wtorek, 18 marca 2008

Blogi stają się elementem marketingu usług prawnych


Fot. Arch.
Ryszard Sowiński twierdzi, że pisanie blogów jest doskonałym sposobem reklamy prawnika i jego kancelarii

Prowadzenie blogów przez prawników pozwala wypromować własną osobę oraz rozreklamować kancelarię. Dzięki nim wielu klientów decyduje się na skorzystanie z usług blogującego prawnika.

Prawnicy coraz częściej skłaniają się ku nowym formom komunikacji czy zaistnienia w świadomości klientów, a także całego rynku usług prawniczych. Zaczynają oni pisać blogi, które dotyczą ich rozważań na tematy związane z kwestiami prawnymi, ale nie tylko. Cześć opisuje w nich sprawy mniej związane z codzienną pracą. W ten sposób prawnicy mogą pokazać swoje umiejętności i zainteresowania. Dodatkowo, z uwagi na coraz większą popularność medium, jakim jest internet, przybywa czytelników blogów, czyli potencjalnych klientów. Poza tym coraz częściej blogi stają się narzędziem do zaistnienia w świadomości przyszłego pracodawcy.

- Dla autorów blogi są doskonałym narzędziem budowania wizerunku specjalisty w swojej dziedzinie oraz zmuszają go do ciągłego samodoskonalenia się. Kiedyś potencjalny pracodawca lub klient mógł ocenić prawnika jedynie na podstawie sposobu zachowania się w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej lub negocjacji związanych ze złożeniem oferty.

Dzisiaj blog mówi o jego autorze prawie wszystko. Dzięki blogom ich autorzy otrzymują atrakcyjne propozycje pracy, a większa płynność kapitału ludzkiego służy przecież rozwojowi całego sektora usług prawniczych - mówi Ryszard Sowiński, dyrektor ds. strategii i rozwoju w Kancelarii Prawnej R. Urowska i Wspólnicy. Jego zdaniem z prowadzenia blogów przez prawników korzystają również kancelarie.

- Blogi są źródłem budowania wizerunku firmy, w której pracują ludzie z pasją. Są one narzędziem lepszego pozycjonowania stron kancelarii w wyszukiwarkach. Treść blogów ożywia strony internetowe kancelarii i tworzy obraz organizacji dynamicznej i uczącej się. Na bardziej dojrzałych rynkach widać już nawet zjawisko zastępowania tradycyjnych stron www stronami zbudowanymi wokół blogów - wymienia zalety prowadzenia bloga Ryszard Sowiński.

Komunikacja z klientem

Prowadzenie blogów coraz częściej staje się doskonałym sposobem dotarcia do potencjalnego klienta.

- Blog to dla nas dodatkowa forma komunikacji z dotychczasowymi i potencjalnymi klientami. Na tyle ważna, że postanowiliśmy od razu informować o niej na naszej głównej stronie internetowej - mówi adwokat Radosław Skowron, partner w kancelarii Kaczor Klimczyk Pucher Wypiór. Zaznacza on, że jeszcze dziesięć lat temu nowością było kontaktowanie się z adwokatem za pomocą poczty elektronicznej czy budowanie wizerunku kancelarii poprzez strony internetowe. Jednak obecnie współczesne środki komunikacji pozwalają na prowadzenie bardziej zindywidualizowanego dialogu w zakresie budowy wizerunku.

- Blog wydaje się tu idealnym rozwiązaniem, gdyż łączy pewien tradycyjny, wręcz romantyczny element dziennika czy diariusza z wyrafinowanymi kanałami dystrybucji w internecie. A przede wszystkim pozwala na pokazanie w prawniku człowieka z krwi i kości - mówi Radosław Skowron.

Prowadzenie własnego bloga w przypadku prawnika może okazać się skutecznym narzędziem marketingowym. Z uwagi na większą popularność takiej formy komunikacji może bowiem dojść do sytuacji, że klient zanim wybierze do obsługi daną kancelarię, najpierw przejrzy blogi pracujących w niej prawników. Jednak zdaniem Ryszarda Sowińskiego taka sytuacja jest bardziej prawdopodobna w przypadku mniejszych firm.

- Dla klientów i potencjalnych klientów blogi mogą stanowić ważny czynnik weryfikacji wiarygodności kancelarii i obsługującego ich prawnika. Dzięki dobremu pozycjonowaniu blogów w wyszukiwarkach blogi mogą stać się narzędziem pozyskiwania klientów - szczególnie cennym dla małych kancelarii i wolnych strzelców, a także dla kancelarii oferujących produkty na rynku niebiznesowym oraz produkty niszowe. Dobry blog poświęcony prawu rodzinnemu czy też odszkodowaniom komunikacyjnym może przyciągnąć potencjalnych klientów, którzy zaczynają poszukiwanie rozwiązań swoich problemów od wyszukiwarki internetowej - uważa Ryszard Sowiński.

Niedoceniane zalety

W polskim internecie jak do tej pory królowały blogi pisane przez zwykłych ludzi. Później przyszedł czas na przedsiębiorców i polityków. Te ostatnie okazują się na tyle znaczące, że są cytowane przez media. Teraz do grupy bloggerów dołączają prawnicy, jednak w Polsce dzieje się to powoli.

W polskim internecie blogów prawniczych jest bardzo niewiele - tych dobrych jeszcze mniej. Tymczasem zachodni świat prawniczy oszalał na punkcie blogów. To nie strony internetowe, listy dyskusyjne i fora dyskusyjne są w centrum uwagi. Dzisiaj blogi są jednym z najważniejszych narzędzi komunikacji kancelarii z rynkiem - to tylko niektóre zalety wymieniane przez Ryszarda Sowińskiego. Dodaje on, że w innych państwach blogi są dziś w centrum uwagi osób odpowiedzialnych za marketing w branży prawniczej.

Problemem wielu prawników przy pisaniu własnych blogów jest brak czasu na w miarę cykliczne publikowanie wpisów. Częstotliwość pisania jest ważna, gdyż zmiany wpisów powodują, że zainteresowani daną tematyką czytelnicy wracają do danego bloga.

Popularność bloga

Częstotliwość pisania w przypadku blogów prawników jest tym bardziej ważna, że prawo, jak rzadko która dziedzina, zmienia się bardzo często. Jeżeli zatem czytelnicy widzą, że tekst bloga jest przygotowywany nieregularnie i rzadko, to po pewnym czasie zapominają o autorze i już nie odwiedzają jego witryny. Dla czytelników blog, w którym ostatni wpis (w momencie pisania tekstu) jest datowany np. na koniec listopada 2007 r. oznacza, że od kilku miesięcy nie można dowiedzieć się niczego nowego i ciekawego.

Regularne zamieszczanie wpisów na blogu nie jest jedynym sposobem na sprawienie, by stał się on popularny wśród czytelników i potencjalnych klientów.

Przede wszystkim prawnik decydujący się na pisanie bloga powinien uzmysłowić ludziom fakt jego istnienia. Do tego można posłużyć się m.in. dołączaniem adresu prowadzonego bloga w stopce wysyłanej elektronicznie korespondencji. Ważne jest także umieszczanie linków do bloga na różnych forach czy stronach internetowych. Można także skorzystać z możliwości opisów w komunikatorach internetowych, np. jak Gadu-Gadu. Jednak to nie wystarczy. Zdaniem Ryszarda Swoińskiego trzeba mieć coś mądrego do powiedzenia i precyzyjnie zdefiniować grupę odbiorców. Zaznacza on, że należy wchodzić w interakcje z osobami wpisującymi komentarze i samemu zabierać głos w internetowych dyskusjach, prowokując w ten sposób do odwiedzin swojego bloga.

