkie strony mają swoje racje, którym trudno przeczyć, dlatego nie ma szans na racjonalny rezultat. Stary Jorg jest postacią pomieszaną, niejednoznaczną, różne budzi emocje. Niech to zilustruje seria hipotetycznych rozpraw wokół najważniejszych etapów jego życiorysu. Rozpraw między Hagiografem (bezkrytycznie zakochanym w swym idolu), Lustratorem (na każdym kroku wietrzącym diabła) i Sceptykiem (który stara się unikać jednoznacznych ocen).

Rozprawa o powstaniach

Hagiograf: Jerzy Ziętek był zasłużonym polskim działaczem narodowym, uczestnikiem powstań śląskich, z bronią w ręku walczył w powstaniach o wyzwolenie narodowe na Górnym Śląsku.

Lustrator: To mistyfikacja, dorobiony życiorys. Nie ma śladu jakiejkolwiek działalności Ziętka w polskim ruchu narodowym przed I wojną, zresztą za młody był na to. Nie ma także dowodów na jego udział w I i II powstaniu śląskim. Jest mało wiarygodna poszlaka udziału w końcowym etapie III powstania i to na funkcji łącznika, a nie w walkach z bronią w ręku.

Sceptyk: Dopiero teraz będzie można tę kwestię wiarygodnie zbadać, na podstawie kopii dokumentacji powstańczej, które trzy lata temu dotarły do Polski. Dotąd weryfikację uprawnień kombatanckich (także powstańczych) opierano na mało wiarygodnej dokumentacji Związku Bojowników o Wolność i Demokrację (ZBoWiD), gdzie prym wodzili "utrwalacze władzy ludowej", a której Jerzy Ziętek do końca życia był wysokim aktywistą. A przypisywanie sobie albo wyolbrzymianie zasług kombatanckich jako legitymacji do działalności publicznej nie zmieniło się od czasów starożytnych po dziś dzień. I współcześnie nie brakuje polityków z adnotacją w CV: "w stanie wojennym w antykomunistycznej opozycji", którzy byli tak głęboko zakonspirowani, że nikt o nich wówczas nie słyszał. Niestety, nikt dotąd nie zabrał się na poważnie za studiowanie archiwum powstańczego, co pozwoliłoby ostatecznie zamknąć tę kontrowersję.

Rozprawa o przedwojennej kolaboracji

Hagiograf: Już w okresie międzywojennym Ziętek dał się poznać jako sprawny administrator, dobry gospodarz, aktywny samorządowiec.

Lustrator: Kiedy wszyscy Ślązacy stali murem za Korfantym, Ziętek zaparł się go, przeszedł na stronę wroga i oddał się na służbę sanacji. W Radzionkowie nie był wybranym burmistrzem, tylko komisarzem narzuconym przez wojewodę wbrew woli mieszkańców. Był posłem sanacyjnego BBWR-u, całkowicie oddanym ówczesnej władzy.

Sceptyk: To tylko mit, jakoby Ślązacy murem stali za Wojciechem Korfantym, w opozycji do wojewody, którego otaczali importowani aparatczycy i "kolaboranci". W sanacyjnej ekipie było wielu Ślązaków, wystarczy przywołać Stanisława Ligonia, czołowego twórcę politycznej propagandy tej ekipy. Dziś Ligoniowi nikt tego nie wyrzuca. Jeśli więc Ziętek był już przed wojną "zaprzańcem", to w doborowym towarzystwie.

Rozprawa o wojennych wyborach

Lustrator: Wszystko wskazuje na to, że podczas okrytego mrokiem tajemnicy pobytu w ZSRR Jerzy Ziętek podjął współpracę z NKWD i jako oficer tej formacji wrócił do Polski.

Hagiograf: Bzdura, to sam Ziętek wymyślił i puszczał w obieg plotki o swojej współpracy z KGB, dzięki czemu unikał kontaktów z polską bezpieką.

Sceptyk: To też jest sprawa, której nikt nie chce poważnie zbadać, jakby bojąc się prawdy. Skoro dobrze rozeznano kulisy współpracy z NKWD Aleksandra Zawadzkiego, wieloletniego zwierzchnika i protektora Ziętka, cóż stoi na przeszkodzie, aby zbadać resztę, zamiast wymawiać się niewiedzą o tym czasie. Pamiętajmy, że nasz bohater nie był mało znaczącym liniowym porucznikiem, ale oficerem politycznym wysokiego szczebla (zastępcą dowódcy dywizji). Dotąd w dziejopisarstwie nie wskazano na inną drogę do tej funkcji, jak tylko przez NKWD. Ale kto wie, może zdarzały się wyjątki.

Rozprawa o wielkim budowniczym

Hagiograf: Nie ma drugiego polityka, który zrobił dla Śląska tak wiele, lista jego inwestycji publicznych jest bardzo długa: Spodek, szpitale, sanatoria, Park Kultury i Wypoczynku, drogi i cała reszta z wielkiej listy dokonań.

Lustrator: Szkoda, że nie dodajemy do tej listy bezpowrotnie zniszczonych zabytków, które na polecenie Ziętka znikły jako "relikty imperializmu i niemieckiej dominacji", na czele z pałacem w Świerklańcu. Osławione centrum rehabilitacyjne w Reptach też powstało na zasadzie dewastacji miejscowego kompleksu pałacowego. Na fundamentach Muzeum Śląskiego zbudowano socrealistyczny Pałac Związków Zawodowych. Tak wychwalana "przebudowa Katowic" oznaczała przede wszystkim zniszczenie klasycznej zabudowy miasta i zastąpienie jej komunistyczną pseudomodernistyczną i niefunkcjonalną tandetą, która szpeci miasto do dziś.

Sceptyk: Burzenie i budowanie jest właściwe każdej epoce, nie należy się tym ekscytować. Tym bardziej po wielkiej wojnie. Pamiętajmy jednak, że Ziętek był u władzy równo 30 lat, to kawał czasu. Tak krytykowany sanacyjny wojewoda Michał Grażyński przez 13 lat sprawowania urzędu zbudował o wiele więcej i to daleko cenniejszych obiektów publicznych, a nikt go za to nie wychwala. Wprost przeciwnie, ciągle jest dyżurnym szwarccharakterem śląskiej historii. A już trudno porównywać Ziętka do XIX-wiecznych pionierów górnośląskiego przemysłu, budowniczych śląskich miast, których dzieło było po stokroć większe - a których wymieniać nawet nie wolno, o pomnikach nie wspominając.