ŁUKASZ KULIGOWSKI

Chińczycy pacyfikują Tybet

AP, Maria Kruczkowska
2008-03-18, ostatnia aktualizacja 2008-03-17 22:31

W Lhasie panuje strach, przez miasto przejechały ciężarówki z więźniami, a sekretarz partii komunistycznej w Tybecie pisze na stronie internetowej o "walce na śmierć i życie"

Zobacz powiekszenie
Fot. GOPAL CHITRAKAR REUTERS
ZOBACZ TAKŻE
W trzy dni po największych od 20 lat antychińskich protestach, w stolicy Tybetu atmosfera jest napięta. Wczoraj o północy czasu chińskiego upłynęło ultimatum władz nakazujące osobom, które wzięły udział w proteście, oddać się w ręce policji. Tym, którzy się zgłoszą, władze obiecały wybaczyć nieposłuszeństwo, ale złapanym po ultimatum zagroziły surowymi karami. Nie wiadomo, czy ktoś sam przyszedł na policję (w połowie dnia nikt nie odpowiedział na wezwanie), ale więzienia już pękają w szwach.

Rano ulicami stolicy Tybetańskiego Regionu Autonomicznego Lhasy, gdzie sterczą zgliszcza spalonych chińskich sklepów, przejechał bardzo powoli konwój z więźniami. W czterech otwartych ciężarówkach stali mężczyźni i kobiety skuci kajdankami i z ogolonymi głowami. Zgodnie z chińską praktyką za każdym więźniem stał żołnierz, pilnując, by nie podnosił głowy.

Policja przeszukuje dom po domu, a podejrzany jest każdy młody Tybetańczyk. BBC poinformowało wczoraj, że funkcjonariusze zabierają też byłych więźniów politycznych.

- Nikt jednak w piątek do tłumu nie strzelał - zapewnił wczoraj gubernator Tybetu Champa Phuntsok, Tybetańczyk robiący karierę w chińskiej administracji. Mówił, że w Lhasie panował chaos, kryminaliści uzbrojeni w noże i pałki palili, plądrowali i zabijali. Były ofiary, ale tylko 16. To "niewinni cywile" zamordowani - jak sugerował Phuntsok - przez tybetańską tłuszczę. Według niego trzy osoby zginęły skacząc z dachu płonącego budynku.

Z życiem uszedł policjant - podkreślał Phuntsok - którego manifestanci dopadli i "wykroili kawał pośladka wielkości pięści". - Żaden kraj nie pozwala kryminalistom uciec sprawiedliwości. Chiny nie są tu wyjątkiem - tłumaczył Phuntsok.

Zdaniem rządu Tybetu na uchodźstwie i świadków ofiar jest co najmniej kilkadziesiąt, a policja strzelała do tłumu.

Teraz region został odcięty od świata. Z Lhasy wyjechali turyści, wstępu nie mają też dziennikarze, których się do Tybetu nie zaprasza nawet w spokojniejszym czasie. Chińska telewizja pokazuje tylko spalone sklepy i rozrzucony na ulicach dobytek, którego plądrujący nie zdołali zabrać.

Władze starają się przywrócić pozory normalności, m.in. otwierając szkoły. "Ale ludzie boją się wychodzić z domów i prowadzić normalne życie. Boją się, że natkną się na chińskie patrole albo że zostaną zastrzeleni" - pisze James Miles z "The Economist" z Lhasy.

To jedyny dziennikarz zagraniczny w tybetańskim mieście. Inni korespondenci zachodni w Pekinie, którzy w zeszłym tygodniu pojechali do sąsiednich prowincji, wczoraj zostali stamtąd wyproszeni. Z Lhasy wygoniono w poniedziałek też dziesięciu chińskich reporterów telewizji z Hongkongu. Jednemu z nich kazano zniszczyć film.

Ale poza Lhasą tybetańskie powstanie przeciwko chińskim rządom nie wygasa. Nawet w Pekinie małą manifestację urządzili wczoraj studenci tybetańscy. W powiecie Maqu w prowincji Gansu tłum Tybetańczyków pomaszerował z portretami Dalajlamy w kierunku siedziby lokalnych władz, wybijając okna i podpalając chińskie sklepy. Na uniwersytecie w Lanzhou, stolicy Gansu, protestowało 500 studentów tybetańskich. W Hongyuan w prowincji Syczuan policja brutalnie pobiła i zatrzymała ok. 40 uczniów szkoły średniej, którzy domagali się powrotu Dalajlamy do Tybetu. 700 innych dzieci manifestowało solidarność z kolegami przed okręgowym biurem bezpieczeństwa publicznego.

Świadkowie mówią o posiłkach wojskowych, które jadą w stronę zbuntowanych regionów Chin.

O tym, co Pekin szykuje Tybetańczykom, można dowiedzieć się ze strony internetowej rządu prowincji. "Ohydne czyny uświadomiły nam, że [w Lhasie] toczy się walka na śmierć i życie" - napisał sekretarz partii Zhang Qingli, znany z twardej ręki wielkorządca Tybetu.

Przebywający na wygnaniu duchowy przywódca Tybetańczyków Dalajlama mówił w niedzielę o "kulturowym ludobójstwie", ale nie wezwał do bojkotu sierpniowych igrzysk w Pekinie. I za to wczoraj skrytykowali go radykałowie na uchodźstwie. Młodzi Tybetańczycy niecierpliwią się, widząc, że walka Dalajlamy bez przemocy do niczego nie prowadzi.

Bojkotu igrzysk nie ogłosi też Zachód, o czym jasno powiedzieli wczoraj ministrowie sportu UE oraz rzecznik niemieckiej kanclerz Angeli Merkel. Zachód nie pójdzie na razie dalej niż amerykańska szefowa dyplomacji Condoleezza Rice, która w drodze do Moskwy wezwała wczoraj Pekin, by podjął rozmowy z Dalajlamą.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Jak zostać syndykiem?

Data: 18.03.2008 r.

20 marca 2008 r. wchodzą w życie 3 rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości, które powinny zainteresować osoby ubiegające się o licencję syndyka.

Kiedy przeprowadza się egzamin dla osób ubiegających się o licencję syndyka?

Egzamin dla osób ubiegających się o licencję syndyka przeprowadza się co najmniej 2 razy w ciągu roku. Informację o terminie egzaminu Minister Sprawiedliwości ogłasza w Biuletynie Informacji Publicznej na swoich stronach podmiotowych oraz w dzienniku o zasięgu ogólnokrajowym, co najmniej na trzy miesiące przed planowanym terminem egzaminu.

Jak przeprowadza się egzamin dla osób ubiegających się o licencję syndyka?

Rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości z dnia 19 lutego 2008 r. w sprawie pytań i zadań problemowych na egzamin dla osób ubiegających się o licencję syndyka określa sposób przygotowywania, przechowywania oraz przekazywania Komisji Egzaminacyjnej pytań i zadań problemowych na egzamin dla osób ubiegających się o licencję syndyka.

Egzamin składa się z części pisemnej i ustnej oraz jest przeprowadzany w języku polskim.

Natomiast rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości z dnia 19 lutego 2008 r. w sprawie egzaminu dla osób ubiegających się o licencję syndyka oraz opłaty egzaminacyjnej określa sposób przeprowadzenia egzaminu dla osób ubiegających się o licencję syndyka oraz wysokość opłaty egzaminacyjnej i sposób jej wnoszenia.

Egzamin rozpoczyna się w dniu i o godzinie wyznaczonej przez Ministra Sprawiedliwości. Przewodniczący Komisji Egzaminacyjnej wyznacza miejsce przeprowadzenia części pisemnej egzaminu oraz godziny rejestracji osób dopuszczonych do egzaminu. Przewodniczący zawiadamia zdających o miejscu i terminie części pisemnej egzaminu oraz o godzinach rejestracji poprzez ogłoszenie w Biuletynie Informacji Publicznej na stronach podmiotowych Ministra Sprawiedliwości oraz przez wysłanie pisma informującego do każdego zdającego, najpóźniej na 14 dni przed terminem egzaminu.

Przewodniczący podczas egzaminu może wydawać zarządzenia o charakterze porządkowym lub organizacyjnym.

Ile wyniesie opłata egzaminacyjna?

Wysokość opłaty egzaminacyjnej stanowi równowartość minimalnego wynagrodzenia za pracę. Opłata egzaminacyjna za egzamin dla osób ubiegających się o licencję syndyka wynosi więc teraz 1126 zł.

Opłatę egzaminacyjną uiszcza się najpóźniej 45 dni przed terminem rozpoczęcia egzaminu na rachunek bankowy Ministerstwa Sprawiedliwości wskazany w ogłoszeniu o terminie egzaminu. W przypadku dołączenia do wniosku o dopuszczenie do egzaminu dowodu wniesienia opłaty egzaminacyjnej w formie wydruku potwierdzającego dokonanie operacji bankowej, na wydruku tym zamieszcza się potwierdzoną własnoręcznym podpisem informację, że figurująca na nim kwota stanowi opłatę egzaminacyjną.

Jak podaje Ministerstwo Sprawiedliwości, opłatę należy wpłacać na konto Ministerstwa Sprawiedliwości (Al. Ujazdowskie 11, 00-950 Warszawa) w Narodowym Banku Polskim: nr konta 77 1010 1010 0400 1922 3100 0000 z dopiskiem: opłata za egzamin dla osób ubiegających się o licencję syndyka, od dnia 20 marca 2008 r. (tj. od dnia wejścia w życie rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości z dnia 19 lutego 2008 r. w sprawie egzaminu dla osób ubiegających się o licencję syndyka oraz opłaty egzaminacyjnej).

Jaką licencję może otrzymać świeżo upieczony syndyk i ile musi zań zapłacić?

Rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości z dnia 19 lutego 2008 r. w sprawie wzoru dokumentu licencji syndyka oraz wysokości i sposobu wnoszenia opłaty za wydanie dokumentu licencji syndyka określa zaś wzór dokumentu licencji syndyka, stanowiący załącznik do rozporządzenia. Licencję syndyka przyznaje się na czas nieoznaczony.

Ponadto stanowi, iż opłata za wydanie dokumentu licencji syndyka wynosi 200 zł. Opłatę za wydanie dokumentu licencji syndyka wnosi się na wskazany rachunek bankowy Ministerstwa Sprawiedliwości przed wydaniem dokumentu licencji syndyka. W przypadku przedłożenia dowodu wniesienia opłaty za wydanie dokumentu licencji syndyka w formie wydruku potwierdzającego dokonanie operacji bankowej, na wydruku tym zamieszcza się potwierdzoną własnoręcznym podpisem informację, że figurująca na nim kwota stanowi opłatę za wydanie dokumentu licencji syndyka.

Podstawa prawna:

  • Rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości z dnia 19 lutego 2008 r. w sprawie egzaminu dla osób ubiegających się o licencję syndyka oraz opłaty egzaminacyjnej (Dz. U. 2008 r., Nr 37, poz. 207);
  • Ustawa z dnia 15 czerwca 2007 r. o licencji syndyka (Dz. U. 2007 r., Nr 123, poz. 850);
  • Rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości z dnia 19 lutego 2008 r. w sprawie pytań i zadań problemowych na egzamin dla osób ubiegających się o licencję syndyka (Dz. U. 2008 r., Nr 37, poz. 206);
  • Rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości z dnia 19 lutego 2008 r. w sprawie wzoru dokumentu licencji syndyka oraz wysokości i sposobu wnoszenia opłaty za wydanie dokumentu licencji syndyka (Dz. U. 2008 r., Nr 37, poz. 208)

Palikot do Kurskiego: Duch Belzebuba z Torunia pomieszał panu język

ulast
2008-03-17, ostatnia aktualizacja 2008-03-17 23:36

Janusz Palikot (PO) - odnosząc się do wcześniejszej wypowiedzi Jacka Kurskiego (PiS) w programie "Teraz My", który przekonywał, że brak zabezpieczeń do ustawy ratyfikującej Traktat Lizboński spowoduje, że w Polsce będzie możliwe zawieranie małżeństw homoseksualnych - stwierdził, że "duch Belzebuba z Torunia miesza mu rozum".

Zobacz powiekszenie
Fot. Sławomir Kamiński / AG
Janusz Palikot - PO
Użycie tego określenia wywołało oburzenie posła PiS, który zagroził, że jeśli będą padały takie obelgi, to on w ramach protestu opuści studio. - O kim pan mówi? - pytał Kurski. Palikot odpowiedział, że o. Rydzyk to "Belzebub, antykapłan i siewca zła kłócący ludzi". - Proszę w mojej obecności nie mówić o Belzebubie i siewcy zła, bo wyjdę, po prostu wyjdę - zagroził Jacek Kurski.

Na pytanie ze strony Palikota, czy nie przeszkadzało mu nazywanie żony prezydenta czarownicą, Kurski odpowiedział, że nie zajmuje się podsłuchanymi rozmowami osób publicznych [o. Rydzyk określił Marię Kaczyńską czarownicą i zalecił jej poddanie się eutanazji na wykładzie w swojej szkole w Toruniu - przyp. red.].

Janusz Palikot stwierdził, że w sprawie ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego Jarosław Kaczyński zachowuje jak pełnomocnik ojca Rydzyka. Jacek Kurski odpowiedział, że "Jarosław Kaczyński jest wybitnym intelektem i wie, że 80% jest głęboko proeuropejskich i opowiada się za tym traktatem". - W interesie PiS-u byłoby klepnięcie tego, ogłoszenie sukcesu pana prezydenta, koniec kropka. Ale jest coś takiego jak wartości i aksjologia - mówił Kurski. I dodał: - My wbrew sondażom, wbrew poprawności politycznej, wbrew tym wszystkim "ą", "ę" mądralom uważamy, że są realne zagrożenia dla polskiej suwerenności.

PiS domaga się umieszczenia w ustawie ratyfikacyjnej zapisu o konieczności uzyskania szerokiego konsensusu w sprawie ewentualnego odstąpienia od niektórych zapisów traktatu - np. dotyczących kompromisu z Joaniny. Własny projekt ustawy ratyfikacyjnej zapowiedział dziś w orędziu prezydent Lech Kaczyński.

We wtorek posłowie mają kontynuować drugie czytanie rządowego projektu ustawy zezwalającej prezydentowi na ratyfikację Traktatu.

Szpieg w BOR, który przestał kochać

w
2008-03-18, ostatnia aktualizacja 2008-03-17 20:44

Czy zemsta zawiedzionej kochanki jest przyczyną kłopotów kapitana BOR podejrzanego o szpiegostwo na rzecz Niemiec?

O tym, że ABW prowadzi śledztwo w sprawie szpiega, który od 1996 r. pracował jako oficer BOR w kancelarii premiera, napisał najnowszy "Wprost". Według tygodnika ABW na trop podejrzanego wpadła w 2007 r. i od tego czasu sprawdzała jego kontakty z niemieckim wywiadem. Dowodem przeciwko oficerowi jest nakręcona przez niego taśma z nagraniem pomieszczeń kancelarii (m.in. gabinetu premiera Włodzimierza Cimoszewicza i kancelarii tajnej).

Taśma trafiła do niemieckich służb, co stało się w ubiegłym roku powodem zmiany lokalizacji pokoju, w którym siedzi szef rządu.

Oficjalnie ani ABW, ani Biuro Ochrony Rządu sprawy nie komentują. Według źródeł "Gazety" w BOR podejrzanym jest oficer w stopniu kapitana. Od pół roku jest na zwolnieniu lekarskim. Do tego czasu był przydzielony do ochrony kancelarii kolejnych premierów.