Rozprawa o polityku, który służył ludziom

Hagiograf: Ziętek był wzorem polityka, który miał misję służenia ludziom i swojemu regionowi, czemu podporządkowywał całą aktywność. W zbrodniczym komunizmie zachował przyzwoitość, w każdych warunkach i na każdym urzędzie kierował się publicznym dobrem, pomagał każdemu w miarę swoich możliwości. W przeciwieństwie do ponurych aparatczyków miał swoje ludzkie oblicze.

Lustrator: To dziwnie rozumiana służba publiczna - uczestnictwo we wszystkich nadużyciach i zbrodniach stalinizmu, w tym w wygnaniu śląskich biskupów, po tym jak na jego ręce złożono protesty w sprawie wycofania religii ze szkół. I tak było przez cały PRL, aż do stanu wojennego, bo zapominamy, że jako członek Rady Państwa Jerzy Ziętek złożył swój podpis pod tym aktem. Pomagał, owszem, tym, którzy do niego dotarli, a do których sam miał interesy: lekarzom, dziennikarzom, inżynierom, artystom. Jednak aby w gospodarce niedoboru komuś dać, trzeba było innym zabrać. Jeśli ktoś poza kolejką dostał mieszkanie albo samochód, to kosztem innego, który pokornie i latami czekał w kolejce.

Sceptyk: Wszystko, co uznajemy za wielkość Ziętka, w demokracji byłoby nie do pomyślenia. To taki absolutyzm w wersji rosyjskiej, w którym z łaski jednego człowieka wynika wszystko: od wielkich inwestycji, po przydział papieru toaletowego do szpitala. Państwo prawa ma tę zaletę, że na wszystko ustala reguły, których potem wszyscy przestrzegają. W państwie bezprawia wszystko zależy od tego, ile kto realnej władzy zgarnie pod siebie i jak ją potem wykorzystuje. W politologii ten sposób sprawowania władzy nazywa się woluntaryzmem i nie jest wzorem do naśladowania. A kwestię stanu wojennego, jakże często podnoszoną, też należałoby w końcu zbadać. W grudniu 1981 roku Ziętek był już na tyle zniedołężniały, że nie ruszał się z pięterka swojej willi w Ustroniu. Jak doszło do "podpisania" - to przecież można wyświetlić.

Rozprawa o Ślązaku

Hagiograf: W komunistycznej dwuwładzy kierowany przez Jorga urząd wojewódzki obsadzony był przede wszystkim przez Ślązaków, pracowitych i kompetentnych, w przeciwieństwie do Komitetu Wojewódzkiego PZPR, gdzie królowali Zagłębiacy, elita nieudaczników i nierobów. Jorg podkreślał swoją śląskość, mówił gwarą, cenił swoich ziomków i wszystko dla nich robił. Nie bez powodu w plebiscycie "Gazety Wyborczej" na Ślązaków Stulecia zajął drugie miejsce, zaraz za Wojciechem Korfantym.

Lustrator: W strukturach KW PZPR było równie wielu rodowitych Ślązaków, z których niektórzy wykazywali się większą wrednością, nieuctwem i niekompetencją jak Zagłębiacy. A u Ziętka - poza kilkoma wyjątkami - najlepsi urzędnicy pochodzili spoza Śląska, bo wykształconych i kompetentnych śląskich urzędników po prostu nie było. A w dodatku najbardziej wredne i represyjne agendy komunistycznego państwa (wydział finansowy, komisja do spraw szkodnictwa gospodarczego, kolegium karno-orzekające, wydział do spraw wyznań, cenzura), zarządzane przez ubeków, ulokowane były w... urzędzie wojewódzkim.

Sceptyk: Co tu kryć, owa bezgraniczna tęsknota za "Ślązakiem, któremu się udało", to jeszcze jeden dowód śląskich kompleksów. W świecie trwałego mitu, że "zawsze obcy nami rządzili, a Ślązak przeznaczony był wyłącznie do łopaty", nagle jaśnieje wielka gwiazda "naszego" Jorga, który wbrew przekleństwu sięgnął najwyższych szczytów władzy i dobrze się sprawił na tym urzędzie, potwierdzając przekonanie o naszych nadzwyczajnych przymiotach.

Bez rozstrzygnięcia

Taką wymianę argumentów można ciągnąć w nieskończoność. Trwała obecność Jerzego Ziętka w naszej świadomości wynika w dużej mierze z konsekwentnego i całkiem współczesnego PRL-u. "Człowiek z kryką" ciągle ma swoje lobby złożone z ludzi, którzy osobiście wiele mu zawdzięczają - artystów, naukowców, lekarzy, inżynierów, architektów, którzy właśnie pod jego opiekuńczymi skrzydłami osiągali sukcesy. To oni postawili mu pomnik w centrum Katowic (choć na jego pełne sfinansowanie brakło im determinacji). Ta wdzięczna pamięć o dawnym protektorze wynika też z nieskromnego przekonania o wielkości własnego dorobku, czego wielu apologetów Starego Jorga nie potrafi ukryć. Gloryfikując Ziętka, wynoszą na piedestał przede wszystkim siebie, swoje czasy i swoje dzieła.

Bez wątpienia Jerzy Ziętek był postacią nietuzinkową, wyróżniał się pozytywnie na tle PRL-owskiej szarzyzny. Bez wątpienia pozostawił po sobie spory dorobek. Bez wątpienia miał poczucie misji publicznej i wypełniał je najlepiej, jak potrafił. Bez wątpienia szedł w życiu na daleko idące kompromisy moralne, i to za cenę wielkich ofiar osobistych.

Ale w tej postaci i z tą filozofią życiową mógł istnieć, i być skutecznym tylko w złym czasie, za którym tęsknić nie sposób. Nawet jeśli dziś jesteśmy skazani na bezbarwne, bezpłciowe figurki lokalnych polityków, i z rozrzewnieniem wspominamy tamtego jowialnego, korpulentnego batiuszkę, który i spić potrafił kogo trzeba, i kryką przez grzbiet przyłożyć.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice

piątek, 7 listopada 2008

Celiński ma piękną wolontariuszkę

  • Data publikacji: 07.11.2008 06:00

Ale szczęściarz! Co robi po godzinach w swoim biurze poselskim znany polityk lewicy Andrzej Celiński (58 l.)? Okazuje się, że spotyka się z piękną długonogą wolontariuszką. Zapewne ciężko razem pracują, a w przerwach poseł objaśnia swojej znajomej... plany powstania nowego centrolewicowego ruchu na polskiej scenie politycznej.