Nasi rozmówcy z BOR twierdzą, że w całej sprawie chodzi nie o szpiegostwo, lecz o lekkomyślność oficera i zemstę jego zawiedzionej kochanki. - Facet, prawdopodobnie żeby zaimponować tej kobiecie, nakręcił film w kancelarii. Film został u niej w domu, bo mieszkali razem. Kiedy po latach ją rzucił, ta przekazała go pracownikowi ambasady Niemiec, a potem napisała anonim do ABW - twierdzi nasz informator BOR.

Dodaje, że nawet jeśli kapitan tylko nakręcił film bez zamiaru pokazywania go komukolwiek poza kochanką, i tak popełnił przestępstwo i powinien co najmniej zostać wyrzucony z Biura. Jednak ABW potraktowała sprawę poważnie i domniemany szpieg był przez wiele miesięcy objęty obserwacją, która miała stwierdzić, czy kontaktuje się z niemieckimi specsłużbami.

Zmarł ukraiński policjant ranny w Mitrovicy

asz, PAP
2008-03-18, ostatnia aktualizacja 36 minut temu
Zobacz powiększenie
Zamieszki w pobliżu siedziby sądu
Fot. STR REUTERS

Zmarł porucznik ukraińskiej milicji, ciężko ranny we wczorajszych zamieszkach w Mitrovicy, na północy Kosowa - poinformował Jarosław Mazurkewycz z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Ukrainy.

ZOBACZ TAKŻE
- Kolejne trzy osoby są w stanie ciężkim, lecz niezagrażającym życiu - powiedział. Według MSW liczba Ukraińców z sił pokojowych w Kosowie rannych w starciach z Serbami wzrosła do 20. W poniedziałek informowano o 15.

- Ciężko mi o tym mówić, bo to moi koledzy. Sam niedawno wróciłem z misji w Kosowie - zwierzył się Mazurkewycz.

Prócz ukraińskich milicjantów w walkach w Mitrovicy ucierpiało 28 polskich policjantów i 20 francuskich żołnierzy KFOR.

Do starć doszło, gdy policja z misji ONZ w Kosowie siłą odzyskała kontrolę nad zajętym przed czterema dniami przez Serbów ONZ-owskim sądem.

Szturm na budynek rozpoczęto o świcie. Uczestniczyło w nim ponad 500 policjantów ONZ, głównie Ukraińców, i żołnierzy sił pokojowych KFOR, dowodzonych przez NATO. Gdy wyprowadzano Serbów okupujących gmach, stojący na zewnątrz tłum obrzucił policjantów i żołnierzy kamieniami, koktajlami Mołotowa, granatami i ładunkami własnej roboty.

Wielkie zmiany w kodeksie rodzinnym

Marek Domagalski 17-03-2008, ostatnia aktualizacja 17-03-2008 05:06

O tym, czy mężczyzna jest ojcem dziecka, nie zadecyduje już np. jego dobra wola, lecz wyłącznie wynik badań DNA.

autor zdjęcia: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa

Ministerstwo Sprawiedliwości ma już gotowy projekt rewolucyjnych zmian w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym. Okazuje się, że stworzone w 1964 r. przepisy nie przystają do czasów, w których szybko rozwijają się biotechnologie – również te wspomagające prokreację.

Istotne zmiany dotyczą m.in. uznania dziecka, czyli spraw, które bardzo często kończą się sporem sądowym. Tylko w 2007 r. do sądów wpłynęło 5581 pozwów o ustalenie ojcostwa.

– Przyjęto zasadę, że ojcostwo i macierzyństwo oparte będzie na rzeczywistym związku biologicznym dziecka z ojcem lub matką – mówi sędzia Robert Zegadło z Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego, która przygotowała projekt.

Dla uznania dziecka przez ojca istotne będą więc fakty, a nie emocjonalne nastawienie mężczyzny do dziecka lub jego matki. Chodzi o to, aby mężczyzna rzeczywiście był biologicznym ojcem – w praktyce o ojcostwie zadecydują wyniki badań DNA. Pozwalają one obecnie wykluczyć lub potwierdzić ojcostwo prawie ze 100-procentową pewnością, a do tego są coraz tańsze (ok. 1,5 tys. zł).

W dobie nowych biotechnologii starożytna zasada, że „matka zawsze jest pewna”, nie zawsze się sprawdza - Robert Zegadło sędzia, współtwórca projektu

Uznania dziecka dokonują tysiące ojców. Jedni robią to z pełnym przekonaniem co do swego ojcostwa, inni – mimo że mają wątpliwości albo nawet pewność co do tego, iż ojcami nie są. Ci ostatni dokonują często uznania np. z miłości do kobiety lub dziecka, a nawet dla tzw. świętego spokoju – aby nie burzyć rodzinnych relacji. Tacy mężczyźni, jeśli zechcą po latach obalić swoje ojcostwo, nie mogą obecnie żądać unieważnienia uznania dziecka (mają na to tylko rok od dnia uznania).

Po zmianach w kodeksie akty uznania dokonane przez mężczyzn, którzy nie są ojcami biologicznymi, będą nieważne. Wystarczy, że ojciec (ale także matka, prokurator czy dziecko – po uzyskaniu pełnoletności) zaskarży przed sądem takie uznanie. Z punktu widzenia prawa dziecko i ojciec staną się dla siebie osobami obcymi – nie będą więc np. po sobie dziedziczyć.Czy rzeczywiście takie „techniczne” podejście do ojcostwa jest właściwe? – Więzy biologiczne nie wyczerpują relacji ojcostwa – oponuje dr Piotr Bodył Szymala, radca prawny specjalizujący się w prawie rodzinnym. Sędzia Zegadło odpowiada, że jeśli ktoś chce roztoczyć opiekę nad osobą niebędącą jego dzieckiem, to dla takich przypadków przewidziano instytucję przysposobienia, a nie ojcostwa.

O ile jednak z ojcostwem od wieków związane były rozmaite wątpliwości, o tyle matka zawsze była pewna. Obecnie i ta zasada podawana bywa w wątpliwość. Macierzyństwo staje się sporne np. w sytuacji, gdy jedna kobieta urodziła dziecko (tzw. macierzyństwo biologiczne, zastępcze), które pochodzi z komórki jajowej innej kobiety (tzw. macierzyństwo genetyczne). Dlatego w kodeksie wprost zapisana zostanie zasada, że matką jest ta kobieta, która urodziła dziecko.

Źródło : Rzeczpospolita

Prezydent wystąpi z inicjatywą ustawy ratyfikacyjnej

ulast, cheko, PAP
2008-03-17, ostatnia aktualizacja 2008-03-17 22:07

Lech Kaczyński zapowiedział w orędziu telewizyjnym, że wystąpi z prezydencką inicjatywą ustawy gwarantującej nienaruszalność dobrych dla kraju zapisów Traktatu z Lizbony. Wystąpienie prezydenta nagrano wcześniej, a wyemitowano o 20.00, po spotkaniu Lecha Kaczyńskiego z szefami klubów, które rozpoczęło się o godz. 19.00.

Zobacz powiekszenie
Prezydent Lech Kaczyńki podczas wygłaszania orędzia
Jak powiedział Wojciech Olejniczak, prezydent na spotkaniu zapowiedział, że jutro złoży w Sejmie projekt ustawy dotyczącej ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego.

W wystąpieniu wyemitowanym w TVP, L. Kaczyński zaznaczył, że ustawa, jaką zamierza zaproponować, będzie wymagać "zgody narodowej dla jakiejkolwiek zmiany w jej zapisach". - W polskim systemie prawnym taką gwarancję daje tylko specjalna ustawa przewidziana w konstytucji - dodał.

Lech Kaczyński powiedział, że "są takie chwile w życiu narodu, kiedy trzeba zapomnieć o partyjnych szyldach i interesach i myśleć tylko o jednym, o Polsce".

- Wynegocjowany przez mnie Traktat z Lizbony mógł być aktem stabilizującym pozycję Polski w Unii i świętem ponad politycznymi podziałami dla wszystkich Polaków pragnących silnej Polski w Europie - mówił prezydent.



"Zgoda narodowa została złamana"

Według niego jednak "narodowa zgoda w tej sprawie została złamana". - Tydzień po podpisaniu w mojej obecności Traktatu większość rządząca zadeklarowała wolę odstąpienia przez Rzeczpospolitą Polską od Protokołu Brytyjskiego, czyli rezygnacji z części fundamentalnych praw i interesów Polski w Traktacie Lizbońskim - powiedział L. Kaczyński.

Chodzi o przyjętą w grudniu 2007 r. w Sejmie, przy silnym sprzeciwie PiS, uchwałę w sprawie Traktatu z Lizbony dotyczącego reformy Unii Europejskiej.

Zasadniczy sprzeciw PiS wzbudził zapis uchwały mówiący, że "Sejm RP w uznaniu pozytywnego i ważnego znaczenia Karty Praw Podstawowych dla obywateli wyraża nadzieję, że możliwe będzie odstąpienie przez Rzeczpospolitą Polską od protokołu brytyjskiego".

Prezydent zapewnił jednak, że "w sprawie ratyfikacji (traktatu) pragnął i nadal pragnie kompromisu".

"Stop degradacji pozycji Polski"

- Jednak - jak zaznaczył - jako prezydent Rzeczypospolitej stojący na straży jej praw i suwerenności nie mogę zgodzić się na dobrowolną i niczym nieuzasadnioną degradację pozycji naszego kraju w Unii Europejskiej.

Prezydent przekonywał, że w czerwcu ubiegłego roku wynegocjował "dobry" dla kraju traktat reformujący funkcjonowanie UE.

Stwierdził, że mimo "presji na Polskę ze strony wielkich państw Europy", by przyjąć wcześniej proponowane rozwiązania, udało się przeforsować wszystkie ważne dla Polski zapisy Traktatu z Lizbony.

L. Kaczyński wymienił w tym kontekście "dobry nicejski system głosowania aż do roku 2017", kompromis z Joaniny ułatwiający blokowanie - jak mówił - złych dla Polski decyzji, zasadę solidarności energetycznej broniącej Polskę przed szantażem, utrzymanie prymatu prawa krajowego nad unijnym.

Nie wszystko w UE jest dobre dla Polski

Mówiąc o Traktacie Lizbońskim prezydent zaznaczył, że "nie wszystko w UE musi być dobre dla Polski".

Jak dodał, "przy nieprzewidywalnych orzeczeniach Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, niektóre zapisy tzw. Karty Praw Podstawowych mogą uruchomić liczne wnioski Niemców przeciwko obywatelom polskim o odzyskanie własności lub przyznanie odszkodowania za mienie pozostawione na ziemiach północnych i zachodnich, które po II wojnie światowej przypadło Polsce".

- Inny przepis Karty, poprzez brak jasnej definicji małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety, może godzić w powszechnie przyjęty w Polsce porządek moralny i zmusić nasz kraj do wprowadzenia instytucji sprzecznych z moralnymi przekonaniami zdecydowanej większości społeczeństwa - powiedział L.Kaczyński.

- Dzięki stanowczości naszej delegacji udało się ochronić Polskę przed tymi zagrożeniami - gwarantuje to tak zwany Protokół Brytyjski - dodał prezydent. Zaznaczył też, że Protokół jest integralną częścią Traktatu Lizbońskiego.

- Trzeba przy tym jasno powiedzieć, że to, co wartościowe w Karcie Praw Podstawowych, jak na przykład prawa socjalne pracowników, jest gwarantowane przez ustawodawstwo krajowe - mówił prezydent.

Prezydent mówił do melodii z "Polskich dróg"

Niektórym fragmentom wystąpienia prezydenta towarzyszyła muzyka z filmu "Polskie drogi". Wystąpienie było także przeplatane archiwalnymi zdjęciami z ubiegłorocznych szczytów UE, wykresami; pokazano także zdjęcia ze ślubu homoseksualistów i czarno-białą, przedwojenną mapę Polski.

Jak dowiedziała się nieoficjalnie PAP ze źródeł zbliżonych do Pałacu Prezydenckiego, projekt ustawy, która zamierza przedłożyć prezydent, nie jest jeszcze gotowy, ale prace nad nim "są zaawansowane".

Umieszczenia w ustawie ratyfikacyjnej zapisu o konieczności uzyskania szerokiego konsensusu w sprawie ewentualnego odstąpienia od niektórych zapisów traktatu - dotyczących kompromisu z Joaniny - do tej pory domagało się PiS.

Prace nad projektem już trwają

W Kancelarii Prezydenta trwają już prace nad prezydenckim projektem ustawy ratyfikującej Traktat Lizboński. Projekt ustawy nie jest jeszcze gotowy, ale prace nad nim są zaawansowane.

Po wieczornym spotkaniu z szefami klubów L. Kaczyński spotkał się z zastępcą szefa swojej Kancelarii Robertem Drabą i prezydenckimi prawnikami, by konsultować propozycje zapisów projektu ustawy.

Komorowski: Na paranoję nie należy się godzić

- Nie znamy jeszcze propozycji prezydenta. Co do jego obaw związanych z roszczeniami niemieckimi, to nawet w PiS-owskim projekcie nie było o tym mowy - powiedział Bronisław Komorowski w programie "Kropka nad i".

- W ustawie ratyfikacyjnej nie ma miejsca na zapisy znajdujące się już w Karcie Praw Podstawowych i Protokole Brytyjskim - dodał marszałek. W rozmowie z Moniką Olejnik odniósł się także do słów ministra Sikorskiego, według którego to, co proponuje opozycja w sprawie ratyfikacji Traktatu - "jest tradycyjną dla naszych eurofobów syntezą nieuctwa z paranoją".

- Na paranoję nigdy nie należy się godzić, ani na propozycje rozwiązań niekonstytucyjnych. To byłaby hańba dla parlamentaryzmu - powiedział Komorowski.

Brak porozumienia ws. trybu ratyfikacji

Do tej pory nie udało się osiągnąć porozumienia w sprawie trybu ratyfikacji. Według PO, rozmowy z PiS w tej sprawie zostały zakończone; PiS nie rezygnuje z wprowadzenia do ustawy ratyfikacyjnej gwarancji zachowania zapisów Traktatu Lizbońskiego. Jutro w Sejmie ma być kontynuowane drugie czytanie ustawy ratyfikacyjnej.

3033 zł - średnia krajowa rośnie najszybciej od lat

Patrycja Maciejewicz
2008-03-17, ostatnia aktualizacja 2008-03-17 21:27

Nic nie wskazuje na to, żeby w najbliższym czasie zagrożenie inflacyjne miało słabnąć, a Rada Polityki Pieniężnej przestała myśleć o podwyżkach stóp procentowych. Płace w firmach rosną najszybciej od lat, żądania płacowe nie ustają też w budżetówce

Zobacz powiekszenie
Fot. Łukasz Cynalewski
Sytuacja na rynku pracy się poprawia
Sytuacja na rynku pracy się poprawia
Dla Rady Polityki Pieniężnej podwyżki pensji są ważniejszą informacją niż to, ile wynosi dziś inflacja. Bo inflacja to coś, co się już zdarzyło. - A więcej pieniędzy w naszych kieszeniach dziś, to zagrożenie szybszym wzrostem cen jutro - tłumaczy Ernest Pytlarczyk, ekonomista BRE Banku. I na razie to zagrożenie nie słabnie

W lutym przeciętna pensja w sektorze przedsiębiorstw (bez najmniejszych firm, budżetówki i sektora finansowego) wyniosła niespełna 3033 zł. To aż o 12,8 proc. więcej niż rok wcześniej. Analitycy spodziewali się osłabienia dynamiki płac w porównaniu z 11,5-proc. wynikiem stycznia, tymczasem wzrost przyspieszył i jest największy przynajmniej od 2000 roku.