Biuro poselskie Andrzeja Celińskiego w Katowicach. Tuż przed godziną 15 za jego drzwiami znika polityk lewicy. Niedługo później pod kamienicą, w której urzęduje poseł lewicy, pojawia się długonoga piękność. Najpierw niepewnie kręci się dookoła i rozgląda uważnie, by po chwili wejść do budynku. Andrzej Celiński uchyla jej dyskretnie drzwi i zaprasza do środka. Oboje spędzają w biurze poselskim długie dwie godziny. To wystarczający czas, by doświadczony parlamentarzysta wprowadził młodą wolontariuszkę w tajemniczy i jakże podniecający świat polityki.

Kilka minut po godz. 18 w biurze poselskim gaśnie światło i Andrzej Celiński wychodzi z młodą piękną kobietą pod rękę. Jest wyraźnie zrelaksowany i uśmie-chnięty. Po krótkim spacerze para rozstaje się w jednym z zaułków Katowic.

Kim jest ta długonoga miłośniczka polskiej polityki? - To wolontariuszka przychodząca do mojego biura. Jest absolwentką wydziału prawa i współpracuje ze mną od jakiegoś czasu - tłumaczy nam poseł Andrzej Celiński. Czy łączy ich jedynie fascynacja polityką, czy może coś więcej?

- Nie będę się na ten temat wypowiadał - mówi nam sucho Andrzej Celiński. Niestety, nie chce nawet zdradzić imienia swojej uroczej wolontariuszki. Ale wystarczy spojrzeć na te zdjęcia. Na tę bliskość. Oj, chyba nie jest to tylko bliskość polityczna.

środa, 8 października 2008

Biskup sosnowiecki Adam Śmigielski nie żyje

Józef Krzyk
2008-10-07, ostatnia aktualizacja 2008-10-07 20:00

Sosnowiec pogrążył się we wtorek w smutku. Zmarł biskup Adam Śmigielski, kapłan szanowany i lubiany nawet przez ludzi niewierzących.

Zobacz powiekszenie
Fot. Dawid Chalimoniuk/AG
bp Adam Śmigielski
Biskup Śmigielski kierował sosnowiecką diecezją od dnia jej powołania przez Jana Pawła II w 1992 roku. Sosnowiec nazwał swoją trzecią ojczyzną, po Przemyślu, w którym się urodził, i zakonie salezjanów, z którym się związał w 18. roku życia. Od początku zjednał sobie sympatię wiernych z Zagłębia. - To miasto właśnie stało się miejscem mojej służby, ale i miejscem, które pokochałem - mówił o Sosnowcu.

Nie odmawiał spotkania nikomu, chyba że ktoś w otwarty sposób zwalczał Kościół. Gmach kurii urządził w zwyczajnym domu katechetycznym w Sielcu, robotniczej dzielnicy Sosnowca. Pracował w urządzonym po spartańsku gabinecie - miał tylko stół i prostą szafkę, a przez pewien czas w kącie... pluszowego misia, prezent od dzieci. Biskup przekazał go do muzeum diecezjalnego, podobnie jak swoją fioletową sutannę biskupią. Od tego czasu chodził w skromnej czarnej, a jedyną oznaką godności był pierścień na palcu. Nie było w tym żadnej pozy, wszyscy znali jego wrażliwość na sprawy ludzi biednych i chorych. - Dlaczego Bóg urodził się w tak tragicznej kondycji materialnej? - pytał retorycznie w 2005 roku podczas wigilii dla ubogich na sosnowieckiej "Patelni". - Żebyśmy wszyscy mogli do niego podejść. Biedni i bogaci, uczeni i nieuczeni, wierzący i niewierzący. Pasterze nie weszliby do pałacu - podkreślił.

- Kościół zawsze stawał po stronie tych, którzy w trudnych czasach byli krzywdzeni - przypominał przy innej okazji.

Księży napominał, by troszczyli się o osoby żyjące w związkach niesakramentalnych i eliminowali ze swojego życia oznaki próżności i luksusu. - Ludzie przychodzący do parafialnej kancelarii muszą odczuć ciepło i serdeczność kapłana, a tym samym także Boga. Nigdy nie wolno odmawiać chrześcijańskiego pogrzebu, chyba że ktoś zastrzeże wyraźnie, że sobie nie życzy takiego pochówku - mówił.

Po zakończonym w 2005 roku synodzie diecezjalnym wnioskował, by finanse parafii były przejrzyste, a w przypadku ofiar za intencje mszalne bezwzględnie usuwano wszelkie pozory transakcji lub handlu. - Słyszałem, że czasem księża mówili: "Połowę z tego, co wydasz na wódkę na weselu córki, dasz za ślub". To nie jest duszpasterstwo - nie w mojej diecezji! - podkreślał biskup Śmigielski.

Zdawał sobie sprawę z problemów nękających diecezję. - To miejsce ludzi ciężkiej pracy. Często są oni zawiedzeni i zniechęceni. Tracą pracę, żyją na skraju nędzy w wielkich miejskich skupiskach - mówił po wizycie Jana Pawła II w 1999 roku. Wszystkim zapadło w pamięć, jak bp Śmigielski witał przybywającego wtedy do miasta Papieża. - Stoisz na ziemi stolicy świętego Kościoła sosnowieckiego, stolicy Czerwonego Zagłębia, czerwonego nie od nienawiści i negacji wartości religijnych i narodowych, ale czerwonego z miłości do Boga i Ojczyzny - mówił.

Choć Sosnowcem od lat rządzą prezydenci z lewicy, nigdy nie miał trudności w dogadywaniu się z nimi. - Ja się nie pytam, kto z jakiej partii pochodzi, widzę przed sobą człowieka. Kościół to nie miejsce na uprawianie polityki. W Kościele nie ma prawicy ani lewicy - podkreślał. A samorządowców, którzy na początku tego roku przyszli podzielić się opłatkiem, zapewnił: - Codziennie modlę się za każdego z was, nie patrzę, do jakiej opcji należycie, jesteśmy zjednoczeni pracą dla drugiego człowieka.