Jednocześnie rośnie zatrudnienie w firmach. W ciągu roku liczba etatów zwiększyła się o 5,9 proc. To oznacza, że nie tylko rośnie średnia płaca, ale też liczba osób pobierających wynagrodzenia. Łączna pula pieniędzy wypłacona pracownikom tych firm, czyli tzw. fundusz płac, wzrosła o 19,6 proc. nominalnie i o 14,7 proc. realnie - obliczają analitycy Banku Zachodniego WBK. To też rekordowe wyniki.

Ekonomiści przyznają wprawdzie, że ostatnie dane są nieco zawyżone ze względu na wypłatę czternastych pensji dla pracowników Kompanii Węglowej. Jednak nawet jeśli je odliczyć, to pensje rosną w tempie dwucyfrowym, dużo szybciej niż w ubiegłym roku. Na dodatek na razie nie pojawiły się znaki, że firmy mniej chętnie na te podwyżki się godzą. Sytuacja na rynku pracy jest napięta. Żeby zatrudnić nowego pracownika, trzeba mu zapłacić więcej niż konkurencja. To samo, gdy chce się go powstrzymać przed odejściem do innej firmy lub wyjazdem za granicę. - Wolą zrezygnować z części marży, ale podwyżki dają - przyznaje Pytlarczyk.

A pracownicy tym bardziej żądają większych wynagrodzeń, im częściej słyszą o wprowadzonych i planowanych podwyżkach cen, między innymi energii i gazu. Ekonomiści spodziewają się teraz, że częściej o podwyżki zaczną prosić pracownicy sektora publicznego - firm z udziałem skarbu państwa i budżetówki. - Rada Polityki Pieniężnej obawia się, że tam pensje będą przyspieszać nawet wówczas, gdy gospodarka będzie zwalniać - uważa Rafał Benecki, ekonomista ING Banku Śląskiego.

Ale ekonomista BRE Banku nie spodziewa się, by wzrost gospodarczy gwałtownie osłabł. - Jest kolejka firm chcących wyemitować obligacje. Chcą się rozwijać, mają pomysły na inwestycje. Choć trzeba przyznać, że bardzo często są to inwestycje ograniczające potrzebę pracy ludzi. Czyli chcą ominąć łukiem konieczność podnoszenia pensji. Ale to nam się opłaci, bo gospodarka jako całość będzie bardziej konkurencyjna - tłumaczy.

Zdaniem członka RPP Dariusza Filara szczyt inflacji zobaczymy dopiero w III kwartale. To oznaczałoby, że mamy przed sobą miesiące rosnącej presji popytowej. Rynek spodziewa się, że Rada będzie ostro reagować na te sygnały. Praktycznie przesądzona jest podwyżka stóp w przyszłym tygodniu - byłaby ona trzecią z rzędu. I na tym prawdopodobnie nie koniec. Ernest Pytlarczyk spodziewa się, że podstawowa stopa procentowa w ciągu kilku miesięcy wzrośnie do 6,25, a może nawet 6,5 proc., z obecnych 5,5 proc. Filar jest zwolennikiem szybkiej podwyżki stóp do 6 proc. i obserwowania sytuacji przez kolejne miesiące. Jeszcze w ubiegłym roku głosował za podwyżka stóp od razu o pół punktu procentowego, w styczniu też złożono taki wniosek, jednak ani razu nie zyskał on większości.

Gorączkowe narady Busha w sprawie kryzysu gospodarki

tm, PAP
2008-03-17, ostatnia aktualizacja 2008-03-17 19:55

Prezydent George Bush spotkał się w poniedziałek rano ze swoim ministrem skarbu Henrym Paulsonem i innymi doradcami ekonomicznymi, aby szukać rozwiązań zaburzeń na rynku finansowym, zaostrzonych po kryzysie w banku inwestycyjnym Bear Sterns.

"Jedno jest pewne: znajdujemy się w trudnych czasach" -powiedział Bush po spotkaniu, dodając, że "pewne jest również, iż podjęliśmy zdecydowane działania". Jak oświadczył, jego administracja "pokazała krajowi i światu, że rząd USA pilnie śledzi sytuację".

Prezydent unika słowa "recesja", chociaż zdaniem większości ekonomistów, gospodarka amerykańska już w nią weszła.

Bush powiedział, że amerykańskie instytucje finansowe są "zdrowe" i "na dłuższą metę" przyszłość gospodarki przedstawia się dobrze.

Ewentualne bankructwo Bear Sterns, do niedawna jednego z czołowych banków inwestycyjnych i zarazem domów maklerskich USA, groziło uruchomieniem reakcji łańcuchowej i kryzysem całego systemu finansowego.

Aby temu zapobiec, rząd skłonił kierownictwo Bear Sterns do sprzedania spółki rywalizującemu z nią dotąd bankowi JP Morgan Chase za ułamek jej niedawnej wartości, a dokładnie za 236 milionów dolarów. Jeszcze w styczniu Bear Sterns wart był około 20 miliardów dolarów.

Zarząd banku centralnego Stanów Zjednoczonych Fed (Federal Reserve) zatwierdził w niedzielę wieczorem kredyt w wysokości 30 miliardów dolarów dla JP Morgan. Kwota ta ma pokryć ewentualne niedobory kasowe Bear Sterns, który poniósł ogromne straty wskutek nietrafionych inwestycji na rynku kredytów hipotecznych.

Fed obiecał także wesprzeć pożyczkami inne przeżywające trudności banki inwestycyjne. Obniżył również do 3,25 proc. stopę kredytów, udzielanych przez bank centralny domom maklerskim.

Posunięcia Fed, poparte przez administrację, nie uspokoiły jednak rynku. W poniedziałek trwała bessa na giełdzie nowojorskiej - wskaźnik Dow Jones spadł o ponad jeden procent, zaś wskaźnik Nasdaq o niecałe 2 proc.

Podobnie było na całym świecie; w Japonii wskaźnik Nikei spadł w poniedziałek o 3 procent.

Były wieloletni prezes Fed Alan Greenspan powiedział, że amerykańskiemu systemowi finansowemu grozi największy od II wojny światowej kryzys.

Według ogłoszonych w poniedziałek najnowszych danych sondażowych, już 42 procent Amerykanów uważa, że zły stan gospodarki jest obecnie najważniejszym problemem kraju - jest to dwa raz więcej wskazań niż na wojnę w Iraku. Trzy czwarte jest przekonanych, że gospodarka przeżywa recesję.

Jak Jacek Kurski zmontował prezydenta?

Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski
2008-03-19, ostatnia aktualizacja 2008-03-19 01:14

Dziwne było to prezydenckie orędzie. Podkład muzyczny z epoki Gierka i zdjęcia jak z tandetnego filmiku propagandowego. Kto to nakręcił? Kto puścił?

Zobacz powiekszenie
Fot. TVP
Prezydent Lech Kaczyńki podczas wygłaszania orędzia
Zobacz powiekszenie
Fot. Adam Kozak / AG
Poseł PiS Jacek Kurski
Zobacz powiekszenie
Fot. Sławomir Kamiński / AG
Patrycja Kotecka zaprzecza, że montowała orędzie prezydenta
Prezydent wygłosił w poniedziałek zastrzeżenia do ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Zobaczyliśmy fragment o tym, że Niemcy mogą próbować odzyskać swoje pozostawione na ziemiach zachodnich mienie. Ilustrowany był wyciętą z "Wiadomości" TVP niemiecką kanclerz Angelą Merkel w uścisku z rewizjonistyczną posłanką do Bundestagu Eriką Steinbach. Po chwili pojawiła się mapa Niemiec złowieszczo czarnym kolorem obejmująca część Polski. Na koniec urocze, małe domki nad jeziorem, które miały uświadomić rodakom, co może wpaść z powrotem w niemieckie ręce.