To również z powodu takiej postawy swoje honorowe obywatelstwo przyznały mu m.in. Sosnowiec, Będzin, Jaworzno, Klucze i Czeladź. - Biskup Śmigielski odwiedzał w naszym mieście wszystkie placówki, których działalność służy osobom szczególnie dotkniętym przez los, przynosił pociechę, nadzieję i podnosił na duchu - wyjaśniał powody wyróżnienia Paweł Silbert, prezydent Jaworzna.

Przed przyjazdem do Sosnowca był m.in. rektorem salezjańskiego seminarium duchownego, przełożonym wspólnoty salezjańskiej w Krakowie i prowincjałem we Wrocławiu. W niewielkiej, bo liczącej tylko 800 tys. wiernych diecezji sosnowieckiej konsekrował ponad 40 nowych świątyń, a w co drugiej parafii założył struktury Caritasu. Choć pod tym względem jego diecezja znalazła się w krajowej czołówce, bp Śmigielski uważał, że to i tak za mało. - Przecież biedni i potrzebujący są wszędzie - mówił.

W wigilię Bożego Narodzenia skończyłby 75 lat. Od kilku miesięcy biskup zmagał się z chorobą nowotworową, miał dystans do śmierci, choć wiedział, że umiera. Abp Damian Zimoń, który go odwiedził w ostatnich dniach, wspomniał, że o swojej śmierci mówił bardzo otwarcie, był przygotowany na spotkanie z Bogiem.

Diecezją sosnowiecką kieruje obecnie biskup pomocniczy Piotr Skucha.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice

czwartek, 31 lipca 2008

Sąd: wysokie czynsze zgodne z prawem

Anna Malinowska
2008-07-31, ostatnia aktualizacja 2008-08-01 08:49

- Hańba! - krzyczeli ludzie, gdy wieść o wyroku obiegała Mysłowice. Sąd orzekł, że właściciele dwóch bloków, pobierając drakońskie czynsze, nie oszukiwali lokatorów. - Skandal! - wołali, gdy sędzia uniewinniał małżeństwo Grażynę i Andrzeja B.

Zobacz powiekszenie
Fot. Dawid Chalimoniuk / AG
Rozgoryczeni wyrokiem lokatorzy wychodzili z sądu rozgoryczeni. Kobiety nie potrafiły ukryć łez
Historia zaczęła się 10 lat temu, gdy małżonkowie Grażyna i Andrzej B. kupili dwa bloki mieszkalne od mysłowickich Centralnych Zakładów Naprawczych. Wkrótce lokatorzy zaczęli dostawać pisma z informacjami o podwyżkach czynszu.

- Ceny rosły lawinowo. Według stawek z czynszów regulowanych płaciłabym za mieszkanie 216 zł miesięcznie. Tymczasem nowi właściciele zażyczyli sobie aż 1400 zł. I tak było w przypadku każdej rodziny. Nikt nas nie informował, za co mieliśmy płacić takie kwoty - mówi Teresa Motyl, która przewodniczy grupie 65 lokatorów. To najczęściej osoby starsze - emeryci i renciści.

Lokatorzy poskarżyli się prokuraturze. W akcie oskarżenia prokurator zarzucał Grażynie i Andrzejowi B. oszustwo na kwotę 176 tys. zł i próbę wyłudzenia 70 tys. zł. Proces karny toczył się prawie dwa lata.

Na wczorajszą - ostatnią już - rozprawę ludzie przyszli tłumnie. Kilka osób o laskach. Z nadzieją czekali na wyrok. - Jesteśmy już zmęczeni. Na stare lata musimy po sądach chodzić, prosić i tłumaczyć, żeby nie łamano prawa - mówili na sądowym korytarzu.

Rozprawa zaczęła się od mów końcowych. Prokurator Paweł Mazur wniósł, by sąd skazał małżonków na trzy lata więzienia. - Mecenas Maciej Burda, pełnomocnik poszkodowanych, przywołał zeznania księgowej małżeństwa B., która potwierdziła, że jeśli któryś z lokatorów zalegał z jakąkolwiek opłatą, B. nakładali podwyżki wszystkim. Mecenas powołał się również na opinię biegłego, który wyliczył, że stawki narzucane przez B. nijak się miały do rzeczywistości. - Prosimy o sprawiedliwość! Nie szukamy zemsty na B. Oni nie muszą iść do więzienia. Chcemy tylko, by zrozumieli, że działali ponad prawem - apelowała z kolei pani Motyl.

- Mamy tu do czynienia z konfliktem istniejącym od dwóch tysięcy lat. To konflikt między właścicielem a tym, kto z jego własności korzysta. Jeden chce więcej, a drugi mniej. To spór cywilny, nie karny! - mówił z kolei mecenas Stefan Kamiński, obrońca małżonków.

Po dwóch godzinach sędzia ogłosił wyrok. Małżonkowie B. są niewinni! - Sąd nie dopatrzył się znamion oszustwa. Poszkodowani powinni dochodzić swych praw na drodze cywilnej. Nie ma przesłanek, by sądzić, że oskarżeni działali w sposób celowy na szkodę mieszkańców. Dodatkowo nagłośnienie sprawy w mediach przez lokatorów mogło nasunąć skojarzenia, że będzie to miało wpływ na orzeczenie sądu - uzasadniał sędzia Maciej Michno.

Sąd powołał się jeszcze na fakt, że w czasie gdy miało dojść do szeregu oszustw, Andrzej B. przebywał w więzieniu. - Trudno, by stamtąd prowadził jakąkolwiek działalność - wyjaśniał sędzia. Powszechnie jednak wiadomo, że właśnie wtedy Andrzej B. założył w Sosnowcu Wyższą Szkołę Ekologii.

Małżeństwo B. nie kryło zadowolenia, słuchając uzasadnienia wyroku. Przytuleni, szybko opuścili salę.

- Jak wam nie wstyd!? Jak będziecie dzisiaj spać? Jak sobie w lustro spojrzycie! - rzucali rozżaleni lokatorzy w stronę składu sędziowskiego. Niektórzy nie kryli łez. - Mamy pozakładane sprawy cywilne. Teraz pewnie wszystkie przegramy - mówili ludzie. Długo jeszcze stali pod wejściem do sądu. Na pewno będą składać apelację.