- To obrzydliwe odgrzewanie resentymentów, które dawno przestały odgrywać w naszych społeczeństwach jakąkolwiek rolę. To, co zobaczyliśmy w poniedziałek, mogę wytłumaczyć sobie tylko jako atak paniki Lecha Kaczyńskiego spowodowany wielką popularnością rządu Donalda Tuska - komentował wczoraj oburzony Karl Georg Wellman, poseł CDU odpowiedzialny w partii za kontakty z Polską.

Widzieliśmy zdjęcie ze ślubu gejów Thomasa Millarasa i Brendona Faya. Miały uświadomić Polakom, że ratyfikowanie bez zastrzeżeń traktatu lizbońskiego może doprowadzić do legalizacji w Polsce małżeństw homoseksualnych. Sęk w tym, że pokazany ślub odbył się w nienależącej do Unii Europejskiej Kanadzie. Na dodatek jeden z małżonków powiedział Radiu ZET, że zamierza się poskarżyć na Lecha Kaczyńskiego za wykorzystanie jego wizerunku: - Jestem wściekły, że najszczęśliwszą chwilę naszego życia polski prezydent wykorzystuje, by siać nienawiść i nietolerancję.

Usłyszeliśmy muzykę ze słynnego w latach 70. serialu "Polskie drogie". Dlaczego akurat ten film? To przecież produkt z epoki Gierka. W pozytywnym świetle przedstawia uczestników komunistycznej konspiracji z Armii Ludowej i Gwardii Ludowej. Podziemie AK-owskie to w serialu nieufni i sfrustrowani obrońcy przegranej i niesłusznej sprawy. Nijak nie mieści się to w polityce historycznej braci Kaczyńskich. A może chodziło o to, że Andrzej Kurylewicz, zmarły przed rokiem autor muzyki, należał do honorowego komitetu poparcia Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich 2005?

Jakby tego było mało, głowa państwa przemawiała obok polskiej flagi zawieszonej odwrotnie. Jak tłumaczy prof. Stefan Kuczyński, szef Polskiego Towarzystwa Heraldycznego, jeżeli flaga eksponowana jest pionowo, to czerwień powinna być bliżej prezydenta, a bliżej była biel. To tak jakby obok prezydenta wisiała flaga... Indonezji lub Monako.

Montażu orędzia w TVP pilnował Jacek Kurski (PiS) słynący z brutalnych politycznych kampanii. Jego najgłośniejszy atak to ten z kampanii prezydenckiej 2005 r.: dziadka Donalda Tuska oskarżył, że na ochotnika zgłosił się do Wehrmachtu.

- To Kancelaria Prezydenta wskazała Jacka Kurskiego jako swego przedstawiciela - tak obecność posła PiS przy stole montażowym w TVP tłumaczy "Gazecie" Jarosław Grzelak, szef Agencji Informacji. - Jacek Kurski telefonicznie został ustanowiony jako prezydencki pełnomocnik.

Przez kogo? Grzelak milknie, a po chwili: - Ja zostałem o tym poinformowany przez moich przełożonych. Tylko tyle mogę powiedzieć.

Przełożeni to zarząd TVP, czyli m.in. prezes Andrzej Urbański. Ten sam, który jako wiceprezydent Warszawy razem z Kurskim pracował nad kampanią Lecha Kaczyńskiego przed wyborami prezydenckimi w 2005 r.

Kurski w TVN tak opowiadał o swojej pracy przy orędziu: - Zawsze jestem do dyspozycji pana prezydenta. Byłem proszony o konsultacje. Z wrodzonej skromności nie będę tego komentował.

Grzelak: - To nie był program realizowany przez Agencję, lecz przez Pałac Prezydencki, to oni wystąpili do prezesa TVP Urbańskiego o zgodę na taką formę orędzia.

To co w takim razie razem z Kurskim przy stole montażowym robił pan, pana zastępczyni Patrycja Kotecka, wydawca i dziennikarze "Wiadomości"?

- Przygotowywali materiały.

To kto był producentem orędzia?

- No... producentem wykonawczym tego dzieła była Agencja Informacji, musiałem się przejęzyczyć. Ale muszę sprostować: pani Kotecka na 100 proc. nie siedziała przy montażu orędzia. Dwa razy tam zajrzała, bo jej obowiązkiem było przypilnować, żeby materiał był na czas i w określonym kształcie.

A pan nadzorował Kotecką?

- Ja tam byłem cztery-pięć minut. Interesuję się tym, co mnie otacza. Jak prezydent wygłasza orędzie, to chcę je zobaczyć, normalna ludzka sprawa. Nie wydawałem żadnych poleceń.

Kotecka w PAP tłumaczyła: - Ze względu na małą ilość czasu nie było możliwości przesłania orędzia do akceptacji przez Kancelarię, stąd obecność w TVP Jacka Kurskiego. Za co zresztą mu podziękowaliśmy.

A wieczorem w TVN 24 Jacek Kurski pogratulował prezydentowi bardzo dobrego orędzia.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Prezydencki projekt ustawy ratyfikacyjnej - czym różni się od rządowego?

mm, mar, PAP
2008-03-18, ostatnia aktualizacja 2008-03-18 13:06

Jakiekolwiek odstąpienie od zapisów Traktatu Lizbońskiego dotyczących kompromisu z Joaniny oraz protokołu brytyjskiego do Karty Praw Podstawowych będzie wymagało zgody prezydenta, rządu i parlamentu - takie rozwiązanie wprowadza prezydencki projekt ustawy ratyfikacyjnej. - To projekt wadliwy i źle pomyślany - mówi prof. Zbigniew Maciąg.

Zobacz powiekszenie
Fot. TVP
Prezydent Lech Kaczyńki podczas wygłaszania orędzia
Projekt wpłynął już do Sejmu. Pełna treść prezydenckiego projektu ustawy ratyfikacyjnej

W myśl art. 1 projektu ustawy, "wyraża się zgodę" na dokonanie przez prezydenta ratyfikacji Traktatu z Lizbony. Przepis ten jest tożsamy z art. 1 propozycji autorstwa PiS, złożonym w Sejmie w formie poprawki do rządowego projektu ustawy ratyfikacyjnej.

Zgodnie z art. 2, przedstawiciele Polski w Radzie Europejskiej oraz w Radzie Unii Europejskiej będą mogli wyrazić zgodę na uchylenie, bądź zmianę decyzji dotyczącej kompromisu z Joaniny wyłącznie po uzyskaniu zgody prezydenta, Sejmu, Senatu i rządu. W myśl projektu, jeżeli nie byłoby uprzedniej zgody tych czterech organów, przedstawiciel Polski byłby zobowiązany do przeciwstawienia się propozycjom jakichkolwiek zmian. Taki sam zapis jest w propozycji PiS.

Według artykułu 3. projektu, zgody tych czterech organów będzie także wymagało złożenie oświadczenia przez Polskę wyrażającego zgodę na zmianę treści lub skutków Traktatu z Lizbony, wraz z dołączonymi do niego protokołami, w tym Protokołu w sprawie stosowania Karty Praw Podstawowych do Polski i Wielkiej Brytanii albo wycofującego którąkolwiek z deklaracji dołączonych przez Polskę do Traktatu lub zmieniającego skutki tej deklaracji.

W artykule tym zaznaczono, że zapisy takie nie uchybiają wymaganiom konstytucji RP co do trybu wyrażania zgody na ratyfikację umowy międzynarodowej, na podstawie której RP przekazuje organizacji międzynarodowej lub organowi międzynarodowemu kompetencje organów władzy państwowej w niektórych sprawach.

Art.4 propozycji prezydenta zakłada, że ustawa wchodzi w życie po upływie 14 dni od dnia ogłoszenia.

Prezydencki projekt nie ma preambuły, którą posiada projekt autorstwa PiS.

Konstytucjonalista: To projekt wadliwy i źle pomyślany

- Działanie, które obserwujemy ze strony PiS i prezydenta, jest niepokojące. To tak, jakbyśmy funkcjonowali w innym państwie, gdzie jest inny system prawny i w ogóle nie liczymy się z konstytucją. Przejawem tego jest inicjatywa prezydenta - mówi konstytucjonalista Zbigniew Maciąg po przejrzeniu projektu.

- To projekt konstytucyjnie tak wadliwy i źle pomyślany, że może budzić wątpliwości do tego, jakie kwalifikacje mają osoby piszące to i czy chcą być traktowane poważnie - mówi. Jak podkreśla, żądanie, by zmiana ustawy ratyfikującej wymagała więcej głosów (2/3) niż zmiana konstytucji w Senacie, jest "niezrozumiałe na gruncie konstytucjonalizmu europejskiego", bo ustawa ratyfikująca to cięgle tylko zwykła ustawa, nie równająca się pod względem rangi z konstytucją.

- To przekracza granice: burzenie państwa jest łatwe, natomiast odbudowanie trudne. Dajemy innym państwom dowód nieobliczalności i nieodpowiedzialności - podkreśla Maciąg.

Prezydent: Tylko specjalna ustawa nas zabezpiecza

Lech Kaczyński zapowiedział w poniedziałek, że wystąpi z własnym projektem ustawy ratyfikacyjnej, "gwarantującej nienaruszalność dobrych dla kraju zapisów Traktatu z Lizbony".

W wystąpieniu wyemitowanym w TVP, prezydent zaznaczył, że ustawa, jaką zamierza zaproponować, będzie wymagać "zgody narodowej dla jakiejkolwiek zmiany w jej zapisach".

- W polskim systemie prawnym taką gwarancję daje tylko specjalna ustawa przewidziana w konstytucji - dodał. Lech Kaczyński powiedział, że "są takie chwile w życiu narodu, kiedy trzeba zapomnieć o partyjnych szyldach i interesach i myśleć tylko o jednym, o Polsce".

Spot, szopka, teledysk - oceny orędzia prezydenta

rik
2008-03-18, ostatnia aktualizacja 2008-03-18 15:53

Geje z Kanady, odwrócona polska flaga, fragmenty szczytów UE, a wszystko to do muzyki z serialu "Polskie drogi". Czy to było orędzie, czy teledysk prezydenta - pytają internauci. Z kolei Eryk Mistewicz nazwał wystąpienie Kaczyńskiego najlepszym produktem politycznym PiS-u w ostatnim czasie. Do montażu orędzia przyznał się Jacek Kurski.

Zobacz powiekszenie
Fot. Przemysław Skrzydło / AG
Jacek Kurski
Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
Zbigniew Chlebowski
Zobacz powiekszenie
Fot. Kamil Wróblewski / TOK FM
Eryk Mistewicz
SONDAŻ
Jak oceniasz wczorajsze orędzie prezydenta?

Dobrze. Wstawki bardzo mi się podobały. Były atrakcyjne
Ani dobrze, ani źle. Orędzie jak każde inne
Źle. Wstawki były niepotrzebne. Całość przypominała spot wyborczy
Nie wiem, nie oglądałem



Wczorajsze orędzie prezydenta Lecha Kaczyńskiego wzbudziło sporo kontrowersji, nie tylko z powodu zawartych w nim treści, ale przede wszystkim formy. Niektórym fragmentom towarzyszyła muzyka z filmu "Polskie drogi". Wystąpienie było także przeplatane archiwalnymi zdjęciami z ubiegłorocznych szczytów UE i wykresami. Pokazano także zdjęcia ze ślubu homoseksualistów i czarno-białą, przedwojenną mapę Polski. Na ekranach widzowie mogli zobaczyć nie tylko twarz prezydenta, ale również krótkie kadry przedstawiające parafowanie Traktatu w Lizbonie i Sejm polski głosujący w tej sprawie. Wcześniej nagrany klip był emitowany w chwili, gdy trwały w pałacu negocjacje ostatniej szansy z szefami klubów.



Tusk: Prezydent tylko dał swoją twarz

- Gdy usłyszałem, kto jest autorem i montażystą wystąpienia prezydenta (Jacek Kurski, PiS ), doszedłem do wniosku, że pan prezydent tylko dał swoją twarz. Daleki jestem od ironii, a nieporównywalnie poważniejsze jest to, że panu Kurskiemu pozwolono użyć wizerunków przywódców europejskich. Jak czulibyśmy się, gdyby w innym państwie w tego typu orędziu użyto wizerunku polskiego prezydenta, premiera czy marszałka? Ten typ orędzia wydaje się niestosowny: taka nowatorską formuła w niektórych fragmentach jest formułą ryzykowną i Polsce nie najlepiej służącą - powiedział premier Tusk oceniając wczorajsze orędzie prezydenta. - To reklamówka partii politycznej - posumował szef rządu.

Chlebowski: To był spot reklamowy

- To nie było orędzie, to był spot reklamowy - ocenił Zbigniew Chlebowski z PO. Radio ZET ujawniło, że ślub homoseksualistów odbył się w Kanadzie w 2003 r,, nie miał więc nic wspólnego z Unią Europejską. Do tego flaga Polska była powieszona odwrotnie. Patrząc od lewa do prawa, najpierw był kolor czerwony, potem biały. - Było wszystko, czego potrzeba, by starszyć dzieci nocą: okrojona Polska bez Śląska, Mazur, Pomorza Zachodniego, Angela Merkel knująca z szefową niemieckich ziomkostw Eriką Steinbach - napisał w dzisiejszej Gazecie Wyborczej Jarosław Kurski.

Mistewicz: Wreszcie mamy prezydenta

Według Eryka Mistewicza, specjalisty marketingu politycznego, wystąpienie prezydenta to najlepszy produkt polityczny ekipy PiS w ostatnim czasie. - Wreszcie mamy prezydenta, mocny wizerunek, bardzo skuteczny, pan prezydent zaczął swoją kadencję. - ocenił Mistewicz w TVN24. - To jest opowieść, że jest polityk, który będzie nas bronił. Widzę, że za Lecha Kaczyńskiego wzięli się najlepsi w Polsce, do nich należy Jacek Kurski. - dodał.



Jacek Kurski zadowolony z efektów swojej pracy

Do konsultacji podczas nagrania orędzia przyznał się Jacek Kurski. - Przez wrodzoną skromność, nie będę komentował efektów mojej pracy - powiedział Kurski dziennikarzom "Teraz MY". - Jeżeli poseł Kurski montował klip prezydentowi, to jest to zadanie nieetyczne. Warto sprawdzić i wyjaśnić rolę posła Kurskiego - skomentował Chlebowski.



To był teledysk

Komentarze w internecie mówią o wpadce. - To nie szopka, to był teledysk - napisał internauta o pseudonimie stefan 99999, a cloclo80 dodał: - "Polskie drogi" to potworny film. Mimo wątków komunistycznych jest chyba najlepszym obrazem życia pod okupacją niemiecką, obrazem terroru, zniszczenia, zniewolenia i zagłady. To quasi-dokument. Powoływanie się na niego w takiej sytuacji świadczy o tym, że antyniemieckie fobie Kaczyńskiego to nie wybryk, to psychoza o najwyższym stopniu szkodliwości.