Wyrok nie oznacza jednak końca kłopotów Andrzeja B. Prócz toczących się spraw cywilnych odpowiada on przed sądem za działanie na szkodę spółki Grudynia. Miał z niej wyprowadzić około 2 mln zł. Dodatkowych 12 mln zł stracił wówczas Skarb Państwa.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice

wtorek, 22 lipca 2008

Znalazły się 84 miliony na nową bibliotekę

Iwona Sobczyk
2008-07-21, ostatnia aktualizacja 2008-07-21 18:18

Nowa wspólna biblioteka Uniwersytetu Śląskiego i Akademii Ekonomicznej zostanie zbudowana według najnowszych standardów - będzie można i pobuszować między półkami, i przejrzeć książkę wirtualną. A to wszystko w supernowoczesnym wnętrzu. Znalazły sie na to pieniądze

Uniwersytet Śląski od 35 lat czeka na bibliotekę. Na razie biblioteczne pomieszczenia zajmują kawałek wydziału matematyki, fizyki i chemii. - Zaczyna nam brakować miejsca w magazynie. Jak się skończy, to będzie tragedia. Nowa biblioteka jest niezbędna - mówi prof. Dariusz Pawelec, dyrektor biblioteki UŚ.

Podobnie wygląda sytuacja na Akademii Ekonomicznej. - Mamy jeden z najbogatszych zbiorów bibliotecznych z dziedziny ekonomii na Górnym Śląsku i nie mamy gdzie go prezentować - mówi Urszula Klemczak-Maciąg z centrum promocji AE.

Obie uczelnie zamierzają zbudować wspólną bibliotekę i chyba już nic nie powinno stanąć im na drodze. Biblioteka, a właściwie Centrum Informacji Naukowej i Biblioteka Akademicka, będzie kosztować około 84 miliony złotych. Ponad 9 milionów wyłożą Katowice, 12 milionów da zarząd województwa śląskiego. Uczelnie podpisały z zarządem województwa umowę na dofinansowanie projektu ze środków unijnych. Z regionalnego programu operacyjnego na budowę gmachu przeznaczone zostaną aż 53 miliony złotych. Marcin Michalik, dyrektor gabinetu marszałka województwa śląskiego przyznaje, że to solidna dotacja. - Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że warto wspomóc tę inwestycję. Jesteśmy pewni, że Centrum wpłynie na rozwój społeczności akademickiej w regionie. Doceniliśmy też współdziałanie dwóch uczelni - mówi Michalik. Brakujące 9 milionów mają dołożyć po połowie AE i UŚ. Uczelnie mają jednak nadzieję, że część kwoty weźmie na siebie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Budynek stanie w miejscu spalonego Torkatu, który uniwersytetowi podarowało miasto, między Wydziałem Nauk Społecznych i Wydziałem Prawa i Administracji. - Biblioteka będzie spełniała wszystkie najnowsze standardy - mówi prof. Pawelec.

Teraz panuje moda na biblioteki otwarte, w których czytelnik ma po prostu dostęp do regałów z książkami. Dla tych, którym nie w smak wędrowanie między półkami, powstaną wirtualne bazy danych i biblioteka cyfrowa. W podziemnych magazynach zmieszczą się prawie 2 miliony woluminów, w środku będą kawiarenka, sala konferencyjna i wystawiennicza, wokół budynku miejsca parkingowe i zieleńce.

Uczelnie muszą teraz przygotować procedurę przetargową na wykonanie prac. Wiosną przyszłego roku ma się rozpocząć budowa. Uroczyste otwarcie zaplanowano na październik 2011 roku.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice

sobota, 14 czerwca 2008

Rozwody umilą w Katowicach sądowe ogrody

Tomasz Malkowski
2008-06-13, ostatnia aktualizacja 2008-06-13 21:06

Monumentalna bryła Sądu Okręgowego przy ul. Francuskiej jest już prawie gotowa. W środku trwają ostatnie prace wykończeniowe. Budynek mimo surowych elewacji skrywa przyjazne wnętrza, jego dziedzińce powoli zamieniają się w zielone oazy

Zobacz powiekszenie
Fot. Grzegorz Celejewski / AG
Autorzy projektu Tomasz Studniarek i Małgorzata Pilinkiewicz
SERWISY
Budowa olbrzymiego Sądu Okręgowego zbliża się po trzech latach prac do finiszu. Dziś już można stwierdzić jaki to gigant. Budynek to prostopadłościan szeroki na prawie 40 metrów i długi na 115 metrów, dłuższy więc niż pełnowymiarowe boisko piłkarskie. Obiekt powstał pomiędzy ulicami Francuską, a Damrota. Od tej pierwszej ma 6 kondygnacji, od Damrota widać już tylko pięć, bo najniższa zagłębia się w wyższym tam terenie. Podziemna część pomieści archiwa i parkingi dla pracowników.

Gotowe są już elewacje. Architekci z katowickiej pracowni Archistudio Studniarek+Pilinkiewicz zaprojektowali je jako gładkie płaszczyzny z betonu we frontach i z szarej cegły klinkierowej na dłuższych bokach.

Katowicki sąd będzie miał dwa wejścia, petenci będą wchodzić od ul. Francuskiej. Tutaj front ma kształt wysokiego na 25 metrów portalu. Szklana elewacja jest wycofana, flankują ją wystające skrzydła budynku z betonu architektonicznego. Wchodzący znajdą się w przestronnym holu, który biegnie przez całą długość budynku, aż do wejścia dla pracowników od strony ul. Damrota.

W holu znajdzie się szatnia, kawiarnia oraz punkty przyjmowania dokumentów. Hol umiejscowiony jest w środku dziedzińca budynku, ale nie styka się z jego elewacjami. To raczej niezależny, wstawiony pawilon o szklanych ścianach i konstrukcji z drewna klejonego. Dzięki takiemu rozwiązaniu pomiędzy ścianami holu, a właściwego budynku powstały wąskie ogrody. Z holu wystrzeliwują 3 wieże klatek schodowych, znów ze szklanymi ścianami ujętymi w drewnianą konstrukcję. Kiedy wchodzi się na piętro ukazuje się dach holu, który również zamieni się w ogród. Właśnie trwa nasadzanie roślin.

Dziedziniec ma elewacje podobne do tych zewnętrznych, z tej samej szarej cegły i z równym rytmem bardzo wysmukłych okien. Pojawia się też okładzina z drewna cedrowego na pionach windowych. - Staraliśmy się ograniczyć gamę kolorów do dwóch podstawowych. Z jednej strony to szarość ścian z betonu, cegieł i posadzek przemysłowych, z drugiej ocieplają je drewno konstrukcji, cedrowe okładziny i drewniane wyposażenie budynku. To takie zderzenie surowości z przyjaznością. Zieleń dziedzińców doda budynkowi oddechu i umili przebywanie w budynku - tłumaczy architekt Tomasz Studniarek, który wraz z Małgorzatą Pilinkiewicz jest autorem projektu. Ten kontrast materiałowy niejako odwzorowuje pracę sądu, który musi działać zgodnie ze sztywnymi paragrafami, ale zarazem nie może zapomnieć o człowieku.

Budynek ma bardzo funkcjonalne rozwiązania. Rozdzielono korytarze dla pracowników sądu od tych, z których będą korzystać petenci. Sędziowie mają pokoje na ostatnim piętrze i oddzielnymi klatkami schodowymi schodzą prosto do sal sądowych. Otwarte klatki schodowe dla petentów, duży hol - ułatwią orientację w budynku, który ma około 15 tys. metrów kwadratowych powierzchni.

Dotychczas Sąd Okręgowy zajmował kilka budynków porozrzucanych po Katowicach. Teraz wszystkie wydziały z wyjątkiem karnych zostaną przeniesione do nowego gmachu. - Wydział karny pozostanie w zabytkowym budynku przy Andrzeja, będzie miał teraz znacznie więcej miejsca, bo obecnie panuje tam straszliwa ciasnota. Zostaje na miejscu, bo obok jest budynek aresztu. Natomiast do naszego starego budynku przy ul. Francuskiej przeprowadzi się Sąd Rejonowy Katowice-Wschód - tłumaczy Krzysztof Zawała, rzecznik prasowy SO w Katowicach. Do nowego budynku przeprowadzi się w sumie kilkanaście wydziałów, w tym cywilny, gospodarczy, rodzinny, ubezpieczeń.

- Nie możemy się już doczekać, bo w końcu otrzymamy lepsze warunki pracy. Przeprowadzkę planujemy zrobić na początku 2009 roku. Oznacza ona także korzyść dla mieszkańców. Większa liczba sal rozpraw znacznie przyspieszy prace sądu - zapewnia Zawała.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice

czwartek, 5 czerwca 2008

Żałoba w Jastrzębiu. Nie żyje czterech górników

mt, PAP
2008-06-05, ostatnia aktualizacja 2008-06-05 11:09

Czterech górników zginęło w nocnym wybuchu metanu w kopalni "Borynia" w Jastrzębiu Zdroju; 23 innych zostało poszkodowanych. Ratownicy górniczy wydobyli na powierzchnię ciała dwóch ostatnich górników, którzy minionej nocy zginęli w wybuchu.

Zobacz powiekszenie
Fot. Grzegorz Celejewski / AG
Górnicy z kopalni "Borynia" w Jastrzębiu
Dwie ofiary to pracownicy "Boryni", dwaj inni to pracownicy Zakładu Odmetanowania Kopalń. Ofiary miały 22, 35, 45 i 50 lat. 19 górników przebywa w dwóch śląskich szpitalach. Stan trzech, leczonych w Centrum Leczenia Oparzeń (CLO) w Siemianowicach Śląskich jest ciężki. - Robimy wszystko co możliwe, żeby ich uratować - powiedział dr Marek Kawecki z CLO.

16 górników z oparzeniami, skaleczeniami i złamaniami trafiło do Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego Nr 2 w Jastrzębiu Zdroju. Rzeczniczka szpitala Alicja Brocka powiedziała, że 12 z nich trafiło na ortopedię, dwóch na oddział chirurgii ogólnej, dwóch kolejnych leży na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej.

- Stan jednej z osób, leżących na OIOM-ie jest stabilny, stan zdrowia drugiej lekarze określają jako poważny - powiedziała Brocka. Rzeczniczka szpitala zastrzega, że część pacjentów może zostać wkrótce przewiezionych do innych placówek.

Ratowniczy górniczy ciągle transportują na powierzchnię czterech górników. Dwaj z nich są ranni - dwaj pozostali nie dają oznak życia. Jeden z górników, odnaleziony żywy, zmarł w trakcie transportu. Akcja wydobywania poszkodowanych trwa od kilku godzin. Ratownicy muszą przejść z poszkodowanymi na noszach kilka dzielących miejsce tragedii od szybu.

Do wybuchu doszło wczoraj wieczorem

- Według ostatnich danych w wypadku poszkodowanych zostało 23 górników z 32, którzy byli w strefie zagrożenia. 16 z nich trafiło do szpitali. Mają różnego rodzaju obrażenia - od potłuczeń i złamań do mniej lub bardziej rozległych oparzeń. Niektórzy są w szoku psychicznym - powiedziała rzeczniczka JSW Katarzyna Jabłońska-Bajer.

Jak podała rzeczniczka WUG Edyta Tomaszewska, w akcji bierze udział 11 zastępów ratowniczych. Są to ratownicy z JSW i Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego w Bytomiu.

Według przedstawicieli WUG i JSW, do wybuchu doszło w środę przed godz. 23 ok. 900 metrów pod ziemią. Pracowała wówczas trzecia zmiana. W zagrożonym rejonie było wtedy 32 górników, którzy prowadzili prace remontowo-konserwacyjne przenośnika. Większość z nich tuż po wybuchu o własnych siłach wycofała się i wyjechała na powierzchnię.

Urządzenia nie wykazały zwiększonego stężenia metanu

Nie wiadomo, co mogło spowodować wybuch metanu. Według JSW, kopalniane urządzenia nie wykazały przekroczonych stężeń metanu przed wybuchem ani tuż po nim. "Borynia" należy do kopalń trzeciego stopnia zagrożenia metanowego w czterostopniowej rosnącej skali.

Okoliczności wypadku będzie wyjaśniać prokuratura i komisja powołana przez prezesa WUG. Jej pierwsze posiedzenie odbędzie się w poniedziałek. Jeszcze dziś zbierze się zespół ekspertów z "Boryni". Specjaliści zastanowią się czy i kiedy w miejscu tragedii będzie można bezpiecznie przeprowadzić wizję lokalną.

Żałoba do soboty

Prezydent Jastrzębia Zdroju ogłosił w czwartek żałobę w mieście. Potrwa ona od godz. 12 w czwartek do godz. 12 w sobotę. Z apelem o godne i pełne poszanowania dla bólu rodzin ofiar katastrofy uczczenie ich pamięci zwrócił się też do mieszkańców regionu wojewoda śląski Zygmunt Łukaszczyk.

- Chciałbym, by instytucje kultury i rozrywki naszego regionu zachowały w tych dniach należytą powagę w prezentowanym przez nie programie artystycznym. Proszę, by repertuar placówek kulturalnych w województwie odpowiadał atmosferze szacunku dla pamięci ofiar katastrofy i tragedii ich rodzin. Połączmy się wszyscy w żałobie z rodzinami ofiar - zaapelował wojewoda Łukaszczyk.

W związku z wypadkiem na Śląsk jedzie wicepremier Waldemar Pawlak, by osobiście zapoznać się z sytuacją.

środa, 21 maja 2008

Michnik o pułapkach kryjących się w teczkach

Jacek Madeja
2008-05-22, ostatnia aktualizacja 2008-05-22 16:58

Adam Michnik, redaktor naczelny "Gazety Wyborczej", wygłosił w środę wykład na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Mówił, jakich pułapek powinniśmy unikać, rozliczając komunistyczną przeszłość.

Zobacz powiekszenie
FOT.MARTA BŁAŻEJOWSKA/AG GWL KATO MB DIGI
Podczas wykładu na Uniwersytecie Śląskim Adam Michnik zastanawiał się jak nasza przeszłość ogranicza naszą wolność
- Dziś jesteśmy w takim momencie historycznym, kiedy debata o przeszłości wchodzi w nową, bardzo istotną fazę. W czerwcu IPN ma wydać książkę z czytelną sugestią, że Lech Wałęsa był agentem. Symboliczność tego momentu polega na tym, że w oparciu o policyjne materiały człowiek, który jest najbardziej rozpoznawalnym logo naszego państwa na świecie, zostaje oskarżony o coś, co w polskiej tradycji jest najbardziej rzeczą hańbiącą - mówił Adam Michnik do słuchaczy, którzy tłumnie wypełnili aulę w budynku rektoratu Uniwersytetu Śląskiego.

Przekonywał, że w ten sposób przekreślamy to, co powinno być powodem największej dumy dla Polaków. - Pokojowe rozmontowanie komunizmu drogą kompromisu i negocjacji było najważniejszym polskim politycznym dokonaniem w XX wieku. Pokazaliśmy całemu światu, jak to można zrobić, to było polskie rozwiązanie kwadratury koła. Teraz to zostaje kompletnie unieważnione - przestrzegał Michnik.

Zdaniem redaktora naczelnego "Gazety" nie można oceniać zachowań Polaków z czasów dyktatury komunistycznej w oderwaniu od kontekstu historycznego. - Stosowanie do ówczesnej bardzo skomplikowanej sytuacji dzisiejszych prostych, by nie powiedzieć prostackich norm moralnych i ocen, to największy gwałt na pamięci zbiorowej. Dlatego dziś nie mogę przyjąć, że generała Jaruzelskiego chce się sądzić, abstrahując od faktu, że działał pod sowiecką presją. W 1981 roku żaden odpowiedzialny polityk nie mógł powiedzieć, że Polsce nie grozi interwencja. Wszystkich ludzi z tamtego okresu, od Jaruzelskiego do Wałęsy, można oceniać, ale najbardziej nieuczciwe jest ich ocenianie na podstawie raportów i donosów agentów aparatu bezpieczeństwa. To jest pośmiertne zwycięstwo bezpieki. Dlatego kiedy dziś czytam, że prokurator Koj z Katowic chce metodą aktu oskarżenia ustalić prawdę historyczną, to wiem, że się dokonuje coś bardzo złego i niebezpiecznego. Coś, co może fatalnie zaciążyć nad naszą przyszłością. Dzisiaj kontynuowanie logiki odwetu, który, nie wiedzieć czemu, nazywa się sprawiedliwością, jest utrwalaniem podziałów, które będą się przenosiły z pokolenia na pokolenie. To nie jest dobra droga - podkreślał Michnik.

Po wykładzie słuchacze pytali go m.in o opozycyjną przeszłość, lustrację i przyszłość polskiej lewicy. Studenci byli też ciekawi, jaki jest stosunek naczelnego "Wyborczej" do śląskich starań o autonomię. - O tym muszą zdecydować ludzie, którzy tu mieszkają. Nie można dostawać wysypki na słowo autonomia ani lekceważyć 180 tys. osób, które podczas spisu powszechnego wpisały narodowość śląską - tłumaczył Michnik.

Wykład był kolejnym spotkaniem z cyklu "Rozmów o dobrym państwie", który w kwietniu zainaugurował prof. Leszek Balcerowicz. Organizatorem cyklu są "Gazeta Wyborcza", Uniwersytet Śląski w Katowicach i fundacja Forum Obywatelskiego Rozwoju. Partnerem jest ING Bank Śląski, a patronem medialnym Radio TOK FM.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice

piątek, 9 maja 2008

Tramwaje Śląskie żegnają się z cyklopami

tg
2008-05-08, ostatnia aktualizacja 2008-05-09 09:38

Zobacz powiększenie
Tramwaje Śląskie od września rezygnują z wagonów 102Na
Fot. Dawid Chalimoniuk / AG

Na najbliższą sobotę, 10 maja, zaplanowano ostatni, pożegnalny przejazd dwóch wagonów 102Na, które od prawie 40 lat służą pasażerom.

SERWISY
Katowice, Siemianowice Śląskie, Chorzów, Bytom, Świętochłowice, Chebzie, Zabrze, Gliwice, Chorzów Batory, Szopienice i Sosnowiec - w sumie 150 km i 11 godzin jazdy. Na najbliższą sobotę, 10 maja, zaplanowano ostatni, pożegnalny przejazd dwóch wagonów. Popularnie zwane "ogórkami", "cyklopami", czy po prostu "stodwójkami"; po Górnym Śląsku jeżdżą od 1970 roku. Po prawie 40 latach służby postanowiono wycofać je z ruchu. Mimo że imprezę pożegnalną zaplanowano w maju, wagony będą jeździć jeszcze do września, bo wtedy kończy im się ważność rejestracji.

Swój udział w imprezie współorganizowanej przez Klub Miłośników Transportu Miejskiego w Chorzowie Batorym zapowiedziało już ok. 200 osób z całej Polski i z zagranicy. Zbiórka uczestników o godz. 8.40 na przystanku tramwajowym Katowice Dworzec PKP (przy ul. 3 Maja, stanowisko w kierunku Siemianowic przy zejściu z estakady dworcowej). Planowane zakończenie: ok. godz. 19 w tym samym miejscu.

Orientacyjny plan przejazdu (odjazdy): Katowice Dworzec PKP (8.50) - Siemianowice pl. Skargi (9.29) - Bytom pl. Sikorskiego (10.22) - Chebzie Pętla (11.34) - Wójtowa Wieś (13.04) - Chebzie Pętla (14.38) - Chorzów Batory Zajezdnia (15.47) - Katowice Rynek (16.28) - Konstantynów Okrzei (17.35) - Pogoń Będzińska Pętla (18.07) - Katowice Dworzec PKP (przyjazd 18.55).

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice

sobota, 19 kwietnia 2008

Dyrektor Śląskiego: zdążymy przed Euro 2012

Rozmawiał Przemysław Jedlecki
2008-04-18, ostatnia aktualizacja 2008-04-18 18:21

Marek Szczerbowski, dyrektor Stadionu Śląskiego, obiecuje, że nawet po finałach Euro 2012 Stadion Śląski nie będzie stał pusty. - Polska potrzebuje kilku dużych aren. Imprez starczy dla wszystkich - mówi

Zobacz powiekszenie
Fot. Maciej Jarzębiński / AG
Marek Szczerbowski, dyrektor Stadionu Śląskiego
Przemysław Jedlecki: Czy Śląski będzie gotowy na mistrzostwa w 2012 roku?

Marek Szczerbowski, dyrektor Stadionu Śląskiego: - Od roku jestem w środku tego projektu i wiem, że zdążymy z przygotowaniem Stadionu Śląskiego. Jestem o to spokojny.

UEFA jednak ciągle twierdzi, że organizacja spotkań na Stadionie Śląskim jest obarczona bardzo wysokim ryzykiem.

- To dlatego, że o wiele trudniej pokazać federacji, że spełnimy jej wszystkie oczekiwania w przypadku już gotowego stadionu. W innej sytuacji są miasta, które je dopiero budują i wszystko planują. Dlatego musimy drobiazgowo analizować uwagi UEFA i na nie odpowiadać. I to właśnie robimy.

Czy to znaczy, że UEFA się myli w ocenie stadionu i nas nie docenia?

- Nie, ale jednym z wymogów UEFA jest, by transmisja telewizyjna była prowadzona z trybuny głównej, która powinna być po zachodniej stronie. Chodzi o to, żeby słońce nie oślepiało kamer. Trudno jednak przenieść naszą trybunę z jednej strony na drugą. Dlatego projektant dachu nad miejscami dla widzów pracuje również nad rozwiązaniem tego problemu.

Trzeba było dawno temu obrócić stadion.

- Nie będę tego komentował. Teraz jest to już niemożliwe. Jeżeli mamy zdążyć ze wszystkimi robotami do 2012 roku, nie możemy się za coś takiego teraz zabierać, bo ryzyko opóźnienia byłoby zbyt duże.

Przecież modernizacja Śląskiego trwa od 14 lat. Dlaczego nikt wcześniej nie wpadł na to, że słońce może przeszkadzać w oglądaniu meczów? Przecież UEFA nie wymyśliła tego wczoraj.

- Gdy rozpoczynano prace na stadionie, nikt o takich wymogach nie wiedział. Na pewno nie było ich w 1994 roku.

A teraz się jeszcze okazuje, że rząd nie da pieniędzy na dokończenie prac i budowę dachu.

- Jeśli to prawda, to jestem pewien, że znajdziemy argumenty, by przekonać rząd, że to zły pomysł. Wiem, że państwo dało już dużo pieniędzy na Śląski. Ale przecież dzięki temu to właśnie tu odbywały się najważniejsze mecze reprezentacji, w tym ten, który dał nam awans do Euro 2008. Teraz rozmawiamy o zupełnie nowym wyzwaniu o nazwie Euro 2012. To przecież co innego.

Stadion Śląski potrzebuje jednak nie tylko dachu.

- Cała dyskusja skupia się wokół dachu, ale równie ważne są toalety, system biletowania, kasy, nagłośnienie, oświetlenie i parking.

Tylko czy marszałek województwa będzie miał na to wszystko 250 mln zł?

- Widziałem wszystkie dokumenty. Budżet inwestycji nie jest zagrożony. Pieniądze na pewno będą.

Niektóre pomysły na Euro 2012 trącą prowizorką. Pojawił się pomysł, by kibice parkowali na terenach zielonych w Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku.

- Są różne pomysły w tej sprawie. Z własnego doświadczenia uważam, że najlepiej byłoby, gdyby w sąsiedztwie stadionu powstał parking na co najmniej 5 tys. samochodów. Moje zdanie nie jest jednak jedyne...

Do Euro 2012 w Polsce powstaną nowoczesne areny w Gdańsku, Wrocławiu i Warszawie. Jak przy nich będzie wyglądał Stadion Śląski?

- Musimy pamiętać o tym, że w trakcie Euro 2012 na każdym stadionie odbędą się najwyżej trzy mecze. Dlatego nie można budować obiektów z myślą tylko o tej imprezie. Naszym atutem będzie wielofunkcyjność. Dobrym pomysłem jest np. pójście w stronę organizacji zawodów lekkoatletycznych, chcą tego środowiska sportowe. Oprócz tego nadal będzie można u nas organizować koncerty, mecze ligowe i reprezentacji.

Tylko czy gwiazdy sportu i muzyki będą chciały grać na jednym z najstarszych stadionów w Polsce?

- To nie one będą decydować, tylko np. władze klubów i federacji. A argumenty będziemy mieli naprawdę mocne. Wystarczy wspomnieć o świetnym zapleczu dla drużyn z nowoczesną szatnią i odnową biologiczną czy o boiskach treningowych. Do tego dodam doświadczenie w organizacji dużych imprez, doskonałe położenie stadionu i jego historię. Polska musi mieć kilka dużych stadionów i dla każdego starczy imprez.

Kiedy będziemy wiedzieć, czy UEFA zgodzi się na mecze Euro 2012 w Chorzowie?

- Najwcześniej jesienią tego roku. I do tego czasu będziemy ciężko pracować.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice